Monday morning quarterbacking…*

screen-shot-2017-02-06-at-10-12-35-pm

* Monday morning quarterbacking – rozmawiać, rozprawiać, zazwyczaj krytycznie o zdarzeniach, które już się wydarzyły. Po angielsku tutaj.

No i znów wygraliśmy! Wczoraj odbył się Super Bowl – finał ligi futbolu amerykańskiego. W finale zagrali nasi, czyli drużyna Nowej Anglii – Patrioci i…nie wiem, ale, wybaczcie ignorancję, nie obchodzi mnie to ani trochę. Najważniejsze, że wygraliśmy my remisując w ostatnich trzech minutach i wygrywając w dogrywce – bardzo historycznej, bo nigdy wcześniej takowa się nie wydarzyła. Futbol amerykański to strasznie durna gra. Piłkę ma pozwolenie rzucać w zasadzie tylko jeden człowiek. Tylko najprzystojniejszy, najlepiej zarabiający, z najpiękniejszą żoną, brazylijską supermodelką z niemieckim nazwiskiem. Złapać tę piłkę może tylko kilku kolesi najprzystojniejszego. Reszta to czołgi. Są na boisku tylko po to żeby walić się na przeciwników, przewracać ich, nawalać po nerach, targać za kaski, chwytać za mięsiste pośladki (słowo daję, że zawodnicy drużyny przeciwnej nie mieli majtek na sobie) i leżeć na sobie podejrzanie za długo. Co mnie zupełnie wyprowadza z równowagi to debilne walenie się po łbach. Czasem kaskiem o kask, czasem z liścia. A wszystko to z radości oczywiście.

W przerwach, bardzo zresztą częstych, meczu pokazywane są reklamy. Reklamy te są specjalnie kręcone na tę okazję i po Super Bowlu nie można ich już zobaczyć w telewizji. Kosztują też okazyjnie – średnia cena za półminutową reklamę wynosi 4.5 miliona dolarów i dodatkowy milion lub dwa żeby taką reklamę wyprodukować i zatrudnić sławnych i ciekawych. W tym roku niektóre z nich były bardzo niczego sobie, no ale jak tu nie czuć obrzydzenia? W połowie meczu wystąpiła Lady GaGa. Nie jestem fanką jej szalonej twórczości, ale szoł był i w tym roku nie chodziło o muzykę i układy taneczne, ale o przekaz polityczno-społeczny. I był. I gustownie, w miarę nieograniczonych możliwości wykonawczyni, było i interesująco również. Na koniec pokazali Żagań! Nie, nie żartuję… Na koniec pokazali, jak żywy, namiot wypełniony trzeźwą, wypoczętą jak na czwartą nad ranem czasu żagańskiego, w zapiętych pod szyję mundurach polowych, jednostkę amerykańskich sił zbrojnych stacjonującą w Żaganiu. Tak dla uspokojenia narodu amerykańskiego chyba, że wywiezieni na roboty do Polski żyją i mają się dobrze. Mają ogrzewany namiot, ekran wielkości stodoły, połączenie internetowe i niezłe nagłośnienie. Nawet w Żaganiu takie cuda.

Z takim niespodziewanym mistrzostwem położyłam się spać, ale nie na długo. Z barów, lokali, domówek i kanałów wyleźli głośno imprezujący fani. Śpiewali, krzyczeli i odpalali sztuczne ognie. Pies panicznie boi się wystrzałów i okazuje to w bardzo specyficzny sposób. Wskakuje nam na łóżko, wybiera sobie co ładniejszą twarz i na niej siada! Trzęsie się przy tym i popiskuje więc sumienie nasze rozkołysane na maksa. Napiera tyłkiem na powietrznię ludzkiej facjaty z całej swojej, niemałej siły i tylko wtedy uspokaja się na moment. W tym samym czasie, zupełnie nieempatyczny kot, korzystając z poruszenia w sypialni, postanawia zaangażować nas w zabawę. Przynosi w pyszczku wszystkie dzwoniące i szeleszczące zabawki z dołu, ciągnie je po schodach, z trudem, po kilkakrotnych nieudanych próbach wskakuje na łóżko, kładzie je obok trzęsącego się jak osika psa i gna na dół po kolejną. I tak do północy. Wzięłam melatoninę, zamknęłam oczy i obudziły mnie dzwony do jogi o piątej rano. Wstałam, poćwiczyłam jogę, zdrzemnęłam się podczas medytacji (tak, medytuję – osobny post, bo to kabaret jest) i pojechałam do pracy.

W szkole przed zajęciami rozmowy o meczu. Jaki to ekscytujący był, jak to tylko „nasi” potrafią się do kupy zebrać i już prawie przegrany mecz wygrać. Jaki to nasz Tom Brady (ten wyłącznie rzucający piłkę, najpiękniejszy, z cudną żoną) rozmyślny, heroiczny niemal, jakie ma piękne niebieskie oczy i dobrze przycięte włosy. Jak to jego żona, Gisele, skakała ze szczęścia, jak jej do twarzy z tym skakaniem, jak jej włosy falowały, jakie selfie robiła, że aż upadła jej komórka, jak to się całowali czule po meczu. I tak pomyślałam, że sport jednak łączy ludzi. Nie ważne po której stronie barykady politycznej, nie ważne, na którym marszu byli, jeśli jesteś z Nowej Anglii – świętujesz. I w tym momencie wszedł taki jeden party pooper (w wolnym tłumaczeniu „sracz imprezowy”) i oznajmił, że Tom Brady, kapitan drużyny New England Patriots to koleżka Trumpa… I po superbolu!

Z Trumpostanu…

screen-shot-2017-02-04-at-5-04-20-pm

(karykatura autorstwa norweskiego artysty – Christiana Blooma)

No i przestało być śmiesznie i przestało mnie to mało obchodzić, przestałam mieć w tyle i się nie wtrącać. Do niedawna byłam najmniej politycznym człowiekiem w tym kraju, teraz zostałam zmuszona się choć trochę zaangażować. Jestem wściekła, zniesmaczona, ale przede wszystkim zatroskana, żeby nie powiedzieć, przerażona tym, co się dzieje w moim obecnym kraju. Martwię się o przyszłość mojej rodziny i całego, połączonego krwioobiegiem świata. Brzmi pompatycznie, wiem, ale sytuacja wymaga pompy, choć może raczej bomby wymaga żeby to wszystko durne pomarańczowe wysadzić w cholerę! Z przyjaciółmi i świtą.

Codziennie siadając do kolacji przynosimy do stołu nowe, złe wiadomości, co kto usłyszał, zobaczył, pomyślał, czy poczuł. I ulubiony łosoś mniej smakuje i wina nie starcza. Na koniec dopychamy się Trevorem i Stevenem i wkurwieni na maksa zasypiamy. I każdego wieczoru wydaje nam się, że gorzej być nie może…i każdego ranka okazuje się, że co jak co, ale gorzej zawsze może być.

I tak na przykład, według naszego prezydenta globalne ocieplenie to wymysł liberałów i szalonych ekologów. Nie ma czegoś takiego jak globalne ocieplenie, a skoro nie ma, znaczy trzeba usunąć wszystko na temat zagrożenia środowiska tymże wymysłem ze stron internetowych parków narodowych. Usunięto też badania i informacje na temat zmian klimatycznych ze strony internetowej Białego Domu. I już. I problem, który zagraża całemu światu, którego skutki widoczne są dla wszystkich, którzy mają oczy i uszy otwarte, zniknął. Nikt nie będzie edukował dzieci w tym kierunku, nie będzie badań, przepisów, zaleceń…po co? Przecież nic się nie dzieje.

Kolejny niewypał to dekret ograniczający wjazd do USA obywateli kilku niefortunnych krajów wybranych poprzez ciskanie rzutkami w mapę chyba, no bo na pewno nie w jakiś logiczny, poparty dowodami, statystykami, czy choćby minimalnie racjonalnym myśleniem sposób. Dekret ten wywołał ogromne poruszenie wśród podróżujących do Stanów. Ludzie, którzy czasami po wielu latach starań, tonach dokumentów, litrach łez i marzeniach o lepszym, często po prostu bezpiecznym, życiu dla siebie i swoich dzieci zostają zawrócenie z lotnisk w swoich krajach, na lotniskach tranzytowych, czy, już na miejscu, skuci w kajdanki wyprowadzani z sali przylotów na wielogodzinne oczekiwanie na pomoc. Na wielu amerykańskich lotniskach rozegrały się nieprzyjemne i pełne emocji sceny. Strach o siebie, o najbliższych, czasem strach o swoje życie spowodowany bezmyślnym i najprawdopodobniej bezprawnym dekretem jednego kretyna. Kto choć raz przyleciał do Stanów z „przygodami”, dobrze wie jak poniżające i upadlające może być powitanie amerykańskich służb granicznych. Codziennie słyszę coraz więcej historii zatrzymanych podróżujących, studentów, lekarzy, pacjentów, naukowców, mężów, żon i dzieci i nie mogę uwierzyć, że to się dzieje naprawdę.

Mur meksykański, rozpoczęcie odkręcania reformy ubezpieczeń zdrowotnych wprowadzonych przez prezydenta Obamę, plany obniżenia podatków i propozycje takich debili jak pani DeVos na tak ważne stanowisko jak departament edukacji i tysiąc innych, potencjalnie niebezpiecznych rzeczy to pewnie dopiero początek. I nie pozostaje nic innego jak tylko pakować manatki i zwiewać stąd gdzie pieprz rośnie, albo gdzie kapusta, ziemniaki i dobre jabłka… Ale kiedy doszliśmy do wniosku, że wszystko czego teraz od życia chcemy, to Europa, okazało się, że kolejny dekret prezydentunia naszego to zamrożenie etatów w sektorze rządowym, czyli praktycznie zerowe szanse na pracę w Europie. I dupa blada! Zaczynamy starania o status uchodźców w jakimś fajnym europejskim kraju. Myślę, że podstawy do tego mamy…

I koniec, o Trumpie już nie napiszę. Wątrobę mnie to kosztuje.

 

 

Alternatywne fakty Ameryki…

Historia prezydenckich „faktów alternatywnych” jest dość krótka, ale nie niespodziewana, bo czegóż to zgodnego z faktami można się spodziewać po naszym, tfu tfu na psa urok, prezydencie. Określenie padło z ust doradczyni prezydenta broniącej wypowiedzi rzecznika Białego Domu, który oznajmił, że media kłamią. To, że wiele z nich i nierzadko, to oczywiście wiadomo, ale żeby tak kłamać w sprawie najlepszej, największej inauguracji najwspanialszego prezydenta, to już kryminał. Według Białego Domu inauguracja przyciągnęła największe tłumy w historii tej jakże ważnej dla Amerykanów uroczystości. Tyle, że zdjęcia, jak również statystyki prowadzone przez waszyngtońską kolej podziemną jasno potwierdzają, że to kłamstwo. To znaczy nie kłamstwo, a alternatywny fakt, według pani Conway. Wiadomości na portalu Białego Domu, że przestępczość w Stanach wzrosła, kiedy prawda jest taka, że znacznie zmalała to również fakt alternatywny. Początkowe zapewnienia Trumpa, że nigdy nie powiedział nic o łapaniu kobiety za krocze, mimo, że wszyscy nagranie słyszeli. Fakt alternatywny. Tłumaczenie rzeczywistego zwycięstwa Hilary Clinton (w tym sensie, że w każdym innym, normalnym kraju, to ona byłaby prezydentką) milionami nielegalnych wyborców, twierdzenie przez lata, że Obama nie jest Amerykaninem i nie powinien być prezydentem, przekonywanie, że dane dotyczące niskiego bezrobocia w Stanach są sfałszowane… Takich faktów nasłuchamy się jeszcze nie raz i nie dwa przez kolejne cztery lata i dopóki będą o ilości ludzi w tłumie na jakimś pochodzie, czy innej bibce, to git. Gorzej kiedy fakty alternatywne będą podłożem do decyzji dźgających w bezpieczeństwo i zdrowie ludzi. „Wojna to pokój. Wolność to niewola. Ignorancja to siła”. Czy to Orwellowskie dwójmyślenie (sprzedaż książki 1984 znacząco wzrosła w przeciągu kilku dni #faktfaktyczny), bliższe sercu bareizmy, czy też „trumpfakty”, może być i śmieszno, i straszno.

Na razie śmieszno…

Oto kilka moich alternatywnych faktów. Ponieważ nie jestem zaznajomiona ze składnią prezydenta Trumpa, skorzystałam z tych wskazówek. Wyobraźcie sobie jeszcze odpowiedni głos i palec, w porywach dwa, w górze. A ten tutaj to hołmmejd prezydent Trump dla lepszej wizualizacji.

fullsizerender-14

Jestem bardzo, bardzo, bardzo dobrą gospodynią. Niesamowitą gospodynią. Najlepsze gospodynie świata dzwonią do mnie z pochwałami mojej gospodarności. Mam czysty dom. Najbardziej czysty. Bardzo, bardzo, bardzo czysty dom. Wszyscy mówią, że moja kuchnia jest wyśmienita. Gotuję bardzo, bardzo dobrze i jedzenie jest pierwszorzędne. Wierzcie mi, wspaniałe. Ogródek? Najlepszy w East Greenwich. Piękny i wspaniale utrzymany. Mówią, że jest czarodziejski. Ja nie wiem, tak mówią. Wielu, wielu ludzi tak mówi. Najbardziej czerwone pomidory, najbardziej śmierdzące skunksy. Najskuteczniejsze skunksy w Ameryce. To jest cudowny, cudowny ogródek. Najwspanialszy!

fullsizerender-15

Nikt mnie nie zwolnił! Sama odeszłam. Nasza szkoła to nie jest dobra szkoła. To są źli ludzie. Oszukańcy. Odeszłam i niech żałują. Będzie mi bardzo, bardzo, bardzo dobrze na bezrobociu. Tysiące ludzi powtarza mi, że jestem super nauczycielką. Moja przyjaciółka, mistrzyni świata w nauczaniu, powtarza mi to ciągle. Znajdę pracę na najlepszym uniwersytecie w Stanach i będę tam najlepszym wykładowcą. Uwierzcie mi. Bardzo, bardzo dobrym wykładowcą.

fullsizerender-12

Codziennie dostaję setki telefonów i maili zapewniających mnie, że wyglądam zdrowiej, szczuplej i młodziej. To są bardzo, bardzo mądrzy ludzie, wielkie autorytety w dziedzinie mówienia mi takich rzeczy. Z dnia na dzień jestem coraz młodsza, moja skóra jest bardziej napięta, pośladki bardziej jędrne, a cycki bardziej sterczące. Nie wiem, ale tak mi wszyscy mówią. Jestem bardzo, bardzo, bardzo zdrowa. Nie mam żadnych ohydnych, zdradzieckich chorób i czuję się znakomicie. Uwierzcie mi. Znakomicie! Najlepiej!

fullsizerender-13

Koty sikają na łóżkach. To prawda. Koty sikają na łóżkach. Mówicie, że nie wszystkie. Mówicie, że nie zawsze sikają? No, ale ktoś jednak sika na łóżkach i to nie jestem ja. Koty to nie są dobre zwierzęta. Trzeba się ich pozbyć. Koty muszą się wynosić. Nie możemy pozwolić na to żeby koty odbierały nam wolność, niszczyły nasz dobytek, odbierały swobodę. Uwierzcie mi. Najwięksi specjaliści od kotów, moi przyjaciele, mówią, że koty zasikają nam wszystko. Utoniemy w sikach kotów. Koty to bardzo, bardzo, bardzo niedobre zwierzęta.

A tak na serio? A tak na bardziej serio to będzie kolejny wpis. Uwierzcie mi. Będzie wspaniały. Znakomity!

 

 

 

Bez gardy…

screen-shot-2017-01-21-at-9-38-11-am

Październik 2014. Kilka tygodni po przeprowadzce. W naszym starym nowym domu robotnicy, puszki z farbami, sufity na podłodze, drzwi w oknie i węże w piwnicy. Ja jadę na rozmowę o pracę, a raczej na rozmowę o kilka marnych godzin w zastępstwie za jakiegoś przyszłego niedomagającego.

Umieram ze strachu. Inteligentnie wyglądająca pani w okularach nisko na nosie, wysoki i postawny mężczyzna w garniturze. Zadają mnóstwo pytań z metodyki, gramatyki języka angielskiego i zarządzania klasą. Poszło dobrze. Szkoła mała, przytulna, na sielankowo wręcz wyglądających, jak się później dowiaduję, ociekającym kasą prywatnym uniwersytecie. Obserwowana lekcja taka sobie. Potrafię lepiej.

fullsizerender

Czasami słowa nie wystarczą i trzeba rysować, mimo tego, że się nie potrafię. Moja desperacka próba tłumaczenia wypowiedzi argumentacyjnej

Kilka tygodni później. Telefon wieczorem, że kogoś grypa dopadła, rano uczę. Sześć godzin ciurkiem. Biegunka, ból głowy, zębów i podwyższone ciśnienie. Później wieczorem padam na pysk ze zmęczenia. Szczęśliwa. Znów klasa, znów uczniowie, znów tak jak lubię najbardziej.

Kilka tygodni później. Więcej telefonów, więcej godzin, mniej bólu głowy i zero biegunki. Uczę się tylu nowych rzeczy, przypominam sobie jak pisać wypracowania, dopytuję nauczycieli jak wypełniać dzienniki. Szczęścia i satysfakcji tyle, że nie uniosę.

Jakiś czas później. Proponują pełny etat, stałą pensję, ubezpieczenie, urlop po kilku miesiącach pracy, własną klasę i biurko. Propozycję z nieukrywanym entuzjazmem przyjmuję i opijam wieczorem.

fullsizerenderKiepska jakość zdjęcia tłumaczona jest nocą, nartami i dziesięcioma stopniami poniżej kreski.

Kolejne kilka miesięcy. Dostaję najwyższe oceny uczniów. Nikomu nie przeszkadza, jak to bywało w Niemczech i w Polsce, że nie jestem nejtyw spikerem. Wręcz przeciwnie. Cenią sobie moje uwagi, perspektywę byłego ucznia, pomysły i rozwiązania. Robię dwa szkolenia dla nauczycieli, w tym jedno w połowie prowadzone po polsku żeby uświadomić nauczycielom jak to jest być uczniem początkującym. Po szkoleniu, największy sceptyk „obcych” nauczycieli podchodzi i dziękuje. Mój środek szaleje ze szczęścia.

fullsizerender

Jakiś czas później. Zostaję dyrektorem metodycznym na dwa miesiące. Zachwycona jestem uznaniem, podekscytowana możliwościami. Po dwóch tygodniach ekscytacja mija, pojawiają się nudna biurokracja, ograniczenia we wdrażaniu moich znakomitych, ma się rozumieć, pomysłów i monotonia. Tęsknię za klasą i uczniami. Na szczęście dyrektor wraca, a ja wracam do siebie.

Kilka miesięcy później wprowadzam pilotowy w naszej szkole przedmiot – połącznie istniejącej fonetyki z nauką czytania. Piszę plan, robię pomoce, sprowadzam książki. Po dwóch miesiącach programu – sukces! Program zostaje na zawsze.

img_6099_srgb

Jeden z moich ulubionych przykładów nieprzykładania się do przekazu. Uczeń miał zilustrować powiedzenia „looking forward to something”, że niby nie może się doczekać na coś.

Miesiąc temu. Dostaję nagrodę i w marcu jadę na konferencję metodyczną. Wybieram z katalogu konferencji szkolenia, wszystkie niezmiernie ciekawe i na wszystkich chcę być. Na raz. No nie da się. Wybieram nauczanie angielskiego osób z dysleksją. Mam dwóch takich w szkole. Nie wiem czy wiedzą, że mają dysleksję, bo w ich kulturze nie można być „upośledzonym” i nikt o tym nie mówi. Nam nie wolno mówić. Poduczę się, pomyślałam, i cichaczem przemycę to i owo. Być może pomogę tym dwóm. Będę mądrzejsza, pełna entuzjazmu, pomysłów, nabuzowana pozytywną, metodyczną energią. Jak wrócę będę jeszcze lepszym nauczycielem.

fullsizerender

Nie będę. Przynajmniej nie u nas. Dwa tygodnie temu dowiedzieliśmy się, że zamykają naszą szkołę. Zamykają, bo napływ uczniów jest zbyt mały, bo szkoła niewielka, bo w mało atrakcyjnym dla młodzieży miejscu. Od maja jestem bez pracy. Ta praca, w tej szkole, z tymi uczniami, z tymi koleżankami i kolegami, z otwartością na inne, obce i dziwne, z wiecznym dążeniem każdego z nas żeby być lepszym, nauczyć więcej, pomóc bardziej…Ta praca była od jakiegoś czasu jedynym powodem, dla którego chciałam jeszcze zostać w Stanach. Już nie chcę!

fullsizerender

Moje ulubione koleżanki po fachu, pani Jesień i pani Panda. Tych mi będzie najbardziej brakować.

P.S. Po wczorajszej inauguracji nowego prezydenta jeszcze bardziej nie chcę.

 

 

Noworoczny zaciesz…

fullsizerender

Żeby osłodzić mi trochę życie i na złość zrobić mojemu świątecznemu narzekaniu, Nowy Rok postanowił obsypać mnie samymi wspaniałościami. Od samiuśkiego pierwszego stycznia działo się nic tylko dobruchno.

Spadł śnieg. Niby nic, bo w końcu zima, ale nie…śnieg to jest jednak coś. W dobie globalnego ocieplenia, które, mimo głośnego zaprzeczania naszego za chwilę prezydenta, się odbywa, śnieg w Nowej Anglii to rarytas. Padał cały dzień i wieczorem było go już zupełnie pełno. W takich okolicznościach przyrody można wybrać się na spacer. Jest cicho, głucho, bo każdy dźwięk tłumiony jest przez spadające płatki śniegu, jest ciemno i pusto, bo śnieg w Stanach odstrasza większość. Spacerują tylko odważni z dziećmi i psami. Psy rzucają się w śnieg, dzieci rzucają się na psy. Matki się drą, że spodnie na śnieg było założyć, bo tyłek odmarznie i jutro katar ani chybi – moje mówią, że tylko ja się darłam, ja zaprzeczam, wyraźnie słyszałam też inne. Jest pięknie, biało, miękko, zimowo i tak lubię najbardziej.

Z okazji śniegu pojechałam z moimi uczniami na narty na nieco ponad wybrzuszenie terenu, bo górką tego nazwać się nie odważę. Dwadzieścia pięcioro narciarzy i snowboardzistów, tylko troje umiejących się na sprzęcie samodzielnie poruszać. Jako że byłam jedynym ciałem pedagogicznym na nartach, miałam ich wszystkich pod opieką. Okazuje się, że Japończycy, na lekcjach karni i posłuszni, w styczności z zimnym powietrzem zyskują na odwadze. Saudyjczycy wręcz przeciwnie. Zanim jednak wszyscy trzej zrezygnowali, zrobiliśmy szoł na wyciągu wyrwirączce. Oklaskom nie było końca. Podczas gdy próbowałam przesunąć, dźgając kijkami po żebrach, dwa razy większych ode mnie, wyjących ze śmiechu i leżących w poprzek drogi wyciągu Saudyjczyków, dziesiątka dziewiczych, japońskich narciarzy zwiała mi na wyciąg krzesełkowy. Wjechałam za nimi. Całą dziesiątkę znalazłam w lesie, w śniegu po pas, między drzewami, w odległościach kilku oddechów od siebie. Ponoć wszyscy ruszyli na raz, a że nie wiedzieli jak się zatrzymać, nie zatrzymali się. Przypomniała mi się szkółka narciarska z Garmisch, podnoszenie rozczłonkowanych sześciolatków i śmierć w oczach sunących między drzewami nastolatków. I mimo, że dziś właśnie wróciłam z fizjoterapii, bo moje plecy trzech Saudyjczyków i dziesięciu Japończyków nie wytrzymały, to był to jeden z najfajniejszych dni na nartach w moim życiu.

Przeczytam gdzieś w namolnych mediach, że ten rok to rok pozytywnego egoisty. To rok żeby zrobić coś dobrego dla siebie. Trafiło na podatny grunt. Obejrzałam filmiki prześlicznej Marie Kondo, zapytałam się dwóch bluzek, trzech torebek i jednej książki czy przynoszą mi radość (Does it spark joy? – obejrzyjcie, warto. Sceptycy mogą przymrużyć oko, nawet dwa). Wszystkie chórem odpowiedziały, że nie. Podziękowałam zatem tuląc je do serca i wyrzuciłam. Wyrzuciłam stare buty, kilka nie wyjściowych zdjęć, jakieś niepotrzebne listy, wkurwiających mnie z fejsbuka i kilka toksycznych wspomnień. Po latach wróciłam do jogi. Pora powrotu – piąta rano. Nie wiem jak to robię, bo w półśnie wstaję, włączam laptop i ćwiczę jogę przez trzydzieści minut. Budzę się pod koniec i z radością stwierdzam, że czuję się znakomicie i jutro też tak zrobię. I jakoś tak z dnia na dzień…Przyznam całkiem poważnie, że joga to jest najlepszy prezent jaki sobie sprawiłam na nowy rok. Joga, prysznic, zdrowe, pełnowartościowe śniadanie, zielona herbata na godzinną drogę do pracy i ON…

Prokurator Szacki. Prokuratora Teodora Szackiego kupiłam sobie w Empiku jako powieść mi czytaną, bo na czytanie nie mam czasu, a dwie godziny w samochodzie codziennie spędzam. Kryminał o przemocy domowej, o marznącej mżawce, korkach i gniewie. Kogoś w czymś rozpuścili, a komuś innemu rączek ubyło. Książki nie oceniam, nie krytykuję, bo się nie znam i tyle. Mnie się świetnie słuchało. Po polsku, czego mi bezustannie brakuje, zmysłowy głos lektora, język bardzo mi do gustu przypadający. Nie, do Olsztyna mnie nie ciągnie, ale prokuratorom będę się baczniej przyglądać. I nudne, godzinne dojazdy do pracy stały się arcyciekawe – z samochodu mi się wyjść nie chce.

Jakież to jeszcze dobre nowiny czekały na mnie w 2017 roku? Że dziecka zdrowe są, Crohn jednemu się po organizmie nie pałęta, a drugiemu migdały nie odrastają. Krystalizują się plany życiowe mojej licealistki i cieszą mnie jej przemyślenia. Pies i kot ostatecznie się dotarły. Kot myśli, że jest psem – przybiega pod drzwi kiedy ktoś przychodzi, merda ogonem. Pies rozsmakował się w kocim jedzeniu, konsumuje w tajemnicy, pod osłoną nocy. Śpią wtulone w siebie i jedna za drugą oddałaby ogon. Sielanka. Szkoła przyznała mi nagrodę. Jakże było mi miło. Udawali, że to niby zebranie jakieś w sprawie mało ważnej i znienacka hyc, fanfary, sztuczne ognie i wręczyli nagrodę. Nagród w życiu się nie naodbierałam za wiele więc nagroda nauczyciela roku sprawiła mi wielką i autentyczną radość. Że taka niby jestem wspaniała, profesjonalna, kreatywna, wyposażona w ogromną wiedzę metodyczną, z pasją i podejściem. I może i jestem. Nie wiem. Robię to, co kocham, najlepiej jak potrafię, a jeśli ktoś uznaje, że jest to warte grosza i wyjazdu na tygodniową konferencję metodyczną do Seattle, to chwała mu za to. W życiu na konferencji żadnej nie byłam (nie licząc konferencji skarbników rady rodziców dwieście metrów od mojego domu), sama w hotelu przez tydzień też nie, w Seattle tym bardziej. Jestem niewymownie szczęśliwa.

Dwutysięczny siedemnasty wystartował z kopyta. Same dobre wibracje, znakomite pomysły, nagrody, pochlebstwa, achy i ochy. Zdrowy egoizm i zasłużone przyjemności. I nagle to kopyto, z którego wystartował kochany roczek zastyga w powietrzu, odwraca się i daje w twarz, prościusieńko, bez gardy, w samiutki środeczek zaciesznego mojego ryjka…

Święta Marianny…

 

fullsizerender-1

…Marianna lepsza, bo Anna takie dwusylabowe, nieeleganckie…

Normalnie o tej godzinie była gdzieś między latem cuchnącym rybami, a zimą prawie wymarłym miasteczkiem Warwick, a stolicą stanu, Providence. Miałaby na sobie rękawiczki, bo nie wynaleźli jeszcze ogrzewanej kierownicy, albo nie miała o tym pojęcia i owinięta byłaby czymś, co sprzedawali jako koc, a ona kupiła jako ciepły szal. Ale dziś Marianna wygrzewała się jeszcze we flanelowej pościeli w świąteczną kratę. Z wolna dochodziły ją odgłosy wyrzutów sumienia, że tyle rzeczy do zrobienia, a ona tak sobie dogadza spaniem. Dwa ciasta w pół drogi zostawione, bo ją wiadomości z ostatniej nocy zmusiły do napoczęcia na święta kupionej butelki Cointreau, a potem to jakoś tak zeszło… Psa trzeba na spacer zabrać, a następnie niewątpliwie go wykąpać, bo się w piachu utytła, a z brudasem o północy gadać nikt nie będzie. Przelecieć dom ze ścierką by się przydało, jakąś tradycję wigilijną lub dwie dzieciom zapodać, ziemniaki obrać i na barszcz wstawić. Marianna już dwa lata temu zarzuciła przygotowywanie dwunastu potraw. I tak kończy się tym, że sama wszystko pochłania i jojczy później, że gruba. Barszcz biały z ziemniakami, barszcz czerwony z wyjątkowo udanymi w tym roku uszkami, kapusta, ryba no i pierogi oczywiście. Ale ruskie, bo polskie grzybowo-kapuściane geny u dzieci się, jak dotąd, nie uaktywniły. No taki niefart genetyczny.

Z niechęcią do wyziębionego nocą pokoju, ale pełna dumy, że wygrała ze swoim usprawiedliwionym, lecz wciąż lenistwem, Marianna wygramoliła się z pościeli. W nogach spokojnie oddychającego małżonka Marianny, leżała Izabela, trzydziestokilogramowy, czarny mieszaniec i wtulona w nią Louise – biaława, długowłosa, kilkutygodniowa kotka. Niby zwierzęta czujne są, a ani jedna, ani druga nie poruszyła nawet uchem. To już przechodzi ludzkie pojęcie żeby tyle zwierząt spało na łóżku, wierciło się, zostawiało sierść, ziajało głośno i kopało nogami w śnie o pogodni za zającem. Trzeba coś z tym zrobić. Jak nic szopka betlejemska z bydełkiem w tej jej sypialni. Ale nie dzisiaj. Tak słodko śpią. Po drodze na dół zastygła w pozycji dziecka. Przeczytała gdzieś kilka dni temu, że jeśli nie ma się czasu na poranną jogę, a się nie ma i jeśli można wybrać tylko jedną asanę, to pozycja dziecka jest najlepsza. Trzeba uklęknąć na podłodze, usiąść na piętach, pochylić się, położyć głowę przed kolanami i ręce wzdłuż ciała. Jej bolący wiecznie kręgosłup uwielbiał tę pozycję, czuł się zaokrąglony i zrelaksowany. Dodatkowo, krew napływała jej do mózgu, budziła myśli i plany na dzisiaj. Po kilku oddechach, wstała i ze wstrętem otrzepała kilka ziaren piasku z kuwety z czoła. Cholerny kot, że też się nie nauczy wycierać łapek po wizycie w ubikacji. Naładowana energią asany zeszła na dół, włączyła lampki na choince, na stroiku, na wieńcu na drzwiach, na oknie, na belkach pod sufitem, na blacie kuchennych i przed domem. Chyba wszędzie… Włączyła kolędy po polsku i rozpoczęła wigilię.

fullsizerender-2

Izabela ma się rozumieć w piachu się utytłała, ale za to po kąpieli pachniała wanilią i migdałami. Grzyby na barszcz z lasów starokrzepickich ugotowały się nader dobrze. Kapusta nie smakowała jak w domu. To prawie wyprowadziło Mariannę z równowagi. Ile jeszcze wigilii będziemy z dala od domu? Czy te cholerne bilety do Polski muszą być tak piekielnie drogie? Czy tylko babcia Marysia jest w stanie zrobić wigilijną kapustę, która by jej smakowała? Na to wychodzi… Sernik staropolski za to się udał. Udał się mimo, że wczoraj wieczorem musiała go jeszcze dogrzewać, bo się nie dopiekł na czas. Był miękki, równy i teraz polany czekoladową lawą. Nie zdążyła nawet ścierki wyciągnąć kiedy to zadzwonił do niej gabinet lekarski potwierdzić wiadomości z wczoraj. Gabinet powiedział, że widzieli prześwietlenia i że ich zdaniem Mariannie należy wyciąć niepotrzebny kawałek jej ciała, taki co to tylko przeszkadza i zamieszanie w organizmie robi. Kazali się Mariannie stawić na dalsze się kawałkowi do wycięcia przyglądaniu. Stawi się, stawi, bo jej życie, choć byle jakie, jeszcze miłe. Takie telefony jak ten odbijały się na psychice Marianny echem. Echem ciężkich przekleństw i tupania nogą, że znów gdzieś trzeba się umawiać, czekać, denerwować się, zawalać pracę i całkiem niepotrzebnie poświęcać sobie zbyt wiele uwagi. Dobrze, że sąsiadka wpadła z wizytą, prezentami i słowotokiem. Jak wpadła, tak została. Marianna poczęstowała sąsiadkę piernikami i herbatą z rumem, sama też się poczęstowała…trzy razy.

Lekko zawiana i zupełnie nie zwracająca uwagi na niezbyt wigilijną kapustę, brak korelacji między sześcioma pełnymi garnkami a zaledwie czterema palnikami, Marianna powoli dopinała kolację wigilijną na ostatni guzik. Jeszcze tylko telefon z domu i niby taka hahaha, hihihi rozmowa z domem, a tu w gardle wiadro łez, jeszcze tylko życzenia wibrujące w telefonie, na które Marianna odpowiadała niechętnie i gotowe. Prawie… Resztkami cierpliwości i z trudem opanowując chęć użycia jakiejś przemocy domowej, wygłosiła wykład na temat ważności odzienia na uroczystościach rodzinnych. Podała przykład pozytywny – siebie oczywiście i mimo, że jest zwolenniczką pozytywnego wzmacniania, nie zawahała się podać przykładu negatywnego – każdej amerykańskiej rodziny na każdej uroczystej kolacji. Padły nazwiska i okoliczności. A że przykłady okazały się mało przekonywające – jakiż to w końcu z niej wzór do naśladowania dla pary nastolatków – Marianna wskazała palcem kierunek i nakazała się nie pokazywać inaczej niż w szykownym przyodziewku. Skinieniem głowy zaaprobowała ubranie młodzieży. Kolacja stała na stole, opłatek bielił wśród zielonych gałązek, którymi udekorowała stół, kolędy rozbrzmiewały po całym domu, świece paliły się sprawiając, że ich stary dom wyglądał czarodziejsko, magicznie i najbardziej świątecznie jak można sobie było tylko wyobrazić. Już mieli wziąć do ręki opłatek kiedy spod choinki dało się słyszeć głośne miauknięcie. Luiza, podczas namiętnego tulenia się z choinką, niewątpliwie przykleiła się do kropli żywicy i wyrwała siebie kępę sierści na szyi. Teraz drąc się w niebogłosy uciekała przed nie wiadomo kim nie wiadomo gdzie. Byle szybko i byle jak najdalej. Kota trzeba było uspokoić, ranę wodą utlenioną zalać i czekać do północy na zwierzenia o traumie spod choinki. Kiedy emocje nieco opadły, usiedli przy wigilijnym stole. Na przekór tęsknocie, niespełnionym oczekiwaniom, kilku rozczarowaniom, żalom i frustracjom, Marianna wydawała się być szczęśliwa, spokojna i prawie świąteczna…

fullsizerender-3

Wesołych…

fullsizerender-1

Trzymałam się jakoś. W końcu nie pierwszy raz będę z daleka od domu. Zamknęłam się na fejsbukowy świat co by mi lampkami choinkowymi po oczach nie dawał. Żeby czymś łeb zająć, dołożyłam sobie dwa projekty w pracy, zrobiłam przedświąteczną imprezę dla watahy nauczycieli i adoptowałam kota. Kot okazał się wielce wymagającym stworzeniem, powadził się z psem i dostał kataru. Projekt okazał się czubkiem góry lodowej projektów i cała góra moja, a że nie lubię amerykańskiego imprezowania z plastikowymi sztućcami, humusem z pudełka i ciasteczkami z układem okresowym pierwiastków to aż urlop z racji przygotowań wzięłam. Wszystko o dupę rozbić. Z wdzięczności za polską nadgościnność dostałam od przybyłych książkę. Książka emigrantki, Beaty Zatorskiej, Sugared Orange to historie i przepisy kulinarne z zimowej Polski. Przepisy, przepisami, bo ze mnie taka kucharka jak z koziej dupy trąbka, ale historie…jakie piękne, jakie szaro-bure choć białe od śniegu, pachnące kapustą, sianem pod wigilijnym stołem i spalanym węglem i śmieciami z całego dnia… Na pierwszej stronie Juliusz Słowacki i Zofia Bobrówna i jak stałam, tak czytałam, a jak czytałam, tak płakałam. Ale tylko w środku, ale tylko do wewnątrz, bo dzielną trzeba być, radę sobie dawać, psa nakarmić, podłogę zmyć, święta za pasem, a roboty huk przecież!

Historie wszystkie przeczytałam jednym tchem. O przygotowaniach do świąt, o roratach, o Mikołaju, o wigilii… Nie musiałam długo szperać w pamięci żeby odnaleźć swoje. Przypomniały mi się roraty, na które trzeba było biegać, bo księża mieli subtelny sposób kontroli obecności – rozdawanie obecnym puzzli, które na koniec tworzyły obrazek, który to odmalowany brał udział w konkursie kościelno-plastycznym. Nie ma to jednak jak znajomości. Koledzy ze szkolnej ławy dorabiający wieczorami jako ministranci sklejali śliną dwa obrazki i rozdawali obecnym, a ci zaś rozprowadzali rano w szkole za zadanie domowe czy obietnicę małżeństwa. Godnym tego zaszczytu dawano na nocleg ceramicznego Jezusa w skali jeden do dwóch. Nachodziłam się ja na te roraty zanim dostałam Jezusa do domu. Żeby mu osłodzić żywot i zatrzeć wspomnienia stajenki lichej, Jezus spał na miękkim fotelu owinięty kocami, ale i koce nie pomogły jak jakimś cudem spadł i się mu palec, którym niebiosa wskazywał, ułamał. Butaprenem podpięliśmy i ręka boska jak nowa.

Naszą tradycją w wigilijne przedpołudnie było jeżdżenie po wsi z opłatkiem. Mama pakowała nas do malucha i za głośnym nie-przyzwoleniem babci, która zostawała z całą robotą sama, włóczyliśmy się po rodzinie. A to u cioci Halinki kapusty się spróbowało, a tu u cioci Hani sernika. Bardzo lubiłam to jeżdżenie. Wszyscy w takim niepotrzebnym biegu, bo wiadomo, że wszystko już gotowe, posprzątane, upieczone, ale jeszcze, a to śliwkę do kompotu dorzucić, a to rybie płetwę dosmażyć. Wszyscy biegający, choć już odświętnie biegający – była chwila żeby usiąść, kawę wypić, pogadać i bulgoczących potraw wigilijnych popróbować.

W wigilię w naszym domu było zawsze tłocznie, gwarnie i pachnąco pysznym jedzeniem. Przed kolacją wieczna nerwówka…bo pierogi się rozlatują, bo kapusta niedoprawiona, bo dziadek poszedł się z krowami opłatkiem podzielić i zniknął, bo wujek Heniek jeszcze pod Katowicami, a tu gwiazdka już na niebie, wszystko stygnie i czas zaczynać. Wpychamy siano pod obrus przewracając dekorację i świece. Wyjącego Jaśka w białą koszulę trzeba wbić, prezenty pod choinkę teleportować i nauczyć Chrisa modlitwy naprędce. A potem nagle wszyscy są, stają przy stole, robi się cicho, spokojnie i całą gębą świątecznie…

Nie mam do kogo pojechać w wigilię. Opłatkiem podzielę się z moimi japońskimi uczniami, którzy połamią sobie języki na „wesołych świąt” a kapustę wigilijną kupiłam w słoiku w polskim sklepiku. Kapusta wigilijna w słoiku ze sklepu brzmi jak epitet sprzeczny, smutny oksymoron… Pogadam z całą rodziną sześć godzin wcześniej niż bym chciała, odpiszę (albo i nie, bo nie trawię smsów z życzeniami) na świąteczne smsy i usiądziemy przy świątecznym stole kiedy wszyscy, z którymi chciałabym spędzać święta, będą już spać, a co wytrwalsi wybierać się będą na pasterkę. I jak zwykle zrobię wszystko żeby było jak w Polsce, jak w domu. Będę nerwowa, że pierogi mi nie wyjdą, ciasto nie wyrośnie, nakrzyczę na dzieci że guzdrają się z nakrywaniem stołu i że koszula niewyprasowana, a sukienka niewystarczająco odświętna. I jak zwykle będzie pięknie, w miarę świątecznie, wystarczająco rodzinnie. I trzeci raz z kolei będę miała nadzieję, że to już ostatnie moje święta z dala od swoich.

Trochę smutno i trochę sentymentalnie, ale za to prawdziwie… składam wszystkim tutaj zaglądającym wesołych i pogodnych świąt, spędzonych w gronie najbliższych, tych widzianych na co dzień i nie widzianych od lat.

img_6953

(część obsady (Hania i Jaś) amatorskich jasełek zorganizowanych przez cztery polskie rodziny, Garmisch-Partenkirchen, 2007)