Zima na Krecie czyli czasami Narnia (2019 Paulina All Rights Reserved)

Patrz jak pięknie wyglądają te góry. Narnia po prostu. – powiedziała Paulina wyglądając przez brudne od deszczu i pyłu afrykańskiego okno. Przesiedziałyśmy w domu cztery dni wysłuchując wycia wiatru, sprawdzając ile kropel wody na suficie, czy piwnica nie tonie, czy drogi przejezdne i jak daleko od nas kolejne lawiny błotne. Od jednego wyłączenia prądu do kolejnego, gotowałyśmy, nadużywałyśmy Netflixa, jadłyśmy co ugotowałyśmy i piłyśmy herbatę na przemian z kawą i winem. I po czterech ciemnych, zimnych, deszczowych i wietrznych dniach nad pięknymi Lefka Ori (Góry Białe) wyszło słońce. Wygrzebało dziurę w czarnych, napuchniętych od deszczu chmurach i oświetliło ośnieżone szczyty, pozostawiając resztę wyspy z otwartymi z zachwytu ustami. Wspięłam się na dach zrobić zdjęcie godne nagrody National Geographic. Wyszło jak widać. Marnie. Ale zaraz… nie każdemu dane oglądać takie cuda! Do Narni też nie było tak hop siup! Pokój, szafa, samotny spacer po zimowym lesie. Narnia na Krecie jest nagrodą dla tych, którzy przeżyli wichury, ulewy, brak prądu i ogrzewania. Musicie uwierzyć na słowo, że widok białych szczytów oblanych promieniami słońca w samym środku ciemnego nieba to widok wart miliona dolarów. Zdjęcie nie oddaje. Może aparat, a może fotograf do kitu. 

Zima na Krecie to ciekawe doświadczenie. Ciekawe dlatego, że wcale nie takie inne jak inne zimy, w innych miejscach, w których mieszkałam. Wieczorami wcześnie robi się ciemno. Poranki  nie sprzyjają wstawaniu. Jest zimno i są opady. A opadów jest sporo. Palimy w kominku, chodzę w ciepłych, filcowych kapciach, piję rozgrzewające herbaty i czytam pod kocem. Jedyna różnica to to, że wszystko w temperaturze dziesięciu stopni.  Jesteśmy  jednak na Krecie i jeśli nie ma słońca i termometr nie pokazuje dwudziestu pięciu stopni lub więcej, trzeba zachowywać się tak jakby to była zima. Trzeba być marudnym, zziębniętym, skulonym i narzekającym, że za długo, za zimno, za mokro. Bo właśnie o to mokro chodzi. Woda w morzu mokra, z nieba leje mokre, ściany i sufity nieszczelne, również mokre, przy braku porządnego ogrzewania podłoga od wilgoci mokra, w szafie ubrania wilgotne, pościel, ręczniki, kot i pies też. Do tego od czasu do czasu przysypie pomarańczowym pyłem z Afryki i mamy błoto na oknach i piach między zębami.

Ale jest też inaczej niż wszędzie. Jest nieprzyzwoicie zielono. Tutaj gdzie mieszkam nie zawsze jest zielono, bo lato jest suche i zakurzone. Wtedy mój ogródek przypomina krajobraz księżycowy. Zimą natomiast jest cudownie. Soczysta trawa, a właściwie grecka koniczyna, która pod butami chrupie jak konsumowane na prędce rzodkiewki. Rosną kwiaty na łąkach, a kiedy jest pogodnie, przylatują doń pszczoły i pszczelą się na całego. W ogródkach sąsiadów (mój się poddał) sezon na zielone warzywa. Brokuły można zbierać jak kwiaty, kalafior i kapusta i koperek i pietruszka i koper włoski. Zielono, soczyście, smacznie i zdrowo. Wreszcie można pojeździć na rowerze, nawet w samo południe. Kocham rower i dla mnie to najlepszy na niego czas. Można pospacerować po górach, po zupełnie pustych plażach, pobiegać jak kto nie boi się o swoje stawy kolanowe. Można zajrzeć do miasta. Chania zimą jest taka inna. Restauracje przy porcie mają w nosie jak wyglądają (a wyglądają jakby się broniły przed tsunami) i pozamykały za pomocą desek i worków z piaskiem swoje podwoje przed nielicznymi głodnymi. Sklepiki z pamiątkami zamknięte do wiosny. Brzmi ponuro, ale wtedy właśnie można zauważyć rzeczy, które latem nie zwrócą naszej uwagi. Czarodziejski zakątek, piękne, stare drzwi, kapliczkę, czy napis Fuck NATO. Otwarte są tylko restauracje, do których przychodzą mieszkańcy – czyli najlepsze! Nigdy wcześniej nie zauważyłam tej małej restauracji w środku starego miasta z najprawdziwszym (według obsługującego nas Serba) serbskim ajwarem i pachnącą na pół miasta zupą warzywną. 

I jak zwykle, jak w życiu i jak w Alpach po miesiącu ulew i totalnego, meteorologicznego wkurwu, nadchodzi taki poranek kiedy budzisz się i wynurzasz swoje skulone, zziębnięte ciało spod kołdry (kołdry, koca, narzuty i psa) a tu za oknem Narnia. Narnia z obietnicą nadchodzącej wiosny!

Rok temu…

To piękny, wyszywany ręcznie obrazek z jednego ze sklepów artystycznych w Chanii

31 styczeń – 1 luty 2018

Osiem godzin podróży samochodem to sporo czasu na przemyślenia. Jechaliśmy z pięknego, historycznego i zasypanego śniegiem Rhode Island do błota i, na pierwszy i jedyny rzut oka, do beznadziei miasteczka Norfolk w stanie Wirginia. Pożegnałam się z karierą, znajomymi, przyjaciółmi, dostępnością wszelkiego rodzaju rzeczy i usług, łatwością komunikacji i byciem u siebie. Jest sporo do myślenia. Podróż z dobytkiem, który ma nam służyć przez następne dwa miesiące zanim nasze meble, książki, talerze i płyty do nas dolecą. Podróż z psem na lekach odwrotnie uspokajających i z kotem, który przez cały czas nie wyściubił łba spod fotela dla kierowcy. Podróż z dziećmi, które pożegnały się ze swoimi przyjaciółmi i jechały rozpocząć zupełnie nowe życie. Podróż z dziećmi chorymi. Na grypę. W plecakach zioła, tabletki, syropy, okłady, maści i mikstury od medyków ze wszystkich zakątków świata. Nigdy nie wiadomo co pomoże. Jedno po pierwszym rzucie choroby, wycieńczone kilkudniową gorączką, z wlokącym się za nim kaszlem i lekkim nieżytem żołądka. Drugie przedawkowane witaminą C i wszystkimi na wszelki wypadkami czeka na swoją kolei. Ja pewna teorii, że dopadnie mnie dopiero kiedy odpuści adrenalina, a że adrenalinie końca nie widać, będę zdrowa. Hotel wojskowy, lot wojskowy, obsługa wojskowa, klatki dla psa i kota oraz pasażerowie również wojskowi. Ja uwielbiam. Wylot późnym wieczorem więc pośpimy do południa i się zrelaksujemy przed długim lotem. Ja się nie zrelaksuję. Budzę się z gorączką, nudnościami i ogólnym stanem gównianym. Tak mnie żegnają Stany Zjednoczone. Zjednoczyły się wszelkie stany chorobowe żeby mi uprzykrzyć i tak przerażający, dziewiętnastogodzinny lot na Kretę. Z psem. Z kotem. Z dwójką nastolatków. Lądujemy na Krecie w nocy. Jest bardzo ciemno. Wita nas gromadka przemiłych tubylców. Wiozą padniętych na pysk nas (po takiej podróży) do naszego domu. Pustego, zimnego i ciemnego. Padamy na materace i od jutra, już tak na poważnie, zaczynamy chorowanie, które będzie trwało miesiąc.

31 styczeń – 1 luty 2019

Tydzień temu znalazłam szczeniaka przy śmietnikach. Zabrałam na przechowanie. Jest zabawna, mądra i kiedy śpi tak cudownie tuli się do nas. Ale jak ja nie jestem gotowa na szczeniaka, to kurde sama nie wiedziałam. Na szczęście jej nowe legowisko już na nią czeka gdzieś w Finlandii. To właśnie pies zajmuje mi teraz najwięcej czasu. Zabawa, karmienie, nauka (a nauki jest sporo) prowadzenie negocjacji z czworonożnymi domownikami w sprawie zawieszenia broni, spacer, weterynarz, telefony w sprawie adopcji i znów karmienie. Oprócz tymczasowego psa, mam też certyfikat instruktora jogi. Zrobiłam tutaj na Krecie. Chyba traktuję ten dokument jak złoty klucz do wszystkich drzwi a bliżej mu raczej do dziesięciocyfrowego kodu, z którego znam tylko dwie pierwsze liczby. Muszę odpuścić a z moim charakterem jest trudno. Prowadzę zajęcia jogi i na horyzoncie majaczy kilka projektów. Ale ja chcę więcej. I natychmiast. Jak zwykle. 

Mam też nowych znajomych i nowe ważne sprawy do załatwienia. A to bazarek świąteczny, a to wycieczka do klasztorów, zakup sadzonek pomidorów, zbiór oliwek, czy remont dachu w kierunku „jogi pod winogronami”. Mam też mnóstwo cudownych wspomnień z lata. Odwiedzili nas przyjaciele i rodzina zachwycając się naszym nowym miejscem zamieszkania. Było ciepło, chwilami za ciepło, wesoło, beztrosko i bardzo, bardzo wakacyjnie. Mam również zapełniający się kalendarz na tegoroczne lato i już nie mogę się doczekać. Mam wyciskarkę do własnoręcznie zebranych pomarańczy, oliwę z oliwek od jednych i wino od drugich sąsiadów. Mam zioła w ogródku i cytryny na drzewie. Mam dobre, jak na rok pobytu, rozeznanie w terenie. Wiem gdzie fajne plaże, najlepsze nadziewane pomidory, okulista, pralnia chemiczna i sklep z armaturą łazienkową. Mam obcykane skróty i miejsca parkingowe. Nie mam natomiast dzieci w domu. To chyba największa i najcięższa zmiana. Niby przyjeżdżają, odwiedzają, a kiedy są w domu, jest jak dawniej, ale to nie to samo co mieć je na codzień. I choć wiem, że są szczęśliwe i dobrze im tam gdzie są, to jednak wiadomo…do dupy jest. Mam też czas. W Stanach mogłam pomarzyć o takich luksusach. Mam czas na czytanie, medytacje, na pisanie, czas na Netflix i TedTalk. Mam też poczucie, że to nie koniec. To nie koniec zmian, nie koniec nowego, nie koniec poszukiwania i odkrywania. 

A w miejscu materaca sprzed roku, mam najwygodniejsze na świecie łóżko z widokiem na klatkę wielkości nowojorskiej kawalerki z dziesięcioma kanarkami. 

 

Niby pazur, ale nie za bardzo…

Paulina Młynarska napisała ostatnio taki właśnie felieton. Napisała o tym jak znalazła spokój i równowagę i jak straciła pazur – ostre, kontrowersyjne pisanie na ciężkie tematy. No i wiadomo, że gdybym miała porównać się z Pauliną, to widzę ją wchodzącą na ośmiotysięcznik. Truchcikiem. Bez aparatu tlenowego. W porze zimowej. A ja po Beskidzie Śląskim. Na bezdechu. Ale kiedy autorka bestsellerów i nieznana, pożal się Boże, blogerka wchodzą na ścieżkę medytacji, jogi i ogólnego uduchowienia, odczucia są podobne. Mniej mnie denerwuje, mniej biadolę, obserwuję spokojniejsze reakcje na idiotyczne sytuacje, mniej ironii i cynizmu. Pazurki obcięte do skóry i spiłowane na okrągło. 

Mniej nie oznacza, że nic nie jest w stanie mnie poruszyć i zdenerwować. Zdarza się. Reakcja na taką sytuację jest inna niż wcześniej. Nie rzucam mięsem, butami i porcelaną. Ale gdzieś temu ujście dać trzeba. To poezją może się posłużę. Taką wiecie, pożal się Boże, nizinną. Najważniejsze, że wiadomo o co chodzi, co mnie uwiera. Najważniejsze, że upust jest, wzdęć nerwowych mniej. No i ważne jest, że rymy są. Zapraszam!

 

Choć spokojnam jak baranek,

Medytuję ja co ranek,

Błoga jasność po mnie spływa,

Niepokoju mi ubywa. 

Choć chwilami, tak na moment, trzecie oko się otwiera,

To czasami, niespodzianie, jasna łapie mnie cholera. 

Bom wśród Greków zamieszkała,

Nikt nie zmuszał, sama chciała,

A się teraz czysto jawi,

Że się Andzia nie przestawi. 

Że za bardzo spięty tyłek, drętwa, sztywna, upierdliwa,

Zbyt niemiecka się wydaje by móc czuć się tu szczęśliwa. 

Bo jak dobrze jest być Grekiem,

Wżdy pojonym kozim mlekiem,

Rozpieszczonym oliwkami,

I oliwą z nich litrami. 

Jak cudownie dni nie liczyć i nie zważać na minuty,

Wszystko zlewać i chromolić czy to lipiec, maj, czy luty. 

Kto by zważał na terminy,

Daty, pory i godziny,

Kto by sprawdzał informacje,

Chciał ujarzmić biurokracje. 

Kto by się zepsutym martwił, uszkodzonym i nieczynnym,

Kiedy można olać problem i się za nic nie czuć winnym. 

Można jeździć samochodem,

Po cykudii z pysznym miodem,

Migacz zostawiony z domu,

niepotrzebny wszak nikomu. 

Lecz ja gościem tutaj jestem i korzystam z pięknej Grecji,

Przyjdzie mi się dostosować, lub się przenieść hen do Szwecji. 

Kala Christouyenna

Post ten napisałam do okienka kalendarza adwentowego Klubu Polki. W kalendarzu ciekawostki i opowieści ze wszystkich stron świata. Zapraszam na nasz FP, tam znajdziecie linki do wszystkich okienek!

W Święto Dziękczynienia zaprosiliśmy do nas sześcioro Kreteńczyków. Wiedząc, że mam zrobić wpis do klubu o świętach Bożego Narodzenia na Krecie, pomyślałam, że to znakomita okazja do wypytania i zanotowania wszystkich tradycji związanych ze świętami. Gdzie, jak nie u źródła. Wszyscy moi respondenci to mieszkańcy Krety z dziada pradziada, wszyscy wierzący i praktykujący i tradycje rodzinne bardzo szanujący. Przy deserze zapytałam. Żałowałam po minucie. 

Ilości informacji jakie dostałam, ale przede wszystkim rozbieżność informacji była niesłychana. Któryś rzucił tradycją, wszyscy ze zrozumieniem wydali z siebie “Aaaaa…tak, tak…” a następnie usłyszałam sześć zupełnie innych wersji. Przy niektórych, po burzliwiej dyskusji po grecku, udało się zawęzić wersje do dwóch, trzech. Przy niektórych usłyszałam osiem wersji od sześciu uczestników. Dochodzeń, oskarżeń o naginanie przepisów świątecznych, o luki w pamięci i przejawów lokalnego patryjotyzmu było mnóstwo. Wszystko to jednak żartobliwie i przy wybuchach gromkiego śmiechu. Dzięki Zeusowi za spore ilości wina na stole. 

A w tym wszystkim ja, próbująca zanotować, dopytać, ogarnąć. Za tekst ten, proszę szanownych czytelników, odpowiadam tylko w niewielkim procencie. Co usłyszałam, co wyczytałam z ruchu warg a potem i z internetu, opisuję wam niniejszym w kilku akapitach. 

Przeważająca ilość Greków (według internetu 95%) należy do Greckiego Kościoła Prawosławnego. Według tego kościoła, święta Bożego Narodzenia są drugim najważniejszym świętem w roku liturgicznym. Znacznie ważniejszym i znacznie bardziej celebrowanym świętem jest Wielkanoc. Boże Narodzenie, przez ostatnie lata, stało się świętem głównie komercyjnym. Witryny sklepów, ulice i place przyozdobione są z takim samym rozmachem jak w wielu innych krajach. Mamy przybrane światłami choinki, gwiazdy, anioły i Mikołaja na każdym roku, dachu i balkonie.

Statek. Choinka jest dość nowym wynalazkiem, szczególnie na wyspach, i choć żywą można kupić w sklepach ogrodniczych, niczym nie przypomina ona choinek jakie można dostać w Warszawie, Berlinie, czy Bostonie. W naszej części Krety widziałam tylko umordowane, sięgające mi pod pachę bidulki w doniczkach za siedemdziesiąt ełro. Sztucznych choinek za to w bród! Dawniej zamiast choinek dekorowano drewniane miniatury statków. Teraz również można podziwiać ogromne drewniane konstrukcje i maleńkie stateczki udekorowane światełkami na placach miejskich, przy portach i w sklepach. Statki zastępowały choinkę głównie na wyspach i tradycyjnie były oznaką i podziękowaniem za to, że żeglarze, rybacy i pracujący na morzu mężczyźni szczęśliwie powrócili na święta do domu. 

Pożyczone od Elizabeth’s Kichen Diary

Killantzaroi. Jeszcze inną dekoracją domu greckiego jest mały, drewniany krzyżyk z gałązką bazylii zawieszony na drucie nad miską z wodą. Codziennie święci się dom wodą z miski chroniąc go i całą rodzinę przez Killantzaroi. Opowieści o Killantzaroi różnią się od siebie w zależności od regionu, ale tak do kupy zbierając, to jakiś niedobry pół człowiek pół zwierz, który włazi do domu przez komin, gasi ogień i sprawia, że mleko się warzy. Jednym słowem Killanatzaroi rozrabiaka. 

Killantzarojów dwóch

Mikołaj. Szóstego grudnia obchodzi się dzień Świętego Mikołaja, ale wtedy nikt nie dostaje ani prezentów, ani rózg, ani pomarańczy w butach, ani węgla. To ważny dzień dla wszystkich żeglarzy ponieważ św. Mikołaj to właśnie ich patron. Żaden statek nie wypłynie na morze bez figurki św. Mikołaja na pokładzie. Prezenty przynosi ktoś inny. W pierwszy dzień nowego roku (Protochronia) święty Bazyli (Agios Vasilios) przynosi podarki dla wszystkich dzieci. Są to zazwyczaj małe podarki lub pieniądze.

Kolędowanie. Chodzenie po domach grupkami i śpiewanie kolęd (greckie: kalanda) w zamian za słodycze lub drobne pieniądze to, według moim rozmówców, wynalazek Greków i pochodzi od tańca choraulein, który potem dotarł do całej Europy i z tańca przerodził się w śpiewy. Greckie dzieci chodzą od domu do domu w wigilię Bożego Narodzenia a następnie w wigilię nowego roku. Dom, do którego zapukają kolędnicy i zaśpiewają kolędę  to dom, który będzie opływał w szczęście i dostatek. 

Wigilia. Trochę inaczej niż w Polsce. Mimo, że to kraj rybaków, ryb i owoców morza, w wigilię tradycyjnie zjada się wieprzowinę. Jeśli się zmieści do piekarnika, to najlepiej cały pośladek na jedno posiedzenie. Kreteńczycy najczęściej wychodzą do knajp w wigilię, gdzie imprezy zaczynają się około dziesiątej wieczorem i obfitują w duże ilości jedzenia, wina, śpiewów i tańców. Trochę to podobne do znanych nam imprez sylwestrowych. W Sylwestra, z kolei, najczęściej siedzi się w domu, w gronie rodzinnym i gra w karty. Koniecznie na pieniądze. Przynajmniej jedna osoba w gronie wkroczy w nowy rok z pełną kiesą. 

Szóstego stycznia, w ostatni dzień okresu świątecznego, obchodzone jest święto Objawienia Pańskiego. Jest to również dzień święcenia wody. Po nabożeństwie, procesja wiernych znajduje kawałek wody (co nie jest trudne, szczególnie na wyspach) i wrzucany jest doń krzyż. Za krzyżem rzuca się do wody grupa odważnych młodzieńców i czym prędzej, na wyścigi, wyławiają krzyż. Ten, który go wyłowi, może liczyć na powodzenie i dobrobyt w nadchodzącym roku.

I ostatni, bardzo lokalny zwyczaj. W Chani, od kilku lat, odbywa się bieg Mikołajów. To taka trochę parodia znanych na całym świecie biegów Mikołajów. Tysiące przebranych za Mikołaje biegaczy przemierza niecałe cztery kilometry ulicami Chanii. Nie ma zwycięzców, nie ma medali. Jest tylko dobra zabawa, a po biegu strawa i wino dla wszystkich. Dochody z biegu przekazywane są na cale dobroczynne. 

To tyle kochani o świętach na Krecie. Więcej powiem wam za rok, bo te święta będą moimi pierwszymi na wyspie. A wszystkim tutaj zaglądającym, bez względu na wyznanie, wierzenia i przekonania życzę rodzinnych spotkań, długich i ciepłych wieczorów wśród znajomych i przyjaciół, spokoju i odpoczynku w te najdłuższe i najciemniejsze noce w roku. Wielu astrologów uważa, że odchodzący rok był rokiem zmian, wahnięć i przełomów. I tych dobrych i tych mniej. Dla wielu był to rok trudny i męczący. W nowym roku życzę i sobie i wam równowagi, żeby każdy zły moment był początkiem dobrego, żeby za każdą łzą czaił się piękny uśmiech. 

Wesołych Świąt!

Ania

Lato 2018 – część IV (ciepło)

Letnia Chania

To ostatnia część moich tegorocznych, letnich rozważań, bo i pora już taka, że letnie dni, wieczory i poranki coraz bardziej jesienne i chłodne. Oczywiście to z perspektywy kreteńskiej, bo jesiennie na Krecie oznacza dwadzieścia pięć stopni, a na wieczorny, czy poranny spacer należy zaledwie zarzucić dodatkowy łach. A ja zapraszam ten chłód do siebie, te sweterki, skarpetki, zachmurzone niebo i silny wiatr, bo ja lata na Krecie, proszę państwa, nie lubię! Proszę niczym we mnie nie rzucać (odrzucę) i psów na mnie nie wieszać (nie udźwignę). 

W drodze na Balos

Ja was wszystkich przyjeżdżających na Kretę z Norwegii, Bawarii, Gdańska, czy Londynu doskonale rozumiem. Przyjeżdżacie zziębnięci, z zimna skurczeni, bladzi i na głodzie D-witaminowym. Rozkładacie nieśmiało ręczniki na plaży i odkładacie na bok, na wszelki wypadek spakowane, parasole i bluzy z kapturem. Z niedowierzaniem odświeżacie aplikacje pogodowe, które dzień w dzień pokazują siedem słoneczek przez kolejne sześć dni (czasem wydaje się, że mamy tutaj więcej niż jedno słońce) i temperatury z trójką z przodu. Bardziej pesymistyczni z was doszukują się choćby jednej chmurki na niebie, jednej przepowiedni burzy, ulewy, czy choć przelotnych opadów deszczu. Nie znajdujecie. Później, z dnia na dzień wasze ogrzane słońcem ciała stają się coraz bardziej rozbisurmanione, coraz mniej na nich odzienia, coraz więcej morskiej soli na skórze, szumu morza w uszach i wina w głowie. Jedynym waszym zajęciem jest leżenie na plaży, unoszenie się na wodzie, jedzenie greckich przysmaków, chodzenie spać po północy i spanie do południa. Dwa razy w tygodniu wpadacie do miasta kupić bransoletkę z okiem proroka i otwieracz w kształcie penisa, ale po kilku godzinach w nagrzanych murach miasta śpieszycie zalec na plaży pod parasolem za dziesięć ełro, lub podryfować na dmuchanym jednorożcu. 

Na moim dachu

A ja moi drodzy muszę wstać o świcie żeby wyjść z psem na spacer, bo po ósmej asfalt parzy jej łapy. W samo południe muszę taszczyć z targu siaty ziemniaków, pomarańczy i marchwi. Zająć się ogródkiem, praniem, myciem okien, zamiataniem spadających winogron. Muszę iść do dentysty, okulisty i na pocztę. A wszystko w tym cholernym upale, z potem lejącym się z każdego gruczołu, z okularami słonecznymi na stałe przyrośniętymi do twarzy, z koszulkami klejącymi się do każdego skrawka poparzonej skóry. Matko jedyna jak ja nie lubię upałów! Mój dzień polega na kombinowaniu ile rzeczy można zrobić w sypialni, w której znajduje się jedyna, dobrze działająca klimatyzacja. Nie mogę tam gotować, ale mogę obrać ziemniaki. Nie mogę w sypialni odkurzyć samochodu, ale mogę odkurzyć sypialnię. Dwa razy. Nie mogę w sypialni plewić grządek, ale okazuje się, że zarośnięte też obfitują w pomidory. Lubię też jeździć samochodem, bo tam klimatyzacja działa najlepiej. Problem jest taki, że samochodem zawsze się gdzieś dojedzie, gdzieś trzeba wysiąść i znów się pocić. Kiedy w końcu mam czas żeby pójść na plażę i wejść do orzeźwiającej wody, pojawia się kolejny, dość istotny, problem. Nie umiem pływać. Co za ironia losu, że nieumiejąca pływać i potwornie bojąca się wody ja mieszkam albo w Ocean State, jak nazywamy Rhode Island, albo na Krecie. Ale ja nie z tych co się łatwo poddają, więc kiedy będziecie na plaży na Krecie i zobaczycie taki obrazek – niewiasta z zupełnie suchą czupryną, w wielkich okularach słonecznych pływa wzdłuż plaży, pięć metrów od wejścia do wody, a przy niej spaceruje jakiś niezadowolony osobnik w wodzie po kolana – to ja. To ja i moja ofiara, która idzie dwa kroki przede mną sprawdzając głębokość wody żebym się czasem, moi mili, nie utopiła. 

Letnia ja

 

Moja Kreta – Falasarna

Falasarna

Większość turystów przyjeżdżających na plaże Krety swoje pierwsze kroki kieruje na przepiękną plażę Balos i na słynną z różowego piasku plażę Elafonissi. Plaża Balos jest rzeczywiście warta…no wszystkiego jest warta. My zapłaciliśmy za jej piękne widoki podwyższonym ciśnieniem krwi i leczeniem stresu pourazowego. Alkoholem ma się rozumieć. Do plaży prowadzą dwie drogi. Jedna to droga morska, której w swej głupocie nie wybraliśmy. Druga to kilkunastokilometrowa wyboista droga pod górkę, wzdłuż skarpy bez jakichkolwiek barierek chroniącej nas od nieuchronnej śmierci. Do tego wąska na tyle, że minięcie się z samochodem jadących w przeciwnym kierunku wydaje się niemożliwe. Śmierć, mimo, że w pięknych okolicznościach przyrody, nie była w planie. Po kilku metrach okazało się, że z naszej trójki kierowców, tylko ja nie mam lęku wysokości. Wjechaliśmy. I nawet zjechaliśmy. Warto było, ale następnym razem płyniemy statkiem. To Balos. Droga do Elafonissi jest mniej niebezpieczna, z zapierającymi dech w piersiach widokami. Plaża jest piękna, szeroka, z cudownym, zabarwionym na różowo piaskiem. Byliśmy tam tylko raz, na początku kwietnia i wrócimy kiedy zrobi się cieplej. Było strasznie wietrznie i zimno a wbijający się w skórę piasek ranił nam nogi. Falstart. Nie poddajemy się i wrócimy wkrótce. 

Widok na plażę Balos

 

Nie mam jeszcze dobrych zdjęć z Elofonissi. Było mi za zimno!

 

Miesiąc temu pojechaliśmy na plażę Falasarna po raz pierwszy i zakochaliśmy się w niej od pierwszego wejrzenia. Falasarna położona jest sześćdziesiąt kilometrów na zachód od Chanii. Plaża jest ogromna, szeroka i nawet podczas największego najazdu turystów można tutaj znaleźć spokojne miejsce. Część plaży jest bardzo “normalna” – piasek i delikatne zejście do morza. Część jest skalista i właśnie tę część upodobały sobie moje dzieci. W szczelinach skał, w małych jaskiniach mieszkają ryby i inne stworzenia morskie, które można podobno podglądać nurkując. Podobno, bo, ma się rozumieć, ja nie podglądałam, ale dzieci zapewniają, że świat podwodny tętni życiem! Woda, jak wszędzie na Krecie, idealnie przeźroczysta, nawet na dużej głębokości. I różowy piasek. Piasek, który miesza się z połamanymi muszelkami tworzy różowe pasma. Nie takie piękne i długie jak na Elafonissi, ale nam wystarczyło. Byliśmy tam cztery razy. Za każdym razem rozkładaliśmy się na plaży między skałami i było nam super. Dzieci szukały ryb, ja czytałam, robiłam zdjęcia i udawałam, że po prostu nie mam ochoty na pływanie podczas gdy prawda jest taka, że mam, ale strach paraliżuje. I obserwowałam sobie współplażowiczów. No i za każdym razem gdzieś obok mnie, między skałami rozbijał się ktoś, rozkładał koce, ręczniki, wyciągał piwo, wino, książkę i…ściągał ubrania. WSZYSTKIE! Przyszła mi taka myśl do głowy, że może trochę dziwne, ale zaraz sama siebie zrugałam za brak tolerancji i pruderię. Ucieszyłam się nawet, że Grecja taka otwarta, że ludzie odważni. Nudyści obserwowali mnie i moje tekstylne dzieci z zaciekawieniem. Czując lekką presję zdjęłam górę kostiumu i po trzech latach plażowania na bardzo konserwatywnych plażach Nowej Anglii, poczułam się niezwykle wyzwolona i odważna. I tak się czułam wszystkie cztery razy. Ostatniego dnia zapuściłam się trochę dalej na spacer mijając kilka rozłożonych bezwstydnie nagich ciał obojga płci. Odwracam się, proszę ja was, i widzę jak byk tabliczkę i wielki napis, że część plaży na której rozkładaliśmy się od miesiąca to plaża dla nudystów. 

Rybki i inne stworzenia między tymi skałami

 

Znalazłam sól morską. Takie dziwy…

 

Moja Kreta – Ogród Botaniczny i Drzewo Oliwne…

Te dwie atrakcje machnęliśmy jednego dnia. Okazało się, że zwiedzanie pomnika najstarszego drzewa zajęło nam niecałe dziesięć minut więc zainspirowani kreteńską florą, pojechaliśmy do ogrodu botanicznego (Botanical Park and Gardens of Crete) i to był, mili państwo, strzał w dziesiątkę. Ale najpierw o drzewie. 

Najstarsze drzewo oliwne na świecie (link tutaj).

Tradycja uprawy drzew oliwnych i pozyskiwania z nich oliwy sięga daleko w głąb historii krajów śródziemnomorskich. Na Krecie najstarsze wspominki o oliwie z oliwek pochodzą z okresu kultury minojskiej, której rozkwit przypada na 2000 rok przed narodzeniem Chrystusa. Ówcześni mieszkańcy Krety używali oliwy nie tylko do gotowania i przygotowywania potraw, ale również jako mydła, lekarstwa, jako bazy do kosmetyków lub do pielęgnacji wartościowych przedmiotów. Nie dziwi więc, że właśnie tutaj znajdują się najstarsze drzewa oliwne. My wybraliśmy się do, jak głosi Wikipedia, prawdopodobnie najstarszego drzewa oliwnego na świecie. Byliśmy przygotowani na pomnik przyrody chroniony przez grecką gwardię narodową, otoczony murem z otworami na obiektywy fotograficzne, z budką z biletami i propozycją wynajęcia przewodnika. Obok wielkie muzeum, z równie wielką opłatą wjazdową i oczywiście sklep z pamiątkami. Torby na zakupy z nadrukiem drzewa oliwnego, cukierki i ciasteczka w kształcie pnia oraz pamiątkowe, pojedynczo pakowane, listki za pięć euro za sztukę. A tu niespodzianka! 

Droga do Ano Vouves jest piękna, z widokami na góry i na wszechobecne gaje oliwkowe. Drzew jak okiem sięgnął. Szarozielone, maleńkie liście cudnie mienią się w słońcu i szeleszczą na wietrze. Nie trudno uwierzyć, że jedna czwarta powierzchni Krety to ogrody oliwne. Dojechaliśmy na miejsce. Na małym placyku, między czterema budynkami (nieczynna tawerna, muzeum i dwa zamieszkałe greckimi rodzinami domy – aktualnie w trakcie remontu dachu) pomnik-drzewo, otoczone starym murkiem na trzy palce. Muzeum otwarte na oścież, w trzech pomieszczeniach zebrany, zdaje się, starożytny sprzęt do wyrabiania oliwy – niestety wszystko w języku greckim, więc nie dowiedzieliśmy się zbyt wiele. Samo drzewo, trzeba przyznać, piękne! Gałęzie wciąż wiotkie i tańczące na wietrze, liście mięsiste i zielone, zawiązki maleńkich oliwek można dostrzec na prawie wszystkich gałęziach i pień… ach ten pień… Właśnie z powodu  pnia drzewo to zostało wpisane do rejestru pomników przyrody na Krecie. Pień jest ogromny, pokręcony, zawinięty wokół siebie, pomarszczony, pogięty.  Podobno w pniu można się dopatrzeć obrazów, przedmiotów, czy nawet twarzy. W środku pień jest pusty i przestronny. Można by wejść. Nie miałam jednak sumienia. Według naukowców, którzy opracowali sposób odczytywania wieku drzew oliwnych na podstawie przyrostu pnia, to drzewo ma około trzech tysięcy lat. Nie jest to jednak pewne ponieważ pień drzewa jest częściowo pusty i bardzo pozwijany. Niektórzy naukowcy twierdzą, że drzewo jest dużo starsze, inni, że wręcz odwrotnie. Nam się podobało. Moim dzieciom szczególnie to, że nie ma sklepu z pamiątkami, lodziarni, ulotek i odganiaczy. Jest zwyczajnie – stare drzewo oliwne w środku wsi. Trzy tysiące lat. I już. I nic więcej. 

Ogród Botaniczny (Botanical Park and Gardens of Crete, link tutaj)

Po drodze do domu wstąpiliśmy do osławionego w Internecie ogrodu botanicznego zwanego Ogrodami Krety. Dotarliśmy tam w porze południowego głodu i zaczęliśmy naszą wycieczkę od jedzenia. Ogród botaniczny usytuowany jest na zboczu góry, na samym wierzchołku tego zbocza znajduje się restauracja z zapierającym dech w piersi widokiem. Jedzenie było super – niedrogie, ekologiczne (zapewniali nas, że wszystko od okolicznych gospodarzy) i oczywiście pyszne!! Warto posiedzieć na tarasie, w słońcu tak jak my, przed spacerem, lub, jeszcze lepiej, po wędrówce. Przy kupnie biletu dostaje się dokładną ustną informację o długości spaceru, o układzie ogrodu, o tym, że trzeba chodzić powoli, nie spieszyć się, dużo odpoczywać i podziwiać przyrodę. Spacer zaplanowany jest na dwie i pół godziny. To około dwa i pół kilometra w połowie z górki, w drugiej połowie, sprawiedliwie, pod górkę.

Ogród botaniczny to dwadzieścia hektarów powietrzni, która kiedyś była ogromnym gajem oliwnym. W 2004 gigantyczny pożar pochłonął  prawie sześćdziesiąt tysięcy starych drzew oliwnych. Był to wielki cios, zarówno emocjonalny jak i finansowy dla mieszkańców tego terenu i właścicieli drzew.  Znalazła się jednak rodzina, która postanowiła odbudować to miejsce i zrobić z niego coś niezwykłego. Udało im się. Na terenie ogrodów znajdziemy roślinność z całego świata, piękne drzewa, krzewy, oszałamiająco pachnące zioła i kwiaty, tysiące drzew pomarańczowym. Wśród tej zieleni i świeżości zobaczyć można pozostałości po pożarze – smutnie stojące kikuty spalonych drzew. Przypominają o historii tego miejsca i może o tym, że nawet po wielkim, trawiącym wszystko pożarze, można się pozbierać i stworzyć coś nowego. 

Wszystkie rośliny i ścieżki są dobrze opisane, oznaczone i zorganizowane bardzo przyjaźnie dla wszelkiego rodzaju odwiedzających. Można poczytać książkę w “bibliotece” gdzie wśród drzew, przy strumieniu znajdziemy kolorowe krzesła i półkę z dziełami greckich filozofów. W połowie spaceru natkniemy się na małe jezioro i tyciunie  zoo – zaledwie kilka kur, gęsi, indyków, piękne pawie, osioł i kozy ma się rozumieć. Wielka atrakcja dla dzieci – nawet tych prawie dorosłych. Odwiedziliśmy ogród w połowie kwietnia – wszystko kwitło, pachniało, zieleniło się i rozrastało. Chciałabym wrócić jeszcze raz, trochę póżniej żeby obejrzeć owoce na egzotycznych roślinach i młode drzewa oliwne pełne świeżych oliwek. Wrócę.