Ogłoszenia…

Zdjęcie kradzione z internetu, ale niedługo już będę takie moje. Chania, Kreta.

Aniukowe Pisadło ogłasza, że żegna się ze Stanami. Będzie płakać żegnając się ze swoim uroczym domem, zaczarowanym, pełnym węży i skunksów ogrodem. Uroni łzę nad Bostonem, który kocha całym sercem i spocznie chwilę w zadumie nad wietrznymi plażami oceanu. Będzie jej brakowało uprzejmości w miejscach publicznych i uśmiechów na ulicy. Będzie jej brakowało koronkowych majtek z Victoria’s Secret i wegańskich cudów na kiju z Whole Foods. Najtrudniej jednak Aniukowemu będzie pożegnać się z ludźmi, których tutaj poznała i pokochała. Tych będzie jej brakować najbardziej. Ich przyjaźni, wsparcia, niezwykłej, pozytywnej siły, niewyczerpanej chęci robienia czegoś nowego, lepszego. Będzie Aniukowemu brakowało amerykańskiego optymizmu i wiary w swoje, i innych, umiejętności. Nie będzie jej brakowało przesady w tej wierze. Nie będzie jej brakowało wszechobecnego pół-profesjonalizmu i dysonansu między umiejętnościami na papierze, a umiejętnościami rzeczywistymi. Nie będzie jej brakowało zbyt długiej zimy, zbyt drogich leków i zbyt krótkich przerw na lunch.

Aniukowe razem z całą rodziną szykuje się do przeprowadzki do Grecji. A co tam Grecja? Aniukowe będzie mieszkać na pięknej wyspie, Krecie! Pisadło będzie jeść świeże owoce i warzywa z ekologicznych upraw miejscowych gospodarzy, będzie chodzić po skalistych górach, których na Krecie pod dostatkiem. Aniukowe nie będzie pływać, bo pływać nie potrafi, ale będzie korzystać z dobrodziejstw wody i plaż w inny, bardziej stacjonarny sposób. Aniukowe spędzi pół roku ze swoim dzieckiem numer jeden jako, że dziecko kończy liceum już w styczniu, i albo się pozabijają, albo utworzą więzi nierozerwalne. Najważniejsze jednak, że Aniukowe będzie mogło zobaczyć swoją rodzinę częściej niż co kilka lat i nie będzie musiała kart kredytowych spłacać przez dwa kolejne. Pisadło jest wielce szczęśliwe i nie może się doczekać końca stycznia kiedy to spakuje dobytek swój i do Europki wróci!

Można gratulować!

Herbata nie taka sobie zwykła…

Kolejny wpis zdrowotny. Tych razem o herbacie. Herbata to delikatny temat. Kogo nie zapytasz, zna się herbacie lepiej niż poprzednik. Ta na opuchnięte kostki, tamta na rozbite małżeństwo. Ta parzona o wschodzie słońce, inna przy blasku księżyca. Zielona na jedno, biała koniecznie na drugie. Ja się nie znam. Ani trochę. Wchodzę do sklepu z herbatami i najbardziej zachwycam się metalowymi puszkami (lub słoikami, bo jestem pewna, że jedne lepsze od drugich) i polotem wymyślaczy nazw. Uwielbiam herbaty wąchać i słuchać jak o nich opowiadają sprzedający. Jednak kiedy już ta pachnąca mieszanka jest w stanie ciekłym, nie potrafię powiedzieć, czy mi smakuje bardzo, trochę, czy wcale. Ale piję. Zimą piję herbaty nawet kilka razy dziennie, ale ani nie miałam dotąd ulubionej, ani nie jestem wytrawnym koneserem i pewnie czasem piję badziewie. Pamiętam, że wiele lat temu w Niemczech, kiedy zaczynałam praktykować jogę, odwiedził nas taki jeden złotousty prelegent w temacie jogi i poczęstował herbatą. Pamiętam, że prelegentem byłam zachwycona, tym co mówił, co robił, co czuł, jego matą do jogi, kadzidełkami i herbatą właśnie. Był to jednak zachwyt zbiorowy i herbata zlała się z resztą. Zapomniałam.

Spacerując po stronce pewnej nauczycielki jogi znalazłam przepis na domową yogi tea. Czyli co? Czyli czarną herbatę gotowaną w wielkim garze z aromatycznymi przyprawami, podawaną z mlekiem i miodem. Ponoć herbata ta została przywieziona do Stanów przez sławnego jogina Bhajan, prekursora ajurwedy i zdrowego stylu życia na zachodzie. W tradycyjnej herbatce jogowej bulgocze pięć przypraw, które są podstawą ajurwedyjskiej medycyny. Pierwszy to kardamon przyśpieszający przemianę materii, łagodzący niestrawność i wzdęcia. Działa również przeciwzapalnie, szczególnie w przewodzie pokarmowym. Kolejna przyprawa to cynamon, który obniża ciśnienie krwi, pomaga w walce z nowotworami, działa antybakteryjnie. Ostatnie badanie wskazują też na to, że cynamon pomaga w walce z bólem u pacjentów cierpiących na artretyzm. Goździki mają lekko znieczulające oraz rozgrzewające i uspakajające właściwości. Czarny pieprz sprzyja trawieniu, dezynfekuje i ma działanie przeciwzapalne. Ukochany mój imbir ułatwia trawienie, łagodzi mdłości, likwiduje małe stany zapalne i pomaga w przeziębieniu (bardzo pomaga!!).

Jeśli macie ochotę na taką aromatyczną herbatę, zagotujcie gar wody. Ten przepis jest na, mniej więcej, dwa litry wody, ale można oczywiście bawić się zawartością przypraw i wody w wodzie. Ja robię tyle żeby wystarczyło na trzy słoje do lodówki i wielki kubek na spożycie natychmiastowe. Do gara z gotującą się wodą dorzucić 20-25 ziarenek czarnego pieprzu. Powoli, nie spieszyć się, zachwycać się widokiem przez kilka sekund a następnie dodać piętnaście goździków i pozachwycać się jeszcze moment. Kolejna przyprawa to cynamon. Koniecznie w laskach i od trzech do pięciu sztuk. Z suchych przypraw, ostatnia to ziarna kardamonu. Dwadzieścia sztuk, a co?! Przed wrzuceniem należy ziarna nieco rozgnieść i wrzucać takie rozchełstane. Na koniec korzeń imbiru. W każdym przepisie jest inaczej, myślę, że osiem plasterków to optymalna liczba, ale ja lubię mocno imbirową herbatę i dodaję więcej. I nie, nie obieram ze skórki. Pozostawić na kilka minut żeby się to wszystko pięknie zagotowało na wolnym ogniu, usiąść i wdychać piękny zapach tańczących we wrzątku przypraw. Następnie dodać czarną herbatę. Można w torebce, może w liściach. Przykryć garnek pokrywką i zostawić na pół godziny na bardzo wolnym ogniu. Herbatka może sobie delikatnie bulgotać nawet i kilka godzin, ale trzeba pamiętać, że może być mocna jeśli czarna herbata zostanie w niej tak długo. Kiedy mamy już dosyć czekania, zdejmujemy gar z ognia i przelewamy przez sito do innego garnka lub dzbanka. Odlewamy dla czekającej niecierpliwie siebie pełny kubek herbaty, dodajemy łyżeczkę lub dwie miodu i trochę mleka. Ja dodaję migdałowe.

I kiedy pierwszy raz usiadłam i spróbowałam tej herbaty, przypomniało mi się Garmisch, joga z Angeliką, prelegent, pies z głową w dół i ciche mantry. Pewnie to była ta sama herbata…

Na Zdrowie

Piszę bo lubię, bo muszę, bo chcę. Pisać blog zaczęłam dawno temu, najpierw w sekrecie, potem tylko dla rodziny, następnie dla zaproszonych gości, w końcu się upubliczniłam. Potem zachorowało mi dziecko. Blog był moją odskocznią, moją terapią. Bezpieczną terapią, bo mówiłam o nas tylko tyle, ile chciałam, tylko w takich kolorach, które pasowały do wystroju mojego wnętrza, tak długo, głęboko, śmiesznie jak sobie na to pozwoliłam. Terapeuta-klawiatura nie spojrzy mi w oczy i nic nie wyczyta. Taka właśnie terapia mi wtedy odpowiadała. Tego wtedy potrzebowałam. Chciałam też żeby blog był miejscem dla innych rodziców dzieci zmagających się z tą chorobą. Spróbowałam kilka razy, ale wygląda na to, że albo nikt w Polsce na to nie choruje, albo gadać mu się o tym nie chce. Nie ma się co dziwić. Gówniana choroba, nie ma co. Ale choroba Leśniewskiego-Crohna jest członkiem naszej rodziny. Może i takim, co by go się chciało pogrzebać gdzieś pod płotem, a przedtem jeszcze kołkiem osikowym, na wszelki wypadek, przebić, ale jest. A skoro już jest, to i napisać o chorobie od czasu do czasu należy. Bez Kasi Crohna pewnie nie byłoby tego bloga, nie byłoby lekcji pokory, cierpliwości, nie byłoby po drodze spotkanych, cudownych ludzi, nie było takich nas, jacy jesteśmy. Nie byłoby też wkłuć, wlewów, endoskopów, nieprzespanych nocy, paraliżującego strachu i nie całkiem klarownej przyszłości mojego dziecka… No ale jak już coś jest, to często w pakiecie.

Nie byłoby też kilku zmian w naszym życiu. Jedną z nich było nasze przejście na weganizm i zainteresowanie medycyną holistyczną. I wiem, że zaraz połowa czytających zamknie stronkę, wyloguje się, zablokuje, odprzyjaźni i pójdzie w cholerę. Bo to już przesada, że bez mleka, bujdy, że białka nie potrzeba, moda jakaś nowa, przejdzie wszystkim po kilku tygodniach i takie tam… Jeśli druga połowa czytelników zostanie, to się dowie, że napiszę tylko o tym, co się zadziało w naszej rodzinie, nasze doświadczenia, nasze sukcesy i porażki. Na przejście na dietę wegańską i na zdrowszy byt życie przygotowywało nas już od jakiegoś czasu. Cholesterol dawał się we znaki, skóra u jednego, jelita u drugiego, wzdęcia, migreny, bóle kręgosłupa, zmęczenie, apatia. Kasi Crohn zaczął wyłazić z ukrycia, podnosić jedne cyferki we krwi, a obniżać drugie. Naoglądaliśmy się również filmów dokumentalnych, wykładów lekarzy i naukowców, i naczytaliśmy rozmaitych publikacji. Kiedy w maju straciłam pracę, postanowiłam, że trzeba to jakoś wykorzystać. Zostałam wolnym słuchaczem u najlepszej na świecie trenerki instruktorów jogi i wymieniłam zawartość lodówki.

Nie było łatwo. Po nocach śniły mi się tańczące na stole jajka w koszulkach, czasem nawet i bez, wesołe łososie przeskakiwały zgrabnie fale na rzece z bitej śmietany, a ser żółty nęcił przepastnymi dziurami. Pogrzeb ulubionym jogurtom trzeba było wyprawić i masło, nawet to najlepsze, irlandzkie oddać sąsiadom. I co? I można nie wierzyć. Można wątpić. Mówią, że cukrzycę po kilku tygodniach diety wegańskiej można zlikwidować, ale czy ja osobiście znam taką osobą? Nie. Ponoć ktoś z Crohnem odstawił wszystkie leki. Rozmawiałam z gościem? Nie. Kobiecie dawali kilka miesięcy życia z powodu niewydolności serca. Jest zdrowo odżywiającą się weganką i żyje już kilka lat. Widziałam wyniki jej badań? Nie. Sportowcy ponoć mają lepsze wyniki na diecie wegańskiej. A zaglądam im do talerza? Nie.

Ale wiem co się zmieniło u nas. Wiem, że problemy skórne się skończyły. Wzdęcia wklęsły. Wiem, że cholesterol spadł na łeb na szyję. Nadwyżek szczęścia jeszcze nie zarejestrowaliśmy, ale samopoczucie znacznie się poprawiło. Widzę, że śpimy lepiej, spożywamy mniej alkoholu (aż mnie to trochę martwi), nic mnie nie piecze, nie swędzi, nic nie sztywnieje. Cycki wciąż wiotczeją, ale na to rady nie ma. Najważniejsze jednak jest to, że Kasia ma się lepiej. Ma się dużo lepiej. Krew jest badana co miesiąc i z miesiąca na miesiąc jest coraz lepiej. Wszystkie najważniejsze wskaźniki, które pokazują aktywność choroby są w normie. Są duże szanse, ze zaplanowane podwyższenie dawki jej leku się nie wydarzy. Niezwykle mnie to cieszy i motywuje do działania. Dodam lojalnie, że Kasia dostaje, ale tylko od miesiąca i z przerwami, dwuskładnikowy suplement diety i być może to też ma znaczenie, ale jestem przekonana, że odstawienie nabiału w chorobach autoimmunologicznych daje bardzo pozytywne wyniki. Zresztą, nie muszę być przekonana, jest wiele badań, które to potwierdzają.

Nie, nie przekwalifikuję się na wegański kulinarny blog, na blog o jodze, o ajurwedyjskiej medycynie, czy medytacji. Inni robią to lepiej ode mnie. To ciągle jest blog o życiu. A że w moim życiu teraz właśnie takie rzeczy, będzie i o nich. W mojej nowej zakładce Na Zdrowie, znajdziecie rzeczy, które przetestowaliśmy i które nam się spodobały. Będzie o wszystkim, będzie o życiu. Trochę zdrowszym życiu, ale to chyba dobrze, nie?

Lepiej spać…

(narysowany przez Kasię goryl nie miał nic wspólnego z ćwiczeniem oddechowym)

To, że sen jest bardzo ważny dla naszego zdrowia i lepszego samopoczucia, pisać nie trzeba. Zalecana ilość snu dla dorosłych to od siedmiu do dziewięciu godzin, dla nastolatków (14-17 lat) od ośmiu do dziesięciu godzin (źródło: tutaj). I chodzi tu o sen. Nie liczy się pójście do łóżka z telefonem, laptopem, czy innym rozpraszaczem. Nie liczy się przewalanie się z boku na bok, planowanie kolejnego dnia, czy kłótnie małżeńskie. Liczy się sen. Ja, żeby wstać bez pomocy elektrowstrząsów i funkcjonować przez cały dzień bez przypadków pogryzień, potrzebuję ośmiu godzin snu. Przetestowałam kilka innych wersji i wychodzi 7,5-8 godzin. Powyżej jestem zmęczona (bardzo ciekawe), poniżej jestem po prostu wredna. Dzieci moje nastoletnie potrzebują jeszcze więcej i co im powtarzam do znudzenia, nie da się odespać tych godzin w weekend. To tak nie działa. Piszą również, że godzinę przed snem dzieci nie powinny przebywać w towarzystwie telefonów, komputerów i innych. Moje dzieci wstają kwadrans po szóstej, czyli, gdyby potrzebowały spać dziesięć godzin (maksimum zalecanej dla nich ilości snu), musiałyby spać o ósmej. Nierealne. Dziewięć godzin już bardziej realne a to dlatego, że ja sama chodzę spać o dziewiątej (serio!! Ale wstaję o piątej. Serio!!) gaszę światła i ogłaszam ciszę nocną. Telefony na noc stacjonują w kuchni. Problemem moich dzieci było zasypianie. Nie potrafią się wyciszyć, rozmyślają o całym dniu, planują kolejny, czytają i kto wie co jeszcze… Ja pomagam sobie medytacją. Często jednak w nocy potrzebuję medytacji prowadzonej, bo się wyciszyć nie mogę jak mnie napadnie swołocz myśli upierdliwych. Wtedy, a to nie mogę słuchawek znaleźć, a to telefon w kuchni. Jak już zejdę do kuchni, kot zamiauczy, że chce jeść, pies skacze, bo myśli, że idziemy na spacer i po spaniu. Na stronie o ajurwedyjskiej medycynie znalazłam krótkie i bardzo proste ćwiczenie oddechowe, które miało pomóc w zasypianiu. Należy położyć się wygodnie i, jak jedna z moich medytacji mówi, poprawić się tak żeby było dziesięć procent wygodniej. Oddychać głęboko, ale nie przesadnie. Można i wdech i wydech nosem, można wdech nosem, wydech ustami. Nie poleca się wdechu ustami. Sprawdźcie sobie o ile jest krótszy taki wdech ustami. Leżąc na plecach oddychamy (wdech i wydech) osiem razy, turlikamy się na prawy bok i na prawym boku oddychamy szesnaście razy. Na koniec na boku lewym trzydzieści dwa razy. Mnie jeszcze nie udało się policzyć na lewym boku. Zasypiam. Dzieciom wydrukowałam i powiesiłam nad łóżkiem. Mówią, że bardzo pomaga. Jestem ciekawa, czy na innych też działa.

Zaćmienie i joga…

Zamiast na niedzielną sumę, chodzę na jogę. Bardzo lubię te niedzielne właśnie. Są długie, okraszone medytacją, opowiadaniem jakimś, kawałkiem sutr (aforyzmy z ksiąg jogi) i oczywiście samymi asanami prowadzonymi przez niesamowitą znawczynię anatomii ciała i umysłu, i nadzwyczajną nauczycielkę jogi. To moja terapia. Moje psychotropy. Moja grupa wsparcia.

Dzisiaj nastąpi całkowite zaćmienie słońca w Stanach. Nastąpi w pasie środkowych stanów, do których akurat nie należę. U nas będzie widocznie w sześćdziesięciu procentach. O tym właśnie była wczorajsza joga. Wiele osób praktykuje jogę zgodnie z fazami księżyca. Według filozofii jogi, nasze ciało i nasz umysł są częścią wszechświata. Jesteśmy z nim połączeni, od niego zależni, współistniejemy z nim. Wszystko co się dzieje we wszechświecie, w naturze, ma odzwierciedlenie w naszym ciele, naszych emocjach i naszym umyśle. I tak na przykład wierzono, że podczas pełni księżyca nie powinno się praktykować jogi ponieważ ma się tyle energii w sobie, tyle siły, tyle emocji, że można sobie krzywdę tą energią zrobić. Podczas nowiu energia nasza (w sanskrycie zwana praną) jest, z kolei, bardzo słaba. Przejawia się to tym, że jesteśmy zmęczeni, śpiący, nic się nie chce, więdniemy. Wtedy praktykujemy jogę regenerującą (restorative yoga). Ćwiczymy skręty tułowia otwierające przepływ słabiutkiej energii, ćwiczymy oddech. Po takiej załamce energetycznej, przychodzi nowe. Wraz z przyrostem księżyca, nasza prana staje się coraz silniejsza, jesteśmy coraz to bardziej kreatywni, mamy pomysły i siłę do ich wykonania, rozkręcamy się. I tak w kółko. Tak się składa, że dzisiaj akurat przypada księżycowy nów z zaćmieniem słońca w bonusie. Trzymajcie się wszyscy czego popadnie. Możemy czuć się słabiej, do kitu, w ekstremalnych przypadkach, do dupy nawet. Ale za to jaki nowy początek nas czeka!!! Niektóre teksty mówią, że takie zjawiska mają wpływ głównie na większe skupiska ludzi jak na przykład miasta, czy państwa. No i to jest dobra wiadomość. Stanom przyda się zmiana. Wszystko jedno jaka, bo w tej sytuacji, każda zmiana wydaje się być zmianą na lepsze. Niektóre źródła mówią, że dotyczy to głównie jednostek.

U mnie już. Nastąpiła „przed-zaćmienna” zmiana. Dostałam pracę. W dobrej szkole prywatnej. Będę uczyć pół dnia, pół dnia będę administratorem programu. Cokolwiek to znaczy. Powinnam być szczęśliwa. Powinnam byś pełna entuzjazmu i energii do pracy. Mam pracę, zarabiam, płacą ubezpieczenie, dentystę (w Stanach to rarytas). Mam swoją klasę, mogę z tym pomieszczeniem robić co mi się podoba. Mam też biuro z widokiem na rzekę. Dwadzieścia minut od domu. A mam pustkę. Czuję tylko ulgę, że wreszcie coś mam, że wreszcie znalazłam. Dlaczego mnie to nie cieszy? Dlaczego nie piszę planów lekcji, nie rysuję tabelek, nie robię prezentacji? Czy to tylko spadek formy? Padnięta na pysk prana? Czy jest jeszcze coś innego? Coś co mnie uwiera, nie daje spokoju… Jak się dowiem, doniosę.

Miłego zaćmienia niektórym, a wszystkim samych zmian na lepsze życzę!

 

P.S. Gdyby ktoś nie wiedział skąd te zaćmienia, spieszę z hinduską mitologią. Kto by tam nauce wierzył. A że się na żadnej mitologii nie znam (hinduską czytam trochę z potrzeby) i opowiadać ładnie nie umiem, dat nie pamiętam, imion i nazw, tym bardziej, opis będzie w stylu Drunk History (kto nie zna, a zna angielski, proszę tutaj, tutaj, albo tutaj). Kto ze mną pił, będzie mu łatwiej. Lecim… Tak się zdarzyło, że demony i bogowie hinduscy nie przepali ze sobą. Ciągle ze sobą walczyli, nierzadko dochodziło do rękoczynów. Bóg Wisznu chcąc ich pogodzić powiedział: „No słuchajcie, jest tam taki super extra nektar na dnie oceanu. Najlepszy na świecie. Kto się go napije, będzie nieśmiertelny, piękny, mądry i takie tam… Musicie współpracować i nektar z dna wydobyć”. No to się dwie drużyny zawzięły, złapały potężnego węża imieniem Wasuki, jedna drużyna trzymała łeb, druga kuper. Przerzucili węża przez górę Mandara i tak nią kołysali, że odwrócili ją do góry nogami i z dna oceanu wypłynął pyszny nektar. Mądraliński Wisznu porządził się nektarem i poczęstował nim samych bogów, olewając demony. Jeden z demonów, Rahu, się rozeźlił, przebrał się za boga i stanął w kolejce do kielicha. Już mu Wisznu kropelkę jedną do gęby nalał, aż tu nagle Słońce i Księżyc drą się, że to zdrada, że to hultaj Rahu przebrany za boga! Jak się Wisznu nie wkurwi, jak się nie zamachnie… Łeb mu odciął. Jednak Rahu nie zszedł był całkiem, bo kropelka nektaru uratowała mu życie, a konkretnie głowę, bo tułowia już nie. Nie trzeba było długo czekać na zemstę demona. Rahu ze złości połknął słońce. No i mamy zaćmienie. Nie miał biedaczysko reszty układu pokarmowego więc mu szyją szybko słońce wyszło. Koniec zaćmienia. Potem księżyc. I tak w kółko…

No i tyle. Bajki Andersena – flaki z olejem.

 

Szukam pracy…

Zdolna, z doświadczeniem zawodowym, niemłoda ciałem, ale duchem i owszem, nauczycielka języka angielskiego poszukuje pracy w pełnym wymiarze godzin. Nie, nie mówi po hiszpańsku, a szkoda i tak, jest obywatelką. Ma na to papiery. Nie, nie chce sprzedawać ubezpieczeń na życie i tak, wie co to PowerPoint. Nie, nie może dojeżdżać do New Jersey i tak, wie jak pisać wypracowania. Na lekcjach nie pije, z uczniami z reguły nie sypia i przeklina tylko po polsku. Jest dyspozycyjna w granicach rozsądku, po niemiecku zorganizowana, wyrabia się z terminami i postara się jak jasna cholera żeby być wartościową częścią zespołu.

Szukam pracy. Wysyłam życiorysy (wyłącznie własne!), piszę zmysłowe listy motywacyjne, proponuję nowatorskie rozwiązania i oferuję autorskie projekty. I chodzę na rozmowy o pracę. Każda taka rozmowa kosztuje mnie głodówkę, bo nie mogę nic jeść z nerwów, biegunkę, bo wiadomo, że ona zawsze w najmniej oczekiwanym momencie, ból głowy z odwodnienia i głodu i napęczniały pęcherz podczas rozmowy z powodu intensywnego nawadniania się tuż przed. Potem jeszcze kosztuje mnie $13 za sześćdziesiąt minut dobrej jogi plus piętnaście minut medytacji żeby się jakoś po takiej rozmowie pozbierać. Na szczęście, jeszcze tylko jedna mnie czeka.

Na jedną taką rozmowę umówiłam się z panią Alison w eleganckiej kafejce. A bo już w godzinach popołudniowych się umówiłyśmy, a bo każdej z nas bardziej po drodze, mnie do niej, jej do domu, bo mniej oficjalnie będzie niż w jej biurze na pięterku pięknego budynku uczelni. A uczelnia ci to jest, że ho ho, nie byle jaka. Pani Alison, szef wydziału języka angielskiego jako obcego tejże uczelni umówiła się ze mną na siedemnastą. Będzie czekać przy dwuosobowym stoliku zaraz przy wejściu. Założyłam na siebie strój galowy i buty na obcasie. Nauczona doświadczeniem, tym razem wybrałam obcas typu kaczuszka. Na inną rozmowę założyłam na wysokim i rozmówca, prawdopodobnie niedoszły szef, był ode mnie o głowę niższy. Speszyliśmy się oboje. Z klasyczną, czarną torebunią w zgięciu łokcia, stukam ci ja kaczuszkami biegnąc po parkingu dwie minuty spóźniona. Przed drzwiami, biorę głęboki oddech i wchodzę. Wita mnie uśmiechnięta, wstająca zza dwuosobowego stolika tuż przy wejściu, kobieta. Podchodzi, wyciąga dłoń, ja przepraszam za spóźnienie, ona w tym samym czasie się przedstawia. Ja się przedstawiam, ona równocześnie ze mną odpowiada, że nie szkodzi, że się spóźniłam. Chwalę wybór kafejki, bo i z gustem urządzona i przestronna i bez tłumów. Ona proponuje kawę, ja dziękuję, piję tylko o poranku. Ale może ona się napije? Też dziękuje, też pije tylko rano. No to już mamy coś wspólnego. Ha ha ha, hi hi hi… Ona proponuje żeby wyjść na zewnątrz. Mają taki przyjemny ogródek. Wyborny pomysł. Po drodze przeprasza, że tak na luzaka trochę ubrana, ale grała w tenisa całe przedpołudnie. Z kolei ja przepraszam, że może zbyt oficjalnie, ale pomyślałam, że w końcu to rozmowa o pracę. Z szacunku to wszystko. Dodaję, że to piękny dzień na grę w tenisa. Przytakuje. Siadamy, ona zaczyna czegoś szukać w torebce. Od kiedy grasz w tenisa? – pyta mimochodem. Przyznaję, że w życiu nie trzymałam rakiety do tenisa. Wybucha śmiechem. Pewnie jakiś lokalny żart. Wypada udać rozbawioną. Udaję. A jakie są twoje wrażenia z uniwersytetu Brown? – pyta wciąż grzebiąc w torebce. Bardzo specyficzne poczucie humoru… No wiesz, jeszcze nie wiem jak to jest pracować z wami, ale mam nadzieję się dowiedzieć – odpowiadam dumna, że łapię w lot jej żarty. Myślałam, że tam studiujesz…- powiedziała powoli spoglądając na mnie. Skądże znowu, ja już się nastudiowałam w życiu. Mam wszystko czego potrzebujecie. Na twarzy kobiety zarysowała się niepewność. Jesteś Julia i przyszłaś na rozmowę w sprawie pracy jako instruktor tenisa, tak? – zapytała.

Leżałyśmy rycząc ze śmiechu na stole jeszcze kilka sekund zanim załapałam, że jestem jeszcze bardziej spóźniona na spotkanie z właściwą osobą.

Niemieckie resztki…

sztuka w spożywczaku

Jeśli raz spacerowało się po niemieckich górach, już zawsze oczekiwać się będzie piwa i Kaesespaetzli pod koniec wędrówki. Jeśli stałaś w niemieckiej kolejce, nie będziesz uważała ryrania torbą, ręką, czy inną częścią ciała po tyłku za próbę gwałtu. Wiesz też, że frische Luft walące z otwartego okna po zatokach jest nieocenione nawet podczas najtęższych mrozów i ręka ci zadrży zanim wyrzucisz plastikową butelkę do zwykłego kosza na śmieci. Jest jeszcze jedna krztyna niemieckości, który we mnie została, uległa zwapnieniu, obrosła w mech i nie przyuważyłam.

Naszym ulubionym spożywczakiem w uesa jest Trader Joe’s. Jest wizualnie oku miły, ma mnóstwo produktów ekologicznych, wegańskich, lokalnych i w dobrej cenie. Ma miłą obsługę, w większości ręcznie napisane (i ozdobione) metki i najtańsze jakie widziałam w Stanach kwiaty, które nie więdną po dwóch dniach. A kwiaty to podstawa, bo długo miałam florystyczną depresję, po tym jak w Aldi kwiaty kosztowały 1.99, a tu pół wypłaty plus podatek. A i jeszcze właścicielem Trader Joe’s jest Aldi właśnie. Wprawdzie Nord, a ja z Sued jestem, ale chrzanić ex lokalny patriotyzm, nabijam niemieckiej rodzinie Albrecht kieszeń i jest git.

Przy kasach trochę inaczej. Podaje się wózek z zakupami pani kasjerce, ona sama wykłada, zwinnie skanuje i odkłada na bok do pakowania. Pakuję sobie sama. W śliczne, ekologiczne torby, w pandy, nenufary Moneta i w siatkę ku czci Krystyny – słynnej foki z helskiego fokarium. Jestem super zorganizowana. Ciężkie mleka migdałowe, wody różane i ziemniaki z wolnego wybiegu rozkładam na spód pięciu różnych toreb. Następnie ryż różnego koloru skóry i ziarna, których nazw nie potrafię wymówić. Rozdzielam sojowe kiełbaski, sery z mleka z nerkowców, anty-mięso z pierwszego tłoczenia i sałatkę jajeczną z bobu z dodatkiem liścia jemioły. Stresuje mnie trochę prędkość odkładania przez kasjerkę produktów, więc i ja przyśpieszam. I hops lokalne, nadgniłe już nieco pomidory lądują szybciutko na kolbach kukurydzy z pola za miedzą, późne truskawki niepryskane, śliwkopodobne i chleb z mąki niebielonej z ziarnami typu „ancient”. Na finiszu podkręcam tempo i chipsy z siemienia lnianego lądują na wierzchu torby i wręcz wyrywam pani z ręki zeskanowane wiechcie pietruszki i kolendry. I gotowe. Mogę zapłacić. Pani wielkimi oczyskami na mnie patrzy. A w Niemczech to się czasem nie mieszkało? – pyta. Ano mieszkało się, a co? To pewnie długo, bo jest tu jeszcze kilku klientów z Niemiec i oni wszyscy tak szybko pakują, ale pani jest najszybsza. Prawie mnie pani wyprzedziła. Co oni wam w tym kraju robią?

Nic nie robią. Patrzą groźnie, czasami stukają długimi paznokciami o ladę, czasami przesuwają zakupy na koniec, koniuszek lady. A nuż coś spadnie i nauczka będzie żeby następnym razem się śpieszyć. Moim niedoścignionym wzorem są mistrzynie pakowania, które podczas ładowania do toreb odwijają ogórki z folii, wyjmują wafelki z torebek, marchewki z woreczków, mleko do szklanych butelek przelewają i wywalają makulaturę do kosza w sklepie. Do tego mi jeszcze daleko…

Podczas podróży do Kolorado dowiedziałam się, że…

…nie ma co ściemniać, kocham góry! Co tam długie, piaszczyste plaże, płaskie i jednakowe. Co tam drobniutki piasek w majtkach, w kanapce i między zębami. Co tam wyniosłe fale przynoszące nieuchronną śmierci niewprawionym w sportach wodnych. Nie ma nic lepszego na świecie jak wycieczka w góry. Najlepiej pod górę. Każda nasza wycieczka zaczynała się na wysokości dwóch tysięcy metrów (miasteczko, w którym mieszkaliśmy leży na wysokości 2,125m) co oznacza dużo mniej tlenu w powietrzu i niższe ciśnienie atmosferyczne. Serce wyskakuje z klatki piersiowej, muszę zatrzymywać się co dziesięć kroków, ale po kilku sekundach, wszystko wraca do normy, a nawet do jakieś magicznej nadnormy i mogę iść dalej. Kolejne dziesięć kroków. Się wypowiem mało odkrywczo, że chodzenie pod górę jest uzależniające.

…nie ma takich gór jak Alpy, nigdzie, koniec i kropka. Nigdzie nie ma takich widoków, takiej niesamowitej bliskości obezwładniających w swojej majestatyczności szczytów. Nigdzie nie ma tak krystalicznego powietrza, przez które widać najmniejsze załamanie skały, najmniejszą igiełkę na sośnie. Nie ma takiej zieleni w sąsiedztwie nagich, surowych, szarawych skał. Nigdzie nie ma takich drewnianych knajpek z zimnym piwem, kluchami parowymi i krów żujących trawę przy stoliku z tymiż kluchami. Nie ma i już!

…że dobrze jest mieć przyjaciół tutaj. Najlepiej takich z Europy, jeszcze lepiej z tej bardziej wschodniej, idealnie takich wyrozumiałych, otwartych, w podobnej sytuacji życiowej. Bonusem byłoby gdyby mówili po polsku. Nie można wszystkiego mieć, więc moja przyjaciółka mówi po słowacku. Nie ma lepszej terapii niż wywalanie bebechów, rozterek, tęsknot, niespełnionych marzeń, niewykorzystanych możliwości komuś, kto po słowacku zrozumie, nie przewróci oczami, nie pokręci z dezaprobatą głową, komuś, kto po ramieniu poklepie, czy też w dupę motywująco kopie. Ktoś, kto tak jak ja, nie wie gdzie jest dom, gdzie on będzie za rok, za dwa, co powiedzieć dzieciom gdy pytają o plany na lato, czy na święta. Ktoś kto tęskni choć już dawno nie powinien, ktoś nie może nazwać tego kraju domem choć byłoby mu łatwiej gdyby mógł. Bezcenne są takie jednostki ludzkie.

…że bycie na diecie wegańskiej na lotniskach to nowe bycie niepełnosprawnym. Ile ja dzieciom do łbów pcham, że nabiału nie jemy, bo chcemy być zdrowsi, że jak się człowiek postara, coś znajdzie, że spróbujmy choć jeden miesiąc, a rezultaty będą niesamowite. Okazuje się, że łatwo nie jest. Wydaje się, że każda knajpka i kawiarenka chwali się opcjami wegańskimi kiedy do kawy zamiast krowiego dodaje sojowe lub migdałowe mleko. I tyle. Wybór wegański w terminalu B na lotnisku w Bostonie? Frytki z McDonalda.

…że sportowy sklep nie wszędzie znaczy to samo. W szufladzie kuchennej u znajomych znalazłam ostrzałkę do noży. Z jakimś tam diamentem czy czymś, co to przerabia kuchenne noże na żylety. Nóż tylko spojrzy na ostrzałkę i już kroi miękkiego pomidora na cieniutkie paseczki. Ja też chcę. Ano, że w sklepie z artykułami do zajęć na świeżym powietrzu, mówią…taki outdoors store. Sportowy, myślę sobie. Wchodzę i zamieram. W Kolorado sporty pod gołym niebem oznaczają wędkarstwo, camping i rozpierducha fauny pobliskich lasów. Nie ma co pisać, opowiem w obrazkach.

Wejście, proszę ja ciebie, jak do hotelu na stoku alpejskim i napis, że raj dla kochających sport.

Przekraczamy pierwsze drzwi raju a tu proszą o zgłoszenie wnoszonej broni i łuków (!!!) w biurze obsługi klienta. Oczy mojego Janka jak kartofle!

Ukoił nas wodospad na dwa piętra i akwarium z rybami wielkości ssaków domowych.

 

Za rogiem przywitał nas dział odzieży na polowanie, za kolejnym rogiem…

Zamarłam. Janek szepnął, że nie czuje się bezpiecznie i że musi wyjść…

Jeszcze najróżniejsze atrapy zwierząt z tarczami.

I specjalnie dla żoneczek, córek, matul, czy konkubin żeby do paznokci pasowało.

Ale ostrzałka do noży najlepsza na świecie!

4th of July…

No wiem wiem… poślizg mam jak się patrzy, ale życie mi w blogowe szprychy patyki wtyka i co się zabiorę za pisanie, to na pysk przez przednie koło. Bez kasku. Ale nic, kto chce, niech czyta, a się post odświeży za rok trzeciego lipca i będzie jak znalazł!

Źródło: tripadvisor

Trzeciego lipca nie lubię tego kraju. Nie podoba mi się to, co dzieje się w polityce, co się dzieje w służbie zdrowia, w szkolnictwie wyjątkowo mi się nie podoba. Nie podoba mi się, że tak wielu ma w głębokim poważaniu rzeczy tak ważne jak zanieczyszczenie środowiska, niepełnosprawnych i chorych, zdrowe odżywianie i moją rodzinę z Polski, która znów spędziła na lotnisku trzy godziny na przesłuchaniach. Lubię ludzi w Stanach. Niektórych ludzi, w niektórych stanach. Lubię jogę w tutejszym wydaniu, kanapki z homarem i plaże lubię. Reszty nie. Piątego lipca też nie lubię tego kraju, ale piątego mam wszystko gdzieś, bo moje dziecko ma urodziny i na jego szczęście urodził się w Niemczech, nie w Stanach. A czwartego lipca, panowie i panie, kraj ten lubię. Powiedziała mi kiedyś moja amerykańska przyjaciółka, feministka, lewicowiec i antychryst, czyli wróg numer jeden obecnego systemu, że czwarty lipca to takie święto wszystkich. I coś w tym jest. Czy jesteś z frakcji demokratycznej, czy republikańskiej, czy głosowałeś na, tfu na psa urok, prezydenta naszego, czy nie, czy jesteś gejem, na wózku, przyjezdnym, spod kościoła czy meczetu, uchodźcą do tego kraju, czy też przyszłym uchodźcą z tego kraju, amerykańskie święto niepodległości świętujesz. Niepodległości, a co dopiero wywalczonej od Brytyjczyków i skrzętnie zapisanej w Deklaracji Niepodległości , w zęby się nie zagląda. Się cieszy, szanuje i świętuje, że ja cię nie mogę. No może jedynie jakiś potomek brytyjskich lojalistów wzdycha, że dobrze byłoby mieć tutaj kolonię… Zresztą, biorąc pod uwagę sytuację, może nie byłoby tak źle… No ale ja nie o tym.

Święto Niepodległości to najbardziej amerykańskie święto ze wszystkich. W niemalże każdym mieście w Stanach obchodzone jest hucznie. Parady, koncerty, uroczystości wielkie i małe, w parkach, na ulicach, w ogródkach i na balkonach. Parady rozpoczynają się rankiem a trwają w niektórych miejscach aż do północy. Muzyka w parkach, na plażach, w miastach i na wsiach. Orkiestry dęte, szkolne, miejskie, etniczne, mniejszościowe i przedszkolne. Organizacje, związki, grupy, stowarzyszenia, bractwa, ruchy i inne zgrupowania maszerujące w pochodach. Psy, nauczyciele, politycy, żołnierze, aktorzy, baletnice i karatecy – wszyscy z uśmiechem na ustach i z flagą w dłoni. Wzdłuż ulicy koczuje, często od wczesnych godzin porannych, publiczność. Ale jakaż to publiczność?! Nie taka bierna, krytyczna, z paluchem wskazującym na uchybienia i niedociągnięcia. Publiczność napchana po uszy entuzjazmem, wdzięcznością za daną im wolność i niepodległość, dumą z bycia częścią tego kraju, i wiarą w słuszność demokracji w stylu amerykańskim. Czy to kiczowate, sztuczne i rzygające tęczą? Możne. Mnie się podoba. Podoba mi się to, że świadomość przynależności do kraju, stanu, miasta, klubu jednośladów, czy bractwa leworęcznych prząśniczek jest takim wyróżnieniem, zaszczytem i honorem, a przede wszystkim, taką radochą. Podoba mi się to jednodniowe obnoszenie się z byciem stąd. Amerykańska flaga noszona jest w dłoniach, na głowie, na płaskich, lub silikonowych piersiach, na półgołych tyłkach, na wózkach dziecięcych, balonach, butelkach wody, biżuterii i psich obrożach. Amerykanie mają szczęście, że kolory flagi takie akurat wizualnie fortunne są. Wyobrażacie sobie niemieckie święto niepodległości i niemowlaki w żółto-czarnych pampersach? Kocham kraj niemiecki jak swój, ale czas pomyśleć o zmianie żółtego na jakiś bardziej optycznie przyjemny. Szarości wydają się być w modzie.

Źródło: pinterest

Tegoroczne święto czwartego lipca spędziliśmy oglądając najstarszą paradę w USA, w miasteczku Bristol. Bristol zostanie jednym z moich ulubionych miejsc w Stanach chyba na zawsze. Znam je lepiej niż to, gdzie mieszkam. Tam pracowałam, tam mam przyjaciół, ulubioną kawę z miodem i w knajpce barmanka wie jakie piwo zamówię. Ulica, po której przechodzi pochód to jedna z najpiękniejszych ulic jakie widziałam. Zamiast białej linii przedzielającej ulice na dwa pasy, trzy paski w kolorach flagi. Piękne, kolonialne domki, przystrojone na tę okazje w kolory flagi amerykańskiej. Na werandach białe, bujane krzesła, niebieskie hortensje i uśmiechnięte tłumy z kubkami kawy w dłoni o poranku, lub ze szklankami alkoholu kilka godzin później. Przed jednym z takich domów my, na imprezie polsko-amerykańskiej. Jedna z najfajniejszych imprez w moim życiu. Mnóstwo amerykańskiej Polonii, pyszne jedzenie i alkohol popijany i zagryzany innym alkoholem. Pierwszy raz w życiu jadłam galaretki, w których zamiast wody była wódka. Jakże się Amerykanie ze mnie śmiali, że się zachwycam drinkiem w galarecie. Ponoć był to drink licealistów. Kiedyś był, bo jak mówi moja licealistka, teraz podaje się opiaty na imprezach więc jestem jakieś trzy pokolenia do tyłu, ale smakowało jakbym była na studniówce.

Źródło: lodówka koleżanki. Ananas w wódzie! Pychota!

Było super. Żadnych zamieszek, zadym, kontr-demonstracji. Żadnych anty i przeciw. Wszyscy w niebiesko-czerwono-białych majtkach z gwiazdami na czole. Wszyscy z flagami w łapkach. I choć jutro Dżon będzie ideologicznym wrogiem Majkela, dziś popijają zimne piwko, zagryzają kiełbasą i robią sobie selfie. I może być przyjemnie i miło choć jeden dzień? Może!

 

Językowe śmichy…

 2008 rok, czteroletni Jaś otwiera się na seksualność w jakimś muzeum w Trójmieście

 

Otwartość na tematy tabu w gramatyce języka polskiego. Taka sytuacja. Siedzę z Kasią na plaży i obgadujemy sąsiadów po polsku.

– Kasia, myślisz, że ci dwaj panowie są parą?

-Może są przyjaciółmi.

-A tata opala się z kolegami na plaży?

-Może są braćmi?

-A wujek Jacek i wujek Marek plażują razem?

-Nie wyglądają na parę. Nie rozmawiają ze sobą.

-To pewnie są małżeństwem…

-Patrz mamo, słowo „braćmi” brzmi jak „brać mi”

-No, ale jakie znaczenie masz na myśli. Przykładzik poproszę.

-No tak jak jest „brać go” to może być, że o sobie…”brać mi”

-Nie, nie może być. I gramatycznie niepoprawnie i trochę bez sensu. Jak koniecznie chcesz żeby ktoś cię zabrał, możesz powiedzieć „bierz mnie”, ale to trochę niebezpieczne i nie radzę nadużywać.

Kasia nie załapała i po chwili…

-Może też być „bierz mi stąd te kapcie”…

Trochę antykoncepcyjnie, ale może być…I druga sytuacja. Do naszego ogródka przychodzi nieświadomy zagrożenia ze strony psa-mordercy, czarny kot. Dzieci wychodzą do niego i głaszczą. Kasia krzyczy z ogródka:

-He is so cute, mom? (że słodziak taki)

-Po polsku!

-Mamo, ten kot taki kjutas!

I była okazja podszkolić odmianę wulgaryzmów przez przypadki.