Lato 2018 – część IV (ciepło)

Letnia Chania

To ostatnia część moich tegorocznych, letnich rozważań, bo i pora już taka, że letnie dni, wieczory i poranki coraz bardziej jesienne i chłodne. Oczywiście to z perspektywy kreteńskiej, bo jesiennie na Krecie oznacza dwadzieścia pięć stopni, a na wieczorny, czy poranny spacer należy zaledwie zarzucić dodatkowy łach. A ja zapraszam ten chłód do siebie, te sweterki, skarpetki, zachmurzone niebo i silny wiatr, bo ja lata na Krecie, proszę państwa, nie lubię! Proszę niczym we mnie nie rzucać (odrzucę) i psów na mnie nie wieszać (nie udźwignę). 

W drodze na Balos

Ja was wszystkich przyjeżdżających na Kretę z Norwegii, Bawarii, Gdańska, czy Londynu doskonale rozumiem. Przyjeżdżacie zziębnięci, z zimna skurczeni, bladzi i na głodzie D-witaminowym. Rozkładacie nieśmiało ręczniki na plaży i odkładacie na bok, na wszelki wypadek spakowane, parasole i bluzy z kapturem. Z niedowierzaniem odświeżacie aplikacje pogodowe, które dzień w dzień pokazują siedem słoneczek przez kolejne sześć dni (czasem wydaje się, że mamy tutaj więcej niż jedno słońce) i temperatury z trójką z przodu. Bardziej pesymistyczni z was doszukują się choćby jednej chmurki na niebie, jednej przepowiedni burzy, ulewy, czy choć przelotnych opadów deszczu. Nie znajdujecie. Później, z dnia na dzień wasze ogrzane słońcem ciała stają się coraz bardziej rozbisurmanione, coraz mniej na nich odzienia, coraz więcej morskiej soli na skórze, szumu morza w uszach i wina w głowie. Jedynym waszym zajęciem jest leżenie na plaży, unoszenie się na wodzie, jedzenie greckich przysmaków, chodzenie spać po północy i spanie do południa. Dwa razy w tygodniu wpadacie do miasta kupić bransoletkę z okiem proroka i otwieracz w kształcie penisa, ale po kilku godzinach w nagrzanych murach miasta śpieszycie zalec na plaży pod parasolem za dziesięć ełro, lub podryfować na dmuchanym jednorożcu. 

Na moim dachu

A ja moi drodzy muszę wstać o świcie żeby wyjść z psem na spacer, bo po ósmej asfalt parzy jej łapy. W samo południe muszę taszczyć z targu siaty ziemniaków, pomarańczy i marchwi. Zająć się ogródkiem, praniem, myciem okien, zamiataniem spadających winogron. Muszę iść do dentysty, okulisty i na pocztę. A wszystko w tym cholernym upale, z potem lejącym się z każdego gruczołu, z okularami słonecznymi na stałe przyrośniętymi do twarzy, z koszulkami klejącymi się do każdego skrawka poparzonej skóry. Matko jedyna jak ja nie lubię upałów! Mój dzień polega na kombinowaniu ile rzeczy można zrobić w sypialni, w której znajduje się jedyna, dobrze działająca klimatyzacja. Nie mogę tam gotować, ale mogę obrać ziemniaki. Nie mogę w sypialni odkurzyć samochodu, ale mogę odkurzyć sypialnię. Dwa razy. Nie mogę w sypialni plewić grządek, ale okazuje się, że zarośnięte też obfitują w pomidory. Lubię też jeździć samochodem, bo tam klimatyzacja działa najlepiej. Problem jest taki, że samochodem zawsze się gdzieś dojedzie, gdzieś trzeba wysiąść i znów się pocić. Kiedy w końcu mam czas żeby pójść na plażę i wejść do orzeźwiającej wody, pojawia się kolejny, dość istotny, problem. Nie umiem pływać. Co za ironia losu, że nieumiejąca pływać i potwornie bojąca się wody ja mieszkam albo w Ocean State, jak nazywamy Rhode Island, albo na Krecie. Ale ja nie z tych co się łatwo poddają, więc kiedy będziecie na plaży na Krecie i zobaczycie taki obrazek – niewiasta z zupełnie suchą czupryną, w wielkich okularach słonecznych pływa wzdłuż plaży, pięć metrów od wejścia do wody, a przy niej spaceruje jakiś niezadowolony osobnik w wodzie po kolana – to ja. To ja i moja ofiara, która idzie dwa kroki przede mną sprawdzając głębokość wody żebym się czasem, moi mili, nie utopiła. 

Letnia ja

 

Moja Kreta – Falasarna

Falasarna

Większość turystów przyjeżdżających na plaże Krety swoje pierwsze kroki kieruje na przepiękną plażę Balos i na słynną z różowego piasku plażę Elafonissi. Plaża Balos jest rzeczywiście warta…no wszystkiego jest warta. My zapłaciliśmy za jej piękne widoki podwyższonym ciśnieniem krwi i leczeniem stresu pourazowego. Alkoholem ma się rozumieć. Do plaży prowadzą dwie drogi. Jedna to droga morska, której w swej głupocie nie wybraliśmy. Druga to kilkunastokilometrowa wyboista droga pod górkę, wzdłuż skarpy bez jakichkolwiek barierek chroniącej nas od nieuchronnej śmierci. Do tego wąska na tyle, że minięcie się z samochodem jadących w przeciwnym kierunku wydaje się niemożliwe. Śmierć, mimo, że w pięknych okolicznościach przyrody, nie była w planie. Po kilku metrach okazało się, że z naszej trójki kierowców, tylko ja nie mam lęku wysokości. Wjechaliśmy. I nawet zjechaliśmy. Warto było, ale następnym razem płyniemy statkiem. To Balos. Droga do Elafonissi jest mniej niebezpieczna, z zapierającymi dech w piersiach widokami. Plaża jest piękna, szeroka, z cudownym, zabarwionym na różowo piaskiem. Byliśmy tam tylko raz, na początku kwietnia i wrócimy kiedy zrobi się cieplej. Było strasznie wietrznie i zimno a wbijający się w skórę piasek ranił nam nogi. Falstart. Nie poddajemy się i wrócimy wkrótce. 

Widok na plażę Balos

 

Nie mam jeszcze dobrych zdjęć z Elofonissi. Było mi za zimno!

 

Miesiąc temu pojechaliśmy na plażę Falasarna po raz pierwszy i zakochaliśmy się w niej od pierwszego wejrzenia. Falasarna położona jest sześćdziesiąt kilometrów na zachód od Chanii. Plaża jest ogromna, szeroka i nawet podczas największego najazdu turystów można tutaj znaleźć spokojne miejsce. Część plaży jest bardzo “normalna” – piasek i delikatne zejście do morza. Część jest skalista i właśnie tę część upodobały sobie moje dzieci. W szczelinach skał, w małych jaskiniach mieszkają ryby i inne stworzenia morskie, które można podobno podglądać nurkując. Podobno, bo, ma się rozumieć, ja nie podglądałam, ale dzieci zapewniają, że świat podwodny tętni życiem! Woda, jak wszędzie na Krecie, idealnie przeźroczysta, nawet na dużej głębokości. I różowy piasek. Piasek, który miesza się z połamanymi muszelkami tworzy różowe pasma. Nie takie piękne i długie jak na Elafonissi, ale nam wystarczyło. Byliśmy tam cztery razy. Za każdym razem rozkładaliśmy się na plaży między skałami i było nam super. Dzieci szukały ryb, ja czytałam, robiłam zdjęcia i udawałam, że po prostu nie mam ochoty na pływanie podczas gdy prawda jest taka, że mam, ale strach paraliżuje. I obserwowałam sobie współplażowiczów. No i za każdym razem gdzieś obok mnie, między skałami rozbijał się ktoś, rozkładał koce, ręczniki, wyciągał piwo, wino, książkę i…ściągał ubrania. WSZYSTKIE! Przyszła mi taka myśl do głowy, że może trochę dziwne, ale zaraz sama siebie zrugałam za brak tolerancji i pruderię. Ucieszyłam się nawet, że Grecja taka otwarta, że ludzie odważni. Nudyści obserwowali mnie i moje tekstylne dzieci z zaciekawieniem. Czując lekką presję zdjęłam górę kostiumu i po trzech latach plażowania na bardzo konserwatywnych plażach Nowej Anglii, poczułam się niezwykle wyzwolona i odważna. I tak się czułam wszystkie cztery razy. Ostatniego dnia zapuściłam się trochę dalej na spacer mijając kilka rozłożonych bezwstydnie nagich ciał obojga płci. Odwracam się, proszę ja was, i widzę jak byk tabliczkę i wielki napis, że część plaży na której rozkładaliśmy się od miesiąca to plaża dla nudystów. 

Rybki i inne stworzenia między tymi skałami

 

Znalazłam sól morską. Takie dziwy…

 

Moja Kreta – Ogród Botaniczny i Drzewo Oliwne…

Te dwie atrakcje machnęliśmy jednego dnia. Okazało się, że zwiedzanie pomnika najstarszego drzewa zajęło nam niecałe dziesięć minut więc zainspirowani kreteńską florą, pojechaliśmy do ogrodu botanicznego (Botanical Park and Gardens of Crete) i to był, mili państwo, strzał w dziesiątkę. Ale najpierw o drzewie. 

Najstarsze drzewo oliwne na świecie (link tutaj).

Tradycja uprawy drzew oliwnych i pozyskiwania z nich oliwy sięga daleko w głąb historii krajów śródziemnomorskich. Na Krecie najstarsze wspominki o oliwie z oliwek pochodzą z okresu kultury minojskiej, której rozkwit przypada na 2000 rok przed narodzeniem Chrystusa. Ówcześni mieszkańcy Krety używali oliwy nie tylko do gotowania i przygotowywania potraw, ale również jako mydła, lekarstwa, jako bazy do kosmetyków lub do pielęgnacji wartościowych przedmiotów. Nie dziwi więc, że właśnie tutaj znajdują się najstarsze drzewa oliwne. My wybraliśmy się do, jak głosi Wikipedia, prawdopodobnie najstarszego drzewa oliwnego na świecie. Byliśmy przygotowani na pomnik przyrody chroniony przez grecką gwardię narodową, otoczony murem z otworami na obiektywy fotograficzne, z budką z biletami i propozycją wynajęcia przewodnika. Obok wielkie muzeum, z równie wielką opłatą wjazdową i oczywiście sklep z pamiątkami. Torby na zakupy z nadrukiem drzewa oliwnego, cukierki i ciasteczka w kształcie pnia oraz pamiątkowe, pojedynczo pakowane, listki za pięć euro za sztukę. A tu niespodzianka! 

Droga do Ano Vouves jest piękna, z widokami na góry i na wszechobecne gaje oliwkowe. Drzew jak okiem sięgnął. Szarozielone, maleńkie liście cudnie mienią się w słońcu i szeleszczą na wietrze. Nie trudno uwierzyć, że jedna czwarta powierzchni Krety to ogrody oliwne. Dojechaliśmy na miejsce. Na małym placyku, między czterema budynkami (nieczynna tawerna, muzeum i dwa zamieszkałe greckimi rodzinami domy – aktualnie w trakcie remontu dachu) pomnik-drzewo, otoczone starym murkiem na trzy palce. Muzeum otwarte na oścież, w trzech pomieszczeniach zebrany, zdaje się, starożytny sprzęt do wyrabiania oliwy – niestety wszystko w języku greckim, więc nie dowiedzieliśmy się zbyt wiele. Samo drzewo, trzeba przyznać, piękne! Gałęzie wciąż wiotkie i tańczące na wietrze, liście mięsiste i zielone, zawiązki maleńkich oliwek można dostrzec na prawie wszystkich gałęziach i pień… ach ten pień… Właśnie z powodu  pnia drzewo to zostało wpisane do rejestru pomników przyrody na Krecie. Pień jest ogromny, pokręcony, zawinięty wokół siebie, pomarszczony, pogięty.  Podobno w pniu można się dopatrzeć obrazów, przedmiotów, czy nawet twarzy. W środku pień jest pusty i przestronny. Można by wejść. Nie miałam jednak sumienia. Według naukowców, którzy opracowali sposób odczytywania wieku drzew oliwnych na podstawie przyrostu pnia, to drzewo ma około trzech tysięcy lat. Nie jest to jednak pewne ponieważ pień drzewa jest częściowo pusty i bardzo pozwijany. Niektórzy naukowcy twierdzą, że drzewo jest dużo starsze, inni, że wręcz odwrotnie. Nam się podobało. Moim dzieciom szczególnie to, że nie ma sklepu z pamiątkami, lodziarni, ulotek i odganiaczy. Jest zwyczajnie – stare drzewo oliwne w środku wsi. Trzy tysiące lat. I już. I nic więcej. 

Ogród Botaniczny (Botanical Park and Gardens of Crete, link tutaj)

Po drodze do domu wstąpiliśmy do osławionego w Internecie ogrodu botanicznego zwanego Ogrodami Krety. Dotarliśmy tam w porze południowego głodu i zaczęliśmy naszą wycieczkę od jedzenia. Ogród botaniczny usytuowany jest na zboczu góry, na samym wierzchołku tego zbocza znajduje się restauracja z zapierającym dech w piersi widokiem. Jedzenie było super – niedrogie, ekologiczne (zapewniali nas, że wszystko od okolicznych gospodarzy) i oczywiście pyszne!! Warto posiedzieć na tarasie, w słońcu tak jak my, przed spacerem, lub, jeszcze lepiej, po wędrówce. Przy kupnie biletu dostaje się dokładną ustną informację o długości spaceru, o układzie ogrodu, o tym, że trzeba chodzić powoli, nie spieszyć się, dużo odpoczywać i podziwiać przyrodę. Spacer zaplanowany jest na dwie i pół godziny. To około dwa i pół kilometra w połowie z górki, w drugiej połowie, sprawiedliwie, pod górkę.

Ogród botaniczny to dwadzieścia hektarów powietrzni, która kiedyś była ogromnym gajem oliwnym. W 2004 gigantyczny pożar pochłonął  prawie sześćdziesiąt tysięcy starych drzew oliwnych. Był to wielki cios, zarówno emocjonalny jak i finansowy dla mieszkańców tego terenu i właścicieli drzew.  Znalazła się jednak rodzina, która postanowiła odbudować to miejsce i zrobić z niego coś niezwykłego. Udało im się. Na terenie ogrodów znajdziemy roślinność z całego świata, piękne drzewa, krzewy, oszałamiająco pachnące zioła i kwiaty, tysiące drzew pomarańczowym. Wśród tej zieleni i świeżości zobaczyć można pozostałości po pożarze – smutnie stojące kikuty spalonych drzew. Przypominają o historii tego miejsca i może o tym, że nawet po wielkim, trawiącym wszystko pożarze, można się pozbierać i stworzyć coś nowego. 

Wszystkie rośliny i ścieżki są dobrze opisane, oznaczone i zorganizowane bardzo przyjaźnie dla wszelkiego rodzaju odwiedzających. Można poczytać książkę w “bibliotece” gdzie wśród drzew, przy strumieniu znajdziemy kolorowe krzesła i półkę z dziełami greckich filozofów. W połowie spaceru natkniemy się na małe jezioro i tyciunie  zoo – zaledwie kilka kur, gęsi, indyków, piękne pawie, osioł i kozy ma się rozumieć. Wielka atrakcja dla dzieci – nawet tych prawie dorosłych. Odwiedziliśmy ogród w połowie kwietnia – wszystko kwitło, pachniało, zieleniło się i rozrastało. Chciałabym wrócić jeszcze raz, trochę póżniej żeby obejrzeć owoce na egzotycznych roślinach i młode drzewa oliwne pełne świeżych oliwek. Wrócę.