Lato 2018 – cześć III (praca)

To zdjęcie zrobione było na plaży w Kalathas, w czerwcu, w słoneczne, jak zwykle, popołudnie. Było to jakieś dziesięć minut po mojej rozmowie o pracę. Zdjęcie zrobiła moja przyjaciółka, która nie wiedziała jeszcze jaki był wynik tej rozmowy. No ale trudno chyba ukryć, że pracę dostałam. Ta gęba mówi wszystko. I nie, nie przebierałam się między rozmową a plażą. Tak właśnie byłam ubrana. Strój kąpielowy i wygnieciona, kanarkowa sukienka, która tak naprawdę jest koszulą nocną. Twarz bez makijażu, wysmarowana pięćdziesiątką. 

Szukali instruktora jogi w pięknym, położonym na skarpie hotelu z zapierającym dech w piersi widokiem. I dla gości joga i dla lokalnych miała być, bo zarządzająca ma ambitne plany żeby powakacyjne, umordowane latem, społeczeństwo utrzymać  zimową porą w jakiejś optymalnej kondycji zarówno fizycznej jak i psychicznej. I że joga ma pomóc. Ja wiem, że pomoże i moja w tym głowa żeby innych przekonać. Po drodze na plażę, z dziećmi, ręcznikami, powietrznym sprzętem pływających i kanapkami, wpadłam zobaczyć hotel i zapytać kiedy mam się na galowo odstrzelić i na rozmowę o pracę przyjść. Jakie zaświadczenia przynieść i jakimi umiejętnościami się okazać. No, normalnie, jak na rozmowę o pracę. A tu się dowiaduję, że o mnie legendy już krążą (znaczy kobieta z naszego spożywczaka zna fryzjerkę psa zarządzającej i mówiła, że jest we wsi taka jedna co jogę na dachu ćwiczy) i że mogę zacząć od jutra. Od jutra nie mogłam, bo musiałam zwymiotować ze strachu, nie jeść tydzień, schudnąć dwa kilo, pozbierać się, dwa kilo przytyć, przygotować trzy wersje pierwszych zajęć, przećwiczyć każdą z tych wersji pięć razy, kupić olejek do masażu skroni o zapachu lawendy, miskę tybetańską typu gong, cztery dodatkowe maty i Stoperan. 

Na pierwszych zajęciach nie pojawił się nikt. Załamałam się. Na krótko, bo dwa dni później, na następnych miałam już dwie osoby, potem cztery, potem pięć. Zajęcia mamy na świeżym powietrzu, z widokiem na morze. We wtorki witamy, a w czwartki żegnamy słońce. Energia pań (jak na razie mam tylko panie, ale jestem pełna nadziei) jest pozytywna i taka pełna wdzięczności, chęci słuchania i otwartości na jogę w całym jej pojęciu. Nie przerażają moje historyjki z mitologii indyjskiej, nikt nie krzywi się na czakry i na medytację. Nikt się w głowę nie puka, nie wychodzi w trakcie, nie uśmiecha podejrzanie. Jest przyjemnie, pozytywnie, bezpiecznie. Kocham swoją nową pracę! I ciągle czegoś nowego się uczę, ciągle zaglądam do innych nauczycieli na lekcje, czytam, oglądam i wybieram co mi pasuje, a odrzucam co nie. Jeszcze wiele pracy przede mną, ale już jest super! No i jestem swoim własnym szefem. To dla mnie nowość. Nikt mnie nie zatrudnia, nikomu nie muszę się tłumaczyć, nikogo o nic nie muszę pytać. Nigdy nie byłam w takiej sytuacji i nie wiem jeszcze jak się w niej poruszać, ale nie mam nic do stracenia. Na razie założyłam fejsbukową stronę, o tutaj, i się rozkręcam powoli (tak, tak, proszę o polubienia, zaglądania i takie tam…). Oczywiście zapraszam wszystkich na jogę, czy to do mnie, czy do kogoś innego. Ważne żeby spróbować. A joga się odwdzięczy. Obiecuję! 

Namaste!

Lato 2018 – cześć II (dzieci są do kitu…)

Rodzeństwo – komputerowy art by Kasia

Dzieci są do kitu. Myślisz sobie, że je masz, na własność, na długo, na zawsze przy sobie, w pokoju obok, w ogródku, w najgorszym wypadku w szkole za rogiem, albo na wakacjach u babci. 

Dzieci są do kitu. Rozpychają się w brzuchu, a potem wyłażą czterokilowe przez dziurę wielkości…no nie wiem, śliwki węgierki. Zamiast do przodu, raczkują do tyłu wpadając w furię, że zabawki zamiast się przybliżać, są coraz dalej. Spędzają cały adwent w szpitalu i psują święta skupiając uwagę wszystkich na swojej chorej osobie. Zamiast siedzieć w ciepłym domu z lampką wina w dłoni, stoisz na stoku z przymarzniętymi goglami do czoła i błagasz do kitu czterolatka żeby wreszcie zrobił “pommes” i zjechał z tej cholernej górki. Zamiast siedzieć w klimatyzowanym domu z lampką wina w dłoni, smażysz mózg na plaży i wypatrujesz w wodzie do kitu dzieci, bo ty nie umiesz pływać, a one i owszem. Łazisz po antykwariatach w podejrzanych dzielnicach miasta żeby kupić niedostępną już płytę winylową dla natchnionej wiosennie nastolatki. Czytasz sześciolatkowi kupioną przezeń w Empiku Gór Fankę, której dwujęzyczny sześciolatek ni w ząb nie rozumie, ale upiera się, że latem wchodzi na K2. Pakujesz majtki i skarpetki w ręcznie szyte woreczki, uczysz jak używać płynu do prania, tłumaczysz, że ogórek pozostawiony w pokoju zgnije, a nadżarte jabłko oblezą mrówki. Że pościel zmieniać trzeba i że warto mieć zapas papieru toaletowego. I z własnej, nieprzymuszonej woli, w duchu rozwijania skrzydeł, otwierania drzwi na oścież, dawania możliwości i innych ideologicznych gówien, odwodzisz swoje dzieci do kitu. Do innego kraju. Do innych ludzi. Do innej łazienki, sypialni i kuchni. Po dwóch dniach nie wiesz co jadło na śniadanie, czy ma katar, czy drzazgę pod paznokciem. I nie wiesz czy zasięgu, chęci, czy potrzeby komunikacji brak, bo nie dzwoni od dziesięciu godzin. 

Wracam do domu sama. W samolocie oglądam dwa głupie  filmy. Jeden głupi za drugim jeszcze głupszym. Żeby nie myśleć. Wita mnie pusty dom. Dwa posprzątane i puste pokoje. Na półkach tylko te rzeczy, które nie przydały się w akademikach i internatach. Martwe pokoje ożyją na nowo za dziewięć miesięcy. Dziewięć miesięcy. Jak ciąża. Ciąża żałobna. Po tych długich, dziewięciu miesiącach urodzi się para nastolatków z deficytem witaminy D, zmordowana szkołą i głodna mojej pomidorówki. Pierwszy trymestr będzie najgorszy. Wymioty żalu, łez, złości – burza hormonów. Trudno będzie ze mną wytrzymać. Jak mam doła, to już na całego. Głęboki i do pasa zasypany. Jedyna pociecha, że ze mną w dole mąż, pies i kot. Może jak wszyscy zaczniemy łapkami grzebać, wykopiemy się. 

Już w tym innym kraju, po kilku dniach ogarniania dziecka zauważyłam, że moje przyoczne, kurze łapki suche jak wiór. Nakładam krem, zaczęło szczypać. Wysuszona skóra, ściąga się przy każdym mrugnięciu oka. Alergia? Zmiana kosmetyków? Nie. Załapałam następnego dnia. To od wycierania ukradkiem łez. Tak szybciutko, żeby nikt nie widział. 

następne takie zdjęcie, w tym miejscu, za dziewięć miesięcy

 

 

Lato 2018 – część I

Wydaje się jakbym na początku czerwca przymknęłam oko na chwilkę, na momencik. Oko otworzyłam, a tu koniec sierpnia. Na Krecie lato wciąż trwa i gdybym nie miała ogromnego kalendarza ściennego, który straszy codziennie rano przed kawą, nie wiedziałabym, że lato się kończy, jesień zbliża a z nią szkoła, obowiązku, zmiany, zmiany i zmiany…

Ale po kolei, bo lato w tym roku było pełne wszystkiego. Wszystkiego nowego i wszystkiego starego, wesołego i smutnego, pełne nowych pomysłów na życie i natychmiastowych upadków owych pomysłów. Przede mną setki niewiadomych, dziesiątki niedoczekań się, decyzje i postanowienia. Z nimi niewątpliwie przeszkody, załamania, przygaszające słomiane ognie i niechcenia się. Za mną trzy miesiące letniego życia w Europie. W odcinkach opiszę i zdjęcia pokażę wszak jest o czym pisać i oglądać też jest co nieco.  

Polska

Jeżynowy chruśniak przy starej, drewnianej studni

Najbardziej lubię Starokrzepice pod wieczór. Zbieram rozwieszoną na płotach i trzepaku pościel, która pachnie wiatrem i świeżo skoszoną trawą u sąsiada. Od czasu do czasu gnojówką wywożoną na pole. Zbieramy pranie, które suszyło się w sąsiedztwie obficie owocami obwieszonych jabłoni i gruszy. Zamykamy kury w kurniku, zbieramy poduszki z krzeseł ogrodowych, wstawiamy rowery do stodoły. Mama robi sałatkę z pomidorów i cebuli. Jest cicho i chłodno i zielono i pusto. Bardzo to lubię. 

Starokrzepice 360…

 

A na gruszy czai się mój bratanek

Tego lata pojawił się szczeniak – antychryst. Zjadł babci książeczkę do modlitwy. Taką specjalną, z dużymi literami, dla starszych i niedowidzących katolików. Zeżarł też jej różaniec. Taki specjalny różaniec, który miał jej towarzyszyć w ostatniej drodze. Żeby nie było, inne rzeczy też zjada, ale nikt ze sobą do trumny butów, papieru toaletowego i Twojego Stylu brać nie zamierza. Nie pozostaje babci nic innego jak tylko pożyć jeszcze i się na psie jakoś zemścić.

 

Zjadacz modlitewników

W Starokrzepicach zakładają kanalizację. Na głównej ulicy już gówienka płyną rurą, teraz kolej na przedmieścia. Nasza ulica ma zaledwie dwieście metrów długości, ale prace kanalizacyjne trwają już kilka miesięcy. Z grupą kopiącą doły i uniemożliwiającą przejazd, choćby rowerem, zaprzyjaźniłam się pierwszego dnia. Powitali mnie komplementem w stylu “a piękna pani tak o poranku to gdzie?” i tak już zostało. Mam 44 lata i słyszałam w życiu kilka komplementów, ale tego lata obsłuchałam się ich jak świnia grzmotu. Poziom komentarzy i pochlebstw żałosny, ale chcę wierzyć, że choć intencje na swoim miejscu. Że byłoby miło gdybym pomogła kopać doły, że ładny mam rower, klapki, tatuaż, siatkę na zakupy, że mogą mnie przenieść, nawet z rowerem, że zapraszają, lub wpraszają się na kawę, kluski i pomidorówkę, że potrzebują towarzystwa pięknych, młodych, inteligentych i uroczych kobiet takich jak ja, żeby choć szklankę wody podać, bo gorąco i pomachać na odchodne. Odszczekałam się  feministycznie kilka razy, ale nie załapali.  Zostało ignorowanie. Wojny wszczynać nie było sensu, bo mojej mamie kanalizacja potrzebna. 

Festyn w Krzepicach i najlepsze gofry na świecie

Była też Warszawa. Cudownie spędzone kilka dni. Miasto, miałam wrażenie, złagodniało, wyludniło się na wakacje. A najlepsze było jedzenie. Gdzieś przeczytałam, że Warszawa stała się europejską stolicą weganizmu. Najprawdziwsza prawda!! Odwiedziliśmy kilka wegańskich restauracji i jestem pod ogromnym wrażeniem. Niebo w gębie! W życiu nie jadłam takich pysznych zapiekanych ziemniaków z twarogiem z nerkowców niż w Vegemiasto! Będę wracać i jeść. Aż pojawiło się pytanie z drugiej strony słuchawki, czy może chcemy do Warszawy się przenieść. Nie, nie chcemy. Chcemy odwiedzać i jeść. 

Nie zmusiłam, nie przekupiłam, jak babcię kocham…

 

I nawet wegańska Warszawa przeciw Trumpowi

 

Al. Wojska Polskiego 29 – tutaj urodziła się Kasia 18 lat temu

I wreszcie moje ukochane góry! Wpadliśmy tylko na kilka dnia, ale kilka chwil w górach wystarczy żeby rozpływać się w zachwytach nad widokami, zielenią, powietrzem tuż po deszczu i widokami raz jeszcze. Aż pojawiło się pytanie po drugiej stronie słuchawki, że może chcemy w góry polskie się przenieść. No nie wiem, może i chcemy. 

Rusinowa Poland, Tatry

I albo mi joga i medytacja wypaczają postrzeganie drugiego człowieka, albo ludzie w urzędach, gabinetach lekarskich, sklepach i w innych miejscach obsługi klienta jacyś milsi. A wyczulona jestem wielce, bo cztery lata w kraju uprzejmych ludzi z okienka podwyższyło wymagania. Nie zdarzyło mi się ani raz zdenerwować, poczuć się jak intruz, przeszkadzający w porannym pączku petent. A załatwiania było od gabinetu ginekologicznego, przez urząd gminy, po znany z makabrycznych historii szpital miejski w Częstochowie. Miło, przyjemnie, z szacunkiem, uśmiechem i do tego, załatwieniem sprawy pozytywnie. 

O! To tutaj ten domek byśmy chcieli ewentualnie, jeśli można prosić…

Wakacje w Polsce były super! Wracać będę!

cdn…