Na Zdrowie. Jest zimno…

można się rozgrzewać i tak…

Tutejsi górale oceaniczni przepowiadali jesień stulecia. Miało być ciepło, sucho, słonecznie aż do Bożego Narodzenia. Jeszcze tydzień temu chodziliśmy z gołym tyłkiem prawie, zajadałam się pomidorami i bazylią ze spalonego słońcem ogródka i włączałam klimatyzację w nagrzanym samochodzie. Pewnego wieczoru lekko powiało, później coraz mocniej i rano w klapkach japonkach skrobałam szron z okien samochodu. W pół dnia szafy zmieniły wystrój z letniego na ciężki, puchowo-wełniany, w odcieniach zachmurzonego nieba. Amazon dostarczył buty na wyrośnięte stopy młodzieży, a koronkowa bielizna zmieniła się w barchanową odzież spodnią. Najgorsze są pierwsze dwa tygodnie kiedy organizm przyzwyczaja się do niskiej temperatury, tutaj w Nowej Anglii dodatkowo do wiatru i dużej wilgotności powietrza. Ziąb przeszywa ciało do kości. Nie pomagają trzy swetry, skarpety z owczej wełny i herbata z rumem w termosie. Z czasem człowiek się przyzwyczaja i zdarza się, że w styczniu i kurtkę pod szyją rozepnie. Jeszcze nie teraz. Teraz szukamy sposobów na rozgrzanie i motywacji do wyjścia spod ciepłej kołdry.

Joga o piątej rano brzmi jak kara za najcięższe grzechy. Sama myśl o gołych stopach na zimnej macie mrozi krew w żyłach. Ale jeśli, przygotowana wieczorem, będzie na nas czekała rozłożona mata, świeczka o ciepłym zapachu cynamonu i wanilii, laptop z ustawionym już ulubionym video (polecam rozgrzewającą sekwencję) do jogi, jeśli obok będzie stała farelka waląca po twarzy gorącym, suchym i niezdrowym powietrzem, będzie nam znacznie łatwiej wstać. Zazwyczaj wyłączam farelkę po pięciu minutach jogi – jest mi zbyt ciepło.

Ajurweda poleca poranny auto-masaż na rozgrzanie ciała (Abhyanga – po angielsku tutaj). Ma to być kilkuminutowy masaż własnego ciała przy pomocy własnych łapek. Używamy naturalnego olejku do masażu podgrzanego chwilę pod strumieniem gorącej wody. Podobno najlepszy jest olej sezamowy, dla wszystkich rodzajów skóry, dobrze się wchłania, ale osobiście nie odpowiada mi zapach więc używam oleju kokosowego z kilkoma kroplami naturalnego olejku eterycznego. Zaczynamy od głowy, masujemy czaszkę, twarz, szyję i kark. I tutaj mój masaż się kończy, bo nie mam czasu, ale jeśli mamy jeszcze kilka minut, jedziemy z koksem do samych stóp. Ja mam niekończące się problemy z zatokami i masaż twarzy olejem kokosowym z dodatkiem olejku eukaliptusowego (bardzo niewiele) poprawia ukrwienie i kiedy wchodzę pod gorący prysznic zatoki udrażniają się niemal natychmiast.

Jeśli ktoś lubi, niezastąpiona jest wieczorna, gorąca kąpiel z dodatkiem kilku kropel ulubionego olejku eterycznego. Rozgrzewające olejki to cynamonowy, pieprzowy, czy rozmarynowy. Jeśli nie mamy czasu na kąpiel, można zanurzyć same stopy do kostek. Niedokrwione stopy mojego dziecka są wiecznie lodowate, a czasem nawet sinieją koniuszki palców. Nalewam jej wtedy gorącej wody do miski i wsypuję łyżkę sproszkowanych ziaren gorczycy, które poprawiają krążenie i przy okazji odblokowują zatkany nos. Można wsypać sproszkowany imbir, lub kilka kropli olejku imbirowego. Daje ten sam efekt.

Zamiast kolejnej kawy, pij herbatę. Herbata z mięty pieprzowej i rumianku działa rozgrzewająco. Można też zrobić samemu taką rozgrzewającą herbatę do termosu i popijać ją cały dzień. Do dwóch litrów zagotowanej wody wrzuć 3 kawałki imbiru (ja wrzucam pięć), ¼ łyżeczki ziaren kminku, ¼ łyżeczki nasion kopru, dwa ziarna pieprzu (ja wrzucam pięć) i kilka liści mięty. Zostaw na godzinę, wyciągnij „śmieci”, dodaj miód jeśli masz ochotę i pij cały dzień. Ta herbata, o której pisałam tutaj jest również znakomita dla zziębniętego organizmu.

Na koniec dodam, że niezwykle rozgrzewające są spotkania z życzliwymi, ciepłymi ludźmi, sympatyczna rozmowa przez telefon, serdeczny email, czy choćby przyjazna, krótka wiadomość. Te rzeczy, kochani, najlepiej działają w obie strony!

 

Providence nocą…

Jest halloweenowy wieczór. Jest wietrznie choć wyjątkowo, jak tę porę roku, ciepło. Środek miasta Providence – stolicy Rhode Island. Parking przy akademikach licznych w mieście uczelni. Obok piękne centrum handlowe i drogie restauracje. Na ulicach raczej pusto. To nie Nowy Jork. Providence zasypia, w dni powszednie nawet dość wcześnie. Biegające po ulicy, przebrane za potwory i jednorożce dzieci siedzą teraz w domu i przeliczają swoje cukierkowe zbiory. Na parkingu, tuż pod oknem jednego z mieszkań akademika zaparkowany jest samochód, w nim mężczyzna. Pewnie czyta jakieś wiadomości na swoim telefonie, pewnie na kogoś czeka. Podjeżdża inny samochód, zatrzymuje się obok tego zaparkowanego z mężczyzną w środku. Ktoś wychodzi, wyciąga broń, oddaje kilka strzałów, wsiada do samochodu i znika. Mężczyzna w samochodzie nie żyje. W mieszkaniu, pod którym zaparkowany jest samochód upada na podłogę mężczyzna przypadkowo stojący przy oknie. Dostaje zabłąkaną kulą przez szybę swojego okna. Zawożą go do szpitala w poważnym stanie.

I niby nie ma się czemu dziwić. Zdarzają się w Stanach większe strzelaniny, giną przypadkowi ludzie, mordowane są dzieci. Nie ma się czemu dziwić skoro jedna trzecia Amerykanów posiada broni, a ponad 40 procent ma do niej dostęp w domu. Każdego dnia ponad dziewięćdziesiąt osób w Stanach ginie od postrzału (dane tutaj). Codziennie słyszy się o jakieś dużej strzelaninie. Ba, w większych, bardziej niebezpiecznych miastach codziennie słyszy się jakąś strzelaninę. Tak jak ta na parkingu, to często porachunki kryminalistów. Tak jak w mieszkaniu przy parkingu, często obrywają przypadkowi ludzie. Taki nienormalny kraj. W takim przyszło nam żyć przez moment, przez dłuższą chwilę, czasem na zawsze. Nikt się strzelaninom, szczególnie takim jak ta parkingowa, nie dziwi, o takich jak ta nawet się nie mówi, nie pisze. Dla mnie ta była najważniejsza.

Dzień wcześniej na miejscu samochodu z zastrzelonym gangsterem stała niebieska Toyota Prius. Stała tam też kilka dni wcześniej, miesiąc wcześniej. W Toyocie siedziałam ja. Sprawdzałam wiadomości w telefonie i czekałam na moich dwóch uczniów, których dzieli tylko ściana od postrzelonego przypadkowo mężczyzny przy oknie. Podczas strzelaniny jeden brał prysznic, drugi robił herbatę w kuchni. Moja Toyota była wtedy zaparkowana pod moim domem. I wiem, że nie można się dać zwariować, nie można żyć w ciągłym strachu. Mogę przecież zginąć w wypadku samochodowym, wpaść pod pociąg, utopić się, albo zabije mnie jakaś paskudna choroba. Ale siedząc w samochodzie na parkingu dzień po strzelaninie myślałam sobie jak ten surrealizm bycia przypadkową ofiarą śmiertelną w niezwykle bezpiecznym mieście, na oświetlonym parkingu, obok mieszkań studentów renomowanych uczelni staje się bardziej realny, bardziej prawdopodobny, trochę bardziej przerażający. W miejscu gdzie zawsze parkowałam, stał rząd zapalonych świeczek i dla kontrastu, puste butelki po alkoholu. Było cicho, a w rogu parkingu czaił się wóz policyjny. Z nim, schowanym w krzakach, miałam się czuć bezpiecznie. W wiadomościach przeczytałam, że i tak nie jest źle, bo to siódme zabójstwo w tym roku w naszym mieście, a mamy ostatni dzień października. Rok temu było gorzej.