O lęku…

Skoro jest okazja, to wrzucam. Moje ukochane Garmisch, widok ze szczytu Wank.

Kilka tygodni temu, ni stąd ni zowąd wydawać by się mogło (bo w przypadki nie wierzę) przypomniało mi się takie zdarzenie sprzed wielu lat. 

Nie pamiętam dokładnie, skąd, ale wiem, że inspiracja przyszła z zewnątrz. Może książka, artykuł, a może sen zmęczonej matki. Eksperyment miał pewnie pokazać jak niezależne i odważne są moje dzieci. Rzecz działa się w Garmisch – bardzo spokojnym, wolnym od przestępstw miasteczku bawarskim, a dzieci miały dwanaście i osiem lat.  Przewiązałam dzieciom oczy szalikami, wsadziłam do samochodu i wywiozłam do lasu. Po drodze, pojeździłam pół godziny uliczkami wokół domu, tak dla zmyłki. Wysadziłam w pobliskim lesie (jakieś 3 km od domu), dałam telefon i odjechałam. Dzieci miały same wrócić do domu. Po dłuższym czasie siedzenia w domu i czekania na dzieci, zaczęłam się martwić. Wtedy zadzwonił telefon. Dzieci mówią, że się zgubiły, że są na drugim końcu miasteczka, żeby po nich przyjechać, bo Jaś się boi. W płaczliwym głosie Kasi wyraźnie było słychać strach. Jak ja siebie wtedy nienawidziłam. Jak ja się bałam, jak beznadziejnie się czułam. Wsiadłam do samochodu i wyjeżdżając z bramy zobaczyłam dwójkę moich dzieci zwijających się ze śmiechu pod płotem. 

Zastanawiałam się dlaczego przypomniała mi się ta historia po tylu latach. Myślałam sobie na początku, że może rozkminiam w podświadomości błędy macierzyństwa, może po prostu tęsknię za Garmisch i wszystkie wspomnienia stamtąd przychodzą do głowy. Ale może chodzi tutaj o coś innego. O lęk. O obrastający mnie, z wiekiem, lęk. O lęk, który karmiony jest moimi własnym doświadczeniem i doświadczeniem innych. Chodzi o lęk, który rośnie z każdą oglądaną, słuchaną, czytaną wiadomością o niebezpieczeństwach czyhających na nas na każdym kroku. O napadach, gwałtach, porwaniach, bójkach, zaczepkach. Chodzi o lęk, który złudnie uspokajam bezpieczniejszym samochodem, domem, spokojną dzielnicą w mieście, wszystko pokrywającym ubezpieczeniem. Chodzi o lęk, który jest większy, głośniejszy i silniejszy niż intuicja, przeczucie, zaufanie i głęboka wiara w to, że to, co robimy, co piszemy, ba! co myślimy jest autentyczne, prawdziwe, prawidłowe i dobre w danym momencie naszego życia. 

W życiu nie wywiozłabym teraz dzieci do lasu. Nawet teraz, kiedy mają dwadzieścia i szesnaście lat. Nawet w Garmisch. Przecież po lesie może spacerować morderca, zboczeniec, chcący się na kimś wyżyć idiota, mogą złamać nogę, uderzyć głową o kamień, mogą stracić zasięg, albo niepodziewanie padnie bateria w telefonie. Mogłabym zafundować im traumę na całe życie. Kiedy Kasia nie odpowiada na moją wiadomość przez pół dnia, wpadam w panikę. Proszę lecącego do domu Jasia o meldowanie się kiedy będzie na lotnisku, kiedy będzie po kontroli, kiedy będzie wsiadał do samolotu, wysiadał, przesiadał się i tak dalej. Dlaczego? Czy świat rzeczywiście jest taki niebezpieczny? Czy jest tak dużo bardziej niebezpieczny niż dziesięć lat temu? A może mamy dostęp do większej ilości straszliwych informacji, które wcześniej też się zdarzały, ale nie było tylu źródeł, z których te informacje się wylewają. I może te źródła nie konkurowały ze sobą, która ma bardziej mrożące krew w żyłach doniesienia? A może naprawdę jest niebezpiecznie i nasze telefony, GPSy, poduszki powietrzne i alarmy to po prostu część życia, którą trzeba zaakceptować żeby nie tylko czuć się, ale również, po prostu być bardziej bezpiecznym. 

Nie wiem, ale myślę sobie, że przeszłość przysłała mi jakąś wiadomość w formie tej historii i może to dobra okazja żeby się pochylić nad tym, co jest uzasadnionym lękiem, a co lekką paranoją. I jeśli, jak podejrzewam, lęk, z wiekiem, coraz bardziej mnie obrasta, to jak delikatnie, z czułością, odlepiać od siebie te cykorowe warstwy jedną po drugiej i zobaczyć jaką odwagę mam w samiutkim środku. 

EDIT: Po napisaniu tego tekstu, znalazłam na moim blogu wcześniejszy wpis o tej historii. Okazało się, że powód wysłania dzieci w las był bardziej przyziemny. Ale dodaję go tutaj dla zainteresowanych, bo mnie zaciekawiło jak bardzo beztrosko jest napisany tamten tekst. Ciekawe…

***** 2020

Posłuchajcie opowieści o posągu złotego Buddy. Dawno, dawno temu w tajlandzkiej wiosce był klasztor, przy którym stał ogromny posąg złotego Buddy. Cały posąg był ze szczerego złota, ogromny i ciężki. Mnisi z klasztoru byli z niego bardzo dumni i medytowali u jego stóp. Pewnego dnia dotarły do nich wieści o wrogiej armii, która zbliżała się do ich wioski. Z obawy o posąg i o to, że złoto, z którego jest zrobiony, stanie się cenną zdobyczą dla najeźdźców,  mnisi pokryli posąg gliną, błotem i cementem. W ten sposób posąg nie przedstawiał żadnej wartości.  Nieprzyjaciele wkroczyli do klasztoru, ale nie zainteresowali się zwykłym, kamiennym posągiem Buddy. Najazdy i grabieże trwały jeszcze wiele, wiele lat, pokolenia mnichów umierały i w końcu nikt już nie pamiętał o posągu. Wiele lat póżniej jeden z mnichów medytujących u stóp posągu, zauważył kawałek odłamanego kamienia na ziemi. Zauważył też, że w miejscy, z którego kawałek odleciał, coś się błyszczy w promieniach słońca. Zbliżył się i zobaczył, że pod cementem kryje się złoto. Zawołał pozostałych mnichów i powoli, powolutku, ostrożnie zaczęli odlepiać, odklejać, odłupywać kawałki cementu i gliny. Przed nimi ukazał się piękny posąg Buddy, cały ze szczerego złota. 

Ta, przytaczana często, historia ma wiele metafor, ale ja lubię tę, która mówi, że wszyscym z natury, jesteśmy “ze złota”. Głęboko, bardzo głęboko, lub całkiem nie głęboko jesteśmy szlachetni, perfekcyjnie dobrzy i niezwykle wartościowi. To życie, doświadczenia, środowisko, relacje oblepiają nas błotem, cementem. Obrastają nas chwasty i pnącza i zapominamy, że w środku lśnimy! Czasami zdarza się coś! Czasem to coś miłego, częściej jednak to coś bolesnego, smutnego. Czasem to coś to lata pracy nad sobą. W takim momencie maleńki kawałek odkleja się i odpada . Coś zaczyna się zmieniać, odczuwamy przesunięcie, wstrząs, może lekkie szturchnięcie.  Dzieje się coś takiego, co już nie może się “oddziać”. Prawie każdy z nas ma w swoim życiu takie wydarzenie, czasami jest ich wiele. Dla wielu z nas, ostatni rok był takim właśnie wydarzeniem. Wiem jak bardzo chcemy żeby już się skończył, żeby minął i nigdy nie wrócił. Mamy dość ograniczeń, strachu, zmartwień, niemocy i niemożności planowania. Mamy dość oddalenia od bliskich. Ale ten rok się zdarzył i się nie od-zdarzy. Może zamiast chcieć o nim zapomnieć, zakopać, wywalić z pamięci, pomyślmy, a raczej poczujmy, czy coś się w nas zmieniło. Może odłamał się kawałek gliny? Może odłupał się kawałek cementu? I może w szczelinie widzimy i czujemy samo dobro, samo światło, samo złoto! I może to da nam inspiracje, siłę, chęć do odklejania kolejnych kawałków w poszukiwaniu złotego Buddy w samym sobie. 

Tego Wam kochani życzę w Nowym Roku! A podczas nie-takich-jak-by-się-chciało świąt, życzę Wam i sobie zdrowia i spokoju, uśmiechu choćby na chwilę, choćby półgębkiem, choćby przez Zoom. Wesołych Świąt!  

***

There is an old story about the Golden Buddha statue. A long time ago, in a Thai village, there was a monastery with a beautiful, golden statue of Buddha. It was big and heavy and made of pure gold. It was the subject of pride for the local monks who meditated at the statue’s feet. One day a message came that the army of invaders were coming to the village. The monks were concerned about the statue, so they covered it with mud, clay and cement to hide its true value. Indeed, the invaders came to the village and the stone statue had no value to them.The invaders kept coming and occupying the village for many years. Generations of monks passed away and people forgot about the statue. Many years later a young monk, while meditating at the feet of the stone Buddha, noticed that a piece of concrete fell off onto the ground. He also noticed something shiny in the place when the piece of stone fell off. The monks came closer and saw gold in the crack. He called other and piece by piece, they peeled off the concrete and stone and the beautiful golden statue of Buddha was revealed. 

This, often quoted story, has many metaphors, but I like the one that says that in our nature, we are made of gold. We are all good, valuable and worthwhile. Life, society, relationships put piles of mud, clay and cement on us. We are covered with creepers and weeds and we forget that inside, we shine. Sometimes things happen. Sometimes it is something wonderful, more often it’s painful and sad, sometimes it is a long work that we do on ourselves. Then, a piece of concrete breaks and falls off. We feel that something is shifting, something is changing, something moves. It is something that cannot be un-done. Most of us have an event like this in their lives, maybe more than one. For many, last year was such an event. We all feel we want this year to end, to go away and never to come back. We are fed up with restrictions, fear, worry and helplessness. We are fed up with being away from our loved ones. But this year already happened and we cannot “un-happen” it. Maybe instead of trying to forget about it, put it far away behind us, we will see, or feel, if it has brought any change in us. Maybe a piece of clay has broken off. Maybe a piece of cement has fallen off. And maybe, in the crack it made, we can feel the light, the goodness, the gold. And maybe it can give us inspiration and strength to find the golden Buddha within. 

This is what I wish for all of you in this new, upcoming year and during the not-as-I-imagined holiday time, may you all be healthy, happy and may you smile even if it is a half-smile on Zoom. Happy holidays!

Czasem Dinaczarja, czasem Srarja

Dinacharya (czyt. Dinaczarja) to w Ajurwedzie optymalny plan dnia, który ma zapewnić zdrowie, dobre samopoczucie i równowagę w ciele i na duchu, w domu i w kosmosie. Powinien być zaplanowany zgodnie z potrzebami ciała i ducha, zgodnie z porami dnia oraz porami roku, pogodą, gwiazdami i innym metafizycznymi czynnikami. A ponieważ ja uwielbiam porządek, to idea takiego planu dnia zawsze mnie ogromnie intrygowała i wciąż dążyłam, i dążyć będę, do idealnej dla mnie Dinacharyi. Ułożyłam sobie taki plan dnia i jeśli macie ochotę o nim poczytać, zapraszam.

Podbudka o 6.30 – budzę się przed dźwiękiem budzika, wypoczęta, po spokojnej nocy. Chris krząta się w kuchni, czuję zapach kawy. Sam zapach wystarcza mi na kilka godzin, bo przestrzegam diety IF, czyli okresowego postu. Na łóżku, w nogach, spokojnie śpią dwa koty, pies Izzy na swoim posłaniu, na podłodze. Siadam. Medytacja + Savasana – dwadzieścia minut medytacji w ciszy i spokoju, po której następuje krótka Savasana (relaksacja) na leżąco, pod kołdrą z pachnącą, lawendową poduszką na oczach. Spacer z psem – ubieram się i wychodzę na spacer z Izzy. Idziemy daleko i w żwawym tempie, ja słucham audiobooka, Izzy biega wśród drzew oliwnych. Kiedy zniknie mi z oczy, wystarczy, że zagwiżdżę, a ona natychmiast wraca. Poskubie trochę kreteńskich ziół na lepsze trawienie, obszczeka kota sąsiadów. Wracamy zdyszane i szczęśliwe. Izzy dostaje przysmak, ja ciepłą wodę z cytryną. Ćwiczenia lub joga asana – każdego dnia na zmianę robię skrzętnie dobrane fitnesowe ćwiczenia z internetowym trenerem, lub ćwiczę jogę. Sama joga nie wystarcza mi żeby utrzymać umięśnienie niektórych partii ciała, więc ćwiczę pół godziny trzy razy w tygodniu. Pozostałe cztery dni to joga. Rozciągam mięśnie i skórę, oddycham i powtarzam pozycje, które albo sprawiają mi trudność, albo, wręcz odwrotnie, te, które sprawiają mi przyjemność. W trakcie popijam wodę z cytryną. Neti pot + Abhyanga + prysznic – to jeden z moich ulubionych momentów dnia. Neti pot (płukanie nosa) to ajurwedyjski, zdaje się, sposób na utrzymanie nosa i zatok w czystości i zdrowiu. Polega na wlewaniu wody do jednej dziurki w nosie, po czym, woda przepływa kanałami do drugiej dziurki, z której wylewa się po chwili. Od kiedy przestałam się bać, że się utopię, zabieg ten jest bardzo przyjemny i wydaje się również skuteczny. Abhyanga to samo-masaż ciepłym olejkiem. Olejek robię sama i podgrzewam go tuż przed masażem. Masaż odbywa się w ciepłym pomieszczeniu przy cichych dźwiękach muzyki. Długie kości masuję ruchem posuwistym, stawy, ruchem obrotowym. Po takim masażu ciało jest zrelaksowane i pachnące. Resztki niewchłoniętego olejku usuwam pod ciepłym, lub nawet gorącym, prysznicem i delikatnie suszę ręcznikiem. Śniadanie przygotowuję w towarzystwie łaszących się do nóg kotów. Jest to zdrowe i pełnowartościowe śniadanie dopełnione filiżanką aromatycznej kawy. Od glutenu stronię, bo nie za dobrze go toleruję. Po śniadaniu ogarniam dom. Sprzątam kuchnię, odkurzam, bo w domu z czterema zwierzakami zawsze jest kilka włosów do zebrania z podłogi. Czasem przecieram podłogi mopem, robię pranie, myję łazienki. Praca online – kiedy mam coś do zrobienia, pracuję na komputerze. Przygotowuję lekcje jogi, piszę, ogarniam stronę, odpisuję na maile. Lunch to dla mnie zdrowa i lekka przekąska nie zabierająca zbyt wieje czasu. Po lunchu zasiadam znów do pracy online, czytania, lub oglądania. Lubię czytać o jodze, szukać nowych artykułów, oglądać czyjeś interesujące zajęcia, wykłady, filmiki. Kiedy coś przykuje moją uwagę, grzebię w tym kilka godzin. Szukam, czytam, oglądam, robię notatki. Ponieważ wcześnie robi się ciemno, zabieram psa na kolejny spacer. Tym razem idziemy jeszcze dalej, pozwalam jej dłużej pobiegać, a ja rozmawiam przez telefon lub słucham podcastów. Kiedy wracam ze spaceru siadam do drugiej medytacji, po której następuje kolejna, krótka Savasana. Po medytacji zabieram się do przygotowania kolacji. Niekiedy są to szybkie dania, ale czasem lubię pogrzebać w przepisach i przygotować coś nowego i bardziej skomplikowanego. Nalewam sobie lampkę wina i gotuję. Wspólna kolacja to nasz rytuał. Kiedy Chris wraca z pracy, zapalam świece na stole, nalewam kolejną lampkę wina, jemy i gadamy. Czasem zadzwonią dzieci. Chris zazwyczaj sprząta po kolacji, ja karmię zwierzęta. Po kolacji siadamy na kanapie i oglądamy coś razem. Mamy ulubione seriale na Netflixie, czasem polskie wiadomości, czasem amerykańskie. Wyprowadzamy psa na szybkie siku, napełniam miskę kotom, bo lubią podjadać w nocy, dolewam wody do  miski z wodą, myję twarz, zęby, wkrapiam do nosa olejek Nasya (zatoki!), wskasuję do łóżka i czytam. Zazwyczaj o 22.00 już śpię. 

Ale jest też tak:

Podbudka o 6.30 –  wkładam telefon po poduszkę i zaczyna się długi proces się budzenia. Chris hałasuje wyciąganymi ze zmywarki naczyniami i wkurza zapach kawy, bo sama muszę na nią czekać jeszcze kilka godzin. Ledwo mogę poruszać ciałem, bo stawy po nocy w wilgotnym domu, na wilgotnej wyspie, skrzypią z bólu. Do tego zdrętwiała mi noga, bo pies spał na niej całą noc. Boli również szyja, bo spałam bez poduszki, którą zagarnął kot. Drugi leży na brzuchu. Moim. Jakoś siadam. Medytacja + Savasana – dwadzieścia minut medytacji przerywanej rzucaniem się po łóżku bawiących się kotów. Savasana, w której samym środku wchodzi Chris przygotować się do pracy. Spacer z psem – ubieram się i wychodzę na spacer z Izzy. Chciałabym iść daleko, ale razem z nami na spacer idą dwa koty, wskakują na drzewa, Izzy na nie szczeka, one miauczą. Czekam tylko na poranną kupę Izzy i spadamy do domu. Po drodze pies nażre się ptasich odchodów, Po tygodniu trzeba psa leczyć antybiotykami. W domu robię sobie wodę z cytryną. Ćwiczenia i/lub joga asana – niektóre ćwiczenia na mięśnie brzucha odbywają się na leżąco, na plecach. Czasem tam już zostaję. Kot wypija moją wodę z cytryną (serio!). Neti pot + Abhyanga + prysznic – zdarza mi się od czasu do czasu “utopić” podczas płukania nosa. Następuje wtedy seria kichnięć, kaszlu, prychania i chrząkania. A smak soli w gardle powoduje torsje. Zesztywniałe stawy nie pozwalają na duży zakres ruchów więc maznę się tylko zimnym olejkiem po twarzy i uciekam pod prysznic. Kiedy akurat przypadkiem włączona pralka pobiera wodę, woda pod prysznicem jest zimna. Wyskakuję spod niego szybko i ubieram się w pośpiechu w chłodniej łazience. Słucham wiadomości w radiu Nowy Świat i krew mnie zalewa ze złości. Śniadanie przygotowuję z łażącymi po blacie kotami. Zdejmuję je po kolei, myję ręce i zaczynam od początku. Nie powinnam jeść glutenu, ale chleb z Lidla jest taki dobry. Pieprzyć pszeniczny brzuch. I tak nie chodzę do pracy i nikt mnie nie widuje. Po śniadaniu ogarniam dom. Sprzątam kuchnię, odkurzam, bo kłaków w cholerę. Praca online – oprócz przygotowania jedynych w tygodniu zajęć jogi, to właściwie nie mam pracy. Lunch to czasami wielka wyżerka! Wspólnie z przyjaciółką robimy sobie dni klusek tartych, sosiku pieczarkowego i kapusty gotowanej oraz buraczków. Takie obżeranie się trwa kilka godzin. Po lunchu zasiadam znów do pracy online, czytania, lub oglądania…czyli oglądam Netflix i HBO. Ponieważ wcześnie robi się ciemno, zabieram psa na kolejny spacer. Wymykamy się przed śpiącymi kotami żebyśmy mogły pójść na dłuższy spacer. Izzy ucieka i kiedy zniknie mi z oczu, gwiżdżę pół godziny, a ona nie przychodzi. Wpadam w panikę. Dzwonię po Chrisa z płaczem. Biegam po polach i gajach oliwnych ze strachem i z perspektywą, że oto nie mam już psa. Izzy wraca. Kiedy wracam z “takiego” spaceru  nie siadam do drugiej medytacji, bo nie mam siły! Nalewam sobie lampkę wina i czekam na Chrisa. Postanawiamy, że mrożona, zielona fasolka sojowa to nasza kolacja. Wspólnie opróżniamy butelkę wina. Czasami nie gadamy, bo Chris nagadał się w pracy, a ja nie mam o czym. Nie sprzątamy, bo nie ma po czym. Zastanawiamy się dlaczego dzieci nie dzwonią już kolejny dzień. Siadamy na kanapie i oglądamy coś razem. Chris przysypia. Wyprowadzam psa na szybkie siku, biorę tabletki od bólu głowy żeby nie obudzić się z kacem, myję twarz, zęby, patrzę na olejek do nosa i rezygnuję. Będzie mi całą noc śmierdziało. Włażę do łóżka i czytam fejsbuka i instagrama. Zazwyczaj o 22.00 już śpię. Budzę się po godzinie, bo zapomniałam nasypać jedzenia kotom i nalać im wody. 

Czasem dinaczarja, czasem srarja. Czasem jest pół jednego, pół drugiego. A czasami jeszcze inny scenariusz. Mój wielki sukces jest taki, że przestałam się walić po głowie za scenariusz drugi, przestałam mówić sobie, że jestem beznadziejna, że leniwa, mało ambitna. Przestałam traktować scenariusz srarji jako dzień-porażkę, dzień stracony. Biorę co jest. I oczywiście, że wolałabym mieć pracę, najlepiej dużo pracy, nie jeść glutenu, wypijać tylko pół lampki wina i czytać Dostojewskiego do poduszki. Ale wtedy, to nie byłabym ja. 

Zemsta ślinika luzytańskiego

Jak w dobrym kryminale, zaczęło się od morderstwa. Na załączonym pod tekstem zdjęciu, widać miejsce zbrodni. Pewnego ranka, lekko zaspana, zeszłam na dół i półprzytomna włączyłam ekspres do kawy oraz otworzyłam przesuwne drzwi na taras. Otwieranie drzwi to proces raczej bezmyślny, a w moim wypadku raczej na pewno bezmyślny. Tak więc w momencie kiedy moje ramię przesuwało drzwi, oczy moje zobaczyły nagiego ślimaka (ślinika luzytańskiego) w punkcie zaznaczonym na zdjęciu numerem 1. Zanim mózg dostał taką informację i bez większego pośpiechu przekazał ręce, żeby się zatrzymała w swoim ruchu przesuwającym drzwi, było już po ślimaku. Został zgnieciony, a jego brunatne płyny ustrojowe rozlały się po mlecznej szybie drzwi. Przeprosiłam ślimaka, matkę jego i ewentualną rodzinę, którą po sobie zostawił, umyłam drzwi wstrzymując silny odruch wymiotny, po czym wypiłam świeżo zaparzoną kawę. I wydawać by się mogło, że na tym koniec. 

Nie. To nie był koniec. Był to natomiast początek koszmaru – codziennego, porannego sprzątania, mycia ściany, szyby i powstrzymywania odruchu wymiotnego. Był to również początek zaburzeń w ekosystemie naszej rodziny. Od tego dnia, codziennie rano na ścianie widoczne były ślady mazi pozostawione przez ślimaka, lub, co jest bardziej prawdopodobne, przez mnogie ślimaki. Ścieżki lepkiego śluzu wiły się na ścianie i dochodziły do wysokości kolan, co oznaczało brawurę i arogancję mięczaków. Z dnia na dzień pozwalały sobie na coraz więcej. Autostrady kleistej wydzieliny budowały się nocą coraz to dalej w głąb kuchni. Vendetta, jednak, to nienażarta sztuka i jak tylko ślimaki poczuły, że mogą sobie pozwolić na więcej, to sobie pozwoliły. 

Na zdjęciu, opatrzone numerem dwa, są dwie miseczki z jedzeniem dla kota. Mamy trzy koty, ale te dwie miseczki należą do najbardziej kapryśnego kota – księżniczki Louise. Obie miski muszą być czyste i pełne chrupiącej karmy, choć jej puszystość Louise, wyjada jedzenie wyłącznie z jednej. Druga jest na wszelki wypadek, ale broń Boże, nie na wypadek innego kota. Chłopaki kociaki mają swoje miski za rogiem. I do tej pory stosunki między kotami oraz kotami i psem były poprawne. Głodne zemsty za śmierć współlokatora szczeliny w ścianie ślimaki, postanowiły rozpieprzyć ten porządek. Zabrały się za paćkanie Louisowych miseczek, jedzenia w nich się znajdującego, drewnianej podstawki i metalowych nóżek. Jedzenie do wyrzucenia – księżniczka nie tknie pokrytego wydzieliną najdroższego na rynku greckim, suchego jedzenia dla kotów- miski i podstawka do mycia. A wiecie jak trudno domyć milimetrowe zakamarki w takiej maleńkiej podstawce na miski? Bardzo trudno! I choćby nie wiem jak myć, to zawsze jakaś niteczka klejącej mazi zostanie. A jak zostanie, to Louise ją wyczuje i jedzenia nie ruszy. Ruszy za to po jedzenie swoich braci. Co na to koci bracia? Niewidomy łakomczuch Homer nie wie kto mu zjada karmę. Wie tylko, że karmy nie ma. Maleństwo widzi i wie. Czasem pogoni Louise, która wie, że Maleństwo ma pęknięty, i zrośnięty!!, kręgosłup i nie biega zbyt szybko, więc po dwóch susach odwraca się i daje inwalidzie z liścia. Tak, czy siak, miski chłopaków są puste. Co robić? Najlepiej iść do psiej siostry i wyjeść jej jedzenie, które jest większe, pewnie ciężkostrawne i być może niezbyt smaczne choć to najdroższe na rynku greckim, jedzenie dla psów seniorów. Podczas gdy koty siedzą w wielkiej misce Izzy i wcinają jej jedzenie, ona stoi nam nimi i się wkurza, warczy, czasem szczeka. Koty nie reagują. Tak obżarty, nieodpowiednim, psim jedzeniem kot wyrzyga wszystko gdzieś w trudno dostępnym miejscu. I znów sprzątnie i znów z trudnem przełykam cofnięte do gardła śniadanie.

A gdzieś w ciemnych czeluściach szpar między przesuwnymi drzwiami a ścianą, pochowane w swoich kryjówkach, dumne z siebie, nagie ślimaki ocierają się o siebie (no bo nie mają rąk do radosnego zacierania) z zadowoleniem i poczuciem spełnionego obowiązku zemsty wobec zamordowanego współtowarzysza. 

Jeśli macie pomysły na oduczenie ślinika luzytańskiego łażenia po ścianach i obśliniania jedzenia Louise, dajcie znać! Będę wdzięczna! Zwierzęta również!

Lato, lato i po lecie…

Lato kończy się dla mnie kiedy…

W każdym kraju, w którym mieszkałam, lato kończyło w inny sposób. A to pogoda ogłaszała nadejście jesieni nagłym spadkiem temperatur, porywami wiatru i zwiększoną ilością opadów. A to sklepy oznajmiały, że czas na dyniowe wypieki, gorącą czekoladę, szalik w komplecie z rękawiczkami i super modną w tym sezonie spódnicę w kratę. Objęte obowiązkiem szkolnym dzieci to niezaprzeczalny znak, że lato dobiega końca. Tornistry, plecaki, zeszyty, książki, buty na wuef, wyścigi z zapisami na kółka zainteresowań (po poprzednim ustaleniu zainteresowań dzieci) i wreszcie nadchodzi ten dzień, kiedy dzieci znikają za drzwiami placówki edukacyjnej. Lato zakończone. Dla nauczycieli, tak jak w moim wypadku, koniec lata to pisanie planów zajęć, poznawanie nowych uczniów, robienie planów wycieczek, szukanie metodycznych nowinek.  Tegoroczne lato, jak i dwa poprzednie tutaj na Krecie, kończy się dla mnie, kiedy pustoszeje nasz dom. Dzieci wyjeżdżają do szkół zabierając ze sobą bałagan ze swoich pokoi i stosy pachnących piaskiem i solą morską ubrań. Pakują do walizek muzykę, śmiech, swoje eksperymenty kulinarne, nieustające zabawy z kotami, spacery z psem. Dom zostaje czysty, lśniący i bardzo pusty. Lato kończy się, kiedy kreteńskie plaże, tawerny i sklepiki pustoszeją, a sprzedawcy nie pytają mnie już, skąd jestem, bo skoro jestem, znaczy, że jestem lokalsem. Lato na Krecie kończy się z pierwszym deszczem i z pierwszym chłodniejszym dniem. A kiedy turyści wyniosą się w końcu z wyspy, wysuszona wielomiesięcznym słońcem natura zaczyna pić deszcz, chłonąć poranną rosę i powoli budzi się do jesiennego życia. 

Tegoroczne, koronne lato było inne niż poprzednie…

Dla nas było przede wszystkim dłuższe, bo jedno dziecko zawitało do nas już w marcu, a jak dziecko w dom, to jakby jaśniej, cieplej, weselej. Lato na Krecie było też dużo luźniejsze! Mniej turystów, a jak przylecieli to dopiero w lipcu więc maj i czerwiec były naprawdę piękne, spokojne, ciche, a jednocześnie bardzo letnie. Obostrzenia kowidowe na samej wyspie nie dawały nam się tak bardzo we znaki. Maseczki mi nie przeszkadzają, nie mamy ogromnego grona znajomych, z którymi nie moglibyśmy się spotykać ze względu na dużą ich liczebność. Tak, inne były wizyty u dentysty, wyjazdy do szpitala na wlewy leku dla córki, inne przywitania ze znajomymi na ulicy, inne wizyty u fryzjera, ale taka inność nie odbiera mi przyjemności z krótkiej rozmowy ze znajomą, ani zadowolenia z nowego koloru na włosach. 

Straciłam pracę na dobrych kilka miesięcy, ale za to podjęłam się nowego wyzwania. Zaczęłam prowadzić zajęcia jogi przez internet. Prowadzenie zajęć jogi przez Zoom wydawało mi się na początku dziwne, nienaturalne i myślałam, że będzie brakowało “połączenia” między mną a ludźmi praktykującymi po drugiej stronie ekranu oraz między nimi samymi. Połączenia czasem brakowało, ale tylko tego internetowego, bo jeśli chodzi o międzyludzkie to okazuje się, że nawet wirus nie może w tym przeszkodzić. Zoomowe zajęcia okazały się świetnym rozwiązaniem dla osób, które z jakichś powodów (nie tylko kowidowych) nie mogą iść na “żywe” zajęcia, lub dla osób, które miały ochotę poćwiczyć ze mną. Poznałam w ten sposób kilka wspaniałych, niezwykle wartościowych kobiet, a to bezcenny dar. Sama byłam na zoomowych zajęciach u wielu cudownych nauczycieli jogi, którzy, w zdrowych, niekowidowych, warunkach są poza moim zasięgiem. 

Trochę inne były rozmowy przy stole. Głównym tematem był wirus, obserwacja sytuacji na świecie, planowanie i zmiana planów, narzekanie na brak możliwości planowania, planowanie mimo wszystko i zmiana tych planów po raz kolejny. Inne były rozmowy z rodziną i przyjaciółmi. Inne zapewnienia o przyjazdach, odwiedzinach i szybkim spotkaniu. Inne były reakcje na informacje o zamknięciu kolejnego miejsca pracy, czy upadku czyjejś firmy. Inne były też doniesienia o lekkim przeziębieniu, kaszlu, lub podwyższonej temperaturze. Trochę inne obietnice, że wszystko będzie w porządku.

Jeden plus tego dziwnego lata to…

Nie pojechaliśmy na planowane, długie wakacje do Polski. Nie, to nie jest plus. To wielki minus. Ale za to zrobiliśmy coś, czego nigdy nie robimy – pojechaliśmy na spontaniczne, nie do końca zaplanowane wakacje po Grecji. Oczywiście spontan naszej rodziny jest na nieco innym poziomie niż spontaniczny wypad niektórych z Was. Urlop z pracy trzeba było wziąć dwa tygodnie wcześniej, załatwić kogoś do opieki nad dobytkiem, zabukować bilety na prom odpowiednio wcześnie i znaleźć choć jeden hotel na naszą objazdówkę po Peloponezie. Zabukowałam dwa, bo nie mogłam spać z nerwów! No ale reszta podróży była pod znakiem zapytania. Co będziemy robić, jak już dotrzemy do niewiadomego miejsca, czy wolimy plaże, czy wodospady, czy mamy ochotę pooglądać archeologiczne znaleziska, czy też wpaść do sklepu z antykami. Szaleństwo!

Wyprawa na Peloponez i późniejsze, jednodniowe wycieczki po Krecie to ogromny plus tego dziwnego lata. Mieliśmy zupełnie inne plany i nie starczyłoby nam czasu na Kretę i Grecję lądową. Jestem super zadowolona z naszych wakacji i być może to była pierwsza z wielu wypraw z serii: “Spontaniczne O’Connory”. 

A minus to…

Minusem ogromnym był fakt, że nie pojechaliśmy do Polski, nie widziałam się z mamą, bratem i przyjaciółmi. Chciałam pokazać dzieciom kilka fajnych miejsc w Polsce, mieliśmy pochodzić po górach, poleniuchować u mamy i poimprezować ze znajomymi. Obawiałam się o zdrowie najbliższych, szczególnie tych, którzy są w grupie ryzyka. Z jednej strony wiem, że zarazić można się wszędzie, a z drugiej nie darowałabym sobie, gdybym to ja przywiozła i zaraziła moją mamę, czyjeś dziecko z astmą czy cukrzycą. Zdecydowaliśmy, że nie lecimy. Strasznie mi smutno z tego powodu i wydaje się, że przyjdzie się jeszcze trochę posmucić patrząc na sytuację wirusową w Europie. Z tego samego powodu nie przyjechali do nas wszyscy zaplanowani goście. Nie pokazałam Krety, nie ugościłam. Moje dzieci już kolejny rok nie widziały się ze swoimi przyjaciółmi, na których tak bardzo czekali w tym roku. Nie zrobiłam cudnie zapowiadających się warsztatów jogi we Włoszech, warsztaty na Krecie również nie doszły do skutku. Bardzo mi tego szkoda. Nie odwiedziłam moich przyjaciół w Zurichu, nie “odwiozłam” dzieci do Dublina i Londynu. Nie siedziałam w samolocie od grudnia. Minus jak jasny gwint! 

Lato się kończy, a ja nie mogę doczekać się…

Z tym muszę uważać, bo mam tendencje do życia w przyszłości, do omijania momentu teraźniejszego i życia planami i wizjami dnia jutrzejszego. Nie chcę się rozkręcać, ale choć troszkę… Nie mogę się doczekać…wakacji za rok! Planujemy wyjazd do Stanów. Stęskniłam się i nie mogę doczekać się spotkania ze znajomymi, chcę pojechać do Rhode Island i w góry do Kolorado i być może spełnić swoje wielkie marzenie! Nie mogę doczekać się wiosny i maja i wyjazdu do Szwajcarii na warsztaty jogi z moją ukochaną nauczycielką jogi ze Stanów – to moje marzenie od wielu lat i już przebieram nóżkami na swojej macie! Nie mogę doczekać się świąt, choinki, kominka, Pavlovej z owocami… no i przyjazdu dzieci! Będzie wesoło, tłoczno, głośno, smacznie i świątecznie. 

A tak najbardziej to nie mogę się doczekać spokoju. Spokoju od wirusa. Nie mogę się doczekać, żeby jacyś super zdolni naukowcy wyprodukowali szczepionkę lub lek na wirusa, który tak bardzo zdezorganizował nam życie, pozbawił życia i zdrowia setek tysięcy osób, pozbawił pracy i perspektyw wielu znajomych, pozbawił spokoju i przewidywalności tych, którzy tego potrzebują na co dzień. I ja wiem, że wirusów jest wiele, że chorób jest wiele, że ludzie umierają i chorują, tracą pracę, czy zdrowie psychiczne z wielu innych powodów, ale na tu i teraz, dla mnie i mojej rodziny byłoby super połknąć tabletkę, zaszczepić się, wsiąść do samolotu i polecieć gdzie chcę, zobaczyć co chcę, odwiedzić kogo chcę, przytulić, wycałować, opluć niechcący śmiejąc się w głos i kichnąć nie całkiem w łokieć. Tego nie mogę się doczekać!

A na koniec, powiem tylko, że… lato to taka dziwna pora roku, której chyba wszyscy żałują, że się kończy. Dopada nas jakaś melancholia, smutek, otwieramy album ze zdjęciami i patrzymy na opalone ciała na plaży, na spocone twarze po wędrówce w górach, na rozbawione, skaczące dzieci, na hamaki i kapelusze. Wspominamy, przywołujemy obrazy, dźwięki, zapachy i smaki. A ja bym chciała, żeby było sprawiedliwie, żeby smucić się, że zima się kończy, że wiosna na finiszu. Albo…nie smucić się wcale. Czekać na każdą porę roku z taką bulgoczącą ciekawością, z podekscytowaniem i zachwytem nad wszystkim, co przyjdzie. Ja jeszcze nie umiem i się uczę, ale chciałabym bardzo…

***

Tekst ten powstał w ramach projektu Klubu Polki na Obczyźnie. Grupa blogerek z tej cudownej społeczności skupiającej kobiety, Polki, z każdego krańca świata, postanowiła podzielić się z Wami swoimi przemyśleniami na temat odchodzącego lata. Tegoroczne lato było inne niż wszystkie. Covid-19 pokrzyżował wiele planów, ale również otworzył nas na inne, nowe możliwości. Jeśli macie ochotę poczytać o wyjątkowym lecie naszych klubowiczek, zapraszam do śledzenia naszego “łańcuszka”. Teksty publikowane są na poszczególnych blogach w poniedziałki, środy i piątki. Więcej wiadomości znajdziecie na naszych profilu na FB i na Instagramie. Zapraszamy!

Kolejny tekst ukaże się w środę u Magdy, na blogu Zgub Się Tam. Magda która mieszka w Nowym Jorku i tam spędziła tegoroczne lato. Zapraszamy!

Bo najważniejsza jest rozpałka…

A było to tak. W pewien zimowy, kreteński wieczór siedziałyśmy z panią P. i panią J. w moim salonie próbując rozpalić ogień w kominku. Szło kiepsko. Może drewno zbyt mokre? Może za dużo? Za mało? Może za grube? Stanęło na tym, że winna rozpałka. Pani P. ma ogromne doświadczenie w rozpalaniu różnego rodzaju ognia. Zimne wieczory na polskim Podhalu nauczyły panią P. trików i sztuczek w temacie rozpalania ognia w kominku. Tutaj na Krecie jest mistrzynią palenia w swej kreteńskiej kozie (piec koza, bo inne też mamy, ich nie palimy). Zasługę dobrego ognia przypisuje rozpałce. Suche gałęzie, patyki zbierane na plaży do tobołka zrobionego z chusty mają być najlepszą rozpałką. A u mnie jakieś amerykańskie, napuchnięte od śmierdzącej benzyny klocki, które paliły się mocno przez moment, a potem gasły nie odpalając od siebie ani konarka, ani nawet gałązeczki. I tak temat wagi rozpałki w procesie palenia ognia snuł się przez cały wieczór i robił się coraz to bardziej zbereźny – proporcjonalnie do pitego wina. Gdzieś między kolejną lampką a przegrzebaniem paleniska pojawiła się na ekranie laptopa taka oto reklama.

Minęło kilka miesięcy, zrobiło się ciepło, słonecznie i o kominkach i rozpałkach się nie rozmawia. Aż to nagle pod-klub mojego Kluby Polki, zrzeszający dziewczyny piszące cudne teksty, książki, piękne wiersze i takie jak ja – wieloletnie amatorki, wymyślił wyzwanie dla pisarek. Pierwsze wyzwanie polega na tym, że mamy napisać tekst – forma dowolna – w którym zawarte są trzy słowa: gałąź, pień i…konar (ale obejrzeliście już tę reklamę, tak? Jeśli nie, to do dzieła). 

No i nie mogłam przepuścić takiej okazji do wykazania się wątpliwym talentem w pisaniu ód. A że pochodzę ze wsi położonej niedaleko Częstochowy więc nie jakieś wyszukane warszawskie, oryginalne wrocławskie, czy szlacheckie krakowskie, lecz rymy częstochowskie moi drodzy – banalne, proste, wręcz głupawe trochę. 

Zapraszam na Odę do Rozpałki (dla klubu Piór na Obczyźnie, wyzwanie1 – gałąź, konar, pień)

***

Oda do Rozpałki

Żadna ze mnie leśniczyni 

I gajowa wręcz przeciętna

Gdy w kominku ogień wzniecam 

Czuję się nieumiejętna

Konar, gałąź, pień się nie tli, w dłoni mej zapałka

Gdyż esencją, proszę państwa, jest dobra rozpałka. 

Taka gałąź, moi drodzy

Zwykle wątła i króciutka 

Nie zapali się tak łatwo –

Taka z niej filutka 

Choć się w gałąź dmucha srodze aż wychodzą białka

To esencją, proszę państwa, jest dobra rozpałka.

Konar by w płomieniach stanął

To nie są już żarty

Trza doświadczeń i zdolności

By się palił niepodparty

Kto z konarem się rozprawi, utonie w przechwałkach

Choć esencją, proszę państwa, jest wciąż ta rozpałka.

Pień to najtrudniejsza sprawa 

Martwy, ociężały

Nie pomoże niestrudzoność

Próżne jęków twych chorały

Choćbyś silił się i trudził nie podpalisz ni kawałka

Bo niezmiennie, proszę państwa, wciąż najlepsza jest rozpałka.

Bo gdy konar, pień, czy korzeń

Stać w płomieniach nie chcą wcale 

To rozpałkę kup kolego

Wtedy nagle jest wspaniale 

To najlepszy wybór z wszystkich dla takiego jak ty śmiałka

Bo istotą wszego ognia zawsze zacna jest rozpałka 

 

COVID-19 domówka

Trochę nielegalny spacer

 

Na początku podchodziłam do kwarantanny z nieskrywanym entuzjazmem. Nie muszę nigdzie jechać, nic załatwiać, mam czas na rzeczy, na które normalnie nie mam. Poczytam, obejrzę takie seriale, których nikt inny nie chce ze mną oglądać – na przykład Sense8 po raz trzeci. Posegreguję zdjęcia, nauczę się czegoś nowego. Poza tym, myślałam, mieszkając od dwóch lat na kreteńskiej wsi niespotykanie się z ludźmi jest zupełnie normalne. Podczas zimowych miesięcy, będąc bez pracy i bez potrzeby wychodzenia z domu, ludzi widywałam z rzadka. Na co dzień widywałam więcej psów, kotów, myszy i tych cholernych, drących się bez przerwy kogutów, niż ludzi. 

Minęło pięć tygodni. Odszczekuję żarty o kreteńskiej kwarantannie. Moje życie było pasmem towarzyskich orgii i beztroskich spotkań. Dni wypełnione były dotykiem, obłapywaniem się, bezkarną wymianą grzeczności przez płot czy ladę sklepową. Bez obaw ocierałam się o każdego przechodnia, bez strachu odbierałam wydawaną mi resztę, nie odkażałam chleba. Tarzałam się w dotkniętem obcymi stopami piasku, pływałam w niezdezynfekowanym w morzu. 

Pięć tygodni w domu. Nie wychodzę do pracy (bez kwarantanny też nie wychodziłam, ale teraz ten fakt jest znacznie bardziej dobijający), nie spotykam się z nikim. Dom uporządkowany jak nigdy wcześniej. Ubrania w szafie powieszone według kolorów, pościel ułożona alfabetycznie (wcześniej nadałam jej z nudów imiona), papier toaletowy według gęstości splotu. Ugotowałam już wszystko na co miałam ochotę i wszystko to również zjadłam. Mam siwe odrosty, nie golę nóg, nie noszę biustonosza, nie maluję paznokci. Mam trzy pary dresów i trzy bluzy z kapturem. Piorę je na okrągło. Nadal biorę prysznic, myję zęby i zmieniam bieliznę, ale zaczynam się zastanawiać czy te czynności nie są zbędne. Czytam pięć książek na raz, kilka z nich po raz drugi, bo nic nie pamiętam. Niczego nowego się nie nauczyłam. Zaczęłam haftować, zabrakło mi nici, zamówiłam przez internet, statek z zamówieniem utknął gdzieś na bliskim wschodzie. Zakończyłam haftowanie. Miałam nie pić alkoholu. Przeczytałam książkę, wysłucham innej i dowiedziałam się, że alkohol to wróg. Wysłuchałam innego ebooka i okazało się, że gluten też mój wróg. Nie jem więc glutenu. Ale nie daję rady. Muszę lepiej dobierać sobie wrogów. 

I jedyne co trzyma mnie jeszcze przy życiu to joga i medytacja. Są dni, że śpiewam mantry cały dzień i jednym wykopem staję na rękach przy ścianie! Są dni kiedy się zmuszam żeby zawlec swoje ciało na matę, przekładam kolana z jednej strony na drugą i sobie Savasanę zasunę od razu. Ale nigdy, przenigdy nie opuszczam medytacji. I to jedyny pewnik, jedyna rzecz, która jest niezmienna, która mnie gruntuje, wzmacnia, utwierdza. Potem jestem gotowa na wszelkiego rodzaju zachwiania i niepewności…na przykład niepewność w temacie miejsca pobytu czworonogów. Pies ma w dupie kwarantannę i zwiewa jak tylko zostawię otwartą bramę. Jeden kot jest niewidomy, ale z duszą włóczęgi, a drugi trochę większy od myszy domowej. Po medytacji jestem gotowa zmierzyć się z niepewnością którą rubrykę wybrać w formularzu, który musimy wypełniać przed wyjściem na spacer. Gotowa na niepewność czy doszedł mój sms do Wielkiego Brata w tej samej sprawie. Gotowa  na zachwiania nastroju po kolejnym pierwszym odcinku kolejnego serialu na Netflixie – nic już mi się nie podoba. 

I jeszcze trzyma mnie w pionie rower i nielegalne wycieczki pod klasztor Agia Triada, trzyma mnie w pionie Jaś, bo przy dziecku chociaż majtki trzeba założyć z rana. Trzyma mnie piękna pogoda i nadzieja, że już niedługo będzie lepiej i inaczej. Jestem pewna, że będzie inaczej. Ja już jestem na “inaczej” gotowa. A Ty? 

A to formularz do wypełnienia przed wyjściem z domu. Jeszcze tylko dodatkowy sms i można „swobodnie” wyjść. 

COVID-19

COVID-19 – chyba na każdego z nas, w jakimś stopniu, koronawirus miał, ma, lub będzie miał jakiś wpływ, niezależnie od miejsca zamieszkania, pracy, wieku, wyznania. Każdy, w każdym zakątku, ogromnej geograficznej przestrzeni dostanie jakąś przesyłkę od losu, której nadawcą jest COVID-19. Przesyłka będzie mała, albo ogromna, lekka, albo nie do podniesienia w pojedynkę. Przesyłka będzie niespodzianką, przekleństwem, wybawieniem z trudnego procesu podejmowania decyzji, lub jedynym wyjściem. Będziemy ją otwierać niechętnie, może odsuniemy na kilka dni w kąt z nadzieją, że rozpłynie się, zniknie. Będziemy na nią zerkać, zastanawiać się co się w niej mieści. Będziemy ostrożnie odpakowywać przesyłkę z drżącymi ze strachu, lub z przejęcia dłońmi, powoli otworzymy opakowanie. Być może odetchniemy z ulgą, może otworzymy oczy ze zdumienia, zapłaczemy, lub uznamy zawartość za błogosławieństwo w przebraniu ochronnym i w masce.

Pewnie wielu zgodzi się ze mną, że nie wszystko wróci do stanu sprzed miesiąca. Może nawet nic. Kataklizmy, nieszczęścia, epidemie ciągle nawiedzają naszą planetę i nasze społeczeństwo. Najczęściej jednak zdarzają się w jednym miejscu, często “nie u nas” i często są to rzeczy niejako znajome – trzęsienia ziemi, powodzie, wojny, pożary, strzelaniny, katastrofy ekonomiczne. Oglądamy wtedy wiadomości, kiwamy głowami, wygłaszamy wątpliwe mądrości o tym czego byśmy nie zrobili gdybyśmy byli na “ich” miejscu, wytykamy błędy, pomagamy jak możemy i zapominamy. Tym razem jest trochę inaczej. Wirus rozprzestrzenia się wszędzie i bardzo szybko. Nikt nie jest pewien co robić, ani my, ani rządy, ani nauka i medycyna. Nikt nie wie, bo to zupełnie nowa sytuacja. Nigdy nic takiego się nie wydarzyło. Poprzednie epidemie dotyczyły mniejszych obszarów, nie rozprzestrzeniały się tak szybko, lub zdarzyły się dawno kiedy przemieszczanie się ludzkości nie było tak dynamiczne. Wszystko jest nowe, nieznane, niezbadane, nieprzetestowane. Co dwa tygodnie temu było pewnikiem, że nigdy, że zawsze, że nie ma potrzeby, że kontrolujemy, wiemy co robić, teraz trochę się rozmywa. Tracimy kontrolę, nie mamy wiedzy, zmieniamy opinie. A my tego nie lubimy. Oj jak my nie lubimy nie mieć kontroli,  nie lubimy nie mieć stabilnej i jasnej opinii, nie wiedzieć, nie mieć innego wyjścia. A ja widzę w tym wszystkim cudowną i bardzo ważną lekcję dla nas wszystkich. To lekcja ogromnej pokory i zrozumienia, że my, ludzie, nie jesteśmy królami świata. To lekcja pokory oraz działania intuicyjnego. Nie wierzę w boga, który nas za coś karze, nagradza, coś daje, coś odbiera, który “tak chciał”, albo “tak nie chciał”. Wierzę jednak w mądrość, która jest wewnątrz nas, która ogarnia wszystko, ma wszystko, wie wszystko. Wierzę w mądrość wszechświata, w ogromny ocean wiedzy przekazanej nam przez naturę, naszych przodków, czas, kosmos, wszystko. Do tej mądrości prowadzi nas intuicja właśnie. I myślę sobie, że ten chaos wirusowy, to łażenie po omacku, te próby i błędy, ta zmiana opinii, decyzji to nic innego jak tylko wielka społeczna lekcja intuicji, takie Intuition Immersion Course (kurs intuicji przez zanurzenie). Nie dość, że sytuacja, w której się znaleźliśmy jako jednostki osobowe, jako kraj, Europa i świat wymaga działania intuicyjnego, bo nie ma podręczników, nie ma wzorców z przeszłości, to dodatkowo jesteśmy zmuszeni odizolować się od wszystkiego znajomego, od tego “ale mam zapieprz w pracy”, “nie wiem w co ręce włożyć”, “latam z piórkiem w dupie”. Trzeba usiąść na tyłku i przeczekać. A w trakcie czekania, trzeba pobyć ze samym sobą, ze swoimi lękami, obawami, z czarnymi myślami, z niekończącymi się pytaniami i niewiadomymi. To jest kopanie głęboko do środka. Wsłuchanie się w swoją intuicję, w swoją mądrość. Usłyszymy wtedy do czego nas ciągnie, do czego pcha, od czego odpycha, czego nam nie żal zostawić, a po czym będziemy rozpaczać. I powoli, powolutku zaczniemy zdrowieć, łagodnieć, być w zgodzie ze sobą, słuchać swojej intuicji. A kiedy już wszystko przejdzie, otworzymy drzwi rodzinie, przyjaciołom i sąsiadom i każdy wspólny posiłek będzie smakował najwyśmieniciej, każdy film w kinie będzie na wagę Oskara, każda kawa w kawiarni najlepsza na świecie, każdy uścisk dłoni, przytulenie, pocałunek będzie najpiękniejszą chwilą. Wtedy można usiąść, pomyśleć, pogadać i zobaczyć co dalej. 

Miałam dzisiaj taki sen, że przyjechałam na porodówkę i miałam zaraz zabrać się za rodzenie dziecka. Pielęgniarka zaprosiła mnie na siku (oczywista!!) a potem na “będziemy rodzić”. Przy ubikacji poczułam przyjemny zawrót głowy. We śnie wiedziałam, że to mój kolejny skurcz. Umyłam ręce (COVID-19!!) i otwierając z rozmachem drzwi na porodówkę pomyślałam z radością i podnieceniem: “no to do roboty”. Taki sen zapewne oznacza, że idzie zmiana, coś nowego się urodzi, coś zacznie. Zmiany mogą być różne oczywiście, ale czuję, że to dobre zmiany i że to zmiany dla nas wszystkich, dla planety, dla zwierząt i ludzi. Nie spierdolmy tego! 

 

Komisarz Papulous w akcji…

Komisarz Papulous stanął w otwartych drzwiach pokoju numer szesnaście. W pokoju panował półmrok. Od kilku dni pogoda na Krecie nie ułatwia pracy, ani w turystyce, ani nawet w policji. Leje, dżdży, pada i kropi, do tego wieje, hula, zawiewa i dmucha. Ciśnienie niskie, łeb pęka. Turyści chowają się w nielicznych o tej porze roku tawernach, a policjanci ratują się kawą. Często bezskutecznie. W pokoju paliły się dwie lampki. Jedna w kącie odsłaniając swym słabym światłem odchodzącą płatami farbę ze ścian. Farba ciemna i ponad dwudziestoletnia więc nie żal, ale pod spodem szału też nie ma. W latach dziewięćdziesiątych musiał być wymóg malowania ścian na oczojebny zielony, bo taki właśnie kolor wyłania się spod płatów odpadającej, ciemno-fioletowej. Druga lampka stała na stoliku posterunkowego Kontodinosa. Świeciła białym, zimnym światłem wprost na klawiaturę komputera. Kilka centymetrów nad klawiaturą zdały się wisieć zawieszone w powietrzu dłonie, których palce, prawie niespostrzeżenie, wykonywały miokroruchy jakby nie mogły zdecydować się w który przycisk klawiatury uderzyć, jaką literą zacząć zdanie. Dłonie były własnością posterunkowego. Jorgos Kontodinos nie raz już wypełniał formularze w komputerze. Mówiło się o nim na posterunku, że na klawiaturze pisze najszybciej. Młody jest, dzieciństwo spędził grając w gry komputerowe to palce ma wprawione. Teraz jednak jakby zastygł, jakby dłonie nie współpracowały z młodym, policyjnym umysłem. Być może nagromadzona ostatnimi czasy tusza przeszkadzała (świeżo po ślubie, a małżonka podobno dobrze gotuje). Dłonie z powodu wagi coraz to dalej od klawiatury, a swoboda ruchów na nieobracającym się od dawna krześle obrotowym graniczona. Kończyny od tego zdrętwieją. I te dolne, bo krzesła nie można regulować, a posterunkowego stopom do podłogi brakuje jeszcze kilku centymetrów. I te górne, bo utrzymać je nad klawiaturą to nie lada wysiłek. Oczy komisarza Papulousa powędrowały jednak w dół, na podłogę, na której leżał biały kabel. Kabel położony był na całej długości pokoju, jakieś dwa metry może. Komisarz zauważył jak mocno kabel odcina się kolorystycznie od szaroburej podłogi, nie pierwszej już czystości. Kabel musiał być nowy. Pewnie to ten, o który było tyle hałasu w zeszły piątek, że go Eleni z zaopatrzenia dostarczyła już w listopadzie, że ma na to kwit, że sam komisarz go podpisywał. A kabla nie było. To on, sam komisarz, znalazł go w poniedziałek rano zwinięty w kłębek za kartonem pełnym ulotek o niebezpieczeństwie wyprzedzania w miejscach niedozwolonych. Wyciągnął, poinformował Eleni o znalezisku i położył w widocznym miejscu. W połowie długości kabla klęczała kobieta, była pochylona do przodu, jedną ręką podpierała się o podłogę, drugą dotykała szyi. Kobieta, w średnim wieku, z krótko obciętymi włosami. Cudzoziemka – pomyślał komisarz. Greczynki bardzo rzadko noszą takie fryzury. Pewnie nie lubią, a może mają problem z ogarnięciem gęstych, falujących włosów. Jego żona często żali się, że ma za gęste włosy i nie może sobie z nimi poradzić. A jej włosy sięgają do aż ramion. Kobieta miała na sobie długi sweter, płaszcz jakby, którego duża część leżała teraz na podłodze. Komisarz skrzywił się na samą myśl śmieci, które płaszcz podniesie ze sobą z ziemi. Na prawej dłoni, którą podpierała się kobieta zauważył cienką obrączkę i ogromny pierścień z żółtym, nieobrobionym kamieniem. Takie sprzedają w starym porcie, w mieście. Pewnie turystka. Może ją okradli? Ale po co kabel? Dlaczego jest na czworakach? Zazwyczaj rozwiązania zagadek przychodzą mu do głowy szybko. Jest z tego znany. Kiedy jest problem z rozwiązaniem trudnej zagadki, dzwonią po Papulousa. Ten zawsze znajdzie rozwiązanie, widzi coś, czego inni nie dostrzegają, zauważa szczegóły, które innym umykają, myśli szybko i niekonwencjonalnie. Ale nie teraz. Nie tutaj. Coś mu się nie składa, nie pasuje. Z zadumy wyrwał go dźwięk, jakby przepełnione bólem skomlenie psa. Tak, ból dało się usłyszeć w tym skomleniu. Ale to nie pies, to ta kobieta wydawał z siebie taki odgłos. To ta kobieta piszczała, a ręką na szyi pokazywała jakby nacięcie, ranę. No tak, komisarz Papulous wiedział już wszystko.

Akcja ratowania psa z sąsiedztwa, opisana trochę tutaj, powiodła się tylko połowicznie. I tak, mówili żebym zaprzestała, bo każdy Grek strzelbę ma, ale już olej w głowie, nie każdy ma . Że mogą mi nieprzyjemności robić, straszyć, wioskę na mnie napuścić i takie tam. I to wszystko racja jest i pewnie tak się może zdarzyć, ale nie mogę. Mówi mi tu środek mnie samej, że nie można tak zwierzęcia zostawić i tak łatwo machnąć ręką choćby powodów do machania było kilka. Kilka dni po wpisie pies był przywiązany znów do jakichś metalowych prętów wkopanych w ziemię. Partyzantka straszna, spore niebezpieczeństwo dla psicy i jej szczeniąt więc wlazłam znów przez płot i uwolniłam trochę, ale okazało się, że pies ma wielką ranę od zaciśniętego łańcucha na szyi. No tak mnie to rozsierdziło, że zadzwoniłam po policję. Nie przyjechali. Zadzwoniłam jeszcze cztery razy i w końcu pojawili się. Grzecznie powiedzieli, że aby się coś zadziało, muszę złożyć zawiadomienie na komendzie. Już, dzisiaj, za chwilę, za minut dziesięć. Myślę, że pośpiech był zalecany żeby mnie zniechęcić, ale ja bezrobotna aktualnie jestem więc pojechałam. Na komendzie przydzielono mi jedynego prawdopodobnie policjanta, który nie mówi po angielsku. Grecy świetnie dają sobie radę z angielskim i prawie wszyscy są w stanie się jakoś dogadać. Prawie. Mój posterunkowy umiał jedno zdanie, a mianowicie “does it seem like…” (czy wydaje się, że…) a poza tym NIC. Powtarzał więc ten początek, a następnie kończył po grecku. Z punktu widzenia językowca, to bardzo interesujące, dlaczego taki wstęp, kto go nauczył, skąd, gdzie i po co… Z punktu widzenia składającej zawiadomienie o znęcaniu się nad zwierzęciem , wyglądało to kiepsko. Ale jako, że niejednego raw beginnera się angielskiego nauczyło, pantominę i onomatopeję mam obcykaną! Ta kobieta z opowiadania o komisarzu Papulousie chciała pokazać, że wzdłuż posiadłości, kilka centymetrów na ziemią, przymocowana jest linka metalowa (nie było linki, ale w kącie pokoju znalazłam biały kabel), do linki przywiązany łańcuchem jest pies, który nie może się ruszać, który piszczy z bólu i z niemocy i ma ranę na szyi, która krwawi. Ta kobieta, jakby się kto jeszcze nie domyślił, to ja. Wstałam, podpisałam co trzeba, uścisnęłam puchną dłoń posterunkowego Kontodinosa (nie jest to jego prawdziwe nazwisko) i wyszłam. Jestem pewna, że przez długie lata będą o mnie opowiadać, albo przynajmniej do następnego razu, bo wczoraj, bez kitu!!!, pojawił się u nas ślepy kot. Ma wyłupaną dziurę w miejscu jednego oka. Nazwaliśmy go Jurand i walczymy o jego życie.