Providence nocą…

Jest halloweenowy wieczór. Jest wietrznie choć wyjątkowo, jak tę porę roku, ciepło. Środek miasta Providence – stolicy Rhode Island. Parking przy akademikach licznych w mieście uczelni. Obok piękne centrum handlowe i drogie restauracje. Na ulicach raczej pusto. To nie Nowy Jork. Providence zasypia, w dni powszednie nawet dość wcześnie. Biegające po ulicy, przebrane za potwory i jednorożce dzieci siedzą teraz w domu i przeliczają swoje cukierkowe zbiory. Na parkingu, tuż pod oknem jednego z mieszkań akademika zaparkowany jest samochód, w nim mężczyzna. Pewnie czyta jakieś wiadomości na swoim telefonie, pewnie na kogoś czeka. Podjeżdża inny samochód, zatrzymuje się obok tego zaparkowanego z mężczyzną w środku. Ktoś wychodzi, wyciąga broń, oddaje kilka strzałów, wsiada do samochodu i znika. Mężczyzna w samochodzie nie żyje. W mieszkaniu, pod którym zaparkowany jest samochód upada na podłogę mężczyzna przypadkowo stojący przy oknie. Dostaje zabłąkaną kulą przez szybę swojego okna. Zawożą go do szpitala w poważnym stanie.

I niby nie ma się czemu dziwić. Zdarzają się w Stanach większe strzelaniny, giną przypadkowi ludzie, mordowane są dzieci. Nie ma się czemu dziwić skoro jedna trzecia Amerykanów posiada broni, a ponad 40 procent ma do niej dostęp w domu. Każdego dnia ponad dziewięćdziesiąt osób w Stanach ginie od postrzału (dane tutaj). Codziennie słyszy się o jakieś dużej strzelaninie. Ba, w większych, bardziej niebezpiecznych miastach codziennie słyszy się jakąś strzelaninę. Tak jak ta na parkingu, to często porachunki kryminalistów. Tak jak w mieszkaniu przy parkingu, często obrywają przypadkowi ludzie. Taki nienormalny kraj. W takim przyszło nam żyć przez moment, przez dłuższą chwilę, czasem na zawsze. Nikt się strzelaninom, szczególnie takim jak ta parkingowa, nie dziwi, o takich jak ta nawet się nie mówi, nie pisze. Dla mnie ta była najważniejsza.

Dzień wcześniej na miejscu samochodu z zastrzelonym gangsterem stała niebieska Toyota Prius. Stała tam też kilka dni wcześniej, miesiąc wcześniej. W Toyocie siedziałam ja. Sprawdzałam wiadomości w telefonie i czekałam na moich dwóch uczniów, których dzieli tylko ściana od postrzelonego przypadkowo mężczyzny przy oknie. Podczas strzelaniny jeden brał prysznic, drugi robił herbatę w kuchni. Moja Toyota była wtedy zaparkowana pod moim domem. I wiem, że nie można się dać zwariować, nie można żyć w ciągłym strachu. Mogę przecież zginąć w wypadku samochodowym, wpaść pod pociąg, utopić się, albo zabije mnie jakaś paskudna choroba. Ale siedząc w samochodzie na parkingu dzień po strzelaninie myślałam sobie jak ten surrealizm bycia przypadkową ofiarą śmiertelną w niezwykle bezpiecznym mieście, na oświetlonym parkingu, obok mieszkań studentów renomowanych uczelni staje się bardziej realny, bardziej prawdopodobny, trochę bardziej przerażający. W miejscu gdzie zawsze parkowałam, stał rząd zapalonych świeczek i dla kontrastu, puste butelki po alkoholu. Było cicho, a w rogu parkingu czaił się wóz policyjny. Z nim, schowanym w krzakach, miałam się czuć bezpiecznie. W wiadomościach przeczytałam, że i tak nie jest źle, bo to siódme zabójstwo w tym roku w naszym mieście, a mamy ostatni dzień października. Rok temu było gorzej.

Dzień z życia…

To przy okazji, z okazji zbliżającego się Halloween

Dzień z życia normalnej rodziny kablami do ładowarek połączonej ze sobą.

Żeby się w dialogach nie pogubić, proponuję legendę:

Czat rodzinny będzie w kolorze zielonym. 

Czat małżonków będzie w kolorze czerwonym, bo jest najgorętszy. Nie, nie z tego powodu.

Czat matki z córką w kolorze różowym, a z synem, w niebieskim.

7.29 (zaczynam o 7.30). Parking pod moją szkołą.

Ja: Jestem już. Cholerne korki. Dzieci w autobusie, kot w szafie, mam nadzieję, że drzwi się nie zamkną. Mam sajgon dzisiaj, nie odpowiadam na wiadomości do pierwszej. Miłego dnia!

Chris: Ja też mam sajgon, nie odpowiadam na wiadomości do trzeciej i od trzeciej dziesięć do piątej. Po drodze do domu kupię najpotrzebniejsze rzeczy – chleb i wino. Miłego dnia.

Ja: Nie piję w tym tygodniu.

Mąż: Się okaże…

Córka: Maaaaamoooo!! Nie zakręciłaś dobrze mojej butelki z wodą. Wylała się. Cały plecak mokry, książki i ubrania na wuef. Ale wiocha!

Ja: Bardzo mi przykro. Jutro sama zakręcisz, wtedy się nie wyleje. A dziś musisz sobie poradzić.

Córka: Wiem, mamo…ale co ja teraz zrobię? Dobra, lecę na psychologię.

7.59 (lekcje zaczynam o 8.00)

Przeglądam ankiety moich uczniów z pytaniem co im się podoba na moich zajęciach, czego chcieliby mniej. Mam tylko dwóch uczniów, ale ankiety anonimowe są. Jeden chce więcej gramatyki, drugi mniej. Jeden chce więcej gier, drugi mniej. Jeden pisze, że lubi konwersacje (chyba z samym sobą, gdzieś bardzo głęboko w środku), drugi mówić nie lubi. Jasno z tego wynika, że robię wszystko jak należy. Nie zmieniam planu lekcji. Zmierzam do klasy.

Córka: Mamo, siedzę w łazience pod suszarką do rąk i suszę notatki. Super jest!

Ja: Nie ma cię na lekcji?

Córka: Psycholożka (tzn. nauczycielka od psychologii, a wiemy, że to nie to samo) mnie zwolniła. Mogę nie iść na wuef?

Ja: Ile razy nie byłaś w tym miesiącu?

Córka: Tyle ile było lekcji. Zawsze coś mi wyskoczy. Okres, Crohn, skręcona kostka.

Ja: To idziesz!

Córka: Nie idę. Spodenki i koszulka są mokre!

Ja: Ok, nie idź.

13.00. Przerwa na lancz.

Syn: Cześć. Na wuefie piłka uderzyła mnie w oba kciuki. Trochę bolą. 

Ja: Jezu! Dobrze się czujesz, dziecko? Bardzo boli? Byłeś u pielęgniarki? Nauczycielowi powiedziałeś? Co powiedział? Sine są? Spuchnięte? Tata wie? Mężu wiesz?

Syn: Tak.

Córka: Było ci niedobrze. Jak było, masz złamanie z przemieszczeniem. 

Syn: Mamo, boli mnie bardzo. Czy ty albo tata możecie po mnie przyjechać? Palce są spuchnięte i sine i nie mogę nimi ruszać. 

Ja: Bidulku mój. Już piszę do taty. 

Mąż: Wszystko będzie ok. To nic poważnego.

Ja: Jaś mówi, że go bardzo boli, ma spuchnięte, sztywne, krew się leje, niedobrze mu, na bank złamane. 

Syn: Wszystko w porządku tato. 

Syn: Mamo, boli…

Mąż: Przecież pisze, że wszystko w porządku. 

Ja: Do mnie pisze co innego. Ja uczę i mam ZERO dni urlopu. Możesz ty? 

Mąż: A może to poczekać do wieczora?

Córka: Mamo, on tak tylko mówi, że wszystko w porządku. Pamiętasz jak zbagatelizowałyśmy i trzeba było szyć mu palec? 

Ja: Nie może! 

Mąż: OK

2.30. Córka w drodze do domu, panowie w przychodni, ja ciągle w klasie z bardzo niekontaktową grupą dwóch Chińczyków.

Mąż: Jesteśmy w przychodni. Godzina czekania. Palce nie wyglądają tak źle.

Ja: Super, ale dobrze,że poszliście. Uspokoimy się. 

Córka: Nie umiem otworzyć drzwi? Nie działa! Nic nie działa?

Mąż: Spróbuj przyciągnąć.

Córka: Ciągnę.

Mąż: Porządnie.

Córka: ROBIĘ PORZĄDNIE!! Nie da się. Może ktoś się włamał. 

Mąż: Spróbuj pociągnąć jeszcze raz. 

Córka: Mamo, tata na mnie krzyczy. 

Mąż: Albo wejdź oknem. 

Ja: Dziecko mówi, że na nią krzyczysz.  

Córka: Dobra, wchodzę. 

Mąż: Kochanie, będzie dobrze. Wchodź. Bardzo cię kocham!

Córka: Jestem, ale gazem śmierci. Co jak wybuchnie?

Mąż: Co? Gaz? Spokojnie. Zobacz, czy kuchenka wyłączona. 

Córka: Wyłączona. Wygląda ok. Śmierdzi. A co jak wybuchnie? Co jak pies i kot zachorują? Co jak ja umrę?

Mąż: Dobra, dzwonię po kogoś. 

Córka: Mamo, boję się!

Syn: Mamo, gdzie tata? Poszedł gdzieś a mnie już wołają!

Ja: Nie bój się, nic nie wybuchnie!!! Czekaj na gościa!

Mąż: Zaraz ktoś przyjedzie. Chyba Jasia zawołali. Nie ma go. 

Pół godziny później.

Mąż: Jest już ktoś?

Córka: Tak.

Córka: Mamo, wielki taki facet. Trochę dziwnie. 

Mąż: I co?

Ja: Nie martw się. Na wszelki miej psa blisko. 

Córka: Poszedł już. Zakręcił coś. Powiedział, że już działa. Dałam mu wszystkie moje pieniądze. $135. Zostawił fakturę. 

Mąż: Jezu!

Ja: Jezu! 

Mąż: Mamy wyniki prześwietlenia. Ma wybite palce. Trzeba je nastawić. Jedziemy do szpitala.

Ja: Dobra, nie jadę dzisiaj na jogę. Jadę do domu. Za dużo się dzieje.

Córka: Mamo, trochę jeszcze śmierdzi. To ok?

Ja: Dziecko mówi, że śmierdzi gazem. A co jak wybuchnie?

Mąż: Jedź na jogę!

Mąż: Nie wybuchnie!

4.30. Wychodzę z pracy.

Ja: I co?

Córka: Nie śmierdzi.

Mąż: Czekamy na kolejne prześwietlenia. W przychodni, przez pomyłkę, dali nam wyniki jakiegoś siedemdziesięciolatka ze złamanym biodrem. 

Mąż: Jedziesz na jogę? 

Córka: Czy możesz kupić mi jogurt w Whole Foods jak będziesz na jodze?

Ja: Nie jadę.

Ja: Nie będę dzisiaj.

Córka: Co? Ale ty kochasz jogę. Jedź! 

Mąż: Jedź. Damy sobie radę. Palce nie wybite. Jeden trochę złamany. Palec unieruchomić i podawać ibuprofen. 

Ja: Nie jadę. 

Ja: Ale was kocham bardziej. Jadę do domu. Obierz proszę ziemniaki na kolacje.

Mąż: Co robimy na kolację?

Syn: Mamo, co na kolację! Głodny jestem. 

Ja: Ziemniaki.

Ja: Ziemniaki.

Mąż: Wstąpię po drodze po wino.

Ja: Wstąp!

Córka: Dlaczego zawsze ja?

 

 

 

 

 

Ogłoszenia…

Zdjęcie kradzione z internetu, ale niedługo już będę takie moje. Chania, Kreta.

Aniukowe Pisadło ogłasza, że żegna się ze Stanami. Będzie płakać żegnając się ze swoim uroczym domem, zaczarowanym, pełnym węży i skunksów ogrodem. Uroni łzę nad Bostonem, który kocha całym sercem i spocznie chwilę w zadumie nad wietrznymi plażami oceanu. Będzie jej brakowało uprzejmości w miejscach publicznych i uśmiechów na ulicy. Będzie jej brakowało koronkowych majtek z Victoria’s Secret i wegańskich cudów na kiju z Whole Foods. Najtrudniej jednak Aniukowemu będzie pożegnać się z ludźmi, których tutaj poznała i pokochała. Tych będzie jej brakować najbardziej. Ich przyjaźni, wsparcia, niezwykłej, pozytywnej siły, niewyczerpanej chęci robienia czegoś nowego, lepszego. Będzie Aniukowemu brakowało amerykańskiego optymizmu i wiary w swoje, i innych, umiejętności. Nie będzie jej brakowało przesady w tej wierze. Nie będzie jej brakowało wszechobecnego pół-profesjonalizmu i dysonansu między umiejętnościami na papierze, a umiejętnościami rzeczywistymi. Nie będzie jej brakowało zbyt długiej zimy, zbyt drogich leków i zbyt krótkich przerw na lunch.

Aniukowe razem z całą rodziną szykuje się do przeprowadzki do Grecji. A co tam Grecja? Aniukowe będzie mieszkać na pięknej wyspie, Krecie! Pisadło będzie jeść świeże owoce i warzywa z ekologicznych upraw miejscowych gospodarzy, będzie chodzić po skalistych górach, których na Krecie pod dostatkiem. Aniukowe nie będzie pływać, bo pływać nie potrafi, ale będzie korzystać z dobrodziejstw wody i plaż w inny, bardziej stacjonarny sposób. Aniukowe spędzi pół roku ze swoim dzieckiem numer jeden jako, że dziecko kończy liceum już w styczniu, i albo się pozabijają, albo utworzą więzi nierozerwalne. Najważniejsze jednak, że Aniukowe będzie mogło zobaczyć swoją rodzinę częściej niż co kilka lat i nie będzie musiała kart kredytowych spłacać przez dwa kolejne. Pisadło jest wielce szczęśliwe i nie może się doczekać końca stycznia kiedy to spakuje dobytek swój i do Europki wróci!

Można gratulować!

Zaćmienie i joga…

Zamiast na niedzielną sumę, chodzę na jogę. Bardzo lubię te niedzielne właśnie. Są długie, okraszone medytacją, opowiadaniem jakimś, kawałkiem sutr (aforyzmy z ksiąg jogi) i oczywiście samymi asanami prowadzonymi przez niesamowitą znawczynię anatomii ciała i umysłu, i nadzwyczajną nauczycielkę jogi. To moja terapia. Moje psychotropy. Moja grupa wsparcia.

Dzisiaj nastąpi całkowite zaćmienie słońca w Stanach. Nastąpi w pasie środkowych stanów, do których akurat nie należę. U nas będzie widocznie w sześćdziesięciu procentach. O tym właśnie była wczorajsza joga. Wiele osób praktykuje jogę zgodnie z fazami księżyca. Według filozofii jogi, nasze ciało i nasz umysł są częścią wszechświata. Jesteśmy z nim połączeni, od niego zależni, współistniejemy z nim. Wszystko co się dzieje we wszechświecie, w naturze, ma odzwierciedlenie w naszym ciele, naszych emocjach i naszym umyśle. I tak na przykład wierzono, że podczas pełni księżyca nie powinno się praktykować jogi ponieważ ma się tyle energii w sobie, tyle siły, tyle emocji, że można sobie krzywdę tą energią zrobić. Podczas nowiu energia nasza (w sanskrycie zwana praną) jest, z kolei, bardzo słaba. Przejawia się to tym, że jesteśmy zmęczeni, śpiący, nic się nie chce, więdniemy. Wtedy praktykujemy jogę regenerującą (restorative yoga). Ćwiczymy skręty tułowia otwierające przepływ słabiutkiej energii, ćwiczymy oddech. Po takiej załamce energetycznej, przychodzi nowe. Wraz z przyrostem księżyca, nasza prana staje się coraz silniejsza, jesteśmy coraz to bardziej kreatywni, mamy pomysły i siłę do ich wykonania, rozkręcamy się. I tak w kółko. Tak się składa, że dzisiaj akurat przypada księżycowy nów z zaćmieniem słońca w bonusie. Trzymajcie się wszyscy czego popadnie. Możemy czuć się słabiej, do kitu, w ekstremalnych przypadkach, do dupy nawet. Ale za to jaki nowy początek nas czeka!!! Niektóre teksty mówią, że takie zjawiska mają wpływ głównie na większe skupiska ludzi jak na przykład miasta, czy państwa. No i to jest dobra wiadomość. Stanom przyda się zmiana. Wszystko jedno jaka, bo w tej sytuacji, każda zmiana wydaje się być zmianą na lepsze. Niektóre źródła mówią, że dotyczy to głównie jednostek.

U mnie już. Nastąpiła „przed-zaćmienna” zmiana. Dostałam pracę. W dobrej szkole prywatnej. Będę uczyć pół dnia, pół dnia będę administratorem programu. Cokolwiek to znaczy. Powinnam być szczęśliwa. Powinnam byś pełna entuzjazmu i energii do pracy. Mam pracę, zarabiam, płacą ubezpieczenie, dentystę (w Stanach to rarytas). Mam swoją klasę, mogę z tym pomieszczeniem robić co mi się podoba. Mam też biuro z widokiem na rzekę. Dwadzieścia minut od domu. A mam pustkę. Czuję tylko ulgę, że wreszcie coś mam, że wreszcie znalazłam. Dlaczego mnie to nie cieszy? Dlaczego nie piszę planów lekcji, nie rysuję tabelek, nie robię prezentacji? Czy to tylko spadek formy? Padnięta na pysk prana? Czy jest jeszcze coś innego? Coś co mnie uwiera, nie daje spokoju… Jak się dowiem, doniosę.

Miłego zaćmienia niektórym, a wszystkim samych zmian na lepsze życzę!

 

P.S. Gdyby ktoś nie wiedział skąd te zaćmienia, spieszę z hinduską mitologią. Kto by tam nauce wierzył. A że się na żadnej mitologii nie znam (hinduską czytam trochę z potrzeby) i opowiadać ładnie nie umiem, dat nie pamiętam, imion i nazw, tym bardziej, opis będzie w stylu Drunk History (kto nie zna, a zna angielski, proszę tutaj, tutaj, albo tutaj). Kto ze mną pił, będzie mu łatwiej. Lecim… Tak się zdarzyło, że demony i bogowie hinduscy nie przepali ze sobą. Ciągle ze sobą walczyli, nierzadko dochodziło do rękoczynów. Bóg Wisznu chcąc ich pogodzić powiedział: „No słuchajcie, jest tam taki super extra nektar na dnie oceanu. Najlepszy na świecie. Kto się go napije, będzie nieśmiertelny, piękny, mądry i takie tam… Musicie współpracować i nektar z dna wydobyć”. No to się dwie drużyny zawzięły, złapały potężnego węża imieniem Wasuki, jedna drużyna trzymała łeb, druga kuper. Przerzucili węża przez górę Mandara i tak nią kołysali, że odwrócili ją do góry nogami i z dna oceanu wypłynął pyszny nektar. Mądraliński Wisznu porządził się nektarem i poczęstował nim samych bogów, olewając demony. Jeden z demonów, Rahu, się rozeźlił, przebrał się za boga i stanął w kolejce do kielicha. Już mu Wisznu kropelkę jedną do gęby nalał, aż tu nagle Słońce i Księżyc drą się, że to zdrada, że to hultaj Rahu przebrany za boga! Jak się Wisznu nie wkurwi, jak się nie zamachnie… Łeb mu odciął. Jednak Rahu nie zszedł był całkiem, bo kropelka nektaru uratowała mu życie, a konkretnie głowę, bo tułowia już nie. Nie trzeba było długo czekać na zemstę demona. Rahu ze złości połknął słońce. No i mamy zaćmienie. Nie miał biedaczysko reszty układu pokarmowego więc mu szyją szybko słońce wyszło. Koniec zaćmienia. Potem księżyc. I tak w kółko…

No i tyle. Bajki Andersena – flaki z olejem.

 

Szukam pracy…

Zdolna, z doświadczeniem zawodowym, niemłoda ciałem, ale duchem i owszem, nauczycielka języka angielskiego poszukuje pracy w pełnym wymiarze godzin. Nie, nie mówi po hiszpańsku, a szkoda i tak, jest obywatelką. Ma na to papiery. Nie, nie chce sprzedawać ubezpieczeń na życie i tak, wie co to PowerPoint. Nie, nie może dojeżdżać do New Jersey i tak, wie jak pisać wypracowania. Na lekcjach nie pije, z uczniami z reguły nie sypia i przeklina tylko po polsku. Jest dyspozycyjna w granicach rozsądku, po niemiecku zorganizowana, wyrabia się z terminami i postara się jak jasna cholera żeby być wartościową częścią zespołu.

Szukam pracy. Wysyłam życiorysy (wyłącznie własne!), piszę zmysłowe listy motywacyjne, proponuję nowatorskie rozwiązania i oferuję autorskie projekty. I chodzę na rozmowy o pracę. Każda taka rozmowa kosztuje mnie głodówkę, bo nie mogę nic jeść z nerwów, biegunkę, bo wiadomo, że ona zawsze w najmniej oczekiwanym momencie, ból głowy z odwodnienia i głodu i napęczniały pęcherz podczas rozmowy z powodu intensywnego nawadniania się tuż przed. Potem jeszcze kosztuje mnie $13 za sześćdziesiąt minut dobrej jogi plus piętnaście minut medytacji żeby się jakoś po takiej rozmowie pozbierać. Na szczęście, jeszcze tylko jedna mnie czeka.

Na jedną taką rozmowę umówiłam się z panią Alison w eleganckiej kafejce. A bo już w godzinach popołudniowych się umówiłyśmy, a bo każdej z nas bardziej po drodze, mnie do niej, jej do domu, bo mniej oficjalnie będzie niż w jej biurze na pięterku pięknego budynku uczelni. A uczelnia ci to jest, że ho ho, nie byle jaka. Pani Alison, szef wydziału języka angielskiego jako obcego tejże uczelni umówiła się ze mną na siedemnastą. Będzie czekać przy dwuosobowym stoliku zaraz przy wejściu. Założyłam na siebie strój galowy i buty na obcasie. Nauczona doświadczeniem, tym razem wybrałam obcas typu kaczuszka. Na inną rozmowę założyłam na wysokim i rozmówca, prawdopodobnie niedoszły szef, był ode mnie o głowę niższy. Speszyliśmy się oboje. Z klasyczną, czarną torebunią w zgięciu łokcia, stukam ci ja kaczuszkami biegnąc po parkingu dwie minuty spóźniona. Przed drzwiami, biorę głęboki oddech i wchodzę. Wita mnie uśmiechnięta, wstająca zza dwuosobowego stolika tuż przy wejściu, kobieta. Podchodzi, wyciąga dłoń, ja przepraszam za spóźnienie, ona w tym samym czasie się przedstawia. Ja się przedstawiam, ona równocześnie ze mną odpowiada, że nie szkodzi, że się spóźniłam. Chwalę wybór kafejki, bo i z gustem urządzona i przestronna i bez tłumów. Ona proponuje kawę, ja dziękuję, piję tylko o poranku. Ale może ona się napije? Też dziękuje, też pije tylko rano. No to już mamy coś wspólnego. Ha ha ha, hi hi hi… Ona proponuje żeby wyjść na zewnątrz. Mają taki przyjemny ogródek. Wyborny pomysł. Po drodze przeprasza, że tak na luzaka trochę ubrana, ale grała w tenisa całe przedpołudnie. Z kolei ja przepraszam, że może zbyt oficjalnie, ale pomyślałam, że w końcu to rozmowa o pracę. Z szacunku to wszystko. Dodaję, że to piękny dzień na grę w tenisa. Przytakuje. Siadamy, ona zaczyna czegoś szukać w torebce. Od kiedy grasz w tenisa? – pyta mimochodem. Przyznaję, że w życiu nie trzymałam rakiety do tenisa. Wybucha śmiechem. Pewnie jakiś lokalny żart. Wypada udać rozbawioną. Udaję. A jakie są twoje wrażenia z uniwersytetu Brown? – pyta wciąż grzebiąc w torebce. Bardzo specyficzne poczucie humoru… No wiesz, jeszcze nie wiem jak to jest pracować z wami, ale mam nadzieję się dowiedzieć – odpowiadam dumna, że łapię w lot jej żarty. Myślałam, że tam studiujesz…- powiedziała powoli spoglądając na mnie. Skądże znowu, ja już się nastudiowałam w życiu. Mam wszystko czego potrzebujecie. Na twarzy kobiety zarysowała się niepewność. Jesteś Julia i przyszłaś na rozmowę w sprawie pracy jako instruktor tenisa, tak? – zapytała.

Leżałyśmy rycząc ze śmiechu na stole jeszcze kilka sekund zanim załapałam, że jestem jeszcze bardziej spóźniona na spotkanie z właściwą osobą.

Podczas podróży do Kolorado dowiedziałam się, że…

…nie ma co ściemniać, kocham góry! Co tam długie, piaszczyste plaże, płaskie i jednakowe. Co tam drobniutki piasek w majtkach, w kanapce i między zębami. Co tam wyniosłe fale przynoszące nieuchronną śmierci niewprawionym w sportach wodnych. Nie ma nic lepszego na świecie jak wycieczka w góry. Najlepiej pod górę. Każda nasza wycieczka zaczynała się na wysokości dwóch tysięcy metrów (miasteczko, w którym mieszkaliśmy leży na wysokości 2,125m) co oznacza dużo mniej tlenu w powietrzu i niższe ciśnienie atmosferyczne. Serce wyskakuje z klatki piersiowej, muszę zatrzymywać się co dziesięć kroków, ale po kilku sekundach, wszystko wraca do normy, a nawet do jakieś magicznej nadnormy i mogę iść dalej. Kolejne dziesięć kroków. Się wypowiem mało odkrywczo, że chodzenie pod górę jest uzależniające.

…nie ma takich gór jak Alpy, nigdzie, koniec i kropka. Nigdzie nie ma takich widoków, takiej niesamowitej bliskości obezwładniających w swojej majestatyczności szczytów. Nigdzie nie ma tak krystalicznego powietrza, przez które widać najmniejsze załamanie skały, najmniejszą igiełkę na sośnie. Nie ma takiej zieleni w sąsiedztwie nagich, surowych, szarawych skał. Nigdzie nie ma takich drewnianych knajpek z zimnym piwem, kluchami parowymi i krów żujących trawę przy stoliku z tymiż kluchami. Nie ma i już!

…że dobrze jest mieć przyjaciół tutaj. Najlepiej takich z Europy, jeszcze lepiej z tej bardziej wschodniej, idealnie takich wyrozumiałych, otwartych, w podobnej sytuacji życiowej. Bonusem byłoby gdyby mówili po polsku. Nie można wszystkiego mieć, więc moja przyjaciółka mówi po słowacku. Nie ma lepszej terapii niż wywalanie bebechów, rozterek, tęsknot, niespełnionych marzeń, niewykorzystanych możliwości komuś, kto po słowacku zrozumie, nie przewróci oczami, nie pokręci z dezaprobatą głową, komuś, kto po ramieniu poklepie, czy też w dupę motywująco kopie. Ktoś, kto tak jak ja, nie wie gdzie jest dom, gdzie on będzie za rok, za dwa, co powiedzieć dzieciom gdy pytają o plany na lato, czy na święta. Ktoś kto tęskni choć już dawno nie powinien, ktoś nie może nazwać tego kraju domem choć byłoby mu łatwiej gdyby mógł. Bezcenne są takie jednostki ludzkie.

…że bycie na diecie wegańskiej na lotniskach to nowe bycie niepełnosprawnym. Ile ja dzieciom do łbów pcham, że nabiału nie jemy, bo chcemy być zdrowsi, że jak się człowiek postara, coś znajdzie, że spróbujmy choć jeden miesiąc, a rezultaty będą niesamowite. Okazuje się, że łatwo nie jest. Wydaje się, że każda knajpka i kawiarenka chwali się opcjami wegańskimi kiedy do kawy zamiast krowiego dodaje sojowe lub migdałowe mleko. I tyle. Wybór wegański w terminalu B na lotnisku w Bostonie? Frytki z McDonalda.

…że sportowy sklep nie wszędzie znaczy to samo. W szufladzie kuchennej u znajomych znalazłam ostrzałkę do noży. Z jakimś tam diamentem czy czymś, co to przerabia kuchenne noże na żylety. Nóż tylko spojrzy na ostrzałkę i już kroi miękkiego pomidora na cieniutkie paseczki. Ja też chcę. Ano, że w sklepie z artykułami do zajęć na świeżym powietrzu, mówią…taki outdoors store. Sportowy, myślę sobie. Wchodzę i zamieram. W Kolorado sporty pod gołym niebem oznaczają wędkarstwo, camping i rozpierducha fauny pobliskich lasów. Nie ma co pisać, opowiem w obrazkach.

Wejście, proszę ja ciebie, jak do hotelu na stoku alpejskim i napis, że raj dla kochających sport.

Przekraczamy pierwsze drzwi raju a tu proszą o zgłoszenie wnoszonej broni i łuków (!!!) w biurze obsługi klienta. Oczy mojego Janka jak kartofle!

Ukoił nas wodospad na dwa piętra i akwarium z rybami wielkości ssaków domowych.

 

Za rogiem przywitał nas dział odzieży na polowanie, za kolejnym rogiem…

Zamarłam. Janek szepnął, że nie czuje się bezpiecznie i że musi wyjść…

Jeszcze najróżniejsze atrapy zwierząt z tarczami.

I specjalnie dla żoneczek, córek, matul, czy konkubin żeby do paznokci pasowało.

Ale ostrzałka do noży najlepsza na świecie!

4th of July…

No wiem wiem… poślizg mam jak się patrzy, ale życie mi w blogowe szprychy patyki wtyka i co się zabiorę za pisanie, to na pysk przez przednie koło. Bez kasku. Ale nic, kto chce, niech czyta, a się post odświeży za rok trzeciego lipca i będzie jak znalazł!

Źródło: tripadvisor

Trzeciego lipca nie lubię tego kraju. Nie podoba mi się to, co dzieje się w polityce, co się dzieje w służbie zdrowia, w szkolnictwie wyjątkowo mi się nie podoba. Nie podoba mi się, że tak wielu ma w głębokim poważaniu rzeczy tak ważne jak zanieczyszczenie środowiska, niepełnosprawnych i chorych, zdrowe odżywianie i moją rodzinę z Polski, która znów spędziła na lotnisku trzy godziny na przesłuchaniach. Lubię ludzi w Stanach. Niektórych ludzi, w niektórych stanach. Lubię jogę w tutejszym wydaniu, kanapki z homarem i plaże lubię. Reszty nie. Piątego lipca też nie lubię tego kraju, ale piątego mam wszystko gdzieś, bo moje dziecko ma urodziny i na jego szczęście urodził się w Niemczech, nie w Stanach. A czwartego lipca, panowie i panie, kraj ten lubię. Powiedziała mi kiedyś moja amerykańska przyjaciółka, feministka, lewicowiec i antychryst, czyli wróg numer jeden obecnego systemu, że czwarty lipca to takie święto wszystkich. I coś w tym jest. Czy jesteś z frakcji demokratycznej, czy republikańskiej, czy głosowałeś na, tfu na psa urok, prezydenta naszego, czy nie, czy jesteś gejem, na wózku, przyjezdnym, spod kościoła czy meczetu, uchodźcą do tego kraju, czy też przyszłym uchodźcą z tego kraju, amerykańskie święto niepodległości świętujesz. Niepodległości, a co dopiero wywalczonej od Brytyjczyków i skrzętnie zapisanej w Deklaracji Niepodległości , w zęby się nie zagląda. Się cieszy, szanuje i świętuje, że ja cię nie mogę. No może jedynie jakiś potomek brytyjskich lojalistów wzdycha, że dobrze byłoby mieć tutaj kolonię… Zresztą, biorąc pod uwagę sytuację, może nie byłoby tak źle… No ale ja nie o tym.

Święto Niepodległości to najbardziej amerykańskie święto ze wszystkich. W niemalże każdym mieście w Stanach obchodzone jest hucznie. Parady, koncerty, uroczystości wielkie i małe, w parkach, na ulicach, w ogródkach i na balkonach. Parady rozpoczynają się rankiem a trwają w niektórych miejscach aż do północy. Muzyka w parkach, na plażach, w miastach i na wsiach. Orkiestry dęte, szkolne, miejskie, etniczne, mniejszościowe i przedszkolne. Organizacje, związki, grupy, stowarzyszenia, bractwa, ruchy i inne zgrupowania maszerujące w pochodach. Psy, nauczyciele, politycy, żołnierze, aktorzy, baletnice i karatecy – wszyscy z uśmiechem na ustach i z flagą w dłoni. Wzdłuż ulicy koczuje, często od wczesnych godzin porannych, publiczność. Ale jakaż to publiczność?! Nie taka bierna, krytyczna, z paluchem wskazującym na uchybienia i niedociągnięcia. Publiczność napchana po uszy entuzjazmem, wdzięcznością za daną im wolność i niepodległość, dumą z bycia częścią tego kraju, i wiarą w słuszność demokracji w stylu amerykańskim. Czy to kiczowate, sztuczne i rzygające tęczą? Możne. Mnie się podoba. Podoba mi się to, że świadomość przynależności do kraju, stanu, miasta, klubu jednośladów, czy bractwa leworęcznych prząśniczek jest takim wyróżnieniem, zaszczytem i honorem, a przede wszystkim, taką radochą. Podoba mi się to jednodniowe obnoszenie się z byciem stąd. Amerykańska flaga noszona jest w dłoniach, na głowie, na płaskich, lub silikonowych piersiach, na półgołych tyłkach, na wózkach dziecięcych, balonach, butelkach wody, biżuterii i psich obrożach. Amerykanie mają szczęście, że kolory flagi takie akurat wizualnie fortunne są. Wyobrażacie sobie niemieckie święto niepodległości i niemowlaki w żółto-czarnych pampersach? Kocham kraj niemiecki jak swój, ale czas pomyśleć o zmianie żółtego na jakiś bardziej optycznie przyjemny. Szarości wydają się być w modzie.

Źródło: pinterest

Tegoroczne święto czwartego lipca spędziliśmy oglądając najstarszą paradę w USA, w miasteczku Bristol. Bristol zostanie jednym z moich ulubionych miejsc w Stanach chyba na zawsze. Znam je lepiej niż to, gdzie mieszkam. Tam pracowałam, tam mam przyjaciół, ulubioną kawę z miodem i w knajpce barmanka wie jakie piwo zamówię. Ulica, po której przechodzi pochód to jedna z najpiękniejszych ulic jakie widziałam. Zamiast białej linii przedzielającej ulice na dwa pasy, trzy paski w kolorach flagi. Piękne, kolonialne domki, przystrojone na tę okazje w kolory flagi amerykańskiej. Na werandach białe, bujane krzesła, niebieskie hortensje i uśmiechnięte tłumy z kubkami kawy w dłoni o poranku, lub ze szklankami alkoholu kilka godzin później. Przed jednym z takich domów my, na imprezie polsko-amerykańskiej. Jedna z najfajniejszych imprez w moim życiu. Mnóstwo amerykańskiej Polonii, pyszne jedzenie i alkohol popijany i zagryzany innym alkoholem. Pierwszy raz w życiu jadłam galaretki, w których zamiast wody była wódka. Jakże się Amerykanie ze mnie śmiali, że się zachwycam drinkiem w galarecie. Ponoć był to drink licealistów. Kiedyś był, bo jak mówi moja licealistka, teraz podaje się opiaty na imprezach więc jestem jakieś trzy pokolenia do tyłu, ale smakowało jakbym była na studniówce.

Źródło: lodówka koleżanki. Ananas w wódzie! Pychota!

Było super. Żadnych zamieszek, zadym, kontr-demonstracji. Żadnych anty i przeciw. Wszyscy w niebiesko-czerwono-białych majtkach z gwiazdami na czole. Wszyscy z flagami w łapkach. I choć jutro Dżon będzie ideologicznym wrogiem Majkela, dziś popijają zimne piwko, zagryzają kiełbasą i robią sobie selfie. I może być przyjemnie i miło choć jeden dzień? Może!

 

Lista do Seattle…

Przed wylotem do Seattle zrobiłam dzieciom plan zajęć na cały tydzień. Wisi na drzwiach wyjściowo-wejściowych i oczy się o niego potykają. Ponoć wszystko idzie zgodnie z planem (piszę z pokoju hotelowego). Tutaj notka dla zainteresowanych: mini post na temat kalendarza w temacie dwujęzyczności tutaj. Zapraszam. Kalendarz jest bardzo nakazujący, nie wspomina o przyjemnościach, nie wylicza ani duchowych ani fizycznych rozrywek. Pakując się, na walizce znalazłam plan zajęć dla mnie zrobiony przez moje dzieci. Nie ma kuwet, czapek na uszy bo zimno, odkurzania i matematyki. Są same duże przyjemności i małe uciechy. Moje dzieci są lepszymi dziećmi niż ich matka mamą z tego wychodzi. Chyba że dzieci są takie, bo matka tak wychowała, wtedy brawo ja! To jedziemy z listą…

widok z okna naszego centrum konferencyjnego

TAKE LOTS OF PHOTOS było napisane. To też wzięłam. A było czego brać. Seattle jest niezwykle ciekawym miastem. Pogoda jest w kratkę z przewagą kraty deszczowej. Jakaż natomiast radość kiedy na kilka minut, niespodziewanie wyjdzie słońce. Szklane budynki odbijają się w sobie nawzajem, odbijające się również obłoki płynnie suną w oknach i szklanych ścianach, woda ze szmaragdowego przybiera niebieski kolor. Atmosfera miasta – NIESAMOWITA! Wydaje się, że zziębnięci ludzie szukają ciepła i kolorów w ubiorze, w wyborze używek rozweselających, w muzyce na ulicach, śpiewie, na pełnym życia, kolorów, zapachów targu rybnym i w tysiącach restauracji, kafejek, barów i stoisk z pysznym, na oczach ludzia robionym jedzeniu. Na targu rybnym jadłam najsmaczniejszą w życiu kanapkę z lekko zwęglonym łososiem. Repeta leży obok mnie kiedy to piszę.

Chuhuly Garden 

BUBBLE BATH…no nie lubię. Uważam to za stratę czasu i nawet moje ćwiczenie uważności na gnuśnienie w kąpiel bąbelkowej nie pomoże.

Space Needle

NAILS…U nóg zawsze pomalowane, u dłoni tylko w bardzo ważnej sprawie. Seattle zaliczyłam do kategorii ekscytujące, nie ważne.

ryby na targu 

DRINK WINE… w Rhode Island nie można kupić alkoholu w sklepie spożywczym. Są od tego oddzielne, alkoholowe. Myślę, że to zmniejsza konsumpcję alkoholu przeciętnego Amerykanina. Amerykanin kiedy ma zrobić dodatkową pracę kończynami dolnymi, woli nie pić. A ja spacery lubię. Przespacerowałam się do drogerii po plastry na bąbla na nodze, a tam w drogerii wino, do tego moje ulubione. Jak tu nie pić wina jak stoi między plastrami a podpaskami. Oprzeć się nie można.

mokra uliczka w Seattle

AND COFFEE…W marcu 1971 roku założony w Seattle pierwszy Starbucks. Od tego czasu otwierają chyba co kwartał nowy, bo ma się wrażenie, że kupujesz kawę w jednym, robisz dwa łyki, a trzeci łyk robisz mijając kolejny Starbucks. Na dobrą sprawę można przejść całe miasto bezustannie siorbiąc Starbucksową, kawę jak kto lubi.

zdjęcia pożaru w Seattle w 1889 roku, w którym spaliło się dosłownie całe miasto

TEA…no właśnie. W Stanach ogólnie jest słabo z dobrą herbatą. Nawet z niedobrą też jest problem. Przywiozłam swoją lawendową i kupiłam wodę gotowaną do niej. W Starbucks ma się rozumieć.

Chuhuly Garden 

MAKE SOME FRIENDS…Iluż ja ludzi poznałam…żeby tam od przyjaciele, nie powiedziałabym (z wyjątkiem jednego przypadku), ale poznałam bardzo ciekawych ludzi na konferencji. Wszyscy bardzo inteligentni, inspirujący pasjonaci języka i jego nauczania. Niesamowite jest to jakiego kopa może dać autor książki, której nie przeczytałam, jak mocno potwierdzić moje przekonania dydaktyczne dyrektor programowy nieznanej mi organizacji. Ile inspiracji może przynieść pięciominutowa rozmowa z wysuszoną jak śliwka nałęczowska specjalistką od szkolenia nauczycieli. Jak się można intelektualnie zakochać w językoznawczyni z ciężkim słowackim akcentem. Uważam to za zaszczyt, że mogę poznać, posłuchać, otrzeć się ramieniem o takich ludzi.

DON’T FORGET TO MEDITATE…nie zapomniałam. I nie zapomniałam też dzwonić do dzieci każdego dnia, czasem razy dwa nawet…się chwali i poklepuję się po plecach.

GET SOME SLEEP…rozmiar królewski łóżka zobowiązuje. Spałam. Sama. Dużo i spokojnie. Bez innych jednostek ludzkich, psich czy kocich, skaczących po mnie i z braku myszy przynoszących nocą w hołdzie hałaśliwe, kocie zabawki pod nos.

CONFIDENCE…napisane dużymi literami, znaczy, że ważne! No coż…chyba z tym mam najgorzej. Trudno czuć się pewną siebie w sali samych pewnych siebie uczestników, zadających pytania, które wprawdzie przyszły mi do głowy, ale głowy nie opuściły. Trudno czuć się pewną siebie kiedy wielu z przedstawiających oszałamia wiedzą, językiem, znajomością tematu, charyzmą. Trudno czuć się pewną siebie i wypytywać o możliwości pracy, współpracy, kooperacji i koprodukcji. Kursu asertywności nie zaliczyłam. Trudno czuć się pewną siebie kiedy czas niepewny, praca niepewna, mózg niepewny i serce nie nadąża. Doniesiono mi , że na niepewną nie wyglądam. Może ze mną już tak źle, że nie jestem pewna, że jestem choć ciut pewna siebie…

DON’T FORGET…jak miałabym zapomnieć o konferencji jak sześć tysięcy uliczników biega po mieście z identyfikatorami TESOL. Na pierwszą moją konferencję, i jedyną jeśli mnie dziurawa jak sito pamięć nie myli, dojechałam rowerem. Była w hotelu pięć minut od mojego domu i dotyczyła budżetu rad szkolnych w szkołach ministerstwa obrony US w Europie. Bardzo zawężony temat, toteż i grono, a przede wszystkim entuzjazm był wielce zawężony. Moje zaangażowanie było również minimalne. Nic poza tym żeby się od Włoszek wywiedzieć gdzie fajne buty można kupić, mnie nie interesowało. Na konferencji TESOL wręcz przeciwnie. Wszystko mnie interesował. Aż za bardzo. Interesujących mnie tematów było zdecydowanie zbyt wiele, prelegenci w większości znakomici, słuchacze zaangażowani, a ja zasłuchana po uszy. Mam głowę pełną pomysłów i poprawek do tych pomysłów. Mam tylko nadzieję, że pamięć nie zawiedzie i że notatki dobre.

TedTalks w klasie…trochę się chyba zakochałam w panu…

STAY AWAT FROM CALIFORNIA…nikt, łącznie z autorem tego punktu nie mam pojęcia co to znaczy. No ale do Kalifornii było daleko, więc zaznaczam, że zrobiłam…

WATCH OUT ON FLOATING BRIGDES…z aż dwoma znakami zapytania. Nie zaznaczam, bo mostu takiegoż nie widziałam więc i uważać nie było potrzeby.

HAVE FUN WITH THE POLISH LADY…no właśnie…Polish Lady. Znalazłam taką jedną przez Internet, przed wylotem do Seattle. Poznałam pierwszego dnia i pokochałam od pierwszego wejrzenia. Myślę, że to właśnie ona była punktem głównym tej konferencji. Cudowna, ciepła, otwarta, niezwykle mądra życiowo i profesjonalnie, pełna pomysłów, ochoty do pracy i takiego zbalansowanego entuzjazmu. Była moją towarzyszką pokarmową, słuchaczem i bardzo ciekawym gadaczem. Przegadałyśmy wiele godzin zwiedzając miasto, pijąc wino i gorącą herbatę w pokoju hotelowym. Polish Lady jest inspiracją, drzwiami do nowych możliwości i pomysłów, kimś kogo podziwiam i bardzo szanuję! I myślę, że będzie o niej jeszcze głośno!

Chuhuly Garden 

EAT GOOD and EXPENSIVE FOOD…okazuję się, że good wcale nie jest expensive w Seattle. Opinie są takie, że Seattle słynie z dobrego, różnorodnego, lokalnego i zdrowego jedzenia. Opinia raczej w punk. Jedzenie pyszne!! Spałzowałam weganizm na tydzień i wyjadłam mieszkańcom Seattle wszystkie ryby. Nigdzie ryby nie smakowały tak dobrze jak tam. Łosoś z Alaski, który pewnie na płetwach sam przychodzi do restauracji i się na talerz rzuca był wyśmienity. Libański lancz ostatniego dnia – niebo w gębie! Jedzenie jest zdecydowanie jedną z atrakcji Seattle.

Dodatkowo poczytałam książkę w łóżku, spędziłam przemiły wieczór barowy ze znajomą sprzed stu lat, znalazłam jogę na kaca (tak, jest taka!!), nie zgubiłam klucza do pokoju hotelowego i pobiłam rekord w przedstawianiu się i tłumaczeniu się z akcentu, skąd jestem, skąd się czuję, że jestem, dlaczego mnie tam nie ma i kiedy tam będę… Jeśli ktoś organizuje konferencję, poproszę o zaproszenie. Dobra jestem w te klocki!

 

 

 

 

Kalendarz…

Taki właśnie kalendarz zrobiłam dla dzieci kiedy wyjeżdżałam na tygodniową konferencję do Seattle. Wiadomo, kalendarz po to żeby dzieci nie poszły bez butów, czy głodne do szkoły, żeby dobytek czworonożny nie był zmuszony zjadać właścicieli, żebym ich wszystkich zobaczyła w dobrym zdrowiu i żeby mogła przejść przez dom nie potykając się o kanapki na podłodze i majtki na poręczy schodów. Kalendarz dla dzieci taki na wtedy kiedy nas nie ma, ale też na wtedy kiedy jesteśmy. Myślę, że przyda się i podczas naszej obecności. To świetne, pod warunkiem, że macie coś, czego mnie brak – czas, niedzielne, wspólne zadanie dla was i dla dzieci. Można pokolorować, wspólnie ustalić kto co robi i fajnie jest odfajkowywać poszczególne zadanie kiedy już są skończone. My co sobotę rano robimy menu na cały tydzień. Graficznie, bardzo nieapetyczne, ale spełnia swoją rolę. Robię zakupy tylko tych produktów, które są mi potrzebne, dzieci nie marudzą, że jakaś obiad – niespodzianki. Siedzieli z nami w sobotę i krwią kontrakt obiadowy podpisały. Jako rodzina wegetariańska łatwiej jest nam również ustalić proporcje i rodzaje potrzebnych do życia produktów. No i kalendarz, jak i menu są po polsku. Powtarzające się słowa w kalendarzu są łatwiejsze do zapamiętania, zarówno ich znaczenie jak i pisownia. Dzieci poznają słownictwo, którego powinny używać na co dzień. Można zamiast pojedynczych słów, pisać zdania. Można dzieci zaangażować i nakazać im te zdania samodzielnie napisać. Można wydrukować zdania na karteczkach, kazać przeczytać i przykleić w odpowiednich miejscach, na wcześniej przygotowanych szablonie kalendarza. Można wpisać tylko część zdania i pozwolić dzieciom zgadywać i wpisać resztę. Tak samo można zrobić w ramach jednego słowa, ćwicząc pisownię. Wszystko zależy od wieku waszych dzieci, umiejętności językowych i naszej, rodziców, motywacji. Taka świetna polska przekąska, którą trudno przeoczyć. Polecam.

Z Trumpostanu…

screen-shot-2017-02-04-at-5-04-20-pm

(karykatura autorstwa norweskiego artysty – Christiana Blooma)

No i przestało być śmiesznie i przestało mnie to mało obchodzić, przestałam mieć w tyle i się nie wtrącać. Do niedawna byłam najmniej politycznym człowiekiem w tym kraju, teraz zostałam zmuszona się choć trochę zaangażować. Jestem wściekła, zniesmaczona, ale przede wszystkim zatroskana, żeby nie powiedzieć, przerażona tym, co się dzieje w moim obecnym kraju. Martwię się o przyszłość mojej rodziny i całego, połączonego krwioobiegiem świata. Brzmi pompatycznie, wiem, ale sytuacja wymaga pompy, choć może raczej bomby wymaga żeby to wszystko durne pomarańczowe wysadzić w cholerę! Z przyjaciółmi i świtą.

Codziennie siadając do kolacji przynosimy do stołu nowe, złe wiadomości, co kto usłyszał, zobaczył, pomyślał, czy poczuł. I ulubiony łosoś mniej smakuje i wina nie starcza. Na koniec dopychamy się Trevorem i Stevenem i wkurwieni na maksa zasypiamy. I każdego wieczoru wydaje nam się, że gorzej być nie może…i każdego ranka okazuje się, że co jak co, ale gorzej zawsze może być.

I tak na przykład, według naszego prezydenta globalne ocieplenie to wymysł liberałów i szalonych ekologów. Nie ma czegoś takiego jak globalne ocieplenie, a skoro nie ma, znaczy trzeba usunąć wszystko na temat zagrożenia środowiska tymże wymysłem ze stron internetowych parków narodowych. Usunięto też badania i informacje na temat zmian klimatycznych ze strony internetowej Białego Domu. I już. I problem, który zagraża całemu światu, którego skutki widoczne są dla wszystkich, którzy mają oczy i uszy otwarte, zniknął. Nikt nie będzie edukował dzieci w tym kierunku, nie będzie badań, przepisów, zaleceń…po co? Przecież nic się nie dzieje.

Kolejny niewypał to dekret ograniczający wjazd do USA obywateli kilku niefortunnych krajów wybranych poprzez ciskanie rzutkami w mapę chyba, no bo na pewno nie w jakiś logiczny, poparty dowodami, statystykami, czy choćby minimalnie racjonalnym myśleniem sposób. Dekret ten wywołał ogromne poruszenie wśród podróżujących do Stanów. Ludzie, którzy czasami po wielu latach starań, tonach dokumentów, litrach łez i marzeniach o lepszym, często po prostu bezpiecznym, życiu dla siebie i swoich dzieci zostają zawrócenie z lotnisk w swoich krajach, na lotniskach tranzytowych, czy, już na miejscu, skuci w kajdanki wyprowadzani z sali przylotów na wielogodzinne oczekiwanie na pomoc. Na wielu amerykańskich lotniskach rozegrały się nieprzyjemne i pełne emocji sceny. Strach o siebie, o najbliższych, czasem strach o swoje życie spowodowany bezmyślnym i najprawdopodobniej bezprawnym dekretem jednego kretyna. Kto choć raz przyleciał do Stanów z „przygodami”, dobrze wie jak poniżające i upadlające może być powitanie amerykańskich służb granicznych. Codziennie słyszę coraz więcej historii zatrzymanych podróżujących, studentów, lekarzy, pacjentów, naukowców, mężów, żon i dzieci i nie mogę uwierzyć, że to się dzieje naprawdę.

Mur meksykański, rozpoczęcie odkręcania reformy ubezpieczeń zdrowotnych wprowadzonych przez prezydenta Obamę, plany obniżenia podatków i propozycje takich debili jak pani DeVos na tak ważne stanowisko jak departament edukacji i tysiąc innych, potencjalnie niebezpiecznych rzeczy to pewnie dopiero początek. I nie pozostaje nic innego jak tylko pakować manatki i zwiewać stąd gdzie pieprz rośnie, albo gdzie kapusta, ziemniaki i dobre jabłka… Ale kiedy doszliśmy do wniosku, że wszystko czego teraz od życia chcemy, to Europa, okazało się, że kolejny dekret prezydentunia naszego to zamrożenie etatów w sektorze rządowym, czyli praktycznie zerowe szanse na pracę w Europie. I dupa blada! Zaczynamy starania o status uchodźców w jakimś fajnym europejskim kraju. Myślę, że podstawy do tego mamy…

I koniec, o Trumpie już nie napiszę. Wątrobę mnie to kosztuje.