Jesień w Nowej Anglii…

dsc_0043

Jesień w Nowej Anglii rozpoczyna się latem, a kończy zimą. Czyli jak wszędzie. A jednak nie jak wszędzie. Letnia jesień jest bardziej letnia, plaże pustoszeją, woda w oceanie wczesną jesienią jest najcieplejsza, można wyłączyć klimatyzację i otworzyć okna. A zimowa jesień… W tym roku jeszcze się nie zjawiła ale wiem, że jak walnie to z grubej rury tak, że klęska żywiołowa, zamknięte szkoły, kocyk i herbatka… Wciąż czekamy na te atrakcje. Jesień była moją ulubioną porą roku, w Nowej Anglii spadła na drugą pozycję, głównie z powodu posiadania czegoś, o czym wielu marzy – ogródka.

Nienawidzę pracy w ogródku, nie sprawia mi przyjemności, nie relaksuje, nie odstresowuje. Widzę wyłącznie bezsens i zapieprz na miarę Syzyfa. Nie powiem, fajnie jest wysłać latorośl w zarośla po pomidora i pęk kopru – jedyne dwa jadalne produkty, które udało mi się wyhodować w ilościach użytkowych. Ale oto kolejny bezsens – do pomidora przydałaby się bazylia, która wypięła się i zwiędła jak raz zapomniałam ją podlać. Do kopru ogórek by się zdał, albo choć dziecko z kolką –ani jednego, ani drugiego. Ale najgorsza jest jesień. Ilość szeleszczących, ścielących się na ściółce, szumiących na wietrze liści już nie jest nawet śmieszna. Nie robię już rozmazanych zdjęć dzieci rzucających się na kupę liści. Nikt się nawet w tę kupę nie rzuca (powodem mogą być również ukryte w kupie kupy psa). Po całym dniu zgrabiania, wygrabiania, podgrabiania liści szeleści mi w lewej półkuli, stawiam pięćdziesiąty wór z liśćmi pod płotem, masuję obolałe plecy i otwieram zasłużoną butelkę lokalnego piwa. A tu znienacka zefirek zaczai się na nierodzącą od wojny secesyjnej jabłoń karłowatą i cały ogródek pokryty w tycich złotych listeczkach, których za diaska zgrabić się nie da. Rano okazuje się, że worki porwał halny i rozpiździelił je po całej ulicy i że mam wysypkę od masowania obolałych pleców, bo na rękawicach były resztki jakiegoś trującego pnącza. Taka oto jesień w moim ogródku. Ale poza ogródkiem, nie jest źle…

Jabłka…Uwielbiam jabłka i tak samo jak jeść, uwielbiam je wąchać. Nie rozpoznaję po zapachu jaki to rodzaj, ale i tak wącham. W sklepach głównie pachną środkami chemicznymi, ale na targach i na przydomowych straganach jabłka pachną jabłkami, wiatrem, trochę Polską…Jest tyle rodzajów jabłek . Nie wiem czy tak jest wszędzie w Stanach, czy tylko tutaj, ale tylu rodzajów jabłek nie widziałam nigdy. I jem i jem i nie mogę się najeść. Moje ulubione to Honeycrisp – twarde , ale nie za twarde, przykwaskowe, ale nie za kwaśne, soczyste, ale po brodzie nie kapie i pod koniec kęsa robi się słodko i miodowo. A ponieważ nienawidzę ogryzków poniewierających się w samochodzie, zjadam je w całości i te Honeycrispowe są najlepsze! W Starokrzepicach mieliśmy sad. Jesienią zbieraliśmy jabłka i trzymaliśmy je na strychu w sianie żeby się nie popsuły. Dziadek przynosił po kilka pachnących sianem jabłek, obierał je cieniutko przy stole swoim specjalnym małym „kozikiem” i kroił w plasterki dla nas, dzieci. Co wieczór kroję dla Jasia na lunch. Kroję, bo lubię je kroić i bo Jaś ma aparat na zębach. I ciasta z jabłkami robię. Piec nie umiem i nie lubię za bardzo, ale te tarty jabłkowe wychodzą mi pięknie, smakują wyśmienicie, pachną cynamonem i gałką muszkatołową i zajmują mi jeden odcinek Na Dobre i Na Złe.

dsc_0503

Dynie…W Providence, stolicy stanu Rhode Island, znajduje się jedna z najbardziej prestiżowych szkół artystycznych w Stanach. Co roku studenci tej szkoły zbierają tysiące dyń i robią dyniowe wycinanki. Ustawia je się później w zoo w Providence, podświetla milionem żarówek, latarenek lampeczek i jupiterów, zbiera się od wchodzących po kilka zeta, kusi karmelowym piwem i pokazuje się cuda, cudeńka. Latarnie dyniowe prezentowane są tematycznie. Były bajki, Gwiezdne Wojny, sławni, którzy odeszli w tym roku, moje ulubione – Włochy i temat roku – wybory. Festiwal świateł, subtelna, acz podkreślająca atmosferę muzyka, dyniowa sztuka, dobre jesienne piwo, cudowne towarzystwo moich czterdziestu uczniów i ogród zoologiczny. W ciemnościach między oświetlonymi dyniami ukazuje się długa szyja dostojnej żyrafy, czy trąba niemrawego słonia. Czarodziejski wieczór.

dsc_0039

Foliage oznacza liściastą zieleń, ale słowo to używane jest w Nowej Anglii wyłącznie jesienią, kiedy to zieleń ta zmienia się w złoto, czerwień. Są specjalne strony internetowe pokazujące gdzie kolory liści są jeszcze żółte a gdzie już należy pędzić, bo czerwienią palą się wzgórza i doliny. Sprawdza się taką stronkę, zbiera rodzinę, psa i dobry aparat i pędzi się na łeb na szyję żeby te kolory uwiecznić. I wierzcie mi, ludzie przyjeżdżają w miejsca najpiękniejszych kolorów jesieni z bardzo daleka. A ja mam je na co dzień. Wyjeżdżam jesiennym porankiem kiedy wstaje słońce i całą godzinną drogę do pracy słońce organizuje mi pokaz najpiękniejszych kolorów jesieni z efektami specjalnymi w postaci rosy na zielonych jeszcze łąkach i pojawiającego się od czasu do czasu, opustoszałego już z jachtów, łódek i stateczków oceanu. Mało kiedy uwieczniam, bo ręce na kierownicy a jedno oko na drogę. Ale wszystko w pamięci zapakowane i zamknięte. Odwiedzam czasem jak mi szaro i buro.

screen-shot-2016-11-27-at-10-08-33-am

źródło: Smithsonian Magazine 

Graniczną miedzą miedzy jesienią a zimą jest święto Dziękczynienia. Nie kalendarzową, ale obyczajową na pewno. To moje ulubione amerykańskie święto. Ma się odnosić do świętowania pierwszego roku na nowej ziemi przez przybylców z Anglii z tubylcami z Ameryki. A że rok do łatwych nie należał, ci, co przy życiu zostali mieli za co dziękować. Setka uchodźców z Anglii zawinęła do Plymouth późną jesienią 1620 roku. Dopadł ich chłód, głód, deprecha, czy zbyt śliski kamień na brzegu urwiska. I tak ze stu zostało pięćdziesięciu. Zaprzyjaźnili się z jednym z niewielu plemion indiańskich, które pozostało po czystce poprzedniego pokolenia spowodowanej kontaktem z innymi, kichającymi przybyszami z Europy. Albo plemię Wampanoag nie dostało maila od przodków, albo stwierdziło, że skoro przeżyli są nie do ruszenia. Pokazali Anglikom co z czym sadzić żeby rosło, czym się odziać, jak chałupę zbudować i jak dzikiego zwierza w postaci indyka na kolację upolować. No i jak się tak zbliżyli, numerami telefonów powymieniali, to się w końcu umówili i tak późną jesienią w 1621 trzy dni imprezowali. A że potem Indianom ziemię biali przybysze odebrali i wymordowali ich przy okazji, to pominiemy gładko. Nie wypada o tym dzisiaj wspominać. W 1863 Abraham Lincoln postanowił, że sytuacja taka nadaje się na święto państwowe. W czwarty czwartek listopada kraj ma się spotkać rodzinnie, ma się najeść, napić, naśmiać, nabyć się ze sobą, a w piątek naród ma się na największe zakupy w roku udać, w drzwiach się poprzepychać i torbami się ponaparzać i wydać odkładane na tę okazję dudki.

Pisząc ten wpis, jedziemy ze spędzonych z New Jersey świąt i i mijamy i jesteśmy mijani przez dziesiątki samochodów z wielkimi choinkami przymocowanymi sznurkami do dachów. I wiem już, że jesień się skończyła i rozpoczyna się przedświąteczne szaleństwo…

 

 

 

Wybory 2016…

 

fullsizerender

Tyle się dzieje u was, a ty milczysz? – napisałam do mnie Europa – Nie masz zdania na ten temat czy co? Oj zdanie to ja mam, dość konkretne nawet. Zastanawiałam się tylko jak bardzo powinno mi zależeć na pisaniu o tym. Mnie, która polityki nie rozumie i rozumieć nie ma ochoty. Dopiero co paszport odebrała, a już się szarogęsi z opiniami i poglądami na temat. Ale jak się zastanowić to przecież mieszkam w tym właśnie kraju, podatki z mojej ciężko zarobionej pensji odciągane są na tutejsze szkoły, leczenie, drogi i obronę kraju przez nieznanym jeszcze najeźdźcą. Moje dzieci jeśli są gejami to właśnie w tym kraju muszą się odnaleźć, jeśli ożenią się z Meksykańskim emigrantem-gwałcicielem, albo wyjdą za mąż za muzułmańskiego terrorystę to pewnie poznają go właśnie tutaj. Jest więc powód żeby opinię mieć. Ale zanim o mojej opinii, słówko o atmosferze.

Piszę o okołowyborczej atmosferze, bo ta była dla mnie zupełnie czymś nowym. Od kiedy zaczęła się kampania wyborcza do tronu prezydenta Stanów Zjednoczonych, w mediach robiło się coraz goręcej. Wszystko kręciło się wokół kandydatów. Wiadomości, komentarze polityczne, propaganda reklamowa, programy satyryczne i czasem nawet seriale. No ale od tego media w końcu są. Później temat wyborów prezydenckich wpełzł na salony i do kuchni, i na ogródkowe grille, i na imprezy urodzinowe, spotkania przypadkowe, na siłownię, do fryzjera i na mecz koszykówki. Na początku było spokojnie. Ktoś naklejkę na samochód przykleił, ktoś inny się uśmiechnął pod nosem i wyprzedził płynnie z prawej. Ktoś powiedział, że będzie głosował na jednego kandydata, ktoś inny się odwrócił i delikatnie zamykając za sobą drzwi wyszedł. Z biegiem czasu i z galopem kampanii było coraz gorzej. Brakowało samochodu na naklejki wychwalające jednego kandydata, a poniewierające drugiego. Ogródki przystrojone zostały dziesiątkami tabliczek z wytycznymi na kogo głosować. Nocami, rowerowa opozycja napadała na owe ogródki i zbierała tabliczki tylko po to aby rano ze zdumienia przecierać oczy na widok nowych, większych i bardziej krzyczących tabliczek. Fejsbuk stał sceną kampanii wyborczej. Co rusz ktoś wrzucił coś arcyśmiesznego na temat kontrkandydata. Co rusz ktoś to polubił pięćset razy i podał dalej. Na tym etapie niebezpieczne stawało się mówienie głośno o swych preferencjach. Szczególnie jeśli miało się zamiar głosować na nieodpowiedniego w danym towarzystwie kandydata. Co wrażliwszym podnosiło się ciśnienie krwi, wychodzili głośno trzaskając drzwiami, czy odmawiali wspólnych posiłków.

Moje ciało pedagogiczne dość szybko podzieliło się na dwa obozy, z których jeden był większy i bardziej żeński, drugi…no cóż, po prostu był. Stosunki do wyborów pozostawały jednak poprawne. A to głuptaski, a to marzyciele, fantaści… Wszystko jednak z „pożyjemy, zobaczymy”, uśmieszkami, życzeniami gut laku i że nasi i tak górą. I tak było do dnia wyborów. Wieczorkiem usiedliśmy przed telewizorem. Z minuty na minutę, z godziny na godzinę kraj zaczął się dzielić. Ten kto oddał głos, określił się, opowiedział się po jednej, bardzo konkretnej stronie, sprecyzował, czy niebieski, czy czerwony jest. Najpierw w telewizji zobaczyliśmy którego stanu już nie lubimy. Dzięki durnemu, moim zupełnie niefachowym zdaniem, systemowi elektoratu, który tak jasno i klarownie wytłumaczyła tutaj koleżanka po piórze, kraj podzielono na stany przyjaciół i nieprzyjaciół. Z ulgą oddychali oglądający na ekranie stan, który przybierał kolor ich kandydata, a noga ich miała nie postać w stanie przeciwnika (i nikt nie może uwierzyć co stało się z Pensylwanią!!). Rano natomiast w pracy, na ulicy, w autobusie, w szkole spotkali się ludzie, dwa obozy – wygrani i ci mniej.

Dzień po wyborach atmosfera w pracy była gęsta. Muszę przyznać, że mnie gęstość ta przerosła. Przegrani przyszli do pracy w czerni, z niedowierzaniem w kółko powtarzali wyniki wyborów, płakali… Wygrani nie chcąc obnosić się ze swoim zwycięstwem, się nie obnosili… Zaczęły się potyczki fejsbukowe, komentarze, ich usuwanie, przeprosiny w wiadomościach prywatnych. Ktoś kogoś wyrzucił ze znajomych, zablokował. Lunch w osobnych klasach dobił mnie zupełnie. Nie chcieli ze sobą usiąść. Ani jedni, ani drudzy. Od zawsze jemy razem. Nie podzieliły nas odmienne wizje nauczania, oceny uczniów, nagrody, lub ich brak, religia czy poplecznictwo szefostwa. Podzieliła nas polityka. I to w wyborach było dla mnie większym szokiem niż same wyniki.

Jestem wśród większości…większości przegranych, bo jak wiadomo Hilary Clinton wygrałaby w każdym innym kraju, bo zgromadziła większą ilość głosów. No ale skoro Ameryka kieruje się zasadami ustalonymi w osiemnastym wieku, które mają się nijak do logiki, czy choćby nawet do demokracji, to mamy taką właśnie sytuację, nie po raz pierwszy zresztą. Mój wybór chyba nie jest dla nikogo zaskoczeniem. Niby jak miałaby głosować otwarta, tolerancyjna, wykształcona emigrantka, która uczy swoje dzieci, że każdy człowiek ma takie same prawa, która brzydzi się ksenofobią i rasizmem, daleka jest od oceniania ludzi ze względu na ich religię czy orientację seksualną? Jak miałaby głosować matka, która mówi swojej córce, że nikt nie ma prawa jej poniżać i traktować jak przedmiot? Jak miałaby głosować osoba, która nie znając się na polityce oczekuje od swojego prezydenta, że ten będzie się na tej polityce znał o wiele bardziej niż ona i że będzie dyplomatycznie reprezentował jej drugi kraj z należnym temu krajowi szacunkiem? No jak?

Dzięki Gdynio…

blog_emigrantki2

W Gdyni byłam raz, może dwa, wieki temu. Daleko z tych naszych Starokrzepic, że aż tyłek na samą myśl drętwieje od siedzenia. Ale Gdynia fajna. Jakieś dobre jedzenie mi się kojarzy, wiadomo, że port, że Dar Pomorza, że historia. Od dzisiaj mam jeszcze jedną tam metę. Muzeum Emigracji w Gdyni. Od dzisiaj moje ulubione miejsce nad polskim morzem. Muzeum Emigracji przyznało mojemu blogowi wyróżnienie w konkursie na najciekawszy blog pisany przez emigrantkę (tutaj oficjalna notka). Gratuluję zwyciężczyni, autorce bloga tur-tur.pl i współwyróżnionej autorce bloga riennahera.com. No tak się cieszę, że, wyjątkowo oczywiście, sobie golnę!

dsc_0069

sprzeciw gaciom…

 

screen-shot-2016-10-30-at-8-04-56-am

źródło: beta.hotair.com

Tłumaczył się, że napisał ten list do gazety żeby rozluźnić gęstą atmosferę przedwyborczą, żeby rozbawić zbyt poważny elektorat i rozerwać, na strzępy chyba, zniecierpliwionych wyborców. Sześćdziesięcioletni Alan Sorrentino z sąsiadującego z moim miasteczka Barrington postanowił wypowiedzieć się na temat tak zwanych „yoga pants”. Spodnie na jogę to nic innego jak obcisłe leginsy, które bez względu w jakim są rozmiarze, zawsze, i na każdym kto nie jest dwudziestolatką o rozmiarze 32, wyglądają jakby były dwa rozmiary za małe. Rzeczony Alan napisał, że takie spodnie nie powinny być noszone przez „dojrzałe i dorosłe” osobniki płci żeńskiej. Mniemam, że płci męskiej tym bardziej. Porównał noszenie leginsów w miejscach innych niż siłownia do noszenia kąpielówek (tak, tak, tych naszych europejskich) przez mężczyzn w sklepie spożywczym. A pan Alan gejem jest więc jeśli mówi, że nie chciałby oglądać mężczyzn w obcisłych majtkach między puszkami kukurydzy, znaczy, że zwizualizował i wie… I wyraził swoją opinię i napisał co myśli o bardzo byle jakiej modzie w Stanach. I wolno mu dzięki pierwszej poprawce do konstytucji. I tu się rypnął…

Amerykanki się mocno wpieniły i powołując się na inny punk tej samej poprawki, zgromadziły się. I tak tydzień temu na ulicach Barrington w Rhode Island wyległo trzysta kobitek protestować przeciwko przemocy pisanej i odbieraniu im prawa do noszenie czego tam sobie na tyłek włożyć nie zechcą. Wyszły ma się rozumieć w leginsach wszelkiej maści, koloru i długości. Przespacerowały się po mieście wznosząc okrzyki oburzenia w stronę krytyka odzienia, niosąc plakaty nawołujące do wolności garderobianej i automiłości. Przeparadowały obok domu Sorrentino, który w odpowiedzi wywiesił sobie napis o wolności słowa i pocałujcie mnie w dupę. Pikietę zakończyły sesją jogi w parku i rozeszły się do domów. Sorrentino stał się symbolem ucisku kobiet – kobiety głównie uciskane przez zbyt ciasne leginsy i oberwały mu się nawet groźby odebrania i tak przerąbanego już życia.

A kobiety? A kobiety spędziły, czy jak kto woli zmarnowały, niedzielne popołudnie na walkę o prawo do noszenia obcisłych spodni. Nie na walkę o prawo do równego wynagrodzenia, ograniczenia praw do noszenia broni, o poprawę opieki medycznej, o zdrowsze lancze w szkolnej stołówce dzieci, czy więcej lekcji wuefu. Przebimbały niedzielę na walkę o prawo do noszenia grubszej wersji rajstop bez spódnicy. Brawo! Duch walki nie umiera. Bo nie wolno Amerykankom mówić w co mają się ubierać. Nie można im mówić w czym wyglądają źle i nieatrakcyjnie. Nie można zwracać uwagi, krytykować, wytykać, czy może po prostu wyrażać swojego zdania. Każda amerykańska kobieta może nosić co jej się podoba, czy raczej w czym jej wygodnie, bo ma się czuć w swoim ciele komfortowo, ma siebie akceptować taką jaka jest, ma siebie kochać, nic nie zmieniać i nikt ma się jej nie czepiać. A jak się doczepi, to mu się kilka śmiertelnych pogróżek wyśle i już. A co! A czy nie jest tak, że skoro jest pewna siebie, wygląda tak jak jej wygodnie, nosi i je na co ma ochotę, jeśli kocha i akceptuje siebie taką jaka jest, to taki Sorrentino ze swoimi komentarzami może jej do brzegu leginsów podskoczyć? I niech pisze co chce, bo taka Amerykanka wie, że wygląda zajefajnie w leginsach, w gumowych klapkach japonkach deformujących postawę i w piżamach… kupując pączki!

A tu jeden z tysięcy artykułów jeśli ktoś ma ochotę na angielski.

Tańcowała igła…

 

screen-shot-2016-10-07-at-10-46-54-pm

Trzy miesiące temu dopadła mnie migrena. Jak to z migrenami bywa, dopadają w najmniej odpowiednim momencie. Moja wybrała sobie noc po spektakularnej wizycie na pogotowiu z dziecka pociętą we wszystkie strony dłonią, po założonych sześciu szwach i w przeddzień wylotu tegoż dziecka na wakacje do Kolorado. Po kilku godzinach spędzonych z głową w muszli klozetowej, na kolanach doczołgałam się raniuteńko na pogotowie po takie co to ogień w pochwie rozpalają. Półprzytomna dowiozłam dzieci na lotnisku gdzie padłam i przespałam dwie godziny na ławce obok jakiegoś bezdomnego. Naraziłam siebie na zejście na serce z powodu sinych leków przeciwbólowych, a moje dzieci na niechybną śmierci prowadząc samochód w stanie silnego upojenia tymiż lekami. Postanowiłam sobie wtedy, że tak marnie to ja z tego padołu nie zejdę. Jak już to z przytupem i wolna od bólu głowy.

Leki, które według lekarza pogotowia są kilkadziesiąt razy silniejsze od morfiny wprawdzie działają niezawodnie, ale jeszcze chwila, jeszcze moment i będę w pierwszej dziesiątce do przeszczepu wątroby. Wszelkie domowe sposoby na migrenę, jak unikanie stresu, rezygnacja z alkoholu, spożywanie moczu i zwis głową w dół, odpadają. Poradził mi ktoś akupunkturę. I to nie u byle kogo. U samej gwiazdy akupunktury lokalnej, pierwszego żonglera igłami Nowej Anglii, mistrza przywracania równowagi w organizmie i dysponenta pozytywną energią. U kilku bawarskich cudotwórców już byłam i albo przeszkodą był język, albo mój cynizm, bo nic nie wyczarowali. Na nic było masowanie kropelką oleju z jagody z krzaka pod starym dębem, nacieranie skroni ziemią spod krzyża na rozstaju dróg, czy chłosty badylkiem urwanym bladym świtem. O taką samą bezskuteczność podejrzewałam igłodźganie. Jednakże się zdecydowałam. Ból fizyczny miesza zmysły…

Jako że mistrz akupunktury cenił się bardzo wysoko, a ja nerkę na sprzedaż hoduję w innym celu, wyczaiłam gościa na Grouponie i wykupiłam spotkania trzy za cenę jednego. Od drzwi mnie mistrzunio poinformował, że trzy spotkania to psu na budę, że to dopiero początek, że nie jest czarodziejem i takie tam. To oszust jeden, pomyślałam, chce mnie tutaj starymi, mało już skutecznymi strategiami marketingu omamić, a ja to nawet jakiś dyplom z praw konsumenta posiadam. Wrażenia na mnie nie zrobił. Amerykańsko miły, że akcentcik mam słodki, że sam ma prababkę z Polski, gdzieś spod krakał czy coś, że pierogies to on łyżkami i że Wałęsa, papież i wódka. Nadźgał mnie i powiedział, że mogę zasnąć. U lekarza nigdy nie zasnęłam i nie zasnę. Tak pomyślałam i obudził mnie szturchnięciem mistrz po trzydziestu minutach najdłuższego snu w moim życiu. Przyśniło mi się całe moje życie, rozwiązałam problemy, rozwikłałam dylematy i zwizualizowałam cele. Tydzień później nakłuwa mi twarz. Wątpię, że pomoże na migrenę i zatoki. Nic nie pomaga przecież. A pomogło. Miesiąc bez bólu głowy. Nie mogę uwierzyć. Kilka dni temu lecę do cudotwórcy z wyzwaniem. Łokieć mi nawala. Przeforsowałam Chodakowską, ortopeda mówi, że z moimi stawami to już tak będzie. Goi się miesiącami, nie podnosić, nie nadwyrężać, najlepiej przyzwyczaić się, że ręki nie ma. Gość od igieł mówi, że spróbuje. Nakłuwa mi kolano mimo, że boli łokieć. Od dwóch dni ręka jak nowa. Nie boli nic, nie uwiera, nie ciśnie. Nerkę zastawiłam w lombardzie i idę w poniedziałek. Tyle rzeczy do remontu. Płaskostopie, małe piersi, zmarszczki nie zawsze od śmiechu, zanikająca pamięć i skłonności do robienia głupot. Co wybrać?

Krótko i zwięźle…

dsc_0327-1

…bo późno już jak dla mnie, bo dzieci jakieś niełatwe są, bo w butelce dno widać, bo kiedy nienajedzona krótkim pobytem piszę o Polsce, to mi się chce pieprznąć wszystko w kąt i wracać…

O ósmej rano wysiadłam na lotnisku w Monachium. I jak tam pięknie… Imitujące drewno podłogi, zielone, miękkie ławy i fotele, bazylia i tymianek na stołach w restauracyjkach raczej slołfudowych. W toaletach zamiast zaczarowanych w papierowe ręczniki drzew, bawełniane ręczniki, w sklepikach piernikowe serca, ulubiony Paulaner, lekko przesolony precel z masłem i moje Garmisch jakieś sto kilometrów za oknem. Tylko sto kilometrów i aż. Jak dobrze być prawie w domu…

Kraków. Spokój i cisza na lotnisku mimo, że południe. Nieuśmiechnięty do bólu urzędnik. Niedziałający bankomat. Miły pan od bagażu. Brat w koszulce z flagą amerykańską czekający za otwierającymi się co chwila drzwiami. Uściski od wujka. Telefon od mamy. Od cioci. Od kuzyna i dwóch koleżanek. Jestem w domu…

Góry. Nie moje, ale adoptuję. Dzieci, ogródek, pies, piwo z Czech bo ponoć najlepsze, oscypki na grillu i moje ulubione „korboce” i w głębokim tyle mam, że w East Greenwich serwują późny lunch.

I nie, nie wszystko jest cacy. Pożyczoną, osiemnastoletnią Hondą, z prowadzącym mnie do domu, amerykańskim Waze (który, ma się rozumieć, się lokalnie nie orientuje) jadę na północ. W samo południe. Dzieci, o dziwo, na tylnym siedzeniu nadają po polsku, schowanego przed złodziejami panelu radiowego nie mogę znaleźć, mamy słone paluszki i jedną Kroplę Beskidu. A na drogach kwiat polskiej motoryzacji. Nie powiem, klnę jak szewc jak mnie coś wkurzy. Mam aż cztery godziny na odmianę wszystkich znanych mi przekleństw przez przypadki, osoby i we wszystkich czasach choć głównie w czasie przyszłym, kiedy to ich dopadnę. Poziom chamstwa u polskich kierowców, a także kierowczyń, wzrósł proporcjonalnie do wartości samochodów, którymi się poruszają. Żałosny i tandetny zaciesz jaki okazują wymijając na trzeciego, wjeżdżając tam gdzie nie powinni i przejeżdżając na czerwonym świetle przechodzi ludzkie pojęcie. Nienawidzę polskich kierowców i powiem to głośno. A niech mi powietrze spuszczą.

Czekała na nas zupa ogórkowa, kluski tarte, buraczki jakieś udziwnione, na które się zrazu skrzywiłam aczkolwiek po chwili do gustu mi nawet przypadły. Czekał tort z bitą śmietaną, śpiewająca dziękczynnie litanię do Najświętszego Serca Jezusa babcia, ślepy i głuchy pies Oskar i mama. Zasnęłam jak stałam…

Nikt nie biega po mieście jak zwariowany z papierowym kubkiem z kawą. Kawę pije się w kawiarni, w filiżankach, najlepiej porcelanowych, albo w domu z sąsiadami, bo samemu to nie wypada. Kobieta od paznokci przyjmuje mnie o szóstej rano, bo roboty ma huk, ale chce mi pomóc. Na jej podwórku, w porannej mgle biega królik. Pytam czy się nie obawia, że pies jakiś zeżre. Odpowiada, że się z psami królik przyjaźni, częstuje mnie kawą i zaczyna marzyć na głos o wyjeździe do Dubaju. Do mojego starego liceum wchodzę bez przepustek, pozwoleń, odcisków palców i zaświadczeń o niekaralności. Po prostu wchodzę i pokazuję dzieciom moją szkołę. Na koniec jadę w góry. Widoki zapierają dech w piersi. Wejście pod górkę dech odbiera. Naleśniki z jabłkami i piwo na Hali Gąsienicowej. Ktoś pomaga Jaśkowi zdobyć pieczątki turystyczne. Ktoś inny wypytuje o pozostawioną w domu, niedysponowaną Kasię. Ktoś proponuje, że poniesie ciężki aparat, ktoś, że przywita w domu pomidorówką. Dobrze jest…

Pożegnania, łzy, długi lot i Boston. Pierwszy raz z amerykańskim paszportem. Godzinę i pół w dziesięcioosobowej kolejce i to już po uprzednich dwóch kontrolach paszportowych. Niedowartościowana za kuloodporną szybą pyta o powód krótkiego pobytu w Europie. Wypytuje o moją pracę. Dziwi się kiwając niezbyt pełną swą główką, że nauczam. Pyta dwa razy, czy na pewno mi się nie wydaje, że nauczam. Wypytuje dzieci do jakiej szkoły chodzą, do której klasy, czy na pewno mieszkają tam gdzie matka. Kolega każe przysiąc, że nie mamy grzybów, węży czy pijawek w bagażu, nie zamierzamy wysadzić w powietrze całego kraju i że nie całowaliśmy się z posiadaczem wirusa. Jak dobrze być w domu…