Zemsta ślinika luzytańskiego

Jak w dobrym kryminale, zaczęło się od morderstwa. Na załączonym pod tekstem zdjęciu, widać miejsce zbrodni. Pewnego ranka, lekko zaspana, zeszłam na dół i półprzytomna włączyłam ekspres do kawy oraz otworzyłam przesuwne drzwi na taras. Otwieranie drzwi to proces raczej bezmyślny, a w moim wypadku raczej na pewno bezmyślny. Tak więc w momencie kiedy moje ramię przesuwało drzwi, oczy moje zobaczyły nagiego ślimaka (ślinika luzytańskiego) w punkcie zaznaczonym na zdjęciu numerem 1. Zanim mózg dostał taką informację i bez większego pośpiechu przekazał ręce, żeby się zatrzymała w swoim ruchu przesuwającym drzwi, było już po ślimaku. Został zgnieciony, a jego brunatne płyny ustrojowe rozlały się po mlecznej szybie drzwi. Przeprosiłam ślimaka, matkę jego i ewentualną rodzinę, którą po sobie zostawił, umyłam drzwi wstrzymując silny odruch wymiotny, po czym wypiłam świeżo zaparzoną kawę. I wydawać by się mogło, że na tym koniec. 

Nie. To nie był koniec. Był to natomiast początek koszmaru – codziennego, porannego sprzątania, mycia ściany, szyby i powstrzymywania odruchu wymiotnego. Był to również początek zaburzeń w ekosystemie naszej rodziny. Od tego dnia, codziennie rano na ścianie widoczne były ślady mazi pozostawione przez ślimaka, lub, co jest bardziej prawdopodobne, przez mnogie ślimaki. Ścieżki lepkiego śluzu wiły się na ścianie i dochodziły do wysokości kolan, co oznaczało brawurę i arogancję mięczaków. Z dnia na dzień pozwalały sobie na coraz więcej. Autostrady kleistej wydzieliny budowały się nocą coraz to dalej w głąb kuchni. Vendetta, jednak, to nienażarta sztuka i jak tylko ślimaki poczuły, że mogą sobie pozwolić na więcej, to sobie pozwoliły. 

Na zdjęciu, opatrzone numerem dwa, są dwie miseczki z jedzeniem dla kota. Mamy trzy koty, ale te dwie miseczki należą do najbardziej kapryśnego kota – księżniczki Louise. Obie miski muszą być czyste i pełne chrupiącej karmy, choć jej puszystość Louise, wyjada jedzenie wyłącznie z jednej. Druga jest na wszelki wypadek, ale broń Boże, nie na wypadek innego kota. Chłopaki kociaki mają swoje miski za rogiem. I do tej pory stosunki między kotami oraz kotami i psem były poprawne. Głodne zemsty za śmierć współlokatora szczeliny w ścianie ślimaki, postanowiły rozpieprzyć ten porządek. Zabrały się za paćkanie Louisowych miseczek, jedzenia w nich się znajdującego, drewnianej podstawki i metalowych nóżek. Jedzenie do wyrzucenia – księżniczka nie tknie pokrytego wydzieliną najdroższego na rynku greckim, suchego jedzenia dla kotów- miski i podstawka do mycia. A wiecie jak trudno domyć milimetrowe zakamarki w takiej maleńkiej podstawce na miski? Bardzo trudno! I choćby nie wiem jak myć, to zawsze jakaś niteczka klejącej mazi zostanie. A jak zostanie, to Louise ją wyczuje i jedzenia nie ruszy. Ruszy za to po jedzenie swoich braci. Co na to koci bracia? Niewidomy łakomczuch Homer nie wie kto mu zjada karmę. Wie tylko, że karmy nie ma. Maleństwo widzi i wie. Czasem pogoni Louise, która wie, że Maleństwo ma pęknięty, i zrośnięty!!, kręgosłup i nie biega zbyt szybko, więc po dwóch susach odwraca się i daje inwalidzie z liścia. Tak, czy siak, miski chłopaków są puste. Co robić? Najlepiej iść do psiej siostry i wyjeść jej jedzenie, które jest większe, pewnie ciężkostrawne i być może niezbyt smaczne choć to najdroższe na rynku greckim, jedzenie dla psów seniorów. Podczas gdy koty siedzą w wielkiej misce Izzy i wcinają jej jedzenie, ona stoi nam nimi i się wkurza, warczy, czasem szczeka. Koty nie reagują. Tak obżarty, nieodpowiednim, psim jedzeniem kot wyrzyga wszystko gdzieś w trudno dostępnym miejscu. I znów sprzątnie i znów z trudnem przełykam cofnięte do gardła śniadanie.

A gdzieś w ciemnych czeluściach szpar między przesuwnymi drzwiami a ścianą, pochowane w swoich kryjówkach, dumne z siebie, nagie ślimaki ocierają się o siebie (no bo nie mają rąk do radosnego zacierania) z zadowoleniem i poczuciem spełnionego obowiązku zemsty wobec zamordowanego współtowarzysza. 

Jeśli macie pomysły na oduczenie ślinika luzytańskiego łażenia po ścianach i obśliniania jedzenia Louise, dajcie znać! Będę wdzięczna! Zwierzęta również!

Lato, lato i po lecie…

Lato kończy się dla mnie kiedy…

W każdym kraju, w którym mieszkałam, lato kończyło w inny sposób. A to pogoda ogłaszała nadejście jesieni nagłym spadkiem temperatur, porywami wiatru i zwiększoną ilością opadów. A to sklepy oznajmiały, że czas na dyniowe wypieki, gorącą czekoladę, szalik w komplecie z rękawiczkami i super modną w tym sezonie spódnicę w kratę. Objęte obowiązkiem szkolnym dzieci to niezaprzeczalny znak, że lato dobiega końca. Tornistry, plecaki, zeszyty, książki, buty na wuef, wyścigi z zapisami na kółka zainteresowań (po poprzednim ustaleniu zainteresowań dzieci) i wreszcie nadchodzi ten dzień, kiedy dzieci znikają za drzwiami placówki edukacyjnej. Lato zakończone. Dla nauczycieli, tak jak w moim wypadku, koniec lata to pisanie planów zajęć, poznawanie nowych uczniów, robienie planów wycieczek, szukanie metodycznych nowinek.  Tegoroczne lato, jak i dwa poprzednie tutaj na Krecie, kończy się dla mnie, kiedy pustoszeje nasz dom. Dzieci wyjeżdżają do szkół zabierając ze sobą bałagan ze swoich pokoi i stosy pachnących piaskiem i solą morską ubrań. Pakują do walizek muzykę, śmiech, swoje eksperymenty kulinarne, nieustające zabawy z kotami, spacery z psem. Dom zostaje czysty, lśniący i bardzo pusty. Lato kończy się, kiedy kreteńskie plaże, tawerny i sklepiki pustoszeją, a sprzedawcy nie pytają mnie już, skąd jestem, bo skoro jestem, znaczy, że jestem lokalsem. Lato na Krecie kończy się z pierwszym deszczem i z pierwszym chłodniejszym dniem. A kiedy turyści wyniosą się w końcu z wyspy, wysuszona wielomiesięcznym słońcem natura zaczyna pić deszcz, chłonąć poranną rosę i powoli budzi się do jesiennego życia. 

Tegoroczne, koronne lato było inne niż poprzednie…

Dla nas było przede wszystkim dłuższe, bo jedno dziecko zawitało do nas już w marcu, a jak dziecko w dom, to jakby jaśniej, cieplej, weselej. Lato na Krecie było też dużo luźniejsze! Mniej turystów, a jak przylecieli to dopiero w lipcu więc maj i czerwiec były naprawdę piękne, spokojne, ciche, a jednocześnie bardzo letnie. Obostrzenia kowidowe na samej wyspie nie dawały nam się tak bardzo we znaki. Maseczki mi nie przeszkadzają, nie mamy ogromnego grona znajomych, z którymi nie moglibyśmy się spotykać ze względu na dużą ich liczebność. Tak, inne były wizyty u dentysty, wyjazdy do szpitala na wlewy leku dla córki, inne przywitania ze znajomymi na ulicy, inne wizyty u fryzjera, ale taka inność nie odbiera mi przyjemności z krótkiej rozmowy ze znajomą, ani zadowolenia z nowego koloru na włosach. 

Straciłam pracę na dobrych kilka miesięcy, ale za to podjęłam się nowego wyzwania. Zaczęłam prowadzić zajęcia jogi przez internet. Prowadzenie zajęć jogi przez Zoom wydawało mi się na początku dziwne, nienaturalne i myślałam, że będzie brakowało “połączenia” między mną a ludźmi praktykującymi po drugiej stronie ekranu oraz między nimi samymi. Połączenia czasem brakowało, ale tylko tego internetowego, bo jeśli chodzi o międzyludzkie to okazuje się, że nawet wirus nie może w tym przeszkodzić. Zoomowe zajęcia okazały się świetnym rozwiązaniem dla osób, które z jakichś powodów (nie tylko kowidowych) nie mogą iść na “żywe” zajęcia, lub dla osób, które miały ochotę poćwiczyć ze mną. Poznałam w ten sposób kilka wspaniałych, niezwykle wartościowych kobiet, a to bezcenny dar. Sama byłam na zoomowych zajęciach u wielu cudownych nauczycieli jogi, którzy, w zdrowych, niekowidowych, warunkach są poza moim zasięgiem. 

Trochę inne były rozmowy przy stole. Głównym tematem był wirus, obserwacja sytuacji na świecie, planowanie i zmiana planów, narzekanie na brak możliwości planowania, planowanie mimo wszystko i zmiana tych planów po raz kolejny. Inne były rozmowy z rodziną i przyjaciółmi. Inne zapewnienia o przyjazdach, odwiedzinach i szybkim spotkaniu. Inne były reakcje na informacje o zamknięciu kolejnego miejsca pracy, czy upadku czyjejś firmy. Inne były też doniesienia o lekkim przeziębieniu, kaszlu, lub podwyższonej temperaturze. Trochę inne obietnice, że wszystko będzie w porządku.

Jeden plus tego dziwnego lata to…

Nie pojechaliśmy na planowane, długie wakacje do Polski. Nie, to nie jest plus. To wielki minus. Ale za to zrobiliśmy coś, czego nigdy nie robimy – pojechaliśmy na spontaniczne, nie do końca zaplanowane wakacje po Grecji. Oczywiście spontan naszej rodziny jest na nieco innym poziomie niż spontaniczny wypad niektórych z Was. Urlop z pracy trzeba było wziąć dwa tygodnie wcześniej, załatwić kogoś do opieki nad dobytkiem, zabukować bilety na prom odpowiednio wcześnie i znaleźć choć jeden hotel na naszą objazdówkę po Peloponezie. Zabukowałam dwa, bo nie mogłam spać z nerwów! No ale reszta podróży była pod znakiem zapytania. Co będziemy robić, jak już dotrzemy do niewiadomego miejsca, czy wolimy plaże, czy wodospady, czy mamy ochotę pooglądać archeologiczne znaleziska, czy też wpaść do sklepu z antykami. Szaleństwo!

Wyprawa na Peloponez i późniejsze, jednodniowe wycieczki po Krecie to ogromny plus tego dziwnego lata. Mieliśmy zupełnie inne plany i nie starczyłoby nam czasu na Kretę i Grecję lądową. Jestem super zadowolona z naszych wakacji i być może to była pierwsza z wielu wypraw z serii: “Spontaniczne O’Connory”. 

A minus to…

Minusem ogromnym był fakt, że nie pojechaliśmy do Polski, nie widziałam się z mamą, bratem i przyjaciółmi. Chciałam pokazać dzieciom kilka fajnych miejsc w Polsce, mieliśmy pochodzić po górach, poleniuchować u mamy i poimprezować ze znajomymi. Obawiałam się o zdrowie najbliższych, szczególnie tych, którzy są w grupie ryzyka. Z jednej strony wiem, że zarazić można się wszędzie, a z drugiej nie darowałabym sobie, gdybym to ja przywiozła i zaraziła moją mamę, czyjeś dziecko z astmą czy cukrzycą. Zdecydowaliśmy, że nie lecimy. Strasznie mi smutno z tego powodu i wydaje się, że przyjdzie się jeszcze trochę posmucić patrząc na sytuację wirusową w Europie. Z tego samego powodu nie przyjechali do nas wszyscy zaplanowani goście. Nie pokazałam Krety, nie ugościłam. Moje dzieci już kolejny rok nie widziały się ze swoimi przyjaciółmi, na których tak bardzo czekali w tym roku. Nie zrobiłam cudnie zapowiadających się warsztatów jogi we Włoszech, warsztaty na Krecie również nie doszły do skutku. Bardzo mi tego szkoda. Nie odwiedziłam moich przyjaciół w Zurichu, nie “odwiozłam” dzieci do Dublina i Londynu. Nie siedziałam w samolocie od grudnia. Minus jak jasny gwint! 

Lato się kończy, a ja nie mogę doczekać się…

Z tym muszę uważać, bo mam tendencje do życia w przyszłości, do omijania momentu teraźniejszego i życia planami i wizjami dnia jutrzejszego. Nie chcę się rozkręcać, ale choć troszkę… Nie mogę się doczekać…wakacji za rok! Planujemy wyjazd do Stanów. Stęskniłam się i nie mogę doczekać się spotkania ze znajomymi, chcę pojechać do Rhode Island i w góry do Kolorado i być może spełnić swoje wielkie marzenie! Nie mogę doczekać się wiosny i maja i wyjazdu do Szwajcarii na warsztaty jogi z moją ukochaną nauczycielką jogi ze Stanów – to moje marzenie od wielu lat i już przebieram nóżkami na swojej macie! Nie mogę doczekać się świąt, choinki, kominka, Pavlovej z owocami… no i przyjazdu dzieci! Będzie wesoło, tłoczno, głośno, smacznie i świątecznie. 

A tak najbardziej to nie mogę się doczekać spokoju. Spokoju od wirusa. Nie mogę się doczekać, żeby jacyś super zdolni naukowcy wyprodukowali szczepionkę lub lek na wirusa, który tak bardzo zdezorganizował nam życie, pozbawił życia i zdrowia setek tysięcy osób, pozbawił pracy i perspektyw wielu znajomych, pozbawił spokoju i przewidywalności tych, którzy tego potrzebują na co dzień. I ja wiem, że wirusów jest wiele, że chorób jest wiele, że ludzie umierają i chorują, tracą pracę, czy zdrowie psychiczne z wielu innych powodów, ale na tu i teraz, dla mnie i mojej rodziny byłoby super połknąć tabletkę, zaszczepić się, wsiąść do samolotu i polecieć gdzie chcę, zobaczyć co chcę, odwiedzić kogo chcę, przytulić, wycałować, opluć niechcący śmiejąc się w głos i kichnąć nie całkiem w łokieć. Tego nie mogę się doczekać!

A na koniec, powiem tylko, że… lato to taka dziwna pora roku, której chyba wszyscy żałują, że się kończy. Dopada nas jakaś melancholia, smutek, otwieramy album ze zdjęciami i patrzymy na opalone ciała na plaży, na spocone twarze po wędrówce w górach, na rozbawione, skaczące dzieci, na hamaki i kapelusze. Wspominamy, przywołujemy obrazy, dźwięki, zapachy i smaki. A ja bym chciała, żeby było sprawiedliwie, żeby smucić się, że zima się kończy, że wiosna na finiszu. Albo…nie smucić się wcale. Czekać na każdą porę roku z taką bulgoczącą ciekawością, z podekscytowaniem i zachwytem nad wszystkim, co przyjdzie. Ja jeszcze nie umiem i się uczę, ale chciałabym bardzo…

***

Tekst ten powstał w ramach projektu Klubu Polki na Obczyźnie. Grupa blogerek z tej cudownej społeczności skupiającej kobiety, Polki, z każdego krańca świata, postanowiła podzielić się z Wami swoimi przemyśleniami na temat odchodzącego lata. Tegoroczne lato było inne niż wszystkie. Covid-19 pokrzyżował wiele planów, ale również otworzył nas na inne, nowe możliwości. Jeśli macie ochotę poczytać o wyjątkowym lecie naszych klubowiczek, zapraszam do śledzenia naszego “łańcuszka”. Teksty publikowane są na poszczególnych blogach w poniedziałki, środy i piątki. Więcej wiadomości znajdziecie na naszych profilu na FB i na Instagramie. Zapraszamy!

Kolejny tekst ukaże się w środę u Magdy, na blogu Zgub Się Tam. Magda która mieszka w Nowym Jorku i tam spędziła tegoroczne lato. Zapraszamy!

Bo najważniejsza jest rozpałka…

A było to tak. W pewien zimowy, kreteński wieczór siedziałyśmy z panią P. i panią J. w moim salonie próbując rozpalić ogień w kominku. Szło kiepsko. Może drewno zbyt mokre? Może za dużo? Za mało? Może za grube? Stanęło na tym, że winna rozpałka. Pani P. ma ogromne doświadczenie w rozpalaniu różnego rodzaju ognia. Zimne wieczory na polskim Podhalu nauczyły panią P. trików i sztuczek w temacie rozpalania ognia w kominku. Tutaj na Krecie jest mistrzynią palenia w swej kreteńskiej kozie (piec koza, bo inne też mamy, ich nie palimy). Zasługę dobrego ognia przypisuje rozpałce. Suche gałęzie, patyki zbierane na plaży do tobołka zrobionego z chusty mają być najlepszą rozpałką. A u mnie jakieś amerykańskie, napuchnięte od śmierdzącej benzyny klocki, które paliły się mocno przez moment, a potem gasły nie odpalając od siebie ani konarka, ani nawet gałązeczki. I tak temat wagi rozpałki w procesie palenia ognia snuł się przez cały wieczór i robił się coraz to bardziej zbereźny – proporcjonalnie do pitego wina. Gdzieś między kolejną lampką a przegrzebaniem paleniska pojawiła się na ekranie laptopa taka oto reklama.

Minęło kilka miesięcy, zrobiło się ciepło, słonecznie i o kominkach i rozpałkach się nie rozmawia. Aż to nagle pod-klub mojego Kluby Polki, zrzeszający dziewczyny piszące cudne teksty, książki, piękne wiersze i takie jak ja – wieloletnie amatorki, wymyślił wyzwanie dla pisarek. Pierwsze wyzwanie polega na tym, że mamy napisać tekst – forma dowolna – w którym zawarte są trzy słowa: gałąź, pień i…konar (ale obejrzeliście już tę reklamę, tak? Jeśli nie, to do dzieła). 

No i nie mogłam przepuścić takiej okazji do wykazania się wątpliwym talentem w pisaniu ód. A że pochodzę ze wsi położonej niedaleko Częstochowy więc nie jakieś wyszukane warszawskie, oryginalne wrocławskie, czy szlacheckie krakowskie, lecz rymy częstochowskie moi drodzy – banalne, proste, wręcz głupawe trochę. 

Zapraszam na Odę do Rozpałki (dla klubu Piór na Obczyźnie, wyzwanie1 – gałąź, konar, pień)

***

Oda do Rozpałki

Żadna ze mnie leśniczyni 

I gajowa wręcz przeciętna

Gdy w kominku ogień wzniecam 

Czuję się nieumiejętna

Konar, gałąź, pień się nie tli, w dłoni mej zapałka

Gdyż esencją, proszę państwa, jest dobra rozpałka. 

Taka gałąź, moi drodzy

Zwykle wątła i króciutka 

Nie zapali się tak łatwo –

Taka z niej filutka 

Choć się w gałąź dmucha srodze aż wychodzą białka

To esencją, proszę państwa, jest dobra rozpałka.

Konar by w płomieniach stanął

To nie są już żarty

Trza doświadczeń i zdolności

By się palił niepodparty

Kto z konarem się rozprawi, utonie w przechwałkach

Choć esencją, proszę państwa, jest wciąż ta rozpałka.

Pień to najtrudniejsza sprawa 

Martwy, ociężały

Nie pomoże niestrudzoność

Próżne jęków twych chorały

Choćbyś silił się i trudził nie podpalisz ni kawałka

Bo niezmiennie, proszę państwa, wciąż najlepsza jest rozpałka.

Bo gdy konar, pień, czy korzeń

Stać w płomieniach nie chcą wcale 

To rozpałkę kup kolego

Wtedy nagle jest wspaniale 

To najlepszy wybór z wszystkich dla takiego jak ty śmiałka

Bo istotą wszego ognia zawsze zacna jest rozpałka 

 

COVID-19 domówka

Trochę nielegalny spacer

 

Na początku podchodziłam do kwarantanny z nieskrywanym entuzjazmem. Nie muszę nigdzie jechać, nic załatwiać, mam czas na rzeczy, na które normalnie nie mam. Poczytam, obejrzę takie seriale, których nikt inny nie chce ze mną oglądać – na przykład Sense8 po raz trzeci. Posegreguję zdjęcia, nauczę się czegoś nowego. Poza tym, myślałam, mieszkając od dwóch lat na kreteńskiej wsi niespotykanie się z ludźmi jest zupełnie normalne. Podczas zimowych miesięcy, będąc bez pracy i bez potrzeby wychodzenia z domu, ludzi widywałam z rzadka. Na co dzień widywałam więcej psów, kotów, myszy i tych cholernych, drących się bez przerwy kogutów, niż ludzi. 

Minęło pięć tygodni. Odszczekuję żarty o kreteńskiej kwarantannie. Moje życie było pasmem towarzyskich orgii i beztroskich spotkań. Dni wypełnione były dotykiem, obłapywaniem się, bezkarną wymianą grzeczności przez płot czy ladę sklepową. Bez obaw ocierałam się o każdego przechodnia, bez strachu odbierałam wydawaną mi resztę, nie odkażałam chleba. Tarzałam się w dotkniętem obcymi stopami piasku, pływałam w niezdezynfekowanym w morzu. 

Pięć tygodni w domu. Nie wychodzę do pracy (bez kwarantanny też nie wychodziłam, ale teraz ten fakt jest znacznie bardziej dobijający), nie spotykam się z nikim. Dom uporządkowany jak nigdy wcześniej. Ubrania w szafie powieszone według kolorów, pościel ułożona alfabetycznie (wcześniej nadałam jej z nudów imiona), papier toaletowy według gęstości splotu. Ugotowałam już wszystko na co miałam ochotę i wszystko to również zjadłam. Mam siwe odrosty, nie golę nóg, nie noszę biustonosza, nie maluję paznokci. Mam trzy pary dresów i trzy bluzy z kapturem. Piorę je na okrągło. Nadal biorę prysznic, myję zęby i zmieniam bieliznę, ale zaczynam się zastanawiać czy te czynności nie są zbędne. Czytam pięć książek na raz, kilka z nich po raz drugi, bo nic nie pamiętam. Niczego nowego się nie nauczyłam. Zaczęłam haftować, zabrakło mi nici, zamówiłam przez internet, statek z zamówieniem utknął gdzieś na bliskim wschodzie. Zakończyłam haftowanie. Miałam nie pić alkoholu. Przeczytałam książkę, wysłucham innej i dowiedziałam się, że alkohol to wróg. Wysłuchałam innego ebooka i okazało się, że gluten też mój wróg. Nie jem więc glutenu. Ale nie daję rady. Muszę lepiej dobierać sobie wrogów. 

I jedyne co trzyma mnie jeszcze przy życiu to joga i medytacja. Są dni, że śpiewam mantry cały dzień i jednym wykopem staję na rękach przy ścianie! Są dni kiedy się zmuszam żeby zawlec swoje ciało na matę, przekładam kolana z jednej strony na drugą i sobie Savasanę zasunę od razu. Ale nigdy, przenigdy nie opuszczam medytacji. I to jedyny pewnik, jedyna rzecz, która jest niezmienna, która mnie gruntuje, wzmacnia, utwierdza. Potem jestem gotowa na wszelkiego rodzaju zachwiania i niepewności…na przykład niepewność w temacie miejsca pobytu czworonogów. Pies ma w dupie kwarantannę i zwiewa jak tylko zostawię otwartą bramę. Jeden kot jest niewidomy, ale z duszą włóczęgi, a drugi trochę większy od myszy domowej. Po medytacji jestem gotowa zmierzyć się z niepewnością którą rubrykę wybrać w formularzu, który musimy wypełniać przed wyjściem na spacer. Gotowa na niepewność czy doszedł mój sms do Wielkiego Brata w tej samej sprawie. Gotowa  na zachwiania nastroju po kolejnym pierwszym odcinku kolejnego serialu na Netflixie – nic już mi się nie podoba. 

I jeszcze trzyma mnie w pionie rower i nielegalne wycieczki pod klasztor Agia Triada, trzyma mnie w pionie Jaś, bo przy dziecku chociaż majtki trzeba założyć z rana. Trzyma mnie piękna pogoda i nadzieja, że już niedługo będzie lepiej i inaczej. Jestem pewna, że będzie inaczej. Ja już jestem na “inaczej” gotowa. A Ty? 

A to formularz do wypełnienia przed wyjściem z domu. Jeszcze tylko dodatkowy sms i można „swobodnie” wyjść. 

COVID-19

COVID-19 – chyba na każdego z nas, w jakimś stopniu, koronawirus miał, ma, lub będzie miał jakiś wpływ, niezależnie od miejsca zamieszkania, pracy, wieku, wyznania. Każdy, w każdym zakątku, ogromnej geograficznej przestrzeni dostanie jakąś przesyłkę od losu, której nadawcą jest COVID-19. Przesyłka będzie mała, albo ogromna, lekka, albo nie do podniesienia w pojedynkę. Przesyłka będzie niespodzianką, przekleństwem, wybawieniem z trudnego procesu podejmowania decyzji, lub jedynym wyjściem. Będziemy ją otwierać niechętnie, może odsuniemy na kilka dni w kąt z nadzieją, że rozpłynie się, zniknie. Będziemy na nią zerkać, zastanawiać się co się w niej mieści. Będziemy ostrożnie odpakowywać przesyłkę z drżącymi ze strachu, lub z przejęcia dłońmi, powoli otworzymy opakowanie. Być może odetchniemy z ulgą, może otworzymy oczy ze zdumienia, zapłaczemy, lub uznamy zawartość za błogosławieństwo w przebraniu ochronnym i w masce.

Pewnie wielu zgodzi się ze mną, że nie wszystko wróci do stanu sprzed miesiąca. Może nawet nic. Kataklizmy, nieszczęścia, epidemie ciągle nawiedzają naszą planetę i nasze społeczeństwo. Najczęściej jednak zdarzają się w jednym miejscu, często “nie u nas” i często są to rzeczy niejako znajome – trzęsienia ziemi, powodzie, wojny, pożary, strzelaniny, katastrofy ekonomiczne. Oglądamy wtedy wiadomości, kiwamy głowami, wygłaszamy wątpliwe mądrości o tym czego byśmy nie zrobili gdybyśmy byli na “ich” miejscu, wytykamy błędy, pomagamy jak możemy i zapominamy. Tym razem jest trochę inaczej. Wirus rozprzestrzenia się wszędzie i bardzo szybko. Nikt nie jest pewien co robić, ani my, ani rządy, ani nauka i medycyna. Nikt nie wie, bo to zupełnie nowa sytuacja. Nigdy nic takiego się nie wydarzyło. Poprzednie epidemie dotyczyły mniejszych obszarów, nie rozprzestrzeniały się tak szybko, lub zdarzyły się dawno kiedy przemieszczanie się ludzkości nie było tak dynamiczne. Wszystko jest nowe, nieznane, niezbadane, nieprzetestowane. Co dwa tygodnie temu było pewnikiem, że nigdy, że zawsze, że nie ma potrzeby, że kontrolujemy, wiemy co robić, teraz trochę się rozmywa. Tracimy kontrolę, nie mamy wiedzy, zmieniamy opinie. A my tego nie lubimy. Oj jak my nie lubimy nie mieć kontroli,  nie lubimy nie mieć stabilnej i jasnej opinii, nie wiedzieć, nie mieć innego wyjścia. A ja widzę w tym wszystkim cudowną i bardzo ważną lekcję dla nas wszystkich. To lekcja ogromnej pokory i zrozumienia, że my, ludzie, nie jesteśmy królami świata. To lekcja pokory oraz działania intuicyjnego. Nie wierzę w boga, który nas za coś karze, nagradza, coś daje, coś odbiera, który “tak chciał”, albo “tak nie chciał”. Wierzę jednak w mądrość, która jest wewnątrz nas, która ogarnia wszystko, ma wszystko, wie wszystko. Wierzę w mądrość wszechświata, w ogromny ocean wiedzy przekazanej nam przez naturę, naszych przodków, czas, kosmos, wszystko. Do tej mądrości prowadzi nas intuicja właśnie. I myślę sobie, że ten chaos wirusowy, to łażenie po omacku, te próby i błędy, ta zmiana opinii, decyzji to nic innego jak tylko wielka społeczna lekcja intuicji, takie Intuition Immersion Course (kurs intuicji przez zanurzenie). Nie dość, że sytuacja, w której się znaleźliśmy jako jednostki osobowe, jako kraj, Europa i świat wymaga działania intuicyjnego, bo nie ma podręczników, nie ma wzorców z przeszłości, to dodatkowo jesteśmy zmuszeni odizolować się od wszystkiego znajomego, od tego “ale mam zapieprz w pracy”, “nie wiem w co ręce włożyć”, “latam z piórkiem w dupie”. Trzeba usiąść na tyłku i przeczekać. A w trakcie czekania, trzeba pobyć ze samym sobą, ze swoimi lękami, obawami, z czarnymi myślami, z niekończącymi się pytaniami i niewiadomymi. To jest kopanie głęboko do środka. Wsłuchanie się w swoją intuicję, w swoją mądrość. Usłyszymy wtedy do czego nas ciągnie, do czego pcha, od czego odpycha, czego nam nie żal zostawić, a po czym będziemy rozpaczać. I powoli, powolutku zaczniemy zdrowieć, łagodnieć, być w zgodzie ze sobą, słuchać swojej intuicji. A kiedy już wszystko przejdzie, otworzymy drzwi rodzinie, przyjaciołom i sąsiadom i każdy wspólny posiłek będzie smakował najwyśmieniciej, każdy film w kinie będzie na wagę Oskara, każda kawa w kawiarni najlepsza na świecie, każdy uścisk dłoni, przytulenie, pocałunek będzie najpiękniejszą chwilą. Wtedy można usiąść, pomyśleć, pogadać i zobaczyć co dalej. 

Miałam dzisiaj taki sen, że przyjechałam na porodówkę i miałam zaraz zabrać się za rodzenie dziecka. Pielęgniarka zaprosiła mnie na siku (oczywista!!) a potem na “będziemy rodzić”. Przy ubikacji poczułam przyjemny zawrót głowy. We śnie wiedziałam, że to mój kolejny skurcz. Umyłam ręce (COVID-19!!) i otwierając z rozmachem drzwi na porodówkę pomyślałam z radością i podnieceniem: “no to do roboty”. Taki sen zapewne oznacza, że idzie zmiana, coś nowego się urodzi, coś zacznie. Zmiany mogą być różne oczywiście, ale czuję, że to dobre zmiany i że to zmiany dla nas wszystkich, dla planety, dla zwierząt i ludzi. Nie spierdolmy tego! 

 

Komisarz Papulous w akcji…

Komisarz Papulous stanął w otwartych drzwiach pokoju numer szesnaście. W pokoju panował półmrok. Od kilku dni pogoda na Krecie nie ułatwia pracy, ani w turystyce, ani nawet w policji. Leje, dżdży, pada i kropi, do tego wieje, hula, zawiewa i dmucha. Ciśnienie niskie, łeb pęka. Turyści chowają się w nielicznych o tej porze roku tawernach, a policjanci ratują się kawą. Często bezskutecznie. W pokoju paliły się dwie lampki. Jedna w kącie odsłaniając swym słabym światłem odchodzącą płatami farbę ze ścian. Farba ciemna i ponad dwudziestoletnia więc nie żal, ale pod spodem szału też nie ma. W latach dziewięćdziesiątych musiał być wymóg malowania ścian na oczojebny zielony, bo taki właśnie kolor wyłania się spod płatów odpadającej, ciemno-fioletowej. Druga lampka stała na stoliku posterunkowego Kontodinosa. Świeciła białym, zimnym światłem wprost na klawiaturę komputera. Kilka centymetrów nad klawiaturą zdały się wisieć zawieszone w powietrzu dłonie, których palce, prawie niespostrzeżenie, wykonywały miokroruchy jakby nie mogły zdecydować się w który przycisk klawiatury uderzyć, jaką literą zacząć zdanie. Dłonie były własnością posterunkowego. Jorgos Kontodinos nie raz już wypełniał formularze w komputerze. Mówiło się o nim na posterunku, że na klawiaturze pisze najszybciej. Młody jest, dzieciństwo spędził grając w gry komputerowe to palce ma wprawione. Teraz jednak jakby zastygł, jakby dłonie nie współpracowały z młodym, policyjnym umysłem. Być może nagromadzona ostatnimi czasy tusza przeszkadzała (świeżo po ślubie, a małżonka podobno dobrze gotuje). Dłonie z powodu wagi coraz to dalej od klawiatury, a swoboda ruchów na nieobracającym się od dawna krześle obrotowym graniczona. Kończyny od tego zdrętwieją. I te dolne, bo krzesła nie można regulować, a posterunkowego stopom do podłogi brakuje jeszcze kilku centymetrów. I te górne, bo utrzymać je nad klawiaturą to nie lada wysiłek. Oczy komisarza Papulousa powędrowały jednak w dół, na podłogę, na której leżał biały kabel. Kabel położony był na całej długości pokoju, jakieś dwa metry może. Komisarz zauważył jak mocno kabel odcina się kolorystycznie od szaroburej podłogi, nie pierwszej już czystości. Kabel musiał być nowy. Pewnie to ten, o który było tyle hałasu w zeszły piątek, że go Eleni z zaopatrzenia dostarczyła już w listopadzie, że ma na to kwit, że sam komisarz go podpisywał. A kabla nie było. To on, sam komisarz, znalazł go w poniedziałek rano zwinięty w kłębek za kartonem pełnym ulotek o niebezpieczeństwie wyprzedzania w miejscach niedozwolonych. Wyciągnął, poinformował Eleni o znalezisku i położył w widocznym miejscu. W połowie długości kabla klęczała kobieta, była pochylona do przodu, jedną ręką podpierała się o podłogę, drugą dotykała szyi. Kobieta, w średnim wieku, z krótko obciętymi włosami. Cudzoziemka – pomyślał komisarz. Greczynki bardzo rzadko noszą takie fryzury. Pewnie nie lubią, a może mają problem z ogarnięciem gęstych, falujących włosów. Jego żona często żali się, że ma za gęste włosy i nie może sobie z nimi poradzić. A jej włosy sięgają do aż ramion. Kobieta miała na sobie długi sweter, płaszcz jakby, którego duża część leżała teraz na podłodze. Komisarz skrzywił się na samą myśl śmieci, które płaszcz podniesie ze sobą z ziemi. Na prawej dłoni, którą podpierała się kobieta zauważył cienką obrączkę i ogromny pierścień z żółtym, nieobrobionym kamieniem. Takie sprzedają w starym porcie, w mieście. Pewnie turystka. Może ją okradli? Ale po co kabel? Dlaczego jest na czworakach? Zazwyczaj rozwiązania zagadek przychodzą mu do głowy szybko. Jest z tego znany. Kiedy jest problem z rozwiązaniem trudnej zagadki, dzwonią po Papulousa. Ten zawsze znajdzie rozwiązanie, widzi coś, czego inni nie dostrzegają, zauważa szczegóły, które innym umykają, myśli szybko i niekonwencjonalnie. Ale nie teraz. Nie tutaj. Coś mu się nie składa, nie pasuje. Z zadumy wyrwał go dźwięk, jakby przepełnione bólem skomlenie psa. Tak, ból dało się usłyszeć w tym skomleniu. Ale to nie pies, to ta kobieta wydawał z siebie taki odgłos. To ta kobieta piszczała, a ręką na szyi pokazywała jakby nacięcie, ranę. No tak, komisarz Papulous wiedział już wszystko.

Akcja ratowania psa z sąsiedztwa, opisana trochę tutaj, powiodła się tylko połowicznie. I tak, mówili żebym zaprzestała, bo każdy Grek strzelbę ma, ale już olej w głowie, nie każdy ma . Że mogą mi nieprzyjemności robić, straszyć, wioskę na mnie napuścić i takie tam. I to wszystko racja jest i pewnie tak się może zdarzyć, ale nie mogę. Mówi mi tu środek mnie samej, że nie można tak zwierzęcia zostawić i tak łatwo machnąć ręką choćby powodów do machania było kilka. Kilka dni po wpisie pies był przywiązany znów do jakichś metalowych prętów wkopanych w ziemię. Partyzantka straszna, spore niebezpieczeństwo dla psicy i jej szczeniąt więc wlazłam znów przez płot i uwolniłam trochę, ale okazało się, że pies ma wielką ranę od zaciśniętego łańcucha na szyi. No tak mnie to rozsierdziło, że zadzwoniłam po policję. Nie przyjechali. Zadzwoniłam jeszcze cztery razy i w końcu pojawili się. Grzecznie powiedzieli, że aby się coś zadziało, muszę złożyć zawiadomienie na komendzie. Już, dzisiaj, za chwilę, za minut dziesięć. Myślę, że pośpiech był zalecany żeby mnie zniechęcić, ale ja bezrobotna aktualnie jestem więc pojechałam. Na komendzie przydzielono mi jedynego prawdopodobnie policjanta, który nie mówi po angielsku. Grecy świetnie dają sobie radę z angielskim i prawie wszyscy są w stanie się jakoś dogadać. Prawie. Mój posterunkowy umiał jedno zdanie, a mianowicie “does it seem like…” (czy wydaje się, że…) a poza tym NIC. Powtarzał więc ten początek, a następnie kończył po grecku. Z punktu widzenia językowca, to bardzo interesujące, dlaczego taki wstęp, kto go nauczył, skąd, gdzie i po co… Z punktu widzenia składającej zawiadomienie o znęcaniu się nad zwierzęciem , wyglądało to kiepsko. Ale jako, że niejednego raw beginnera się angielskiego nauczyło, pantominę i onomatopeję mam obcykaną! Ta kobieta z opowiadania o komisarzu Papulousie chciała pokazać, że wzdłuż posiadłości, kilka centymetrów na ziemią, przymocowana jest linka metalowa (nie było linki, ale w kącie pokoju znalazłam biały kabel), do linki przywiązany łańcuchem jest pies, który nie może się ruszać, który piszczy z bólu i z niemocy i ma ranę na szyi, która krwawi. Ta kobieta, jakby się kto jeszcze nie domyślił, to ja. Wstałam, podpisałam co trzeba, uścisnęłam puchną dłoń posterunkowego Kontodinosa (nie jest to jego prawdziwe nazwisko) i wyszłam. Jestem pewna, że przez długie lata będą o mnie opowiadać, albo przynajmniej do następnego razu, bo wczoraj, bez kitu!!!, pojawił się u nas ślepy kot. Ma wyłupaną dziurę w miejscu jednego oka. Nazwaliśmy go Jurand i walczymy o jego życie. 

Lotniskowa fauna…

Sobole i myszy nie dały się sfotografować, ale wreszcie mam okazję pokazać inną faunę. Osiołki z Domu Osiołka Kreteńskiego w Agia Marina na Krecie

Ci, którzy znają mnie osobiście, lub osobiście na fejsbuku, wiedzą, że od kilku miesięcy moje życie toczy się wokół bez-pańskich, lub chuj-pańskich psów. Nie żebym była wariatką biegającą za każdym psem wałęsającym się po wsi bez obroży, bo po pierwsze musiałabym się zawałęsać na śmierć – tyle ich jest, a po drugie, jest od tego super prężnie działająca grupa amerykańsko-brytyjskich wariatów, których kocham nad życie i wspieram słowem i groszem kiedy tylko mogę. To oni robią łapanki na koty w śmietnikach i masowo je szczepią i sterylizują i to oni budują ulicznym psom budy i kołują dla nich pożywienie. Bezdomne, lub z domów złych, same pojawiają się pod naszym domem, jeden dosłownie położył się na naszej wycieraczce i rano przywitał nas jak swoich machając wesoło ogonem. Pierwsza była Zoya, która mieszka już Helsinkach, Vinny i Buddy znaleźli właścicieli, od których wcześniej uciekli w celach rozrodczych. Zmajstrowali kilkanaście bezdomnych szczeniąt na gigancie, a i tak właściciele nie dokonają kastracji, bo psu nie wypada jajek odcinać, chłop to ci przecie, a chłop bez jaj to nie chłop. Nawet nie pies. Najświeższe nasze njusy to nocna akcja oswobodzenia suczki sąsiadów ze zbyt ciasnej łańcuchowej obroży. Sąsiad-sadysta przywiązał mamę trzech szczeniąt do jakiejś linki metalowej przeprowadzonej przez podwórko. Do linki doczepił łańcuch, do łańcucha psa. Zawiązał łańcuch wokół jej szyi dwa razy, tak na wszelki wypadek dwa razy, żeby się upewnić, że się udusił w przeciągu doby i dodał dla pewności drut, którym związał owe łańcuchy. Wyposażeni w wysoką drabinę, latarki, szczypce do drutu i przysmaki dla psów, pod osłoną nocy, ruszyliśmy na pomoc! Akcja się udała, pies uwolniony. Na płocie powiesiłam jeszcze liścik, że jeśli jeszcze raz będzie miała ciasno na szyi, dzwonię na policję i ogłoszę z nazwiska w internecie! Poskutkowało nieco, bo choć pies rano był znów przywiązany, łańcuchy były luźniejsze. Powiesiłam jeszcze na płocie obrożę i smycz z wielką prośbą żeby wymienili te łańcuchy. Bez odzewu jak na razie. 

Te wiadomoście powyżej to pierwsze dziesięć minut Faktów (mam wreszcie Cyfrowy Polsat to się orientuję), czy innych wiadomości o pełnej godzinie. Najbardziej bulwersujące, najważniejsze, wymagające uwagi i przedsięwzięcia stanowczych kroków. Następnie prowadzący wiadomości rozjaśnia swoje lico, wraz z powagą przekazywanych wiadomości, znika dodająca powagi zmarszczka między brwiami i dowiadujemy się o tym jak gdzieś pod Opolem owca urodziła cielaka, czy LGBTQowe koło gospodyń wiejskich upiekło największy, bezglutenowy bochenek chleba. Takie nasze “meanwhile” jeśli ktoś ogląda Stevena Colberta (a jeśli nie ogląda, to polecam). Czas więc na wiadomości lżejsze. 

Kiedy przeprowadziliśmy się kilka tygodni temu bliżej lotniska nie zdawałam sobie sprawy jakie interesujące rzeczy kryje nasze maleńkie, przytulne i sprawnie działające lotnisko w Chanii. Kiedy wszystkie pięć samolotów pasażerskich odleci do Aten, kiedy ucichną amerykańskie samoloty transportowe, a greckie F16 przestaną robić dziury w chmurach, pas startowy i teren położony w pobliżu budzi się do życia. A skąd ja to wiem? Od grupy naukowców, którzy ustawili kamery do obserwacji życia fauny lotniskowej na Krecie. Wnioski z tejże obserwacji są niezwykle ciekawe. Cały łańcuch pokarmowy kreteńskiego półwyspu Akrotiri rozpieprza się o jedną rzecz. A mianowicie o to, że kilka razy dziennie wystrzeliwane są armatki hukowe żeby odstraszyć ptaki od pałętania się zbyt blisko silników samolotów. Przestraszone ptaki odlatują, a w dole, w trawie cieszą się i zacierają łapki łasice, norki i sobole, którym właśnie umożliwiono polowanie na myszy i nornice, które to zostały ocalone przed ptakami przez armatki. Łasice, norki i sobole mają jedzenia po kokardki tak więc zadomowiły się na pasach trawy lotniskowej na całego. Myszy mają przerąbane, ale i tak wolą mieszkać w wysokiej trawie lotniskowej, bo nie ma ptaków, bo w trawie jest jedzenie, a trawą opiekuje się greckie lotnictwo wojskowe więc wiecie…feta, spanakopita i raki… Na terenie lotniska można zaobserwować również coś co przypomina mały gatunek kangura. Ależ skąd kangury na Krecie? To zwykły, przekarmiony dumą i odwagą, zając! Zające są tutaj nagminnie odstrzeliwane przez ludzi. Wokół naszego domu ciągle słychać strzały i dwa razy już, na spacerze z psem, widziałam jak chłop niósł ukatrupione zające na obiad. Lotniskowe zające natomiast nie mają się czego bać. Dla nich to teren bezpieczny, bez psich łapanek, rozstrzeliwań, wolny od śmierci. Jak tylko wykombinowały, że te wybuchy z armatek hukowych to ściema, a nie żadne strzelby, żyje im się jak w raju. Zajadając korzonki i trawkę obserwują wysiadających z samolotu pasażerów, którzy następnie wpychani są do autobusów żeby przejechać nie więcej niż sto metrów do wejścia do budynku (kto był, wie o czym mówię). Zachodzą szaraki w głowę po co te cholerne autobusy i to jest jedyny ich problem. I jeszcze coś zarejestrowały kamery porozstawiane na terenie lotniska. Obsługa pasa lotniska i parkingu dla samolotów często boryka się z tzw FOD (foreign object debris) czyli śmietki niewiadomego pochodzenia. Takie małe przedmioty, śrubki choćby, mogą spowodować poważne uszkodzenie samolotu. Sprząta się więc pasy startowe i parkingi wielkimi miotłami na gładko. A na pobliskich dachach i słupach siedzą ptaki i zwijają się ze śmiechu, bo okazuje się, że często to właśnie one, uprzednio wyczaiwszy, że pas startowy to super twarde podłoże, przylatują z orzechem w dziobie i ryps orzechem o beton. Potem tylko szybciutko żeby nie dostać się do silnika samolotu, bo “ino pierze zostało z Władka w zeszłym tygodniu” i śmig z orzechem w bezpieczne miejsce. A niech głupole się zastanawiają skąd te FODy na pasach. 

Tak więc kochani, kiedy będziecie lądować na lotnisku w Chanii rozpoczynając wasze cudowne wakacje na Krecie, pomachajcie szarakom, sobolom i bohaterskim myszom z waszego okna. Odmachają z wdzięcznością.

 

Krótko i świątecznie…

I znów zbliżają się kolejne święta i znów kończy się kolejny rok! Dla mnie ten rok był kolejnym rokiem pełnym wrażeń i nowych doświadczeń. Dużo się działo i w środku i na zewnątrz. Jestem wdzięczna za jedno i drugie. I to dobre i to mniej dobre, to jasne i to zupełnie czarne. Jestem wdzięczna za każdy dzień. 2019 zaczął się przygnębiającą kreteńską zimą, która dla mnie była depresyjna, mokra i zimna, a dla wyspy, w wielu przypadkach – tragiczna. W marcu rozpoczął się “kurs zmieniający życie”, który zakończył się na początku grudnia, a który przyniósł mi mnóstwo zmian, doświadczeń, doznań i przyjaciół. Wyjazdy do Zurichu dały mi również do zrozumienia, że potrzebuję wyjechać z Krety, nie jestem wyspiarką i źle się czuję zamknięta na, odległej od wszystkiego mi znajomego, wyspie. Wiosną i latem mieliśmy mnóstwo gości i odwiedzających. Było cudownie pokazywać piękne okoliczności przyrody kreteńskiej najbliższym mi ludziom. Była mama i mój brat i przyjaciółki z Garmisch, za którymi bardzo się stęskniłam. Były dzieci. Długo i intensywnie. Kocham mieć je w pokoju obok, w kuchni i na plaży, na kocu obok. Uczyłam jogi w domu i u mojego włoskiego sąsiada na tarasie. Po wakacjach zorganizowałam pierwsze warsztaty jogi w Polsce. Dzieci rozjechały się do swoich szkół, są w miarę zdrowe i puszczone na wolność starają się jak mogą najlepiej ułożyć sobie zaczątki swojego wielkiego życia. Znaleźliśmy bezdomnego psa, odkryliśmy kilka nowych miejsc, poznałam kilka ciekawych osób i podjęliśmy decyzję o zmianie domu. Nigdy nie lubiłam tego domu mimo, że starałam się jak mogłam żeby umościć sobie tutaj gniazdko. Nasz nowy dom, do którego przeprowadzamy się zaraz po świętach napawa nadzieją! 

W święta będę życzyć sobie zdrowia i pozostania w takich stanie w jakim jestem teraz. Jestem w dobrym miejscu i niech tak zostanie. Będę życzyć sobie zajęcia, pracy, bo bez pracy ani kołaczy nie ma, ani zdrowia psychicznego! 

Wszystkim innym oprócz zdrowia życzę tego czego Wam akurat w tej chwili potrzeba. Niech się wydarzy to, co ma się wydarzyć w najpiękniejszy, najspokojniejszy i najmniej nieprzyjemny sposób. I miłości dużo, bo tego potrzeba nam zawsze! 

Wesołych Świąt i wszystkiego dobrego w nowym roku!

Wyspa w Zurichu…

Co powinni wiedzieć wszyscy inni… What everyone else should know…

Kilka dni temu zostałam nauczycielką jogi Anusary. Ale to nie jest ważne. Nauczycielem jogi może zostać każdy i mówię to z pełną świadomością i z dużą dawką zasłużonej ironii, bo nauczycieli spotkałam już wielu. Ważniejsze dla mnie jest to, że kilka dni temu zostałam, po raz drugi, uczniem. Rok temu podjęłam decyzję o drugim kursie nauczycielskim. Decyzja nie była łatwa, bo jeden certyfikat już mam, prowadzić zajęcia jogi mogę, koszt tych dwustu godzin jest wysoki, a jak dodam, że to Szwajcaria i Zurich to koszty dochodzą do samych szczytów ośnieżonych szwajcarskich Alp. Jednak coś mnie pchało, coś mówiło, że nie mogę odpuścić, nie tym razem, nie teraz. Lubię sobie wyobrażać, że to “coś” to Ta, Która Wie (La Que Sabe z książki “Biegnąca z wilkami” – książki, którą każda kobieta powinna przeczytać) – stara baba w moich trzewiach, która ma całą wiedzę wszechświata, przeszłości i przyszłości. Posłucham. I to była jedna z najlepszych decyzji w moim życiu. 

Ponad dwieście godzin spędzonych na studiowaniu asan, oddechu i tekstów tantrycznych, ale przede wszystkim na poznawaniu siebie. To była niesamowita podróż do wnętrza – i wiem jak to brzmi… nadmuchane, sekciarskie, egzaltowane pieprzenie o niczym…ale nie obchodzi mnie jak to brzmi. Ważne jak to jest. A jest…intensywnie! Wcale nie jest łatwo grzebać w przeszłości i w sprawach emocji bieżących. Wcale nie jest łatwo zdawać sobie sprawę z rzeczy, o których nie miało się pojęcia, że się je na plerach nosi. Nie jest łatwo otwierać stare, zarośnięte, trochę brzydko i krzywo, blizny, czyścić rany, składać kości, zakładać opatrunek i od nowa obserwować proces gojenia. Nie jest łatwo, ale jakże to potrzebne, uwalniające i dające siłę i wiedzę do dalszego życia na swój własny, najlepszy i najpiękniejszy sposób. 

Ale żeby takie wewnętrzne trzęsienie ziemi przetrwać, trzeba mieć narzędzia. Moje narzędzia to ćwiczenia ciała, oddech i medytacja, która robi totalną rozpierduchę, a za moment oczywistą składankę. I tak non stop. Rozpieprz i składanka. Ale za każdym razem składanka jest ciut łatwiejsza. Jest jeszcze jedno narzędzie – ludzie. Inne, piękne stworzenia, które co miesiąc siadają w wielkim kole i są. Na sto procent, na dwieście, na wszystkie procenty świata. Kilkanaście cudownych osób, które sprawiły, że ten rok na zawsze zostanie w mojej pamięci, w moim sercu. Ezgi, moja nauczycielka, opowiada o nas jak o wyspie, którą sobie stworzyliśmy, która zawsze będzie istniała i na którą zawsze możemy wrócić myślami i spotkać się tam z innymi. Nigdy w życiu nie spotkałam tak zsynchronizowanej duchowo grupy ludzi. I teoretycznie nie mamy ze sobą nic wspólnego oprócz tego, że wybraliśmy właśnie ten kurs, właśnie ten marzec, ten rok, właśnie to miasto, tę nauczycielkę. A tak naprawdę łączy nas wszystko. Miało się wrażenie, że każdy czuł się częścią drugiej osoby, takie naczynie połączone. Porozumiewaliśmy się bez słów niemal, myślami, sercem. I nie ma przypadków, nie ma zbiegów okoliczności. Tak miało być. Powtarzaliśmy to jak mantrę. Tak miało być. Mieliśmy się spotkać, pokochać się i zostać jedną wielką wyspą na zawsze!

Jestem ogromnie wdzięczna za ten rok, za tę cudowną podróż. Jestem szczęśliwa i ciekawa nowego etapu w moim życiu. Nastawcie wewnętrzne uszy i słuchajcie co La Que Sabe ma wam do powiedzenia. Warto!

What my Zurich island should know… Co powinni moi z Zurichu wiedzieć…

Dear Zurich islanders,

Almost a year ago I made a decision to join Anusara Teacher Training in Zurich. It wasn’t an easy decision. The distance, the costs, getting a second yoga certificate might have sounded like a frivolous act. Something, however, kept pushing me, bringing me back to Stambha yoga website. I like to imagine that this “something” is the La Que Sabe (The One Who Knows) – an old woman from the book Women Who Run with the Wolves, who sits in my gut and holds the knowledge of the whole universe, the past and the future. I listened to her. And this was one of the best decisions of my life.

Since the beginning of our journey in March, I learned a lot about many aspects of yoga, but mostly I learned a lot about myself. While learning asana, breathing, chanting, and philosophy might have been possible with a different teacher and a different group, the latter part – journey within – only with this group, only with you! Sitting in a circle, every month, sharing verbally and non-verbally what was going on with my growth was so healing, such a nectar-like experience. It was intense and beautiful and it was all mostly because of you all. I have never met such a wonderful collection of souls. There was so much love, tolerance, understanding, empathy, and support between us. This feeling will stay with me forever and if I forget it for a second, I will be back on our island for more love and support. And I know I will meet all of you right there. There will be Ezgi with her powerful teaching moment when she came up to me for my first handstand. Her beautiful caring soul when she sent me a mantra to chant when I was in the hospital. There will be Nina who opened her home to me and made me feel so welcomed every time I came to Zurich. Chiara who, together with her husband, nourished me back to health this one October Sunday. A beautiful Anna with whom I shared a bed on her birthday – what an honor :-)! Peter who “guided” me to admit I have been in a chronic pain for years. Clare with her most creative yoga metaphors and one special, emotional moment we shared during pair work. There will be Julia who was my next-mat neighbour during our first and last weekend and a steady support for my hand balance poses. Agnese whose beautiful, radiant face I saw most of the time coming up to cobra as she was on the opposite site od the circle. I will meet with Adriana and her gentle being filled with wonderful magic. There will be Maya with her incredible knowledge of a human body and her wonderful Lucretia. There will be Natalie who left after the first part, but will be remembered as the first person I talked to when I arrived to Stambha. Carole who almost left us after the first part, but then stayed and I am so grateful – this wouldn’t have been the same without you! There will be Franka with her wonderful voice, free-spirited and honest personality. There will be Antonia and Daniela who joined us in the middle and brought so much life and wisdom, support and smiles. I will remember our deep conversations on so many train rides, evening talks at the table at Nina’s home. I will remember lunches at the lake, sneaking out to the bathroom to have a bite of something sweet before a long awaited meal. I will never forget the quiet moments after lunch when we would snuggle on our mats and take a quick power nap. I will never forget the quiet mantra oozing from the speakers when we entered the room, the smell of Palo Santo and the view of the lake through a round window. I will never forget the power, the energy, goodness and love that we created right there, in the room in the attic. This will always give me strength and will remind me who I am and who I want to be. Now I know it’s always good to listen to the old La Que Sabe!

I love you all and am so grateful for all of you!