Złote Myśli – Lato 2019

Lato, nawet tutaj na Krecie, dobiega końca. Nie odczuwamy tego w temperaturze, czy w dziennej dawce słońca, ale są inne oznaki oddalającego się lata. Jest coś takiego w powietrzu, w energii ziemi, jakieś przesuniecie, moment zatrzymania się między hałaśliwym, pełnym turystów, kremów SPF 50, parasoli plażowych i mokrych kostiumów kąpielowych latem, a czymś następnym. Następna nie będzie znana mi tak dobrze jesień, a dziwna, druga wiosna, która urodzi jeszcze świeżą kapustę i brokuły w ogrodzie, zazieleni pustynnie wyglądający ogród. Ale między tym co prawie już minęło, a tym co będzie za chwilę, jest moment na refleksję, na dłuższy oddech. Taka “międzypora”. Usiadłam i zastanowiłam się nad tegorocznym latem, chciałam je opisać słowami, zapisać w pamięci. To lato, drugie nasze na Krecie, było pełne różnych wydarzeń. Wydarzeń zupełnie zwyczajnych i przyziemnych oraz innych – trochę duchowych, trochę emocjonalnych, takich “środkowych”. To było lato kilku ważnych transformacji i zmian. Nie ogromnych, życiowych zmian widocznych na zewnątrz, a kilku maleńkich ruchów, w środku, wewnątrz, które będę pracować powoli, ale w dobrym kierunku (mam nadzieję). Brzmi poważnie, prawda? No może. Jednak lato to przede wszystkim wakacje, beztroska, sielanka i radość. Zmieszałam oba smaki mojego lata i zrobiłam listę przebojów albo jeszcze lepiej, Złote Myśli – Lato 2019. Pamiętacie szkolne Złote Myśli? No to takie właśnie. Zaprosiłam do zabawy moje wspaniałe koleżanki z Klubu Polek i wyszedł nam cudowny projekt pod takim właśnie tytułem. Zapraszamy!

Złote Myśli – Lato 2019

 Miejsce Lata 2019

Całe lato spędziliśmy na Krecie. Ktoś powie, że nudy, bo turyści wpadają tutaj na dwa, a nie mający pojęcia o wyspie, nawet na tydzień i im wystarczy. Zaliczą dziesięć miejsc znanych z przewodników i internetu, wrzucą zdjęcia do sieci i wakacje odhaczone. A szkoda, bo Kreta to nieodkryta jeszcze do końca kopalnia cudownych zakątków, ukrytych plaż, maleńkich wiosek, zapierających dech w piersiach widoków, najlepszych na świecie tawern i niewyobrażalnie krystalicznej wody. W takiej właśnie wodzie, tego lata, pływałam na południu Krety. Na takim dalekim południu, że aż na najbardziej na południe wysuniętej wyspie Europy – Gavdos. Gavdos stało się moim ulubionym na Krecie miejscem już po kilkudniowym tam pobycie. Cały pobyt opisałam tutaj, ale zapomniałam o wodzie. Teraz, kiedy myślę o Gavdos, pierwsze co przychodzi mi do głowy, to woda właśnie. A woda kochani w morzu Libijskim jest nie do opisania. Serio! Nie można przecież opisać tego, co się widzi, kiedy oczy nie są przygotowane na taką krystaliczność wody. Wydaje się, że rozdzielczość mojego narządu wzroku nie jest przystosowana do odbioru takiej przejrzystości wody. Woda jest zbyt klarowna, zbyt krystaliczna, zbyt przeźroczysta. I, że do takiego niezwykłego zjawiska można zanurzyć swoje rozpalone słońcem ciało, ba! nagie ciało, to już, proszę państwa, mega super zajebiście! 

Danie Lata 2019

Mieliśmy mnóstwo gości tego lata i wszyscy, bez wyjątku, zostali poczęstowani daniem ze zdjęcia. Niektórzy zostali poczęstowani więcej niż raz. Niektórzy na własną prośbę, a niektórzy przez niedopatrzenie (czy raczej niedopamiętanie) gospodarzy. Proste, smaczne, nie wymagające dużego nakładu pracy, a kiedy grilluje się w piekarniku, można oddać się miłej rozmowie przy lampce wina (patrz niżej). Niebywałą zaletą Krety jest to, że wszystkie owoce i warzywa mają niezwykły smak. Swój własny. Wyhodowane na tej żyznej ziemi ziemniaki, na przykład, smakują najlepiej na świecie. A zapach i intensywność ziół dodaje każdej, najbardziej zwyczajnej potrawie niebywałego smaku i aromatu. Bo to, co widać na zdjęciu, to właśnie najprostsza rzecz pod słońcem. Ziemniaki, słodkie ziemniaki, buraki, cebula, czarna fasola, sól, pieprz, doskonała oliwa z oliwek oraz mnóstwo tymianku i świeżo zmielonego rozmarynu. Jest ryzyko, że za kilka miesięcy się nam przeje więc jeśli chcecie spróbować, zapraszam jak najszybciej. 

Napój Lata 2019

Woda, woda, woda oraz… białe wino. Lidl. 2.59 Euro. Pychota! I tyle na ten temat. 

 

Hajlajt (czyli, że super moment) Lata 2019

No nie mogłam się zdecydować o czym tutaj napisać, bo takich momentów, które z perspektywy czasu wydają się wyjątkowe, było mnóstwo. Cudownie było mieć dzieci w domu przez całe dwa i pół miesiąca. Uwielbiam patrzeć jak się przyjaźnią ze sobą, jak lubią spędzać ze sobą czas. Fajnie było się z nimi wylegiwać na plaży, zamawiać wielką sałatkę grecką na spółkę. Niemałą przyjemnością było nawet wydzieranie się na nich, że nie sprzątają po sobie i że pies znowu nie ma wody w misce. Wszystkie te momenty spędzone z dziećmi lub ze świadomością, że dzisiaj wieczorem będą spać w swoich pokojach, a jutro rano zjemy razem śniadanie były niezaprzeczalnie najcudowniejsze. Oczywiście! Ale było coś jeszcze. W tym roku przyjechały do mnie kolejne ważne osoby. Były przyjaciółki z Garmisch – całe moje trzynastoletnie życie w Alpach przyjechało zobaczyć moje życie tutaj na Krecie – no i najważniejsze – mama i brat. Pokazywanie najbliższym mojego domu, ulicy, wsi przynosi mi jakiś spokój ducha, komfort psychiczny. Teraz, kiedy rozmawiamy przez telefon i kiedy opowiadam o krzaku pomidorów, sąsiedzie, czy sprzedawczyni w naszym sklepiku, oni dokładnie wiedzą o czym mówię. Mają w głowie dokładnie taki sam obraz jak ja. Nie muszą sobie niczego wyobrażać, domyślać się. Są kawałkiem mojego świata, a mój dom, pies, kot i drzewo cytrynowe są kawałkiem ich świata. Uwielbiam!

 

Lołlajt (czyli, że porażka) Lata 2019

Tutaj również nie mogłam się zdecydować, które z gównianych momentów wybrać. Bo takich chwil na Krecie mi nie brakuje. Czy wybrać wyjazdy dzieci? Każdego z osobna żeby bardziej bolało. Czy ten moment jak zatrzasnęłam w drzwiach wielką jaszczurkę, przecinając ją na pół? Albo jak znalazłam sześć karaluchów w domu i dostałam prawdziwego ataku paniki? Albo jak mnie jogowi ludzie skopali po nerach arogancką, acz uduchowioną przecież, krytyką i zredukowaniem mnie do żałosnej jednostki potrzebującej ich wiedzy i wsparcia. Oj! To było takie loł, że hej! Napiszę jednak o czymś, na co nie mam wpływu, a dołuje mnie strasznie. Pogoda. I zaraz mi się dostanie, bo ludzie majątek wydają żeby piec się w kreteńskim słońcu, a ja nienawidzę! Dla mnie lato jest zdecydowanie za gorące. Mój organizm źle to znosi, jestem ospała, wiecznie z lekkim bólem głowy. Kombinuję jak by tu przeżyć dzień żeby jak najmniej wychodzić z klimatyzowanego domu. I owszem, gdybym była tutaj na wakacjach, wychodziła rano na plażę, a wracała wieczorem po pysznym obiadku w pobliskiej tawernie, to ja bym kochani peany na temat Krety pisała. Ale wiecie, życie mi kurde na drodze do peanów stoi. Ogródek obrobić, samochód odkurzyć, zakupy zrobić, ogromne kubły na śmieci samochodem odtransportować, z psem wyjść, jogę poćwiczyć. Wszystko to albo o szóstej rano, albo w trzydziestu kilku stopniach w cieniu. Ja nie daję rady. A te cholerne cykady, które wzbudzają we mnie instynkt mordercy, to już wisienka na topiącym się w słońcu torcie. No żeby tak się drzeć…NON STOP!! 

P.S. Dziś mogę o tym wszystkim pisać ze spokojem, bo cykady, dzięki wszystkim bóstwom, wyzdychały i jest znacznie chłodniej. Teraz to ja kocham! 

 

Zdjęcie Lata 2019

To kochani jest moje ulubione zdjęcie i tym samym mój własny, prywatny najcudowniejszy moment wakacji. Nauczyłam się pływać z głową (ok, z twarzą) pod wodą!! Woda wzbudza we mnie ogromny strach, moje ciało reagowało bezdechem i ucieczką na brzeg. Wiele razy polały się łzy bezsilności. Nad morzem brodziłam w wodzie po kolana z makijażem na twarzy i nienaganną fryzurą. Smaku wody morskiej nie znałam. A tutaj takie zmiany! I nie tylko umiem, ale bardzo, bardzo mi się podoba! Jestem z siebie mega dumna! Bez sarkazmu, bez wygłupów – wymiatam, po prostu! 

A za rok…

A za rok, jeśli będziemy jeszcze na Krecie, będzie podobnie. Pogoda będzie piękna, morze najbardziej niebieskie na świecie, dzieci ze świeżą opalenizną i klapki na nogach. Ale żeby nie męczyć się tak bardzo upałem i nie nienawidzić naszego domu, wyjedziemy gdzieś w chłodniejsze miejsce, gdzieś gdzie pada deszcz latem, jest zielona i miękka trawa, wieczory są chłodne i gdzie cykady można znaleźć tylko na stronach encyklopedii przyrodniczej. 

***

Dziś u Kasi na fejbukowym FP mamy krótką relacje z jej lata (Kanada sie Nada), a jutro, w niedzielę, zapraszam na kolejny odcinek Złotych Myśli. Tym razem u Ani z bloga Anna Loves Travels PL.

Minojski zachwyt – słowo dla nauczycieli ;-)

Z okazji rozpoczęcia roku szkolnego….

Wiecie jak czasami mówimy o sobie, że “z historii to ja głąb jestem”, że “nie jestem dobra z języków” i że, “biologia mi do głowy nie wchodzi”. Kiedy tak mówimy cała wina za nasze niepowodzenia i, chyba ważniejsze, niechęć i brak zainteresowania daną dziedziną spada na nas – głąbów, nieuków i ciemniaków. Bo przecież nie na nauczyciela. Biedny, niedoceniany i nisko opłacany nauczyciel robi wszystko, co w jego mocy żeby zarazić nas swoją pasją, zaszczepić zamiłowanie i przekazać wiedzę w taki sposób, żeby zachęcić ucznia do dalszego poszukiwania, zadawania pytań, alternatywnego podejścia do tematu. Ale czy zawsze? 

Jestem nauczycielką od ponad dwudziestu lat i z niejednym nauczycielem dziennik wypełniałam. Myślę, że posiadam wiedzę i doświadczenia, która pozwala mi krytycznie spojrzeć na moich kolegów i koleżanki po fachu. Oczywiście są nauczyciele, którzy uczą z pasją, zarażają swoim entuzjazmem, potrafią zainteresować przedmiotem i do tego umiejętnie, bez poczucia wyższości oraz z szacunkiem do ucznia, przekazują swoją wiedzę. I oczywiście, że nauczyciele powinni zarabiać znacznie więcej i pewnie, że to zawód, przynajmniej w Polsce, niedoceniany, ale tak serio, serio-serio, z ręką na sercu… Czy nasi uczniowie widzą, że my zakochani po uszy jesteśmy w pantofelkach, w działaniach z samymi niewiadomymi, w historii II WW, czy innych Mickiewiczach i Orzeszkowych? Ale co tam uczniowie, czy my serio-serio, z ręką na sercu jesteśmy zakochani w przedmiotach, których uczymy? Czy robimy wszystko, żeby uczeń kochał stopniowanie czasowników tak jak my? Czy mamy tyle pokory i miłości do wiedzy i ucznia żeby życzyć każdemu z nich przerośnięcia swojego nauczyciela czyli…nas?!

O moich nauczycielach z podstawówki, liceum i ze studiów mogłabym długo i soczyście. Niestety, w większości przypadków, krytycznie. Psychiczne (i w jednym przypadku fizyczne) znęcanie się nad uczniami, przerośnięte do niebywałych rozmiarów ego, brak (lub świadomy wybór nie korzystania z) wiedzy metodycznej, czasem czyste skurwysyństwo oraz przedmiotowa apatia – to moje wspomnienia ciała pedagogicznego. Wszyscy moi nauczyciele (z wyjątkiem dwóch lub trzech) zdawali się mieć totalnie w dupie przedmiot, którego nauczali. Żaden niczym się nie zachwycał, nie ekscytował, nie zarażałam entuzjazmem. Nigdy nie widziałam swojego nauczyciela z wypiekami na twarzy opowiadającego o swoim przedmiocie, nie widziałam zachwytu w oczach, nie słyszałam wykładowcy gestykulującego zamaszyście w euforii przekazywania wiedzy. Nigdy nie było widać, słychać, czy czuć, że nauczyciel fizyki, historii, czy wuefu kocha ten przedmiot, kocha opowiadać o swoich młodzieńczych marzeniach pobicia rekordu skoku w dal, o niebywale interesującej wizycie w sławnym muzeum archeologicznym, czy o ciarach na plecach przy czytaniu Szekspira. Nic. Martwota. Otępienie. Beznadzieja. 

Moje prawie nieistniejące, post-podstawówkowe zainteresowanie historią, stępił do cna nauczyciel historii w liceum. Jestem pewna, że prywatnie to miły, interesujący człowiek, być może nawet kochający historię, ale jakoś tak po cichu. I być może zdołał zainteresować historią (lub nie zabić wcześniejszego nią zainteresowania) kilka osób i oczywiście, że w klasie zawsze znajdzie się jakiś oporna, “nienauczalna” jednostka, ale ani nie byłam “nienauczalna”, ani nie byłam historycznym pasjonatem. Czysta kartka. Można mnie było zapisać historią od góry do dołu. A tu nic. Ani iskierki zaciekawienia. A szkoda, bo jak się okazuje, potencjał był, należało mnie tylko czymś zachwycić. 

Tydzień temu odwiedziłam nasze kreteńskie muzeum archeologiczne w Heraklionie. Już drugi raz, bo się tak zachwyciłam. Zachwyciłam się historią. Wcześniej nie wiedziałam. Nie przeczytałam. Nie usłyszałam. A tu takie dziwy! Tacy interesujący ludzie, takie ciekawe czasy, takie fascynujące historie, tradycje, rozwiązania. Dlaczego pan od historii nam o tym nie opowiadał, nie pokazał zdjęć, nie zabrał do muzeum? Dlaczego nie mówił z charyzmą, z takim zachwytem, z jakim ja teraz czytam informacje w gablotach? Dlaczego mnie nikt historią nie zainteresował? A tu takie dziwy. Popatrzcie.

Snake Goddess – Bogini Węży. Odnaleziona w Knossos, pochodzi z 1700-1450 roku p.n.e. Bogini   czy kapłanka? Trzyma dwa węże w dłoni. Może to oznaka odradzającego się życia? Może oznaka władzy nad niebezpiecznymi zwierzętami? A te piękne piersi? Może to oznaka opiekuńczości? I pantera na głowie. Co to może oznaczać? Władzę, czy zmienne stany świadomości?

 

Bull-leaper – Skaczący przez Byka (tłumaczenia własne!). Ta figurka to najprawdopodobniej pierwsze pokazania człowieka w 3D. No wariactwo po prostu, bo to z 1600-1450 roku p.n.e. Zdjęcie nie oddaje, ale jest piękny i taki dynamiczny i się uśmiecha!

 

To moje ulubione! Figurki przedstawiające ludzi oddających cześć, lub modlących się do boga/bogów. Lewa ręka na czole i piękne wygięcie kręgosłupa mają być oznaką tajemniczego połączenia z bóstwem i zupełnego oddania się modlitwie, czy uwielbieniu. Coś tak zwyczajnego, a jednak coś tak tajemniczego i odmiennego od tego, co jest mi znane. Kocham te ludziki!

 

Piękna figurka bogini minojskiej znaleziona w Gazi. Pochodzi z 1300-1200 roku p.n.e. Jest jedyną figurką z makówkami w koronie (inne znalezione figurki mają ptaki w koronie lub kwiaty). Być może chodzi o to, że makówki to opium, a opium działa halucynogennie i uspokajająco. Być może to bogini lecząca? Kojąca? Tak czy siak, jest cudowna i chcę ją w domu!

Kochani moi koledzy i koleżanki nauczyciele. Z okazji rozpoczęcia roku szkolnego życzę sobie i wam wszystkim zachwytu nad przedmiotem, którego uczymy. Zachwycajmy się jak dzieci, jakby to byłe opowieści o zaczarowanym świecie. Życzę nam świeżego spojrzenia i ciekawości. Pokażmy naszym uczniom, że naprawdę kochamy to, o czym do nich mówimy. Znajdźmy drogę do najbardziej “nienauczalnego” ucznia. Może ma gdzieś poczet królów polskich, ale zainteresuje się makami na głowie minojskiej bogini. I haczyk połknięty. Bądźmy najlepszymi przedstawicielami handlowymi naszych przedmiotów. I zakochajmy się w nich na nowo! Miłego roku szkolnego!

Jednak drzewa – Gavdos 

Tegoroczne lato to nasze drugie lato na Krecie. Czas przestać zachowywać się jak turyści, rozpływać się w zachwytach nad różowym (a w porywach instagramowych filtrów nawet “czerwonym”) piaskiem plaży Elafonisi, nad skalnymi prześwitami Falasarny i chaniowską latarnią morską w zachodzącym słońcu. Nadszedł czas żeby wybrać się tam, gdzie wszyscy Kreteńczycy i co bardziej hipisowscy Ateńczycy spędzają lato. 

Gavdos – i wyspa i stan umysłu jak o niej napisał przewodnik Lonely Planet. Najbardziej na południe wysunięta część Europy. Położona na morzu Libijskim wysepka mierzy, w najdłuższych miejscach, 10 kilometrów wzdłuż i 5 wszerz. Liczba pokoi do wynajęcia ograniczona, liczba tawern – wystarczająca. Ale większość Greków nie przyjeżdża tam szukać wygód w pokojach, a raczej mordować się pod namiotami. W namiocie spałam tylko raz, na obozie harcerskim w Pająku, i na długie lata wystarczyło. W tym roku dzieci zasugerowały, żem jakaś nie-przygodowa, wygodnicka i że je pozbawiam przygód i ekscytacji związanych ze spaniem pod nagrzanym do granic możliwości tropikiem, na niewygodnej macie, w ograniczającym swobodę ruchu śpiworze, narażona na komary, pająki, węże i jaszczurki. Zarzucili mi również brak, niezbędnego w byciu matką nastolatków, czynnika COOL, bo nie leży w mojej naturze robienie kupy do wykopanego przez siebie dołka na stromej wydmie i kąpiel na oczach dwudziestu gapiów pod prysznicem ogrodzonym jedynie wiatrem. No to postanowiliśmy pojechać pod namiot. 

Udało mi się wynająć namiot luksusowy, z materacami, poduszkami, czystą pościelą, dywanikiem z Ikei i lnianym hamakiem zawieszonym na pobliskim drzewie. Wciąż gorąco jak jasna cholera, toaleta wciąż jak w opisie powyżej. Po pierwszej nocy na szczycie wydmy pod najbardziej rozgwieżdżonym niebem jakie kiedykolwiek widziałam, wstałam zachwycona, wymiękły nastolatki. Szczególnie jeden. Złe samopoczucie, ból głowy i przymusowy wynajem pokoju u pobliskiego właściciela sklepu spożywczego. Po śniadaniu czas na wiadomości lokalne. Dowiadujemy się, że wydmy to teren chroniony i tak naprawdę nikt nie powinien tam rozkładać namiotu. No ale jesteśmy w Grecji więc takie słowa jak “nielegalne”, “państwowe” i “pod ochroną” prowokują zachowania proporcjonalnie odwrotne. Tak więc na chronionych wydmach, pod każdym drzewem rozstawione są namioty, hamaki, sznury z praniem, kuchenki gazowe i rozkładane krzesła. A skoro legalność, lub jej brak, tej osady jest raczej nieudokumentowana, nikt nie pobiera opłat za miejsca namiotowe. Nikt oprócz właścicielki naszych namiotów. Tak więc my zapłaciliśmy za coś, co jest darmowe, a ona wyprodukowała sobie kilkudziesięciu wrogów w osobach właścicieli namiotów przyjeżdżających tam od lat, właścicieli pobliskich tawern a następnie policji (w liczbie dwóch policjantów) i pani burmistrzyni. Po porannych wiadomościach, dalsze wydarzenia następowały po sobie dość dynamicznie. Jako, że mieszkamy w rzeczonych namiotach, na nas również posypała się krytyka. Po namiotach przeszła kurenda, że w niedzielę odbędzie się protest przeciwko właścicielce wynajmowanych namiotów. Ulotki dodawano do każdego posiłku. Kolejnego dnia, spotkałam się w tajemnicy z organizatorami protestu. Przedstawiłam swoje, zupełnie niedoinformowane stanowisko i po dwóch godzinach opowieści o Gavdos (#gavdosstanumyslu), zapewniłam swoje poparcie w proteście. Niestety bojówki protestujące nie dostały na czas informacji o naszym poparciu, złożyły nasz namiot i przeniosły pod sąsiednie drzewo. Wkurwieni my przenieśliśmy się do wynajętego pokoju, a protestujący przeprosili nas na piśmie w imieniu swoim i całego narodu greckiego. Kurtyna.

Ale to wszystko jest jakby tłem, do mojego osobistego odbioru naszego krótkiego pobytu na Gavdos. Było cudownie i nic tego nie mogło zmienić! To miejsce ma w sobie coś zaczarowanego i zwykłego, mocnego i delikatnego jednocześnie. Dawno nie czułam się tak dobrze, tak komfortowo, tak “u siebie” jak tam. Okazało się, że kupa w lesie to sama przyjemność, kąpiel w towarzystwie dziesięciu nagich osobników i osobniczek podających mydło, które wyślizgnęło mi się z ręki (a wiedziałam, że schylenie się po nie nie jest dobrym pomysłem) i podkładających stopy pod twój prysznic w ramach oszczędzania wody jest do zaakceptowania. Warto jest czasem przesunąć swoje kulturowe i osobiste granice o kilka centymetrów dalej – jest o wiele łatwiej. Węży, jaszczurek i komarów nie było. Pierwszy raz w życiu pływałam nago. Pływałam, spacerowałam po plaży, leżałam na słońcu. Nikt na mnie nie zwracał uwagi, nie było nadęcia, wrażenia, że się nagością chojraczy, czy pokazuje swoją odwagę co czasem można odczuć na plażach nudystów. Tam nie ma plaży nudystów. Jest plaża. Niektórzy są ubrani, niektórzy rozebrani. I już. Pierwszy raz pływałam w wodzie głębszej niż metr pięćdziesiąt. JA – ta co mówi, że pływać nie umie. Wychodzi na to, że jednak umiem. Pierwszy raz dobrowolnie, nie zmuszona przez dwumetrową falę, zanurzyłam głowę do wody. JA – ta co ma zawsze nienaruszoną fryzurę i makijaż w morzu. Już nie. Poza tym, jedzenie pyszne, przemili ludzie. Widoki i przyroda to jakieś wariactwo po prostu. Pływając w morzu mam przed oczami wysokie, majestatyczne, kreteńskie góry. No i te drzewa. Coś jednak w tych drzewach jest, że mi ich potrzeba. To oczywiście nie jest alpejski, czy choćby tatrzański las, ale drzewa są. Ogromne, rozpościerające się sosny z wielkimi, soczyście zielonymi igłami. I mniejsze, ale jakże ciekawe drzewa, którzy wszyscy nazywają cedrami choć ich łacińska nazwa to Juniperus macrocarpa, czyli jałowiec. Czy to cedr, czy jałowiec, wygląda pięknie i szumi kojąco. Krajobraz Gavdos bardzo przypomina mi jedno z moich ukochanych miejsc w Stanach – Cape Cod, gdzie, tak jak tutaj, piasek miesza się ze starymi konarami drzew, a szum morza zlewa się z szumem potężnych sosen i innych iglaków. I chyba tego mi było potrzeba – góry przede mną, a szum drzew i ich chłodny cień nade mną. Na Gavdos wrócę za rok, a wszystkim przyjeżdżającym na Kretę na dłużej, bardzo polecam!

 

Weekend na Instagramie!!

 

Za tydzień, od piątku, 31 maja do niedzieli drugiego czerwca na Instagramowej stronie Klubu Polki na Obczyźnie będę królować JA!

Co weekend jedna klubowiczka przedstawia miejsce, w którym mieszka. Mówi o sobie, o miejscu, kraju, w którym żyje, pokazuje piękne zdjęcia i ciekawe filmiki. To są naprawdę bardzo ciekawe opowieści! Polecam! Do tej pory uciekałam przed tą przyjemnością daleko w krzaki. Nie lubię swojego głosu, nie lubię mówić do kamery, wydaje mi się, że nie mam o czym opowiadać. Ale przyszła kryska na matyska i będzie weekend z Aniukowym Pisadłem na Krecie!

Tak więc kochani, zapraszam w piątek za tydzień na Instagram. Jeśli ktoś nie ma konta, to niech nie zwleka i zakłada! Choćby tylko na tę okazję! Pięć minut roboty a potem można mnie oglądać przez cały weekend, obgadywać, zachwalać, błędy wytykać, błotem obrzucać, lub bukiety słać. Z tej okazji byłam u fryzjera (jestem siwiejącą blondynką aktualnie), wybieliłam zęby, wstrzyknęłam dwa litry botoksu i chodzę na zajęcia aktorstwa, publicznego wypowiadania się, dykcji i emisji głosu. Jeżdżę dla was z telefonem w ręku na rowerze, walęsam się po plażach, wstaję o świcie i wdrapuję się do jaskiń. Tego nie można przegapić! Wchodźcie, komentujcie i zadawajcie pytania!!

 

31 Maja – 2 czerwca

Aniukowe Pisadło na Instagramie Polki na Obczyźnie

ZAPRASZAMY!!!!

Żniwa idą…

Kiedy wyjeżdżałam z Polski, byłam właścicielką jednej trzeciej ponad czterohektarowego gospodarstwa rolnego. Gospodarstwo od wielu lat było w stanie spoczynku, dzierżawione, pożyczane, lub bezdusznie ignorowane. Po kilku latach, sprzedaliśmy część ziemi i na dzień dzisiejszy mamy trochę ponad dwa hektary ziemi rolnej. Nadal w stanie spoczynku. Wydaje się, że rolnicy w Starokrzepicach przekwalifikowali się na nauczycieli, mechaników samochodowych, producentów nagrobków i pijaków pod sklepem. Mój brat i jak uciekliśmy od pola jak najdalej się dało, magistry sobie porobiliśmy żeby nas nikt nigdy do gnoju nie zagonił i żyliśmy tak sobie w spokoju kupując błyszczące czystością marchewki i jajka bez skorupek (serio! w kartonikach są w Stanach!). A dlaczego? Bo ja nienawidziłam pracy na polu i w obejściu. Z całego serca i nienawiścią bezwarunkową. 

Latem wyciągano nas z łóżka o świcie żeby roztrząsać siano z kopek, pół godziny póżniej je przegrabić, potem jeszcze raz i jeszcze raz. Pod wieczór zgrabialiśmy je w korytarzyki i stawialiśmy kopki nocne albo, kiedy było już zupełnie suche, zbieraliśmy i wrzucaliśmy na strych. Czasami byłam operatorem grabi, czasem wywijałam widłami podając siano komuś na wozie. Czasem byłam tym kimś na wozie i układałam siano tak żeby jak najwięcej się zmieściło i żeby po dziesięciu minutach wyładowywać to samo siano widłami na strych i tam układać je tak żeby jak najwięcej się zmieściło. Czasami byłam kierowcą traktora, czasem trzymałam lejce durnego, niesłuchającego się nikogo, konia. Potem żniwa, zbieranie kłujących jak jasna cholera snopków słomy i zakrwawione kostki od łażeniu po ściernisku. Kiedy wszystkie inne dzieci bawiły się w chowanego we wrześniową sobotę, a młodzież szykowała się na dyskotekę w pobliskiej wsi, my zbieraliśmy ziemniaki. Najpierw na kolanach, a potem “po bronach” czyli Uttanasana razy trzysta. I jeszcze wyrywanie buraków i bliskie spotkania z myszami w tychże burakach mieszkającymi. Wyrzucanie gnoju od krów, sprzątanie kurnika, świniobicie, wybieranie miodu z uli i tysiące innych czynności, które w literaturze dla mieszczuchów brzmią romantycznie, sielsko, ekologicznie i za pan brat z naturą. Dla mnie to był kompletny brak przyzwolenia na czas dla siebie, brud pod paznokciami, pokłute nogi, zmarznięte lub poparzone plecy i wstyd przed nierolnymi koleżankami i kolegami, że ja zawsze w byle jakich ciuchach z pola lub na pole. Dlatego od pola, zagonu, ogródka, nawet doniczki staram się trzymać z daleka. No ale jak to w życiu bywa, czym się od czegoś dalej ucieka, tym to coś cię bardziej goni, zagapisz się chwilę i już cię dopada.

I tak jest z rolnictwem u mnie. Albo jakiś napad ambicji jedzenia wyhodowanego przez siebie warzywa, niepotrzebna inspiracja czyimś zielnikiem, lub chęć domowej edukacji własnej latorośli w temacie uprawy truskawek. Mieliśmy doniczki na balkonie w Alpach, ogródek z wężami i trującym bluszczem w Stanach, ale to co się dzieje na Krecie, przerasta moje, wypierane przez lata, rolnicze możliwości. Zaprzeczając temu, że wszystko zielone w zasięgu mojej dłoni umiera, róże w naszym ogrodzie kwitną jak oszalałe. Tyle gatunków i takie ilości róż widziałam tylko w ogrodzie botanicznym w Monachium. Nie podlewam, nie przycinam, nie podsypuję, a te rosną. Zeszłoroczny ogródek warzywny karmił nas pomidorami, papryką i cukinią przez całe lato a ostatnią cebulę z ogródka wykorzystałam do świątecznych pierogów. W tym roku jednak, przyroda poszła o krok dalej. Po mokrej zimie i z niezwykle żyznej kreteńskiej ziemi, wyrasta pod moim oknem kolekcja zbóż. Podejrzewam przebiegły, zimowy wiatr o zagarnięcie ziaren zbóż ze wszystkich części świata i nawianie ich do mojego ogródka. Zapraszam więc na letnie żniwa. Sama nie dam rady tego ogarnąć. Będzie koszenie, suszenie, młócka. Jakiś młyn się skołuje, który nam mąkę zmieli, chleb i, kto wie, może i wódkę zrobi. Na długie zimowe wieczory bez prądu, będzie jak znalazł. 

Zima na Krecie czyli czasami Narnia (2019 Paulina All Rights Reserved)

Patrz jak pięknie wyglądają te góry. Narnia po prostu. – powiedziała Paulina wyglądając przez brudne od deszczu i pyłu afrykańskiego okno. Przesiedziałyśmy w domu cztery dni wysłuchując wycia wiatru, sprawdzając ile kropel wody na suficie, czy piwnica nie tonie, czy drogi przejezdne i jak daleko od nas kolejne lawiny błotne. Od jednego wyłączenia prądu do kolejnego, gotowałyśmy, nadużywałyśmy Netflixa, jadłyśmy co ugotowałyśmy i piłyśmy herbatę na przemian z kawą i winem. I po czterech ciemnych, zimnych, deszczowych i wietrznych dniach nad pięknymi Lefka Ori (Góry Białe) wyszło słońce. Wygrzebało dziurę w czarnych, napuchniętych od deszczu chmurach i oświetliło ośnieżone szczyty, pozostawiając resztę wyspy z otwartymi z zachwytu ustami. Wspięłam się na dach zrobić zdjęcie godne nagrody National Geographic. Wyszło jak widać. Marnie. Ale zaraz… nie każdemu dane oglądać takie cuda! Do Narni też nie było tak hop siup! Pokój, szafa, samotny spacer po zimowym lesie. Narnia na Krecie jest nagrodą dla tych, którzy przeżyli wichury, ulewy, brak prądu i ogrzewania. Musicie uwierzyć na słowo, że widok białych szczytów oblanych promieniami słońca w samym środku ciemnego nieba to widok wart miliona dolarów. Zdjęcie nie oddaje. Może aparat, a może fotograf do kitu. 

Zima na Krecie to ciekawe doświadczenie. Ciekawe dlatego, że wcale nie takie inne jak inne zimy, w innych miejscach, w których mieszkałam. Wieczorami wcześnie robi się ciemno. Poranki  nie sprzyjają wstawaniu. Jest zimno i są opady. A opadów jest sporo. Palimy w kominku, chodzę w ciepłych, filcowych kapciach, piję rozgrzewające herbaty i czytam pod kocem. Jedyna różnica to to, że wszystko w temperaturze dziesięciu stopni.  Jesteśmy  jednak na Krecie i jeśli nie ma słońca i termometr nie pokazuje dwudziestu pięciu stopni lub więcej, trzeba zachowywać się tak jakby to była zima. Trzeba być marudnym, zziębniętym, skulonym i narzekającym, że za długo, za zimno, za mokro. Bo właśnie o to mokro chodzi. Woda w morzu mokra, z nieba leje mokre, ściany i sufity nieszczelne, również mokre, przy braku porządnego ogrzewania podłoga od wilgoci mokra, w szafie ubrania wilgotne, pościel, ręczniki, kot i pies też. Do tego od czasu do czasu przysypie pomarańczowym pyłem z Afryki i mamy błoto na oknach i piach między zębami.

Ale jest też inaczej niż wszędzie. Jest nieprzyzwoicie zielono. Tutaj gdzie mieszkam nie zawsze jest zielono, bo lato jest suche i zakurzone. Wtedy mój ogródek przypomina krajobraz księżycowy. Zimą natomiast jest cudownie. Soczysta trawa, a właściwie grecka koniczyna, która pod butami chrupie jak konsumowane na prędce rzodkiewki. Rosną kwiaty na łąkach, a kiedy jest pogodnie, przylatują doń pszczoły i pszczelą się na całego. W ogródkach sąsiadów (mój się poddał) sezon na zielone warzywa. Brokuły można zbierać jak kwiaty, kalafior i kapusta i koperek i pietruszka i koper włoski. Zielono, soczyście, smacznie i zdrowo. Wreszcie można pojeździć na rowerze, nawet w samo południe. Kocham rower i dla mnie to najlepszy na niego czas. Można pospacerować po górach, po zupełnie pustych plażach, pobiegać jak kto nie boi się o swoje stawy kolanowe. Można zajrzeć do miasta. Chania zimą jest taka inna. Restauracje przy porcie mają w nosie jak wyglądają (a wyglądają jakby się broniły przed tsunami) i pozamykały za pomocą desek i worków z piaskiem swoje podwoje przed nielicznymi głodnymi. Sklepiki z pamiątkami zamknięte do wiosny. Brzmi ponuro, ale wtedy właśnie można zauważyć rzeczy, które latem nie zwrócą naszej uwagi. Czarodziejski zakątek, piękne, stare drzwi, kapliczkę, czy napis Fuck NATO. Otwarte są tylko restauracje, do których przychodzą mieszkańcy – czyli najlepsze! Nigdy wcześniej nie zauważyłam tej małej restauracji w środku starego miasta z najprawdziwszym (według obsługującego nas Serba) serbskim ajwarem i pachnącą na pół miasta zupą warzywną. 

I jak zwykle, jak w życiu i jak w Alpach po miesiącu ulew i totalnego, meteorologicznego wkurwu, nadchodzi taki poranek kiedy budzisz się i wynurzasz swoje skulone, zziębnięte ciało spod kołdry (kołdry, koca, narzuty i psa) a tu za oknem Narnia. Narnia z obietnicą nadchodzącej wiosny!

Rok temu…

To piękny, wyszywany ręcznie obrazek z jednego ze sklepów artystycznych w Chanii

31 styczeń – 1 luty 2018

Osiem godzin podróży samochodem to sporo czasu na przemyślenia. Jechaliśmy z pięknego, historycznego i zasypanego śniegiem Rhode Island do błota i, na pierwszy i jedyny rzut oka, do beznadziei miasteczka Norfolk w stanie Wirginia. Pożegnałam się z karierą, znajomymi, przyjaciółmi, dostępnością wszelkiego rodzaju rzeczy i usług, łatwością komunikacji i byciem u siebie. Jest sporo do myślenia. Podróż z dobytkiem, który ma nam służyć przez następne dwa miesiące zanim nasze meble, książki, talerze i płyty do nas dolecą. Podróż z psem na lekach odwrotnie uspokajających i z kotem, który przez cały czas nie wyściubił łba spod fotela dla kierowcy. Podróż z dziećmi, które pożegnały się ze swoimi przyjaciółmi i jechały rozpocząć zupełnie nowe życie. Podróż z dziećmi chorymi. Na grypę. W plecakach zioła, tabletki, syropy, okłady, maści i mikstury od medyków ze wszystkich zakątków świata. Nigdy nie wiadomo co pomoże. Jedno po pierwszym rzucie choroby, wycieńczone kilkudniową gorączką, z wlokącym się za nim kaszlem i lekkim nieżytem żołądka. Drugie przedawkowane witaminą C i wszystkimi na wszelki wypadkami czeka na swoją kolei. Ja pewna teorii, że dopadnie mnie dopiero kiedy odpuści adrenalina, a że adrenalinie końca nie widać, będę zdrowa. Hotel wojskowy, lot wojskowy, obsługa wojskowa, klatki dla psa i kota oraz pasażerowie również wojskowi. Ja uwielbiam. Wylot późnym wieczorem więc pośpimy do południa i się zrelaksujemy przed długim lotem. Ja się nie zrelaksuję. Budzę się z gorączką, nudnościami i ogólnym stanem gównianym. Tak mnie żegnają Stany Zjednoczone. Zjednoczyły się wszelkie stany chorobowe żeby mi uprzykrzyć i tak przerażający, dziewiętnastogodzinny lot na Kretę. Z psem. Z kotem. Z dwójką nastolatków. Lądujemy na Krecie w nocy. Jest bardzo ciemno. Wita nas gromadka przemiłych tubylców. Wiozą padniętych na pysk nas (po takiej podróży) do naszego domu. Pustego, zimnego i ciemnego. Padamy na materace i od jutra, już tak na poważnie, zaczynamy chorowanie, które będzie trwało miesiąc.

31 styczeń – 1 luty 2019

Tydzień temu znalazłam szczeniaka przy śmietnikach. Zabrałam na przechowanie. Jest zabawna, mądra i kiedy śpi tak cudownie tuli się do nas. Ale jak ja nie jestem gotowa na szczeniaka, to kurde sama nie wiedziałam. Na szczęście jej nowe legowisko już na nią czeka gdzieś w Finlandii. To właśnie pies zajmuje mi teraz najwięcej czasu. Zabawa, karmienie, nauka (a nauki jest sporo) prowadzenie negocjacji z czworonożnymi domownikami w sprawie zawieszenia broni, spacer, weterynarz, telefony w sprawie adopcji i znów karmienie. Oprócz tymczasowego psa, mam też certyfikat instruktora jogi. Zrobiłam tutaj na Krecie. Chyba traktuję ten dokument jak złoty klucz do wszystkich drzwi a bliżej mu raczej do dziesięciocyfrowego kodu, z którego znam tylko dwie pierwsze liczby. Muszę odpuścić a z moim charakterem jest trudno. Prowadzę zajęcia jogi i na horyzoncie majaczy kilka projektów. Ale ja chcę więcej. I natychmiast. Jak zwykle. 

Mam też nowych znajomych i nowe ważne sprawy do załatwienia. A to bazarek świąteczny, a to wycieczka do klasztorów, zakup sadzonek pomidorów, zbiór oliwek, czy remont dachu w kierunku „jogi pod winogronami”. Mam też mnóstwo cudownych wspomnień z lata. Odwiedzili nas przyjaciele i rodzina zachwycając się naszym nowym miejscem zamieszkania. Było ciepło, chwilami za ciepło, wesoło, beztrosko i bardzo, bardzo wakacyjnie. Mam również zapełniający się kalendarz na tegoroczne lato i już nie mogę się doczekać. Mam wyciskarkę do własnoręcznie zebranych pomarańczy, oliwę z oliwek od jednych i wino od drugich sąsiadów. Mam zioła w ogródku i cytryny na drzewie. Mam dobre, jak na rok pobytu, rozeznanie w terenie. Wiem gdzie fajne plaże, najlepsze nadziewane pomidory, okulista, pralnia chemiczna i sklep z armaturą łazienkową. Mam obcykane skróty i miejsca parkingowe. Nie mam natomiast dzieci w domu. To chyba największa i najcięższa zmiana. Niby przyjeżdżają, odwiedzają, a kiedy są w domu, jest jak dawniej, ale to nie to samo co mieć je na codzień. I choć wiem, że są szczęśliwe i dobrze im tam gdzie są, to jednak wiadomo…do dupy jest. Mam też czas. W Stanach mogłam pomarzyć o takich luksusach. Mam czas na czytanie, medytacje, na pisanie, czas na Netflix i TedTalk. Mam też poczucie, że to nie koniec. To nie koniec zmian, nie koniec nowego, nie koniec poszukiwania i odkrywania. 

A w miejscu materaca sprzed roku, mam najwygodniejsze na świecie łóżko z widokiem na klatkę wielkości nowojorskiej kawalerki z dziesięcioma kanarkami. 

 

Niby pazur, ale nie za bardzo…

Paulina Młynarska napisała ostatnio taki właśnie felieton. Napisała o tym jak znalazła spokój i równowagę i jak straciła pazur – ostre, kontrowersyjne pisanie na ciężkie tematy. No i wiadomo, że gdybym miała porównać się z Pauliną, to widzę ją wchodzącą na ośmiotysięcznik. Truchcikiem. Bez aparatu tlenowego. W porze zimowej. A ja po Beskidzie Śląskim. Na bezdechu. Ale kiedy autorka bestsellerów i nieznana, pożal się Boże, blogerka wchodzą na ścieżkę medytacji, jogi i ogólnego uduchowienia, odczucia są podobne. Mniej mnie denerwuje, mniej biadolę, obserwuję spokojniejsze reakcje na idiotyczne sytuacje, mniej ironii i cynizmu. Pazurki obcięte do skóry i spiłowane na okrągło. 

Mniej nie oznacza, że nic nie jest w stanie mnie poruszyć i zdenerwować. Zdarza się. Reakcja na taką sytuację jest inna niż wcześniej. Nie rzucam mięsem, butami i porcelaną. Ale gdzieś temu ujście dać trzeba. To poezją może się posłużę. Taką wiecie, pożal się Boże, nizinną. Najważniejsze, że wiadomo o co chodzi, co mnie uwiera. Najważniejsze, że upust jest, wzdęć nerwowych mniej. No i ważne jest, że rymy są. Zapraszam!

 

Choć spokojnam jak baranek,

Medytuję ja co ranek,

Błoga jasność po mnie spływa,

Niepokoju mi ubywa. 

Choć chwilami, tak na moment, trzecie oko się otwiera,

To czasami, niespodzianie, jasna łapie mnie cholera. 

Bom wśród Greków zamieszkała,

Nikt nie zmuszał, sama chciała,

A się teraz czysto jawi,

Że się Andzia nie przestawi. 

Że za bardzo spięty tyłek, drętwa, sztywna, upierdliwa,

Zbyt niemiecka się wydaje by móc czuć się tu szczęśliwa. 

Bo jak dobrze jest być Grekiem,

Wżdy pojonym kozim mlekiem,

Rozpieszczonym oliwkami,

I oliwą z nich litrami. 

Jak cudownie dni nie liczyć i nie zważać na minuty,

Wszystko zlewać i chromolić czy to lipiec, maj, czy luty. 

Kto by zważał na terminy,

Daty, pory i godziny,

Kto by sprawdzał informacje,

Chciał ujarzmić biurokracje. 

Kto by się zepsutym martwił, uszkodzonym i nieczynnym,

Kiedy można olać problem i się za nic nie czuć winnym. 

Można jeździć samochodem,

Po cykudii z pysznym miodem,

Migacz zostawiony z domu,

niepotrzebny wszak nikomu. 

Lecz ja gościem tutaj jestem i korzystam z pięknej Grecji,

Przyjdzie mi się dostosować, lub się przenieść hen do Szwecji. 

Kala Christouyenna

Post ten napisałam do okienka kalendarza adwentowego Klubu Polki. W kalendarzu ciekawostki i opowieści ze wszystkich stron świata. Zapraszam na nasz FP, tam znajdziecie linki do wszystkich okienek!

W Święto Dziękczynienia zaprosiliśmy do nas sześcioro Kreteńczyków. Wiedząc, że mam zrobić wpis do klubu o świętach Bożego Narodzenia na Krecie, pomyślałam, że to znakomita okazja do wypytania i zanotowania wszystkich tradycji związanych ze świętami. Gdzie, jak nie u źródła. Wszyscy moi respondenci to mieszkańcy Krety z dziada pradziada, wszyscy wierzący i praktykujący i tradycje rodzinne bardzo szanujący. Przy deserze zapytałam. Żałowałam po minucie. 

Ilości informacji jakie dostałam, ale przede wszystkim rozbieżność informacji była niesłychana. Któryś rzucił tradycją, wszyscy ze zrozumieniem wydali z siebie “Aaaaa…tak, tak…” a następnie usłyszałam sześć zupełnie innych wersji. Przy niektórych, po burzliwiej dyskusji po grecku, udało się zawęzić wersje do dwóch, trzech. Przy niektórych usłyszałam osiem wersji od sześciu uczestników. Dochodzeń, oskarżeń o naginanie przepisów świątecznych, o luki w pamięci i przejawów lokalnego patryjotyzmu było mnóstwo. Wszystko to jednak żartobliwie i przy wybuchach gromkiego śmiechu. Dzięki Zeusowi za spore ilości wina na stole. 

A w tym wszystkim ja, próbująca zanotować, dopytać, ogarnąć. Za tekst ten, proszę szanownych czytelników, odpowiadam tylko w niewielkim procencie. Co usłyszałam, co wyczytałam z ruchu warg a potem i z internetu, opisuję wam niniejszym w kilku akapitach. 

Przeważająca ilość Greków (według internetu 95%) należy do Greckiego Kościoła Prawosławnego. Według tego kościoła, święta Bożego Narodzenia są drugim najważniejszym świętem w roku liturgicznym. Znacznie ważniejszym i znacznie bardziej celebrowanym świętem jest Wielkanoc. Boże Narodzenie, przez ostatnie lata, stało się świętem głównie komercyjnym. Witryny sklepów, ulice i place przyozdobione są z takim samym rozmachem jak w wielu innych krajach. Mamy przybrane światłami choinki, gwiazdy, anioły i Mikołaja na każdym roku, dachu i balkonie.

Statek. Choinka jest dość nowym wynalazkiem, szczególnie na wyspach, i choć żywą można kupić w sklepach ogrodniczych, niczym nie przypomina ona choinek jakie można dostać w Warszawie, Berlinie, czy Bostonie. W naszej części Krety widziałam tylko umordowane, sięgające mi pod pachę bidulki w doniczkach za siedemdziesiąt ełro. Sztucznych choinek za to w bród! Dawniej zamiast choinek dekorowano drewniane miniatury statków. Teraz również można podziwiać ogromne drewniane konstrukcje i maleńkie stateczki udekorowane światełkami na placach miejskich, przy portach i w sklepach. Statki zastępowały choinkę głównie na wyspach i tradycyjnie były oznaką i podziękowaniem za to, że żeglarze, rybacy i pracujący na morzu mężczyźni szczęśliwie powrócili na święta do domu. 

Pożyczone od Elizabeth’s Kichen Diary

Killantzaroi. Jeszcze inną dekoracją domu greckiego jest mały, drewniany krzyżyk z gałązką bazylii zawieszony na drucie nad miską z wodą. Codziennie święci się dom wodą z miski chroniąc go i całą rodzinę przez Killantzaroi. Opowieści o Killantzaroi różnią się od siebie w zależności od regionu, ale tak do kupy zbierając, to jakiś niedobry pół człowiek pół zwierz, który włazi do domu przez komin, gasi ogień i sprawia, że mleko się warzy. Jednym słowem Killanatzaroi rozrabiaka. 

Killantzarojów dwóch

Mikołaj. Szóstego grudnia obchodzi się dzień Świętego Mikołaja, ale wtedy nikt nie dostaje ani prezentów, ani rózg, ani pomarańczy w butach, ani węgla. To ważny dzień dla wszystkich żeglarzy ponieważ św. Mikołaj to właśnie ich patron. Żaden statek nie wypłynie na morze bez figurki św. Mikołaja na pokładzie. Prezenty przynosi ktoś inny. W pierwszy dzień nowego roku (Protochronia) święty Bazyli (Agios Vasilios) przynosi podarki dla wszystkich dzieci. Są to zazwyczaj małe podarki lub pieniądze.

Kolędowanie. Chodzenie po domach grupkami i śpiewanie kolęd (greckie: kalanda) w zamian za słodycze lub drobne pieniądze to, według moim rozmówców, wynalazek Greków i pochodzi od tańca choraulein, który potem dotarł do całej Europy i z tańca przerodził się w śpiewy. Greckie dzieci chodzą od domu do domu w wigilię Bożego Narodzenia a następnie w wigilię nowego roku. Dom, do którego zapukają kolędnicy i zaśpiewają kolędę  to dom, który będzie opływał w szczęście i dostatek. 

Wigilia. Trochę inaczej niż w Polsce. Mimo, że to kraj rybaków, ryb i owoców morza, w wigilię tradycyjnie zjada się wieprzowinę. Jeśli się zmieści do piekarnika, to najlepiej cały pośladek na jedno posiedzenie. Kreteńczycy najczęściej wychodzą do knajp w wigilię, gdzie imprezy zaczynają się około dziesiątej wieczorem i obfitują w duże ilości jedzenia, wina, śpiewów i tańców. Trochę to podobne do znanych nam imprez sylwestrowych. W Sylwestra, z kolei, najczęściej siedzi się w domu, w gronie rodzinnym i gra w karty. Koniecznie na pieniądze. Przynajmniej jedna osoba w gronie wkroczy w nowy rok z pełną kiesą. 

Szóstego stycznia, w ostatni dzień okresu świątecznego, obchodzone jest święto Objawienia Pańskiego. Jest to również dzień święcenia wody. Po nabożeństwie, procesja wiernych znajduje kawałek wody (co nie jest trudne, szczególnie na wyspach) i wrzucany jest doń krzyż. Za krzyżem rzuca się do wody grupa odważnych młodzieńców i czym prędzej, na wyścigi, wyławiają krzyż. Ten, który go wyłowi, może liczyć na powodzenie i dobrobyt w nadchodzącym roku.

I ostatni, bardzo lokalny zwyczaj. W Chani, od kilku lat, odbywa się bieg Mikołajów. To taka trochę parodia znanych na całym świecie biegów Mikołajów. Tysiące przebranych za Mikołaje biegaczy przemierza niecałe cztery kilometry ulicami Chanii. Nie ma zwycięzców, nie ma medali. Jest tylko dobra zabawa, a po biegu strawa i wino dla wszystkich. Dochody z biegu przekazywane są na cale dobroczynne. 

To tyle kochani o świętach na Krecie. Więcej powiem wam za rok, bo te święta będą moimi pierwszymi na wyspie. A wszystkim tutaj zaglądającym, bez względu na wyznanie, wierzenia i przekonania życzę rodzinnych spotkań, długich i ciepłych wieczorów wśród znajomych i przyjaciół, spokoju i odpoczynku w te najdłuższe i najciemniejsze noce w roku. Wielu astrologów uważa, że odchodzący rok był rokiem zmian, wahnięć i przełomów. I tych dobrych i tych mniej. Dla wielu był to rok trudny i męczący. W nowym roku życzę i sobie i wam równowagi, żeby każdy zły moment był początkiem dobrego, żeby za każdą łzą czaił się piękny uśmiech. 

Wesołych Świąt!

Ania

Lato 2018 – część IV (ciepło)

Letnia Chania

To ostatnia część moich tegorocznych, letnich rozważań, bo i pora już taka, że letnie dni, wieczory i poranki coraz bardziej jesienne i chłodne. Oczywiście to z perspektywy kreteńskiej, bo jesiennie na Krecie oznacza dwadzieścia pięć stopni, a na wieczorny, czy poranny spacer należy zaledwie zarzucić dodatkowy łach. A ja zapraszam ten chłód do siebie, te sweterki, skarpetki, zachmurzone niebo i silny wiatr, bo ja lata na Krecie, proszę państwa, nie lubię! Proszę niczym we mnie nie rzucać (odrzucę) i psów na mnie nie wieszać (nie udźwignę). 

W drodze na Balos

Ja was wszystkich przyjeżdżających na Kretę z Norwegii, Bawarii, Gdańska, czy Londynu doskonale rozumiem. Przyjeżdżacie zziębnięci, z zimna skurczeni, bladzi i na głodzie D-witaminowym. Rozkładacie nieśmiało ręczniki na plaży i odkładacie na bok, na wszelki wypadek spakowane, parasole i bluzy z kapturem. Z niedowierzaniem odświeżacie aplikacje pogodowe, które dzień w dzień pokazują siedem słoneczek przez kolejne sześć dni (czasem wydaje się, że mamy tutaj więcej niż jedno słońce) i temperatury z trójką z przodu. Bardziej pesymistyczni z was doszukują się choćby jednej chmurki na niebie, jednej przepowiedni burzy, ulewy, czy choć przelotnych opadów deszczu. Nie znajdujecie. Później, z dnia na dzień wasze ogrzane słońcem ciała stają się coraz bardziej rozbisurmanione, coraz mniej na nich odzienia, coraz więcej morskiej soli na skórze, szumu morza w uszach i wina w głowie. Jedynym waszym zajęciem jest leżenie na plaży, unoszenie się na wodzie, jedzenie greckich przysmaków, chodzenie spać po północy i spanie do południa. Dwa razy w tygodniu wpadacie do miasta kupić bransoletkę z okiem proroka i otwieracz w kształcie penisa, ale po kilku godzinach w nagrzanych murach miasta śpieszycie zalec na plaży pod parasolem za dziesięć ełro, lub podryfować na dmuchanym jednorożcu. 

Na moim dachu

A ja moi drodzy muszę wstać o świcie żeby wyjść z psem na spacer, bo po ósmej asfalt parzy jej łapy. W samo południe muszę taszczyć z targu siaty ziemniaków, pomarańczy i marchwi. Zająć się ogródkiem, praniem, myciem okien, zamiataniem spadających winogron. Muszę iść do dentysty, okulisty i na pocztę. A wszystko w tym cholernym upale, z potem lejącym się z każdego gruczołu, z okularami słonecznymi na stałe przyrośniętymi do twarzy, z koszulkami klejącymi się do każdego skrawka poparzonej skóry. Matko jedyna jak ja nie lubię upałów! Mój dzień polega na kombinowaniu ile rzeczy można zrobić w sypialni, w której znajduje się jedyna, dobrze działająca klimatyzacja. Nie mogę tam gotować, ale mogę obrać ziemniaki. Nie mogę w sypialni odkurzyć samochodu, ale mogę odkurzyć sypialnię. Dwa razy. Nie mogę w sypialni plewić grządek, ale okazuje się, że zarośnięte też obfitują w pomidory. Lubię też jeździć samochodem, bo tam klimatyzacja działa najlepiej. Problem jest taki, że samochodem zawsze się gdzieś dojedzie, gdzieś trzeba wysiąść i znów się pocić. Kiedy w końcu mam czas żeby pójść na plażę i wejść do orzeźwiającej wody, pojawia się kolejny, dość istotny, problem. Nie umiem pływać. Co za ironia losu, że nieumiejąca pływać i potwornie bojąca się wody ja mieszkam albo w Ocean State, jak nazywamy Rhode Island, albo na Krecie. Ale ja nie z tych co się łatwo poddają, więc kiedy będziecie na plaży na Krecie i zobaczycie taki obrazek – niewiasta z zupełnie suchą czupryną, w wielkich okularach słonecznych pływa wzdłuż plaży, pięć metrów od wejścia do wody, a przy niej spaceruje jakiś niezadowolony osobnik w wodzie po kolana – to ja. To ja i moja ofiara, która idzie dwa kroki przede mną sprawdzając głębokość wody żebym się czasem, moi mili, nie utopiła. 

Letnia ja