Jednak drzewa – Gavdos 

Tegoroczne lato to nasze drugie lato na Krecie. Czas przestać zachowywać się jak turyści, rozpływać się w zachwytach nad różowym (a w porywach instagramowych filtrów nawet “czerwonym”) piaskiem plaży Elafonisi, nad skalnymi prześwitami Falasarny i chaniowską latarnią morską w zachodzącym słońcu. Nadszedł czas żeby wybrać się tam, gdzie wszyscy Kreteńczycy i co bardziej hipisowscy Ateńczycy spędzają lato. 

Gavdos – i wyspa i stan umysłu jak o niej napisał przewodnik Lonely Planet. Najbardziej na południe wysunięta część Europy. Położona na morzu Libijskim wysepka mierzy, w najdłuższych miejscach, 10 kilometrów wzdłuż i 5 wszerz. Liczba pokoi do wynajęcia ograniczona, liczba tawern – wystarczająca. Ale większość Greków nie przyjeżdża tam szukać wygód w pokojach, a raczej mordować się pod namiotami. W namiocie spałam tylko raz, na obozie harcerskim w Pająku, i na długie lata wystarczyło. W tym roku dzieci zasugerowały, żem jakaś nie-przygodowa, wygodnicka i że je pozbawiam przygód i ekscytacji związanych ze spaniem pod nagrzanym do granic możliwości tropikiem, na niewygodnej macie, w ograniczającym swobodę ruchu śpiworze, narażona na komary, pająki, węże i jaszczurki. Zarzucili mi również brak, niezbędnego w byciu matką nastolatków, czynnika COOL, bo nie leży w mojej naturze robienie kupy do wykopanego przez siebie dołka na stromej wydmie i kąpiel na oczach dwudziestu gapiów pod prysznicem ogrodzonym jedynie wiatrem. No to postanowiliśmy pojechać pod namiot. 

Udało mi się wynająć namiot luksusowy, z materacami, poduszkami, czystą pościelą, dywanikiem z Ikei i lnianym hamakiem zawieszonym na pobliskim drzewie. Wciąż gorąco jak jasna cholera, toaleta wciąż jak w opisie powyżej. Po pierwszej nocy na szczycie wydmy pod najbardziej rozgwieżdżonym niebem jakie kiedykolwiek widziałam, wstałam zachwycona, wymiękły nastolatki. Szczególnie jeden. Złe samopoczucie, ból głowy i przymusowy wynajem pokoju u pobliskiego właściciela sklepu spożywczego. Po śniadaniu czas na wiadomości lokalne. Dowiadujemy się, że wydmy to teren chroniony i tak naprawdę nikt nie powinien tam rozkładać namiotu. No ale jesteśmy w Grecji więc takie słowa jak “nielegalne”, “państwowe” i “pod ochroną” prowokują zachowania proporcjonalnie odwrotne. Tak więc na chronionych wydmach, pod każdym drzewem rozstawione są namioty, hamaki, sznury z praniem, kuchenki gazowe i rozkładane krzesła. A skoro legalność, lub jej brak, tej osady jest raczej nieudokumentowana, nikt nie pobiera opłat za miejsca namiotowe. Nikt oprócz właścicielki naszych namiotów. Tak więc my zapłaciliśmy za coś, co jest darmowe, a ona wyprodukowała sobie kilkudziesięciu wrogów w osobach właścicieli namiotów przyjeżdżających tam od lat, właścicieli pobliskich tawern a następnie policji (w liczbie dwóch policjantów) i pani burmistrzyni. Po porannych wiadomościach, dalsze wydarzenia następowały po sobie dość dynamicznie. Jako, że mieszkamy w rzeczonych namiotach, na nas również posypała się krytyka. Po namiotach przeszła kurenda, że w niedzielę odbędzie się protest przeciwko właścicielce wynajmowanych namiotów. Ulotki dodawano do każdego posiłku. Kolejnego dnia, spotkałam się w tajemnicy z organizatorami protestu. Przedstawiłam swoje, zupełnie niedoinformowane stanowisko i po dwóch godzinach opowieści o Gavdos (#gavdosstanumyslu), zapewniłam swoje poparcie w proteście. Niestety bojówki protestujące nie dostały na czas informacji o naszym poparciu, złożyły nasz namiot i przeniosły pod sąsiednie drzewo. Wkurwieni my przenieśliśmy się do wynajętego pokoju, a protestujący przeprosili nas na piśmie w imieniu swoim i całego narodu greckiego. Kurtyna.

Ale to wszystko jest jakby tłem, do mojego osobistego odbioru naszego krótkiego pobytu na Gavdos. Było cudownie i nic tego nie mogło zmienić! To miejsce ma w sobie coś zaczarowanego i zwykłego, mocnego i delikatnego jednocześnie. Dawno nie czułam się tak dobrze, tak komfortowo, tak “u siebie” jak tam. Okazało się, że kupa w lesie to sama przyjemność, kąpiel w towarzystwie dziesięciu nagich osobników i osobniczek podających mydło, które wyślizgnęło mi się z ręki (a wiedziałam, że schylenie się po nie nie jest dobrym pomysłem) i podkładających stopy pod twój prysznic w ramach oszczędzania wody jest do zaakceptowania. Warto jest czasem przesunąć swoje kulturowe i osobiste granice o kilka centymetrów dalej – jest o wiele łatwiej. Węży, jaszczurek i komarów nie było. Pierwszy raz w życiu pływałam nago. Pływałam, spacerowałam po plaży, leżałam na słońcu. Nikt na mnie nie zwracał uwagi, nie było nadęcia, wrażenia, że się nagością chojraczy, czy pokazuje swoją odwagę co czasem można odczuć na plażach nudystów. Tam nie ma plaży nudystów. Jest plaża. Niektórzy są ubrani, niektórzy rozebrani. I już. Pierwszy raz pływałam w wodzie głębszej niż metr pięćdziesiąt. JA – ta co mówi, że pływać nie umie. Wychodzi na to, że jednak umiem. Pierwszy raz dobrowolnie, nie zmuszona przez dwumetrową falę, zanurzyłam głowę do wody. JA – ta co ma zawsze nienaruszoną fryzurę i makijaż w morzu. Już nie. Poza tym, jedzenie pyszne, przemili ludzie. Widoki i przyroda to jakieś wariactwo po prostu. Pływając w morzu mam przed oczami wysokie, majestatyczne, kreteńskie góry. No i te drzewa. Coś jednak w tych drzewach jest, że mi ich potrzeba. To oczywiście nie jest alpejski, czy choćby tatrzański las, ale drzewa są. Ogromne, rozpościerające się sosny z wielkimi, soczyście zielonymi igłami. I mniejsze, ale jakże ciekawe drzewa, którzy wszyscy nazywają cedrami choć ich łacińska nazwa to Juniperus macrocarpa, czyli jałowiec. Czy to cedr, czy jałowiec, wygląda pięknie i szumi kojąco. Krajobraz Gavdos bardzo przypomina mi jedno z moich ukochanych miejsc w Stanach – Cape Cod, gdzie, tak jak tutaj, piasek miesza się ze starymi konarami drzew, a szum morza zlewa się z szumem potężnych sosen i innych iglaków. I chyba tego mi było potrzeba – góry przede mną, a szum drzew i ich chłodny cień nade mną. Na Gavdos wrócę za rok, a wszystkim przyjeżdżającym na Kretę na dłużej, bardzo polecam!

 

45 i jeszcze chce żyć…zwariowała…

Dzisiaj kończę czterdzieści pięć lat. To zdjęcie zrobiłam na mojej macie do jogi, na dachu, o siódmej rano. Nie mam makijażu, jestem przed śniadaniem i mam nieświeży oddech. Zmarszczek nie widać, bo grawitacja działa na moją korzyść i mam wstrzyknięty kwas hialuronowy między brwi. Moja twarz jest blada, bo używam kremu z filtrem SPF 50. Sraczkowaty kolor moich włosów podyktowany jest koniecznością zamaskowania siwizny przyczołowej. Leżę na macie pod sklepieniem z niedojrzałych jeszcze winogron i pod najbardziej błękitnym niebem świata. Leżę na macie, która ostatnimi czasy jest przestrzenią najbardziej bezpieczną, stabilną, a jednocześnie wypełnioną wolnością i swobodą. Nie tylko ruchową. Optymistycznie zakładam, że to dokładnie połowa mojego życia, a jak przestanę żłopać wino, to kto wie, może i dwie piąte. Przez te 45 lat zdarzyło się bardzo wiele i już nie mogę się doczekać reszty mojego życia. Będzie śmiesznie i będzie strasznie, będą łzy smutku i radości, będą narodziny choć przeważać będzie śmierć, będzie ból i jego wyczekane uśmierzanie, będzie nadzieja i miłość i beznadzieja i pustka po miłości. Ale będzie. I to jest ważne. Że będzie, że doświadczę, że przejdę przez sam środek, bez tylnich wejść, skrótów, objazdów i obwodnic. Nie. Przejadę przez miasto, w godzinach szczytu, z tysiącem świateł, rond, z brakiem pierwszeństwa przejazdu. Tak jak uczy nas tantra, zjawię się na każde życia wezwanie. 

W przeddzień moich urodzin, siedziałam przy kolacji z rodziną i przyjaciółmi. Z przyjaciółmi z początku mojego dorosłego życia i z tymi najświeższymi, z kreteńskiej jego części. Patrzyłam i słuchałam ile mnie od nich różni i jak wiele łączy. Jak znamy tylko fragmenty naszego życia, jak widzimy te fragmenty inaczej niż sami je przeżywający. Jak znajduję siebie w ich opowieściach, lub jak zupełnie nie potrafię się do nich odnieść. Jak współczuję im toczonych życiowych walk, jak płaczę z nimi nad niesprawiedliwością i krzywdą. Jak się cieszę ich sukcesami i jak życzę im wszystkiego co najlepsze. Jak jest mi wstyd, że nie znana jest mi twórczość Hessego i nie rozumiem Kafki. Jak chciałabym pokochać Kretę tak jak inni, tak na zabój, na zawsze, a nie potrafię. Jak chciałabym przestać tęsknić za Alpami, a nie umiem. Jaka jestem wdzięczna, że mimo braku wolnego czasu, zmęczenia i godziny jazdy samochodem, siedzą ze mną przy stole. Jak miło patrzeć, że kobiety, które znają się zaledwie kilka godzin, ufają sobie na tyle żeby opowiadać o swoim, trudnym czasem, życiu. Przytulają się. Że jest autentyczna ciekawość drugiego człowieka i wypływająca z serca potrzeba pomocy. Ktoś komuś powiedział, że ma piękne oczy, talent artystyczny, wiedzę rozległą, wielkie serce i cudną chustę. I to wszystko razem, i każde z osobna, bez omijania ani jednej emocji, ani jednego komentarza, sprawia, że czuję się wolna. Bo wolność, moi kochani, jak uczy nas wspomniana już tantra, jest wtedy kiedy nie pragniesz żeby dana chwila była inna niż jest. Kiedy jesteś obecna w każdej sytuacji, lepszej i gorszej. Kiedy zbierasz wszystkie kolory życia i wyplatasz z nich wielobarwny koc, kilim, czy co tam chcesz mieć blisko przy sobie, do przytulania. To ja sobie, na swoje urodziny, życzę takiej właśnie wolności. I wiem, że to wcale nie będzie łatwe i wiem, że “uważaj czego sobie życzysz”, ale właśnie tego chcę. Jakkolwiek wielki, smutny, euforyczny, niebezpieczny, trywialny, nudny i błahy będzie to moment, chcę go przeżyć tak jakby był najbardziej drogocennych momentem ever! 

Cokolwiek tam se tego…plus SERCE!

W mojej praktyce jogowej miesiąc maj miał był miesiącem zauważania małych, codziennych rzeczy i niejako podnoszenia ich do rangi rzeczy ważnych. Nie miało to być sztuczne uświęcania podcierania tyłka, ale chciałam wziąć pod lupę rzeczy, które robię codziennie, na autopilocie, bez myślenia i włożyć je pod mikroskop. Zobaczyć co się za nimi kryje. Dlaczego nie lubię zbierać prania z suszarki, ale wieszać już uwielbiam? Dlaczego tak szybko chcę się uporać z odkurzaniem, a celebruję jazdę samochodem? Wiedza ta oczywiście nie zbogaci mnie intelektualnie, ale to część procesu poznawania siebie. A takie doświadczenia to skarb. Nigdy nie wiadomo kiedy przyda ci się nieco wiedzy na swój temat. Jedną z codziennych rzeczy jest komunikacja z ludźmi. Jest to głównie komunikacja zdalna, bo osobiste spotkania i rozmowy są mi przez los dozowane w ilościach dla mnie zdecydowanie niewystarczających. Chociaż maj był dla mnie niezwykle życzliwy jeśli chodzi o spotkania, ale o tym za chwilę. I przyjrzałam się komunikacji. I pisząc i rozmawiając i komentując byłam bardziej uważna, wyciszona, wyczekana na swoją reakcję. W takim stanie uwagi i otwartości na to co i jak jest mówione, jesteśmy w stanie dużo zauważyć, więcej przyjąć, mniej oceniać. Mamy jakby więcej przestrzeń w głowie, w uchu i w sercu. No więc coż takiego usłyszałam i zauważyłam? Ano samiuśkie dobre rzeczy!

W maju miałam niebywałe szczęście przebywać i kontaktować się z wieloma kobietami. Z powodu kilku projektów zdalnie sterowanych, rozmawiałam i pisałam z wieloma kobietkami. Z niektórymi pierwszy raz w życiu. Kolejny też raz spędziłam weekend w gronie moich jogowych sióstr w Szwajcarii. Odbyłam kilka cudownych rozmów z moją jogową siostrą tutaj na Krecie. Moja mama była u mnie przez większą część miesiąca. W ciągu ostatniego tygodnia poznałam również kilka kilka cudownych Polek, które odwiedziły naszą wyspę. Jeden, wielki jak balon, napęczniały emocjami wniosek wysunął się z tych wszystkich spotkań, na żywca i w internecie. A mianowicie, że kobiety są cudowne! Wspaniałe! Niezwykłe! Nie jakieś tam kobiety, które coś tam, gdzieś tam robią. Wszystkie kobiety są niebywałe, nieprzeciętne! Każda z nas, każda z was, każda z nich! Kobiety mają niezwykłą siłę do rozwalania wszelkiego rodzaju systemów, a przy tym ogromne serce do przytulenia gruzów po jakiej rozwałce. Mają pojemne ramiona do ogarniania sytuacji beznadziejnych i dobre, życzliwe oczy do widzenie wszystkiego wokół tych sytuacji. Mają jakąś tajemną wiedzę intuicyjną, która prowadzi je tam, gdzie właśnie w tym momencie mają być. Przebywanie i kontaktowanie się z tymi kobietami to była największa przyjemność jaką sobie mogłam wyobrazić. Ciepłe i opiekuńcze, przyjazne, miłe, z sercem na dłoni. Mówiące do siebie, tak jak ja to uwielbiam robić, per “kochana”. To było takie wielkie naczynie połączone wypełniające się serdecznością, opiekuńczością i dobrocią. 

I wtedy przypomniało mi się, zadawane mi wiele razy, przez Amerykanów mieszkających w Polsce, pytanie. Dlaczego tak jest, że Polacy w pracy, w miejscach takich jak sklep, czy urząd są tacy niesympatyczni, obcesowi i nieżyczliwi, a kiedy zasiadasz z nimi do stołu, są przemili gościnni i uśmiechnięci? No właśnie. Dlaczego? Przecież każdy z nas zna wredną panią z okienka bankowego, tę jędzę na poczcie, nadąsaną panią Krysię z warzywniaka, bucowatą panią od polskiego, wiecznie obrażoną Renię z haeru i lafiryndę bez serca z pomocy społecznej. A ja jestem przekonana, wiem na sto procent, że te bucowate lafiryndy siadają z koleżankami i są tymi kobietami, o których pisałam wyżej. Są empatyczne odpisując na esemesa załamanej przyjaciółki, miłe i kochające dla proszącej o pomoc siostry i pełne zrozumienia dla wytatuowanej siostrzenicy. To dlaczego otaczamy się jakimś murem kiedy wychodzimy z kręgu rodziny i przyjaciół? Dlaczego obca kobieta na przejściu, klientka w okienku na poczcie, kierowczyni samochodu obok to od razu potencjalna łajza, wredna suka i głupia pinda? A może popatrzmy na te kobiety jak na przyszłe najlepsze przyjaciółki, przyszłe podpory, przyszłe pomocne dłonie? Przecież nigdy nic nie wiadomo kiedy i w jakich okolicznościach spotkamy się za kilka chwil, lat, żyć. Zwracajmy uwagę na to, że kobieta, która popchnęła nas w kolejce do kasy ma zapłakane oczy, a nie na to, że się “cholera wie gdzie się spieszy”. Na to, że trzęsą jej się dłonie, a nie na to, że zadała nam to samo “głupie” pytanie po raz trzeci. Powiedzmy do niej „kochana”, dotknijmy ramienia, popatrzmy choć przez ułamek sekundy prosto w oczy. Z miłością. Bez oceniania. Bez przypuszczeń i podejrzeń. Ot tak, po kobiecemu!

Wszystko to bardzo mocno ma się do mojej czerwcowej praktyki. Zauważyliście, że pisząc wiadomości w telefonie czy komputerze, kiedy dodamy emotikon serducho, tekst nabiera innego zabarwienia, robi się bardziej delikatny, przyjemny? Wyobrażacie sobie tekst, że “ale się Beata sponiewierała na imprezie” i ryp czerwone serduszko? Nie pasuje, nie? No to zadanie dla mnie (i dla każdego, kto ma ochotę) na czerwiec to dodać to każdej wypowiedzi i do każdej myśli wielkie CZERWONE SERDUCHO!

 

P.S. A wszystko to o was kochane moje:

wszystkie moje koleżanki, przyjaciółki, ciocie, kuzynki i siostry, z którymi rozmawiam regularnie, Paulina i Hela z Chicago, Mariola, Sylwia i reszta z InstaWeekend, Magda z Kreta MM, Małgosia, Ania, Ludka (od tego serce na zdjęciu) i Ewa, cały Zurich, moja mama i Kasia. 

Weekend na Instagramie!!

 

Za tydzień, od piątku, 31 maja do niedzieli drugiego czerwca na Instagramowej stronie Klubu Polki na Obczyźnie będę królować JA!

Co weekend jedna klubowiczka przedstawia miejsce, w którym mieszka. Mówi o sobie, o miejscu, kraju, w którym żyje, pokazuje piękne zdjęcia i ciekawe filmiki. To są naprawdę bardzo ciekawe opowieści! Polecam! Do tej pory uciekałam przed tą przyjemnością daleko w krzaki. Nie lubię swojego głosu, nie lubię mówić do kamery, wydaje mi się, że nie mam o czym opowiadać. Ale przyszła kryska na matyska i będzie weekend z Aniukowym Pisadłem na Krecie!

Tak więc kochani, zapraszam w piątek za tydzień na Instagram. Jeśli ktoś nie ma konta, to niech nie zwleka i zakłada! Choćby tylko na tę okazję! Pięć minut roboty a potem można mnie oglądać przez cały weekend, obgadywać, zachwalać, błędy wytykać, błotem obrzucać, lub bukiety słać. Z tej okazji byłam u fryzjera (jestem siwiejącą blondynką aktualnie), wybieliłam zęby, wstrzyknęłam dwa litry botoksu i chodzę na zajęcia aktorstwa, publicznego wypowiadania się, dykcji i emisji głosu. Jeżdżę dla was z telefonem w ręku na rowerze, walęsam się po plażach, wstaję o świcie i wdrapuję się do jaskiń. Tego nie można przegapić! Wchodźcie, komentujcie i zadawajcie pytania!!

 

31 Maja – 2 czerwca

Aniukowe Pisadło na Instagramie Polki na Obczyźnie

ZAPRASZAMY!!!!

Dzień Matki

Dzisiaj Dzień Matki w Stanach a ja o mojej mamie i o jednym takim poranku. Ale od początku. Mama jest katoliczką, chodzącą do kościoła, modlącą się i wierzącą ma się rozumieć. Ja nie jestem katoliczką, nie chodzę do kościoła, nie modlę się, ale wierzę. Bo wiara, kochani, czyni cuda. Wiara daje siłę. Wiara daje nadzieję. Bez wiary świat wydaje się takie pusty, bezsensowny. Wiara dodaje nam odwagi. Wiara dodaje nam skrzydeł kreatywności. Wiara burzy mury i buduje drogi pomiędzy ideologiami, między przeciwnymi brzegami, odwrotnymi biegunami. Wiara to pierwszy krok do pojednania, do komunikacji, do tego żeby było normalnie. Tak po prostu. Ale moja wiara jest inna niż wiara mojej mamy. Ja nie wierzę w jednego, jedynego, wszechmogącego i zawsze mającego rację. 

Ja wierzę w wiele innych rzeczy. Wierzę w fizykę kwantową i astrologię. Wierzę w duchy. Wierzę, że wegetarianizm to jedyna droga do naprawy naszej planety i do ocalenia głodującej części ludności. Wierzę, że każdego dnia moje dzieci kładą się spać zdrowe i bezpieczne. Wierzę w medycynę konwencjonalną, a jeszcze bardziej w niekonwencjonalną. Wierzę w moc jogi i w niemoc ignorancji, głupoty, nienawiści i agresji. Wierzę w przepowiednie mojego wedyjskiego szamana i w zmiany klimatyczne. Wierzę, że zmieniam świat przynosząc do sklepu własną torbę. Wierzę w ogromne umiejętności, mądrość i uwagę pilota samolotu, którym lecę i każdego uczestnika ruchu drogowego podczas jazdy samochodem. Wierzę, że jesteśmy częścią wszechświata i że wszechświat jest częścią nas.  Głęboko i niezmiennie wierzę w ogromną moc dobrych chęci, komunikacji i empatii. I wierzę w ludzi. Bo ludzie to taka zmieniająca swoją objętość, kolor, temperaturę masa, która zmienia swój stan w zależności od tego, z czym się zetknie, w co uderzy, kto ją przytuli. A ruchoma masa ma potencjał do zmian choćby tylko z tego powodu, że jest ruchoma, zmienna. A jak ma potencjał do zmian, to ma potencjał do zmian na lepsze, do otwarcia umysłu, do odwagi żeby zmienić zdanie, zmienić stronę w sporze, a może i spór rozwiązać. 

Poranek na Krecie. Mój domek gościnny, zwanym też domem jogowym a aktualnie domem “u mamy”. W pokoju dwa szare, wełniane dywany i kanapa. Na kanapie śpi pies. Na jednym dywanie na szarej macie asany praktykuję ja. Drzwi otwarte, poranne słońce na mojej twarzy, bo wierzę, że słońce, szczególnie to poranne, daje nam siłę na cały dzień. Pod nosem mruczę sobie Gayatri mantrę, bo wierzę, że ta właśnie mantra należy do mnie. Mruczę pod nosem, cichutko, bo nie chcę przeszkadzać. Na drugim dywanie moja mama odmawia różaniec. Robi to codziennie. Wierzy, że ta modlitwa pomoże jej i jej bliskim, zmarłym już osobom, znaleźć drogę do nieba. Bierze oddech w połowie “zdrowaś Mario”, bo uczyłam ją żeby oddychała uważnie i powoli kiedy ćwiczy asany. Bo moja mama ćwiczy asany przy różańcu! I ani się tego nie wstydzi, ani się nie boi wiecznego potępienia, wybuchu energii Kundalini z czubka głowy, ani opętania. Bo moja mama wierzy, że ma kontrolę nad tym co myśli, co robi, że nikt jej głupot o wyjątkowości jednej ideologii nie będzie wciskał. Wierzy, że rzeczy, które nie powinny do siebie pasować, pasują jak tylko się powiększy powierzchnię myślącą i zagospodaruje przestrzeń akceptującą. I nie ćwiczy na macie do jogi, bo jest jej w plecy zimno. 

Brawo mamo i wszystko najlepszego w amerykański Dzień Mamy!

Żniwa idą…

Kiedy wyjeżdżałam z Polski, byłam właścicielką jednej trzeciej ponad czterohektarowego gospodarstwa rolnego. Gospodarstwo od wielu lat było w stanie spoczynku, dzierżawione, pożyczane, lub bezdusznie ignorowane. Po kilku latach, sprzedaliśmy część ziemi i na dzień dzisiejszy mamy trochę ponad dwa hektary ziemi rolnej. Nadal w stanie spoczynku. Wydaje się, że rolnicy w Starokrzepicach przekwalifikowali się na nauczycieli, mechaników samochodowych, producentów nagrobków i pijaków pod sklepem. Mój brat i jak uciekliśmy od pola jak najdalej się dało, magistry sobie porobiliśmy żeby nas nikt nigdy do gnoju nie zagonił i żyliśmy tak sobie w spokoju kupując błyszczące czystością marchewki i jajka bez skorupek (serio! w kartonikach są w Stanach!). A dlaczego? Bo ja nienawidziłam pracy na polu i w obejściu. Z całego serca i nienawiścią bezwarunkową. 

Latem wyciągano nas z łóżka o świcie żeby roztrząsać siano z kopek, pół godziny póżniej je przegrabić, potem jeszcze raz i jeszcze raz. Pod wieczór zgrabialiśmy je w korytarzyki i stawialiśmy kopki nocne albo, kiedy było już zupełnie suche, zbieraliśmy i wrzucaliśmy na strych. Czasami byłam operatorem grabi, czasem wywijałam widłami podając siano komuś na wozie. Czasem byłam tym kimś na wozie i układałam siano tak żeby jak najwięcej się zmieściło i żeby po dziesięciu minutach wyładowywać to samo siano widłami na strych i tam układać je tak żeby jak najwięcej się zmieściło. Czasami byłam kierowcą traktora, czasem trzymałam lejce durnego, niesłuchającego się nikogo, konia. Potem żniwa, zbieranie kłujących jak jasna cholera snopków słomy i zakrwawione kostki od łażeniu po ściernisku. Kiedy wszystkie inne dzieci bawiły się w chowanego we wrześniową sobotę, a młodzież szykowała się na dyskotekę w pobliskiej wsi, my zbieraliśmy ziemniaki. Najpierw na kolanach, a potem “po bronach” czyli Uttanasana razy trzysta. I jeszcze wyrywanie buraków i bliskie spotkania z myszami w tychże burakach mieszkającymi. Wyrzucanie gnoju od krów, sprzątanie kurnika, świniobicie, wybieranie miodu z uli i tysiące innych czynności, które w literaturze dla mieszczuchów brzmią romantycznie, sielsko, ekologicznie i za pan brat z naturą. Dla mnie to był kompletny brak przyzwolenia na czas dla siebie, brud pod paznokciami, pokłute nogi, zmarznięte lub poparzone plecy i wstyd przed nierolnymi koleżankami i kolegami, że ja zawsze w byle jakich ciuchach z pola lub na pole. Dlatego od pola, zagonu, ogródka, nawet doniczki staram się trzymać z daleka. No ale jak to w życiu bywa, czym się od czegoś dalej ucieka, tym to coś cię bardziej goni, zagapisz się chwilę i już cię dopada.

I tak jest z rolnictwem u mnie. Albo jakiś napad ambicji jedzenia wyhodowanego przez siebie warzywa, niepotrzebna inspiracja czyimś zielnikiem, lub chęć domowej edukacji własnej latorośli w temacie uprawy truskawek. Mieliśmy doniczki na balkonie w Alpach, ogródek z wężami i trującym bluszczem w Stanach, ale to co się dzieje na Krecie, przerasta moje, wypierane przez lata, rolnicze możliwości. Zaprzeczając temu, że wszystko zielone w zasięgu mojej dłoni umiera, róże w naszym ogrodzie kwitną jak oszalałe. Tyle gatunków i takie ilości róż widziałam tylko w ogrodzie botanicznym w Monachium. Nie podlewam, nie przycinam, nie podsypuję, a te rosną. Zeszłoroczny ogródek warzywny karmił nas pomidorami, papryką i cukinią przez całe lato a ostatnią cebulę z ogródka wykorzystałam do świątecznych pierogów. W tym roku jednak, przyroda poszła o krok dalej. Po mokrej zimie i z niezwykle żyznej kreteńskiej ziemi, wyrasta pod moim oknem kolekcja zbóż. Podejrzewam przebiegły, zimowy wiatr o zagarnięcie ziaren zbóż ze wszystkich części świata i nawianie ich do mojego ogródka. Zapraszam więc na letnie żniwa. Sama nie dam rady tego ogarnąć. Będzie koszenie, suszenie, młócka. Jakiś młyn się skołuje, który nam mąkę zmieli, chleb i, kto wie, może i wódkę zrobi. Na długie zimowe wieczory bez prądu, będzie jak znalazł. 

Jogin w dole

Jak wygląda jogin w dole? Jak go jeszcze piaskiem nie przysypali to wygląda jak każdy cywil. Spuszczona głowa, nos na kwintę, myśli zachmurzone, błąkające się w kółko po tej samej orbicie. Od czasu do czasu podniesie ciężki łeb do góry z błagalnym wzrokiem wyczekującym uśmiechu, dobrego słowa, pomocnej dłoni. Najlepiej dłoni trzymającej lampkę wina. Z wielu poprzednich doświadczeń zdołowanego jasno wynika, że pomimo lampek wina, pomocnych słów, poklepów w plecy i drabinki zrobionych z motywacyjnych cytatów, zdołowany w dole zostanie dopóki sam z niego nie wyjdzie. I tyle. Joga i medytacja to nie jest plasterek na wszystko co w człowieku siedzi i na wszystko co człowieka doświadcza. Jeśli chodzi o to co w człowieku siedzi, to jogę porównałabym do wody z solą na wywołanie wymiotów skoro już plasterkiem o medycynę zahaczyłam. Przez jogowe poznawanie siebie, przedzieranie się przez kolejne ściany, przez zrywanie kolejnych warstw fałszywki, dochodzisz w końcu do prawdziwego, pięknego wnętrza, ale to zrywanie, zdzieranie, rozdrapywanie nie zawsze jest przyjemne. Zdarzają się momenty zwątpienia, czasami chcesz te odpryski, płaty i odłupki szybciutko przykleić z powrotem na miejsce. Bo mniej boli. Czasami zerwiesz kawał tynku, a tu pustak, ani to ładne, ani zdrowe, a już na pewno nie wiedziałaś, że było. Czasami zerwiesz jedną warstwę, wyczyścisz powietrznię, wypucujesz, a tu, och cudne nasze życie, dawaj przywiewa coś nowego. Nowe się przylepić może, przyssać, scementować i od początku robota. 

Pierwsza moja pełna zima na Krecie była smutna. Bezdzietna, bezrobotna, bez grona przyjaciół, sąsiadki za płotem, indyjskiego jedzenia na wynos i mocnego powodu żeby wstać o piątej rano. Życie bez dzieci jest bardzo trudne. I oczywiście, że są skajpy srajpy i inne, ale nie pali się lampka przy Kasi biurku wieczorem, nie słyszę brzdąkania gitary, nikt nie wykrada słodyczy z półki, nie ma na kogo nakrzyczeć za brudne buty na środku pokoju i za otwartą klapę od sedesu. Było zimno i mokro. To odbiło się mocno na moim szkielecie kostnym. Okazuje się, że wilgoć mi nie służy, a wiatr, choć zawsze wiatr lubiłam, w nadmiarze, przywiewa dołujące myśli i ból głowy. Było ciemno i pusto. I nie żebym była imprezowiczką i wysiadywaczką kawiarń, ale nie jest przyjemny dziesiąty z kolei spacer po pustej, zamkniętej, zabitej dechami (często dosłownie) Chanii. Był czas na książki i na pisanie, na dokształcanie się – powiedziałby ktoś. Był. Ale jakoś motywacji brakło czy jakiegoś innego składnika. 

Zima minęła i nadeszła wiosna. Powoli i ociężale. Kości bolą i chrupią już tylko z rana. Za dziesięć dni wyjeżdżam na moje, długo wyczekiwane szkolenie do Szwajcarii. Planuję zajęcia jogi, wyjazdy, przyjazdy. Za miesiąc przyjeżdżają dzieci na święta. Mama przyjeżdża na cały miesiąc. Będą kluski śląskie, sos pieczarkowy i buraczki. Codziennie! A potem przyjaciele, znajomi, rodzina, lato i wakacje. Do mojego dołu wpada coraz więcej promieni słońca, coraz częściej ktoś zagląda i pacha mi z uśmiechem nad głową. Idzie lepsze! 

I to właśnie jest różnica między cywilem a joginem że wie, że NIC NIGDY nie jest na zawsze. Wiem co mi jest, rozpoznaję smutek, przygnębienie, pozwalam sobie na takie odczucia. Nie odsuwam, nie walczę, nie karcę się za to, że jestem w dole. Czuję i jestem z tym co jest. Łagodnie, z życzliwością i troską. Bo wiem, że to minie. Jak wszystko. I to dobre minie i to złe też. Nie znaczy to oczywiście, że jest mi lżej w tej konkretnej chwili, w tym konkretnym dole, ale perspektywa nie-permanencji zmienia krajobraz jednak. I jeszcze jedno. Ten czas spędzony w dole, czasem bez latarki i bez koca, to nie jest czas stracony. Każda minuta pracy nad sobą, każda warstwa szybko zdzierana lub delikatnie oklejana to nauka o sobie samym. To obserwacja, zbieranie doświadczeń, budowanie narzędzi i układanie ich tuż przed sobą po to, żeby kiedy znowu nadejdzie taka potrzeba, taki moment, będziemy mogli sięgnąć po najlepsze narzędzie i trochę przy sobie pogmerać. 

A sobie obiecuję, że takiej zimy jak ta już nigdy nie będzie. Przygotuję się lepiej. 

DZIEŃ dwóch KOBIET

Moja ulubiona kobieta na Krecie. Paleochora.

Wracając wczoraj drogą wzdłuż zatoki Soudy, w ostatnich promieniach zachodzącego słońca, pomyślałam, że to był najlepszy przed-Dzień Kobiet w moim życiu. Wracałam w Provarmy – maleńkiej wioski na pagórkach porośniętych gajami oliwnymi i drzewami karobowymi, kilkanaście kilometrów od Soudy. Tam, w ubiegłym roku, spędziłam kilka tygodni ucząc się jogi i medytacji. Tam poznałam śmietankę kreteńskich joginów, mistrzów reiki, uzdrowicieli i “cywilów”, którzy wierzą, że świat może być lepszy, a nauki wschodniego świata jogi i medytacji to dobra do lepszego świata droga. Pojechałam odwiedzić, nie takie stare, kąty i spotkać się z cudowną Ukrainką znad morza Azowskiego. Alina jest mistrzynią masażu wszelkiej maści, zna się na ludzkim ciele i tym fizycznym, tym energetycznym i tym duchowym. Zajmuje się ziołolecznictwem i jakąś, zapewne staroukraińską, magią. Nie mówi dobrze po angielsku, a ja dobrze po rosyjsku tym bardziej. Dla mnie, jako językowca, takie spotkania są wielokrotnie bardziej interesujące niż dla normalnego człowieka. Obie chcemy od siebie nauczyć się wielu rzeczy, ona o jodze, ja o wszystkim co ona ma do zaoferowania. Obserwuję strategie językowe, metody przekazu informacji, analogie i język niewerbalny i po raz kolejny dochodzę do wniosku, że jeśli jest chęć (i to jedyny niezbędny składnik do każdej komunikacji) to ze wszystkimi i zawsze można się dogadać. 

Stare kąty!

Alina zaprosiła mnie na bliny (naleśniki). Na naleśniki na maśle, z dodatkiem masła i masłem okraszone. To wszystko z okazji Maslenicy. Maslenica to wschodniosłowiańskie ostatki, które wywodzą się z pradawnych wierzeń Słowian. To czas odejścia zimy i nadejścia wyczekiwanej wiosna z ciepłym słońcem, którego symbolem są okrągłe i żółte naleśniki. Jadłyśmy te naleśniki z masłem z mieszkanki mleka koziego i owczego, które w Grecji nazywa się staka. Nigdy wcześniej nie próbowałam tego masła i muszę powiedzieć, że smak mnie zaskoczył. Smakowało jak lody Śnieżki, które pamiętam z dzieciństwa. Alina powiedziała to samo. Naleśniki można podawać z twarogiem i miodem. Z braku prawdziwego, ukraińskiego twarogu, miałyśmy grecki jogurt. Matko jedyna jakie to było dobre!!

Mniam…

Poszłyśmy na spacer z psem. Shiva, pies właściciela domu, łapał jaszczurki i przynosił nam je z wielką dumą, a my…zbierałyśmy hortę. Horta po grecku oznacza po prostu trawę. Taką gotowaną hortę z oliwą z oliwek i cytryną można znaleźć na stołach w każdym domu jak i w drogich restauracjach i tawernach. Trzeba tylko wiedzieć co zbierać. Alina zabrała mnie na poszukiwania. O ziołach i trawach wie wszystko więc chłonęłam każde jej słowo. Z precyzją wycinała krótkim nożykiem kępki traw, czyściła maleńkie korzenie i zakopywała tyciuteńki dołek po kępce żeby nie niszczyć innych roślin. Poezja współżycia z przyrodą. Patrzyłam na nią z zachwytem. Co chwilę podawała mi do ręki listek, gałązkę, badylek i mówiąc, że to znakomite na oczy, uszy, spanie, włosy, wątrobę i inne, kazała jeść. Wiem jak znaleźć i jak zebrać dzikie szparagi, które bardzo lubię, wiem z jakich kwiatów zrobić olejek do masażu i herbatę na dobry sen. 

Ta droga przed wielkimi, zimowymi deszczami była normalną, przejezdną drogą dla samochodów.

Dzikie szparagi.

Szałwia i inna zieloność

Na spacerze wspomniałam o kontuzji ramienia, która zdarzyła mi się kilka miesięcy temu i wciąż mnie męczy. Oj wiedziałam komu się poskarżyć. Trzy godziny terapii!! Najpierw praca z energią, przepływy w merydianach, czakrach i innych magicznych miejscach. Potem elektrody symulujące głęboki masaż. Cudowne uczucie i super relax. Ja z elektrodami na jednym, a ona na drugim łóżku, ucięłyśmy sobie drzemkę. Totalnie zwariowana babska impreza! Następnie wyciągnęła matę z igłami. To nie jest taka mata do akupresury, którą widziałam wiele razy w szkołach jogi. Raczej do akupunktury! Mata z tysiącem srebrnych igiełek. Alina zapewniła mnie, że po kilkunastu sekundach ból spowodowany wbijaniem się igieł w ciało zniknie. Jedno słyszeć co się do mnie mówi, drugie patrzeć na tę matę. Przerażona, położyłam się. Bolało jak jasna cholera…przez pierwsze kilkanaście sekund a potem, powoli, ból odpłynął i zrobiło się przyjemnie. No dobra, w miarę przyjemnie. Po igłach, wspaniały masaż przy dźwiękach pięknej muzyki, potem imbirowa woda z miodem i prezent – serce z agatu. Cudowny dzień, cudowna kobieta! Jestem bardzo wdzięczna! Kobiety to jednak moc, nie ma co!

Mata do tortur 🙂 

 

Zima na Krecie czyli czasami Narnia (2019 Paulina All Rights Reserved)

Patrz jak pięknie wyglądają te góry. Narnia po prostu. – powiedziała Paulina wyglądając przez brudne od deszczu i pyłu afrykańskiego okno. Przesiedziałyśmy w domu cztery dni wysłuchując wycia wiatru, sprawdzając ile kropel wody na suficie, czy piwnica nie tonie, czy drogi przejezdne i jak daleko od nas kolejne lawiny błotne. Od jednego wyłączenia prądu do kolejnego, gotowałyśmy, nadużywałyśmy Netflixa, jadłyśmy co ugotowałyśmy i piłyśmy herbatę na przemian z kawą i winem. I po czterech ciemnych, zimnych, deszczowych i wietrznych dniach nad pięknymi Lefka Ori (Góry Białe) wyszło słońce. Wygrzebało dziurę w czarnych, napuchniętych od deszczu chmurach i oświetliło ośnieżone szczyty, pozostawiając resztę wyspy z otwartymi z zachwytu ustami. Wspięłam się na dach zrobić zdjęcie godne nagrody National Geographic. Wyszło jak widać. Marnie. Ale zaraz… nie każdemu dane oglądać takie cuda! Do Narni też nie było tak hop siup! Pokój, szafa, samotny spacer po zimowym lesie. Narnia na Krecie jest nagrodą dla tych, którzy przeżyli wichury, ulewy, brak prądu i ogrzewania. Musicie uwierzyć na słowo, że widok białych szczytów oblanych promieniami słońca w samym środku ciemnego nieba to widok wart miliona dolarów. Zdjęcie nie oddaje. Może aparat, a może fotograf do kitu. 

Zima na Krecie to ciekawe doświadczenie. Ciekawe dlatego, że wcale nie takie inne jak inne zimy, w innych miejscach, w których mieszkałam. Wieczorami wcześnie robi się ciemno. Poranki  nie sprzyjają wstawaniu. Jest zimno i są opady. A opadów jest sporo. Palimy w kominku, chodzę w ciepłych, filcowych kapciach, piję rozgrzewające herbaty i czytam pod kocem. Jedyna różnica to to, że wszystko w temperaturze dziesięciu stopni.  Jesteśmy  jednak na Krecie i jeśli nie ma słońca i termometr nie pokazuje dwudziestu pięciu stopni lub więcej, trzeba zachowywać się tak jakby to była zima. Trzeba być marudnym, zziębniętym, skulonym i narzekającym, że za długo, za zimno, za mokro. Bo właśnie o to mokro chodzi. Woda w morzu mokra, z nieba leje mokre, ściany i sufity nieszczelne, również mokre, przy braku porządnego ogrzewania podłoga od wilgoci mokra, w szafie ubrania wilgotne, pościel, ręczniki, kot i pies też. Do tego od czasu do czasu przysypie pomarańczowym pyłem z Afryki i mamy błoto na oknach i piach między zębami.

Ale jest też inaczej niż wszędzie. Jest nieprzyzwoicie zielono. Tutaj gdzie mieszkam nie zawsze jest zielono, bo lato jest suche i zakurzone. Wtedy mój ogródek przypomina krajobraz księżycowy. Zimą natomiast jest cudownie. Soczysta trawa, a właściwie grecka koniczyna, która pod butami chrupie jak konsumowane na prędce rzodkiewki. Rosną kwiaty na łąkach, a kiedy jest pogodnie, przylatują doń pszczoły i pszczelą się na całego. W ogródkach sąsiadów (mój się poddał) sezon na zielone warzywa. Brokuły można zbierać jak kwiaty, kalafior i kapusta i koperek i pietruszka i koper włoski. Zielono, soczyście, smacznie i zdrowo. Wreszcie można pojeździć na rowerze, nawet w samo południe. Kocham rower i dla mnie to najlepszy na niego czas. Można pospacerować po górach, po zupełnie pustych plażach, pobiegać jak kto nie boi się o swoje stawy kolanowe. Można zajrzeć do miasta. Chania zimą jest taka inna. Restauracje przy porcie mają w nosie jak wyglądają (a wyglądają jakby się broniły przed tsunami) i pozamykały za pomocą desek i worków z piaskiem swoje podwoje przed nielicznymi głodnymi. Sklepiki z pamiątkami zamknięte do wiosny. Brzmi ponuro, ale wtedy właśnie można zauważyć rzeczy, które latem nie zwrócą naszej uwagi. Czarodziejski zakątek, piękne, stare drzwi, kapliczkę, czy napis Fuck NATO. Otwarte są tylko restauracje, do których przychodzą mieszkańcy – czyli najlepsze! Nigdy wcześniej nie zauważyłam tej małej restauracji w środku starego miasta z najprawdziwszym (według obsługującego nas Serba) serbskim ajwarem i pachnącą na pół miasta zupą warzywną. 

I jak zwykle, jak w życiu i jak w Alpach po miesiącu ulew i totalnego, meteorologicznego wkurwu, nadchodzi taki poranek kiedy budzisz się i wynurzasz swoje skulone, zziębnięte ciało spod kołdry (kołdry, koca, narzuty i psa) a tu za oknem Narnia. Narnia z obietnicą nadchodzącej wiosny!

Rok temu…

To piękny, wyszywany ręcznie obrazek z jednego ze sklepów artystycznych w Chanii

31 styczeń – 1 luty 2018

Osiem godzin podróży samochodem to sporo czasu na przemyślenia. Jechaliśmy z pięknego, historycznego i zasypanego śniegiem Rhode Island do błota i, na pierwszy i jedyny rzut oka, do beznadziei miasteczka Norfolk w stanie Wirginia. Pożegnałam się z karierą, znajomymi, przyjaciółmi, dostępnością wszelkiego rodzaju rzeczy i usług, łatwością komunikacji i byciem u siebie. Jest sporo do myślenia. Podróż z dobytkiem, który ma nam służyć przez następne dwa miesiące zanim nasze meble, książki, talerze i płyty do nas dolecą. Podróż z psem na lekach odwrotnie uspokajających i z kotem, który przez cały czas nie wyściubił łba spod fotela dla kierowcy. Podróż z dziećmi, które pożegnały się ze swoimi przyjaciółmi i jechały rozpocząć zupełnie nowe życie. Podróż z dziećmi chorymi. Na grypę. W plecakach zioła, tabletki, syropy, okłady, maści i mikstury od medyków ze wszystkich zakątków świata. Nigdy nie wiadomo co pomoże. Jedno po pierwszym rzucie choroby, wycieńczone kilkudniową gorączką, z wlokącym się za nim kaszlem i lekkim nieżytem żołądka. Drugie przedawkowane witaminą C i wszystkimi na wszelki wypadkami czeka na swoją kolei. Ja pewna teorii, że dopadnie mnie dopiero kiedy odpuści adrenalina, a że adrenalinie końca nie widać, będę zdrowa. Hotel wojskowy, lot wojskowy, obsługa wojskowa, klatki dla psa i kota oraz pasażerowie również wojskowi. Ja uwielbiam. Wylot późnym wieczorem więc pośpimy do południa i się zrelaksujemy przed długim lotem. Ja się nie zrelaksuję. Budzę się z gorączką, nudnościami i ogólnym stanem gównianym. Tak mnie żegnają Stany Zjednoczone. Zjednoczyły się wszelkie stany chorobowe żeby mi uprzykrzyć i tak przerażający, dziewiętnastogodzinny lot na Kretę. Z psem. Z kotem. Z dwójką nastolatków. Lądujemy na Krecie w nocy. Jest bardzo ciemno. Wita nas gromadka przemiłych tubylców. Wiozą padniętych na pysk nas (po takiej podróży) do naszego domu. Pustego, zimnego i ciemnego. Padamy na materace i od jutra, już tak na poważnie, zaczynamy chorowanie, które będzie trwało miesiąc.

31 styczeń – 1 luty 2019

Tydzień temu znalazłam szczeniaka przy śmietnikach. Zabrałam na przechowanie. Jest zabawna, mądra i kiedy śpi tak cudownie tuli się do nas. Ale jak ja nie jestem gotowa na szczeniaka, to kurde sama nie wiedziałam. Na szczęście jej nowe legowisko już na nią czeka gdzieś w Finlandii. To właśnie pies zajmuje mi teraz najwięcej czasu. Zabawa, karmienie, nauka (a nauki jest sporo) prowadzenie negocjacji z czworonożnymi domownikami w sprawie zawieszenia broni, spacer, weterynarz, telefony w sprawie adopcji i znów karmienie. Oprócz tymczasowego psa, mam też certyfikat instruktora jogi. Zrobiłam tutaj na Krecie. Chyba traktuję ten dokument jak złoty klucz do wszystkich drzwi a bliżej mu raczej do dziesięciocyfrowego kodu, z którego znam tylko dwie pierwsze liczby. Muszę odpuścić a z moim charakterem jest trudno. Prowadzę zajęcia jogi i na horyzoncie majaczy kilka projektów. Ale ja chcę więcej. I natychmiast. Jak zwykle. 

Mam też nowych znajomych i nowe ważne sprawy do załatwienia. A to bazarek świąteczny, a to wycieczka do klasztorów, zakup sadzonek pomidorów, zbiór oliwek, czy remont dachu w kierunku „jogi pod winogronami”. Mam też mnóstwo cudownych wspomnień z lata. Odwiedzili nas przyjaciele i rodzina zachwycając się naszym nowym miejscem zamieszkania. Było ciepło, chwilami za ciepło, wesoło, beztrosko i bardzo, bardzo wakacyjnie. Mam również zapełniający się kalendarz na tegoroczne lato i już nie mogę się doczekać. Mam wyciskarkę do własnoręcznie zebranych pomarańczy, oliwę z oliwek od jednych i wino od drugich sąsiadów. Mam zioła w ogródku i cytryny na drzewie. Mam dobre, jak na rok pobytu, rozeznanie w terenie. Wiem gdzie fajne plaże, najlepsze nadziewane pomidory, okulista, pralnia chemiczna i sklep z armaturą łazienkową. Mam obcykane skróty i miejsca parkingowe. Nie mam natomiast dzieci w domu. To chyba największa i najcięższa zmiana. Niby przyjeżdżają, odwiedzają, a kiedy są w domu, jest jak dawniej, ale to nie to samo co mieć je na codzień. I choć wiem, że są szczęśliwe i dobrze im tam gdzie są, to jednak wiadomo…do dupy jest. Mam też czas. W Stanach mogłam pomarzyć o takich luksusach. Mam czas na czytanie, medytacje, na pisanie, czas na Netflix i TedTalk. Mam też poczucie, że to nie koniec. To nie koniec zmian, nie koniec nowego, nie koniec poszukiwania i odkrywania. 

A w miejscu materaca sprzed roku, mam najwygodniejsze na świecie łóżko z widokiem na klatkę wielkości nowojorskiej kawalerki z dziesięcioma kanarkami.