Językowe śmichy…

 2008 rok, czteroletni Jaś otwiera się na seksualność w jakimś muzeum w Trójmieście

 

Otwartość na tematy tabu w gramatyce języka polskiego. Taka sytuacja. Siedzę z Kasią na plaży i obgadujemy sąsiadów po polsku.

– Kasia, myślisz, że ci dwaj panowie są parą?

-Może są przyjaciółmi.

-A tata opala się z kolegami na plaży?

-Może są braćmi?

-A wujek Jacek i wujek Marek plażują razem?

-Nie wyglądają na parę. Nie rozmawiają ze sobą.

-To pewnie są małżeństwem…

-Patrz mamo, słowo „braćmi” brzmi jak „brać mi”

-No, ale jakie znaczenie masz na myśli. Przykładzik poproszę.

-No tak jak jest „brać go” to może być, że o sobie…”brać mi”

-Nie, nie może być. I gramatycznie niepoprawnie i trochę bez sensu. Jak koniecznie chcesz żeby ktoś cię zabrał, możesz powiedzieć „bierz mnie”, ale to trochę niebezpieczne i nie radzę nadużywać.

Kasia nie załapała i po chwili…

-Może też być „bierz mi stąd te kapcie”…

Trochę antykoncepcyjnie, ale może być…I druga sytuacja. Do naszego ogródka przychodzi nieświadomy zagrożenia ze strony psa-mordercy, czarny kot. Dzieci wychodzą do niego i głaszczą. Kasia krzyczy z ogródka:

-He is so cute, mom? (że słodziak taki)

-Po polsku!

-Mamo, ten kot taki kjutas!

I była okazja podszkolić odmianę wulgaryzmów przez przypadki.

 

 

 

 

Kalendarz…

Taki właśnie kalendarz zrobiłam dla dzieci kiedy wyjeżdżałam na tygodniową konferencję do Seattle. Wiadomo, kalendarz po to żeby dzieci nie poszły bez butów, czy głodne do szkoły, żeby dobytek czworonożny nie był zmuszony zjadać właścicieli, żebym ich wszystkich zobaczyła w dobrym zdrowiu i żeby mogła przejść przez dom nie potykając się o kanapki na podłodze i majtki na poręczy schodów. Kalendarz dla dzieci taki na wtedy kiedy nas nie ma, ale też na wtedy kiedy jesteśmy. Myślę, że przyda się i podczas naszej obecności. To świetne, pod warunkiem, że macie coś, czego mnie brak – czas, niedzielne, wspólne zadanie dla was i dla dzieci. Można pokolorować, wspólnie ustalić kto co robi i fajnie jest odfajkowywać poszczególne zadanie kiedy już są skończone. My co sobotę rano robimy menu na cały tydzień. Graficznie, bardzo nieapetyczne, ale spełnia swoją rolę. Robię zakupy tylko tych produktów, które są mi potrzebne, dzieci nie marudzą, że jakaś obiad – niespodzianki. Siedzieli z nami w sobotę i krwią kontrakt obiadowy podpisały. Jako rodzina wegetariańska łatwiej jest nam również ustalić proporcje i rodzaje potrzebnych do życia produktów. No i kalendarz, jak i menu są po polsku. Powtarzające się słowa w kalendarzu są łatwiejsze do zapamiętania, zarówno ich znaczenie jak i pisownia. Dzieci poznają słownictwo, którego powinny używać na co dzień. Można zamiast pojedynczych słów, pisać zdania. Można dzieci zaangażować i nakazać im te zdania samodzielnie napisać. Można wydrukować zdania na karteczkach, kazać przeczytać i przykleić w odpowiednich miejscach, na wcześniej przygotowanych szablonie kalendarza. Można wpisać tylko część zdania i pozwolić dzieciom zgadywać i wpisać resztę. Tak samo można zrobić w ramach jednego słowa, ćwicząc pisownię. Wszystko zależy od wieku waszych dzieci, umiejętności językowych i naszej, rodziców, motywacji. Taka świetna polska przekąska, którą trudno przeoczyć. Polecam.

Językowe rymowanki mało zdolnej mamy Anki…

IMG_8640

Staram się jak mogę. A mogę niewiele. Czasu brak. Dziecięcej chęci brak. Motywacji brak. Potrzeby brak. Przecież rozumieją jak mówię do nich po polsku. Przecież Polaków wokół jak na lekarstwo. Lekarstwo w kroplach i do tego gorzkie. Przecież nie wiadomo kiedy z kuzynostwem się spotkają, a jak się spotkają to i piłkę pokopać i w grę jakąś na komputerze zagrać można bez języka. Pomidorówkę i naleśniki się jakoś wyjęczy u babci, a na pytania, nawet pytania otwarte, zawsze można odpowiedzieć, że „nie wiem”. Po kolejnym wykładzie o tym jak ważne jest żeby mówili po polsku, po spektakularnym strojeniu kilkugodzinnego focha, dwustronnego proszę ja was, towarzystwo się otrząsnęło i do roboty wzięło. A robota iście przyjemna, czego młodzież nie była świadoma przed podejściem do zadania. Po zapoznaniu się z zadaniem, no sami zobaczcie…

W małym mieście tuż nad wodą

mieszka Polka bystra, zwinna

nie przejmuje się urodą choć bezsprzecznie wręcz powinna

 

Uczy w szkole, pisze w domu

pali ciasta w piekarniku

możesz znaleźć sól w herbacie lub garść cukru w bulioniku

 

Gdy jest smutna płacze cicho

i do szuflad pisze wiersze

gdy wesoła to na skrzydłach śle uśmiechy swe najszczersze

 

W domu dwójka dzieci rządzi

i czarniawa wielka psica

jest i tata, który kuchci i do pracy co dzień kica

 

Panna ma szesnaście wiosen

i fryzurę co rusz zmienia

gra na cytrze, na pianinie i o filmie ma marzenia

 

W jej pokoju wiatr w kominku

wydmuchuje wszelkie smutki

po północy jeszcze nie śpi bo jej dzień jest wciąż za krótki

 

Panicz lat dziesięć ma i dwa

i przystojny nie z tej ziemi

zna się nieco na fizyce, astronomii i biochemii

 

W wolnych chwilach sport uprawia

taki co się z kijem biega

i do kosza piłki wrzuca taki zdolny ten kolega

 

Czasem w życiu z gór widokiem

budzą się o każdym świcie

i po szlakach górskich truchtem by odpocząć gdzieś na szczycie

 

Czasem w życiu się plażują

i nadmorski tlen wdychają

leczą skóry oparzenia, worki piasku w butach mają

 

Najważniejsze by do przodu,

by ciekawym życia być

żeby mieć ochotę zmieniać i o wielkich rzeczach śnić

 

Zainspirowały mnie wpisy Eli o trochę zwariowanych, pisanych przez dzieci książeczkach i o rymowankach. No o napisałam całkiem głupawy wierszyk – rymowankę. I pocięłam na kawałki. Pierwsze ćwiczenia polegało na tym, że dzieci miały znaleźć rymujące się wyrazy. A że sprytne są, to czytały tylko ostatnie wyrazy w zdaniu. Następnie musiały ułożyć wiersz w jako takiej logicznej kolejności – no i tutaj musiały już przeczytać całość. Ostatnie ćwiczenie polegało na wymyśleniu innych rymujących się słów. No i tak im właśnie poszło. Polecam! Super fajna zabawa się okazała…

FullSizeRender

P.S. Tłumaczenie Kasi pisma:

jest mi winna

kuchniku

słowa pierwsze

dziedzica

przeznaczenie

trutki (moje ulubione)

na Demi (Levato)

?

picie

trzymają

życzyć

Językowo o Polsce…

 

FullSizeRender

Nikt nawet nosa za drzwi nie wyściubi, tak zimno. Nie mogę patrzeć na taką wszechobecną rozlazłość. Cokolwiek zaproponuję, wydaje się za nudne, za trudne, wymagające wystawienia buta za drzwi. I tak gnuśniejemy. To napisałam taki prosty quiz z wiedzy o Polsce. Spodobał się. Zrobili. Wrzucam tutaj, może się komuś przyda. Można go dowolnie zmieniać i dodawać i odejmować. Jeśli ktoś ma ochotę, wyślę mailem w Wordzie. Tutaj nie załadowały się zdjęcia, mapy, a są fajne!

Ostatnie pytanie było o wspomnienia. W Kopalni Soli w Wieliczce były Soliludki. Nie myślałam, że będę pamiętać jak się nazywały te stworzenia. A pamiętali. Wejścio-wyjście w Centrum Nauki Kopernik to nie żaden przyrząd do mierzenie szybkości światła. Wejścio-wyjście to drzwi do tegoż centrum. Jedne drzwi. Służą za wejściowe i wyjściowe. I tak się nazwały. A Foka Krystyna? To foka nieboraczka, której nie udało się uratować helskim pracownikom akwarium morskiego. Miała w żołądku za dużo śmieci. To pamiętają…

 P.S. Bo mi piszą maile i gratulują, że mam takie dzieci mądre, że same zrobiły ten quiz. Są mądre i ja mądra, ale bez przesady. Mogły korzystać z książek i internetu. Taki „open book” quiz! Ja sama musiałam wszystko sprawdzić…dajcie spokój ludzie 🙂

Co wiesz o Polsce?

  1. Wypisz trzy największe miasta w Polsce, zaznacz je na mapie i wypisz ile mają ludności.
  1. Jaka jest najdłuższa rzeka w Polsce? Ile ma kilometrów? Gdzie się zaczyna? Gdzie kończy. Narysuj na mapie.
  1. Jak brzmi pełna nazwa naszego kraju?
  1. Co to za pomnik? Co upamiętnia?
  1. Kto jest prezydentem, a kto premierem Polski?
  1. Ile mamy przypadków w języku polskim? Wypisz je.
  1. Ile było rozbiorów Polski? W jakich latach? Na ile lat Polska zniknęła z mapy świata?
  1. Odmień przez przypadki rzeczowniki „orzeł” i „jagoda” w liczbie pojedynczej.
  1. Z jakiego obszaru Polski pochodzi ten strój? Napiszcie pięć zdań o tym stroju używając nazewnictwa z obrazków.
  1. Co to znaczy BAKAĆ, ZADEK, BZDYL, ŻYNIATY, GAZDA, RZYKAĆ, SIKAWICA? Z której gwary pochodzą te słowa?
  1. Kto był pierwszym prezydentem Polski?
  1. Kto śpiewa piosenkę „Chcemy być sobą”? Dokończ tekst piosenki: „I nie ma sprawy ________________________________________________.”
  1. Kto wygrał trzecią edycję Idola? Czy mamy jakiś utwór tego artysty? Jeśli tak, podaj tytuł.
  1. Kto był pierwszym i ostatnim królem Polski?
  1. Wymień trzech Polaków – laureatów nagrody Nobla i napisz za co tę nagrodę otrzymali?
  1. Co to jest Dąb Bartek? Napisz trzy zdania o Bartku.
  1. Wymień trzy dzielnice Warszawy. W której z nich mieszkaliśmy?
  1. Podaj wszystkie składniki na ciasto na pierogi (ciasto, nie farsz).
  1. Kto zginął w katastrofie polskiego samolotu w Smoleńsku w 2010 roku?
  1. Napiszcie co widzieliście w:

Kopalni Soli w Wieliczce –

Centrum Nauki Kopernik w Warszawie –

Na Helu –

 

 

 

Językowo…

FullSizeRender

rysunek pokazyjący różnicę między angielskim czasami z poważnej książki More Grammar Games, Cambridge Universit Press…

Zastanawiam się nieraz jaki wydźwięk ma dla mnie code switching, czyli naprzemienne używanie języków. Czy bardziej jest to niechlujstwo językowe, czy też pozytywna cecha charakterystyczna dwujęzyczności? Czy bardziej umiejętność wrażania myśli w dwóch, czasem trzech językach, czy nieumiejętność wyrażania w jednym? Czy jest to oznaka językowego zarozumialstwa, o czym gdzieś tam przeczytałam, czy może oznaka niepełnosprawności językowej, może lenistwa trochę, czy też może oznaka niezwykłej płynności językowej, umiejętności dobierania słowa, które najbardziej odpowiada wyrażanym emocjom, czy najbliższemu skojarzeniu?

Według niektórych językoznawców, jak Francois Grosjean na przykład, jestem dwujęzyczna. Byłam przez chwilę nawet trójjęzyczna. Grosjean nie przykłada wielkiej wagi do poziomu używanego języka, ani nie mierzy jego używalności w procentach, metrach, czy promilach. Kupuję trzy precle, wykłócam się o miejsce parkingowe, pozdrawiam sąsiada znaczy, że używam odpowiedniego obcego języka w odpowiedniej sytuacji społecznej. A ja ciągle mam z tym problem. Mam problem żeby nazywać siebie dwujęzyczną. I pewnie niesłusznie. Każde uczucie i to najgłębsze i to najczarniejsze jestem w stanie wyrazić i idiomem i wulgaryzmem walnę jak potrzeba i akademicko się wypowiem jak kto zagai. Akcentem nawet się nie zdradzę żem posiadaczką słowiańskiego aparatu fonacyjnego. Mimo to, zniżam głos i lekko się zawstydzam kiedy mówię, że jestem dwujęzyczna. Bo się wykułam czasowników nieregularnych na pamięć, bo tylko graficznie przedstawiona różnica między czasem Present Perfect i Present Perfect Continues do mnie przemówiła, bo palec do ust musiałam wkładać żeby zobaczyć gdzie się jakie głoski produkuje. Moje dzieci, w moim, w swoim również, mniemaniu są bezsprzecznie dwujęzyczne. I mimo, że mój angielski jest lepszy niż ich polski, mam poczucie, że one są bardziej dwujęzyczne niż ja. Dlaczego?

Ale ja nie o tym przecież…

Od kilka miesięcy nasza szkoła, a co za tym idzie i ja dostajemy w prezencie marokańskich uczniów. W prezencie, bo są przesympatyczni, zdolni, pracowici, skromni i prawdziwie dwujęzyczni. Albo i trójjęzyczni. Kilka miesięcy temu o Maroku wiedziałam tylko tyle, że jest. Teraz wiem więcej. Szczególnie jeśli chodzi o marokańską wielojęzyczność. Oczywiście wszystko zależy od tego w jakieś części kraju się mieszka, kim byli czy są rodzice i jaki status społeczny się do takiego ucznia przyplątał. Wszyscy moi uczniowie władają dwoma językami – arabskim i francuskim. Kilkoro z moich uczniów mówi też w języku berberyjskim, bardzo starym języku, który dopiero od niedawna został wprowadzony do szkół. Wcześniej język ten był głównie obecny w przekazach ustnych. Moi Marokańczycy nie potrafią czytać, ani pisać w języku berberyjskim, ale wymieniają go na pierwszym miejscu. Dla jednego to był pierwszy język, bo opiekowała się nim mówiąca w tym języku babcia, dla innego to język rodziny matki – prawie jak świętość. Dla innych to język ich dziadków, którzy nie chcą żeby berberyjski wgasł i zmuszają wnuczęta do posługiwania się tym językiem. Poza berberyjskim, wszyscy uczniowie z Maroka mówią w mieszkance arabsko-francuskiej. I tutaj dochodzę do sedna. Mówią w mieszkance. Snuję się za nimi po korytarzu, podsłuchuję, szpieguję w toalecie, jem kanapkę przy stoliku obok. I pytam i wypytuję i zadaję pytania. A dlaczego ten język teraz, a tamten za chwilę, ten w przerwie na papierosa, a tamten w przerwie na lunch? Pół zdania po francusku, drugie pół po arabsku, początek żartu po arabsku, koniec po francusku (sama zaczęłam słuchać ichniego jednoosobowego kabaretu, Gad Elmaleh, który przeniósł się do Stanów i opowiada o swoich językowych perypetiach). Odpowiedź jest taka sama, od wszystkich. Bo my z Maroka jesteśmy, tam wszyscy tak mówią, nic nam się nie miesza, nie czujemy, że czegoś nam brakuje. Jeśli nie potrafimy powiedzieć czegoś po arabsku, to pewnie dlatego, że potrafimy to samo powiedzieć po francusku i nie czujemy się słabsi w którymś języku, mniej płynni, mniej komfortowo…Każda odpowiedź na moje pytanie zaczyna się jednak od „a bo my z Maroka, w Maroku tak wszyscy…”. I to mi utkwiło i to mi się podoba.

Staram się jak mogę żeby stosować metodę OPOL (One Parent One Language), ML@H (Minority Language at Home), czy OFOL (One Flaszka One Language), ale nie zawsze wychodzi. Właściwie zawsze nie wychodzi. Code switching wydawał mi się zawsze porażką, pójściem na skróty, poddawaniem się. Delikatnie poprawiam, parafrazuję i tłumaczę na polski. Sama się pilnuję żeby nie wkładać słówek angielskich do polskich zdań. Nie poddaje się, walczę, ale czasem nie mam siły ani czasu walczyć, tłumaczyć, objaśniać, przytaczać dziesiątki przykładów. Czasem, szczególnie kiedy dzieci są nastolatkami i z tej racji właśnie mają wszystko w tyle, ważne jest, że chcą coś powiedzieć i usłyszeć odpowiedź. A może trzeba po marokańsku, zostawić, obserwować i podziwiać. Bo moje dzieci z „mieszanej językowo rodziny przecież są, w mieszanych rodzinach tak wszyscy…”

I tak sobie myślę, wracając do początku postu, czy to nie jest tak, że my, tacy podrabiani* dwujęzyczni czujemy się bardziej w obowiązku nie mieszać języków? Czy to nie jest tak, że ja traktuję polski i angielski jako dwa odrębne narzędzia, a moje dzieci jako jedno wielkie narzędzie, taki młot na przykład, którym są w stanie rozwalić wszystko? Czy to nie jest tak, że chcę mieć porządek językowy, bo nie czuję się tak zupełnie komfortowo w żadnym w tych języków (na przykład rozmowa o metodyce albo o chorobie mojego dziecka po polsku słabo mi idzie – wszystko na ten temat czytałam po angielsku)? Czy też może nie mam racji i angażuję niepotrzebnie moją piękną rozczochraną? Pomocy!

* czujecie, że to „podrabiane” to tylko taki amatorski środek stylistyczny, nie? Nie obraziłam nikogo, co?

Kalendarz po polsku

Dzisiaj językowo…

Zauważyłam to już u innych dwujęzycznych dzieci, które z polskim dają sobie świetnie radę, mówią płynnie, znają gramatykę i słownictwa mają co niemiara. Dochodzimy do miesięcy i schody…Coś jest w tych polskich miesiącach, że trudno do głowy wchodzą. Próbowałam na różne sposoby, a efekty raczej marne! Przy okazji obiadu jakiegoś czy śniadania, Kasia, niczym Pomysłowy Dobromir, wykrzyknęła, że wie skąd „listopad” ma swoją nazwę. No i zaczęła wymyślać swoje własne etymologiczne historyjki do nazw miesięcy. Pomyślałam, że może to pomoże im zapamiętać nazwy miesięcy. No i tak powstało kolejne zadanie domowe. Janek ma jeszcze problem (czy może powinnam powiedzieć JUŻ ma problem) z dniami tygodnia, więc po tym jak pomógł Kasi w miesiącach, miał za zadanie zastanowić się skąd pochodzą nazwy dni tygodnia. Janek – chłopak nieskomplikowany jest i wyszło tak:

 

DSC07242

Kasi miesiące wyszły tak:

DSC07241

DSC07240

List

DSC06806

Nie, nie jestem Bogiem dla moich dzieci. Bynajmniej. Zresztą, w nawias mnie dała. To lekcja polskiego. Kasia czyta książkę „Oskar i Pani Róża” po polsku. Po pierwszym rozdziale miała za zadanie napisać list do Boga. Ale jak tu pisać do Boga, którego obecność jest w naszym domu nieustannie kwestionowana, poddawana dyskusjom i domorosłym padaniom naukowym? A dowód na istnienie matki jest. Namacalny, ruchomy i czasem donośny.

Pieczone ziemniaki, czarna fasola i kukurydza zaiste w piekarniku były, pachniały rozmarynem i miętą z własnego ogródka.

Urodziny tuż-tuż , a kilka dni temu, dostałam cudowny prezent, a mianowicie dodatkowy rok życia. Coś mi się w mózgu zwoje przepaliły i od kilku miesięcy opowiadam wszystkim o tym, że za chwilkę skończę 42 lata. Byłam o tym święcie przekonana. Rodzina mnie matematycznie oświeciła, że 2015 minus 1974 to 41, a nie 42! I bonusem mam dodatkowy rok do zagospodarowania. A że wyglądam na 35? A jakże by inaczej!

Wczoraj na plaży próbowałyśmy (na własną rękę, bez gugowania na początek) uściślić definicję nagości publicznej (public nudity), która to jest zabroniona na prawie wszystkich plażach w Rhode Island. Kasia była oburzona, że skoro mężczyźni mogą być topless, to dlaczego kobietom nie wypada. Dziecko me ma ostatnio bardzo „czarno-białe” podejście do równości płci. Po wyguglowaniu, okazało się, że wcale nie jest takie jasne co oznacza wyrażenie „nagość publiczna” i przy bardziej liberalnej interpretacji można uznać, że uniknięcie znienawidzonych przeze mnie białych śladów po paskach od bikini, poprzez pozbycie się góry od tegoż bikini, jest możliwe i niekaralne. Pozostaje plażowe przyzwolenie społeczne. W czasie spaceru plażą wyczaiłam toplessową niewiastę. I chodzi sobie wokół kocyka i ramionami w niejasnym celu wymachuje i kremy nakłada rozmaite. Tak mnie ucieszył ten widok iście z Europy, że na skuśkę po parzącym piachu do naszego obozu biegnę żeby do wyzwolonej niewiasty niezwłocznie dołączyć. Mijam leżącego pana. Z wrażenia aż przystanęłam. Krok do tyłu i znów mijam. Mijam i topless i, alleluja, bottomless pana leżącego na amerykańskiej, ba, stanowej nawet plaży! Jest jeszcze nadzieja dla tego kraju!

I nienawidzę „Anka”

I odpisze niedługo!

Mama

 

Pan Pierdziołka…

Prawie pół roku po przeprowadzce zabieram się za języki moich dzieci. Niemiecki słyszą tylko w mojej samochodowej nawigacji, polski coraz mniej słyszalny również… Znalazłam nauczycielkę niemieckiego i przyjeżdża raz w tygodniu na godzinę – jest super i mam nadzieję, że sprawi, że dzieci polubią w końcu ten język. Polskim zajmę się sama. Zamówiłam książki z Polski i będę dzieci męczyć bardziej profesjonalnie, ale zanim dojdą, pomęczę je tym, czym mam. Czytamy Zielone Pomarańcze czyli PRL dla dzieci i przyznam, że idzie nam bardzo dobrze. Opowiadanie są krótkie, ale słownictwo, szczególnie dla Jasia, nie jest proste. Podchodzę do tekstów tak jak potrafię  – tak jak uczę angielskiego. Wprowadzam temat, szukamy znajomego słownictwa, wprowadzam nowe słowa z tekstu, układamy zdania ze słowami, odmieniamy przez przypadki, czytamy tekst i robimy jedno lub dwa ćwiczenia „po”. I tak jesteśmy już pod koniec książki. Z pisaniem po polsku – muszę zakombinować, bo dzieci nie lubią i pisanie idzie im najgorzej. Dzisiaj było tak:

Wybrałam wierszyk z Pierdziołka mojego ulubionego, wybrałam słowa, które mogłyby być nowe, nakazałam zbudować zdania, a potem napisać historyjkę z punktu widzenia bohatera wierszyka! I oto wyniki! Janek powinien popracować nad kaligrafią, oboje nad odmianą, ja muszę przestać przeklinać przy dzieciach i walić w nich wałkiem.

 

FullSizeRender-5

FullSizeRender-4

FullSizeRender-3

FullSizeRender-1

FullSizeRender-6

FullSizeRender-2

Językowe śmichy chichy

IMG_0499

 

Będę pisać i publikować, bo ciągle się zdarza, że któryś coś powie, ja zapomnę zapisać i ucieka…

Code switching (czyli zmiana kodu językowego czy „na nasze” mieszanie języków) ostatnio rozgościło się w naszym domu na dobre. Wszystko za sprawą prawie miesięcznego pobytu u mojego przyjaciela w „Marylandzie”, który to, niezwykle uzdolniony językowo, ale nie mający dużej styczności z polskim po tym jak wrócił z kilkuletniego pobytu w Polsce kilkanaście lat temu, miesza te dwa języki jak się patrzy… Moje dzieci, lekko wcześniej strofowane za takie mieszanki, rozbrykały się na dobre językowo i takie kwiatki wychodzą…

Kasia: „Does anyone have a papierek? I need to wypluć gumę”

I co robić, moje mądre językowe koleżanki? Po łapach, czy zostawić? Ja sama rozluźniłam się trochę jeśli chodzi o mieszkanie języków. Staram się pilnować, ale czasami po prostu się nie da…”Co dostałeś z science?” No bo jak mam zapytać? To nie jest „środowisko”, które mieliśmy w pierwszej klasie, to byłaby zniewaga dla „sajensa”. „Co dostałeś z tego przedmiotu, który łączy w sobie biologię, chemię i geografię?” Naturalnie!!! Zdaje mi się, że Sylaba pisała o tym kiedyś…bo ja mam problem z tymi kolacjami i obiadami, tak więc mówię, że „nie mam czasu teraz, bo robię dinner”. Kiedyś spróbowałam „obiad” robić, to mi powiedzieli, że obiad to zupa plus drugie danie u babci Irenki! I nigdy nie włożę buta do pięciosylabowej „półki na buty”, zawsze jest i będzie „Schuhschrank”! Jeszcze nie „jeździmy karem i nie mamy bołta na jardzie” więc się nie martwię…

W przerwie, przebłysk Katarzynowego poczucia humoru…Jesteśmy w sklepie. Kasia: „This is cool!”, ja: „Kaśka, po polsku!”, Kasia: „To jest troszkę zimne!”

I na koniec coś co mnie chwyciło za serce…Fajnie jest mieć dzieci, które mieszkały w różnych krajach, mają korzenie w różnych kulturach i pewnie dzięki temu są wyczulone na rzeczy, na które inni może nawet nie zwróciliby uwagi. Na parkingu przechodziliśmy obok samochodu, który miał naklejkę (no przecież!!) „Welcome to America, now speak English”  (witamy w Ameryce, teraz mów po angielsku). Kasia się oburzyła, że kraj imigrantów, a takie głupoty wypisują. „Będę mówiła w jakim języku mi się podoba” powiedziała i wskazując na samochód „and du bist eine grosses dupchen!” (miało być, że wielkim dupkiem/dupką jesteś), a następnie zmieniła język w swoim telefonie na niemiecki (polskiego nie ma!)!

Nieprzyzwoite pluszaki…

DSC_0050

Dzisiaj o tym jak nie trzeba być dwujęzycznym dzieckiem żeby cudownie bawić się językiem i popełniać śmieszne gafy. Można nawet nie być moimi dziećmi żeby takim właśnie językowym cudakiem być. I Kasia z Głoski się ucieszy, bo o trzyipółlatku będzie, który nie dość, że mówi to jeszcze pięknie mówi…(tutaj Kasiu, puszczam ci oko, ale te zrobione z przecinków, kresek i nawiasów nie działają na moim blogu).

Mój bratanek Misiek…nawet chyba taką „na gębę” matką chrzestną jestem, bo z nami, do kościoła nie chodzącymi, w konkubinatach i z bandą nieślubnych dzieci, to nigdy nie wiadomo czy jesteśmy chrzestnymi czy nie. Wychowa to dziecko zgodnie z moralnymi prawdami, w poszanowaniu dla innych, w miłości bliźniego tak jak to wszyscy katolicy robią, czy też może w ofierze szatanowi złoży tak jak to my – niepraktykujący, acz wciąż „zarejestrowani” katolicy, robią? Pojechałam trochę…do rzeczy…

Jedziemy przez wioski podhalańskie, bydło rogate się ulicami poniewiera, rodzic i ciocia jakieś nie za bardzo artykułowane dźwięki wydają typu: „O! I masz! I co? Kurde, będziemy teraz stać! A niech to! No i patrz!” Siedzący z tyłu trzyipółletni Misiek pięknie wymawiając każde słowo mówi: „Zobaczcie jakie straszne zamieszanie robią te krowy na ulicy!” Zgodziłam się z Misiem i pochwaliłam go, że tak pięknie mówi i taki ładne zdanie ułożył. Dziecko, zdziwione bardzo, odpowiada: „Nie, nie tak pięknie…powiedziałem tylko, że krowy duże zamieszanie robią na ulicy!” I to jest facet świadomy swoich umiejętności! Pięknie mówi, składa długie, złożone zdanie, bawi się językiem, tak świadomie, tak dorośle…I pomyślałam sobie, że ciekawe, że zdziwił się, że go pochwaliłam. Bo ja chwalę moje dzieci jak usłyszę jakieś nowe polskie słówko, albo ładne zdanie po polsku. Ale czy chwalę dzieci, że piękne zdanie po angielsku ułożyły? No nie! A może powinnam? Ale to na post o chwaleniu…

Przyjaciółką wieloryba Gupka (bez „ł” – koniecznie i wypowiadane z ogromnym uczuciem i tkliwością) jest niezbyt atrakcyjna wiewiórka po przejściach. Wiewiórka i wieloryb spędzają noce z Misiem i kto wie, co robią kiedy Misiek zasypia. Misiek kocha swoje zwierzaki i nigdy złego słowa o nich nie powiedział. Wiewiórka nie miała jednak imienia. Tata Misia zapytał kiedyś o imię dla wiewiórki. Długo się Miś zastanawiał i w końcu z dumą ogłosił: „DZIWKA!” I pewnie myślicie, że rodzina patologiczna, że mięsem się w domu rzuca, że się nasłuchał oglądając nieodpowiednie filmy, że po knajpach się z ojcem włóczy, a matki rozmowy telefoniczne podsłuchuje. A tu nie…Okazało się, że to Dziwka Dziwką jest, bo jej się zdarzyło być rodzaju żeńskiego. Gdyby była wiewiórem, byłaby Dziwakiem! Czyż to nie jest piękne?! I logiczne!!

Jedziemy z Chrisem trasą Katowice – Częstochowa (dla niezorientowanych to trasa z przydrogowymi atrakcjami w postawi grzybów leśnych, jagód, malin i panienek w kabaretkach i skórzanych miniówkach). Cisza taka i nagle Chris równie piękną jak Miśka polszczyzną: „O, ile wiewiórek w tych polskich lasach!” I czar Miśkowej Dziwki prysł!