Złote Myśli – Lato 2019

Lato, nawet tutaj na Krecie, dobiega końca. Nie odczuwamy tego w temperaturze, czy w dziennej dawce słońca, ale są inne oznaki oddalającego się lata. Jest coś takiego w powietrzu, w energii ziemi, jakieś przesuniecie, moment zatrzymania się między hałaśliwym, pełnym turystów, kremów SPF 50, parasoli plażowych i mokrych kostiumów kąpielowych latem, a czymś następnym. Następna nie będzie znana mi tak dobrze jesień, a dziwna, druga wiosna, która urodzi jeszcze świeżą kapustę i brokuły w ogrodzie, zazieleni pustynnie wyglądający ogród. Ale między tym co prawie już minęło, a tym co będzie za chwilę, jest moment na refleksję, na dłuższy oddech. Taka “międzypora”. Usiadłam i zastanowiłam się nad tegorocznym latem, chciałam je opisać słowami, zapisać w pamięci. To lato, drugie nasze na Krecie, było pełne różnych wydarzeń. Wydarzeń zupełnie zwyczajnych i przyziemnych oraz innych – trochę duchowych, trochę emocjonalnych, takich “środkowych”. To było lato kilku ważnych transformacji i zmian. Nie ogromnych, życiowych zmian widocznych na zewnątrz, a kilku maleńkich ruchów, w środku, wewnątrz, które będę pracować powoli, ale w dobrym kierunku (mam nadzieję). Brzmi poważnie, prawda? No może. Jednak lato to przede wszystkim wakacje, beztroska, sielanka i radość. Zmieszałam oba smaki mojego lata i zrobiłam listę przebojów albo jeszcze lepiej, Złote Myśli – Lato 2019. Pamiętacie szkolne Złote Myśli? No to takie właśnie. Zaprosiłam do zabawy moje wspaniałe koleżanki z Klubu Polek i wyszedł nam cudowny projekt pod takim właśnie tytułem. Zapraszamy!

Złote Myśli – Lato 2019

 Miejsce Lata 2019

Całe lato spędziliśmy na Krecie. Ktoś powie, że nudy, bo turyści wpadają tutaj na dwa, a nie mający pojęcia o wyspie, nawet na tydzień i im wystarczy. Zaliczą dziesięć miejsc znanych z przewodników i internetu, wrzucą zdjęcia do sieci i wakacje odhaczone. A szkoda, bo Kreta to nieodkryta jeszcze do końca kopalnia cudownych zakątków, ukrytych plaż, maleńkich wiosek, zapierających dech w piersiach widoków, najlepszych na świecie tawern i niewyobrażalnie krystalicznej wody. W takiej właśnie wodzie, tego lata, pływałam na południu Krety. Na takim dalekim południu, że aż na najbardziej na południe wysuniętej wyspie Europy – Gavdos. Gavdos stało się moim ulubionym na Krecie miejscem już po kilkudniowym tam pobycie. Cały pobyt opisałam tutaj, ale zapomniałam o wodzie. Teraz, kiedy myślę o Gavdos, pierwsze co przychodzi mi do głowy, to woda właśnie. A woda kochani w morzu Libijskim jest nie do opisania. Serio! Nie można przecież opisać tego, co się widzi, kiedy oczy nie są przygotowane na taką krystaliczność wody. Wydaje się, że rozdzielczość mojego narządu wzroku nie jest przystosowana do odbioru takiej przejrzystości wody. Woda jest zbyt klarowna, zbyt krystaliczna, zbyt przeźroczysta. I, że do takiego niezwykłego zjawiska można zanurzyć swoje rozpalone słońcem ciało, ba! nagie ciało, to już, proszę państwa, mega super zajebiście! 

Danie Lata 2019

Mieliśmy mnóstwo gości tego lata i wszyscy, bez wyjątku, zostali poczęstowani daniem ze zdjęcia. Niektórzy zostali poczęstowani więcej niż raz. Niektórzy na własną prośbę, a niektórzy przez niedopatrzenie (czy raczej niedopamiętanie) gospodarzy. Proste, smaczne, nie wymagające dużego nakładu pracy, a kiedy grilluje się w piekarniku, można oddać się miłej rozmowie przy lampce wina (patrz niżej). Niebywałą zaletą Krety jest to, że wszystkie owoce i warzywa mają niezwykły smak. Swój własny. Wyhodowane na tej żyznej ziemi ziemniaki, na przykład, smakują najlepiej na świecie. A zapach i intensywność ziół dodaje każdej, najbardziej zwyczajnej potrawie niebywałego smaku i aromatu. Bo to, co widać na zdjęciu, to właśnie najprostsza rzecz pod słońcem. Ziemniaki, słodkie ziemniaki, buraki, cebula, czarna fasola, sól, pieprz, doskonała oliwa z oliwek oraz mnóstwo tymianku i świeżo zmielonego rozmarynu. Jest ryzyko, że za kilka miesięcy się nam przeje więc jeśli chcecie spróbować, zapraszam jak najszybciej. 

Napój Lata 2019

Woda, woda, woda oraz… białe wino. Lidl. 2.59 Euro. Pychota! I tyle na ten temat. 

 

Hajlajt (czyli, że super moment) Lata 2019

No nie mogłam się zdecydować o czym tutaj napisać, bo takich momentów, które z perspektywy czasu wydają się wyjątkowe, było mnóstwo. Cudownie było mieć dzieci w domu przez całe dwa i pół miesiąca. Uwielbiam patrzeć jak się przyjaźnią ze sobą, jak lubią spędzać ze sobą czas. Fajnie było się z nimi wylegiwać na plaży, zamawiać wielką sałatkę grecką na spółkę. Niemałą przyjemnością było nawet wydzieranie się na nich, że nie sprzątają po sobie i że pies znowu nie ma wody w misce. Wszystkie te momenty spędzone z dziećmi lub ze świadomością, że dzisiaj wieczorem będą spać w swoich pokojach, a jutro rano zjemy razem śniadanie były niezaprzeczalnie najcudowniejsze. Oczywiście! Ale było coś jeszcze. W tym roku przyjechały do mnie kolejne ważne osoby. Były przyjaciółki z Garmisch – całe moje trzynastoletnie życie w Alpach przyjechało zobaczyć moje życie tutaj na Krecie – no i najważniejsze – mama i brat. Pokazywanie najbliższym mojego domu, ulicy, wsi przynosi mi jakiś spokój ducha, komfort psychiczny. Teraz, kiedy rozmawiamy przez telefon i kiedy opowiadam o krzaku pomidorów, sąsiedzie, czy sprzedawczyni w naszym sklepiku, oni dokładnie wiedzą o czym mówię. Mają w głowie dokładnie taki sam obraz jak ja. Nie muszą sobie niczego wyobrażać, domyślać się. Są kawałkiem mojego świata, a mój dom, pies, kot i drzewo cytrynowe są kawałkiem ich świata. Uwielbiam!

 

Lołlajt (czyli, że porażka) Lata 2019

Tutaj również nie mogłam się zdecydować, które z gównianych momentów wybrać. Bo takich chwil na Krecie mi nie brakuje. Czy wybrać wyjazdy dzieci? Każdego z osobna żeby bardziej bolało. Czy ten moment jak zatrzasnęłam w drzwiach wielką jaszczurkę, przecinając ją na pół? Albo jak znalazłam sześć karaluchów w domu i dostałam prawdziwego ataku paniki? Albo jak mnie jogowi ludzie skopali po nerach arogancką, acz uduchowioną przecież, krytyką i zredukowaniem mnie do żałosnej jednostki potrzebującej ich wiedzy i wsparcia. Oj! To było takie loł, że hej! Napiszę jednak o czymś, na co nie mam wpływu, a dołuje mnie strasznie. Pogoda. I zaraz mi się dostanie, bo ludzie majątek wydają żeby piec się w kreteńskim słońcu, a ja nienawidzę! Dla mnie lato jest zdecydowanie za gorące. Mój organizm źle to znosi, jestem ospała, wiecznie z lekkim bólem głowy. Kombinuję jak by tu przeżyć dzień żeby jak najmniej wychodzić z klimatyzowanego domu. I owszem, gdybym była tutaj na wakacjach, wychodziła rano na plażę, a wracała wieczorem po pysznym obiadku w pobliskiej tawernie, to ja bym kochani peany na temat Krety pisała. Ale wiecie, życie mi kurde na drodze do peanów stoi. Ogródek obrobić, samochód odkurzyć, zakupy zrobić, ogromne kubły na śmieci samochodem odtransportować, z psem wyjść, jogę poćwiczyć. Wszystko to albo o szóstej rano, albo w trzydziestu kilku stopniach w cieniu. Ja nie daję rady. A te cholerne cykady, które wzbudzają we mnie instynkt mordercy, to już wisienka na topiącym się w słońcu torcie. No żeby tak się drzeć…NON STOP!! 

P.S. Dziś mogę o tym wszystkim pisać ze spokojem, bo cykady, dzięki wszystkim bóstwom, wyzdychały i jest znacznie chłodniej. Teraz to ja kocham! 

 

Zdjęcie Lata 2019

To kochani jest moje ulubione zdjęcie i tym samym mój własny, prywatny najcudowniejszy moment wakacji. Nauczyłam się pływać z głową (ok, z twarzą) pod wodą!! Woda wzbudza we mnie ogromny strach, moje ciało reagowało bezdechem i ucieczką na brzeg. Wiele razy polały się łzy bezsilności. Nad morzem brodziłam w wodzie po kolana z makijażem na twarzy i nienaganną fryzurą. Smaku wody morskiej nie znałam. A tutaj takie zmiany! I nie tylko umiem, ale bardzo, bardzo mi się podoba! Jestem z siebie mega dumna! Bez sarkazmu, bez wygłupów – wymiatam, po prostu! 

A za rok…

A za rok, jeśli będziemy jeszcze na Krecie, będzie podobnie. Pogoda będzie piękna, morze najbardziej niebieskie na świecie, dzieci ze świeżą opalenizną i klapki na nogach. Ale żeby nie męczyć się tak bardzo upałem i nie nienawidzić naszego domu, wyjedziemy gdzieś w chłodniejsze miejsce, gdzieś gdzie pada deszcz latem, jest zielona i miękka trawa, wieczory są chłodne i gdzie cykady można znaleźć tylko na stronach encyklopedii przyrodniczej. 

***

Dziś u Kasi na fejbukowym FP mamy krótką relacje z jej lata (Kanada sie Nada), a jutro, w niedzielę, zapraszam na kolejny odcinek Złotych Myśli. Tym razem u Ani z bloga Anna Loves Travels PL.

Jednak drzewa – Gavdos 

Tegoroczne lato to nasze drugie lato na Krecie. Czas przestać zachowywać się jak turyści, rozpływać się w zachwytach nad różowym (a w porywach instagramowych filtrów nawet “czerwonym”) piaskiem plaży Elafonisi, nad skalnymi prześwitami Falasarny i chaniowską latarnią morską w zachodzącym słońcu. Nadszedł czas żeby wybrać się tam, gdzie wszyscy Kreteńczycy i co bardziej hipisowscy Ateńczycy spędzają lato. 

Gavdos – i wyspa i stan umysłu jak o niej napisał przewodnik Lonely Planet. Najbardziej na południe wysunięta część Europy. Położona na morzu Libijskim wysepka mierzy, w najdłuższych miejscach, 10 kilometrów wzdłuż i 5 wszerz. Liczba pokoi do wynajęcia ograniczona, liczba tawern – wystarczająca. Ale większość Greków nie przyjeżdża tam szukać wygód w pokojach, a raczej mordować się pod namiotami. W namiocie spałam tylko raz, na obozie harcerskim w Pająku, i na długie lata wystarczyło. W tym roku dzieci zasugerowały, żem jakaś nie-przygodowa, wygodnicka i że je pozbawiam przygód i ekscytacji związanych ze spaniem pod nagrzanym do granic możliwości tropikiem, na niewygodnej macie, w ograniczającym swobodę ruchu śpiworze, narażona na komary, pająki, węże i jaszczurki. Zarzucili mi również brak, niezbędnego w byciu matką nastolatków, czynnika COOL, bo nie leży w mojej naturze robienie kupy do wykopanego przez siebie dołka na stromej wydmie i kąpiel na oczach dwudziestu gapiów pod prysznicem ogrodzonym jedynie wiatrem. No to postanowiliśmy pojechać pod namiot. 

Udało mi się wynająć namiot luksusowy, z materacami, poduszkami, czystą pościelą, dywanikiem z Ikei i lnianym hamakiem zawieszonym na pobliskim drzewie. Wciąż gorąco jak jasna cholera, toaleta wciąż jak w opisie powyżej. Po pierwszej nocy na szczycie wydmy pod najbardziej rozgwieżdżonym niebem jakie kiedykolwiek widziałam, wstałam zachwycona, wymiękły nastolatki. Szczególnie jeden. Złe samopoczucie, ból głowy i przymusowy wynajem pokoju u pobliskiego właściciela sklepu spożywczego. Po śniadaniu czas na wiadomości lokalne. Dowiadujemy się, że wydmy to teren chroniony i tak naprawdę nikt nie powinien tam rozkładać namiotu. No ale jesteśmy w Grecji więc takie słowa jak “nielegalne”, “państwowe” i “pod ochroną” prowokują zachowania proporcjonalnie odwrotne. Tak więc na chronionych wydmach, pod każdym drzewem rozstawione są namioty, hamaki, sznury z praniem, kuchenki gazowe i rozkładane krzesła. A skoro legalność, lub jej brak, tej osady jest raczej nieudokumentowana, nikt nie pobiera opłat za miejsca namiotowe. Nikt oprócz właścicielki naszych namiotów. Tak więc my zapłaciliśmy za coś, co jest darmowe, a ona wyprodukowała sobie kilkudziesięciu wrogów w osobach właścicieli namiotów przyjeżdżających tam od lat, właścicieli pobliskich tawern a następnie policji (w liczbie dwóch policjantów) i pani burmistrzyni. Po porannych wiadomościach, dalsze wydarzenia następowały po sobie dość dynamicznie. Jako, że mieszkamy w rzeczonych namiotach, na nas również posypała się krytyka. Po namiotach przeszła kurenda, że w niedzielę odbędzie się protest przeciwko właścicielce wynajmowanych namiotów. Ulotki dodawano do każdego posiłku. Kolejnego dnia, spotkałam się w tajemnicy z organizatorami protestu. Przedstawiłam swoje, zupełnie niedoinformowane stanowisko i po dwóch godzinach opowieści o Gavdos (#gavdosstanumyslu), zapewniłam swoje poparcie w proteście. Niestety bojówki protestujące nie dostały na czas informacji o naszym poparciu, złożyły nasz namiot i przeniosły pod sąsiednie drzewo. Wkurwieni my przenieśliśmy się do wynajętego pokoju, a protestujący przeprosili nas na piśmie w imieniu swoim i całego narodu greckiego. Kurtyna.

Ale to wszystko jest jakby tłem, do mojego osobistego odbioru naszego krótkiego pobytu na Gavdos. Było cudownie i nic tego nie mogło zmienić! To miejsce ma w sobie coś zaczarowanego i zwykłego, mocnego i delikatnego jednocześnie. Dawno nie czułam się tak dobrze, tak komfortowo, tak “u siebie” jak tam. Okazało się, że kupa w lesie to sama przyjemność, kąpiel w towarzystwie dziesięciu nagich osobników i osobniczek podających mydło, które wyślizgnęło mi się z ręki (a wiedziałam, że schylenie się po nie nie jest dobrym pomysłem) i podkładających stopy pod twój prysznic w ramach oszczędzania wody jest do zaakceptowania. Warto jest czasem przesunąć swoje kulturowe i osobiste granice o kilka centymetrów dalej – jest o wiele łatwiej. Węży, jaszczurek i komarów nie było. Pierwszy raz w życiu pływałam nago. Pływałam, spacerowałam po plaży, leżałam na słońcu. Nikt na mnie nie zwracał uwagi, nie było nadęcia, wrażenia, że się nagością chojraczy, czy pokazuje swoją odwagę co czasem można odczuć na plażach nudystów. Tam nie ma plaży nudystów. Jest plaża. Niektórzy są ubrani, niektórzy rozebrani. I już. Pierwszy raz pływałam w wodzie głębszej niż metr pięćdziesiąt. JA – ta co mówi, że pływać nie umie. Wychodzi na to, że jednak umiem. Pierwszy raz dobrowolnie, nie zmuszona przez dwumetrową falę, zanurzyłam głowę do wody. JA – ta co ma zawsze nienaruszoną fryzurę i makijaż w morzu. Już nie. Poza tym, jedzenie pyszne, przemili ludzie. Widoki i przyroda to jakieś wariactwo po prostu. Pływając w morzu mam przed oczami wysokie, majestatyczne, kreteńskie góry. No i te drzewa. Coś jednak w tych drzewach jest, że mi ich potrzeba. To oczywiście nie jest alpejski, czy choćby tatrzański las, ale drzewa są. Ogromne, rozpościerające się sosny z wielkimi, soczyście zielonymi igłami. I mniejsze, ale jakże ciekawe drzewa, którzy wszyscy nazywają cedrami choć ich łacińska nazwa to Juniperus macrocarpa, czyli jałowiec. Czy to cedr, czy jałowiec, wygląda pięknie i szumi kojąco. Krajobraz Gavdos bardzo przypomina mi jedno z moich ukochanych miejsc w Stanach – Cape Cod, gdzie, tak jak tutaj, piasek miesza się ze starymi konarami drzew, a szum morza zlewa się z szumem potężnych sosen i innych iglaków. I chyba tego mi było potrzeba – góry przede mną, a szum drzew i ich chłodny cień nade mną. Na Gavdos wrócę za rok, a wszystkim przyjeżdżającym na Kretę na dłużej, bardzo polecam!

 

Cokolwiek tam se tego…plus SERCE!

W mojej praktyce jogowej miesiąc maj miał był miesiącem zauważania małych, codziennych rzeczy i niejako podnoszenia ich do rangi rzeczy ważnych. Nie miało to być sztuczne uświęcania podcierania tyłka, ale chciałam wziąć pod lupę rzeczy, które robię codziennie, na autopilocie, bez myślenia i włożyć je pod mikroskop. Zobaczyć co się za nimi kryje. Dlaczego nie lubię zbierać prania z suszarki, ale wieszać już uwielbiam? Dlaczego tak szybko chcę się uporać z odkurzaniem, a celebruję jazdę samochodem? Wiedza ta oczywiście nie zbogaci mnie intelektualnie, ale to część procesu poznawania siebie. A takie doświadczenia to skarb. Nigdy nie wiadomo kiedy przyda ci się nieco wiedzy na swój temat. Jedną z codziennych rzeczy jest komunikacja z ludźmi. Jest to głównie komunikacja zdalna, bo osobiste spotkania i rozmowy są mi przez los dozowane w ilościach dla mnie zdecydowanie niewystarczających. Chociaż maj był dla mnie niezwykle życzliwy jeśli chodzi o spotkania, ale o tym za chwilę. I przyjrzałam się komunikacji. I pisząc i rozmawiając i komentując byłam bardziej uważna, wyciszona, wyczekana na swoją reakcję. W takim stanie uwagi i otwartości na to co i jak jest mówione, jesteśmy w stanie dużo zauważyć, więcej przyjąć, mniej oceniać. Mamy jakby więcej przestrzeń w głowie, w uchu i w sercu. No więc coż takiego usłyszałam i zauważyłam? Ano samiuśkie dobre rzeczy!

W maju miałam niebywałe szczęście przebywać i kontaktować się z wieloma kobietami. Z powodu kilku projektów zdalnie sterowanych, rozmawiałam i pisałam z wieloma kobietkami. Z niektórymi pierwszy raz w życiu. Kolejny też raz spędziłam weekend w gronie moich jogowych sióstr w Szwajcarii. Odbyłam kilka cudownych rozmów z moją jogową siostrą tutaj na Krecie. Moja mama była u mnie przez większą część miesiąca. W ciągu ostatniego tygodnia poznałam również kilka kilka cudownych Polek, które odwiedziły naszą wyspę. Jeden, wielki jak balon, napęczniały emocjami wniosek wysunął się z tych wszystkich spotkań, na żywca i w internecie. A mianowicie, że kobiety są cudowne! Wspaniałe! Niezwykłe! Nie jakieś tam kobiety, które coś tam, gdzieś tam robią. Wszystkie kobiety są niebywałe, nieprzeciętne! Każda z nas, każda z was, każda z nich! Kobiety mają niezwykłą siłę do rozwalania wszelkiego rodzaju systemów, a przy tym ogromne serce do przytulenia gruzów po jakiej rozwałce. Mają pojemne ramiona do ogarniania sytuacji beznadziejnych i dobre, życzliwe oczy do widzenie wszystkiego wokół tych sytuacji. Mają jakąś tajemną wiedzę intuicyjną, która prowadzi je tam, gdzie właśnie w tym momencie mają być. Przebywanie i kontaktowanie się z tymi kobietami to była największa przyjemność jaką sobie mogłam wyobrazić. Ciepłe i opiekuńcze, przyjazne, miłe, z sercem na dłoni. Mówiące do siebie, tak jak ja to uwielbiam robić, per “kochana”. To było takie wielkie naczynie połączone wypełniające się serdecznością, opiekuńczością i dobrocią. 

I wtedy przypomniało mi się, zadawane mi wiele razy, przez Amerykanów mieszkających w Polsce, pytanie. Dlaczego tak jest, że Polacy w pracy, w miejscach takich jak sklep, czy urząd są tacy niesympatyczni, obcesowi i nieżyczliwi, a kiedy zasiadasz z nimi do stołu, są przemili gościnni i uśmiechnięci? No właśnie. Dlaczego? Przecież każdy z nas zna wredną panią z okienka bankowego, tę jędzę na poczcie, nadąsaną panią Krysię z warzywniaka, bucowatą panią od polskiego, wiecznie obrażoną Renię z haeru i lafiryndę bez serca z pomocy społecznej. A ja jestem przekonana, wiem na sto procent, że te bucowate lafiryndy siadają z koleżankami i są tymi kobietami, o których pisałam wyżej. Są empatyczne odpisując na esemesa załamanej przyjaciółki, miłe i kochające dla proszącej o pomoc siostry i pełne zrozumienia dla wytatuowanej siostrzenicy. To dlaczego otaczamy się jakimś murem kiedy wychodzimy z kręgu rodziny i przyjaciół? Dlaczego obca kobieta na przejściu, klientka w okienku na poczcie, kierowczyni samochodu obok to od razu potencjalna łajza, wredna suka i głupia pinda? A może popatrzmy na te kobiety jak na przyszłe najlepsze przyjaciółki, przyszłe podpory, przyszłe pomocne dłonie? Przecież nigdy nic nie wiadomo kiedy i w jakich okolicznościach spotkamy się za kilka chwil, lat, żyć. Zwracajmy uwagę na to, że kobieta, która popchnęła nas w kolejce do kasy ma zapłakane oczy, a nie na to, że się “cholera wie gdzie się spieszy”. Na to, że trzęsą jej się dłonie, a nie na to, że zadała nam to samo “głupie” pytanie po raz trzeci. Powiedzmy do niej „kochana”, dotknijmy ramienia, popatrzmy choć przez ułamek sekundy prosto w oczy. Z miłością. Bez oceniania. Bez przypuszczeń i podejrzeń. Ot tak, po kobiecemu!

Wszystko to bardzo mocno ma się do mojej czerwcowej praktyki. Zauważyliście, że pisząc wiadomości w telefonie czy komputerze, kiedy dodamy emotikon serducho, tekst nabiera innego zabarwienia, robi się bardziej delikatny, przyjemny? Wyobrażacie sobie tekst, że “ale się Beata sponiewierała na imprezie” i ryp czerwone serduszko? Nie pasuje, nie? No to zadanie dla mnie (i dla każdego, kto ma ochotę) na czerwiec to dodać to każdej wypowiedzi i do każdej myśli wielkie CZERWONE SERDUCHO!

 

P.S. A wszystko to o was kochane moje:

wszystkie moje koleżanki, przyjaciółki, ciocie, kuzynki i siostry, z którymi rozmawiam regularnie, Paulina i Hela z Chicago, Mariola, Sylwia i reszta z InstaWeekend, Magda z Kreta MM, Małgosia, Ania, Ludka (od tego serce na zdjęciu) i Ewa, cały Zurich, moja mama i Kasia. 

Weekend na Instagramie!!

 

Za tydzień, od piątku, 31 maja do niedzieli drugiego czerwca na Instagramowej stronie Klubu Polki na Obczyźnie będę królować JA!

Co weekend jedna klubowiczka przedstawia miejsce, w którym mieszka. Mówi o sobie, o miejscu, kraju, w którym żyje, pokazuje piękne zdjęcia i ciekawe filmiki. To są naprawdę bardzo ciekawe opowieści! Polecam! Do tej pory uciekałam przed tą przyjemnością daleko w krzaki. Nie lubię swojego głosu, nie lubię mówić do kamery, wydaje mi się, że nie mam o czym opowiadać. Ale przyszła kryska na matyska i będzie weekend z Aniukowym Pisadłem na Krecie!

Tak więc kochani, zapraszam w piątek za tydzień na Instagram. Jeśli ktoś nie ma konta, to niech nie zwleka i zakłada! Choćby tylko na tę okazję! Pięć minut roboty a potem można mnie oglądać przez cały weekend, obgadywać, zachwalać, błędy wytykać, błotem obrzucać, lub bukiety słać. Z tej okazji byłam u fryzjera (jestem siwiejącą blondynką aktualnie), wybieliłam zęby, wstrzyknęłam dwa litry botoksu i chodzę na zajęcia aktorstwa, publicznego wypowiadania się, dykcji i emisji głosu. Jeżdżę dla was z telefonem w ręku na rowerze, walęsam się po plażach, wstaję o świcie i wdrapuję się do jaskiń. Tego nie można przegapić! Wchodźcie, komentujcie i zadawajcie pytania!!

 

31 Maja – 2 czerwca

Aniukowe Pisadło na Instagramie Polki na Obczyźnie

ZAPRASZAMY!!!!

Żniwa idą…

Kiedy wyjeżdżałam z Polski, byłam właścicielką jednej trzeciej ponad czterohektarowego gospodarstwa rolnego. Gospodarstwo od wielu lat było w stanie spoczynku, dzierżawione, pożyczane, lub bezdusznie ignorowane. Po kilku latach, sprzedaliśmy część ziemi i na dzień dzisiejszy mamy trochę ponad dwa hektary ziemi rolnej. Nadal w stanie spoczynku. Wydaje się, że rolnicy w Starokrzepicach przekwalifikowali się na nauczycieli, mechaników samochodowych, producentów nagrobków i pijaków pod sklepem. Mój brat i jak uciekliśmy od pola jak najdalej się dało, magistry sobie porobiliśmy żeby nas nikt nigdy do gnoju nie zagonił i żyliśmy tak sobie w spokoju kupując błyszczące czystością marchewki i jajka bez skorupek (serio! w kartonikach są w Stanach!). A dlaczego? Bo ja nienawidziłam pracy na polu i w obejściu. Z całego serca i nienawiścią bezwarunkową. 

Latem wyciągano nas z łóżka o świcie żeby roztrząsać siano z kopek, pół godziny póżniej je przegrabić, potem jeszcze raz i jeszcze raz. Pod wieczór zgrabialiśmy je w korytarzyki i stawialiśmy kopki nocne albo, kiedy było już zupełnie suche, zbieraliśmy i wrzucaliśmy na strych. Czasami byłam operatorem grabi, czasem wywijałam widłami podając siano komuś na wozie. Czasem byłam tym kimś na wozie i układałam siano tak żeby jak najwięcej się zmieściło i żeby po dziesięciu minutach wyładowywać to samo siano widłami na strych i tam układać je tak żeby jak najwięcej się zmieściło. Czasami byłam kierowcą traktora, czasem trzymałam lejce durnego, niesłuchającego się nikogo, konia. Potem żniwa, zbieranie kłujących jak jasna cholera snopków słomy i zakrwawione kostki od łażeniu po ściernisku. Kiedy wszystkie inne dzieci bawiły się w chowanego we wrześniową sobotę, a młodzież szykowała się na dyskotekę w pobliskiej wsi, my zbieraliśmy ziemniaki. Najpierw na kolanach, a potem “po bronach” czyli Uttanasana razy trzysta. I jeszcze wyrywanie buraków i bliskie spotkania z myszami w tychże burakach mieszkającymi. Wyrzucanie gnoju od krów, sprzątanie kurnika, świniobicie, wybieranie miodu z uli i tysiące innych czynności, które w literaturze dla mieszczuchów brzmią romantycznie, sielsko, ekologicznie i za pan brat z naturą. Dla mnie to był kompletny brak przyzwolenia na czas dla siebie, brud pod paznokciami, pokłute nogi, zmarznięte lub poparzone plecy i wstyd przed nierolnymi koleżankami i kolegami, że ja zawsze w byle jakich ciuchach z pola lub na pole. Dlatego od pola, zagonu, ogródka, nawet doniczki staram się trzymać z daleka. No ale jak to w życiu bywa, czym się od czegoś dalej ucieka, tym to coś cię bardziej goni, zagapisz się chwilę i już cię dopada.

I tak jest z rolnictwem u mnie. Albo jakiś napad ambicji jedzenia wyhodowanego przez siebie warzywa, niepotrzebna inspiracja czyimś zielnikiem, lub chęć domowej edukacji własnej latorośli w temacie uprawy truskawek. Mieliśmy doniczki na balkonie w Alpach, ogródek z wężami i trującym bluszczem w Stanach, ale to co się dzieje na Krecie, przerasta moje, wypierane przez lata, rolnicze możliwości. Zaprzeczając temu, że wszystko zielone w zasięgu mojej dłoni umiera, róże w naszym ogrodzie kwitną jak oszalałe. Tyle gatunków i takie ilości róż widziałam tylko w ogrodzie botanicznym w Monachium. Nie podlewam, nie przycinam, nie podsypuję, a te rosną. Zeszłoroczny ogródek warzywny karmił nas pomidorami, papryką i cukinią przez całe lato a ostatnią cebulę z ogródka wykorzystałam do świątecznych pierogów. W tym roku jednak, przyroda poszła o krok dalej. Po mokrej zimie i z niezwykle żyznej kreteńskiej ziemi, wyrasta pod moim oknem kolekcja zbóż. Podejrzewam przebiegły, zimowy wiatr o zagarnięcie ziaren zbóż ze wszystkich części świata i nawianie ich do mojego ogródka. Zapraszam więc na letnie żniwa. Sama nie dam rady tego ogarnąć. Będzie koszenie, suszenie, młócka. Jakiś młyn się skołuje, który nam mąkę zmieli, chleb i, kto wie, może i wódkę zrobi. Na długie zimowe wieczory bez prądu, będzie jak znalazł. 

Jogin w dole

Jak wygląda jogin w dole? Jak go jeszcze piaskiem nie przysypali to wygląda jak każdy cywil. Spuszczona głowa, nos na kwintę, myśli zachmurzone, błąkające się w kółko po tej samej orbicie. Od czasu do czasu podniesie ciężki łeb do góry z błagalnym wzrokiem wyczekującym uśmiechu, dobrego słowa, pomocnej dłoni. Najlepiej dłoni trzymającej lampkę wina. Z wielu poprzednich doświadczeń zdołowanego jasno wynika, że pomimo lampek wina, pomocnych słów, poklepów w plecy i drabinki zrobionych z motywacyjnych cytatów, zdołowany w dole zostanie dopóki sam z niego nie wyjdzie. I tyle. Joga i medytacja to nie jest plasterek na wszystko co w człowieku siedzi i na wszystko co człowieka doświadcza. Jeśli chodzi o to co w człowieku siedzi, to jogę porównałabym do wody z solą na wywołanie wymiotów skoro już plasterkiem o medycynę zahaczyłam. Przez jogowe poznawanie siebie, przedzieranie się przez kolejne ściany, przez zrywanie kolejnych warstw fałszywki, dochodzisz w końcu do prawdziwego, pięknego wnętrza, ale to zrywanie, zdzieranie, rozdrapywanie nie zawsze jest przyjemne. Zdarzają się momenty zwątpienia, czasami chcesz te odpryski, płaty i odłupki szybciutko przykleić z powrotem na miejsce. Bo mniej boli. Czasami zerwiesz kawał tynku, a tu pustak, ani to ładne, ani zdrowe, a już na pewno nie wiedziałaś, że było. Czasami zerwiesz jedną warstwę, wyczyścisz powietrznię, wypucujesz, a tu, och cudne nasze życie, dawaj przywiewa coś nowego. Nowe się przylepić może, przyssać, scementować i od początku robota. 

Pierwsza moja pełna zima na Krecie była smutna. Bezdzietna, bezrobotna, bez grona przyjaciół, sąsiadki za płotem, indyjskiego jedzenia na wynos i mocnego powodu żeby wstać o piątej rano. Życie bez dzieci jest bardzo trudne. I oczywiście, że są skajpy srajpy i inne, ale nie pali się lampka przy Kasi biurku wieczorem, nie słyszę brzdąkania gitary, nikt nie wykrada słodyczy z półki, nie ma na kogo nakrzyczeć za brudne buty na środku pokoju i za otwartą klapę od sedesu. Było zimno i mokro. To odbiło się mocno na moim szkielecie kostnym. Okazuje się, że wilgoć mi nie służy, a wiatr, choć zawsze wiatr lubiłam, w nadmiarze, przywiewa dołujące myśli i ból głowy. Było ciemno i pusto. I nie żebym była imprezowiczką i wysiadywaczką kawiarń, ale nie jest przyjemny dziesiąty z kolei spacer po pustej, zamkniętej, zabitej dechami (często dosłownie) Chanii. Był czas na książki i na pisanie, na dokształcanie się – powiedziałby ktoś. Był. Ale jakoś motywacji brakło czy jakiegoś innego składnika. 

Zima minęła i nadeszła wiosna. Powoli i ociężale. Kości bolą i chrupią już tylko z rana. Za dziesięć dni wyjeżdżam na moje, długo wyczekiwane szkolenie do Szwajcarii. Planuję zajęcia jogi, wyjazdy, przyjazdy. Za miesiąc przyjeżdżają dzieci na święta. Mama przyjeżdża na cały miesiąc. Będą kluski śląskie, sos pieczarkowy i buraczki. Codziennie! A potem przyjaciele, znajomi, rodzina, lato i wakacje. Do mojego dołu wpada coraz więcej promieni słońca, coraz częściej ktoś zagląda i pacha mi z uśmiechem nad głową. Idzie lepsze! 

I to właśnie jest różnica między cywilem a joginem że wie, że NIC NIGDY nie jest na zawsze. Wiem co mi jest, rozpoznaję smutek, przygnębienie, pozwalam sobie na takie odczucia. Nie odsuwam, nie walczę, nie karcę się za to, że jestem w dole. Czuję i jestem z tym co jest. Łagodnie, z życzliwością i troską. Bo wiem, że to minie. Jak wszystko. I to dobre minie i to złe też. Nie znaczy to oczywiście, że jest mi lżej w tej konkretnej chwili, w tym konkretnym dole, ale perspektywa nie-permanencji zmienia krajobraz jednak. I jeszcze jedno. Ten czas spędzony w dole, czasem bez latarki i bez koca, to nie jest czas stracony. Każda minuta pracy nad sobą, każda warstwa szybko zdzierana lub delikatnie oklejana to nauka o sobie samym. To obserwacja, zbieranie doświadczeń, budowanie narzędzi i układanie ich tuż przed sobą po to, żeby kiedy znowu nadejdzie taka potrzeba, taki moment, będziemy mogli sięgnąć po najlepsze narzędzie i trochę przy sobie pogmerać. 

A sobie obiecuję, że takiej zimy jak ta już nigdy nie będzie. Przygotuję się lepiej. 

Zima na Krecie czyli czasami Narnia (2019 Paulina All Rights Reserved)

Patrz jak pięknie wyglądają te góry. Narnia po prostu. – powiedziała Paulina wyglądając przez brudne od deszczu i pyłu afrykańskiego okno. Przesiedziałyśmy w domu cztery dni wysłuchując wycia wiatru, sprawdzając ile kropel wody na suficie, czy piwnica nie tonie, czy drogi przejezdne i jak daleko od nas kolejne lawiny błotne. Od jednego wyłączenia prądu do kolejnego, gotowałyśmy, nadużywałyśmy Netflixa, jadłyśmy co ugotowałyśmy i piłyśmy herbatę na przemian z kawą i winem. I po czterech ciemnych, zimnych, deszczowych i wietrznych dniach nad pięknymi Lefka Ori (Góry Białe) wyszło słońce. Wygrzebało dziurę w czarnych, napuchniętych od deszczu chmurach i oświetliło ośnieżone szczyty, pozostawiając resztę wyspy z otwartymi z zachwytu ustami. Wspięłam się na dach zrobić zdjęcie godne nagrody National Geographic. Wyszło jak widać. Marnie. Ale zaraz… nie każdemu dane oglądać takie cuda! Do Narni też nie było tak hop siup! Pokój, szafa, samotny spacer po zimowym lesie. Narnia na Krecie jest nagrodą dla tych, którzy przeżyli wichury, ulewy, brak prądu i ogrzewania. Musicie uwierzyć na słowo, że widok białych szczytów oblanych promieniami słońca w samym środku ciemnego nieba to widok wart miliona dolarów. Zdjęcie nie oddaje. Może aparat, a może fotograf do kitu. 

Zima na Krecie to ciekawe doświadczenie. Ciekawe dlatego, że wcale nie takie inne jak inne zimy, w innych miejscach, w których mieszkałam. Wieczorami wcześnie robi się ciemno. Poranki  nie sprzyjają wstawaniu. Jest zimno i są opady. A opadów jest sporo. Palimy w kominku, chodzę w ciepłych, filcowych kapciach, piję rozgrzewające herbaty i czytam pod kocem. Jedyna różnica to to, że wszystko w temperaturze dziesięciu stopni.  Jesteśmy  jednak na Krecie i jeśli nie ma słońca i termometr nie pokazuje dwudziestu pięciu stopni lub więcej, trzeba zachowywać się tak jakby to była zima. Trzeba być marudnym, zziębniętym, skulonym i narzekającym, że za długo, za zimno, za mokro. Bo właśnie o to mokro chodzi. Woda w morzu mokra, z nieba leje mokre, ściany i sufity nieszczelne, również mokre, przy braku porządnego ogrzewania podłoga od wilgoci mokra, w szafie ubrania wilgotne, pościel, ręczniki, kot i pies też. Do tego od czasu do czasu przysypie pomarańczowym pyłem z Afryki i mamy błoto na oknach i piach między zębami.

Ale jest też inaczej niż wszędzie. Jest nieprzyzwoicie zielono. Tutaj gdzie mieszkam nie zawsze jest zielono, bo lato jest suche i zakurzone. Wtedy mój ogródek przypomina krajobraz księżycowy. Zimą natomiast jest cudownie. Soczysta trawa, a właściwie grecka koniczyna, która pod butami chrupie jak konsumowane na prędce rzodkiewki. Rosną kwiaty na łąkach, a kiedy jest pogodnie, przylatują doń pszczoły i pszczelą się na całego. W ogródkach sąsiadów (mój się poddał) sezon na zielone warzywa. Brokuły można zbierać jak kwiaty, kalafior i kapusta i koperek i pietruszka i koper włoski. Zielono, soczyście, smacznie i zdrowo. Wreszcie można pojeździć na rowerze, nawet w samo południe. Kocham rower i dla mnie to najlepszy na niego czas. Można pospacerować po górach, po zupełnie pustych plażach, pobiegać jak kto nie boi się o swoje stawy kolanowe. Można zajrzeć do miasta. Chania zimą jest taka inna. Restauracje przy porcie mają w nosie jak wyglądają (a wyglądają jakby się broniły przed tsunami) i pozamykały za pomocą desek i worków z piaskiem swoje podwoje przed nielicznymi głodnymi. Sklepiki z pamiątkami zamknięte do wiosny. Brzmi ponuro, ale wtedy właśnie można zauważyć rzeczy, które latem nie zwrócą naszej uwagi. Czarodziejski zakątek, piękne, stare drzwi, kapliczkę, czy napis Fuck NATO. Otwarte są tylko restauracje, do których przychodzą mieszkańcy – czyli najlepsze! Nigdy wcześniej nie zauważyłam tej małej restauracji w środku starego miasta z najprawdziwszym (według obsługującego nas Serba) serbskim ajwarem i pachnącą na pół miasta zupą warzywną. 

I jak zwykle, jak w życiu i jak w Alpach po miesiącu ulew i totalnego, meteorologicznego wkurwu, nadchodzi taki poranek kiedy budzisz się i wynurzasz swoje skulone, zziębnięte ciało spod kołdry (kołdry, koca, narzuty i psa) a tu za oknem Narnia. Narnia z obietnicą nadchodzącej wiosny!

Rok temu…

To piękny, wyszywany ręcznie obrazek z jednego ze sklepów artystycznych w Chanii

31 styczeń – 1 luty 2018

Osiem godzin podróży samochodem to sporo czasu na przemyślenia. Jechaliśmy z pięknego, historycznego i zasypanego śniegiem Rhode Island do błota i, na pierwszy i jedyny rzut oka, do beznadziei miasteczka Norfolk w stanie Wirginia. Pożegnałam się z karierą, znajomymi, przyjaciółmi, dostępnością wszelkiego rodzaju rzeczy i usług, łatwością komunikacji i byciem u siebie. Jest sporo do myślenia. Podróż z dobytkiem, który ma nam służyć przez następne dwa miesiące zanim nasze meble, książki, talerze i płyty do nas dolecą. Podróż z psem na lekach odwrotnie uspokajających i z kotem, który przez cały czas nie wyściubił łba spod fotela dla kierowcy. Podróż z dziećmi, które pożegnały się ze swoimi przyjaciółmi i jechały rozpocząć zupełnie nowe życie. Podróż z dziećmi chorymi. Na grypę. W plecakach zioła, tabletki, syropy, okłady, maści i mikstury od medyków ze wszystkich zakątków świata. Nigdy nie wiadomo co pomoże. Jedno po pierwszym rzucie choroby, wycieńczone kilkudniową gorączką, z wlokącym się za nim kaszlem i lekkim nieżytem żołądka. Drugie przedawkowane witaminą C i wszystkimi na wszelki wypadkami czeka na swoją kolei. Ja pewna teorii, że dopadnie mnie dopiero kiedy odpuści adrenalina, a że adrenalinie końca nie widać, będę zdrowa. Hotel wojskowy, lot wojskowy, obsługa wojskowa, klatki dla psa i kota oraz pasażerowie również wojskowi. Ja uwielbiam. Wylot późnym wieczorem więc pośpimy do południa i się zrelaksujemy przed długim lotem. Ja się nie zrelaksuję. Budzę się z gorączką, nudnościami i ogólnym stanem gównianym. Tak mnie żegnają Stany Zjednoczone. Zjednoczyły się wszelkie stany chorobowe żeby mi uprzykrzyć i tak przerażający, dziewiętnastogodzinny lot na Kretę. Z psem. Z kotem. Z dwójką nastolatków. Lądujemy na Krecie w nocy. Jest bardzo ciemno. Wita nas gromadka przemiłych tubylców. Wiozą padniętych na pysk nas (po takiej podróży) do naszego domu. Pustego, zimnego i ciemnego. Padamy na materace i od jutra, już tak na poważnie, zaczynamy chorowanie, które będzie trwało miesiąc.

31 styczeń – 1 luty 2019

Tydzień temu znalazłam szczeniaka przy śmietnikach. Zabrałam na przechowanie. Jest zabawna, mądra i kiedy śpi tak cudownie tuli się do nas. Ale jak ja nie jestem gotowa na szczeniaka, to kurde sama nie wiedziałam. Na szczęście jej nowe legowisko już na nią czeka gdzieś w Finlandii. To właśnie pies zajmuje mi teraz najwięcej czasu. Zabawa, karmienie, nauka (a nauki jest sporo) prowadzenie negocjacji z czworonożnymi domownikami w sprawie zawieszenia broni, spacer, weterynarz, telefony w sprawie adopcji i znów karmienie. Oprócz tymczasowego psa, mam też certyfikat instruktora jogi. Zrobiłam tutaj na Krecie. Chyba traktuję ten dokument jak złoty klucz do wszystkich drzwi a bliżej mu raczej do dziesięciocyfrowego kodu, z którego znam tylko dwie pierwsze liczby. Muszę odpuścić a z moim charakterem jest trudno. Prowadzę zajęcia jogi i na horyzoncie majaczy kilka projektów. Ale ja chcę więcej. I natychmiast. Jak zwykle. 

Mam też nowych znajomych i nowe ważne sprawy do załatwienia. A to bazarek świąteczny, a to wycieczka do klasztorów, zakup sadzonek pomidorów, zbiór oliwek, czy remont dachu w kierunku „jogi pod winogronami”. Mam też mnóstwo cudownych wspomnień z lata. Odwiedzili nas przyjaciele i rodzina zachwycając się naszym nowym miejscem zamieszkania. Było ciepło, chwilami za ciepło, wesoło, beztrosko i bardzo, bardzo wakacyjnie. Mam również zapełniający się kalendarz na tegoroczne lato i już nie mogę się doczekać. Mam wyciskarkę do własnoręcznie zebranych pomarańczy, oliwę z oliwek od jednych i wino od drugich sąsiadów. Mam zioła w ogródku i cytryny na drzewie. Mam dobre, jak na rok pobytu, rozeznanie w terenie. Wiem gdzie fajne plaże, najlepsze nadziewane pomidory, okulista, pralnia chemiczna i sklep z armaturą łazienkową. Mam obcykane skróty i miejsca parkingowe. Nie mam natomiast dzieci w domu. To chyba największa i najcięższa zmiana. Niby przyjeżdżają, odwiedzają, a kiedy są w domu, jest jak dawniej, ale to nie to samo co mieć je na codzień. I choć wiem, że są szczęśliwe i dobrze im tam gdzie są, to jednak wiadomo…do dupy jest. Mam też czas. W Stanach mogłam pomarzyć o takich luksusach. Mam czas na czytanie, medytacje, na pisanie, czas na Netflix i TedTalk. Mam też poczucie, że to nie koniec. To nie koniec zmian, nie koniec nowego, nie koniec poszukiwania i odkrywania. 

A w miejscu materaca sprzed roku, mam najwygodniejsze na świecie łóżko z widokiem na klatkę wielkości nowojorskiej kawalerki z dziesięcioma kanarkami. 

 

Metaforyczny Piątek

„Przyszłość” w muzeum Historii i Sztuki w Genewie

Na lotnisku w Atenach kupiłam sobie gazetę, w której było wszystko o szeroko pojętnym majdfulnesie. O tym, że jogę trzeba ćwiczyć regularnie, że jeść zdrowo, nie używać plastikowych torebek, adoptować bezpańskie psy, medytować codziennie i budować zdrowe relacje ze społeczeństwem. Był też ciekawy artykuł o odwadze do wyłażenia ze zbudowanych przez siebie ram i do robienia czegoś nowego, czegoś, czego się obawiamy, czego nie jesteśmy pewni, co odkładamy na później. Autor proponował spojrzenie na swoje życie z perspektywy dni tygodnia. Takie ćwiczenie, w którym przyjmujemy, że średnia naszego życia to 70 lat i narzucamy na to analogię dni tygodnia. Każda dekada to 10 lat naszego życia. Rodzimy się w poniedziałek rano, a siedemdziesiąte urodziny obchodzimy w niedzielę wieczorem. A co jeśli żyjemy dłużej niż 70 lat? Ja zrobię sobie bardzo długi weekend. Tak więc, mam czterdzieści cztery lata i jest piątek. Coś koło jedenastej czterdzieści pięć.

Budzik, jak zwykle za wcześnie, wwiercającym się w mózg dźwiękiem budzi mnie w ten życiowy piątek w nowym kraju, w nowym domu, wśród obcych ludzi, nieznanych zapachów, kolorów. Wkurwia mnie, że wszystko takie nie-moje. Nie chce mi się wstać z łóżka, a wstać trzeba, bo tyle do roboty. Wstaję i nie mogę znaleźć kapci. Potykam się o porozwalane po domu złe decyzje, rozpirzone emocje. Po omacku włażę do szafy myśląc, że to łazienka. Rzygam po całej podłodze. To po wczorajszej imprezie urodzinowej. Jeszcze będzie mnie trzymać przez kilka godzin, ale jest coraz lepiej. Wstaje słońce i z minuty na minutę jest jaśniej choć za każdym razem kiedy zamykam oczy wszystko wiruje dookoła i łeb pęka na drobne kawałki. Koło dziewiątej dochodzę do siebie. Otwieram okna, wpada zaprzyjaźnione już powietrze, lekki wiatr porusza zwiewne zasłony. Oddycham coraz pełniej. Skulone latami ciało otwiera się powoli, ciepłe światło dochodzi do najciemniejszych zakamarków. Zdejmuję kapcie i biegam po drewnianej podłodze na bosaka. Nie obawiam się już drzazg. Wiem gdzie są i je omijam. Zaczynam nawet przestawiać meble. Tak żeby służyły mi jak najlepiej potrafią. Przytulam psa, kilka minut później kota. Jem pożywne śniadanie i czuję się gotowa na resztę dnia. Pierwszy punkt dnia to przeprowadzka na drugi brzeg oceanu. Małe kardio przed obiadem jest bardzo wskazane. Przenoszę pudła z życzeniami pomyślności, łzami pożegnań, z planami na resztę tygodnia, ze wspomnieniami i nadzieją na lepsze. Rozkładam je po kątach w nowym domu, siadam i piję herbatę. Kocham piątek. Można pozamykać wszystkie niecierpiące zwłoki sprawy i cieszyć się nadchodzącym weekendem. Można zaplanować wycieczkę rowerową na sobotni poranek. Pod warunkiem, że pogoda dopisze. Może odwiedziny w niedzielę? Może drzemka? Wino? Piątek to dobry dzień na oczyszczenie, na zwrócenie uwagi na swoje zdrowie, na odpoczynek, na zwolnienie tempa. To dobry dzień na prosty i zdrowy obiad. U mnie w domu w piątki był post. Pyszna zupa warzywna, placki ziemniaczane, barszcz, naleśniki z dżemem, albo “zalewajka” u sąsiada. Czekam zatem na piątkowy obiad, sadzę warzywa i podlewam zioła. Obiad dopiero na czternastą więc przyjdzie jeszcze poczekać kilka lat. Głodna jednak jestem już dziś.

Kala Christouyenna

Post ten napisałam do okienka kalendarza adwentowego Klubu Polki. W kalendarzu ciekawostki i opowieści ze wszystkich stron świata. Zapraszam na nasz FP, tam znajdziecie linki do wszystkich okienek!

W Święto Dziękczynienia zaprosiliśmy do nas sześcioro Kreteńczyków. Wiedząc, że mam zrobić wpis do klubu o świętach Bożego Narodzenia na Krecie, pomyślałam, że to znakomita okazja do wypytania i zanotowania wszystkich tradycji związanych ze świętami. Gdzie, jak nie u źródła. Wszyscy moi respondenci to mieszkańcy Krety z dziada pradziada, wszyscy wierzący i praktykujący i tradycje rodzinne bardzo szanujący. Przy deserze zapytałam. Żałowałam po minucie. 

Ilości informacji jakie dostałam, ale przede wszystkim rozbieżność informacji była niesłychana. Któryś rzucił tradycją, wszyscy ze zrozumieniem wydali z siebie “Aaaaa…tak, tak…” a następnie usłyszałam sześć zupełnie innych wersji. Przy niektórych, po burzliwiej dyskusji po grecku, udało się zawęzić wersje do dwóch, trzech. Przy niektórych usłyszałam osiem wersji od sześciu uczestników. Dochodzeń, oskarżeń o naginanie przepisów świątecznych, o luki w pamięci i przejawów lokalnego patryjotyzmu było mnóstwo. Wszystko to jednak żartobliwie i przy wybuchach gromkiego śmiechu. Dzięki Zeusowi za spore ilości wina na stole. 

A w tym wszystkim ja, próbująca zanotować, dopytać, ogarnąć. Za tekst ten, proszę szanownych czytelników, odpowiadam tylko w niewielkim procencie. Co usłyszałam, co wyczytałam z ruchu warg a potem i z internetu, opisuję wam niniejszym w kilku akapitach. 

Przeważająca ilość Greków (według internetu 95%) należy do Greckiego Kościoła Prawosławnego. Według tego kościoła, święta Bożego Narodzenia są drugim najważniejszym świętem w roku liturgicznym. Znacznie ważniejszym i znacznie bardziej celebrowanym świętem jest Wielkanoc. Boże Narodzenie, przez ostatnie lata, stało się świętem głównie komercyjnym. Witryny sklepów, ulice i place przyozdobione są z takim samym rozmachem jak w wielu innych krajach. Mamy przybrane światłami choinki, gwiazdy, anioły i Mikołaja na każdym roku, dachu i balkonie.

Statek. Choinka jest dość nowym wynalazkiem, szczególnie na wyspach, i choć żywą można kupić w sklepach ogrodniczych, niczym nie przypomina ona choinek jakie można dostać w Warszawie, Berlinie, czy Bostonie. W naszej części Krety widziałam tylko umordowane, sięgające mi pod pachę bidulki w doniczkach za siedemdziesiąt ełro. Sztucznych choinek za to w bród! Dawniej zamiast choinek dekorowano drewniane miniatury statków. Teraz również można podziwiać ogromne drewniane konstrukcje i maleńkie stateczki udekorowane światełkami na placach miejskich, przy portach i w sklepach. Statki zastępowały choinkę głównie na wyspach i tradycyjnie były oznaką i podziękowaniem za to, że żeglarze, rybacy i pracujący na morzu mężczyźni szczęśliwie powrócili na święta do domu. 

Pożyczone od Elizabeth’s Kichen Diary

Killantzaroi. Jeszcze inną dekoracją domu greckiego jest mały, drewniany krzyżyk z gałązką bazylii zawieszony na drucie nad miską z wodą. Codziennie święci się dom wodą z miski chroniąc go i całą rodzinę przez Killantzaroi. Opowieści o Killantzaroi różnią się od siebie w zależności od regionu, ale tak do kupy zbierając, to jakiś niedobry pół człowiek pół zwierz, który włazi do domu przez komin, gasi ogień i sprawia, że mleko się warzy. Jednym słowem Killanatzaroi rozrabiaka. 

Killantzarojów dwóch

Mikołaj. Szóstego grudnia obchodzi się dzień Świętego Mikołaja, ale wtedy nikt nie dostaje ani prezentów, ani rózg, ani pomarańczy w butach, ani węgla. To ważny dzień dla wszystkich żeglarzy ponieważ św. Mikołaj to właśnie ich patron. Żaden statek nie wypłynie na morze bez figurki św. Mikołaja na pokładzie. Prezenty przynosi ktoś inny. W pierwszy dzień nowego roku (Protochronia) święty Bazyli (Agios Vasilios) przynosi podarki dla wszystkich dzieci. Są to zazwyczaj małe podarki lub pieniądze.

Kolędowanie. Chodzenie po domach grupkami i śpiewanie kolęd (greckie: kalanda) w zamian za słodycze lub drobne pieniądze to, według moim rozmówców, wynalazek Greków i pochodzi od tańca choraulein, który potem dotarł do całej Europy i z tańca przerodził się w śpiewy. Greckie dzieci chodzą od domu do domu w wigilię Bożego Narodzenia a następnie w wigilię nowego roku. Dom, do którego zapukają kolędnicy i zaśpiewają kolędę  to dom, który będzie opływał w szczęście i dostatek. 

Wigilia. Trochę inaczej niż w Polsce. Mimo, że to kraj rybaków, ryb i owoców morza, w wigilię tradycyjnie zjada się wieprzowinę. Jeśli się zmieści do piekarnika, to najlepiej cały pośladek na jedno posiedzenie. Kreteńczycy najczęściej wychodzą do knajp w wigilię, gdzie imprezy zaczynają się około dziesiątej wieczorem i obfitują w duże ilości jedzenia, wina, śpiewów i tańców. Trochę to podobne do znanych nam imprez sylwestrowych. W Sylwestra, z kolei, najczęściej siedzi się w domu, w gronie rodzinnym i gra w karty. Koniecznie na pieniądze. Przynajmniej jedna osoba w gronie wkroczy w nowy rok z pełną kiesą. 

Szóstego stycznia, w ostatni dzień okresu świątecznego, obchodzone jest święto Objawienia Pańskiego. Jest to również dzień święcenia wody. Po nabożeństwie, procesja wiernych znajduje kawałek wody (co nie jest trudne, szczególnie na wyspach) i wrzucany jest doń krzyż. Za krzyżem rzuca się do wody grupa odważnych młodzieńców i czym prędzej, na wyścigi, wyławiają krzyż. Ten, który go wyłowi, może liczyć na powodzenie i dobrobyt w nadchodzącym roku.

I ostatni, bardzo lokalny zwyczaj. W Chani, od kilku lat, odbywa się bieg Mikołajów. To taka trochę parodia znanych na całym świecie biegów Mikołajów. Tysiące przebranych za Mikołaje biegaczy przemierza niecałe cztery kilometry ulicami Chanii. Nie ma zwycięzców, nie ma medali. Jest tylko dobra zabawa, a po biegu strawa i wino dla wszystkich. Dochody z biegu przekazywane są na cale dobroczynne. 

To tyle kochani o świętach na Krecie. Więcej powiem wam za rok, bo te święta będą moimi pierwszymi na wyspie. A wszystkim tutaj zaglądającym, bez względu na wyznanie, wierzenia i przekonania życzę rodzinnych spotkań, długich i ciepłych wieczorów wśród znajomych i przyjaciół, spokoju i odpoczynku w te najdłuższe i najciemniejsze noce w roku. Wielu astrologów uważa, że odchodzący rok był rokiem zmian, wahnięć i przełomów. I tych dobrych i tych mniej. Dla wielu był to rok trudny i męczący. W nowym roku życzę i sobie i wam równowagi, żeby każdy zły moment był początkiem dobrego, żeby za każdą łzą czaił się piękny uśmiech. 

Wesołych Świąt!

Ania