Joga…

 

Piąta pięć. Jeszcze pięć minut. Piąta dziesięć. Jeszcze zupełnie ciemno. Wstaję, a raczej staczam się z łóżka, ostrożnie stawiam kroki żeby nie nadepnąć zlanego z czernią wciąż jeszcze nocy psa czy niewidzialnego, w większości przypadków, kota. Po omacku dochodzę do laptopa, otwieram. Jasność. Znajduję zaprzyjaźniony kanał na YouTube. Włączam dyfuzor (potworna nazwa) i wdycham pierwsze opary olejku. Przebieram się szczękając zębami, rozwijam matę i wcieram w nią kilka kropli olejku eukaliptusowego. Składam ręce, kciukami dotykam mostka. Już jestem.

W kwestii jogi, nie jestem żółtodziobem. Jogę ćwiczyłam przez kilka lat w Niemczech. Ćwiczyłam w domu i w grupie, bardzo swojskiej, kameralnej, zdyscyplinowanej, iście niemieckiej. Asany były dość statyczne, dość restrykcyjne. Medytacje były świeckie, a na koniec każdych zajęć pyszna zielona herbata. Nauczyłam się podstaw i asan i oddychania, ale czegoś brakowało. Miałam wtedy dwadzieścia osiem lat i brakowało mi wielu rzeczy. Brakowało mi cierpliwości, dyscypliny, świadomości własnego ciała i wiedzy na temat czego mi naprawdę potrzeba. Odeszłam od jogi na wiele lat. Przepraszałam matę kiedy pobolewały mnie plecy. Kilka magicznych asan w temacie bólu i mata szła w kąt. Na początku grudnia postanowiłam, że albo coś ze sobą zrobię, albo mnie zabiorą na jakiś pobliski oddział zamknięty. Miałam straszny dół z tysiąca mniej lub bardziej racjonalnych powodów. Potykałam się o własne myśli, gdybania, zakładałam się z losem o kolejny tydzień, przegrywałam każdy zakład. Ktoś poradził medytację. Pół godziny. Jak mam znaleźć pół godziny na siedzenie w bezruchu, kiedy nie mam czasu na spacer z psem, czy rozmowę z dziećmi? I pewnego dnia znalazłam dziesięć minut. Cudem jakimś byłam sama, siedziałam i słuchałam, oddychałam, liczyłam, koncentrowałam się i w tym samym momencie nie koncentrowałam się wcale. Dziwne uczucie. Ciekawe, nowe, trochę wyzwalające. Do dziesięciu minut medytacji dodałam pół godziny jogi. Potem kolejne pół godziny w czasie przerwy na lunch. Od połowy grudnia praktykuje jogę codziennie. Prawie codziennie medytuję. Starcza mi cierpliwości na dziesięć minut, kilka razy udało się pół godziny, raz godzinę. Z maty schodzę inna. Przez trzy miesiące regularnej, codziennej jogi zmieniło się bardzo wiele. I wewnątrz i na zewnątrz. Straciłam pracę. Z pracą straciłam możliwość wyjazdu latem do Polski, z możliwością wyjazdu, straciłam radość z przebywania z rodziną i przyjaciółmi z Polski. Straciłam nadzieję na szybką przeprowadzkę do Europy, straciłam wielką radość i satysfakcję bycia w klasie i bycia częścią językowej przygody moich uczniów – niezwykle intersujących i wiem to na pewno, w przyszłości wielkich ludzi. Straciłam dochód miesięczny, kilka kilogramów i jedną bliską osobę. Joga i medytacje pomagają mi dać sobie z tym radę, oddzielić swoje emocje od emocji innych, nie trzymać się kurczowo myśli, patrzeć jak przychodzą i odchodzą. Joga pomaga mi skupić się na chwili obecnej, na momencie, w którym się znajduje, na teraz. Oddech Ujjayi uratował mnie (a raczej mnie otaczających) od kilku ataków złości, a skręty kręgosłupa od wizyt u ortopedy. Schodzę z maty lepsza, jest we mnie spokój, radość i opanowanie. Nawet jeśli ten stan trwa tylko chwilę po zejściu z maty, to jest to chwilę dłużej niż dawniej. Czuję się dobrze nie dlatego, że poćwiczyłam jogę przez pół godziny, a raczej dzięki temu, że poćwiczyłam czuję się dobrze, czasem nawet bardzo dobrze.

Piąta pięć. Jeszcze chwila. Piąta dziesięć. Za chwilę wstanę, nie nadepnę czworonożnych, pooddycham lawendą lub eukaliptusem, spędzę ze sobą pół godziny na macie, zrobię kawę, nakarmię miauczącego głośno kota, spakuję lancze dzieciom, wyjdę z psem i kubkiem świeżo zaparzonej kawy do ogródka i będę obecna. Tak po prostu…

Wpis powstał w ramach tłumaczenia się z moich spokojniejszych rozmów przez telefon z kilkoma z was, spędzania więcej czasu z dziećmi (mimo, że doby nie wydłużono), coraz to zdrowszego jedzenia, picia mniejszej ilości alkoholu, rzadszych skoków ciśnienia i rzadszego rzucania mięsem. A będzie jeszcze lepiej…

Z okazji Dnia Kobiet…

 

Z okazji Dnia Kobiet wszystkim kobietom życzę tego, czego potrzebują. Z zachciankami, marzeniami i tęsknotami bywa różnie, ale potrzeba to potrzeba i zaspokojenie jej sprawi, że kobieta będzie znacznie przyjemniejsza dla otoczenia. Przynajmniej niektóra kobieta… A czego potrzebuje kobieta? Wiadomo, że każda czegoś innego, w innym natężeniu, w innej częstotliwości, w innej kolejność. Ale niektóra (i wiadomo, że chodzi o piszącą) kobieta potrzebuje:

Przestrzeni, wolności i pola do popisu. Dajcie kobiecie pole do popisu, a pole to zaorze, zasieje, chwasty powyrywa, plony zbierze, wymłóci jak się patrzy i w komórce zgromadzi. Kobiecie potrzeba przestrzeni, bo ona widzi dalej, lepiej i szerzej. Kobieta potrzebuje wolności, możliwości wyboru, selekcji i jak potrzeba, odsiewu w cholerę jasną! Kobieta dusi się w niedorzecznych ograniczeniach, narzuconych zasadach, zbyt ciasnych gorsetach społecznych. Zakneblowana nie oddycha, nie działa, nie żyje. Wegetuje. Kobieta potrzebuje otwartych horyzontów żeby iść do przodu i zmieniać rzeczywistość nawet jeśli rzeczywistość wymagająca zmian to boazeria w przedpokoju.

Kobieta potrzebuje być doceniana. Potrzebuje czirlidera na pół etatu, który poklepie po zgarbionych plecach, przekonywująco przytaknie, że decyzja słuszna, powie, że pięknie napisała, dobrze nauczyła, wspaniale ugotowała i cudownie nawilżający skórę płyn pod prysznic kupiła. Ona potrzebuje żeby na przyobiecanym jej polu do popisu siedział, choćby w kąciku, krasnal, choćby gipsowy, i bił jej brawo, choćby po udach, bo rączki jakieś takie nieproporcjonalnie za krótkie ma. Nie poklasku fałszywego szuka, a zasłużonego uznania i przyzwolenia na bycie dumną z siebie.

Czasem, gdy kobietę złe gryzie, potrzebuje wsparcia, ramienia żeby się wypłakać, dłoni podającej chusteczkę, melisę tudzież kieliszek likierku. Kobieta potrzebuje żeby jej nikt nie oceniał, nikt nie doradzał…Czasem jednak chce żeby jej ktoś doradził – to zależy od…no nie wiem… może dnia cyklu menstruacyjnego. Kobieta potrzebuje żeby ktoś był. Ktoś kto wszystko wie, wszystko rozumie i wszystko zniesie.

Niekiedy kobieta ma potrzebę pomagania innym, ma potrzebę zaopiekowania się i bycia tym, kto wszystko wie, wszystko rozumie i wszystko zniesie. Rodzi więc dzieci, (nad)opiekuje się nimi przez wiele lat, zaopatrza w żywność, poczucie bezpieczeństwa i jako taką emocjonalną stabilizację. Jest jej mało, więc adoptuje psa. Pies mało wymagający, sikającego kota przygarnie. Jak tylko zmieni, miłością i pozytywnym wzmocnieniem oczywiście, kota zdanie co do miejsca wypróżniania, kupi kury nioski, albo alpakę – marzenie męża kobiety.

Kobieta potrzebuje się wyciszyć, potrzebuje oddychać. Najlepiej przeponą. Potrzebuje wsłuchać się w swoje własne ciało, być obecna i świadoma. Potrzebuje wiedzieć gdzie jest niewygodnie i na tym się skupić. Tam wysłać oddech. Chce mieć świadomość swoich fizycznych ułomności, mięśni, o których nie wiedziała i stawów, które już dawno odeszły w niepamięć. Potrzebuje nauczyć się kochać swoje ciało, szanować i dbać o nie. Kobieta definitywnie potrzebuje jogi. Codziennie. Przez godzinę.

Potrzebuje też żeby nikt jej nie mówił co jej wolno, czego nie wolno. Sama się przekona. Potrzebuje społeczeństwa i systemu, które są jej przyjazne, które nie mówią jak ma żyć. Kobieta na pewno nie potrzebuje żeby mówiono jej, że jest „mniejsza, słabsza i mniej inteligentna”, nie potrzebuje żeby ktoś jej wsadzał łapę do macicy, wyciągał stamtąd nienarodzone dzieci, czy je siłą wpychał z powrotem. Kobieta nie potrzebuje zarządzających jej ciałem, nie potrzebuje kluczników pochwy i strażników jajowodu. Kobieta potrzebuje żeby jej nikt za krocze nie łapał kiedy na to nie ma ochoty, do nikogo nie porównywał, nikim nie straszył i z wysokich stołków nie próbował zrzucać. Na koniec, kobieta potrzebuje lampki dobrego wina, kubka świeżo zaparzonej herbaty, tulipanów bez okazji i od czasu do czasu pary kolejnych, niepotrzebnych butów na obcasie…No bo taka właśnie jest i już!

Monday morning quarterbacking…*

screen-shot-2017-02-06-at-10-12-35-pm

* Monday morning quarterbacking – rozmawiać, rozprawiać, zazwyczaj krytycznie o zdarzeniach, które już się wydarzyły. Po angielsku tutaj.

No i znów wygraliśmy! Wczoraj odbył się Super Bowl – finał ligi futbolu amerykańskiego. W finale zagrali nasi, czyli drużyna Nowej Anglii – Patrioci i…nie wiem, ale, wybaczcie ignorancję, nie obchodzi mnie to ani trochę. Najważniejsze, że wygraliśmy my remisując w ostatnich trzech minutach i wygrywając w dogrywce – bardzo historycznej, bo nigdy wcześniej takowa się nie wydarzyła. Futbol amerykański to strasznie durna gra. Piłkę ma pozwolenie rzucać w zasadzie tylko jeden człowiek. Tylko najprzystojniejszy, najlepiej zarabiający, z najpiękniejszą żoną, brazylijską supermodelką z niemieckim nazwiskiem. Złapać tę piłkę może tylko kilku kolesi najprzystojniejszego. Reszta to czołgi. Są na boisku tylko po to żeby walić się na przeciwników, przewracać ich, nawalać po nerach, targać za kaski, chwytać za mięsiste pośladki (słowo daję, że zawodnicy drużyny przeciwnej nie mieli majtek na sobie) i leżeć na sobie podejrzanie za długo. Co mnie zupełnie wyprowadza z równowagi to debilne walenie się po łbach. Czasem kaskiem o kask, czasem z liścia. A wszystko to z radości oczywiście.

W przerwach, bardzo zresztą częstych, meczu pokazywane są reklamy. Reklamy te są specjalnie kręcone na tę okazję i po Super Bowlu nie można ich już zobaczyć w telewizji. Kosztują też okazyjnie – średnia cena za półminutową reklamę wynosi 4.5 miliona dolarów i dodatkowy milion lub dwa żeby taką reklamę wyprodukować i zatrudnić sławnych i ciekawych. W tym roku niektóre z nich były bardzo niczego sobie, no ale jak tu nie czuć obrzydzenia? W połowie meczu wystąpiła Lady GaGa. Nie jestem fanką jej szalonej twórczości, ale szoł był i w tym roku nie chodziło o muzykę i układy taneczne, ale o przekaz polityczno-społeczny. I był. I gustownie, w miarę nieograniczonych możliwości wykonawczyni, było i interesująco również. Na koniec pokazali Żagań! Nie, nie żartuję… Na koniec pokazali, jak żywy, namiot wypełniony trzeźwą, wypoczętą jak na czwartą nad ranem czasu żagańskiego, w zapiętych pod szyję mundurach polowych, jednostkę amerykańskich sił zbrojnych stacjonującą w Żaganiu. Tak dla uspokojenia narodu amerykańskiego chyba, że wywiezieni na roboty do Polski żyją i mają się dobrze. Mają ogrzewany namiot, ekran wielkości stodoły, połączenie internetowe i niezłe nagłośnienie. Nawet w Żaganiu takie cuda.

Z takim niespodziewanym mistrzostwem położyłam się spać, ale nie na długo. Z barów, lokali, domówek i kanałów wyleźli głośno imprezujący fani. Śpiewali, krzyczeli i odpalali sztuczne ognie. Pies panicznie boi się wystrzałów i okazuje to w bardzo specyficzny sposób. Wskakuje nam na łóżko, wybiera sobie co ładniejszą twarz i na niej siada! Trzęsie się przy tym i popiskuje więc sumienie nasze rozkołysane na maksa. Napiera tyłkiem na powietrznię ludzkiej facjaty z całej swojej, niemałej siły i tylko wtedy uspokaja się na moment. W tym samym czasie, zupełnie nieempatyczny kot, korzystając z poruszenia w sypialni, postanawia zaangażować nas w zabawę. Przynosi w pyszczku wszystkie dzwoniące i szeleszczące zabawki z dołu, ciągnie je po schodach, z trudem, po kilkakrotnych nieudanych próbach wskakuje na łóżko, kładzie je obok trzęsącego się jak osika psa i gna na dół po kolejną. I tak do północy. Wzięłam melatoninę, zamknęłam oczy i obudziły mnie dzwony do jogi o piątej rano. Wstałam, poćwiczyłam jogę, zdrzemnęłam się podczas medytacji (tak, medytuję – osobny post, bo to kabaret jest) i pojechałam do pracy.

W szkole przed zajęciami rozmowy o meczu. Jaki to ekscytujący był, jak to tylko „nasi” potrafią się do kupy zebrać i już prawie przegrany mecz wygrać. Jaki to nasz Tom Brady (ten wyłącznie rzucający piłkę, najpiękniejszy, z cudną żoną) rozmyślny, heroiczny niemal, jakie ma piękne niebieskie oczy i dobrze przycięte włosy. Jak to jego żona, Gisele, skakała ze szczęścia, jak jej do twarzy z tym skakaniem, jak jej włosy falowały, jakie selfie robiła, że aż upadła jej komórka, jak to się całowali czule po meczu. I tak pomyślałam, że sport jednak łączy ludzi. Nie ważne po której stronie barykady politycznej, nie ważne, na którym marszu byli, jeśli jesteś z Nowej Anglii – świętujesz. I w tym momencie wszedł taki jeden party pooper (w wolnym tłumaczeniu „sracz imprezowy”) i oznajmił, że Tom Brady, kapitan drużyny New England Patriots to koleżka Trumpa… I po superbolu!

Z Trumpostanu…

screen-shot-2017-02-04-at-5-04-20-pm

(karykatura autorstwa norweskiego artysty – Christiana Blooma)

No i przestało być śmiesznie i przestało mnie to mało obchodzić, przestałam mieć w tyle i się nie wtrącać. Do niedawna byłam najmniej politycznym człowiekiem w tym kraju, teraz zostałam zmuszona się choć trochę zaangażować. Jestem wściekła, zniesmaczona, ale przede wszystkim zatroskana, żeby nie powiedzieć, przerażona tym, co się dzieje w moim obecnym kraju. Martwię się o przyszłość mojej rodziny i całego, połączonego krwioobiegiem świata. Brzmi pompatycznie, wiem, ale sytuacja wymaga pompy, choć może raczej bomby wymaga żeby to wszystko durne pomarańczowe wysadzić w cholerę! Z przyjaciółmi i świtą.

Codziennie siadając do kolacji przynosimy do stołu nowe, złe wiadomości, co kto usłyszał, zobaczył, pomyślał, czy poczuł. I ulubiony łosoś mniej smakuje i wina nie starcza. Na koniec dopychamy się Trevorem i Stevenem i wkurwieni na maksa zasypiamy. I każdego wieczoru wydaje nam się, że gorzej być nie może…i każdego ranka okazuje się, że co jak co, ale gorzej zawsze może być.

I tak na przykład, według naszego prezydenta globalne ocieplenie to wymysł liberałów i szalonych ekologów. Nie ma czegoś takiego jak globalne ocieplenie, a skoro nie ma, znaczy trzeba usunąć wszystko na temat zagrożenia środowiska tymże wymysłem ze stron internetowych parków narodowych. Usunięto też badania i informacje na temat zmian klimatycznych ze strony internetowej Białego Domu. I już. I problem, który zagraża całemu światu, którego skutki widoczne są dla wszystkich, którzy mają oczy i uszy otwarte, zniknął. Nikt nie będzie edukował dzieci w tym kierunku, nie będzie badań, przepisów, zaleceń…po co? Przecież nic się nie dzieje.

Kolejny niewypał to dekret ograniczający wjazd do USA obywateli kilku niefortunnych krajów wybranych poprzez ciskanie rzutkami w mapę chyba, no bo na pewno nie w jakiś logiczny, poparty dowodami, statystykami, czy choćby minimalnie racjonalnym myśleniem sposób. Dekret ten wywołał ogromne poruszenie wśród podróżujących do Stanów. Ludzie, którzy czasami po wielu latach starań, tonach dokumentów, litrach łez i marzeniach o lepszym, często po prostu bezpiecznym, życiu dla siebie i swoich dzieci zostają zawrócenie z lotnisk w swoich krajach, na lotniskach tranzytowych, czy, już na miejscu, skuci w kajdanki wyprowadzani z sali przylotów na wielogodzinne oczekiwanie na pomoc. Na wielu amerykańskich lotniskach rozegrały się nieprzyjemne i pełne emocji sceny. Strach o siebie, o najbliższych, czasem strach o swoje życie spowodowany bezmyślnym i najprawdopodobniej bezprawnym dekretem jednego kretyna. Kto choć raz przyleciał do Stanów z „przygodami”, dobrze wie jak poniżające i upadlające może być powitanie amerykańskich służb granicznych. Codziennie słyszę coraz więcej historii zatrzymanych podróżujących, studentów, lekarzy, pacjentów, naukowców, mężów, żon i dzieci i nie mogę uwierzyć, że to się dzieje naprawdę.

Mur meksykański, rozpoczęcie odkręcania reformy ubezpieczeń zdrowotnych wprowadzonych przez prezydenta Obamę, plany obniżenia podatków i propozycje takich debili jak pani DeVos na tak ważne stanowisko jak departament edukacji i tysiąc innych, potencjalnie niebezpiecznych rzeczy to pewnie dopiero początek. I nie pozostaje nic innego jak tylko pakować manatki i zwiewać stąd gdzie pieprz rośnie, albo gdzie kapusta, ziemniaki i dobre jabłka… Ale kiedy doszliśmy do wniosku, że wszystko czego teraz od życia chcemy, to Europa, okazało się, że kolejny dekret prezydentunia naszego to zamrożenie etatów w sektorze rządowym, czyli praktycznie zerowe szanse na pracę w Europie. I dupa blada! Zaczynamy starania o status uchodźców w jakimś fajnym europejskim kraju. Myślę, że podstawy do tego mamy…

I koniec, o Trumpie już nie napiszę. Wątrobę mnie to kosztuje.

 

 

Alternatywne fakty Ameryki…

Historia prezydenckich „faktów alternatywnych” jest dość krótka, ale nie niespodziewana, bo czegóż to zgodnego z faktami można się spodziewać po naszym, tfu tfu na psa urok, prezydencie. Określenie padło z ust doradczyni prezydenta broniącej wypowiedzi rzecznika Białego Domu, który oznajmił, że media kłamią. To, że wiele z nich i nierzadko, to oczywiście wiadomo, ale żeby tak kłamać w sprawie najlepszej, największej inauguracji najwspanialszego prezydenta, to już kryminał. Według Białego Domu inauguracja przyciągnęła największe tłumy w historii tej jakże ważnej dla Amerykanów uroczystości. Tyle, że zdjęcia, jak również statystyki prowadzone przez waszyngtońską kolej podziemną jasno potwierdzają, że to kłamstwo. To znaczy nie kłamstwo, a alternatywny fakt, według pani Conway. Wiadomości na portalu Białego Domu, że przestępczość w Stanach wzrosła, kiedy prawda jest taka, że znacznie zmalała to również fakt alternatywny. Początkowe zapewnienia Trumpa, że nigdy nie powiedział nic o łapaniu kobiety za krocze, mimo, że wszyscy nagranie słyszeli. Fakt alternatywny. Tłumaczenie rzeczywistego zwycięstwa Hilary Clinton (w tym sensie, że w każdym innym, normalnym kraju, to ona byłaby prezydentką) milionami nielegalnych wyborców, twierdzenie przez lata, że Obama nie jest Amerykaninem i nie powinien być prezydentem, przekonywanie, że dane dotyczące niskiego bezrobocia w Stanach są sfałszowane… Takich faktów nasłuchamy się jeszcze nie raz i nie dwa przez kolejne cztery lata i dopóki będą o ilości ludzi w tłumie na jakimś pochodzie, czy innej bibce, to git. Gorzej kiedy fakty alternatywne będą podłożem do decyzji dźgających w bezpieczeństwo i zdrowie ludzi. „Wojna to pokój. Wolność to niewola. Ignorancja to siła”. Czy to Orwellowskie dwójmyślenie (sprzedaż książki 1984 znacząco wzrosła w przeciągu kilku dni #faktfaktyczny), bliższe sercu bareizmy, czy też „trumpfakty”, może być i śmieszno, i straszno.

Na razie śmieszno…

Oto kilka moich alternatywnych faktów. Ponieważ nie jestem zaznajomiona ze składnią prezydenta Trumpa, skorzystałam z tych wskazówek. Wyobraźcie sobie jeszcze odpowiedni głos i palec, w porywach dwa, w górze. A ten tutaj to hołmmejd prezydent Trump dla lepszej wizualizacji.

fullsizerender-14

Jestem bardzo, bardzo, bardzo dobrą gospodynią. Niesamowitą gospodynią. Najlepsze gospodynie świata dzwonią do mnie z pochwałami mojej gospodarności. Mam czysty dom. Najbardziej czysty. Bardzo, bardzo, bardzo czysty dom. Wszyscy mówią, że moja kuchnia jest wyśmienita. Gotuję bardzo, bardzo dobrze i jedzenie jest pierwszorzędne. Wierzcie mi, wspaniałe. Ogródek? Najlepszy w East Greenwich. Piękny i wspaniale utrzymany. Mówią, że jest czarodziejski. Ja nie wiem, tak mówią. Wielu, wielu ludzi tak mówi. Najbardziej czerwone pomidory, najbardziej śmierdzące skunksy. Najskuteczniejsze skunksy w Ameryce. To jest cudowny, cudowny ogródek. Najwspanialszy!

fullsizerender-15

Nikt mnie nie zwolnił! Sama odeszłam. Nasza szkoła to nie jest dobra szkoła. To są źli ludzie. Oszukańcy. Odeszłam i niech żałują. Będzie mi bardzo, bardzo, bardzo dobrze na bezrobociu. Tysiące ludzi powtarza mi, że jestem super nauczycielką. Moja przyjaciółka, mistrzyni świata w nauczaniu, powtarza mi to ciągle. Znajdę pracę na najlepszym uniwersytecie w Stanach i będę tam najlepszym wykładowcą. Uwierzcie mi. Bardzo, bardzo dobrym wykładowcą.

fullsizerender-12

Codziennie dostaję setki telefonów i maili zapewniających mnie, że wyglądam zdrowiej, szczuplej i młodziej. To są bardzo, bardzo mądrzy ludzie, wielkie autorytety w dziedzinie mówienia mi takich rzeczy. Z dnia na dzień jestem coraz młodsza, moja skóra jest bardziej napięta, pośladki bardziej jędrne, a cycki bardziej sterczące. Nie wiem, ale tak mi wszyscy mówią. Jestem bardzo, bardzo, bardzo zdrowa. Nie mam żadnych ohydnych, zdradzieckich chorób i czuję się znakomicie. Uwierzcie mi. Znakomicie! Najlepiej!

fullsizerender-13

Koty sikają na łóżkach. To prawda. Koty sikają na łóżkach. Mówicie, że nie wszystkie. Mówicie, że nie zawsze sikają? No, ale ktoś jednak sika na łóżkach i to nie jestem ja. Koty to nie są dobre zwierzęta. Trzeba się ich pozbyć. Koty muszą się wynosić. Nie możemy pozwolić na to żeby koty odbierały nam wolność, niszczyły nasz dobytek, odbierały swobodę. Uwierzcie mi. Najwięksi specjaliści od kotów, moi przyjaciele, mówią, że koty zasikają nam wszystko. Utoniemy w sikach kotów. Koty to bardzo, bardzo, bardzo niedobre zwierzęta.

A tak na serio? A tak na bardziej serio to będzie kolejny wpis. Uwierzcie mi. Będzie wspaniały. Znakomity!

 

 

 

Bez gardy…

screen-shot-2017-01-21-at-9-38-11-am

Październik 2014. Kilka tygodni po przeprowadzce. W naszym starym nowym domu robotnicy, puszki z farbami, sufity na podłodze, drzwi w oknie i węże w piwnicy. Ja jadę na rozmowę o pracę, a raczej na rozmowę o kilka marnych godzin w zastępstwie za jakiegoś przyszłego niedomagającego.

Umieram ze strachu. Inteligentnie wyglądająca pani w okularach nisko na nosie, wysoki i postawny mężczyzna w garniturze. Zadają mnóstwo pytań z metodyki, gramatyki języka angielskiego i zarządzania klasą. Poszło dobrze. Szkoła mała, przytulna, na sielankowo wręcz wyglądających, jak się później dowiaduję, ociekającym kasą prywatnym uniwersytecie. Obserwowana lekcja taka sobie. Potrafię lepiej.

fullsizerender

Czasami słowa nie wystarczą i trzeba rysować, mimo tego, że się nie potrafię. Moja desperacka próba tłumaczenia wypowiedzi argumentacyjnej

Kilka tygodni później. Telefon wieczorem, że kogoś grypa dopadła, rano uczę. Sześć godzin ciurkiem. Biegunka, ból głowy, zębów i podwyższone ciśnienie. Później wieczorem padam na pysk ze zmęczenia. Szczęśliwa. Znów klasa, znów uczniowie, znów tak jak lubię najbardziej.

Kilka tygodni później. Więcej telefonów, więcej godzin, mniej bólu głowy i zero biegunki. Uczę się tylu nowych rzeczy, przypominam sobie jak pisać wypracowania, dopytuję nauczycieli jak wypełniać dzienniki. Szczęścia i satysfakcji tyle, że nie uniosę.

Jakiś czas później. Proponują pełny etat, stałą pensję, ubezpieczenie, urlop po kilku miesiącach pracy, własną klasę i biurko. Propozycję z nieukrywanym entuzjazmem przyjmuję i opijam wieczorem.

fullsizerenderKiepska jakość zdjęcia tłumaczona jest nocą, nartami i dziesięcioma stopniami poniżej kreski.

Kolejne kilka miesięcy. Dostaję najwyższe oceny uczniów. Nikomu nie przeszkadza, jak to bywało w Niemczech i w Polsce, że nie jestem nejtyw spikerem. Wręcz przeciwnie. Cenią sobie moje uwagi, perspektywę byłego ucznia, pomysły i rozwiązania. Robię dwa szkolenia dla nauczycieli, w tym jedno w połowie prowadzone po polsku żeby uświadomić nauczycielom jak to jest być uczniem początkującym. Po szkoleniu, największy sceptyk „obcych” nauczycieli podchodzi i dziękuje. Mój środek szaleje ze szczęścia.

fullsizerender

Jakiś czas później. Zostaję dyrektorem metodycznym na dwa miesiące. Zachwycona jestem uznaniem, podekscytowana możliwościami. Po dwóch tygodniach ekscytacja mija, pojawiają się nudna biurokracja, ograniczenia we wdrażaniu moich znakomitych, ma się rozumieć, pomysłów i monotonia. Tęsknię za klasą i uczniami. Na szczęście dyrektor wraca, a ja wracam do siebie.

Kilka miesięcy później wprowadzam pilotowy w naszej szkole przedmiot – połącznie istniejącej fonetyki z nauką czytania. Piszę plan, robię pomoce, sprowadzam książki. Po dwóch miesiącach programu – sukces! Program zostaje na zawsze.

img_6099_srgb

Jeden z moich ulubionych przykładów nieprzykładania się do przekazu. Uczeń miał zilustrować powiedzenia „looking forward to something”, że niby nie może się doczekać na coś.

Miesiąc temu. Dostaję nagrodę i w marcu jadę na konferencję metodyczną. Wybieram z katalogu konferencji szkolenia, wszystkie niezmiernie ciekawe i na wszystkich chcę być. Na raz. No nie da się. Wybieram nauczanie angielskiego osób z dysleksją. Mam dwóch takich w szkole. Nie wiem czy wiedzą, że mają dysleksję, bo w ich kulturze nie można być „upośledzonym” i nikt o tym nie mówi. Nam nie wolno mówić. Poduczę się, pomyślałam, i cichaczem przemycę to i owo. Być może pomogę tym dwóm. Będę mądrzejsza, pełna entuzjazmu, pomysłów, nabuzowana pozytywną, metodyczną energią. Jak wrócę będę jeszcze lepszym nauczycielem.

fullsizerender

Nie będę. Przynajmniej nie u nas. Dwa tygodnie temu dowiedzieliśmy się, że zamykają naszą szkołę. Zamykają, bo napływ uczniów jest zbyt mały, bo szkoła niewielka, bo w mało atrakcyjnym dla młodzieży miejscu. Od maja jestem bez pracy. Ta praca, w tej szkole, z tymi uczniami, z tymi koleżankami i kolegami, z otwartością na inne, obce i dziwne, z wiecznym dążeniem każdego z nas żeby być lepszym, nauczyć więcej, pomóc bardziej…Ta praca była od jakiegoś czasu jedynym powodem, dla którego chciałam jeszcze zostać w Stanach. Już nie chcę!

fullsizerender

Moje ulubione koleżanki po fachu, pani Jesień i pani Panda. Tych mi będzie najbardziej brakować.

P.S. Po wczorajszej inauguracji nowego prezydenta jeszcze bardziej nie chcę.

 

 

Noworoczny zaciesz…

fullsizerender

Żeby osłodzić mi trochę życie i na złość zrobić mojemu świątecznemu narzekaniu, Nowy Rok postanowił obsypać mnie samymi wspaniałościami. Od samiuśkiego pierwszego stycznia działo się nic tylko dobruchno.

Spadł śnieg. Niby nic, bo w końcu zima, ale nie…śnieg to jest jednak coś. W dobie globalnego ocieplenia, które, mimo głośnego zaprzeczania naszego za chwilę prezydenta, się odbywa, śnieg w Nowej Anglii to rarytas. Padał cały dzień i wieczorem było go już zupełnie pełno. W takich okolicznościach przyrody można wybrać się na spacer. Jest cicho, głucho, bo każdy dźwięk tłumiony jest przez spadające płatki śniegu, jest ciemno i pusto, bo śnieg w Stanach odstrasza większość. Spacerują tylko odważni z dziećmi i psami. Psy rzucają się w śnieg, dzieci rzucają się na psy. Matki się drą, że spodnie na śnieg było założyć, bo tyłek odmarznie i jutro katar ani chybi – moje mówią, że tylko ja się darłam, ja zaprzeczam, wyraźnie słyszałam też inne. Jest pięknie, biało, miękko, zimowo i tak lubię najbardziej.

Z okazji śniegu pojechałam z moimi uczniami na narty na nieco ponad wybrzuszenie terenu, bo górką tego nazwać się nie odważę. Dwadzieścia pięcioro narciarzy i snowboardzistów, tylko troje umiejących się na sprzęcie samodzielnie poruszać. Jako że byłam jedynym ciałem pedagogicznym na nartach, miałam ich wszystkich pod opieką. Okazuje się, że Japończycy, na lekcjach karni i posłuszni, w styczności z zimnym powietrzem zyskują na odwadze. Saudyjczycy wręcz przeciwnie. Zanim jednak wszyscy trzej zrezygnowali, zrobiliśmy szoł na wyciągu wyrwirączce. Oklaskom nie było końca. Podczas gdy próbowałam przesunąć, dźgając kijkami po żebrach, dwa razy większych ode mnie, wyjących ze śmiechu i leżących w poprzek drogi wyciągu Saudyjczyków, dziesiątka dziewiczych, japońskich narciarzy zwiała mi na wyciąg krzesełkowy. Wjechałam za nimi. Całą dziesiątkę znalazłam w lesie, w śniegu po pas, między drzewami, w odległościach kilku oddechów od siebie. Ponoć wszyscy ruszyli na raz, a że nie wiedzieli jak się zatrzymać, nie zatrzymali się. Przypomniała mi się szkółka narciarska z Garmisch, podnoszenie rozczłonkowanych sześciolatków i śmierć w oczach sunących między drzewami nastolatków. I mimo, że dziś właśnie wróciłam z fizjoterapii, bo moje plecy trzech Saudyjczyków i dziesięciu Japończyków nie wytrzymały, to był to jeden z najfajniejszych dni na nartach w moim życiu.

Przeczytam gdzieś w namolnych mediach, że ten rok to rok pozytywnego egoisty. To rok żeby zrobić coś dobrego dla siebie. Trafiło na podatny grunt. Obejrzałam filmiki prześlicznej Marie Kondo, zapytałam się dwóch bluzek, trzech torebek i jednej książki czy przynoszą mi radość (Does it spark joy? – obejrzyjcie, warto. Sceptycy mogą przymrużyć oko, nawet dwa). Wszystkie chórem odpowiedziały, że nie. Podziękowałam zatem tuląc je do serca i wyrzuciłam. Wyrzuciłam stare buty, kilka nie wyjściowych zdjęć, jakieś niepotrzebne listy, wkurwiających mnie z fejsbuka i kilka toksycznych wspomnień. Po latach wróciłam do jogi. Pora powrotu – piąta rano. Nie wiem jak to robię, bo w półśnie wstaję, włączam laptop i ćwiczę jogę przez trzydzieści minut. Budzę się pod koniec i z radością stwierdzam, że czuję się znakomicie i jutro też tak zrobię. I jakoś tak z dnia na dzień…Przyznam całkiem poważnie, że joga to jest najlepszy prezent jaki sobie sprawiłam na nowy rok. Joga, prysznic, zdrowe, pełnowartościowe śniadanie, zielona herbata na godzinną drogę do pracy i ON…

Prokurator Szacki. Prokuratora Teodora Szackiego kupiłam sobie w Empiku jako powieść mi czytaną, bo na czytanie nie mam czasu, a dwie godziny w samochodzie codziennie spędzam. Kryminał o przemocy domowej, o marznącej mżawce, korkach i gniewie. Kogoś w czymś rozpuścili, a komuś innemu rączek ubyło. Książki nie oceniam, nie krytykuję, bo się nie znam i tyle. Mnie się świetnie słuchało. Po polsku, czego mi bezustannie brakuje, zmysłowy głos lektora, język bardzo mi do gustu przypadający. Nie, do Olsztyna mnie nie ciągnie, ale prokuratorom będę się baczniej przyglądać. I nudne, godzinne dojazdy do pracy stały się arcyciekawe – z samochodu mi się wyjść nie chce.

Jakież to jeszcze dobre nowiny czekały na mnie w 2017 roku? Że dziecka zdrowe są, Crohn jednemu się po organizmie nie pałęta, a drugiemu migdały nie odrastają. Krystalizują się plany życiowe mojej licealistki i cieszą mnie jej przemyślenia. Pies i kot ostatecznie się dotarły. Kot myśli, że jest psem – przybiega pod drzwi kiedy ktoś przychodzi, merda ogonem. Pies rozsmakował się w kocim jedzeniu, konsumuje w tajemnicy, pod osłoną nocy. Śpią wtulone w siebie i jedna za drugą oddałaby ogon. Sielanka. Szkoła przyznała mi nagrodę. Jakże było mi miło. Udawali, że to niby zebranie jakieś w sprawie mało ważnej i znienacka hyc, fanfary, sztuczne ognie i wręczyli nagrodę. Nagród w życiu się nie naodbierałam za wiele więc nagroda nauczyciela roku sprawiła mi wielką i autentyczną radość. Że taka niby jestem wspaniała, profesjonalna, kreatywna, wyposażona w ogromną wiedzę metodyczną, z pasją i podejściem. I może i jestem. Nie wiem. Robię to, co kocham, najlepiej jak potrafię, a jeśli ktoś uznaje, że jest to warte grosza i wyjazdu na tygodniową konferencję metodyczną do Seattle, to chwała mu za to. W życiu na konferencji żadnej nie byłam (nie licząc konferencji skarbników rady rodziców dwieście metrów od mojego domu), sama w hotelu przez tydzień też nie, w Seattle tym bardziej. Jestem niewymownie szczęśliwa.

Dwutysięczny siedemnasty wystartował z kopyta. Same dobre wibracje, znakomite pomysły, nagrody, pochlebstwa, achy i ochy. Zdrowy egoizm i zasłużone przyjemności. I nagle to kopyto, z którego wystartował kochany roczek zastyga w powietrzu, odwraca się i daje w twarz, prościusieńko, bez gardy, w samiutki środeczek zaciesznego mojego ryjka…