Rok temu…

To piękny, wyszywany ręcznie obrazek z jednego ze sklepów artystycznych w Chanii

31 styczeń – 1 luty 2018

Osiem godzin podróży samochodem to sporo czasu na przemyślenia. Jechaliśmy z pięknego, historycznego i zasypanego śniegiem Rhode Island do błota i, na pierwszy i jedyny rzut oka, do beznadziei miasteczka Norfolk w stanie Wirginia. Pożegnałam się z karierą, znajomymi, przyjaciółmi, dostępnością wszelkiego rodzaju rzeczy i usług, łatwością komunikacji i byciem u siebie. Jest sporo do myślenia. Podróż z dobytkiem, który ma nam służyć przez następne dwa miesiące zanim nasze meble, książki, talerze i płyty do nas dolecą. Podróż z psem na lekach odwrotnie uspokajających i z kotem, który przez cały czas nie wyściubił łba spod fotela dla kierowcy. Podróż z dziećmi, które pożegnały się ze swoimi przyjaciółmi i jechały rozpocząć zupełnie nowe życie. Podróż z dziećmi chorymi. Na grypę. W plecakach zioła, tabletki, syropy, okłady, maści i mikstury od medyków ze wszystkich zakątków świata. Nigdy nie wiadomo co pomoże. Jedno po pierwszym rzucie choroby, wycieńczone kilkudniową gorączką, z wlokącym się za nim kaszlem i lekkim nieżytem żołądka. Drugie przedawkowane witaminą C i wszystkimi na wszelki wypadkami czeka na swoją kolei. Ja pewna teorii, że dopadnie mnie dopiero kiedy odpuści adrenalina, a że adrenalinie końca nie widać, będę zdrowa. Hotel wojskowy, lot wojskowy, obsługa wojskowa, klatki dla psa i kota oraz pasażerowie również wojskowi. Ja uwielbiam. Wylot późnym wieczorem więc pośpimy do południa i się zrelaksujemy przed długim lotem. Ja się nie zrelaksuję. Budzę się z gorączką, nudnościami i ogólnym stanem gównianym. Tak mnie żegnają Stany Zjednoczone. Zjednoczyły się wszelkie stany chorobowe żeby mi uprzykrzyć i tak przerażający, dziewiętnastogodzinny lot na Kretę. Z psem. Z kotem. Z dwójką nastolatków. Lądujemy na Krecie w nocy. Jest bardzo ciemno. Wita nas gromadka przemiłych tubylców. Wiozą padniętych na pysk nas (po takiej podróży) do naszego domu. Pustego, zimnego i ciemnego. Padamy na materace i od jutra, już tak na poważnie, zaczynamy chorowanie, które będzie trwało miesiąc.

31 styczeń – 1 luty 2019

Tydzień temu znalazłam szczeniaka przy śmietnikach. Zabrałam na przechowanie. Jest zabawna, mądra i kiedy śpi tak cudownie tuli się do nas. Ale jak ja nie jestem gotowa na szczeniaka, to kurde sama nie wiedziałam. Na szczęście jej nowe legowisko już na nią czeka gdzieś w Finlandii. To właśnie pies zajmuje mi teraz najwięcej czasu. Zabawa, karmienie, nauka (a nauki jest sporo) prowadzenie negocjacji z czworonożnymi domownikami w sprawie zawieszenia broni, spacer, weterynarz, telefony w sprawie adopcji i znów karmienie. Oprócz tymczasowego psa, mam też certyfikat instruktora jogi. Zrobiłam tutaj na Krecie. Chyba traktuję ten dokument jak złoty klucz do wszystkich drzwi a bliżej mu raczej do dziesięciocyfrowego kodu, z którego znam tylko dwie pierwsze liczby. Muszę odpuścić a z moim charakterem jest trudno. Prowadzę zajęcia jogi i na horyzoncie majaczy kilka projektów. Ale ja chcę więcej. I natychmiast. Jak zwykle. 

Mam też nowych znajomych i nowe ważne sprawy do załatwienia. A to bazarek świąteczny, a to wycieczka do klasztorów, zakup sadzonek pomidorów, zbiór oliwek, czy remont dachu w kierunku „jogi pod winogronami”. Mam też mnóstwo cudownych wspomnień z lata. Odwiedzili nas przyjaciele i rodzina zachwycając się naszym nowym miejscem zamieszkania. Było ciepło, chwilami za ciepło, wesoło, beztrosko i bardzo, bardzo wakacyjnie. Mam również zapełniający się kalendarz na tegoroczne lato i już nie mogę się doczekać. Mam wyciskarkę do własnoręcznie zebranych pomarańczy, oliwę z oliwek od jednych i wino od drugich sąsiadów. Mam zioła w ogródku i cytryny na drzewie. Mam dobre, jak na rok pobytu, rozeznanie w terenie. Wiem gdzie fajne plaże, najlepsze nadziewane pomidory, okulista, pralnia chemiczna i sklep z armaturą łazienkową. Mam obcykane skróty i miejsca parkingowe. Nie mam natomiast dzieci w domu. To chyba największa i najcięższa zmiana. Niby przyjeżdżają, odwiedzają, a kiedy są w domu, jest jak dawniej, ale to nie to samo co mieć je na codzień. I choć wiem, że są szczęśliwe i dobrze im tam gdzie są, to jednak wiadomo…do dupy jest. Mam też czas. W Stanach mogłam pomarzyć o takich luksusach. Mam czas na czytanie, medytacje, na pisanie, czas na Netflix i TedTalk. Mam też poczucie, że to nie koniec. To nie koniec zmian, nie koniec nowego, nie koniec poszukiwania i odkrywania. 

A w miejscu materaca sprzed roku, mam najwygodniejsze na świecie łóżko z widokiem na klatkę wielkości nowojorskiej kawalerki z dziesięcioma kanarkami. 

 

Metaforyczny Piątek

„Przyszłość” w muzeum Historii i Sztuki w Genewie

Na lotnisku w Atenach kupiłam sobie gazetę, w której było wszystko o szeroko pojętnym majdfulnesie. O tym, że jogę trzeba ćwiczyć regularnie, że jeść zdrowo, nie używać plastikowych torebek, adoptować bezpańskie psy, medytować codziennie i budować zdrowe relacje ze społeczeństwem. Był też ciekawy artykuł o odwadze do wyłażenia ze zbudowanych przez siebie ram i do robienia czegoś nowego, czegoś, czego się obawiamy, czego nie jesteśmy pewni, co odkładamy na później. Autor proponował spojrzenie na swoje życie z perspektywy dni tygodnia. Takie ćwiczenie, w którym przyjmujemy, że średnia naszego życia to 70 lat i narzucamy na to analogię dni tygodnia. Każda dekada to 10 lat naszego życia. Rodzimy się w poniedziałek rano, a siedemdziesiąte urodziny obchodzimy w niedzielę wieczorem. A co jeśli żyjemy dłużej niż 70 lat? Ja zrobię sobie bardzo długi weekend. Tak więc, mam czterdzieści cztery lata i jest piątek. Coś koło jedenastej czterdzieści pięć.

Budzik, jak zwykle za wcześnie, wwiercającym się w mózg dźwiękiem budzi mnie w ten życiowy piątek w nowym kraju, w nowym domu, wśród obcych ludzi, nieznanych zapachów, kolorów. Wkurwia mnie, że wszystko takie nie-moje. Nie chce mi się wstać z łóżka, a wstać trzeba, bo tyle do roboty. Wstaję i nie mogę znaleźć kapci. Potykam się o porozwalane po domu złe decyzje, rozpirzone emocje. Po omacku włażę do szafy myśląc, że to łazienka. Rzygam po całej podłodze. To po wczorajszej imprezie urodzinowej. Jeszcze będzie mnie trzymać przez kilka godzin, ale jest coraz lepiej. Wstaje słońce i z minuty na minutę jest jaśniej choć za każdym razem kiedy zamykam oczy wszystko wiruje dookoła i łeb pęka na drobne kawałki. Koło dziewiątej dochodzę do siebie. Otwieram okna, wpada zaprzyjaźnione już powietrze, lekki wiatr porusza zwiewne zasłony. Oddycham coraz pełniej. Skulone latami ciało otwiera się powoli, ciepłe światło dochodzi do najciemniejszych zakamarków. Zdejmuję kapcie i biegam po drewnianej podłodze na bosaka. Nie obawiam się już drzazg. Wiem gdzie są i je omijam. Zaczynam nawet przestawiać meble. Tak żeby służyły mi jak najlepiej potrafią. Przytulam psa, kilka minut później kota. Jem pożywne śniadanie i czuję się gotowa na resztę dnia. Pierwszy punkt dnia to przeprowadzka na drugi brzeg oceanu. Małe kardio przed obiadem jest bardzo wskazane. Przenoszę pudła z życzeniami pomyślności, łzami pożegnań, z planami na resztę tygodnia, ze wspomnieniami i nadzieją na lepsze. Rozkładam je po kątach w nowym domu, siadam i piję herbatę. Kocham piątek. Można pozamykać wszystkie niecierpiące zwłoki sprawy i cieszyć się nadchodzącym weekendem. Można zaplanować wycieczkę rowerową na sobotni poranek. Pod warunkiem, że pogoda dopisze. Może odwiedziny w niedzielę? Może drzemka? Wino? Piątek to dobry dzień na oczyszczenie, na zwrócenie uwagi na swoje zdrowie, na odpoczynek, na zwolnienie tempa. To dobry dzień na prosty i zdrowy obiad. U mnie w domu w piątki był post. Pyszna zupa warzywna, placki ziemniaczane, barszcz, naleśniki z dżemem, albo “zalewajka” u sąsiada. Czekam zatem na piątkowy obiad, sadzę warzywa i podlewam zioła. Obiad dopiero na czternastą więc przyjdzie jeszcze poczekać kilka lat. Głodna jednak jestem już dziś.

Niby pazur, ale nie za bardzo…

Paulina Młynarska napisała ostatnio taki właśnie felieton. Napisała o tym jak znalazła spokój i równowagę i jak straciła pazur – ostre, kontrowersyjne pisanie na ciężkie tematy. No i wiadomo, że gdybym miała porównać się z Pauliną, to widzę ją wchodzącą na ośmiotysięcznik. Truchcikiem. Bez aparatu tlenowego. W porze zimowej. A ja po Beskidzie Śląskim. Na bezdechu. Ale kiedy autorka bestsellerów i nieznana, pożal się Boże, blogerka wchodzą na ścieżkę medytacji, jogi i ogólnego uduchowienia, odczucia są podobne. Mniej mnie denerwuje, mniej biadolę, obserwuję spokojniejsze reakcje na idiotyczne sytuacje, mniej ironii i cynizmu. Pazurki obcięte do skóry i spiłowane na okrągło. 

Mniej nie oznacza, że nic nie jest w stanie mnie poruszyć i zdenerwować. Zdarza się. Reakcja na taką sytuację jest inna niż wcześniej. Nie rzucam mięsem, butami i porcelaną. Ale gdzieś temu ujście dać trzeba. To poezją może się posłużę. Taką wiecie, pożal się Boże, nizinną. Najważniejsze, że wiadomo o co chodzi, co mnie uwiera. Najważniejsze, że upust jest, wzdęć nerwowych mniej. No i ważne jest, że rymy są. Zapraszam!

 

Choć spokojnam jak baranek,

Medytuję ja co ranek,

Błoga jasność po mnie spływa,

Niepokoju mi ubywa. 

Choć chwilami, tak na moment, trzecie oko się otwiera,

To czasami, niespodzianie, jasna łapie mnie cholera. 

Bom wśród Greków zamieszkała,

Nikt nie zmuszał, sama chciała,

A się teraz czysto jawi,

Że się Andzia nie przestawi. 

Że za bardzo spięty tyłek, drętwa, sztywna, upierdliwa,

Zbyt niemiecka się wydaje by móc czuć się tu szczęśliwa. 

Bo jak dobrze jest być Grekiem,

Wżdy pojonym kozim mlekiem,

Rozpieszczonym oliwkami,

I oliwą z nich litrami. 

Jak cudownie dni nie liczyć i nie zważać na minuty,

Wszystko zlewać i chromolić czy to lipiec, maj, czy luty. 

Kto by zważał na terminy,

Daty, pory i godziny,

Kto by sprawdzał informacje,

Chciał ujarzmić biurokracje. 

Kto by się zepsutym martwił, uszkodzonym i nieczynnym,

Kiedy można olać problem i się za nic nie czuć winnym. 

Można jeździć samochodem,

Po cykudii z pysznym miodem,

Migacz zostawiony z domu,

niepotrzebny wszak nikomu. 

Lecz ja gościem tutaj jestem i korzystam z pięknej Grecji,

Przyjdzie mi się dostosować, lub się przenieść hen do Szwecji. 

Kala Christouyenna

Post ten napisałam do okienka kalendarza adwentowego Klubu Polki. W kalendarzu ciekawostki i opowieści ze wszystkich stron świata. Zapraszam na nasz FP, tam znajdziecie linki do wszystkich okienek!

W Święto Dziękczynienia zaprosiliśmy do nas sześcioro Kreteńczyków. Wiedząc, że mam zrobić wpis do klubu o świętach Bożego Narodzenia na Krecie, pomyślałam, że to znakomita okazja do wypytania i zanotowania wszystkich tradycji związanych ze świętami. Gdzie, jak nie u źródła. Wszyscy moi respondenci to mieszkańcy Krety z dziada pradziada, wszyscy wierzący i praktykujący i tradycje rodzinne bardzo szanujący. Przy deserze zapytałam. Żałowałam po minucie. 

Ilości informacji jakie dostałam, ale przede wszystkim rozbieżność informacji była niesłychana. Któryś rzucił tradycją, wszyscy ze zrozumieniem wydali z siebie “Aaaaa…tak, tak…” a następnie usłyszałam sześć zupełnie innych wersji. Przy niektórych, po burzliwiej dyskusji po grecku, udało się zawęzić wersje do dwóch, trzech. Przy niektórych usłyszałam osiem wersji od sześciu uczestników. Dochodzeń, oskarżeń o naginanie przepisów świątecznych, o luki w pamięci i przejawów lokalnego patryjotyzmu było mnóstwo. Wszystko to jednak żartobliwie i przy wybuchach gromkiego śmiechu. Dzięki Zeusowi za spore ilości wina na stole. 

A w tym wszystkim ja, próbująca zanotować, dopytać, ogarnąć. Za tekst ten, proszę szanownych czytelników, odpowiadam tylko w niewielkim procencie. Co usłyszałam, co wyczytałam z ruchu warg a potem i z internetu, opisuję wam niniejszym w kilku akapitach. 

Przeważająca ilość Greków (według internetu 95%) należy do Greckiego Kościoła Prawosławnego. Według tego kościoła, święta Bożego Narodzenia są drugim najważniejszym świętem w roku liturgicznym. Znacznie ważniejszym i znacznie bardziej celebrowanym świętem jest Wielkanoc. Boże Narodzenie, przez ostatnie lata, stało się świętem głównie komercyjnym. Witryny sklepów, ulice i place przyozdobione są z takim samym rozmachem jak w wielu innych krajach. Mamy przybrane światłami choinki, gwiazdy, anioły i Mikołaja na każdym roku, dachu i balkonie.

Statek. Choinka jest dość nowym wynalazkiem, szczególnie na wyspach, i choć żywą można kupić w sklepach ogrodniczych, niczym nie przypomina ona choinek jakie można dostać w Warszawie, Berlinie, czy Bostonie. W naszej części Krety widziałam tylko umordowane, sięgające mi pod pachę bidulki w doniczkach za siedemdziesiąt ełro. Sztucznych choinek za to w bród! Dawniej zamiast choinek dekorowano drewniane miniatury statków. Teraz również można podziwiać ogromne drewniane konstrukcje i maleńkie stateczki udekorowane światełkami na placach miejskich, przy portach i w sklepach. Statki zastępowały choinkę głównie na wyspach i tradycyjnie były oznaką i podziękowaniem za to, że żeglarze, rybacy i pracujący na morzu mężczyźni szczęśliwie powrócili na święta do domu. 

Pożyczone od Elizabeth’s Kichen Diary

Killantzaroi. Jeszcze inną dekoracją domu greckiego jest mały, drewniany krzyżyk z gałązką bazylii zawieszony na drucie nad miską z wodą. Codziennie święci się dom wodą z miski chroniąc go i całą rodzinę przez Killantzaroi. Opowieści o Killantzaroi różnią się od siebie w zależności od regionu, ale tak do kupy zbierając, to jakiś niedobry pół człowiek pół zwierz, który włazi do domu przez komin, gasi ogień i sprawia, że mleko się warzy. Jednym słowem Killanatzaroi rozrabiaka. 

Killantzarojów dwóch

Mikołaj. Szóstego grudnia obchodzi się dzień Świętego Mikołaja, ale wtedy nikt nie dostaje ani prezentów, ani rózg, ani pomarańczy w butach, ani węgla. To ważny dzień dla wszystkich żeglarzy ponieważ św. Mikołaj to właśnie ich patron. Żaden statek nie wypłynie na morze bez figurki św. Mikołaja na pokładzie. Prezenty przynosi ktoś inny. W pierwszy dzień nowego roku (Protochronia) święty Bazyli (Agios Vasilios) przynosi podarki dla wszystkich dzieci. Są to zazwyczaj małe podarki lub pieniądze.

Kolędowanie. Chodzenie po domach grupkami i śpiewanie kolęd (greckie: kalanda) w zamian za słodycze lub drobne pieniądze to, według moim rozmówców, wynalazek Greków i pochodzi od tańca choraulein, który potem dotarł do całej Europy i z tańca przerodził się w śpiewy. Greckie dzieci chodzą od domu do domu w wigilię Bożego Narodzenia a następnie w wigilię nowego roku. Dom, do którego zapukają kolędnicy i zaśpiewają kolędę  to dom, który będzie opływał w szczęście i dostatek. 

Wigilia. Trochę inaczej niż w Polsce. Mimo, że to kraj rybaków, ryb i owoców morza, w wigilię tradycyjnie zjada się wieprzowinę. Jeśli się zmieści do piekarnika, to najlepiej cały pośladek na jedno posiedzenie. Kreteńczycy najczęściej wychodzą do knajp w wigilię, gdzie imprezy zaczynają się około dziesiątej wieczorem i obfitują w duże ilości jedzenia, wina, śpiewów i tańców. Trochę to podobne do znanych nam imprez sylwestrowych. W Sylwestra, z kolei, najczęściej siedzi się w domu, w gronie rodzinnym i gra w karty. Koniecznie na pieniądze. Przynajmniej jedna osoba w gronie wkroczy w nowy rok z pełną kiesą. 

Szóstego stycznia, w ostatni dzień okresu świątecznego, obchodzone jest święto Objawienia Pańskiego. Jest to również dzień święcenia wody. Po nabożeństwie, procesja wiernych znajduje kawałek wody (co nie jest trudne, szczególnie na wyspach) i wrzucany jest doń krzyż. Za krzyżem rzuca się do wody grupa odważnych młodzieńców i czym prędzej, na wyścigi, wyławiają krzyż. Ten, który go wyłowi, może liczyć na powodzenie i dobrobyt w nadchodzącym roku.

I ostatni, bardzo lokalny zwyczaj. W Chani, od kilku lat, odbywa się bieg Mikołajów. To taka trochę parodia znanych na całym świecie biegów Mikołajów. Tysiące przebranych za Mikołaje biegaczy przemierza niecałe cztery kilometry ulicami Chanii. Nie ma zwycięzców, nie ma medali. Jest tylko dobra zabawa, a po biegu strawa i wino dla wszystkich. Dochody z biegu przekazywane są na cale dobroczynne. 

To tyle kochani o świętach na Krecie. Więcej powiem wam za rok, bo te święta będą moimi pierwszymi na wyspie. A wszystkim tutaj zaglądającym, bez względu na wyznanie, wierzenia i przekonania życzę rodzinnych spotkań, długich i ciepłych wieczorów wśród znajomych i przyjaciół, spokoju i odpoczynku w te najdłuższe i najciemniejsze noce w roku. Wielu astrologów uważa, że odchodzący rok był rokiem zmian, wahnięć i przełomów. I tych dobrych i tych mniej. Dla wielu był to rok trudny i męczący. W nowym roku życzę i sobie i wam równowagi, żeby każdy zły moment był początkiem dobrego, żeby za każdą łzą czaił się piękny uśmiech. 

Wesołych Świąt!

Ania

Adwentowy mindfulness

Królowe życia i majdfulnesu

Jutro rozpoczyna się adwent. Adventus to słowo oznaczające przyjście, przybycie. W kościele katolickim oznacza oczekiwanie, że już, za moment nadejdzie, już “puka do mych drzwi”, za moment będzie ślicznie, radośnie i cacy. Zanim zaczęłam medytować, całe moje życie to był wielki adwent. Zawsze na coś czekałam, czymś cieszyłam się na zapas, liczyłam dni do czegoś, planowałam i spodziewałam się czegoś. Kiedy wszystkie kujonki cieszyły się na rozpoczęcie szkoły, ja byłam już myślami przy świętach, choince i miałam zaplanowane podarki dla wszystkich domowników. Zamiast śpiewać kolędy przy świątecznym stole, zastanawiałam się jaką  sukienkę uszyje mi mama na święta wielkanocne. Malując jajka wielkanocne, marzyłam o wakacjach, a kiedy inni wybiegali ze szkoły ze świadectwami, ja martwiłam się z kim będę siedzieć w następnej klasie. Potem niewiele się  zmieniło. Moje dzieci miały zapakowane gwiazdkowe prezenty we wrześniu, ja miałam przemyślane dania, wypieki, ba, czułam ich zapas i smak dwa miesiące wcześniej. A rozmawiając w wigilię z rodziną, planowałam tradycyjną kawę “po święconce”. Tak się zmęczyłam cieszeniem się i świętowaniem na zapas, że kiedy przyszły święta, uroczystości rodzinne, wyjazdy, byłam pusta. Już się wy-cieszyłam, wy-ekscytowałam. 

Medytacyjną przygodę zaczęłam od medytacji mindfulness (medytacji uważności). Mindfulness, czy uważność to pojęcie bardzo szerokie, dotyczy właściwie sposobu życia. Składając pranie wyciągnięte z suszarki, myślimy co ugotujemy na obiad, kto zrobi awanturę na zebraniu rodziców i na kiedy umówić się do fryzjera. A trening uważności to bycie tu i teraz, dotykanie suchych i ciepłych ubrań, czucie jak są delikatne i miękkie, zauważenie dziury w spodniach (ale TYLKO zauważenie, a nie od razu “gdzie łaził po drzewach? Trzeba nowe. H&M zamknięty dzisiaj a i tak gówno tam jest, trzeba będzie do galerii jechać. Ale kiedy? W weekend pewnie. Ale w weekend Jurki miały przyjechać. I co tu znowu ugotować?”). Uważności to po prostu pełne bycie podczas robienia czegoś, a nie samo robienie, a bycie wtedy myślami w Ikei, na wyspach kanaryjskich, czy w pracy. 

Medytacja uważności to skupianie się na obecnym momencie. Czyli jeśli robimy coś z uważnością, możemy powiedzieć, że medytujemy? Jasne. Ale to nie jest łatwe na początku. Jest tysiące myślowych pokus, setki przynęt wzrokowych pobudzających myślenie, planowanie, analizę, porównanie wyborów, sprzeczki z samym sobą. W medytacji mindfulness najłatwiej skupić się na własnym oddechu. Jest regularny, trudno go zgubić, a prawie niemożliwe zaprzestać oddychać. I oczywiście, że myśli wpadną nam do głowy. Od tego mamy mózg. I oczywiście, że będą przeszkadzać, może nawet bardziej niż normalnie, ale w medytacji ważna jest akceptacja tego co się dzieje. Taka akceptacja z miłością, nie z  frustracją, nie z wyrzutami, nie z rozczarowaniem. I wracać do oddechu. I jeszcze raz i jeszcze raz. 

Często wracam do medytacji mindfulness (moją codzienną praktyką jest medytacja transcendentalna) szczególnie kiedy jestem w stresującej sytuacji, przed ważnym spotkaniem, dużą decyzją. Albo wręcz odwrotnie, kiedy jestem na pustej plaży, a przede mną szumiące fale. Wtedy uważność jest najłatwiejsza na świecie. Na nic nie czekam, niczego nie analizuję, niczego nie planuję. Tylko szum zbliżających się i oddalających się fal. Jak wdech i wydech morza. Oddech naszej planety. 

Planowałam kalendarz adwentowy na blogu, ale zdecydowałam, że nie. Bo kalendarz to oczekiwanie, przebieranie nóżkami i wypatrywanie kolejnego dnia. Niech każdy dzień będzie osobny, do żadnego innego nie przylepiony, niech nie będzie ogonem poprzedniego. Niech każdy dzień w tegorocznym adwencie, po tegorocznym adwencie i w kolejnym adwencie będzie ten jedyny, piękny, dobry i pełen mnóstwa maleńkich chwil do wykorzystania, zatrzymania się, pomedytowania nad nimi.

Jedyny wyjątek od tego to moje czekanie na dzieci. Przylatują na święta do domu już za kilka tygodni. I te dni odliczam niecierpliwie  i skreślam na czerwono, ale mindfully, ma się rozumieć.  

Dzięki za small talk…

Thanksgiving 2006, Rzym

Jestem mistrzem smoltoku (small talk – rozmowy o pogodzie). Kocham i praktykuję rozmowy o niczym gdzie tylko się da, w kolejce, przy kasie, w okienku w banku i w parku dla psów. Moim zdaniem, takie rozmowy mają wiele zalet. Skracają czas oczekiwania, rozładowują sztywną atmosferę, potrafią udobruchać rozzłoszczonego urzędnika, rozbawić znudzoną kasjerkę, a może nawet sprawić komuś przyjemność. Nierzadko można dowiedzieć się wartościowych rzeczy, że po świeży chleb najlepiej przed dziesiątą, że weterynarz za rogiem to naciągacz, a taką piękną torebkę to w TJMaxxie za pięć ełro można kupić. Podczas czteroletniego pobytu w Stanach, nagadałam się o pogodzie za całe swoje życie. Za to uwielbiam Amerykanów. O pierdołach można z nimi gadać o każdej porze dnia i nocy i w każdym miejscu. Z ekscytacją podchodziłam do kasy. O czymże ciekawym dziś porozmawiamy?

Oj wieje dzisiaj trochę.

Pani, co tam taki wiatr? Jak odwiedziłam córkę sąsiadki w Austrii, to dopiero wiało. 

W Austrii? A gdzie? Bo ja mieszkałam przez trzynaście lat dziesięć minut od granicy austriackiej. 

I już. Temat złapany, można nawijać. Moje dzieci prowadziły zakłady bukmacherskie pod tytułem: po ilu sekundach matka wspomni, że mieszkała w Garmisch i że ma psa imieniem Izzy. Bonusowe punkty były za informację o Crohnie. 

Dlatego jest mi tak trudno poruszać się po miejscach publicznego użytku w krajach gdzie smoltok nie jest mile widziany. Na Krecie nie mam szans językowo, w Niemczech nikt nie miał ochoty rozmawiać. W Polsce jest coraz lepiej. Coraz więcej osób uśmiecha się zza biurka i nie trzeba już w pośpiechu, unikając kontaktu wzrokowego, pakować towaru do siat, garbić się i chować twarz wypłacając swoje własne, uczciwie zarobione pieniądze w banku. Rozumiem oczywiście, że nie zawsze i nie wszyscy mają ochotę na rozmówki o dupie Maryni. Przecież można mieć zły dzień, zły tydzień, czy rok nawet. Mogą nas boleć zęby i rozmowa byłaby dla nas nieprzyjemna. Można mieć zachowania aspołeczne, czy nieświeży oddech. Można też być mną. 

Jestem w sklepie w bazie amerykańskiej (to ważna informacja, bo rozmówki o pogodzie mogłam się spodziewać) przy kasie, w dłoni trzy kosmetyki. Witam się z kasjerką, kładę rzeczy na ladę, pokazuję dokumenty. Kątem oka widzę, przechodzącą tuż za mną, inną pracownicę z pudłem w dłoniach. Młoda kasjerka w okularach pyta:

– To w prezencie, czy dla ciebie?

Cisza, bo jestem święcie przekonana, że mówi do swojej koleżanki tym bardziej, że wzrok skierowana na nią właśnie (wskazówka: okulary były bardzo korekcyjne). Po chwili, skanując moje zakupy, pani mówi:

– Hmmm…nie mamy dziś ochoty na rozmówki, co?

Nie wiem co powiedzieć, nie moja koleżanka z pracy, skąd mam wiedzieć. Głupio więc mówię…

No widocznie.

…i dodaję po chwili jeszcze głupiej:

– Typowy poniedziałek.

Zabieram swoje rzeczy, wychodzę. Wsiadam do samochodu i ryp! Walnęło mnie w łeb! ONA MÓWIŁA DO MNIE!! Zimny pot mnie oblał. Podjeżdżam samochodem pod drzwi, zostawiam na awaryjnych. Wpadam do sklepu. Widzę kasjerkę w okularach poklepywaną po plecach przez jej koleżankę. Kasjerka ociera łzy. To przeze mnie płacze! Rzucam się na nią, przytulam, gadam jak nakręcona, żem durna, ślepa, niekumata. Daję całusa w mokry policzek i zwiewam. 

I przy okazji świątecznej tradycji wyliczania łask w przeddzień Święta Dziękczynienia, jestem wdzięczna za takie właśnie momenty. Jestem wdzięczna, że życie zapodaje mi takie miłe i łatwe do wyuczenia lekcje (te duże i trudne też zapodaje, draństwo). Już nigdy nie pomyślę sobie “co za gbur” o ignorującym moje wesołe zaczepki panu na stacji benzynowej. Może miał taki poniedziałek jak ja.  

Zabierz mnie do Kosty…

 

 – Chris, jak będę umierająca – rozpoczęłam niespodziewanie przejęta możliwością pogorszenia się stanu mojego zdrowia – zabierz mnie do Kosty.

Do którego? – zapytał zdezorientowany Chris, bo i sąsiad Kosta, mąż znajomej, kierownik budowy w pracy też Kosta. Kosta to właściciel ulubionej restauracji, spec od lodówki, kominiarz, sprzedawca pomarańczy i nauczyciel jogi. 

Do Kosty weterynarza mnie zabierz. 

No dobra, nie narzekam, bo w końcu mamy nową, tureckiej manufaktury, lodówkę. W maju zgłosiłam jej usterkę. Iluż specjalistów nas od tego czasu odwiedziło. Jakaż niezwykła mądrość wypełniała naszą kuchnię. Jakież wymiany skrajnie różnych opinii. Bo jakże to niemiecka lodówka, i to nie byle jaka, bo sama Miele, mogła nawalić? Pewnie polska gospodyni, niewprawiona w takich luksusach, coś zepsuła. Może tofu i wegańskie masło lodówce nie służą? Może za często otwieramy? Za dużo doń CO2 wdychamy? Po miesiącach wizyt i kiwania głowami, wygrała jednak teoria, że dwunastoletnia lodówka, nawet jeśli jest Miele, ma prawo zakończyć działalność chłodniczą. Dwa dni temu dostarczono nową. 

Komin też w końcu mamy nowy. Przyniósł go pan w niedzielę, podczas naszej nieobecności, a wypoczynkowej obecności przeziębionego dziecka numer dwa. Kominiarz miał komin, ale narzędzi i pomocnika już nie. Jaś zaopatrzył kominiarza w nasze narzędzia z Ikei, pomógł zainstalować komin, a w podziękowaniu komin spadł mu na głowę i rozciął palec u ręki. Tyle, że komin nie działa. Woda z kominka cieknie przy każdym deszczu i zalewa mieszkanie.

Niedziałających rzeczy na Krecie jest mnóstwo. Odpowiedzialnych za nie, a olewających swoje obowiązki osobników jest jeszcze więcej. Na każdym kroku potykam się o niedbalstwo, nieszanowanie publicznej własności, ignorowanie zakazów, nakazów, obietnic, umów i przepisów bezpieczeństwa. Biurokracja, brak organizacji i bezsensowności czynności woła o pomstę do nieba, a raczej o Bareję Stanisława do nieba woła, bo roboty tutaj na dożywotnie ciągi dalsze Misia. 

Jest jednak grupa zawodowa, która rozwala system, która zaprzecza rzeczywistości, zamyka moje chlustające żółcią usta i wali po wytykającym błędy paluchu. To weterynarze. Liczba mnoga, bo musieliśmy się spotkać z trzema weterynarzami, a z dwoma innymi rozmawialiśmy przez telefon. Znam pięciu weterynarzy w Grecji. To więcej niż fryzjerów, ginekologów, dentystów i pediatrów (czyli czołówka kontaktów i przekleństwo przeprowadzających się kobiet) razem wziętych. 100% znanych mi weterynarzy to cudowni, empatyczni, obowiązkowi ludzie z ogromną wiedzą w swojej dziedzinie (dwóch chirurgów i jedna pani ortopeda). U wszystkich spotkaliśmy się ze zrozumieniem, z ogromną uwagą poświęconą zwierzakowi, z elastycznym podejściem do problemu. Dostaliśmy kilka możliwych rozwiązań, porady, tymczasowe leki poprawiające samopoczucie psa, zapewnienia o pomocy o każdej porze dnia i nocy, uśmiech, poklepanie po ramieniu. Żadnych kolejek, czekania, żadnych papierów, skierowań. A  wszystko to w kraju, gdzie zwierzęta nie mają łatwego życia. Tutaj wciąż jeszcze, w wielu miejscach, psy i koty traktowane są bardzo źle i po ulicach włóczy się mnóstwo bezdomnych zwierząt. A co robi nasz weterynarz Kosta? Przyniesione zwierzęta z ulicy leczy za darmo, lub za “co łaskę”. I brawo i czapki z głów i oby tak dalej i oby jak najwięcej takich Kostów. Jeśli tacy są greccy weterynarze, to nadzieja jest i dla gastroenterologów, kierowców ciężarówek i przedszkolanek, ale póki co, w razie draki, ja poproszę do weterynarza Kosty. 

A gdyby ktoś wydedukował, że nasze zwierzę niedomaga, to informuję, że i owszem. Izzy, the pies, zerwała ścięgno w psim swym kolanie i czeka ją operacja aż w samej stolicy. Noc na promie, spacer po Akropolu, operacja w specjalistycznej klinice, masaże, spa, drinki z palemką… pieskie życie po prostu. 

Lato 2018 – część IV (ciepło)

Letnia Chania

To ostatnia część moich tegorocznych, letnich rozważań, bo i pora już taka, że letnie dni, wieczory i poranki coraz bardziej jesienne i chłodne. Oczywiście to z perspektywy kreteńskiej, bo jesiennie na Krecie oznacza dwadzieścia pięć stopni, a na wieczorny, czy poranny spacer należy zaledwie zarzucić dodatkowy łach. A ja zapraszam ten chłód do siebie, te sweterki, skarpetki, zachmurzone niebo i silny wiatr, bo ja lata na Krecie, proszę państwa, nie lubię! Proszę niczym we mnie nie rzucać (odrzucę) i psów na mnie nie wieszać (nie udźwignę). 

W drodze na Balos

Ja was wszystkich przyjeżdżających na Kretę z Norwegii, Bawarii, Gdańska, czy Londynu doskonale rozumiem. Przyjeżdżacie zziębnięci, z zimna skurczeni, bladzi i na głodzie D-witaminowym. Rozkładacie nieśmiało ręczniki na plaży i odkładacie na bok, na wszelki wypadek spakowane, parasole i bluzy z kapturem. Z niedowierzaniem odświeżacie aplikacje pogodowe, które dzień w dzień pokazują siedem słoneczek przez kolejne sześć dni (czasem wydaje się, że mamy tutaj więcej niż jedno słońce) i temperatury z trójką z przodu. Bardziej pesymistyczni z was doszukują się choćby jednej chmurki na niebie, jednej przepowiedni burzy, ulewy, czy choć przelotnych opadów deszczu. Nie znajdujecie. Później, z dnia na dzień wasze ogrzane słońcem ciała stają się coraz bardziej rozbisurmanione, coraz mniej na nich odzienia, coraz więcej morskiej soli na skórze, szumu morza w uszach i wina w głowie. Jedynym waszym zajęciem jest leżenie na plaży, unoszenie się na wodzie, jedzenie greckich przysmaków, chodzenie spać po północy i spanie do południa. Dwa razy w tygodniu wpadacie do miasta kupić bransoletkę z okiem proroka i otwieracz w kształcie penisa, ale po kilku godzinach w nagrzanych murach miasta śpieszycie zalec na plaży pod parasolem za dziesięć ełro, lub podryfować na dmuchanym jednorożcu. 

Na moim dachu

A ja moi drodzy muszę wstać o świcie żeby wyjść z psem na spacer, bo po ósmej asfalt parzy jej łapy. W samo południe muszę taszczyć z targu siaty ziemniaków, pomarańczy i marchwi. Zająć się ogródkiem, praniem, myciem okien, zamiataniem spadających winogron. Muszę iść do dentysty, okulisty i na pocztę. A wszystko w tym cholernym upale, z potem lejącym się z każdego gruczołu, z okularami słonecznymi na stałe przyrośniętymi do twarzy, z koszulkami klejącymi się do każdego skrawka poparzonej skóry. Matko jedyna jak ja nie lubię upałów! Mój dzień polega na kombinowaniu ile rzeczy można zrobić w sypialni, w której znajduje się jedyna, dobrze działająca klimatyzacja. Nie mogę tam gotować, ale mogę obrać ziemniaki. Nie mogę w sypialni odkurzyć samochodu, ale mogę odkurzyć sypialnię. Dwa razy. Nie mogę w sypialni plewić grządek, ale okazuje się, że zarośnięte też obfitują w pomidory. Lubię też jeździć samochodem, bo tam klimatyzacja działa najlepiej. Problem jest taki, że samochodem zawsze się gdzieś dojedzie, gdzieś trzeba wysiąść i znów się pocić. Kiedy w końcu mam czas żeby pójść na plażę i wejść do orzeźwiającej wody, pojawia się kolejny, dość istotny, problem. Nie umiem pływać. Co za ironia losu, że nieumiejąca pływać i potwornie bojąca się wody ja mieszkam albo w Ocean State, jak nazywamy Rhode Island, albo na Krecie. Ale ja nie z tych co się łatwo poddają, więc kiedy będziecie na plaży na Krecie i zobaczycie taki obrazek – niewiasta z zupełnie suchą czupryną, w wielkich okularach słonecznych pływa wzdłuż plaży, pięć metrów od wejścia do wody, a przy niej spaceruje jakiś niezadowolony osobnik w wodzie po kolana – to ja. To ja i moja ofiara, która idzie dwa kroki przede mną sprawdzając głębokość wody żebym się czasem, moi mili, nie utopiła. 

Letnia ja

 

Lato 2018 – część III (praca)

To zdjęcie zrobione było na plaży w Kalathas, w czerwcu, w słoneczne, jak zwykle, popołudnie. Było to jakieś dziesięć minut po mojej rozmowie o pracę. Zdjęcie zrobiła moja przyjaciółka, która nie wiedziała jeszcze jaki był wynik tej rozmowy. No ale trudno chyba ukryć, że pracę dostałam. Ta gęba mówi wszystko. I nie, nie przebierałam się między rozmową a plażą. Tak właśnie byłam ubrana. Strój kąpielowy i wygnieciona, kanarkowa sukienka, która tak naprawdę jest koszulą nocną. Twarz bez makijażu, wysmarowana pięćdziesiątką. 

Szukali instruktora jogi w pięknym, położonym na skarpie hotelu z zapierającym dech w piersi widokiem. I dla gości joga i dla lokalnych miała być, bo zarządzająca ma ambitne plany żeby powakacyjne, umordowane latem, społeczeństwo utrzymać  zimową porą w jakiejś optymalnej kondycji zarówno fizycznej jak i psychicznej. I że joga ma pomóc. Ja wiem, że pomoże i moja w tym głowa żeby innych przekonać. Po drodze na plażę, z dziećmi, ręcznikami, powietrznym sprzętem pływających i kanapkami, wpadłam zobaczyć hotel i zapytać kiedy mam się na galowo odstrzelić i na rozmowę o pracę przyjść. Jakie zaświadczenia przynieść i jakimi umiejętnościami się okazać. No, normalnie, jak na rozmowę o pracę. A tu się dowiaduję, że o mnie legendy już krążą (znaczy kobieta z naszego spożywczaka zna fryzjerkę psa zarządzającej i mówiła, że jest we wsi taka jedna co jogę na dachu ćwiczy) i że mogę zacząć od jutra. Od jutra nie mogłam, bo musiałam zwymiotować ze strachu, nie jeść tydzień, schudnąć dwa kilo, pozbierać się, dwa kilo przytyć, przygotować trzy wersje pierwszych zajęć, przećwiczyć każdą z tych wersji pięć razy, kupić olejek do masażu skroni o zapachu lawendy, miskę tybetańską typu gong, cztery dodatkowe maty i Stoperan. 

Na pierwszych zajęciach nie pojawił się nikt. Załamałam się. Na krótko, bo dwa dni później, na następnych miałam już dwie osoby, potem cztery, potem pięć. Zajęcia mamy na świeżym powietrzu, z widokiem na morze. We wtorki witamy, a w czwartki żegnamy słońce. Energia pań (jak na razie mam tylko panie, ale jestem pełna nadziei) jest pozytywna i taka pełna wdzięczności, chęci słuchania i otwartości na jogę w całym jej pojęciu. Nie przerażają moje historyjki z mitologii indyjskiej, nikt nie krzywi się na czakry i na medytację. Nikt się w głowę nie puka, nie wychodzi w trakcie, nie uśmiecha podejrzanie. Jest przyjemnie, pozytywnie, bezpiecznie. Kocham swoją nową pracę! I ciągle czegoś nowego się uczę, ciągle zaglądam do innych nauczycieli na lekcje, czytam, oglądam i wybieram co mi pasuje, a odrzucam co nie. Jeszcze wiele pracy przede mną, ale już jest super! No i jestem swoim własnym szefem. To dla mnie nowość. Nikt mnie nie zatrudnia, nikomu nie muszę się tłumaczyć, nikogo o nic nie muszę pytać. Nigdy nie byłam w takiej sytuacji i nie wiem jeszcze jak się w niej poruszać, ale nie mam nic do stracenia. Na razie założyłam fejsbukową stronę, o tutaj, i się rozkręcam powoli (tak, tak, proszę o polubienia, zaglądania i takie tam…). Oczywiście zapraszam wszystkich na jogę, czy to do mnie, czy do kogoś innego. Ważne żeby spróbować. A joga się odwdzięczy. Obiecuję! 

Namaste!

Lato 2018 – część II (dzieci są do kitu…)

Rodzeństwo – komputerowy art by Kasia

Dzieci są do kitu. Myślisz sobie, że je masz, na własność, na długo, na zawsze przy sobie, w pokoju obok, w ogródku, w najgorszym wypadku w szkole za rogiem, albo na wakacjach u babci. 

Dzieci są do kitu. Rozpychają się w brzuchu, a potem wyłażą czterokilowe przez dziurę wielkości…no nie wiem, śliwki węgierki. Zamiast do przodu, raczkują do tyłu wpadając w furię, że zabawki zamiast się przybliżać, są coraz dalej. Spędzają cały adwent w szpitalu i psują święta skupiając uwagę wszystkich na swojej chorej osobie. Zamiast siedzieć w ciepłym domu z lampką wina w dłoni, stoisz na stoku z przymarzniętymi goglami do czoła i błagasz do kitu czterolatka żeby wreszcie zrobił “pommes” i zjechał z tej cholernej górki. Zamiast siedzieć w klimatyzowanym domu z lampką wina w dłoni, smażysz mózg na plaży i wypatrujesz w wodzie do kitu dzieci, bo ty nie umiesz pływać, a one i owszem. Łazisz po antykwariatach w podejrzanych dzielnicach miasta żeby kupić niedostępną już płytę winylową dla natchnionej wiosennie nastolatki. Czytasz sześciolatkowi kupioną przezeń w Empiku Gór Fankę, której dwujęzyczny sześciolatek ni w ząb nie rozumie, ale upiera się, że latem wchodzi na K2. Pakujesz majtki i skarpetki w ręcznie szyte woreczki, uczysz jak używać płynu do prania, tłumaczysz, że ogórek pozostawiony w pokoju zgnije, a nadżarte jabłko oblezą mrówki. Że pościel zmieniać trzeba i że warto mieć zapas papieru toaletowego. I z własnej, nieprzymuszonej woli, w duchu rozwijania skrzydeł, otwierania drzwi na oścież, dawania możliwości i innych ideologicznych gówien, odwodzisz swoje dzieci do kitu. Do innego kraju. Do innych ludzi. Do innej łazienki, sypialni i kuchni. Po dwóch dniach nie wiesz co jadło na śniadanie, czy ma katar, czy drzazgę pod paznokciem. I nie wiesz czy zasięgu, chęci, czy potrzeby komunikacji brak, bo nie dzwoni od dziesięciu godzin. 

Wracam do domu sama. W samolocie oglądam dwa głupie  filmy. Jeden głupi za drugim jeszcze głupszym. Żeby nie myśleć. Wita mnie pusty dom. Dwa posprzątane i puste pokoje. Na półkach tylko te rzeczy, które nie przydały się w akademikach i internatach. Martwe pokoje ożyją na nowo za dziewięć miesięcy. Dziewięć miesięcy. Jak ciąża. Ciąża żałobna. Po tych długich, dziewięciu miesiącach urodzi się para nastolatków z deficytem witaminy D, zmordowana szkołą i głodna mojej pomidorówki. Pierwszy trymestr będzie najgorszy. Wymioty żalu, łez, złości – burza hormonów. Trudno będzie ze mną wytrzymać. Jak mam doła, to już na całego. Głęboki i do pasa zasypany. Jedyna pociecha, że ze mną w dole mąż, pies i kot. Może jak wszyscy zaczniemy łapkami grzebać, wykopiemy się. 

Już w tym innym kraju, po kilku dniach ogarniania dziecka zauważyłam, że moje przyoczne, kurze łapki suche jak wiór. Nakładam krem, zaczęło szczypać. Wysuszona skóra, ściąga się przy każdym mrugnięciu oka. Alergia? Zmiana kosmetyków? Nie. Załapałam następnego dnia. To od wycierania ukradkiem łez. Tak szybciutko, żeby nikt nie widział. 

następne takie zdjęcie, w tym miejscu, za dziewięć miesięcy