Ach, ta emigracja…

Po minach widać kto komu wywinął jakiś dowcip. Garmisch 2012.

Post raczej z tych zrzędliwych, ale jak tu nie narzekać na emigrację jak co rusz to jakieś smutne pożegnania, oczekiwanie, jęczące z bólu serce i zatkane zatoki od płaczu. Ten rok obfituje, (a lipiec dopiero i reszta roku jawi się wielce przygnębiająco) w momenty kiedy w mostku boli i paczka chusteczek na łebka nie starczy. Post nawiązuje również do tekstu mojego dziecka na stronie Klubu Polki. Tekst podobno bije rekordy popularności. Ciekawe dlaczego? Ani z nas Orzeszkowe, ani temat nie odkrywczy. Miliony dzieci są na emigracji, miliony przeprowadzają się kilka razy w życiu. Zmieniają szkoły, gubią się w językach zapominają imion kuzynostwa, tracą przyjaciół na dobre i na złe, towarzyszy zabaw, powierników. Tęsknią za znajomą piekarnią, wydeptaną  ścieżką w parku. Ale może o tym się nie mówi, nie pisze? Może za mało? Może zaganiani emigracyjnie nie przykładamy wystarczającej wagi do tego co czują nasze dzieci, które w połowie są nami, w połowie Niemcami, Anglikami, Rosjanami? Może za mało słuchamy, a może one za mało mówią? To o czym pisała Kasia zdarzyło się wczoraj. 

Ze słowacką Sylvią znamy się dziewięć lat. Łączy nas tyle, że aż trudno uwierzyć, że to zbieg okoliczności. Jesteśmy w tym samym wieku, nasi mężowie, bracia i mamy też w tym samym. Jesteśmy po tym samym kierunku studiów, wyszłyśmy za mąż w tym samym roku. Nieaktualne żony naszych aktualnych mają tak samo na imię, w prezencie gwiazdkowym kupiłyśmy sobie nawzajem tę samą książkę. Sto lat temu, tego samego dnia odwiedziłyśmy małe, bawarskie miasteczko, w którym, dziesięć lat później, poznałyśmy się. Nasze starsze córki i młodsi synowie urodzili się porą letnią w tych samych latach. Po kilku tygodniach znajomości zostali najlepszymi przyjaciółmi. Każdy weekend spędzaliśmy razem. Dziewczyny razem oglądały filmy na szpitalnym łóżku chorej Kasi. Chłopcy zostali “aresztowani” przed żandarmerię wojskową za bieganie na golasa po bazie wojskowej. Wspierali się kiedy jeden przeraźliwie bał się jeździć na nartach po lesie, a drugi spanikował przed walką karate z niemieckim wielkoludem. Okładali sobie tyłki lodem i ocierali łzy bólu po pierwszej lekcji na snowboardzie. Znają swoje marzenia, bolączki i ulubione smaki lodów. Nie mają problemu z prezentem urodzinowym dla siebie nawzajem i z pomysłem na psikusa. 

W odległości dosłownie kilku dni dowiedzieliśmy się, że wyjeżdżamy z Niemiec do Stanów. My do Rhode Island, oni do Kolorado. Nasze samoloty wylądowały w Stanach w kilkunastogodzinnym odstępie czasu. Przez cztery lata, nawet kiedy brakowało finansów, kiedy trzeba było spłacać kartę kredytową przez kolejnych kilka miesięcy i brać dodatkowe lekcje, jedna rzecz była priorytetowa. Dzieci mają się spotkać choć raz w roku. Raz udało się dwa razy. Kiedy dzieci spotkały się rok temu nie wiedzieliśmy jeszcze, że to nasze ostatnie wakacje w Stanach. Miały nadzieję na wspólne święta. Nie udało się. W kwietniu cudowna wiadomość – dzieci przyjeżdżają na Kretę. Ze swoją mamą – moją przyjaciółką! To było cudownych jedenaście dni. Sylvia i ja przerobiłyśmy ustnie chyba każdy, możliwy temat, wykończyłyśmy psa porannymi spacerami i zagłuszyłyśmy każdą morską falę mieszkanką polskiego i słowackiego. Dzieci spędzały ze sobą każdą sekundę. Ich przyjaźni “przerwana” cztery lata temu, odgrzewana co roku, przetrwała i ma się lepiej niż bym sobie mogła wymarzyć. Łączy ich wiele, dzieli tylko tylko jedno – tysiące kilometrów. To czwórka mądrych i otwartych młodych ludzi z wielkimi sercami, zrozumieniem dla siebie nawzajem i dla innych, z ogromnym poczuciem humoru i apatytem na życie. Z marzeniami i planami wspólnych wakacji, studiów i podróży. Każdy z nich zaczyna nową drogę, nową szkołę, pozna nowych ludzi. Trójka z nich z dala od domu. Są wystraszeni, zestresowani, martwią się, ale pocieszają się nawzajem, dodają otuchy, wspierają. Uczą od siebie nurkowania, skakania ze skał do wody, gry na gitarze, rysunku. Uczą się od siebie jak radzić sobie z byciem Europejczykiem w Stanach i Amerykaninem w Europie. 

Wczoraj, w drodze na lotnisko tuliłam słoną jeszcze od morskiej wody głowę osiemnastolatki płaczącej po rozstaniu z przyjaciółką. Czternastolatek nie odzywał się przez cały lot. Mieli spędzić miły wieczór w Wiedniu w oczekiwaniu na lot do Stanów. Zostali w pokoju hotelowym, pod kołdrami, we łzach. Moje dzieci zamikły na cały wieczór zamknięte w swoich pokojach. Ja zasnęłam z bólem głowy i zatkanymi zatokami od płaczu. I weź tu człowieku kochaj emigrację. 

Niech się święci…

W Stanach tak się przygotowywałam na czwartego lipca.

Nie piszę i przepraszam. Trudno jednak pisać w takich oklicznościach greckiego lata. Po porannej wizycie na plaży suszymy rozwijające się w szalonym tępie skrzela i składamy w kostkę płony pławne. Zeskrobujemy łyżkami sól ze skóry, nawilżamy ją kremami, pompujemy w siebie hektolitry wody, kilogramy arbuzów, rozwieszamy ręczniki, po godzinie je zbieramy, pakujemy do torby i na plażę. Wieczorem padamy na pysk. Padniętym pyskiem pijemy wino za dwa pięćdziesiąt i idziemy spać. I tak od przyjazdu ze Stanów. A ja o Stanach właśnie chciałam nadmienić dzisiaj, bo to przecież czwarty lipca dziś i Dzień Niepodległości. Dziwnie trochę obchodzi się taki dzień “ na zewnątrz”. Żadnych flag, gwiazdek, pochodów, koszulek ani czapeczek. Szkoda trochę, bo mnie podoba się ten amerykańskie papierowo-plastikowy patriotyzm. Trochę mi dziś tego brakuje. Wróciłam więc do tekstu sprzed roku, bo rok temu hucznie obchodziliśmy Dzień Niepodległości. Najhuczniej jak się da, bo na najstarszej paradzie w USA. Kto nie czytał, zapraszam!

4th of July…

 

Myśli kilka…

I wpadłam do Stanów na chwilę. Załatwiłam co miałam załatwić, dziecko z liceum wypisałam, prawo jazdy przedłużyłam, majtki, masło orzechowe i ładowarkę do telefonu kupiłam. Utwierdziłam się w przekonaniu, że nie chcę mieszkać w Stanach, że mi życie w pośpiechu, zakłamaniu i powierzchowności nie odpowiada. Nie mogę się doczekać jutrzejszego wieczoru, kiedy to samolot zabierze nas do domu. A jednak…

Wpadłam też na chwilę w życie amerykańskich znajomych i przyjaciół. Przez moment byłam jego częścią. Widziałam jak przyjaciółka (nie) radzi sobie z pooperacyjną nogą, jak jest jej ciężko i smutno. Jak druga uśmiecha się  do mnie przez łzy tydzień po pogrzebie mamy. Jak żałoba postarzała ją o kilka chwil za dużo. Jak mocniej ściska moją dłoń kiedy jak zwykle, na zajęciach jogi, trzymamy się za ręce tuż przed pożegnalnym om. Jak inni przechodzą przez kolejny nawrót choroby nowotworowej. Jak inaczej brzmią ich zapewnienia, że będzie dobrze kiedy siedzimy przy winie niż kiedy rozmawiamy przez WhatsApp. Jak szybko są zmęczeni i idą spać nawet wcześniej ode mnie. Przez moment byłam częścią życia znajomej mamy, która nie radzi sobie z tym, że jej córka “została” lesbijką. Jak wyciska z siebie tolerancję i otwartość umysłu, jak zaciska szczękę żeby się nie rozpłakać z bezsilności. Byłam częścią globalnego planowania przyjazdu na Kretę, zapewnień, że spotkamy się za rok, może dwa. Czy się spotkamy? Nie wiem. Wszystko mija, wszystko się zmienia, wszystko odchodzi w niepamięć. Za moment zapomnę jakie leki bierze mój chory na nowotwór przyjaciel, kiedy urodzi córka przyjaciółki, na jakiej ulicy są najlepsze lody i ile świateł trzeba minąć zanim skręcę do szkoły dzieci. Czy kiedykolwiek wrócę do Rhodę Island? Do Stanów? Nie wiem. Żegnam się ze wszystkimi kłamiąc w żywe oczy, że na pewno się spotkamy, że na pewno przyjdzie taki dzień, że wpadnę jeszcze do CVS, Barnes and Nobles, czy Chipotle, podam swój amerykański numer telefonu i dostanę 20% zniżki. To były moje miejsca, moi sąsiedzi, moi znajomi, przyjaciele. To był mój dom przez prawie cztery lata. Tutaj, jak poprzednio w Niemczech, jeszcze wcześniej w Warszawie, zostawiłam kawałek siebie i kawałek ten będzie się tutaj poniewierał i błądził bez reszty mnie, bo znów trzeba się żegnać i znów się przestawiać i przyzwyczajać. Wstać w domu na Krecie we czwartek rano, nakarmić kanarki, podlać pomidory, pomachać do nowych sąsiadów, zadzwonić do nowych znajomych, umówić się na kawę i wino. Czasami życie emigranta jest do kitu!

I po tym krótkim, mało optymistycznych, aczkolwiek szczerym jak nie wiem co, wpisie, zapraszam wszystkich do składania mi urodzinowych życzeń, bom dziś skończyła lat czterdzieści i w dodatku cztery.

 

Osiem dni…

Uczyć się i nie myśleć, to strata czasu, myśleć i nie uczyć się, to niebezpieczeństwo – ta złota myśl Konfucjusza jest prosta i oczywista. Analizując drugą część można powiedzieć, że samo myślenie nie wystarczy, że zasiedzenie się w swojej głowie, w jednym miejscu, w jednym kierunku myśli stwarza bezruch, drętwotę. A ta właśnie jest niebezpieczna. Stajemy się konserwatywni w swoich ocenach, ograniczeni jednolitością myśli i zbyt tradycyjni. A świat jest dynamiczny. Wszystko wokół nas się zmienia poczynając od klimatu, polityki, podejścia do technologii, po rzeczy bardziej ludzkie. Jednego dnia ktoś nas kocha, drugiego znika z naszego życia, jednego dnia ktoś siedzi obok, drugiego umiera. To co było oczywiste dziesięć czy pięć lat temu, teraz jest mgliste, pełne wątpliwości i zastrzeżeń. Czasem jest nam z tym dobrze, czasem niewygodnie. Nie chcemy zmieniać zdania, swoich zasad, wypowiedzianych kiedyś prawd – nie wypada. Trzeba być stałym w planach, zamiarach, opiniach i poglądach. Czy rzeczywiście to jest dobry sposób? Przy tak zmieniającym się świecie, zakrętach życia i kłodach rzucanych pod nogi nie lepiej być elastycznym? Twardą, sztywną gałąź da się złamać, wystarczy mocno przycisnąć, naskoczyć, uderzyć o ziemię. A taka elastyczna wierzba na przykład? Nie łatwo ją złamać. Ale jak być wierzbą? Szukać nowego! Nie bać się nowych pomysłów i projektów gdzieś tam przemykających cichaczem po głowie. Uczyć się. Czytać. Oglądać. Zadawać pytania. Zgłębiać. Ale przede wszystkim słuchać. Słuchać ludzi. Z uwagą i z niekłamanym zainteresowaniem. Słuchać ich historii, ich opinii, ich czynów i powodów tychże czynów. Słuchać ich płaczu i ich śmiechu. Nie oceniać, nie pytać “co ja bym zrobiła na jej miejscu”, nie kończyć ich historii w myślach. Chłonąć i tyle. I słuchać siebie. Wierzę, że głęboko w środku doskonale wiemy czego chcemy, co sprawiłoby nam radość, satysfakcję, przyniosło spokój. Problem w tym żeby głęboki środek miał szansę się przedrzeć przez rozsądek, żeby głowa usłyszała środka wołanie. 

Wróciłam z ośmiu dni nauki. Osiem dni trwała pierwsza część kursu instruktora jogi. Osiem dni w kreteńskich górach, w odosobnieniu, w ciszy. Osiem dni studiowania jogi, zgłębiania się, czytania i słuchania. Było mnóstwo słuchania. Słuchania mojego nauczyciela, słuchania ludzi, którzy przewinęli się przez to miejsce – innych nauczycieli, innych uczniów, przyjaciół domu. I słuchania siebie. Bóg wie ile razy, w ciągu tych ośmiu dni zmieniłam “pomysł na siebie”. Ile razy zwątpiłam w siebie i uwierzyłam ponownie. Ile razy chciałam pieprznąć starymi, drewnianymi drzwiami i ile razy chciałam żeby czas stanął w miejscu. Nauczyłam się też, że moje ciało wie. Po prostu wie. Wie czego potrzebuje i jak do tego dążyć. Nauczyłam się słuchać z uwagą i dawać płaskim stopom, łokciom z przeprostami i słabym kolanom to, czego potrzebują. Uczę się słuchać najgłębszego środka, serca, duszy. Słyszę coraz częściej, coraz głośniej i dostarczam. Nauczyłam się, że godzina medytacji jest do zrobienia, nic mnie nie swędzi, nie boli, myśli nie wariują, wyrzutów sumienia o zmarnowany czas brak. Poznaję teorię i praktykę bycia joginem. Zgłębiam i z radością stwierdzam, że mi bardzo odpowiada. Nauczyłam się, że jest ok nie wiedzieć, być nie-perfekcyjną. Po pierwszej przeprowadzonej lekcji myślałam, że się spakuję i wyjadę. Po ostatniej byłam z siebie dumna. I ja i mój nauczyciel. Wysłuchałam wielu historii, które otworzyły mi oczy na innych, na niezmienną regułę nieprzewidywalności w opowiadanych historiach, nieprzewidywalności życia, emocji i duchowości. Nieznane dźwięki, zapachy, dziwne nazwy, śmieszne rytuały pod koniec tygodnia stały się zwyczajne, znane, oswojone. Ludzie, obcy pierwszego dnia, stali się niewiarygodnie bliscy ostatniego. Siedemdziesięcioletnia Greczynka z Aten do szaleństwa zakochana w swoim amerykańskim, osiemdziesięcioletnim partnerze, którego widuje tylko przez sześć miesięcy w roku. Niezwykle zamożna Włoszka, która po wielu latach starań urodziła i po kilku dniach straciła swoje dziecko i której każda asana przynosiła fizyczny ból – tak bardzo cierpiała jej dusza. Belgijka, która wyczytała z kart, że ma wyjechać na Kretę. Przyjechała i szczęśliwsza być nie może. Francuska archeolog, która tęskniąc za ukochaną Syrią, zadekowała się najbliżej do niej jak mogła, na Krecie. I została. Została też moją przyjaciółką od serca. A znaleźć przyjaciółkę od serca w osiem dni to dar. Nauczyłam się jeszcze spania pod moskitierą (co nie było łatwe, bo okazało się, że mam klaustrofobię), stania na głowie (i to ponad minutę) i robienia domowej Spanakopity (szpinak z cieście filo), które jest moim ulubionym greckim daniem. A to dopiero początek nauki. Jeszcze tyle przede mną. 

Taka grecka sytuacja…woda

Bo na Krecie wszędzie woda…

Z serii “taka grecka sytuacja”, której odcinki publikuję na fejsbukowej stronie bloga, (#takagreckasytuacja), dziś tutaj, na blogu. Piszę tutaj, bo to nie jest wpis na jedno zdjęcie, na jedno zdanie. Ba…filmiki nawet są. A wszystko po to żeby zobrazować nie-powagę sytuacji hydraulicznej na Krecie. Czekałam z tym wpisem aż przejdzie mi frustracja, bo wkurwione paluchy często wypisują bzdury. Mimo, że niewiele się zmienia w temacie wody w moim życiu, kreteńskie podejście do życia widać mi się udziela, bo mnie sytuacja nie denerwuje, nie dziwi, a śmieszy lekko. Wciąż z naciskiem na “lekko”.  

Żeby nakreślić sytuację hydrauliczną na Krecie, zacznę od tego zdjęcia…

Ja rozumiem, że Kreta to wyspa, otoczony wodą placek ziemi. Rozumiem, że z tego powodu można traktować wodę inaczej. Jest jej pod dostatkiem, gdzie się człowiek nie obejrzy tam plaża, z nią woda, skała, za skałą woda, zatoczka, bajorko, strumyczek, stawik. Wydaje się, że woda mieszkańcom spowszedniała i traktowana jest coś oczywistego, co nigdy się nie kończy, nigdy nie zabraknie. Te zdjęcia to największa instalacja hydrauliczna jaką widziałam na Krecie. To takie rozwidlenie grubych gumowych rur doprowadzające wodę do domów. Takie wodociągowe śliczności stoją tutaj co kilkadziesiąt metrów, jedne wielkie, składające się z kilkunastu rur, inne mniejsze. Stoją na słońcu, w deszczu, kołyszą się kiedy je poruszyć. Często kapie z nich woda. Nie jest dziwne zatem, że dookoła tych instalacji rośnie bujna roślinność. I mój pies ma się gdzie napić wody na spacerze. 

Mimo, że na Krecie gleba jest niesłychanie żyzna, jest sucho i trzeba nawadniać lub podlewać ogródki warzywne. W naszym ogródku, w murze go otaczającym jest kilka zaworów do podłączenia systemu nawadniającego lub zwykłego węża ogrodowego. I to jest super. Rury doprowadzające wodę i łączące zawory są zamurowane więc jeśli coś stanie się z rurą w środku muru – kaplica, rozwalić trzeba cały mur. To nie jest super. Te rury, zawory i kraniki są często nieszczelne i kapie z nich woda. Według mnie to marnowanie wody więc zawołaliśmy pana do kapiącego kranu nawadniającego nasze warzywa, a pan zrobił tak:

O rozwiązaniu “prysznic, czy siku” pisałam już na FB. Ale skoro o wodzie, to pokażę jeszcze raz. O co chodzi? Nie wiadomo. Albo to jest zamierzone i bierzesz prysznic zalewając całą łazienkę. CAŁĄ, bo jest maleńka. I co potem? Suszyć, wycierać ścierkami, czy może korzystać z ubikacji w kałuży wody, bo podłoga nie jest nachylona w stronę spływu i woda, zamiast spływać, stoi. Albo to nie było zamierzone, tylko tak wyszło. 

Jednak najlepsza jest tama na naszej wannie. To nie jest żart. Przysięgam. I dzięki bogu, że wynajmujemy ten dom, bo gdyby to był mój, szlag by mnie trafił.

I można to moje pisanie odczytać jako narzekania rozpieszczonej cywilizacją panienki, która przyjechała do innego kraju, z innymi problemami, z innymi rozwiązaniami. Można też odczytać jako spostrzeżenia, czy w porywach nawet, zamartwianie się ekolożki z bożej łaski, której nie jest obojętne marnowanie wody. Dla tych, którzy przychylają się do rozpuszczonej panienki, mam coś jeszcze na koniec. 

Mąż mój przyjechał na Kretę kilka miesięcy przed nami. Wbrew jego woli i zapewnieniom, że wszyscy na Krecie piją wodę z kranu, bo czysta, prosto z gór, przebadana i takie tam, przysłałam mu nowiuteńki filtr do wody i nakazałam używać. Sprawdzałam wideokonferencjami, czy stoi w kuchni i czy mąż korzysta. Korzystał. Przyjechaliśmy my i po jakimś czasie korzystania z filtra, przypomniałam sobie, że trzeba wymienić wkład. Otwieram ja ci ten dzbanek w celu wymiany wkładu, a w środku zapakowany w oryginalną folię ze sklepu, nieużywany wkładzik! Przez kilka miesięcy nie tylko piliśmy niefiltrowaną wodę z kranu, ale z dodatkiem jakiegoś syfu z opakowania. Taka to ze mnie rozkapryszona panienka! 

Moja Kreta – Falasarna

Falasarna

Większość turystów przyjeżdżających na plaże Krety swoje pierwsze kroki kieruje na przepiękną plażę Balos i na słynną z różowego piasku plażę Elafonissi. Plaża Balos jest rzeczywiście warta…no wszystkiego jest warta. My zapłaciliśmy za jej piękne widoki podwyższonym ciśnieniem krwi i leczeniem stresu pourazowego. Alkoholem ma się rozumieć. Do plaży prowadzą dwie drogi. Jedna to droga morska, której w swej głupocie nie wybraliśmy. Druga to kilkunastokilometrowa wyboista droga pod górkę, wzdłuż skarpy bez jakichkolwiek barierek chroniącej nas od nieuchronnej śmierci. Do tego wąska na tyle, że minięcie się z samochodem jadących w przeciwnym kierunku wydaje się niemożliwe. Śmierć, mimo, że w pięknych okolicznościach przyrody, nie była w planie. Po kilku metrach okazało się, że z naszej trójki kierowców, tylko ja nie mam lęku wysokości. Wjechaliśmy. I nawet zjechaliśmy. Warto było, ale następnym razem płyniemy statkiem. To Balos. Droga do Elafonissi jest mniej niebezpieczna, z zapierającymi dech w piersiach widokami. Plaża jest piękna, szeroka, z cudownym, zabarwionym na różowo piaskiem. Byliśmy tam tylko raz, na początku kwietnia i wrócimy kiedy zrobi się cieplej. Było strasznie wietrznie i zimno a wbijający się w skórę piasek ranił nam nogi. Falstart. Nie poddajemy się i wrócimy wkrótce. 

Widok na plażę Balos

 

Nie mam jeszcze dobrych zdjęć z Elofonissi. Było mi za zimno!

 

Miesiąc temu pojechaliśmy na plażę Falasarna po raz pierwszy i zakochaliśmy się w niej od pierwszego wejrzenia. Falasarna położona jest sześćdziesiąt kilometrów na zachód od Chanii. Plaża jest ogromna, szeroka i nawet podczas największego najazdu turystów można tutaj znaleźć spokojne miejsce. Część plaży jest bardzo “normalna” – piasek i delikatne zejście do morza. Część jest skalista i właśnie tę część upodobały sobie moje dzieci. W szczelinach skał, w małych jaskiniach mieszkają ryby i inne stworzenia morskie, które można podobno podglądać nurkując. Podobno, bo, ma się rozumieć, ja nie podglądałam, ale dzieci zapewniają, że świat podwodny tętni życiem! Woda, jak wszędzie na Krecie, idealnie przeźroczysta, nawet na dużej głębokości. I różowy piasek. Piasek, który miesza się z połamanymi muszelkami tworzy różowe pasma. Nie takie piękne i długie jak na Elafonissi, ale nam wystarczyło. Byliśmy tam cztery razy. Za każdym razem rozkładaliśmy się na plaży między skałami i było nam super. Dzieci szukały ryb, ja czytałam, robiłam zdjęcia i udawałam, że po prostu nie mam ochoty na pływanie podczas gdy prawda jest taka, że mam, ale strach paraliżuje. I obserwowałam sobie współplażowiczów. No i za każdym razem gdzieś obok mnie, między skałami rozbijał się ktoś, rozkładał koce, ręczniki, wyciągał piwo, wino, książkę i…ściągał ubrania. WSZYSTKIE! Przyszła mi taka myśl do głowy, że może trochę dziwne, ale zaraz sama siebie zrugałam za brak tolerancji i pruderię. Ucieszyłam się nawet, że Grecja taka otwarta, że ludzie odważni. Nudyści obserwowali mnie i moje tekstylne dzieci z zaciekawieniem. Czując lekką presję zdjęłam górę kostiumu i po trzech latach plażowania na bardzo konserwatywnych plażach Nowej Anglii, poczułam się niezwykle wyzwolona i odważna. I tak się czułam wszystkie cztery razy. Ostatniego dnia zapuściłam się trochę dalej na spacer mijając kilka rozłożonych bezwstydnie nagich ciał obojga płci. Odwracam się, proszę ja was, i widzę jak byk tabliczkę i wielki napis, że część plaży na której rozkładaliśmy się od miesiąca to plaża dla nudystów. 

Rybki i inne stworzenia między tymi skałami

 

Znalazłam sól morską. Takie dziwy…

 

Nowe…

mimozami u nas wiosna się zaczyna…

Wpadliśmy na tę wyspę pierwszego dnia lutego i od tej pory robimy rozpierduchę. Rozpakowujemy meble, dochodzimy do wniosku, że nie pasują, sprzedajemy, kupujemy nowe, wiercimy jedne dziury, zalepiamy inne, malujemy, czyścimy, pierzemy, sadzimy. Postanowiłam sobie, że do Wielkanocy wszystko będzie gotowe, po mojemu, domowo. Zdaję sobie sprawę, że jestem stuknięta, że to nie jest możliwe – ludzie urządzają się latami. Ale ja nie mam czasu. Znając życie, za rok, za dwa nadejdzie pomysł kolejnej przeprowadzki i przez kolejne lata nie będzie sensu się urządzać. Znowu. A ja chciałabym pomieszkać trochę, zapamiętać gdzie schowałam ręczniki i gdzie trzymamy klej do dętek. Odpocząć od kartonów, wierteł, pędzli i Ikei. No i prawie się udało. Dwa tygodnie temu wyjechałam, do Polski, z domu prawie idealnego. Kran w kuchni jeszcze cieknie i czeka na hydraulika. Czytać nie można w łóżku, bo lamp nie ma w sypialni. Ale reszta jest. Powieszona na gwoździach, śrubkach, poukładana na półkach, odkurzona, rozpakowana. Reszta jest już udomowiona. Z poczuciem, że jest do czego wracać, do Polski poleciałam lekka i beztroska,  jak na skrzydłach. Z Polski wracałam już mniej lekka, bo kluski śląskie, kluski tarte, kapusta, serniki, miodowniki i pigwówka. Zdziwiłam się, że Ryanair nie poinformował mnie uprzejmie, esemesem, o dodatkowej opłacie od przewożonych w biodrach, świątecznych przysmaków. Oprócz jedzenia, były powitania, odwiedziny, spacery, zakupy i znów pożegnania. Dużo przyjemniejsze niż te kiedy wylatywałam do Stanów. Jestem tylko dwa i pół tysiąca kilometrów od domu. Do ogarnięcia w cztery godziny. Daty kolejnej wizyty ustalone, plan pobytu obgadany szczegółowo. Wróciłam na Kretę. Ogródek jeszcze bardziej się zazielenił. Dach pokrył się winoroślami, róże trudno zliczyć. Sałatę i zioła na obiad zbieramy z ogródka, pierwsze truskawki też. Został jeszcze tydzień ferii wielkanocnych więc postanowiliśmy zobaczyć kawałek Krety. I wpadłam na pomysł…

I po takim oto, przydługawym, wstępie zapraszam na otwarcie nowej zakładki, Moja Kreta, gdzie o Krecie, po mojemu, będę pisać ja!

Pierwszy wpis już gotowy. 

Moja Kreta – Ogród Botaniczny i Drzewo Oliwne…

Te dwie atrakcje machnęliśmy jednego dnia. Okazało się, że zwiedzanie pomnika najstarszego drzewa zajęło nam niecałe dziesięć minut więc zainspirowani kreteńską florą, pojechaliśmy do ogrodu botanicznego (Botanical Park and Gardens of Crete) i to był, mili państwo, strzał w dziesiątkę. Ale najpierw o drzewie. 

Najstarsze drzewo oliwne na świecie (link tutaj).

Tradycja uprawy drzew oliwnych i pozyskiwania z nich oliwy sięga daleko w głąb historii krajów śródziemnomorskich. Na Krecie najstarsze wspominki o oliwie z oliwek pochodzą z okresu kultury minojskiej, której rozkwit przypada na 2000 rok przed narodzeniem Chrystusa. Ówcześni mieszkańcy Krety używali oliwy nie tylko do gotowania i przygotowywania potraw, ale również jako mydła, lekarstwa, jako bazy do kosmetyków lub do pielęgnacji wartościowych przedmiotów. Nie dziwi więc, że właśnie tutaj znajdują się najstarsze drzewa oliwne. My wybraliśmy się do, jak głosi Wikipedia, prawdopodobnie najstarszego drzewa oliwnego na świecie. Byliśmy przygotowani na pomnik przyrody chroniony przez grecką gwardię narodową, otoczony murem z otworami na obiektywy fotograficzne, z budką z biletami i propozycją wynajęcia przewodnika. Obok wielkie muzeum, z równie wielką opłatą wjazdową i oczywiście sklep z pamiątkami. Torby na zakupy z nadrukiem drzewa oliwnego, cukierki i ciasteczka w kształcie pnia oraz pamiątkowe, pojedynczo pakowane, listki za pięć euro za sztukę. A tu niespodzianka! 

Droga do Ano Vouves jest piękna, z widokami na góry i na wszechobecne gaje oliwkowe. Drzew jak okiem sięgnął. Szarozielone, maleńkie liście cudnie mienią się w słońcu i szeleszczą na wietrze. Nie trudno uwierzyć, że jedna czwarta powierzchni Krety to ogrody oliwne. Dojechaliśmy na miejsce. Na małym placyku, między czterema budynkami (nieczynna tawerna, muzeum i dwa zamieszkałe greckimi rodzinami domy – aktualnie w trakcie remontu dachu) pomnik-drzewo, otoczone starym murkiem na trzy palce. Muzeum otwarte na oścież, w trzech pomieszczeniach zebrany, zdaje się, starożytny sprzęt do wyrabiania oliwy – niestety wszystko w języku greckim, więc nie dowiedzieliśmy się zbyt wiele. Samo drzewo, trzeba przyznać, piękne! Gałęzie wciąż wiotkie i tańczące na wietrze, liście mięsiste i zielone, zawiązki maleńkich oliwek można dostrzec na prawie wszystkich gałęziach i pień… ach ten pień… Właśnie z powodu  pnia drzewo to zostało wpisane do rejestru pomników przyrody na Krecie. Pień jest ogromny, pokręcony, zawinięty wokół siebie, pomarszczony, pogięty.  Podobno w pniu można się dopatrzeć obrazów, przedmiotów, czy nawet twarzy. W środku pień jest pusty i przestronny. Można by wejść. Nie miałam jednak sumienia. Według naukowców, którzy opracowali sposób odczytywania wieku drzew oliwnych na podstawie przyrostu pnia, to drzewo ma około trzech tysięcy lat. Nie jest to jednak pewne ponieważ pień drzewa jest częściowo pusty i bardzo pozwijany. Niektórzy naukowcy twierdzą, że drzewo jest dużo starsze, inni, że wręcz odwrotnie. Nam się podobało. Moim dzieciom szczególnie to, że nie ma sklepu z pamiątkami, lodziarni, ulotek i odganiaczy. Jest zwyczajnie – stare drzewo oliwne w środku wsi. Trzy tysiące lat. I już. I nic więcej. 

Ogród Botaniczny (Botanical Park and Gardens of Crete, link tutaj)

Po drodze do domu wstąpiliśmy do osławionego w Internecie ogrodu botanicznego zwanego Ogrodami Krety. Dotarliśmy tam w porze południowego głodu i zaczęliśmy naszą wycieczkę od jedzenia. Ogród botaniczny usytuowany jest na zboczu góry, na samym wierzchołku tego zbocza znajduje się restauracja z zapierającym dech w piersi widokiem. Jedzenie było super – niedrogie, ekologiczne (zapewniali nas, że wszystko od okolicznych gospodarzy) i oczywiście pyszne!! Warto posiedzieć na tarasie, w słońcu tak jak my, przed spacerem, lub, jeszcze lepiej, po wędrówce. Przy kupnie biletu dostaje się dokładną ustną informację o długości spaceru, o układzie ogrodu, o tym, że trzeba chodzić powoli, nie spieszyć się, dużo odpoczywać i podziwiać przyrodę. Spacer zaplanowany jest na dwie i pół godziny. To około dwa i pół kilometra w połowie z górki, w drugiej połowie, sprawiedliwie, pod górkę.

Ogród botaniczny to dwadzieścia hektarów powietrzni, która kiedyś była ogromnym gajem oliwnym. W 2004 gigantyczny pożar pochłonął  prawie sześćdziesiąt tysięcy starych drzew oliwnych. Był to wielki cios, zarówno emocjonalny jak i finansowy dla mieszkańców tego terenu i właścicieli drzew.  Znalazła się jednak rodzina, która postanowiła odbudować to miejsce i zrobić z niego coś niezwykłego. Udało im się. Na terenie ogrodów znajdziemy roślinność z całego świata, piękne drzewa, krzewy, oszałamiająco pachnące zioła i kwiaty, tysiące drzew pomarańczowym. Wśród tej zieleni i świeżości zobaczyć można pozostałości po pożarze – smutnie stojące kikuty spalonych drzew. Przypominają o historii tego miejsca i może o tym, że nawet po wielkim, trawiącym wszystko pożarze, można się pozbierać i stworzyć coś nowego. 

Wszystkie rośliny i ścieżki są dobrze opisane, oznaczone i zorganizowane bardzo przyjaźnie dla wszelkiego rodzaju odwiedzających. Można poczytać książkę w “bibliotece” gdzie wśród drzew, przy strumieniu znajdziemy kolorowe krzesła i półkę z dziełami greckich filozofów. W połowie spaceru natkniemy się na małe jezioro i tyciunie  zoo – zaledwie kilka kur, gęsi, indyków, piękne pawie, osioł i kozy ma się rozumieć. Wielka atrakcja dla dzieci – nawet tych prawie dorosłych. Odwiedziliśmy ogród w połowie kwietnia – wszystko kwitło, pachniało, zieleniło się i rozrastało. Chciałabym wrócić jeszcze raz, trochę póżniej żeby obejrzeć owoce na egzotycznych roślinach i młode drzewa oliwne pełne świeżych oliwek. Wrócę.