Lista do Seattle…

Przed wylotem do Seattle zrobiłam dzieciom plan zajęć na cały tydzień. Wisi na drzwiach wyjściowo-wejściowych i oczy się o niego potykają. Ponoć wszystko idzie zgodnie z planem (piszę z pokoju hotelowego). Tutaj notka dla zainteresowanych: mini post na temat kalendarza w temacie dwujęzyczności tutaj. Zapraszam. Kalendarz jest bardzo nakazujący, nie wspomina o przyjemnościach, nie wylicza ani duchowych ani fizycznych rozrywek. Pakując się, na walizce znalazłam plan zajęć dla mnie zrobiony przez moje dzieci. Nie ma kuwet, czapek na uszy bo zimno, odkurzania i matematyki. Są same duże przyjemności i małe uciechy. Moje dzieci są lepszymi dziećmi niż ich matka mamą z tego wychodzi. Chyba że dzieci są takie, bo matka tak wychowała, wtedy brawo ja! To jedziemy z listą…

widok z okna naszego centrum konferencyjnego

TAKE LOTS OF PHOTOS było napisane. To też wzięłam. A było czego brać. Seattle jest niezwykle ciekawym miastem. Pogoda jest w kratkę z przewagą kraty deszczowej. Jakaż natomiast radość kiedy na kilka minut, niespodziewanie wyjdzie słońce. Szklane budynki odbijają się w sobie nawzajem, odbijające się również obłoki płynnie suną w oknach i szklanych ścianach, woda ze szmaragdowego przybiera niebieski kolor. Atmosfera miasta – NIESAMOWITA! Wydaje się, że zziębnięci ludzie szukają ciepła i kolorów w ubiorze, w wyborze używek rozweselających, w muzyce na ulicach, śpiewie, na pełnym życia, kolorów, zapachów targu rybnym i w tysiącach restauracji, kafejek, barów i stoisk z pysznym, na oczach ludzia robionym jedzeniu. Na targu rybnym jadłam najsmaczniejszą w życiu kanapkę z lekko zwęglonym łososiem. Repeta leży obok mnie kiedy to piszę.

Chuhuly Garden 

BUBBLE BATH…no nie lubię. Uważam to za stratę czasu i nawet moje ćwiczenie uważności na gnuśnienie w kąpiel bąbelkowej nie pomoże.

Space Needle

NAILS…U nóg zawsze pomalowane, u dłoni tylko w bardzo ważnej sprawie. Seattle zaliczyłam do kategorii ekscytujące, nie ważne.

ryby na targu 

DRINK WINE… w Rhode Island nie można kupić alkoholu w sklepie spożywczym. Są od tego oddzielne, alkoholowe. Myślę, że to zmniejsza konsumpcję alkoholu przeciętnego Amerykanina. Amerykanin kiedy ma zrobić dodatkową pracę kończynami dolnymi, woli nie pić. A ja spacery lubię. Przespacerowałam się do drogerii po plastry na bąbla na nodze, a tam w drogerii wino, do tego moje ulubione. Jak tu nie pić wina jak stoi między plastrami a podpaskami. Oprzeć się nie można.

mokra uliczka w Seattle

AND COFFEE…W marcu 1971 roku założony w Seattle pierwszy Starbucks. Od tego czasu otwierają chyba co kwartał nowy, bo ma się wrażenie, że kupujesz kawę w jednym, robisz dwa łyki, a trzeci łyk robisz mijając kolejny Starbucks. Na dobrą sprawę można przejść całe miasto bezustannie siorbiąc Starbucksową, kawę jak kto lubi.

zdjęcia pożaru w Seattle w 1889 roku, w którym spaliło się dosłownie całe miasto

TEA…no właśnie. W Stanach ogólnie jest słabo z dobrą herbatą. Nawet z niedobrą też jest problem. Przywiozłam swoją lawendową i kupiłam wodę gotowaną do niej. W Starbucks ma się rozumieć.

Chuhuly Garden 

MAKE SOME FRIENDS…Iluż ja ludzi poznałam…żeby tam od przyjaciele, nie powiedziałabym (z wyjątkiem jednego przypadku), ale poznałam bardzo ciekawych ludzi na konferencji. Wszyscy bardzo inteligentni, inspirujący pasjonaci języka i jego nauczania. Niesamowite jest to jakiego kopa może dać autor książki, której nie przeczytałam, jak mocno potwierdzić moje przekonania dydaktyczne dyrektor programowy nieznanej mi organizacji. Ile inspiracji może przynieść pięciominutowa rozmowa z wysuszoną jak śliwka nałęczowska specjalistką od szkolenia nauczycieli. Jak się można intelektualnie zakochać w językoznawczyni z ciężkim słowackim akcentem. Uważam to za zaszczyt, że mogę poznać, posłuchać, otrzeć się ramieniem o takich ludzi.

DON’T FORGET TO MEDITATE…nie zapomniałam. I nie zapomniałam też dzwonić do dzieci każdego dnia, czasem razy dwa nawet…się chwali i poklepuję się po plecach.

GET SOME SLEEP…rozmiar królewski łóżka zobowiązuje. Spałam. Sama. Dużo i spokojnie. Bez innych jednostek ludzkich, psich czy kocich, skaczących po mnie i z braku myszy przynoszących nocą w hołdzie hałaśliwe, kocie zabawki pod nos.

CONFIDENCE…napisane dużymi literami, znaczy, że ważne! No coż…chyba z tym mam najgorzej. Trudno czuć się pewną siebie w sali samych pewnych siebie uczestników, zadających pytania, które wprawdzie przyszły mi do głowy, ale głowy nie opuściły. Trudno czuć się pewną siebie kiedy wielu z przedstawiających oszałamia wiedzą, językiem, znajomością tematu, charyzmą. Trudno czuć się pewną siebie i wypytywać o możliwości pracy, współpracy, kooperacji i koprodukcji. Kursu asertywności nie zaliczyłam. Trudno czuć się pewną siebie kiedy czas niepewny, praca niepewna, mózg niepewny i serce nie nadąża. Doniesiono mi , że na niepewną nie wyglądam. Może ze mną już tak źle, że nie jestem pewna, że jestem choć ciut pewna siebie…

DON’T FORGET…jak miałabym zapomnieć o konferencji jak sześć tysięcy uliczników biega po mieście z identyfikatorami TESOL. Na pierwszą moją konferencję, i jedyną jeśli mnie dziurawa jak sito pamięć nie myli, dojechałam rowerem. Była w hotelu pięć minut od mojego domu i dotyczyła budżetu rad szkolnych w szkołach ministerstwa obrony US w Europie. Bardzo zawężony temat, toteż i grono, a przede wszystkim entuzjazm był wielce zawężony. Moje zaangażowanie było również minimalne. Nic poza tym żeby się od Włoszek wywiedzieć gdzie fajne buty można kupić, mnie nie interesowało. Na konferencji TESOL wręcz przeciwnie. Wszystko mnie interesował. Aż za bardzo. Interesujących mnie tematów było zdecydowanie zbyt wiele, prelegenci w większości znakomici, słuchacze zaangażowani, a ja zasłuchana po uszy. Mam głowę pełną pomysłów i poprawek do tych pomysłów. Mam tylko nadzieję, że pamięć nie zawiedzie i że notatki dobre.

TedTalks w klasie…trochę się chyba zakochałam w panu…

STAY AWAT FROM CALIFORNIA…nikt, łącznie z autorem tego punktu nie mam pojęcia co to znaczy. No ale do Kalifornii było daleko, więc zaznaczam, że zrobiłam…

WATCH OUT ON FLOATING BRIGDES…z aż dwoma znakami zapytania. Nie zaznaczam, bo mostu takiegoż nie widziałam więc i uważać nie było potrzeby.

HAVE FUN WITH THE POLISH LADY…no właśnie…Polish Lady. Znalazłam taką jedną przez Internet, przed wylotem do Seattle. Poznałam pierwszego dnia i pokochałam od pierwszego wejrzenia. Myślę, że to właśnie ona była punktem głównym tej konferencji. Cudowna, ciepła, otwarta, niezwykle mądra życiowo i profesjonalnie, pełna pomysłów, ochoty do pracy i takiego zbalansowanego entuzjazmu. Była moją towarzyszką pokarmową, słuchaczem i bardzo ciekawym gadaczem. Przegadałyśmy wiele godzin zwiedzając miasto, pijąc wino i gorącą herbatę w pokoju hotelowym. Polish Lady jest inspiracją, drzwiami do nowych możliwości i pomysłów, kimś kogo podziwiam i bardzo szanuję! I myślę, że będzie o niej jeszcze głośno!

Chuhuly Garden 

EAT GOOD and EXPENSIVE FOOD…okazuję się, że good wcale nie jest expensive w Seattle. Opinie są takie, że Seattle słynie z dobrego, różnorodnego, lokalnego i zdrowego jedzenia. Opinia raczej w punk. Jedzenie pyszne!! Spałzowałam weganizm na tydzień i wyjadłam mieszkańcom Seattle wszystkie ryby. Nigdzie ryby nie smakowały tak dobrze jak tam. Łosoś z Alaski, który pewnie na płetwach sam przychodzi do restauracji i się na talerz rzuca był wyśmienity. Libański lancz ostatniego dnia – niebo w gębie! Jedzenie jest zdecydowanie jedną z atrakcji Seattle.

Dodatkowo poczytałam książkę w łóżku, spędziłam przemiły wieczór barowy ze znajomą sprzed stu lat, znalazłam jogę na kaca (tak, jest taka!!), nie zgubiłam klucza do pokoju hotelowego i pobiłam rekord w przedstawianiu się i tłumaczeniu się z akcentu, skąd jestem, skąd się czuję, że jestem, dlaczego mnie tam nie ma i kiedy tam będę… Jeśli ktoś organizuje konferencję, poproszę o zaproszenie. Dobra jestem w te klocki!

 

 

 

 

Kalendarz…

Taki właśnie kalendarz zrobiłam dla dzieci kiedy wyjeżdżałam na tygodniową konferencję do Seattle. Wiadomo, kalendarz po to żeby dzieci nie poszły bez butów, czy głodne do szkoły, żeby dobytek czworonożny nie był zmuszony zjadać właścicieli, żebym ich wszystkich zobaczyła w dobrym zdrowiu i żeby mogła przejść przez dom nie potykając się o kanapki na podłodze i majtki na poręczy schodów. Kalendarz dla dzieci taki na wtedy kiedy nas nie ma, ale też na wtedy kiedy jesteśmy. Myślę, że przyda się i podczas naszej obecności. To świetne, pod warunkiem, że macie coś, czego mnie brak – czas, niedzielne, wspólne zadanie dla was i dla dzieci. Można pokolorować, wspólnie ustalić kto co robi i fajnie jest odfajkowywać poszczególne zadanie kiedy już są skończone. My co sobotę rano robimy menu na cały tydzień. Graficznie, bardzo nieapetyczne, ale spełnia swoją rolę. Robię zakupy tylko tych produktów, które są mi potrzebne, dzieci nie marudzą, że jakaś obiad – niespodzianki. Siedzieli z nami w sobotę i krwią kontrakt obiadowy podpisały. Jako rodzina wegetariańska łatwiej jest nam również ustalić proporcje i rodzaje potrzebnych do życia produktów. No i kalendarz, jak i menu są po polsku. Powtarzające się słowa w kalendarzu są łatwiejsze do zapamiętania, zarówno ich znaczenie jak i pisownia. Dzieci poznają słownictwo, którego powinny używać na co dzień. Można zamiast pojedynczych słów, pisać zdania. Można dzieci zaangażować i nakazać im te zdania samodzielnie napisać. Można wydrukować zdania na karteczkach, kazać przeczytać i przykleić w odpowiednich miejscach, na wcześniej przygotowanych szablonie kalendarza. Można wpisać tylko część zdania i pozwolić dzieciom zgadywać i wpisać resztę. Tak samo można zrobić w ramach jednego słowa, ćwicząc pisownię. Wszystko zależy od wieku waszych dzieci, umiejętności językowych i naszej, rodziców, motywacji. Taka świetna polska przekąska, którą trudno przeoczyć. Polecam.

Joga…

 

Piąta pięć. Jeszcze pięć minut. Piąta dziesięć. Jeszcze zupełnie ciemno. Wstaję, a raczej staczam się z łóżka, ostrożnie stawiam kroki żeby nie nadepnąć zlanego z czernią wciąż jeszcze nocy psa czy niewidzialnego, w większości przypadków, kota. Po omacku dochodzę do laptopa, otwieram. Jasność. Znajduję zaprzyjaźniony kanał na YouTube. Włączam dyfuzor (potworna nazwa) i wdycham pierwsze opary olejku. Przebieram się szczękając zębami, rozwijam matę i wcieram w nią kilka kropli olejku eukaliptusowego. Składam ręce, kciukami dotykam mostka. Już jestem.

W kwestii jogi, nie jestem żółtodziobem. Jogę ćwiczyłam przez kilka lat w Niemczech. Ćwiczyłam w domu i w grupie, bardzo swojskiej, kameralnej, zdyscyplinowanej, iście niemieckiej. Asany były dość statyczne, dość restrykcyjne. Medytacje były świeckie, a na koniec każdych zajęć pyszna zielona herbata. Nauczyłam się podstaw i asan i oddychania, ale czegoś brakowało. Miałam wtedy dwadzieścia osiem lat i brakowało mi wielu rzeczy. Brakowało mi cierpliwości, dyscypliny, świadomości własnego ciała i wiedzy na temat czego mi naprawdę potrzeba. Odeszłam od jogi na wiele lat. Przepraszałam matę kiedy pobolewały mnie plecy. Kilka magicznych asan w temacie bólu i mata szła w kąt. Na początku grudnia postanowiłam, że albo coś ze sobą zrobię, albo mnie zabiorą na jakiś pobliski oddział zamknięty. Miałam straszny dół z tysiąca mniej lub bardziej racjonalnych powodów. Potykałam się o własne myśli, gdybania, zakładałam się z losem o kolejny tydzień, przegrywałam każdy zakład. Ktoś poradził medytację. Pół godziny. Jak mam znaleźć pół godziny na siedzenie w bezruchu, kiedy nie mam czasu na spacer z psem, czy rozmowę z dziećmi? I pewnego dnia znalazłam dziesięć minut. Cudem jakimś byłam sama, siedziałam i słuchałam, oddychałam, liczyłam, koncentrowałam się i w tym samym momencie nie koncentrowałam się wcale. Dziwne uczucie. Ciekawe, nowe, trochę wyzwalające. Do dziesięciu minut medytacji dodałam pół godziny jogi. Potem kolejne pół godziny w czasie przerwy na lunch. Od połowy grudnia praktykuje jogę codziennie. Prawie codziennie medytuję. Starcza mi cierpliwości na dziesięć minut, kilka razy udało się pół godziny, raz godzinę. Z maty schodzę inna. Przez trzy miesiące regularnej, codziennej jogi zmieniło się bardzo wiele. I wewnątrz i na zewnątrz. Straciłam pracę. Z pracą straciłam możliwość wyjazdu latem do Polski, z możliwością wyjazdu, straciłam radość z przebywania z rodziną i przyjaciółmi z Polski. Straciłam nadzieję na szybką przeprowadzkę do Europy, straciłam wielką radość i satysfakcję bycia w klasie i bycia częścią językowej przygody moich uczniów – niezwykle intersujących i wiem to na pewno, w przyszłości wielkich ludzi. Straciłam dochód miesięczny, kilka kilogramów i jedną bliską osobę. Joga i medytacje pomagają mi dać sobie z tym radę, oddzielić swoje emocje od emocji innych, nie trzymać się kurczowo myśli, patrzeć jak przychodzą i odchodzą. Joga pomaga mi skupić się na chwili obecnej, na momencie, w którym się znajduje, na teraz. Oddech Ujjayi uratował mnie (a raczej mnie otaczających) od kilku ataków złości, a skręty kręgosłupa od wizyt u ortopedy. Schodzę z maty lepsza, jest we mnie spokój, radość i opanowanie. Nawet jeśli ten stan trwa tylko chwilę po zejściu z maty, to jest to chwilę dłużej niż dawniej. Czuję się dobrze nie dlatego, że poćwiczyłam jogę przez pół godziny, a raczej dzięki temu, że poćwiczyłam czuję się dobrze, czasem nawet bardzo dobrze.

Piąta pięć. Jeszcze chwila. Piąta dziesięć. Za chwilę wstanę, nie nadepnę czworonożnych, pooddycham lawendą lub eukaliptusem, spędzę ze sobą pół godziny na macie, zrobię kawę, nakarmię miauczącego głośno kota, spakuję lancze dzieciom, wyjdę z psem i kubkiem świeżo zaparzonej kawy do ogródka i będę obecna. Tak po prostu…

Wpis powstał w ramach tłumaczenia się z moich spokojniejszych rozmów przez telefon z kilkoma z was, spędzania więcej czasu z dziećmi (mimo, że doby nie wydłużono), coraz to zdrowszego jedzenia, picia mniejszej ilości alkoholu, rzadszych skoków ciśnienia i rzadszego rzucania mięsem. A będzie jeszcze lepiej…

Z okazji Dnia Kobiet…

 

Z okazji Dnia Kobiet wszystkim kobietom życzę tego, czego potrzebują. Z zachciankami, marzeniami i tęsknotami bywa różnie, ale potrzeba to potrzeba i zaspokojenie jej sprawi, że kobieta będzie znacznie przyjemniejsza dla otoczenia. Przynajmniej niektóra kobieta… A czego potrzebuje kobieta? Wiadomo, że każda czegoś innego, w innym natężeniu, w innej częstotliwości, w innej kolejność. Ale niektóra (i wiadomo, że chodzi o piszącą) kobieta potrzebuje:

Przestrzeni, wolności i pola do popisu. Dajcie kobiecie pole do popisu, a pole to zaorze, zasieje, chwasty powyrywa, plony zbierze, wymłóci jak się patrzy i w komórce zgromadzi. Kobiecie potrzeba przestrzeni, bo ona widzi dalej, lepiej i szerzej. Kobieta potrzebuje wolności, możliwości wyboru, selekcji i jak potrzeba, odsiewu w cholerę jasną! Kobieta dusi się w niedorzecznych ograniczeniach, narzuconych zasadach, zbyt ciasnych gorsetach społecznych. Zakneblowana nie oddycha, nie działa, nie żyje. Wegetuje. Kobieta potrzebuje otwartych horyzontów żeby iść do przodu i zmieniać rzeczywistość nawet jeśli rzeczywistość wymagająca zmian to boazeria w przedpokoju.

Kobieta potrzebuje być doceniana. Potrzebuje czirlidera na pół etatu, który poklepie po zgarbionych plecach, przekonywująco przytaknie, że decyzja słuszna, powie, że pięknie napisała, dobrze nauczyła, wspaniale ugotowała i cudownie nawilżający skórę płyn pod prysznic kupiła. Ona potrzebuje żeby na przyobiecanym jej polu do popisu siedział, choćby w kąciku, krasnal, choćby gipsowy, i bił jej brawo, choćby po udach, bo rączki jakieś takie nieproporcjonalnie za krótkie ma. Nie poklasku fałszywego szuka, a zasłużonego uznania i przyzwolenia na bycie dumną z siebie.

Czasem, gdy kobietę złe gryzie, potrzebuje wsparcia, ramienia żeby się wypłakać, dłoni podającej chusteczkę, melisę tudzież kieliszek likierku. Kobieta potrzebuje żeby jej nikt nie oceniał, nikt nie doradzał…Czasem jednak chce żeby jej ktoś doradził – to zależy od…no nie wiem… może dnia cyklu menstruacyjnego. Kobieta potrzebuje żeby ktoś był. Ktoś kto wszystko wie, wszystko rozumie i wszystko zniesie.

Niekiedy kobieta ma potrzebę pomagania innym, ma potrzebę zaopiekowania się i bycia tym, kto wszystko wie, wszystko rozumie i wszystko zniesie. Rodzi więc dzieci, (nad)opiekuje się nimi przez wiele lat, zaopatrza w żywność, poczucie bezpieczeństwa i jako taką emocjonalną stabilizację. Jest jej mało, więc adoptuje psa. Pies mało wymagający, sikającego kota przygarnie. Jak tylko zmieni, miłością i pozytywnym wzmocnieniem oczywiście, kota zdanie co do miejsca wypróżniania, kupi kury nioski, albo alpakę – marzenie męża kobiety.

Kobieta potrzebuje się wyciszyć, potrzebuje oddychać. Najlepiej przeponą. Potrzebuje wsłuchać się w swoje własne ciało, być obecna i świadoma. Potrzebuje wiedzieć gdzie jest niewygodnie i na tym się skupić. Tam wysłać oddech. Chce mieć świadomość swoich fizycznych ułomności, mięśni, o których nie wiedziała i stawów, które już dawno odeszły w niepamięć. Potrzebuje nauczyć się kochać swoje ciało, szanować i dbać o nie. Kobieta definitywnie potrzebuje jogi. Codziennie. Przez godzinę.

Potrzebuje też żeby nikt jej nie mówił co jej wolno, czego nie wolno. Sama się przekona. Potrzebuje społeczeństwa i systemu, które są jej przyjazne, które nie mówią jak ma żyć. Kobieta na pewno nie potrzebuje żeby mówiono jej, że jest „mniejsza, słabsza i mniej inteligentna”, nie potrzebuje żeby ktoś jej wsadzał łapę do macicy, wyciągał stamtąd nienarodzone dzieci, czy je siłą wpychał z powrotem. Kobieta nie potrzebuje zarządzających jej ciałem, nie potrzebuje kluczników pochwy i strażników jajowodu. Kobieta potrzebuje żeby jej nikt za krocze nie łapał kiedy na to nie ma ochoty, do nikogo nie porównywał, nikim nie straszył i z wysokich stołków nie próbował zrzucać. Na koniec, kobieta potrzebuje lampki dobrego wina, kubka świeżo zaparzonej herbaty, tulipanów bez okazji i od czasu do czasu pary kolejnych, niepotrzebnych butów na obcasie…No bo taka właśnie jest i już!