Krótko i zwięźle…

dsc_0327-1

…bo późno już jak dla mnie, bo dzieci jakieś niełatwe są, bo w butelce dno widać, bo kiedy nienajedzona krótkim pobytem piszę o Polsce, to mi się chce pieprznąć wszystko w kąt i wracać…

O ósmej rano wysiadłam na lotnisku w Monachium. I jak tam pięknie… Imitujące drewno podłogi, zielone, miękkie ławy i fotele, bazylia i tymianek na stołach w restauracyjkach raczej slołfudowych. W toaletach zamiast zaczarowanych w papierowe ręczniki drzew, bawełniane ręczniki, w sklepikach piernikowe serca, ulubiony Paulaner, lekko przesolony precel z masłem i moje Garmisch jakieś sto kilometrów za oknem. Tylko sto kilometrów i aż. Jak dobrze być prawie w domu…

Kraków. Spokój i cisza na lotnisku mimo, że południe. Nieuśmiechnięty do bólu urzędnik. Niedziałający bankomat. Miły pan od bagażu. Brat w koszulce z flagą amerykańską czekający za otwierającymi się co chwila drzwiami. Uściski od wujka. Telefon od mamy. Od cioci. Od kuzyna i dwóch koleżanek. Jestem w domu…

Góry. Nie moje, ale adoptuję. Dzieci, ogródek, pies, piwo z Czech bo ponoć najlepsze, oscypki na grillu i moje ulubione „korboce” i w głębokim tyle mam, że w East Greenwich serwują późny lunch.

I nie, nie wszystko jest cacy. Pożyczoną, osiemnastoletnią Hondą, z prowadzącym mnie do domu, amerykańskim Waze (który, ma się rozumieć, się lokalnie nie orientuje) jadę na północ. W samo południe. Dzieci, o dziwo, na tylnym siedzeniu nadają po polsku, schowanego przed złodziejami panelu radiowego nie mogę znaleźć, mamy słone paluszki i jedną Kroplę Beskidu. A na drogach kwiat polskiej motoryzacji. Nie powiem, klnę jak szewc jak mnie coś wkurzy. Mam aż cztery godziny na odmianę wszystkich znanych mi przekleństw przez przypadki, osoby i we wszystkich czasach choć głównie w czasie przyszłym, kiedy to ich dopadnę. Poziom chamstwa u polskich kierowców, a także kierowczyń, wzrósł proporcjonalnie do wartości samochodów, którymi się poruszają. Żałosny i tandetny zaciesz jaki okazują wymijając na trzeciego, wjeżdżając tam gdzie nie powinni i przejeżdżając na czerwonym świetle przechodzi ludzkie pojęcie. Nienawidzę polskich kierowców i powiem to głośno. A niech mi powietrze spuszczą.

Czekała na nas zupa ogórkowa, kluski tarte, buraczki jakieś udziwnione, na które się zrazu skrzywiłam aczkolwiek po chwili do gustu mi nawet przypadły. Czekał tort z bitą śmietaną, śpiewająca dziękczynnie litanię do Najświętszego Serca Jezusa babcia, ślepy i głuchy pies Oskar i mama. Zasnęłam jak stałam…

Nikt nie biega po mieście jak zwariowany z papierowym kubkiem z kawą. Kawę pije się w kawiarni, w filiżankach, najlepiej porcelanowych, albo w domu z sąsiadami, bo samemu to nie wypada. Kobieta od paznokci przyjmuje mnie o szóstej rano, bo roboty ma huk, ale chce mi pomóc. Na jej podwórku, w porannej mgle biega królik. Pytam czy się nie obawia, że pies jakiś zeżre. Odpowiada, że się z psami królik przyjaźni, częstuje mnie kawą i zaczyna marzyć na głos o wyjeździe do Dubaju. Do mojego starego liceum wchodzę bez przepustek, pozwoleń, odcisków palców i zaświadczeń o niekaralności. Po prostu wchodzę i pokazuję dzieciom moją szkołę. Na koniec jadę w góry. Widoki zapierają dech w piersi. Wejście pod górkę dech odbiera. Naleśniki z jabłkami i piwo na Hali Gąsienicowej. Ktoś pomaga Jaśkowi zdobyć pieczątki turystyczne. Ktoś inny wypytuje o pozostawioną w domu, niedysponowaną Kasię. Ktoś proponuje, że poniesie ciężki aparat, ktoś, że przywita w domu pomidorówką. Dobrze jest…

Pożegnania, łzy, długi lot i Boston. Pierwszy raz z amerykańskim paszportem. Godzinę i pół w dziesięcioosobowej kolejce i to już po uprzednich dwóch kontrolach paszportowych. Niedowartościowana za kuloodporną szybą pyta o powód krótkiego pobytu w Europie. Wypytuje o moją pracę. Dziwi się kiwając niezbyt pełną swą główką, że nauczam. Pyta dwa razy, czy na pewno mi się nie wydaje, że nauczam. Wypytuje dzieci do jakiej szkoły chodzą, do której klasy, czy na pewno mieszkają tam gdzie matka. Kolega każe przysiąc, że nie mamy grzybów, węży czy pijawek w bagażu, nie zamierzamy wysadzić w powietrze całego kraju i że nie całowaliśmy się z posiadaczem wirusa. Jak dobrze być w domu…

 

 

 

Dzień jak co dzień

DSC07057

Lancz nauczycielski.

– Słyszeliście o włamaniu do domu hodowcy marihuany? – zapytał On – nauczyciel i hodowca bardzo dozwolonej, medycznej marihuany.

– A gdzie? – zapytała Ona – nauczycielka i wierna słuchaczka sążnistych opowieści nauczyciela-hodowcy o etapach wzrostu rośliny, o krótkim czasie żniw i zupełnie niesprawiedliwych podatkach nakładanych przez władze stanowe.

– Ano za rogiem… – odpowiada on pałaszując do znudzenia już smaczną kanapkę z mozzarellą, pomidorem malinowym, odrobiną octu balsamicznego i dwoma listkami bazylii – i słuchaj jakie jełopy z tych włamujących się.

– A kim są włamywacze? – zapytała Ona rozpakowując swoją kanapkę. Ona nie lubi rutyny. Każdego dnia przynosi inną kanapkę. A to z grillowanym bakłażanem, to z serem feta posypanym świeżą miętą, a to śmierdzącą na całą szkołę kanapkę z tuńczykiem, rzadziej kanapkę z mięsem. Aspiruje do bycia wegetarianką.

– Jacyś smarkacze, którzy podsłuchali gdzieś, że facet hoduje marihuanę w piwnicy i w nocy włamali się do niej. Ale słuchaj jakie matoły… – lekko zniecierpliwiony On próbował ciągnąć dalej.

– Ale gdzie za rogiem? Newport? Providence? – dopytywała się Ona próbując upchać tuzin liści sałaty między dwa małe kawałki pieczywa.

– No jak to gdzie? Warwick przecież! – rzekł zdziwiony jej niewiedzą nauczyciel. Każdy przecież wie, że jak się pali, kogoś gwałcą, mordują czy topią, to w Warwick.

– No i dlaczego takie jełopy z tych włamywaczy? – zapytała Ona. Udało jej się upchnąć sałatę, zostało jeszcze awokado do zapakowania i można spokojnie jeść.

– Ziele nie było dojrzałe! Na tym etapie w ogóle nie działa – poinformował otwierając pudełko z ogórkami i z oburzeniem dodał– amatorszczyzna!

A ogórki to on robił wyborne. Obrane i pokrojone w kostkę mieszał z cebulą uprzednio pokrojoną w piórka, zalewał mieszanką białego octu winnego z cukrem. Zostawiał na noc. I dzielił się nimi ze wszystkimi. Smakują wyśmienicie.

– Gość usłyszał, że coś się dzieje w piwnicy, wziął pistolet i zastrzelił jednego włamywacza – ciągnął dalej On kończąc kanapkę i zabierając się za ogórki. – Jak tam dzisiaj ogórki, Ania?

– Dziś spakują jeszcze lepiej niż wczoraj – odpowiedziałam. Nigdy nie mówi kiedy przyniesie ogórki w zalewie więc czasami nie pasują do mojego lunchu. Tak właśnie było dzisiaj. Miałam sałatkę z pomidora i ogórka z sosem figowym. No ale darowanemu koniowi wiadomo…

– I wiecie co? Gościa aresztowali! – nauczyciel rozłożył ręce w geście niezrozumienia decyzji władzy.

– A za co? – zapytała totalnie zdziwiona Ona oblizując palce z resztek awokado po tym jak po mistrzowsku umieściła je między dwoma kawałkami pełnoziarnistego chleba.

– No ciekawe za co można aresztować człowieka, który zabił szesnastoletniego, nieuzbrojonego chłopca? – zapytałam żartem wahając się widelcem między moich figowy a jego ogórkiem w occie.

Oboje spojrzeli na mnie wielkimi rhodeislandowymi oczami. Przestali grzebać w kanapkach, przestali rzuć, wydawało się, że przestali oddychać…

– No co ty Anio (z kraju, w którym żeby zabić trzeba mieć broń, żeby mieć broń trzeba mieć pozwolenie, żeby mieć pozwolenie trzeba się nieźle nagimnastykować. Trzeba mieć jeszcze powód żeby chcieć odebrać komuś życie, powód musi być jakiś potężny, na przykład trzeba mieć coś bardzo cennego w piwnicy, może gromadkę swoich dzieci w śmiertelnym niebezpieczeństwie, a nie kilka doniczek ziela) ty nasz głuptasku! Nasza amerykańska świeżynko ty! Zabił bo mu ktoś wlazł na jego teren prywatny. Ale nie o to chodzi (nie o TO chodzi, ludzie!). Aresztowali go bo miał pozwolenie na dwanaście doniczek, a doniczek miał czternaście. Rozbój w biały dzień, nie prawdaż?!

Wyszłam. Tyle rzeczy do skserowania jeszcze.

 

 

Bolerko…

FullSizeRender

mama, mój maleńki brat i ja

Na lekcjach w szkole przerabiamy wykłady z antropologii. Tematem tego miesiąca są więzy społeczne a konkretnie podział systemów pokrewieństwa. Na co to komu, nie wiem, ale czegóż to ja się nie dowiem o więziach, żeby nie powiedzieć więzieniach pokrewieństwa. Studiujemy pokrewieństwa patry- i matrylinearne, wygrzebujemy jakieś przykłady plemion afrykańskich i rozkminiamy kto pięścią w stół wali i kogo trzeba było po piętach całować. Sprawdzamy lineaże swoje i zdumiewamy się nad tym, że jakby problemu nie ugryźć, to więzy krwi są najtrwalsze. Nie ma to jak babki, ciotki i siostry cioteczne…

Dzwonię do mamy mojej – Ireny. U mamy siostra jej rodzona – Barbara. Informuję mamę i ciocię, bo obie po drugiej stronie słuchawki, że sukienkę mam już na wesele. Na wesele, co to na nie do ojczyzny we wrześniu zawitam. Oj poruszenie wywołałam kreacją. A jaka to sukienka? A jaki materiał? Kolor? Dlaczego z brązowym? Przecież mi nie do twarzy. Na czym to się utrzyma (przecież nie ma na czym)? Czy nie za zimno mi będzie? A buty już mam do sukienki? A może bym zdjęcie przysłała?

To ja w te pędy w sukienkę się wbiłam. Na wdechu, proszę ja was, bo nie ma to jak optymizm rozmiarowy. Na dziecko krzyknęłam by przyszło filtry na zdjęcie nałożyć.

W tym samym czasie siostry Irena i Barbara okulary na nosy założyły, laptop ze skrzyni wyjęły, zmiętą kartkę z instrukcją zalogowania się dłonią na stole rozprasowały, coś tam nacisnęły, palcem wskazującym powolutku się na fejsbuku zalogowały, wiadomość ode mnie znalazły i patrzą.

„No ładna ta sukienka.”

„No bardzo ładna.”

„No bardzo ładnie w niej wyglądasz, dziecko!”

„Możesz spokojnie w niej na wesele iść!”

„Mamo, a nie wyglądam grubo?” – pytam.

„No co ty, dziecko? Gdzie ty grubo wyglądasz?! Szczupła jesteś!” – obie wykrzyknęły.

„Za ty za głupoty wygadujesz. Gdzie niby gruba?”

„No Baśka, fajnie wygląda, nie?” – mama upewnia się, że nie chwali mnie po znajomości…

„No pewnie, że fajnie wygląda…co za głupoty plecie, że gruba…” – strofuje mnie w trzeciej osobie ciocia.

„Ania, tylko popraw sobie tam pod pachą, bo ci się brzeg sukienki zawinął.” – zauważyła mama.

„No właśnie, jak wkładałaś sukienkę pewnie ci się zawinął. Popraw sobie.” – przytaknęła mamie ciocia.

„Nie zawinął się. To moja skóra po pachą! Dlatego pytam czy nie wyglądam grubo.”

„Jaka skóra pod pachą? To nie skóra, dziecko! To się sukienka zawinęła.”

„Weź odwiń sobie…”

„No niech sobie odwinie i zrobi nowe zdjęcie…powiedz jej Irka, niech sobie odwinie.”

„Mamo, ciociu, to jest moja gruba pacha! Powiększcie sobie zdjęcie!” – próbuje je przekrzyczeć.

„Baśka, jak to się powiększa? No nie umiem tego powiększyć. Może tutaj…O…mam! Co ona wygaduje? Przecież to sukienka…”

„Ty wiesz co? Może rzeczywiście to jej pacha…No tak jej trochę wyłazi…” – zapomniały się, że słyszę wszystko…

„A komu nie wyłazi jak tak stoi z rękami w dół? Wszystkim wyłazi…”

„No ale wyłazi, nie? Zobacz Basia…wyłazi…”

„No wyłazi, ale Irka powiedz jej, że dobrze wygląda…”

„Ania, a co ty masz za bandaż na ręce?” – mama próbuje zmienić temat.

„Chciałam te pachy zmniejszyć właśnie, zaczęłam robić pompki i coś mi w łokciu poszło…” – tłumaczę.

„No tak, no tak…przestań dziecko z tymi pompkami już…”

„Czyli jednak to pacha tak wyłazi…” – słyszę mamę szepcącą do cioci.

„A wiesz co, dziecko? Kup sobie bolerko! Zakryjesz i będzie po sprawie!” – pada z drugiej strony słuchawki.

I kto mnie tak pocieszy jak nie krwią związane?

FullSizeRender

Z lekkim zakłopotaniem (spowodowanym pachą) wstawiam zdjęcie. Bolerko potrzebne, nie?

Wracam po lecie…

IMG_6590

 

Kolejne lato prawie za nami. Pogoda na to zupełnie nie wskazuje (temperatura odczuwalna dzisiaj – plus 43 stopnie). To raczej liczne maile ze szkoły wskazują, papiery w skrzynce pocztowej do podpisania, listy, wnioski, podania i instrukcje. To raczej sklepy pełne dyń, puchowych kurtek i świeczek o zapachu indyka w śliwkach. To raczej kalendarz wskazuje na lata koniec. Niestety…

Ameryka do gusty mi nie przypada. Czym bardziej czuję się tutaj jak w domu, tym bardziej ten dom mi nie odpowiada i tym bardziej czekam na wyprowadzkę. I nie, nie wszystko jest do kitu. To jest naprawdę fajne miejsce. Uwielbiam otwartych, ciekawych ludzi i możliwości jakie daje ten kraj. Ale to nie jest moja bajka. Ja chcę do domu, do Europy. Jesienią chcę, wiosną chcę, zimą chcę najbardziej. A latem nie chcę! Bardzo nie chcę! Lato w Rhode Island to trzymiesięczna, nieprzerwana beztroska. I żeby nie było, chodzę do pracy, z wyjątkiem dwutygodniowego urlopu, codziennie, nie mam sprzątaczki ani kucharza, ani ogrodnika. Mam dwoje nastolatków w domu, zapalenie zatok co dwa tygodnie i sama depiluję sobie nogi. Ale i tak jest beztrosko.

Latem wszyscy nabierają innego tempa. Wszystko jest wolniejsze, opalone, wyluzowane, z piaskiem w majtkach i drinkiem w dłoni. Żywię się głównie wodą z cytryną i mięta. Zrobiłam się totalnie amerykańska i nie rozstaję się z kubkiem termicznym. Nawadniam się co kilka minut. Jem najsłodsze pod słońcem arbuzy i homary za 20 zeta. Kupuję pudełko mozzarelli, siadam pod krzakiem swoich pomidorów, obok doniczki z bazylią i jem. Wstaję po piątej i idę z psem na spacer. W parku jest cicho, rosa prawie paruje, podczas odpływu białe, dostojne czaple dosypiają jeszcze stojąc w czarnym, odpływowym błocie, Izzy goni wyrwane ze snu zające, a ja popijam pierwszą kawę.

W samochodzie, w pościeli, w książkach, we włosach, w wypracowaniach moich uczniów, wszędzie jest piasek. I już nie przeszkadza mi, nie mierzi. Uwielbiam! To taki znak, że jest lato i że mieszkamy nad oceanem. Obawiam się trochę o pralkę – nie jestem pewna ile piachu może taka znieść. Nigdy przedtem nie mieliśmy tylu kostiumów kąpielowych, bikini, spodenek do pływania. Mamy takie pod kolor klapek, w zależności od natężenia słońca, kierunku wiatru i nachylenia plaży. Desek do pływania nie wyciągamy z samochodu, kajaki stoją pod drzwiami a kamizelki ratunkowe suszą się na płocie.

Uwielbiam ogniska w naszym ogródku z piankami znad ognia i polepionymi później spodniami, krzesłami i psami sąsiadów. Uwielbiam koncerty na ulicy, ulicznych grajków w Bostonie, sztuczne ognie i pikniki. Przestałam już nawet robić zdjęcia wyprzedzającym mnie na Harleyach parom w wieku i posturze raczej nie motorowej, w krótkich gatkach, z wielkim, owłosionym brzuchem na wierzchu, w poniemieckich kaskach i z wielką flagą amerykańską. Kicz nad kiczami. Uśmiecham się…

I wszystko jedno czy zostajemy tutaj jeszcze na krótko, czy na długo i wszystko jedno dokąd się przeprowadzimy, lato w Rhode Island jest i będzie moim ulubionym latem. I wrócę tutaj skądkolwiek będzie trzeba i pójdę na moją ulubioną plażę i siądę na piasku i w ocean będę się gapić. Długo…

 

Jeszcze…

FullSizeRender

Jeszcze mi się plaża nie znudziła, jeszcze wszystkie liście zielone i przymocowane do drzew, jeszcze klimatyzacja nawiewa chłodne powietrze pod letnie sukienki, jeszcze przeklinam turystów w kilometrowych korkach i dzieci nawet o szkole nie myślą. Jeszcze oddycham latem…

Ale nie można! Nie dają się nacieszyć do końca. W sklepach kurtki puchowe, kozaki i dynie na Halloween. Rodzina zaprasza na Dzień Dziękczynienia, a znajomi pytają o to pyszne ciasto co to na świąteczną imprezę rok temu zrobiłam. Dzieci do sklepów nawet nie wchodzą, bo tam straszą zeszytami, piórnikami i nowiutkimi plecakami za 9.99. Na targu sprzedają lokalną kukurydzę, a pan z warsztatu zapytał czy chcę zimowe opony zamówić. Jeszcze dwa tygodnie poczekajmy, choćby tydzień, jeszcze chwilkę…

Naturalizacja – etap trzeci i ostatni…

FullSizeRender

Łazili za mną, czarowali amerykańską otwartością, podrzucali najsłodsze kolby kukurydzy i zbyt czekoladowe lody. Dali pracę, wprawdzie źle wyliczyli dojazdy i tłukę się samochodem dwie godziny dziennie, ale za to zaproponowali taką podwyżkę poczucia własnej wartość, że dojazdy nie wadzą. Dorzucili plaże, ocean i na koniec dowalili moje ulubione plus dwadzieścia sześć, bezchmurne niebo i lekki wietrzyk, tak na wszelki żeby się nie pocić zbytnio. Żebym tylko przyjęła to obywatelstwo, żebym tylko się zgodziła, żebym tylko zasiliła ich szeregi. No i zgodziłam się w końcu i kilka dni temu zostałam obywatelką Stanów Zjednoczonych. Coś tam poprzysięgałam, że jak w razie draki, broń w dłoń, hełm na łeb i bij zabij. No nie wiem, bo ja raczej z tych co zwieją, ale myślę sobie, że dopóki moi Amerykanie nie zaatakują moich Polaków, lub na odwrót, i nie będę musiała stawać po czyjejś stronie, będzie dobrze.

Roboty mi za to przybyło. Co dwa obywatelstwa, to nie jedno. Polityką dwóch krajów zająć się trzeba. Dwa zdania na temat sobie wyrobić. Choćby proste zdania, sam podmiot i orzeczenie, ale wyrobić sobie trzeba. Orientować się trzeba w geografii aż dwóch państw, pechowo Stany niemałe i obawiam się, że mi życia nie starczy na orientację. Trzeba nauczyć się narzekać na dwa fronty. Na Polskę już sporo jest do narzekania, a teraz jeszcze Stany i co rusz coś nie halo. I podczas dwóch hymnów wypada się popłakać i żonglować dwoma paszportami w zależności od długości kolejki na lotnisku, nie jednego, a dwóch prezydentów mieć w głębokim poważaniu, nie znać się na nie jednym, a dwóch systematach podatkowych, kibicować dwóm drużynom narodowym. Nie wiem, czy nie za dużo sobie na głowę wzięłam. Słowo się jednak rzekło to i trza kobyłce u płota stanąć.

A tak serio…stałam w pokoju pełnym ludzi, którzy tak jak ja przyjmowali obywatelstwo amerykańskie. W różnym wieku, nierzadko starsi ludzie, którzy ze łzami w oczach wypowiadali słowa przysięgi i podczas kiedy ja ruszałam tylko ustami (dla dobra słuchaczy) im łamał się głos kiedy głośno i wyraźnie śpiewali hymn Stanów Zjednoczonych. Nie wiem z jakich powodów przyjmowali obywatelstwo, nie wiem, czy było im łatwo dotrzeć do tego momentu czy czekali na tę chwilę wiele lat. Nie wiem co to dla nich oznacza, może lepszą pracę, większe poczucie wartości, może możliwość sprowadzenia rodziny, ale dotarło do mnie, że dla niektórych otrzymanie obywatelstwa amerykańskiego nie było pewnikiem tak jak dla mnie, nie było kolejnym etapem życia, kolejnym zadaniem papierkowym. Dla niektórych to był bardzo ważny moment w życiu i jedyne co ja, trochę zbyt zarozumiała, trochę zbyt harda, mogę zrobić, to ukłonić się w pas. To się kłaniam niniejszym.

P.S. Z powodu wakacji, żniw i sianokosów, zawieszam pisanie na jakiś czas. Wrócę opalona, z udarem słonecznym i głową pełną nowych, poudarowych wpisów.

Wspaniałego lata wszystkim życzę!

FullSizeRender (1)

Naturalizacja – etap drugi…

DSC06764

Zdałam. Inaczej być nie mogło. Obkułam się z każdej wojny i z każdej odnogi trójdzielnej władzy amerykańskiej. Do pokoju zaprosił mnie miły pan w wieku średnim. Się rozsiadłam, grzywkę poprawiłam, pan o coś zapytał, ja przypadkiem odpowiedziałam. Sześć razy tak odpowiedziałam i okazało się, że egzamin zdałam. Pytam żartobliwie, czy to była rozgrzewka, bo ja jestem gotowa? Pan, zupełnie bez poczucia humoru, odpowiada, że nie. No ale ja się nie wykazałam… Miałam przygotowaną anegdotę o Aleksandrze Hamiltonie, wyćwiczone sposoby mnemotechniczne zapamiętywania ważnych dat no i wykład połączony z prezentacją, prawie choreograficzną, na temat wojowniczych plemion indiańskich Rhode Island. Niedosyt czuję.

Okazało się, że ten egzamin to pestka w porównaniu z tym co mnie czekało. Na początek zapytał o amerykański pesel. Numer ma dziewięć cyferek. Nawet do głowy mi nie przyszło żeby go zapamiętać. Powiedziałam figlarnie, że to ten numer, na który pan właśnie patrzy (ma przed sobą wszystkie moje dokumenty). A tu u pana krucho z dowcipem. Następnie zapytał czy wyjeżdżałam za granicę w ostatnich trzech latach. Dwa lata tutaj w Stanach mam z głowy – kraj taki wielki, że za granicę za cholerę wyjechać się nie da. Został mi jeden rok w Europie. No to jadę jak leci…do Polski sobie skoczyłam raz, czy dwa, rowerem do Austrii co drugi dzień, zimno było w Garmisch, to do Włoch pojechaliśmy. Niewykluczone, że do Szwajcarii chyba tak mi się wydaje prawdopodobnie…. i być może przez Lichtenstein w jedną stronę, ale zdaje się, że się zdrzemnęłam i nie wiem, czy się liczy. Pan wertuje mój paszport. Czy na pewno gaduło, nie była pani jeszcze gdzieś? O, zagadki sobie przygotował. Nie lubię! Pewnie chce mnie podejść, gnida jedna? Nie, nie byłam. Na pewno? W żadnym innych kraju? Nie – odpowiadam pewnie. Nie będzie mnie tu jakiś urzędzina podchodził od tyłu. Pokiwał głową i przeszedł do kolejnych pytań.

Czy ma pani jakieś dokumenty udawadniające, że mieszka pani z małżonkiem, że wasze małżeństwo nie jest zawarte tylko w celu uzyskanie obywatelstwa, że to nie szwindel? Szwindel, powiada pan? To drogi panie, byłoby mistrzostwo szwindla! I jakaż wielka pańska arogancja, miły panie. Dla obywatelstwa, dobrego jak każde inne, siedzę z chłopem osiemnaście lat, zbliżyłam się fizycznie przynajmniej dwa razy z czego pojawiła się dwójka, dorosłych już prawie dzieci, bujam się za nim z kraju do kraju, domy kupuję i psa przygarniam. Wszystko dla obywatelstwa rzecz jasna. To ja się pytam pana jaki to dokument, oprócz tych dziesięciu, które ma przed sobą, usunąłby podejrzenie przekrętu? Pan na to, że jakiś rachunek za prąd czy coś takiego… Ano skoro rachunek za prąd gwarantuje ciągłość pożycia małżeńskiego, to nic tylko lampy wszystkie w domu palić, prodiże i farelki włączać!

A w tym paszporcie to się dopatrzył weekendowego wypadu do Londynu. Zapomniałam. Na koniec pogratulował i czekam na datę przysięgi teraz…