Taka grecka sytuacja…woda

Bo na Krecie wszędzie woda…

Z serii “taka grecka sytuacja”, której odcinki publikuję na fejsbukowej stronie bloga, (#takagreckasytuacja), dziś tutaj, na blogu. Piszę tutaj, bo to nie jest wpis na jedno zdjęcie, na jedno zdanie. Ba…filmiki nawet są. A wszystko po to żeby zobrazować nie-powagę sytuacji hydraulicznej na Krecie. Czekałam z tym wpisem aż przejdzie mi frustracja, bo wkurwione paluchy często wypisują bzdury. Mimo, że niewiele się zmienia w temacie wody w moim życiu, kreteńskie podejście do życia widać mi się udziela, bo mnie sytuacja nie denerwuje, nie dziwi, a śmieszy lekko. Wciąż z naciskiem na “lekko”.  

Żeby nakreślić sytuację hydrauliczną na Krecie, zacznę od tego zdjęcia…

Ja rozumiem, że Kreta to wyspa, otoczony wodą placek ziemi. Rozumiem, że z tego powodu można traktować wodę inaczej. Jest jej pod dostatkiem, gdzie się człowiek nie obejrzy tam plaża, z nią woda, skała, za skałą woda, zatoczka, bajorko, strumyczek, stawik. Wydaje się, że woda mieszkańcom spowszedniała i traktowana jest coś oczywistego, co nigdy się nie kończy, nigdy nie zabraknie. Te zdjęcia to największa instalacja hydrauliczna jaką widziałam na Krecie. To takie rozwidlenie grubych gumowych rur doprowadzające wodę do domów. Takie wodociągowe śliczności stoją tutaj co kilkadziesiąt metrów, jedne wielkie, składające się z kilkunastu rur, inne mniejsze. Stoją na słońcu, w deszczu, kołyszą się kiedy je poruszyć. Często kapie z nich woda. Nie jest dziwne zatem, że dookoła tych instalacji rośnie bujna roślinność. I mój pies ma się gdzie napić wody na spacerze. 

Mimo, że na Krecie gleba jest niesłychanie żyzna, jest sucho i trzeba nawadniać lub podlewać ogródki warzywne. W naszym ogródku, w murze go otaczającym jest kilka zaworów do podłączenia systemu nawadniającego lub zwykłego węża ogrodowego. I to jest super. Rury doprowadzające wodę i łączące zawory są zamurowane więc jeśli coś stanie się z rurą w środku muru – kaplica, rozwalić trzeba cały mur. To nie jest super. Te rury, zawory i kraniki są często nieszczelne i kapie z nich woda. Według mnie to marnowanie wody więc zawołaliśmy pana do kapiącego kranu nawadniającego nasze warzywa, a pan zrobił tak:

O rozwiązaniu “prysznic, czy siku” pisałam już na FB. Ale skoro o wodzie, to pokażę jeszcze raz. O co chodzi? Nie wiadomo. Albo to jest zamierzone i bierzesz prysznic zalewając całą łazienkę. CAŁĄ, bo jest maleńka. I co potem? Suszyć, wycierać ścierkami, czy może korzystać z ubikacji w kałuży wody, bo podłoga nie jest nachylona w stronę spływu i woda, zamiast spływać, stoi. Albo to nie było zamierzone, tylko tak wyszło. 

Jednak najlepsza jest tama na naszej wannie. To nie jest żart. Przysięgam. I dzięki bogu, że wynajmujemy ten dom, bo gdyby to był mój, szlag by mnie trafił.

I można to moje pisanie odczytać jako narzekania rozpieszczonej cywilizacją panienki, która przyjechała do innego kraju, z innymi problemami, z innymi rozwiązaniami. Można też odczytać jako spostrzeżenia, czy w porywach nawet, zamartwianie się ekolożki z bożej łaski, której nie jest obojętne marnowanie wody. Dla tych, którzy przychylają się do rozpuszczonej panienki, mam coś jeszcze na koniec. 

Mąż mój przyjechał na Kretę kilka miesięcy przed nami. Wbrew jego woli i zapewnieniom, że wszyscy na Krecie piją wodę z kranu, bo czysta, prosto z gór, przebadana i takie tam, przysłałam mu nowiuteńki filtr do wody i nakazałam używać. Sprawdzałam wideokonferencjami, czy stoi w kuchni i czy mąż korzysta. Korzystał. Przyjechaliśmy my i po jakimś czasie korzystania z filtra, przypomniałam sobie, że trzeba wymienić wkład. Otwieram ja ci ten dzbanek w celu wymiany wkładu, a w środku zapakowany w oryginalną folię ze sklepu, nieużywany wkładzik! Przez kilka miesięcy nie tylko piliśmy niefiltrowaną wodę z kranu, ale z dodatkiem jakiegoś syfu z opakowania. Taka to ze mnie rozkapryszona panienka! 

Nowe…

mimozami u nas wiosna się zaczyna…

Wpadliśmy na tę wyspę pierwszego dnia lutego i od tej pory robimy rozpierduchę. Rozpakowujemy meble, dochodzimy do wniosku, że nie pasują, sprzedajemy, kupujemy nowe, wiercimy jedne dziury, zalepiamy inne, malujemy, czyścimy, pierzemy, sadzimy. Postanowiłam sobie, że do Wielkanocy wszystko będzie gotowe, po mojemu, domowo. Zdaję sobie sprawę, że jestem stuknięta, że to nie jest możliwe – ludzie urządzają się latami. Ale ja nie mam czasu. Znając życie, za rok, za dwa nadejdzie pomysł kolejnej przeprowadzki i przez kolejne lata nie będzie sensu się urządzać. Znowu. A ja chciałabym pomieszkać trochę, zapamiętać gdzie schowałam ręczniki i gdzie trzymamy klej do dętek. Odpocząć od kartonów, wierteł, pędzli i Ikei. No i prawie się udało. Dwa tygodnie temu wyjechałam, do Polski, z domu prawie idealnego. Kran w kuchni jeszcze cieknie i czeka na hydraulika. Czytać nie można w łóżku, bo lamp nie ma w sypialni. Ale reszta jest. Powieszona na gwoździach, śrubkach, poukładana na półkach, odkurzona, rozpakowana. Reszta jest już udomowiona. Z poczuciem, że jest do czego wracać, do Polski poleciałam lekka i beztroska,  jak na skrzydłach. Z Polski wracałam już mniej lekka, bo kluski śląskie, kluski tarte, kapusta, serniki, miodowniki i pigwówka. Zdziwiłam się, że Ryanair nie poinformował mnie uprzejmie, esemesem, o dodatkowej opłacie od przewożonych w biodrach, świątecznych przysmaków. Oprócz jedzenia, były powitania, odwiedziny, spacery, zakupy i znów pożegnania. Dużo przyjemniejsze niż te kiedy wylatywałam do Stanów. Jestem tylko dwa i pół tysiąca kilometrów od domu. Do ogarnięcia w cztery godziny. Daty kolejnej wizyty ustalone, plan pobytu obgadany szczegółowo. Wróciłam na Kretę. Ogródek jeszcze bardziej się zazielenił. Dach pokrył się winoroślami, róże trudno zliczyć. Sałatę i zioła na obiad zbieramy z ogródka, pierwsze truskawki też. Został jeszcze tydzień ferii wielkanocnych więc postanowiliśmy zobaczyć kawałek Krety. I wpadłam na pomysł…

I po takim oto, przydługawym, wstępie zapraszam na otwarcie nowej zakładki, Moja Kreta, gdzie o Krecie, po mojemu, będę pisać ja!

Pierwszy wpis już gotowy. 

Cisza…

Cisza to wielowarstwowa rzecz. Cisza to brak fonii, brak dźwięków, brak brzmienia. Cisza, dla mnie, oznacza coś jeszcze. To również nieczekanie na szmer, głos, krzyk. To wyciszenie się wewnętrzne.  To taki wyższy stopień radzenia sobie z brakiem dźwięków, świadomość, że cisza może być coraz dłuższa i przewlekła, wydawać się wręcz nieskończona. Może być taka zupełna, bez obietnicy na jej przerwanie.

Na kursach medytacji uczymy się jak radzić sobie z dźwiękami dookoła nas. Nie ignorować, nie udawać, że ich nie ma, nie starać się ich nie słyszeć. Uczą nas bycia świadomym ich istnienia i delikatnie, jak piórkiem, odsunąć je od siebie. Nie lada ci to sztuka. Wymaga czasu i pracy. Ileż to razy odpychałam piórkiem dźwięki dochodzące zza płotu w domu, w Stanach. Delikatnie trącałam piórkiem przejeżdżający pociąg, plotkujące sąsiadki tuż pod oknem, odgrażającego się na całe gardło Bobbiego (jeśli ktoś nie zna Bobbiego, to tu i tu). Z czasem, piórko stawało się coraz cięższe, a moje ruchy coraz bardziej agresywne. Zdarzało się, że waliłam piórem gdzie popadnie, oberwało się każdemu skrzypnięciu płota i szurnięciu buta. Ćwiczyłam codziennie i mimo, że postępy były, nie raz lekkie piórko zmieniało się w ciężki młot.

Ale co się dzieje kiedy czynnik dźwiękowy zostanie usunięty z życia? Co się dzieje kiedy przeprowadzasz się na kreteńską wieś w środku zimy? Dzieje się cisza. Cisza wszechobecna, nieustająca, niczym nie przerywana. Cały kurs medytacji diabli biorą. Nie ma na czym świadomości zawiesić, nie ma czego piórkiem chlasnąć. Nieproszonych dźwięków brak.

Mieszkamy w małej wiosce, na maleńkim półwyspie. Obok domu przebiega droga, po której tylko kilka razy w ciągu dnia przejeżdża samochód. Połowa tych razów to ja. Sąsiad z jednej strony przyjeżdża tylko latem, z drugiej strony mieszka niehałaśliwa rodzina – koza, owca oraz wynajmujący od nich kawałek drewutni bezpański kot. Jedynym przerywnikiem ciszy są koguty zamieszkujące wieś. Zabawę w głuchy telefon zaczynają o czwartej rano. Zaczyna kogut niedaleko naszego domu, chociaż tak wcześnie rano wydaje się, że stoi tuż pod naszym oknem, za nim po kolei siedem, w porywach osiem kogutów wydziera swoje dzioby. Po ostatnim następuje krótka przerwa, akurat na przymknięcie zmęczonego oka, po czym zabawa zaczyna się od nowa i trwa godzinę. Cierpliwi przeczekują i śpią dalej, niecierpliwi wstają i oglądają CNN. Mamy też, mieszkające w klatce na zewnątrz, kanarki, o wyskokach których już wkrótce, ale te grzecznie śpią do ósmej i chodzą, czy też lecą, spać po zapadnięciu zmroku. Poza tym, ich śpiew jest tak nieustanny i tak przyjemny, że stały się już elementem ciszy. To nasze podwórko. A za płotem? A za płotem i jeszcze kilkoma innymi płotami – park. Nie wiem czy narodowy, czy bardziej lokalny, ale park. Park ciszy. Chodzę tam często na spacer z psem. Wspinając się pod górę słyszę tylko swój oddech i nieobcięte pazury psa stukające o skały. I szum morza. I tak przez godzinę, lub dwie. Od czasu do czasu pokaże się jakaś zwinna kózka, która skacze po skałach bezszelestnie jakby te były miękką, puszystą trawą. Przygłuchawy już chyba pies nawet nie zauważa jej obecności. Czasem mijamy stado owiec, które w bezruchu, w zupełnej ciszy łypią na nas ślepiami zdziwione, że ktoś w ogóle tędy przechodzi.

Na plażach wciąż pustki. Turystów brak, a dla tubylców za zimno. Codziennie odwożę dziecko do szkoły. W drodze do domu zatrzymuję się na plaży, włażę na samotnie stojącą wieżę ratowniczą i słucham morza i ciszy. Czasami medytuję, czasami po prostu siedzę i nie mogę wyjść z oniemienia, że jest tak bezgłośnie. Nadsłuchuję i czekam na dźwięk wyprodukowany przez człowieka, pojazd, lub zwierzę choćby jakieś. A tu nic. Cisza.

Cisza to taka dziwna sprawa. Wszyscy pragniemy chwili spokoju, ale kiedy trwa zbyt długo, staje się niepokojąca, trochę niewygodna. Upłynie jeszcze wiele cichych chwil zanim się do niej przyzwyczaję, zanim się z nią oswoję. Zanim piórkiem przestanę niepotrzebnie machać.

 

Przybylcy…

Minął prawie miesiąc od naszego przyjazdu na Kretę. Wiemy gdzie kupić chleb, jak dojechać do szkoły i jak zlewać przepisy drogowe. Wciąż jednak nie jesteśmy tubylcami. Jesteśmy przybylcami co widać, słychać i czuć. A jak poznać takiego przybylca? Jak nas rozpoznać na Krecie? Ano tak…

Dla kogoś z Nowej Anglii, przedtem z Alp, a jeszcze przedtem z szarej Warszawy, zima na Krecie to wczesne lato. Temperatura waha się od 10 stopni w nocy do 18 w ciągu dnia. Miłym dodatkiem jest piękne słońce i przyjemny wiatr. Deszcz się zdarza, ale w ilościach rozsądnych i nie smaga po twarzy do krwi jak w Rhode Island. Dla Greków natomiast to środek zimy i ubierają się oni jak na zimę przystało. Podczas gdy my śmigamy w dwóch warstwach lekkiej odzieży, oni w puchowych kurtkach, butach do kolan i czapkach z pomponem. W mieście z daleka można poznać naszych. Z krótkim rękawem, w klapkach – na bank Amerykanin i prawie na pewno ze wschodniego wybrzeża.

Przyjeżdżając ze Stanów gdzie wszyscy są uprzejmi, uśmiechają się, pozdrawiają nawet nieznajomych i zagadują przy każdej okazji, można zapomnieć jak jest gdzie indziej. Wchodzę więc do każdego sklepu, poczekalni, na pocztę ze szczerym uśmiechem i głośnym „kalimera” (dzień dobry), uśmiecham się do ludzi, z którymi łapie kontakt wzrokowy na ulicy, przepraszam kiedy chcę przejść, czy kiedy przypadkiem musnęłam kogoś torebką. Utrzymuję zdrową odległość w kolejkach, nie pcham się, przepuszczam w drzwiach. I co? I stoję trzymając te drzwi przez pół godziny, włażą przede mnie do kolejki, nikt się nie uśmiecha, jak mnie zdzieli parasolem, nikt nie przeprasza. Uprzejmość moja umrze wkrótce śmiercią naturalną.

W tutejszej Ikei, a Ikea tutejsza to historia na osobny wpis, jesteśmy klientami specjalnej troski. Witają mnie po imieniu, (nie, nie przesadzam!!), a że mogę kupować bez greckiego podatku VAT i w związku z tym mam tysiąc papierków ze sobą, kasjerzy chowają się po kątach i unikają mojego, poekscytowanego możliwością kupienia kolejnego HEMNES, wzroku. Wpadam do sklepu z wypiekami na twarzy i już wiadomo, że to wyposzczony meblowo przybylec.

Od miesiąca śpię na materacu, od dwóch w nieswoich łóżkach. Pod pretekstem sprawdzania wszystkich materacy, w każdym sklepie z meblami, ucinam sobie drzemki, wyciągam się wygodnie, odpoczywam. A że obsługa klienta daleka jest od, atakującej od drzwi i łażącej za tobą do samego wyjścia, obsługi klienta w Stanach, nikt mi nie przeszkadza.

Jestem jedyną osobą na wsi, która prowadza psa na smyczy i nosi ze sobą woreczki na odchody. Kobiety z maluchami na rękach w popłochu uciekają myśląc chyba, że jedyne zwierzę, które potrzebuje smyczy, to jakiś potwór zjadający greckie dzieci. Przechadzam się zatem przez wieś z psem wkurwiając wszystkie zamknięte za płotem lokalne Burki, które szczekają i rzucają się w furii na furtki i bramy. Hałas ten, z kolei, powoduje nagłe poruszenie w, pałętających się wszędzie, gromadkach kóz i owiec oraz głośne gdakanie domowego drobiu. Takie to spustoszenie w kreteńskiej faunie robimy my – przybylcy.

I jeszcze…

– robię zdjęcia drzewom obwieszonym cytrynami i pomarańczami. Wszystkim i o każdej porze dnia. Wrzucam na FB i na Instagram.

– zatrzymuję się przy każdym bezpańskim psie i kocie i dzwonię do domu zapytać, czy możemy przygarnąć. Odpowiedź jest zawsze taka sama. Nie możemy.

– literuję, często z pomocą palca wskazującego, na głos każdy napis, każdą nazwę sklepu, każdy szyld. Czasochłonne, ale warto. Satysfakcja gwarantowana. Ubaw dla przechodniów również.

– wpadam w dziką radość na widok Lidla, Intimissimi, czy Marks and Spancer. Robię zdjęcia i wrzucam na Instagram.

– czekam na zielone światło przechodząc przez ulicę. To nic nie daje. Na zielonym też jest niebezpiecznie.

– nie jem jagnięciny. Serio, to mnie wyróżnia. Kiedy informuję w restauracji, że nie jem mięsa (mam serce i nie straszę weganizmem), odpowiedź jest zazwyczaj taka: „nic nie szkodzi, mamy jagnięcinę”.

Ale… wyprzedzam na podwójnej ciągłej, mam przy sobie gotówkę, piję mocną, grecką wódkę jeszcze przed trzynastą, a na stole na stałe zagościły oliwki. A to dopiero początek.

 

 

 

Providence nocą…

Jest halloweenowy wieczór. Jest wietrznie choć wyjątkowo, jak tę porę roku, ciepło. Środek miasta Providence – stolicy Rhode Island. Parking przy akademikach licznych w mieście uczelni. Obok piękne centrum handlowe i drogie restauracje. Na ulicach raczej pusto. To nie Nowy Jork. Providence zasypia, w dni powszednie nawet dość wcześnie. Biegające po ulicy, przebrane za potwory i jednorożce dzieci siedzą teraz w domu i przeliczają swoje cukierkowe zbiory. Na parkingu, tuż pod oknem jednego z mieszkań akademika zaparkowany jest samochód, w nim mężczyzna. Pewnie czyta jakieś wiadomości na swoim telefonie, pewnie na kogoś czeka. Podjeżdża inny samochód, zatrzymuje się obok tego zaparkowanego z mężczyzną w środku. Ktoś wychodzi, wyciąga broń, oddaje kilka strzałów, wsiada do samochodu i znika. Mężczyzna w samochodzie nie żyje. W mieszkaniu, pod którym zaparkowany jest samochód upada na podłogę mężczyzna przypadkowo stojący przy oknie. Dostaje zabłąkaną kulą przez szybę swojego okna. Zawożą go do szpitala w poważnym stanie.

I niby nie ma się czemu dziwić. Zdarzają się w Stanach większe strzelaniny, giną przypadkowi ludzie, mordowane są dzieci. Nie ma się czemu dziwić skoro jedna trzecia Amerykanów posiada broni, a ponad 40 procent ma do niej dostęp w domu. Każdego dnia ponad dziewięćdziesiąt osób w Stanach ginie od postrzału (dane tutaj). Codziennie słyszy się o jakieś dużej strzelaninie. Ba, w większych, bardziej niebezpiecznych miastach codziennie słyszy się jakąś strzelaninę. Tak jak ta na parkingu, to często porachunki kryminalistów. Tak jak w mieszkaniu przy parkingu, często obrywają przypadkowi ludzie. Taki nienormalny kraj. W takim przyszło nam żyć przez moment, przez dłuższą chwilę, czasem na zawsze. Nikt się strzelaninom, szczególnie takim jak ta parkingowa, nie dziwi, o takich jak ta nawet się nie mówi, nie pisze. Dla mnie ta była najważniejsza.

Dzień wcześniej na miejscu samochodu z zastrzelonym gangsterem stała niebieska Toyota Prius. Stała tam też kilka dni wcześniej, miesiąc wcześniej. W Toyocie siedziałam ja. Sprawdzałam wiadomości w telefonie i czekałam na moich dwóch uczniów, których dzieli tylko ściana od postrzelonego przypadkowo mężczyzny przy oknie. Podczas strzelaniny jeden brał prysznic, drugi robił herbatę w kuchni. Moja Toyota była wtedy zaparkowana pod moim domem. I wiem, że nie można się dać zwariować, nie można żyć w ciągłym strachu. Mogę przecież zginąć w wypadku samochodowym, wpaść pod pociąg, utopić się, albo zabije mnie jakaś paskudna choroba. Ale siedząc w samochodzie na parkingu dzień po strzelaninie myślałam sobie jak ten surrealizm bycia przypadkową ofiarą śmiertelną w niezwykle bezpiecznym mieście, na oświetlonym parkingu, obok mieszkań studentów renomowanych uczelni staje się bardziej realny, bardziej prawdopodobny, trochę bardziej przerażający. W miejscu gdzie zawsze parkowałam, stał rząd zapalonych świeczek i dla kontrastu, puste butelki po alkoholu. Było cicho, a w rogu parkingu czaił się wóz policyjny. Z nim, schowanym w krzakach, miałam się czuć bezpiecznie. W wiadomościach przeczytałam, że i tak nie jest źle, bo to siódme zabójstwo w tym roku w naszym mieście, a mamy ostatni dzień października. Rok temu było gorzej.

Dzień z życia…

To przy okazji, z okazji zbliżającego się Halloween

Dzień z życia normalnej rodziny kablami do ładowarek połączonej ze sobą.

Żeby się w dialogach nie pogubić, proponuję legendę:

Czat rodzinny będzie w kolorze zielonym. 

Czat małżonków będzie w kolorze czerwonym, bo jest najgorętszy. Nie, nie z tego powodu.

Czat matki z córką w kolorze różowym, a z synem, w niebieskim.

7.29 (zaczynam o 7.30). Parking pod moją szkołą.

Ja: Jestem już. Cholerne korki. Dzieci w autobusie, kot w szafie, mam nadzieję, że drzwi się nie zamkną. Mam sajgon dzisiaj, nie odpowiadam na wiadomości do pierwszej. Miłego dnia!

Chris: Ja też mam sajgon, nie odpowiadam na wiadomości do trzeciej i od trzeciej dziesięć do piątej. Po drodze do domu kupię najpotrzebniejsze rzeczy – chleb i wino. Miłego dnia.

Ja: Nie piję w tym tygodniu.

Mąż: Się okaże…

Córka: Maaaaamoooo!! Nie zakręciłaś dobrze mojej butelki z wodą. Wylała się. Cały plecak mokry, książki i ubrania na wuef. Ale wiocha!

Ja: Bardzo mi przykro. Jutro sama zakręcisz, wtedy się nie wyleje. A dziś musisz sobie poradzić.

Córka: Wiem, mamo…ale co ja teraz zrobię? Dobra, lecę na psychologię.

7.59 (lekcje zaczynam o 8.00)

Przeglądam ankiety moich uczniów z pytaniem co im się podoba na moich zajęciach, czego chcieliby mniej. Mam tylko dwóch uczniów, ale ankiety anonimowe są. Jeden chce więcej gramatyki, drugi mniej. Jeden chce więcej gier, drugi mniej. Jeden pisze, że lubi konwersacje (chyba z samym sobą, gdzieś bardzo głęboko w środku), drugi mówić nie lubi. Jasno z tego wynika, że robię wszystko jak należy. Nie zmieniam planu lekcji. Zmierzam do klasy.

Córka: Mamo, siedzę w łazience pod suszarką do rąk i suszę notatki. Super jest!

Ja: Nie ma cię na lekcji?

Córka: Psycholożka (tzn. nauczycielka od psychologii, a wiemy, że to nie to samo) mnie zwolniła. Mogę nie iść na wuef?

Ja: Ile razy nie byłaś w tym miesiącu?

Córka: Tyle ile było lekcji. Zawsze coś mi wyskoczy. Okres, Crohn, skręcona kostka.

Ja: To idziesz!

Córka: Nie idę. Spodenki i koszulka są mokre!

Ja: Ok, nie idź.

13.00. Przerwa na lancz.

Syn: Cześć. Na wuefie piłka uderzyła mnie w oba kciuki. Trochę bolą. 

Ja: Jezu! Dobrze się czujesz, dziecko? Bardzo boli? Byłeś u pielęgniarki? Nauczycielowi powiedziałeś? Co powiedział? Sine są? Spuchnięte? Tata wie? Mężu wiesz?

Syn: Tak.

Córka: Było ci niedobrze. Jak było, masz złamanie z przemieszczeniem. 

Syn: Mamo, boli mnie bardzo. Czy ty albo tata możecie po mnie przyjechać? Palce są spuchnięte i sine i nie mogę nimi ruszać. 

Ja: Bidulku mój. Już piszę do taty. 

Mąż: Wszystko będzie ok. To nic poważnego.

Ja: Jaś mówi, że go bardzo boli, ma spuchnięte, sztywne, krew się leje, niedobrze mu, na bank złamane. 

Syn: Wszystko w porządku tato. 

Syn: Mamo, boli…

Mąż: Przecież pisze, że wszystko w porządku. 

Ja: Do mnie pisze co innego. Ja uczę i mam ZERO dni urlopu. Możesz ty? 

Mąż: A może to poczekać do wieczora?

Córka: Mamo, on tak tylko mówi, że wszystko w porządku. Pamiętasz jak zbagatelizowałyśmy i trzeba było szyć mu palec? 

Ja: Nie może! 

Mąż: OK

2.30. Córka w drodze do domu, panowie w przychodni, ja ciągle w klasie z bardzo niekontaktową grupą dwóch Chińczyków.

Mąż: Jesteśmy w przychodni. Godzina czekania. Palce nie wyglądają tak źle.

Ja: Super, ale dobrze,że poszliście. Uspokoimy się. 

Córka: Nie umiem otworzyć drzwi? Nie działa! Nic nie działa?

Mąż: Spróbuj przyciągnąć.

Córka: Ciągnę.

Mąż: Porządnie.

Córka: ROBIĘ PORZĄDNIE!! Nie da się. Może ktoś się włamał. 

Mąż: Spróbuj pociągnąć jeszcze raz. 

Córka: Mamo, tata na mnie krzyczy. 

Mąż: Albo wejdź oknem. 

Ja: Dziecko mówi, że na nią krzyczysz.  

Córka: Dobra, wchodzę. 

Mąż: Kochanie, będzie dobrze. Wchodź. Bardzo cię kocham!

Córka: Jestem, ale gazem śmierci. Co jak wybuchnie?

Mąż: Co? Gaz? Spokojnie. Zobacz, czy kuchenka wyłączona. 

Córka: Wyłączona. Wygląda ok. Śmierdzi. A co jak wybuchnie? Co jak pies i kot zachorują? Co jak ja umrę?

Mąż: Dobra, dzwonię po kogoś. 

Córka: Mamo, boję się!

Syn: Mamo, gdzie tata? Poszedł gdzieś a mnie już wołają!

Ja: Nie bój się, nic nie wybuchnie!!! Czekaj na gościa!

Mąż: Zaraz ktoś przyjedzie. Chyba Jasia zawołali. Nie ma go. 

Pół godziny później.

Mąż: Jest już ktoś?

Córka: Tak.

Córka: Mamo, wielki taki facet. Trochę dziwnie. 

Mąż: I co?

Ja: Nie martw się. Na wszelki miej psa blisko. 

Córka: Poszedł już. Zakręcił coś. Powiedział, że już działa. Dałam mu wszystkie moje pieniądze. $135. Zostawił fakturę. 

Mąż: Jezu!

Ja: Jezu! 

Mąż: Mamy wyniki prześwietlenia. Ma wybite palce. Trzeba je nastawić. Jedziemy do szpitala.

Ja: Dobra, nie jadę dzisiaj na jogę. Jadę do domu. Za dużo się dzieje.

Córka: Mamo, trochę jeszcze śmierdzi. To ok?

Ja: Dziecko mówi, że śmierdzi gazem. A co jak wybuchnie?

Mąż: Jedź na jogę!

Mąż: Nie wybuchnie!

4.30. Wychodzę z pracy.

Ja: I co?

Córka: Nie śmierdzi.

Mąż: Czekamy na kolejne prześwietlenia. W przychodni, przez pomyłkę, dali nam wyniki jakiegoś siedemdziesięciolatka ze złamanym biodrem. 

Mąż: Jedziesz na jogę? 

Córka: Czy możesz kupić mi jogurt w Whole Foods jak będziesz na jodze?

Ja: Nie jadę.

Ja: Nie będę dzisiaj.

Córka: Co? Ale ty kochasz jogę. Jedź! 

Mąż: Jedź. Damy sobie radę. Palce nie wybite. Jeden trochę złamany. Palec unieruchomić i podawać ibuprofen. 

Ja: Nie jadę. 

Ja: Ale was kocham bardziej. Jadę do domu. Obierz proszę ziemniaki na kolacje.

Mąż: Co robimy na kolację?

Syn: Mamo, co na kolację! Głodny jestem. 

Ja: Ziemniaki.

Ja: Ziemniaki.

Mąż: Wstąpię po drodze po wino.

Ja: Wstąp!

Córka: Dlaczego zawsze ja?

 

 

 

 

 

Ogłoszenia…

Zdjęcie kradzione z internetu, ale niedługo już będę takie moje. Chania, Kreta.

Aniukowe Pisadło ogłasza, że żegna się ze Stanami. Będzie płakać żegnając się ze swoim uroczym domem, zaczarowanym, pełnym węży i skunksów ogrodem. Uroni łzę nad Bostonem, który kocha całym sercem i spocznie chwilę w zadumie nad wietrznymi plażami oceanu. Będzie jej brakowało uprzejmości w miejscach publicznych i uśmiechów na ulicy. Będzie jej brakowało koronkowych majtek z Victoria’s Secret i wegańskich cudów na kiju z Whole Foods. Najtrudniej jednak Aniukowemu będzie pożegnać się z ludźmi, których tutaj poznała i pokochała. Tych będzie jej brakować najbardziej. Ich przyjaźni, wsparcia, niezwykłej, pozytywnej siły, niewyczerpanej chęci robienia czegoś nowego, lepszego. Będzie Aniukowemu brakowało amerykańskiego optymizmu i wiary w swoje, i innych, umiejętności. Nie będzie jej brakowało przesady w tej wierze. Nie będzie jej brakowało wszechobecnego pół-profesjonalizmu i dysonansu między umiejętnościami na papierze, a umiejętnościami rzeczywistymi. Nie będzie jej brakowało zbyt długiej zimy, zbyt drogich leków i zbyt krótkich przerw na lunch.

Aniukowe razem z całą rodziną szykuje się do przeprowadzki do Grecji. A co tam Grecja? Aniukowe będzie mieszkać na pięknej wyspie, Krecie! Pisadło będzie jeść świeże owoce i warzywa z ekologicznych upraw miejscowych gospodarzy, będzie chodzić po skalistych górach, których na Krecie pod dostatkiem. Aniukowe nie będzie pływać, bo pływać nie potrafi, ale będzie korzystać z dobrodziejstw wody i plaż w inny, bardziej stacjonarny sposób. Aniukowe spędzi pół roku ze swoim dzieckiem numer jeden jako, że dziecko kończy liceum już w styczniu, i albo się pozabijają, albo utworzą więzi nierozerwalne. Najważniejsze jednak, że Aniukowe będzie mogło zobaczyć swoją rodzinę częściej niż co kilka lat i nie będzie musiała kart kredytowych spłacać przez dwa kolejne. Pisadło jest wielce szczęśliwe i nie może się doczekać końca stycznia kiedy to spakuje dobytek swój i do Europki wróci!

Można gratulować!

Zaćmienie i joga…

Zamiast na niedzielną sumę, chodzę na jogę. Bardzo lubię te niedzielne właśnie. Są długie, okraszone medytacją, opowiadaniem jakimś, kawałkiem sutr (aforyzmy z ksiąg jogi) i oczywiście samymi asanami prowadzonymi przez niesamowitą znawczynię anatomii ciała i umysłu, i nadzwyczajną nauczycielkę jogi. To moja terapia. Moje psychotropy. Moja grupa wsparcia.

Dzisiaj nastąpi całkowite zaćmienie słońca w Stanach. Nastąpi w pasie środkowych stanów, do których akurat nie należę. U nas będzie widocznie w sześćdziesięciu procentach. O tym właśnie była wczorajsza joga. Wiele osób praktykuje jogę zgodnie z fazami księżyca. Według filozofii jogi, nasze ciało i nasz umysł są częścią wszechświata. Jesteśmy z nim połączeni, od niego zależni, współistniejemy z nim. Wszystko co się dzieje we wszechświecie, w naturze, ma odzwierciedlenie w naszym ciele, naszych emocjach i naszym umyśle. I tak na przykład wierzono, że podczas pełni księżyca nie powinno się praktykować jogi ponieważ ma się tyle energii w sobie, tyle siły, tyle emocji, że można sobie krzywdę tą energią zrobić. Podczas nowiu energia nasza (w sanskrycie zwana praną) jest, z kolei, bardzo słaba. Przejawia się to tym, że jesteśmy zmęczeni, śpiący, nic się nie chce, więdniemy. Wtedy praktykujemy jogę regenerującą (restorative yoga). Ćwiczymy skręty tułowia otwierające przepływ słabiutkiej energii, ćwiczymy oddech. Po takiej załamce energetycznej, przychodzi nowe. Wraz z przyrostem księżyca, nasza prana staje się coraz silniejsza, jesteśmy coraz to bardziej kreatywni, mamy pomysły i siłę do ich wykonania, rozkręcamy się. I tak w kółko. Tak się składa, że dzisiaj akurat przypada księżycowy nów z zaćmieniem słońca w bonusie. Trzymajcie się wszyscy czego popadnie. Możemy czuć się słabiej, do kitu, w ekstremalnych przypadkach, do dupy nawet. Ale za to jaki nowy początek nas czeka!!! Niektóre teksty mówią, że takie zjawiska mają wpływ głównie na większe skupiska ludzi jak na przykład miasta, czy państwa. No i to jest dobra wiadomość. Stanom przyda się zmiana. Wszystko jedno jaka, bo w tej sytuacji, każda zmiana wydaje się być zmianą na lepsze. Niektóre źródła mówią, że dotyczy to głównie jednostek.

U mnie już. Nastąpiła „przed-zaćmienna” zmiana. Dostałam pracę. W dobrej szkole prywatnej. Będę uczyć pół dnia, pół dnia będę administratorem programu. Cokolwiek to znaczy. Powinnam być szczęśliwa. Powinnam byś pełna entuzjazmu i energii do pracy. Mam pracę, zarabiam, płacą ubezpieczenie, dentystę (w Stanach to rarytas). Mam swoją klasę, mogę z tym pomieszczeniem robić co mi się podoba. Mam też biuro z widokiem na rzekę. Dwadzieścia minut od domu. A mam pustkę. Czuję tylko ulgę, że wreszcie coś mam, że wreszcie znalazłam. Dlaczego mnie to nie cieszy? Dlaczego nie piszę planów lekcji, nie rysuję tabelek, nie robię prezentacji? Czy to tylko spadek formy? Padnięta na pysk prana? Czy jest jeszcze coś innego? Coś co mnie uwiera, nie daje spokoju… Jak się dowiem, doniosę.

Miłego zaćmienia niektórym, a wszystkim samych zmian na lepsze życzę!

 

P.S. Gdyby ktoś nie wiedział skąd te zaćmienia, spieszę z hinduską mitologią. Kto by tam nauce wierzył. A że się na żadnej mitologii nie znam (hinduską czytam trochę z potrzeby) i opowiadać ładnie nie umiem, dat nie pamiętam, imion i nazw, tym bardziej, opis będzie w stylu Drunk History (kto nie zna, a zna angielski, proszę tutaj, tutaj, albo tutaj). Kto ze mną pił, będzie mu łatwiej. Lecim… Tak się zdarzyło, że demony i bogowie hinduscy nie przepali ze sobą. Ciągle ze sobą walczyli, nierzadko dochodziło do rękoczynów. Bóg Wisznu chcąc ich pogodzić powiedział: „No słuchajcie, jest tam taki super extra nektar na dnie oceanu. Najlepszy na świecie. Kto się go napije, będzie nieśmiertelny, piękny, mądry i takie tam… Musicie współpracować i nektar z dna wydobyć”. No to się dwie drużyny zawzięły, złapały potężnego węża imieniem Wasuki, jedna drużyna trzymała łeb, druga kuper. Przerzucili węża przez górę Mandara i tak nią kołysali, że odwrócili ją do góry nogami i z dna oceanu wypłynął pyszny nektar. Mądraliński Wisznu porządził się nektarem i poczęstował nim samych bogów, olewając demony. Jeden z demonów, Rahu, się rozeźlił, przebrał się za boga i stanął w kolejce do kielicha. Już mu Wisznu kropelkę jedną do gęby nalał, aż tu nagle Słońce i Księżyc drą się, że to zdrada, że to hultaj Rahu przebrany za boga! Jak się Wisznu nie wkurwi, jak się nie zamachnie… Łeb mu odciął. Jednak Rahu nie zszedł był całkiem, bo kropelka nektaru uratowała mu życie, a konkretnie głowę, bo tułowia już nie. Nie trzeba było długo czekać na zemstę demona. Rahu ze złości połknął słońce. No i mamy zaćmienie. Nie miał biedaczysko reszty układu pokarmowego więc mu szyją szybko słońce wyszło. Koniec zaćmienia. Potem księżyc. I tak w kółko…

No i tyle. Bajki Andersena – flaki z olejem.

 

Szukam pracy…

Zdolna, z doświadczeniem zawodowym, niemłoda ciałem, ale duchem i owszem, nauczycielka języka angielskiego poszukuje pracy w pełnym wymiarze godzin. Nie, nie mówi po hiszpańsku, a szkoda i tak, jest obywatelką. Ma na to papiery. Nie, nie chce sprzedawać ubezpieczeń na życie i tak, wie co to PowerPoint. Nie, nie może dojeżdżać do New Jersey i tak, wie jak pisać wypracowania. Na lekcjach nie pije, z uczniami z reguły nie sypia i przeklina tylko po polsku. Jest dyspozycyjna w granicach rozsądku, po niemiecku zorganizowana, wyrabia się z terminami i postara się jak jasna cholera żeby być wartościową częścią zespołu.

Szukam pracy. Wysyłam życiorysy (wyłącznie własne!), piszę zmysłowe listy motywacyjne, proponuję nowatorskie rozwiązania i oferuję autorskie projekty. I chodzę na rozmowy o pracę. Każda taka rozmowa kosztuje mnie głodówkę, bo nie mogę nic jeść z nerwów, biegunkę, bo wiadomo, że ona zawsze w najmniej oczekiwanym momencie, ból głowy z odwodnienia i głodu i napęczniały pęcherz podczas rozmowy z powodu intensywnego nawadniania się tuż przed. Potem jeszcze kosztuje mnie $13 za sześćdziesiąt minut dobrej jogi plus piętnaście minut medytacji żeby się jakoś po takiej rozmowie pozbierać. Na szczęście, jeszcze tylko jedna mnie czeka.

Na jedną taką rozmowę umówiłam się z panią Alison w eleganckiej kafejce. A bo już w godzinach popołudniowych się umówiłyśmy, a bo każdej z nas bardziej po drodze, mnie do niej, jej do domu, bo mniej oficjalnie będzie niż w jej biurze na pięterku pięknego budynku uczelni. A uczelnia ci to jest, że ho ho, nie byle jaka. Pani Alison, szef wydziału języka angielskiego jako obcego tejże uczelni umówiła się ze mną na siedemnastą. Będzie czekać przy dwuosobowym stoliku zaraz przy wejściu. Założyłam na siebie strój galowy i buty na obcasie. Nauczona doświadczeniem, tym razem wybrałam obcas typu kaczuszka. Na inną rozmowę założyłam na wysokim i rozmówca, prawdopodobnie niedoszły szef, był ode mnie o głowę niższy. Speszyliśmy się oboje. Z klasyczną, czarną torebunią w zgięciu łokcia, stukam ci ja kaczuszkami biegnąc po parkingu dwie minuty spóźniona. Przed drzwiami, biorę głęboki oddech i wchodzę. Wita mnie uśmiechnięta, wstająca zza dwuosobowego stolika tuż przy wejściu, kobieta. Podchodzi, wyciąga dłoń, ja przepraszam za spóźnienie, ona w tym samym czasie się przedstawia. Ja się przedstawiam, ona równocześnie ze mną odpowiada, że nie szkodzi, że się spóźniłam. Chwalę wybór kafejki, bo i z gustem urządzona i przestronna i bez tłumów. Ona proponuje kawę, ja dziękuję, piję tylko o poranku. Ale może ona się napije? Też dziękuje, też pije tylko rano. No to już mamy coś wspólnego. Ha ha ha, hi hi hi… Ona proponuje żeby wyjść na zewnątrz. Mają taki przyjemny ogródek. Wyborny pomysł. Po drodze przeprasza, że tak na luzaka trochę ubrana, ale grała w tenisa całe przedpołudnie. Z kolei ja przepraszam, że może zbyt oficjalnie, ale pomyślałam, że w końcu to rozmowa o pracę. Z szacunku to wszystko. Dodaję, że to piękny dzień na grę w tenisa. Przytakuje. Siadamy, ona zaczyna czegoś szukać w torebce. Od kiedy grasz w tenisa? – pyta mimochodem. Przyznaję, że w życiu nie trzymałam rakiety do tenisa. Wybucha śmiechem. Pewnie jakiś lokalny żart. Wypada udać rozbawioną. Udaję. A jakie są twoje wrażenia z uniwersytetu Brown? – pyta wciąż grzebiąc w torebce. Bardzo specyficzne poczucie humoru… No wiesz, jeszcze nie wiem jak to jest pracować z wami, ale mam nadzieję się dowiedzieć – odpowiadam dumna, że łapię w lot jej żarty. Myślałam, że tam studiujesz…- powiedziała powoli spoglądając na mnie. Skądże znowu, ja już się nastudiowałam w życiu. Mam wszystko czego potrzebujecie. Na twarzy kobiety zarysowała się niepewność. Jesteś Julia i przyszłaś na rozmowę w sprawie pracy jako instruktor tenisa, tak? – zapytała.

Leżałyśmy rycząc ze śmiechu na stole jeszcze kilka sekund zanim załapałam, że jestem jeszcze bardziej spóźniona na spotkanie z właściwą osobą.