Lato 2018 – część IV (ciepło)

Letnia Chania

To ostatnia część moich tegorocznych, letnich rozważań, bo i pora już taka, że letnie dni, wieczory i poranki coraz bardziej jesienne i chłodne. Oczywiście to z perspektywy kreteńskiej, bo jesiennie na Krecie oznacza dwadzieścia pięć stopni, a na wieczorny, czy poranny spacer należy zaledwie zarzucić dodatkowy łach. A ja zapraszam ten chłód do siebie, te sweterki, skarpetki, zachmurzone niebo i silny wiatr, bo ja lata na Krecie, proszę państwa, nie lubię! Proszę niczym we mnie nie rzucać (odrzucę) i psów na mnie nie wieszać (nie udźwignę). 

W drodze na Balos

Ja was wszystkich przyjeżdżających na Kretę z Norwegii, Bawarii, Gdańska, czy Londynu doskonale rozumiem. Przyjeżdżacie zziębnięci, z zimna skurczeni, bladzi i na głodzie D-witaminowym. Rozkładacie nieśmiało ręczniki na plaży i odkładacie na bok, na wszelki wypadek spakowane, parasole i bluzy z kapturem. Z niedowierzaniem odświeżacie aplikacje pogodowe, które dzień w dzień pokazują siedem słoneczek przez kolejne sześć dni (czasem wydaje się, że mamy tutaj więcej niż jedno słońce) i temperatury z trójką z przodu. Bardziej pesymistyczni z was doszukują się choćby jednej chmurki na niebie, jednej przepowiedni burzy, ulewy, czy choć przelotnych opadów deszczu. Nie znajdujecie. Później, z dnia na dzień wasze ogrzane słońcem ciała stają się coraz bardziej rozbisurmanione, coraz mniej na nich odzienia, coraz więcej morskiej soli na skórze, szumu morza w uszach i wina w głowie. Jedynym waszym zajęciem jest leżenie na plaży, unoszenie się na wodzie, jedzenie greckich przysmaków, chodzenie spać po północy i spanie do południa. Dwa razy w tygodniu wpadacie do miasta kupić bransoletkę z okiem proroka i otwieracz w kształcie penisa, ale po kilku godzinach w nagrzanych murach miasta śpieszycie zalec na plaży pod parasolem za dziesięć ełro, lub podryfować na dmuchanym jednorożcu. 

Na moim dachu

A ja moi drodzy muszę wstać o świcie żeby wyjść z psem na spacer, bo po ósmej asfalt parzy jej łapy. W samo południe muszę taszczyć z targu siaty ziemniaków, pomarańczy i marchwi. Zająć się ogródkiem, praniem, myciem okien, zamiataniem spadających winogron. Muszę iść do dentysty, okulisty i na pocztę. A wszystko w tym cholernym upale, z potem lejącym się z każdego gruczołu, z okularami słonecznymi na stałe przyrośniętymi do twarzy, z koszulkami klejącymi się do każdego skrawka poparzonej skóry. Matko jedyna jak ja nie lubię upałów! Mój dzień polega na kombinowaniu ile rzeczy można zrobić w sypialni, w której znajduje się jedyna, dobrze działająca klimatyzacja. Nie mogę tam gotować, ale mogę obrać ziemniaki. Nie mogę w sypialni odkurzyć samochodu, ale mogę odkurzyć sypialnię. Dwa razy. Nie mogę w sypialni plewić grządek, ale okazuje się, że zarośnięte też obfitują w pomidory. Lubię też jeździć samochodem, bo tam klimatyzacja działa najlepiej. Problem jest taki, że samochodem zawsze się gdzieś dojedzie, gdzieś trzeba wysiąść i znów się pocić. Kiedy w końcu mam czas żeby pójść na plażę i wejść do orzeźwiającej wody, pojawia się kolejny, dość istotny, problem. Nie umiem pływać. Co za ironia losu, że nieumiejąca pływać i potwornie bojąca się wody ja mieszkam albo w Ocean State, jak nazywamy Rhode Island, albo na Krecie. Ale ja nie z tych co się łatwo poddają, więc kiedy będziecie na plaży na Krecie i zobaczycie taki obrazek – niewiasta z zupełnie suchą czupryną, w wielkich okularach słonecznych pływa wzdłuż plaży, pięć metrów od wejścia do wody, a przy niej spaceruje jakiś niezadowolony osobnik w wodzie po kolana – to ja. To ja i moja ofiara, która idzie dwa kroki przede mną sprawdzając głębokość wody żebym się czasem, moi mili, nie utopiła. 

Letnia ja

 

Lato 2018 – część III (praca)

To zdjęcie zrobione było na plaży w Kalathas, w czerwcu, w słoneczne, jak zwykle, popołudnie. Było to jakieś dziesięć minut po mojej rozmowie o pracę. Zdjęcie zrobiła moja przyjaciółka, która nie wiedziała jeszcze jaki był wynik tej rozmowy. No ale trudno chyba ukryć, że pracę dostałam. Ta gęba mówi wszystko. I nie, nie przebierałam się między rozmową a plażą. Tak właśnie byłam ubrana. Strój kąpielowy i wygnieciona, kanarkowa sukienka, która tak naprawdę jest koszulą nocną. Twarz bez makijażu, wysmarowana pięćdziesiątką. 

Szukali instruktora jogi w pięknym, położonym na skarpie hotelu z zapierającym dech w piersi widokiem. I dla gości joga i dla lokalnych miała być, bo zarządzająca ma ambitne plany żeby powakacyjne, umordowane latem, społeczeństwo utrzymać  zimową porą w jakiejś optymalnej kondycji zarówno fizycznej jak i psychicznej. I że joga ma pomóc. Ja wiem, że pomoże i moja w tym głowa żeby innych przekonać. Po drodze na plażę, z dziećmi, ręcznikami, powietrznym sprzętem pływających i kanapkami, wpadłam zobaczyć hotel i zapytać kiedy mam się na galowo odstrzelić i na rozmowę o pracę przyjść. Jakie zaświadczenia przynieść i jakimi umiejętnościami się okazać. No, normalnie, jak na rozmowę o pracę. A tu się dowiaduję, że o mnie legendy już krążą (znaczy kobieta z naszego spożywczaka zna fryzjerkę psa zarządzającej i mówiła, że jest we wsi taka jedna co jogę na dachu ćwiczy) i że mogę zacząć od jutra. Od jutra nie mogłam, bo musiałam zwymiotować ze strachu, nie jeść tydzień, schudnąć dwa kilo, pozbierać się, dwa kilo przytyć, przygotować trzy wersje pierwszych zajęć, przećwiczyć każdą z tych wersji pięć razy, kupić olejek do masażu skroni o zapachu lawendy, miskę tybetańską typu gong, cztery dodatkowe maty i Stoperan. 

Na pierwszych zajęciach nie pojawił się nikt. Załamałam się. Na krótko, bo dwa dni później, na następnych miałam już dwie osoby, potem cztery, potem pięć. Zajęcia mamy na świeżym powietrzu, z widokiem na morze. We wtorki witamy, a w czwartki żegnamy słońce. Energia pań (jak na razie mam tylko panie, ale jestem pełna nadziei) jest pozytywna i taka pełna wdzięczności, chęci słuchania i otwartości na jogę w całym jej pojęciu. Nie przerażają moje historyjki z mitologii indyjskiej, nikt nie krzywi się na czakry i na medytację. Nikt się w głowę nie puka, nie wychodzi w trakcie, nie uśmiecha podejrzanie. Jest przyjemnie, pozytywnie, bezpiecznie. Kocham swoją nową pracę! I ciągle czegoś nowego się uczę, ciągle zaglądam do innych nauczycieli na lekcje, czytam, oglądam i wybieram co mi pasuje, a odrzucam co nie. Jeszcze wiele pracy przede mną, ale już jest super! No i jestem swoim własnym szefem. To dla mnie nowość. Nikt mnie nie zatrudnia, nikomu nie muszę się tłumaczyć, nikogo o nic nie muszę pytać. Nigdy nie byłam w takiej sytuacji i nie wiem jeszcze jak się w niej poruszać, ale nie mam nic do stracenia. Na razie założyłam fejsbukową stronę, o tutaj, i się rozkręcam powoli (tak, tak, proszę o polubienia, zaglądania i takie tam…). Oczywiście zapraszam wszystkich na jogę, czy to do mnie, czy do kogoś innego. Ważne żeby spróbować. A joga się odwdzięczy. Obiecuję! 

Namaste!

Lato 2018 – część II (dzieci są do kitu…)

Rodzeństwo – komputerowy art by Kasia

Dzieci są do kitu. Myślisz sobie, że je masz, na własność, na długo, na zawsze przy sobie, w pokoju obok, w ogródku, w najgorszym wypadku w szkole za rogiem, albo na wakacjach u babci. 

Dzieci są do kitu. Rozpychają się w brzuchu, a potem wyłażą czterokilowe przez dziurę wielkości…no nie wiem, śliwki węgierki. Zamiast do przodu, raczkują do tyłu wpadając w furię, że zabawki zamiast się przybliżać, są coraz dalej. Spędzają cały adwent w szpitalu i psują święta skupiając uwagę wszystkich na swojej chorej osobie. Zamiast siedzieć w ciepłym domu z lampką wina w dłoni, stoisz na stoku z przymarzniętymi goglami do czoła i błagasz do kitu czterolatka żeby wreszcie zrobił “pommes” i zjechał z tej cholernej górki. Zamiast siedzieć w klimatyzowanym domu z lampką wina w dłoni, smażysz mózg na plaży i wypatrujesz w wodzie do kitu dzieci, bo ty nie umiesz pływać, a one i owszem. Łazisz po antykwariatach w podejrzanych dzielnicach miasta żeby kupić niedostępną już płytę winylową dla natchnionej wiosennie nastolatki. Czytasz sześciolatkowi kupioną przezeń w Empiku Gór Fankę, której dwujęzyczny sześciolatek ni w ząb nie rozumie, ale upiera się, że latem wchodzi na K2. Pakujesz majtki i skarpetki w ręcznie szyte woreczki, uczysz jak używać płynu do prania, tłumaczysz, że ogórek pozostawiony w pokoju zgnije, a nadżarte jabłko oblezą mrówki. Że pościel zmieniać trzeba i że warto mieć zapas papieru toaletowego. I z własnej, nieprzymuszonej woli, w duchu rozwijania skrzydeł, otwierania drzwi na oścież, dawania możliwości i innych ideologicznych gówien, odwodzisz swoje dzieci do kitu. Do innego kraju. Do innych ludzi. Do innej łazienki, sypialni i kuchni. Po dwóch dniach nie wiesz co jadło na śniadanie, czy ma katar, czy drzazgę pod paznokciem. I nie wiesz czy zasięgu, chęci, czy potrzeby komunikacji brak, bo nie dzwoni od dziesięciu godzin. 

Wracam do domu sama. W samolocie oglądam dwa głupie  filmy. Jeden głupi za drugim jeszcze głupszym. Żeby nie myśleć. Wita mnie pusty dom. Dwa posprzątane i puste pokoje. Na półkach tylko te rzeczy, które nie przydały się w akademikach i internatach. Martwe pokoje ożyją na nowo za dziewięć miesięcy. Dziewięć miesięcy. Jak ciąża. Ciąża żałobna. Po tych długich, dziewięciu miesiącach urodzi się para nastolatków z deficytem witaminy D, zmordowana szkołą i głodna mojej pomidorówki. Pierwszy trymestr będzie najgorszy. Wymioty żalu, łez, złości – burza hormonów. Trudno będzie ze mną wytrzymać. Jak mam doła, to już na całego. Głęboki i do pasa zasypany. Jedyna pociecha, że ze mną w dole mąż, pies i kot. Może jak wszyscy zaczniemy łapkami grzebać, wykopiemy się. 

Już w tym innym kraju, po kilku dniach ogarniania dziecka zauważyłam, że moje przyoczne, kurze łapki suche jak wiór. Nakładam krem, zaczęło szczypać. Wysuszona skóra, ściąga się przy każdym mrugnięciu oka. Alergia? Zmiana kosmetyków? Nie. Załapałam następnego dnia. To od wycierania ukradkiem łez. Tak szybciutko, żeby nikt nie widział. 

następne takie zdjęcie, w tym miejscu, za dziewięć miesięcy

 

 

Lato 2018 – część I

Wydaje się jakbym na początku czerwca przymknęłam oko na chwilkę, na momencik. Oko otworzyłam, a tu koniec sierpnia. Na Krecie lato wciąż trwa i gdybym nie miała ogromnego kalendarza ściennego, który straszy codziennie rano przed kawą, nie wiedziałabym, że lato się kończy, jesień zbliża a z nią szkoła, obowiązku, zmiany, zmiany i zmiany…

Ale po kolei, bo lato w tym roku było pełne wszystkiego. Wszystkiego nowego i wszystkiego starego, wesołego i smutnego, pełne nowych pomysłów na życie i natychmiastowych upadków owych pomysłów. Przede mną setki niewiadomych, dziesiątki niedoczekań się, decyzje i postanowienia. Z nimi niewątpliwie przeszkody, załamania, przygaszające słomiane ognie i niechcenia się. Za mną trzy miesiące letniego życia w Europie. W odcinkach opiszę i zdjęcia pokażę wszak jest o czym pisać i oglądać też jest co nieco.  

Polska

Jeżynowy chruśniak przy starej, drewnianej studni

Najbardziej lubię Starokrzepice pod wieczór. Zbieram rozwieszoną na płotach i trzepaku pościel, która pachnie wiatrem i świeżo skoszoną trawą u sąsiada. Od czasu do czasu gnojówką wywożoną na pole. Zbieramy pranie, które suszyło się w sąsiedztwie obficie owocami obwieszonych jabłoni i gruszy. Zamykamy kury w kurniku, zbieramy poduszki z krzeseł ogrodowych, wstawiamy rowery do stodoły. Mama robi sałatkę z pomidorów i cebuli. Jest cicho i chłodno i zielono i pusto. Bardzo to lubię. 

Starokrzepice 360…

 

A na gruszy czai się mój bratanek

Tego lata pojawił się szczeniak – antychryst. Zjadł babci książeczkę do modlitwy. Taką specjalną, z dużymi literami, dla starszych i niedowidzących katolików. Zeżarł też jej różaniec. Taki specjalny różaniec, który miał jej towarzyszyć w ostatniej drodze. Żeby nie było, inne rzeczy też zjada, ale nikt ze sobą do trumny butów, papieru toaletowego i Twojego Stylu brać nie zamierza. Nie pozostaje babci nic innego jak tylko pożyć jeszcze i się na psie jakoś zemścić.

 

Zjadacz modlitewników

W Starokrzepicach zakładają kanalizację. Na głównej ulicy już gówienka płyną rurą, teraz kolej na przedmieścia. Nasza ulica ma zaledwie dwieście metrów długości, ale prace kanalizacyjne trwają już kilka miesięcy. Z grupą kopiącą doły i uniemożliwiającą przejazd, choćby rowerem, zaprzyjaźniłam się pierwszego dnia. Powitali mnie komplementem w stylu “a piękna pani tak o poranku to gdzie?” i tak już zostało. Mam 44 lata i słyszałam w życiu kilka komplementów, ale tego lata obsłuchałam się ich jak świnia grzmotu. Poziom komentarzy i pochlebstw żałosny, ale chcę wierzyć, że choć intencje na swoim miejscu. Że byłoby miło gdybym pomogła kopać doły, że ładny mam rower, klapki, tatuaż, siatkę na zakupy, że mogą mnie przenieść, nawet z rowerem, że zapraszają, lub wpraszają się na kawę, kluski i pomidorówkę, że potrzebują towarzystwa pięknych, młodych, inteligentych i uroczych kobiet takich jak ja, żeby choć szklankę wody podać, bo gorąco i pomachać na odchodne. Odszczekałam się  feministycznie kilka razy, ale nie załapali.  Zostało ignorowanie. Wojny wszczynać nie było sensu, bo mojej mamie kanalizacja potrzebna. 

Festyn w Krzepicach i najlepsze gofry na świecie

Była też Warszawa. Cudownie spędzone kilka dni. Miasto, miałam wrażenie, złagodniało, wyludniło się na wakacje. A najlepsze było jedzenie. Gdzieś przeczytałam, że Warszawa stała się europejską stolicą weganizmu. Najprawdziwsza prawda!! Odwiedziliśmy kilka wegańskich restauracji i jestem pod ogromnym wrażeniem. Niebo w gębie! W życiu nie jadłam takich pysznych zapiekanych ziemniaków z twarogiem z nerkowców niż w Vegemiasto! Będę wracać i jeść. Aż pojawiło się pytanie z drugiej strony słuchawki, czy może chcemy do Warszawy się przenieść. Nie, nie chcemy. Chcemy odwiedzać i jeść. 

Nie zmusiłam, nie przekupiłam, jak babcię kocham…

 

I nawet wegańska Warszawa przeciw Trumpowi

 

Al. Wojska Polskiego 29 – tutaj urodziła się Kasia 18 lat temu

I wreszcie moje ukochane góry! Wpadliśmy tylko na kilka dnia, ale kilka chwil w górach wystarczy żeby rozpływać się w zachwytach nad widokami, zielenią, powietrzem tuż po deszczu i widokami raz jeszcze. Aż pojawiło się pytanie po drugiej stronie słuchawki, że może chcemy w góry polskie się przenieść. No nie wiem, może i chcemy. 

Rusinowa Poland, Tatry

I albo mi joga i medytacja wypaczają postrzeganie drugiego człowieka, albo ludzie w urzędach, gabinetach lekarskich, sklepach i w innych miejscach obsługi klienta jacyś milsi. A wyczulona jestem wielce, bo cztery lata w kraju uprzejmych ludzi z okienka podwyższyło wymagania. Nie zdarzyło mi się ani raz zdenerwować, poczuć się jak intruz, przeszkadzający w porannym pączku petent. A załatwiania było od gabinetu ginekologicznego, przez urząd gminy, po znany z makabrycznych historii szpital miejski w Częstochowie. Miło, przyjemnie, z szacunkiem, uśmiechem i do tego, załatwieniem sprawy pozytywnie. 

O! To tutaj ten domek byśmy chcieli ewentualnie, jeśli można prosić…

Wakacje w Polsce były super! Wracać będę!

cdn…

Ach, ta emigracja…

Po minach widać kto komu wywinął jakiś dowcip. Garmisch 2012.

Post raczej z tych zrzędliwych, ale jak tu nie narzekać na emigrację jak co rusz to jakieś smutne pożegnania, oczekiwanie, jęczące z bólu serce i zatkane zatoki od płaczu. Ten rok obfituje, (a lipiec dopiero i reszta roku jawi się wielce przygnębiająco) w momenty kiedy w mostku boli i paczka chusteczek na łebka nie starczy. Post nawiązuje również do tekstu mojego dziecka na stronie Klubu Polki. Tekst podobno bije rekordy popularności. Ciekawe dlaczego? Ani z nas Orzeszkowe, ani temat nie odkrywczy. Miliony dzieci są na emigracji, miliony przeprowadzają się kilka razy w życiu. Zmieniają szkoły, gubią się w językach zapominają imion kuzynostwa, tracą przyjaciół na dobre i na złe, towarzyszy zabaw, powierników. Tęsknią za znajomą piekarnią, wydeptaną  ścieżką w parku. Ale może o tym się nie mówi, nie pisze? Może za mało? Może zaganiani emigracyjnie nie przykładamy wystarczającej wagi do tego co czują nasze dzieci, które w połowie są nami, w połowie Niemcami, Anglikami, Rosjanami? Może za mało słuchamy, a może one za mało mówią? To o czym pisała Kasia zdarzyło się wczoraj. 

Ze słowacką Sylvią znamy się dziewięć lat. Łączy nas tyle, że aż trudno uwierzyć, że to zbieg okoliczności. Jesteśmy w tym samym wieku, nasi mężowie, bracia i mamy też w tym samym. Jesteśmy po tym samym kierunku studiów, wyszłyśmy za mąż w tym samym roku. Nieaktualne żony naszych aktualnych mają tak samo na imię, w prezencie gwiazdkowym kupiłyśmy sobie nawzajem tę samą książkę. Sto lat temu, tego samego dnia odwiedziłyśmy małe, bawarskie miasteczko, w którym, dziesięć lat później, poznałyśmy się. Nasze starsze córki i młodsi synowie urodzili się porą letnią w tych samych latach. Po kilku tygodniach znajomości zostali najlepszymi przyjaciółmi. Każdy weekend spędzaliśmy razem. Dziewczyny razem oglądały filmy na szpitalnym łóżku chorej Kasi. Chłopcy zostali “aresztowani” przed żandarmerię wojskową za bieganie na golasa po bazie wojskowej. Wspierali się kiedy jeden przeraźliwie bał się jeździć na nartach po lesie, a drugi spanikował przed walką karate z niemieckim wielkoludem. Okładali sobie tyłki lodem i ocierali łzy bólu po pierwszej lekcji na snowboardzie. Znają swoje marzenia, bolączki i ulubione smaki lodów. Nie mają problemu z prezentem urodzinowym dla siebie nawzajem i z pomysłem na psikusa. 

W odległości dosłownie kilku dni dowiedzieliśmy się, że wyjeżdżamy z Niemiec do Stanów. My do Rhode Island, oni do Kolorado. Nasze samoloty wylądowały w Stanach w kilkunastogodzinnym odstępie czasu. Przez cztery lata, nawet kiedy brakowało finansów, kiedy trzeba było spłacać kartę kredytową przez kolejnych kilka miesięcy i brać dodatkowe lekcje, jedna rzecz była priorytetowa. Dzieci mają się spotkać choć raz w roku. Raz udało się dwa razy. Kiedy dzieci spotkały się rok temu nie wiedzieliśmy jeszcze, że to nasze ostatnie wakacje w Stanach. Miały nadzieję na wspólne święta. Nie udało się. W kwietniu cudowna wiadomość – dzieci przyjeżdżają na Kretę. Ze swoją mamą – moją przyjaciółką! To było cudownych jedenaście dni. Sylvia i ja przerobiłyśmy ustnie chyba każdy, możliwy temat, wykończyłyśmy psa porannymi spacerami i zagłuszyłyśmy każdą morską falę mieszkanką polskiego i słowackiego. Dzieci spędzały ze sobą każdą sekundę. Ich przyjaźni “przerwana” cztery lata temu, odgrzewana co roku, przetrwała i ma się lepiej niż bym sobie mogła wymarzyć. Łączy ich wiele, dzieli tylko tylko jedno – tysiące kilometrów. To czwórka mądrych i otwartych młodych ludzi z wielkimi sercami, zrozumieniem dla siebie nawzajem i dla innych, z ogromnym poczuciem humoru i apatytem na życie. Z marzeniami i planami wspólnych wakacji, studiów i podróży. Każdy z nich zaczyna nową drogę, nową szkołę, pozna nowych ludzi. Trójka z nich z dala od domu. Są wystraszeni, zestresowani, martwią się, ale pocieszają się nawzajem, dodają otuchy, wspierają. Uczą od siebie nurkowania, skakania ze skał do wody, gry na gitarze, rysunku. Uczą się od siebie jak radzić sobie z byciem Europejczykiem w Stanach i Amerykaninem w Europie. 

Wczoraj, w drodze na lotnisko tuliłam słoną jeszcze od morskiej wody głowę osiemnastolatki płaczącej po rozstaniu z przyjaciółką. Czternastolatek nie odzywał się przez cały lot. Mieli spędzić miły wieczór w Wiedniu w oczekiwaniu na lot do Stanów. Zostali w pokoju hotelowym, pod kołdrami, we łzach. Moje dzieci zamikły na cały wieczór zamknięte w swoich pokojach. Ja zasnęłam z bólem głowy i zatkanymi zatokami od płaczu. I weź tu człowieku kochaj emigrację. 

Niech się święci…

W Stanach tak się przygotowywałam na czwartego lipca.

Nie piszę i przepraszam. Trudno jednak pisać w takich oklicznościach greckiego lata. Po porannej wizycie na plaży suszymy rozwijające się w szalonym tępie skrzela i składamy w kostkę płony pławne. Zeskrobujemy łyżkami sól ze skóry, nawilżamy ją kremami, pompujemy w siebie hektolitry wody, kilogramy arbuzów, rozwieszamy ręczniki, po godzinie je zbieramy, pakujemy do torby i na plażę. Wieczorem padamy na pysk. Padniętym pyskiem pijemy wino za dwa pięćdziesiąt i idziemy spać. I tak od przyjazdu ze Stanów. A ja o Stanach właśnie chciałam nadmienić dzisiaj, bo to przecież czwarty lipca dziś i Dzień Niepodległości. Dziwnie trochę obchodzi się taki dzień “ na zewnątrz”. Żadnych flag, gwiazdek, pochodów, koszulek ani czapeczek. Szkoda trochę, bo mnie podoba się ten amerykańskie papierowo-plastikowy patriotyzm. Trochę mi dziś tego brakuje. Wróciłam więc do tekstu sprzed roku, bo rok temu hucznie obchodziliśmy Dzień Niepodległości. Najhuczniej jak się da, bo na najstarszej paradzie w USA. Kto nie czytał, zapraszam!

4th of July…

 

Myśli kilka…

I wpadłam do Stanów na chwilę. Załatwiłam co miałam załatwić, dziecko z liceum wypisałam, prawo jazdy przedłużyłam, majtki, masło orzechowe i ładowarkę do telefonu kupiłam. Utwierdziłam się w przekonaniu, że nie chcę mieszkać w Stanach, że mi życie w pośpiechu, zakłamaniu i powierzchowności nie odpowiada. Nie mogę się doczekać jutrzejszego wieczoru, kiedy to samolot zabierze nas do domu. A jednak…

Wpadłam też na chwilę w życie amerykańskich znajomych i przyjaciół. Przez moment byłam jego częścią. Widziałam jak przyjaciółka (nie) radzi sobie z pooperacyjną nogą, jak jest jej ciężko i smutno. Jak druga uśmiecha się  do mnie przez łzy tydzień po pogrzebie mamy. Jak żałoba postarzała ją o kilka chwil za dużo. Jak mocniej ściska moją dłoń kiedy jak zwykle, na zajęciach jogi, trzymamy się za ręce tuż przed pożegnalnym om. Jak inni przechodzą przez kolejny nawrót choroby nowotworowej. Jak inaczej brzmią ich zapewnienia, że będzie dobrze kiedy siedzimy przy winie niż kiedy rozmawiamy przez WhatsApp. Jak szybko są zmęczeni i idą spać nawet wcześniej ode mnie. Przez moment byłam częścią życia znajomej mamy, która nie radzi sobie z tym, że jej córka “została” lesbijką. Jak wyciska z siebie tolerancję i otwartość umysłu, jak zaciska szczękę żeby się nie rozpłakać z bezsilności. Byłam częścią globalnego planowania przyjazdu na Kretę, zapewnień, że spotkamy się za rok, może dwa. Czy się spotkamy? Nie wiem. Wszystko mija, wszystko się zmienia, wszystko odchodzi w niepamięć. Za moment zapomnę jakie leki bierze mój chory na nowotwór przyjaciel, kiedy urodzi córka przyjaciółki, na jakiej ulicy są najlepsze lody i ile świateł trzeba minąć zanim skręcę do szkoły dzieci. Czy kiedykolwiek wrócę do Rhodę Island? Do Stanów? Nie wiem. Żegnam się ze wszystkimi kłamiąc w żywe oczy, że na pewno się spotkamy, że na pewno przyjdzie taki dzień, że wpadnę jeszcze do CVS, Barnes and Nobles, czy Chipotle, podam swój amerykański numer telefonu i dostanę 20% zniżki. To były moje miejsca, moi sąsiedzi, moi znajomi, przyjaciele. To był mój dom przez prawie cztery lata. Tutaj, jak poprzednio w Niemczech, jeszcze wcześniej w Warszawie, zostawiłam kawałek siebie i kawałek ten będzie się tutaj poniewierał i błądził bez reszty mnie, bo znów trzeba się żegnać i znów się przestawiać i przyzwyczajać. Wstać w domu na Krecie we czwartek rano, nakarmić kanarki, podlać pomidory, pomachać do nowych sąsiadów, zadzwonić do nowych znajomych, umówić się na kawę i wino. Czasami życie emigranta jest do kitu!

I po tym krótkim, mało optymistycznych, aczkolwiek szczerym jak nie wiem co, wpisie, zapraszam wszystkich do składania mi urodzinowych życzeń, bom dziś skończyła lat czterdzieści i w dodatku cztery.

 

Osiem dni…

Uczyć się i nie myśleć, to strata czasu, myśleć i nie uczyć się, to niebezpieczeństwo – ta złota myśl Konfucjusza jest prosta i oczywista. Analizując drugą część można powiedzieć, że samo myślenie nie wystarczy, że zasiedzenie się w swojej głowie, w jednym miejscu, w jednym kierunku myśli stwarza bezruch, drętwotę. A ta właśnie jest niebezpieczna. Stajemy się konserwatywni w swoich ocenach, ograniczeni jednolitością myśli i zbyt tradycyjni. A świat jest dynamiczny. Wszystko wokół nas się zmienia poczynając od klimatu, polityki, podejścia do technologii, po rzeczy bardziej ludzkie. Jednego dnia ktoś nas kocha, drugiego znika z naszego życia, jednego dnia ktoś siedzi obok, drugiego umiera. To co było oczywiste dziesięć czy pięć lat temu, teraz jest mgliste, pełne wątpliwości i zastrzeżeń. Czasem jest nam z tym dobrze, czasem niewygodnie. Nie chcemy zmieniać zdania, swoich zasad, wypowiedzianych kiedyś prawd – nie wypada. Trzeba być stałym w planach, zamiarach, opiniach i poglądach. Czy rzeczywiście to jest dobry sposób? Przy tak zmieniającym się świecie, zakrętach życia i kłodach rzucanych pod nogi nie lepiej być elastycznym? Twardą, sztywną gałąź da się złamać, wystarczy mocno przycisnąć, naskoczyć, uderzyć o ziemię. A taka elastyczna wierzba na przykład? Nie łatwo ją złamać. Ale jak być wierzbą? Szukać nowego! Nie bać się nowych pomysłów i projektów gdzieś tam przemykających cichaczem po głowie. Uczyć się. Czytać. Oglądać. Zadawać pytania. Zgłębiać. Ale przede wszystkim słuchać. Słuchać ludzi. Z uwagą i z niekłamanym zainteresowaniem. Słuchać ich historii, ich opinii, ich czynów i powodów tychże czynów. Słuchać ich płaczu i ich śmiechu. Nie oceniać, nie pytać “co ja bym zrobiła na jej miejscu”, nie kończyć ich historii w myślach. Chłonąć i tyle. I słuchać siebie. Wierzę, że głęboko w środku doskonale wiemy czego chcemy, co sprawiłoby nam radość, satysfakcję, przyniosło spokój. Problem w tym żeby głęboki środek miał szansę się przedrzeć przez rozsądek, żeby głowa usłyszała środka wołanie. 

Wróciłam z ośmiu dni nauki. Osiem dni trwała pierwsza część kursu instruktora jogi. Osiem dni w kreteńskich górach, w odosobnieniu, w ciszy. Osiem dni studiowania jogi, zgłębiania się, czytania i słuchania. Było mnóstwo słuchania. Słuchania mojego nauczyciela, słuchania ludzi, którzy przewinęli się przez to miejsce – innych nauczycieli, innych uczniów, przyjaciół domu. I słuchania siebie. Bóg wie ile razy, w ciągu tych ośmiu dni zmieniłam “pomysł na siebie”. Ile razy zwątpiłam w siebie i uwierzyłam ponownie. Ile razy chciałam pieprznąć starymi, drewnianymi drzwiami i ile razy chciałam żeby czas stanął w miejscu. Nauczyłam się też, że moje ciało wie. Po prostu wie. Wie czego potrzebuje i jak do tego dążyć. Nauczyłam się słuchać z uwagą i dawać płaskim stopom, łokciom z przeprostami i słabym kolanom to, czego potrzebują. Uczę się słuchać najgłębszego środka, serca, duszy. Słyszę coraz częściej, coraz głośniej i dostarczam. Nauczyłam się, że godzina medytacji jest do zrobienia, nic mnie nie swędzi, nie boli, myśli nie wariują, wyrzutów sumienia o zmarnowany czas brak. Poznaję teorię i praktykę bycia joginem. Zgłębiam i z radością stwierdzam, że mi bardzo odpowiada. Nauczyłam się, że jest ok nie wiedzieć, być nie-perfekcyjną. Po pierwszej przeprowadzonej lekcji myślałam, że się spakuję i wyjadę. Po ostatniej byłam z siebie dumna. I ja i mój nauczyciel. Wysłuchałam wielu historii, które otworzyły mi oczy na innych, na niezmienną regułę nieprzewidywalności w opowiadanych historiach, nieprzewidywalności życia, emocji i duchowości. Nieznane dźwięki, zapachy, dziwne nazwy, śmieszne rytuały pod koniec tygodnia stały się zwyczajne, znane, oswojone. Ludzie, obcy pierwszego dnia, stali się niewiarygodnie bliscy ostatniego. Siedemdziesięcioletnia Greczynka z Aten do szaleństwa zakochana w swoim amerykańskim, osiemdziesięcioletnim partnerze, którego widuje tylko przez sześć miesięcy w roku. Niezwykle zamożna Włoszka, która po wielu latach starań urodziła i po kilku dniach straciła swoje dziecko i której każda asana przynosiła fizyczny ból – tak bardzo cierpiała jej dusza. Belgijka, która wyczytała z kart, że ma wyjechać na Kretę. Przyjechała i szczęśliwsza być nie może. Francuska archeolog, która tęskniąc za ukochaną Syrią, zadekowała się najbliżej do niej jak mogła, na Krecie. I została. Została też moją przyjaciółką od serca. A znaleźć przyjaciółkę od serca w osiem dni to dar. Nauczyłam się jeszcze spania pod moskitierą (co nie było łatwe, bo okazało się, że mam klaustrofobię), stania na głowie (i to ponad minutę) i robienia domowej Spanakopity (szpinak z cieście filo), które jest moim ulubionym greckim daniem. A to dopiero początek nauki. Jeszcze tyle przede mną.