Lista do Seattle…

Przed wylotem do Seattle zrobiłam dzieciom plan zajęć na cały tydzień. Wisi na drzwiach wyjściowo-wejściowych i oczy się o niego potykają. Ponoć wszystko idzie zgodnie z planem (piszę z pokoju hotelowego). Tutaj notka dla zainteresowanych: mini post na temat kalendarza w temacie dwujęzyczności tutaj. Zapraszam. Kalendarz jest bardzo nakazujący, nie wspomina o przyjemnościach, nie wylicza ani duchowych ani fizycznych rozrywek. Pakując się, na walizce znalazłam plan zajęć dla mnie zrobiony przez moje dzieci. Nie ma kuwet, czapek na uszy bo zimno, odkurzania i matematyki. Są same duże przyjemności i małe uciechy. Moje dzieci są lepszymi dziećmi niż ich matka mamą z tego wychodzi. Chyba że dzieci są takie, bo matka tak wychowała, wtedy brawo ja! To jedziemy z listą…

widok z okna naszego centrum konferencyjnego

TAKE LOTS OF PHOTOS było napisane. To też wzięłam. A było czego brać. Seattle jest niezwykle ciekawym miastem. Pogoda jest w kratkę z przewagą kraty deszczowej. Jakaż natomiast radość kiedy na kilka minut, niespodziewanie wyjdzie słońce. Szklane budynki odbijają się w sobie nawzajem, odbijające się również obłoki płynnie suną w oknach i szklanych ścianach, woda ze szmaragdowego przybiera niebieski kolor. Atmosfera miasta – NIESAMOWITA! Wydaje się, że zziębnięci ludzie szukają ciepła i kolorów w ubiorze, w wyborze używek rozweselających, w muzyce na ulicach, śpiewie, na pełnym życia, kolorów, zapachów targu rybnym i w tysiącach restauracji, kafejek, barów i stoisk z pysznym, na oczach ludzia robionym jedzeniu. Na targu rybnym jadłam najsmaczniejszą w życiu kanapkę z lekko zwęglonym łososiem. Repeta leży obok mnie kiedy to piszę.

Chuhuly Garden 

BUBBLE BATH…no nie lubię. Uważam to za stratę czasu i nawet moje ćwiczenie uważności na gnuśnienie w kąpiel bąbelkowej nie pomoże.

Space Needle

NAILS…U nóg zawsze pomalowane, u dłoni tylko w bardzo ważnej sprawie. Seattle zaliczyłam do kategorii ekscytujące, nie ważne.

ryby na targu 

DRINK WINE… w Rhode Island nie można kupić alkoholu w sklepie spożywczym. Są od tego oddzielne, alkoholowe. Myślę, że to zmniejsza konsumpcję alkoholu przeciętnego Amerykanina. Amerykanin kiedy ma zrobić dodatkową pracę kończynami dolnymi, woli nie pić. A ja spacery lubię. Przespacerowałam się do drogerii po plastry na bąbla na nodze, a tam w drogerii wino, do tego moje ulubione. Jak tu nie pić wina jak stoi między plastrami a podpaskami. Oprzeć się nie można.

mokra uliczka w Seattle

AND COFFEE…W marcu 1971 roku założony w Seattle pierwszy Starbucks. Od tego czasu otwierają chyba co kwartał nowy, bo ma się wrażenie, że kupujesz kawę w jednym, robisz dwa łyki, a trzeci łyk robisz mijając kolejny Starbucks. Na dobrą sprawę można przejść całe miasto bezustannie siorbiąc Starbucksową, kawę jak kto lubi.

zdjęcia pożaru w Seattle w 1889 roku, w którym spaliło się dosłownie całe miasto

TEA…no właśnie. W Stanach ogólnie jest słabo z dobrą herbatą. Nawet z niedobrą też jest problem. Przywiozłam swoją lawendową i kupiłam wodę gotowaną do niej. W Starbucks ma się rozumieć.

Chuhuly Garden 

MAKE SOME FRIENDS…Iluż ja ludzi poznałam…żeby tam od przyjaciele, nie powiedziałabym (z wyjątkiem jednego przypadku), ale poznałam bardzo ciekawych ludzi na konferencji. Wszyscy bardzo inteligentni, inspirujący pasjonaci języka i jego nauczania. Niesamowite jest to jakiego kopa może dać autor książki, której nie przeczytałam, jak mocno potwierdzić moje przekonania dydaktyczne dyrektor programowy nieznanej mi organizacji. Ile inspiracji może przynieść pięciominutowa rozmowa z wysuszoną jak śliwka nałęczowska specjalistką od szkolenia nauczycieli. Jak się można intelektualnie zakochać w językoznawczyni z ciężkim słowackim akcentem. Uważam to za zaszczyt, że mogę poznać, posłuchać, otrzeć się ramieniem o takich ludzi.

DON’T FORGET TO MEDITATE…nie zapomniałam. I nie zapomniałam też dzwonić do dzieci każdego dnia, czasem razy dwa nawet…się chwali i poklepuję się po plecach.

GET SOME SLEEP…rozmiar królewski łóżka zobowiązuje. Spałam. Sama. Dużo i spokojnie. Bez innych jednostek ludzkich, psich czy kocich, skaczących po mnie i z braku myszy przynoszących nocą w hołdzie hałaśliwe, kocie zabawki pod nos.

CONFIDENCE…napisane dużymi literami, znaczy, że ważne! No coż…chyba z tym mam najgorzej. Trudno czuć się pewną siebie w sali samych pewnych siebie uczestników, zadających pytania, które wprawdzie przyszły mi do głowy, ale głowy nie opuściły. Trudno czuć się pewną siebie kiedy wielu z przedstawiających oszałamia wiedzą, językiem, znajomością tematu, charyzmą. Trudno czuć się pewną siebie i wypytywać o możliwości pracy, współpracy, kooperacji i koprodukcji. Kursu asertywności nie zaliczyłam. Trudno czuć się pewną siebie kiedy czas niepewny, praca niepewna, mózg niepewny i serce nie nadąża. Doniesiono mi , że na niepewną nie wyglądam. Może ze mną już tak źle, że nie jestem pewna, że jestem choć ciut pewna siebie…

DON’T FORGET…jak miałabym zapomnieć o konferencji jak sześć tysięcy uliczników biega po mieście z identyfikatorami TESOL. Na pierwszą moją konferencję, i jedyną jeśli mnie dziurawa jak sito pamięć nie myli, dojechałam rowerem. Była w hotelu pięć minut od mojego domu i dotyczyła budżetu rad szkolnych w szkołach ministerstwa obrony US w Europie. Bardzo zawężony temat, toteż i grono, a przede wszystkim entuzjazm był wielce zawężony. Moje zaangażowanie było również minimalne. Nic poza tym żeby się od Włoszek wywiedzieć gdzie fajne buty można kupić, mnie nie interesowało. Na konferencji TESOL wręcz przeciwnie. Wszystko mnie interesował. Aż za bardzo. Interesujących mnie tematów było zdecydowanie zbyt wiele, prelegenci w większości znakomici, słuchacze zaangażowani, a ja zasłuchana po uszy. Mam głowę pełną pomysłów i poprawek do tych pomysłów. Mam tylko nadzieję, że pamięć nie zawiedzie i że notatki dobre.

TedTalks w klasie…trochę się chyba zakochałam w panu…

STAY AWAT FROM CALIFORNIA…nikt, łącznie z autorem tego punktu nie mam pojęcia co to znaczy. No ale do Kalifornii było daleko, więc zaznaczam, że zrobiłam…

WATCH OUT ON FLOATING BRIGDES…z aż dwoma znakami zapytania. Nie zaznaczam, bo mostu takiegoż nie widziałam więc i uważać nie było potrzeby.

HAVE FUN WITH THE POLISH LADY…no właśnie…Polish Lady. Znalazłam taką jedną przez Internet, przed wylotem do Seattle. Poznałam pierwszego dnia i pokochałam od pierwszego wejrzenia. Myślę, że to właśnie ona była punktem głównym tej konferencji. Cudowna, ciepła, otwarta, niezwykle mądra życiowo i profesjonalnie, pełna pomysłów, ochoty do pracy i takiego zbalansowanego entuzjazmu. Była moją towarzyszką pokarmową, słuchaczem i bardzo ciekawym gadaczem. Przegadałyśmy wiele godzin zwiedzając miasto, pijąc wino i gorącą herbatę w pokoju hotelowym. Polish Lady jest inspiracją, drzwiami do nowych możliwości i pomysłów, kimś kogo podziwiam i bardzo szanuję! I myślę, że będzie o niej jeszcze głośno!

Chuhuly Garden 

EAT GOOD and EXPENSIVE FOOD…okazuję się, że good wcale nie jest expensive w Seattle. Opinie są takie, że Seattle słynie z dobrego, różnorodnego, lokalnego i zdrowego jedzenia. Opinia raczej w punk. Jedzenie pyszne!! Spałzowałam weganizm na tydzień i wyjadłam mieszkańcom Seattle wszystkie ryby. Nigdzie ryby nie smakowały tak dobrze jak tam. Łosoś z Alaski, który pewnie na płetwach sam przychodzi do restauracji i się na talerz rzuca był wyśmienity. Libański lancz ostatniego dnia – niebo w gębie! Jedzenie jest zdecydowanie jedną z atrakcji Seattle.

Dodatkowo poczytałam książkę w łóżku, spędziłam przemiły wieczór barowy ze znajomą sprzed stu lat, znalazłam jogę na kaca (tak, jest taka!!), nie zgubiłam klucza do pokoju hotelowego i pobiłam rekord w przedstawianiu się i tłumaczeniu się z akcentu, skąd jestem, skąd się czuję, że jestem, dlaczego mnie tam nie ma i kiedy tam będę… Jeśli ktoś organizuje konferencję, poproszę o zaproszenie. Dobra jestem w te klocki!

 

 

 

 

Kalendarz…

Taki właśnie kalendarz zrobiłam dla dzieci kiedy wyjeżdżałam na tygodniową konferencję do Seattle. Wiadomo, kalendarz po to żeby dzieci nie poszły bez butów, czy głodne do szkoły, żeby dobytek czworonożny nie był zmuszony zjadać właścicieli, żebym ich wszystkich zobaczyła w dobrym zdrowiu i żeby mogła przejść przez dom nie potykając się o kanapki na podłodze i majtki na poręczy schodów. Kalendarz dla dzieci taki na wtedy kiedy nas nie ma, ale też na wtedy kiedy jesteśmy. Myślę, że przyda się i podczas naszej obecności. To świetne, pod warunkiem, że macie coś, czego mnie brak – czas, niedzielne, wspólne zadanie dla was i dla dzieci. Można pokolorować, wspólnie ustalić kto co robi i fajnie jest odfajkowywać poszczególne zadanie kiedy już są skończone. My co sobotę rano robimy menu na cały tydzień. Graficznie, bardzo nieapetyczne, ale spełnia swoją rolę. Robię zakupy tylko tych produktów, które są mi potrzebne, dzieci nie marudzą, że jakaś obiad – niespodzianki. Siedzieli z nami w sobotę i krwią kontrakt obiadowy podpisały. Jako rodzina wegetariańska łatwiej jest nam również ustalić proporcje i rodzaje potrzebnych do życia produktów. No i kalendarz, jak i menu są po polsku. Powtarzające się słowa w kalendarzu są łatwiejsze do zapamiętania, zarówno ich znaczenie jak i pisownia. Dzieci poznają słownictwo, którego powinny używać na co dzień. Można zamiast pojedynczych słów, pisać zdania. Można dzieci zaangażować i nakazać im te zdania samodzielnie napisać. Można wydrukować zdania na karteczkach, kazać przeczytać i przykleić w odpowiednich miejscach, na wcześniej przygotowanych szablonie kalendarza. Można wpisać tylko część zdania i pozwolić dzieciom zgadywać i wpisać resztę. Tak samo można zrobić w ramach jednego słowa, ćwicząc pisownię. Wszystko zależy od wieku waszych dzieci, umiejętności językowych i naszej, rodziców, motywacji. Taka świetna polska przekąska, którą trudno przeoczyć. Polecam.

Z Trumpostanu…

screen-shot-2017-02-04-at-5-04-20-pm

(karykatura autorstwa norweskiego artysty – Christiana Blooma)

No i przestało być śmiesznie i przestało mnie to mało obchodzić, przestałam mieć w tyle i się nie wtrącać. Do niedawna byłam najmniej politycznym człowiekiem w tym kraju, teraz zostałam zmuszona się choć trochę zaangażować. Jestem wściekła, zniesmaczona, ale przede wszystkim zatroskana, żeby nie powiedzieć, przerażona tym, co się dzieje w moim obecnym kraju. Martwię się o przyszłość mojej rodziny i całego, połączonego krwioobiegiem świata. Brzmi pompatycznie, wiem, ale sytuacja wymaga pompy, choć może raczej bomby wymaga żeby to wszystko durne pomarańczowe wysadzić w cholerę! Z przyjaciółmi i świtą.

Codziennie siadając do kolacji przynosimy do stołu nowe, złe wiadomości, co kto usłyszał, zobaczył, pomyślał, czy poczuł. I ulubiony łosoś mniej smakuje i wina nie starcza. Na koniec dopychamy się Trevorem i Stevenem i wkurwieni na maksa zasypiamy. I każdego wieczoru wydaje nam się, że gorzej być nie może…i każdego ranka okazuje się, że co jak co, ale gorzej zawsze może być.

I tak na przykład, według naszego prezydenta globalne ocieplenie to wymysł liberałów i szalonych ekologów. Nie ma czegoś takiego jak globalne ocieplenie, a skoro nie ma, znaczy trzeba usunąć wszystko na temat zagrożenia środowiska tymże wymysłem ze stron internetowych parków narodowych. Usunięto też badania i informacje na temat zmian klimatycznych ze strony internetowej Białego Domu. I już. I problem, który zagraża całemu światu, którego skutki widoczne są dla wszystkich, którzy mają oczy i uszy otwarte, zniknął. Nikt nie będzie edukował dzieci w tym kierunku, nie będzie badań, przepisów, zaleceń…po co? Przecież nic się nie dzieje.

Kolejny niewypał to dekret ograniczający wjazd do USA obywateli kilku niefortunnych krajów wybranych poprzez ciskanie rzutkami w mapę chyba, no bo na pewno nie w jakiś logiczny, poparty dowodami, statystykami, czy choćby minimalnie racjonalnym myśleniem sposób. Dekret ten wywołał ogromne poruszenie wśród podróżujących do Stanów. Ludzie, którzy czasami po wielu latach starań, tonach dokumentów, litrach łez i marzeniach o lepszym, często po prostu bezpiecznym, życiu dla siebie i swoich dzieci zostają zawrócenie z lotnisk w swoich krajach, na lotniskach tranzytowych, czy, już na miejscu, skuci w kajdanki wyprowadzani z sali przylotów na wielogodzinne oczekiwanie na pomoc. Na wielu amerykańskich lotniskach rozegrały się nieprzyjemne i pełne emocji sceny. Strach o siebie, o najbliższych, czasem strach o swoje życie spowodowany bezmyślnym i najprawdopodobniej bezprawnym dekretem jednego kretyna. Kto choć raz przyleciał do Stanów z „przygodami”, dobrze wie jak poniżające i upadlające może być powitanie amerykańskich służb granicznych. Codziennie słyszę coraz więcej historii zatrzymanych podróżujących, studentów, lekarzy, pacjentów, naukowców, mężów, żon i dzieci i nie mogę uwierzyć, że to się dzieje naprawdę.

Mur meksykański, rozpoczęcie odkręcania reformy ubezpieczeń zdrowotnych wprowadzonych przez prezydenta Obamę, plany obniżenia podatków i propozycje takich debili jak pani DeVos na tak ważne stanowisko jak departament edukacji i tysiąc innych, potencjalnie niebezpiecznych rzeczy to pewnie dopiero początek. I nie pozostaje nic innego jak tylko pakować manatki i zwiewać stąd gdzie pieprz rośnie, albo gdzie kapusta, ziemniaki i dobre jabłka… Ale kiedy doszliśmy do wniosku, że wszystko czego teraz od życia chcemy, to Europa, okazało się, że kolejny dekret prezydentunia naszego to zamrożenie etatów w sektorze rządowym, czyli praktycznie zerowe szanse na pracę w Europie. I dupa blada! Zaczynamy starania o status uchodźców w jakimś fajnym europejskim kraju. Myślę, że podstawy do tego mamy…

I koniec, o Trumpie już nie napiszę. Wątrobę mnie to kosztuje.

 

 

Wesołych…

fullsizerender-1

Trzymałam się jakoś. W końcu nie pierwszy raz będę z daleka od domu. Zamknęłam się na fejsbukowy świat co by mi lampkami choinkowymi po oczach nie dawał. Żeby czymś łeb zająć, dołożyłam sobie dwa projekty w pracy, zrobiłam przedświąteczną imprezę dla watahy nauczycieli i adoptowałam kota. Kot okazał się wielce wymagającym stworzeniem, powadził się z psem i dostał kataru. Projekt okazał się czubkiem góry lodowej projektów i cała góra moja, a że nie lubię amerykańskiego imprezowania z plastikowymi sztućcami, humusem z pudełka i ciasteczkami z układem okresowym pierwiastków to aż urlop z racji przygotowań wzięłam. Wszystko o dupę rozbić. Z wdzięczności za polską nadgościnność dostałam od przybyłych książkę. Książka emigrantki, Beaty Zatorskiej, Sugared Orange to historie i przepisy kulinarne z zimowej Polski. Przepisy, przepisami, bo ze mnie taka kucharka jak z koziej dupy trąbka, ale historie…jakie piękne, jakie szaro-bure choć białe od śniegu, pachnące kapustą, sianem pod wigilijnym stołem i spalanym węglem i śmieciami z całego dnia… Na pierwszej stronie Juliusz Słowacki i Zofia Bobrówna i jak stałam, tak czytałam, a jak czytałam, tak płakałam. Ale tylko w środku, ale tylko do wewnątrz, bo dzielną trzeba być, radę sobie dawać, psa nakarmić, podłogę zmyć, święta za pasem, a roboty huk przecież!

Historie wszystkie przeczytałam jednym tchem. O przygotowaniach do świąt, o roratach, o Mikołaju, o wigilii… Nie musiałam długo szperać w pamięci żeby odnaleźć swoje. Przypomniały mi się roraty, na które trzeba było biegać, bo księża mieli subtelny sposób kontroli obecności – rozdawanie obecnym puzzli, które na koniec tworzyły obrazek, który to odmalowany brał udział w konkursie kościelno-plastycznym. Nie ma to jednak jak znajomości. Koledzy ze szkolnej ławy dorabiający wieczorami jako ministranci sklejali śliną dwa obrazki i rozdawali obecnym, a ci zaś rozprowadzali rano w szkole za zadanie domowe czy obietnicę małżeństwa. Godnym tego zaszczytu dawano na nocleg ceramicznego Jezusa w skali jeden do dwóch. Nachodziłam się ja na te roraty zanim dostałam Jezusa do domu. Żeby mu osłodzić żywot i zatrzeć wspomnienia stajenki lichej, Jezus spał na miękkim fotelu owinięty kocami, ale i koce nie pomogły jak jakimś cudem spadł i się mu palec, którym niebiosa wskazywał, ułamał. Butaprenem podpięliśmy i ręka boska jak nowa.

Naszą tradycją w wigilijne przedpołudnie było jeżdżenie po wsi z opłatkiem. Mama pakowała nas do malucha i za głośnym nie-przyzwoleniem babci, która zostawała z całą robotą sama, włóczyliśmy się po rodzinie. A to u cioci Halinki kapusty się spróbowało, a tu u cioci Hani sernika. Bardzo lubiłam to jeżdżenie. Wszyscy w takim niepotrzebnym biegu, bo wiadomo, że wszystko już gotowe, posprzątane, upieczone, ale jeszcze, a to śliwkę do kompotu dorzucić, a to rybie płetwę dosmażyć. Wszyscy biegający, choć już odświętnie biegający – była chwila żeby usiąść, kawę wypić, pogadać i bulgoczących potraw wigilijnych popróbować.

W wigilię w naszym domu było zawsze tłocznie, gwarnie i pachnąco pysznym jedzeniem. Przed kolacją wieczna nerwówka…bo pierogi się rozlatują, bo kapusta niedoprawiona, bo dziadek poszedł się z krowami opłatkiem podzielić i zniknął, bo wujek Heniek jeszcze pod Katowicami, a tu gwiazdka już na niebie, wszystko stygnie i czas zaczynać. Wpychamy siano pod obrus przewracając dekorację i świece. Wyjącego Jaśka w białą koszulę trzeba wbić, prezenty pod choinkę teleportować i nauczyć Chrisa modlitwy naprędce. A potem nagle wszyscy są, stają przy stole, robi się cicho, spokojnie i całą gębą świątecznie…

Nie mam do kogo pojechać w wigilię. Opłatkiem podzielę się z moimi japońskimi uczniami, którzy połamią sobie języki na „wesołych świąt” a kapustę wigilijną kupiłam w słoiku w polskim sklepiku. Kapusta wigilijna w słoiku ze sklepu brzmi jak epitet sprzeczny, smutny oksymoron… Pogadam z całą rodziną sześć godzin wcześniej niż bym chciała, odpiszę (albo i nie, bo nie trawię smsów z życzeniami) na świąteczne smsy i usiądziemy przy świątecznym stole kiedy wszyscy, z którymi chciałabym spędzać święta, będą już spać, a co wytrwalsi wybierać się będą na pasterkę. I jak zwykle zrobię wszystko żeby było jak w Polsce, jak w domu. Będę nerwowa, że pierogi mi nie wyjdą, ciasto nie wyrośnie, nakrzyczę na dzieci że guzdrają się z nakrywaniem stołu i że koszula niewyprasowana, a sukienka niewystarczająco odświętna. I jak zwykle będzie pięknie, w miarę świątecznie, wystarczająco rodzinnie. I trzeci raz z kolei będę miała nadzieję, że to już ostatnie moje święta z dala od swoich.

Trochę smutno i trochę sentymentalnie, ale za to prawdziwie… składam wszystkim tutaj zaglądającym wesołych i pogodnych świąt, spędzonych w gronie najbliższych, tych widzianych na co dzień i nie widzianych od lat.

img_6953

(część obsady (Hania i Jaś) amatorskich jasełek zorganizowanych przez cztery polskie rodziny, Garmisch-Partenkirchen, 2007)

 

sprzeciw gaciom…

 

screen-shot-2016-10-30-at-8-04-56-am

źródło: beta.hotair.com

Tłumaczył się, że napisał ten list do gazety żeby rozluźnić gęstą atmosferę przedwyborczą, żeby rozbawić zbyt poważny elektorat i rozerwać, na strzępy chyba, zniecierpliwionych wyborców. Sześćdziesięcioletni Alan Sorrentino z sąsiadującego z moim miasteczka Barrington postanowił wypowiedzieć się na temat tak zwanych „yoga pants”. Spodnie na jogę to nic innego jak obcisłe leginsy, które bez względu w jakim są rozmiarze, zawsze, i na każdym kto nie jest dwudziestolatką o rozmiarze 32, wyglądają jakby były dwa rozmiary za małe. Rzeczony Alan napisał, że takie spodnie nie powinny być noszone przez „dojrzałe i dorosłe” osobniki płci żeńskiej. Mniemam, że płci męskiej tym bardziej. Porównał noszenie leginsów w miejscach innych niż siłownia do noszenia kąpielówek (tak, tak, tych naszych europejskich) przez mężczyzn w sklepie spożywczym. A pan Alan gejem jest więc jeśli mówi, że nie chciałby oglądać mężczyzn w obcisłych majtkach między puszkami kukurydzy, znaczy, że zwizualizował i wie… I wyraził swoją opinię i napisał co myśli o bardzo byle jakiej modzie w Stanach. I wolno mu dzięki pierwszej poprawce do konstytucji. I tu się rypnął…

Amerykanki się mocno wpieniły i powołując się na inny punk tej samej poprawki, zgromadziły się. I tak tydzień temu na ulicach Barrington w Rhode Island wyległo trzysta kobitek protestować przeciwko przemocy pisanej i odbieraniu im prawa do noszenie czego tam sobie na tyłek włożyć nie zechcą. Wyszły ma się rozumieć w leginsach wszelkiej maści, koloru i długości. Przespacerowały się po mieście wznosząc okrzyki oburzenia w stronę krytyka odzienia, niosąc plakaty nawołujące do wolności garderobianej i automiłości. Przeparadowały obok domu Sorrentino, który w odpowiedzi wywiesił sobie napis o wolności słowa i pocałujcie mnie w dupę. Pikietę zakończyły sesją jogi w parku i rozeszły się do domów. Sorrentino stał się symbolem ucisku kobiet – kobiety głównie uciskane przez zbyt ciasne leginsy i oberwały mu się nawet groźby odebrania i tak przerąbanego już życia.

A kobiety? A kobiety spędziły, czy jak kto woli zmarnowały, niedzielne popołudnie na walkę o prawo do noszenia obcisłych spodni. Nie na walkę o prawo do równego wynagrodzenia, ograniczenia praw do noszenia broni, o poprawę opieki medycznej, o zdrowsze lancze w szkolnej stołówce dzieci, czy więcej lekcji wuefu. Przebimbały niedzielę na walkę o prawo do noszenia grubszej wersji rajstop bez spódnicy. Brawo! Duch walki nie umiera. Bo nie wolno Amerykankom mówić w co mają się ubierać. Nie można im mówić w czym wyglądają źle i nieatrakcyjnie. Nie można zwracać uwagi, krytykować, wytykać, czy może po prostu wyrażać swojego zdania. Każda amerykańska kobieta może nosić co jej się podoba, czy raczej w czym jej wygodnie, bo ma się czuć w swoim ciele komfortowo, ma siebie akceptować taką jaka jest, ma siebie kochać, nic nie zmieniać i nikt ma się jej nie czepiać. A jak się doczepi, to mu się kilka śmiertelnych pogróżek wyśle i już. A co! A czy nie jest tak, że skoro jest pewna siebie, wygląda tak jak jej wygodnie, nosi i je na co ma ochotę, jeśli kocha i akceptuje siebie taką jaka jest, to taki Sorrentino ze swoimi komentarzami może jej do brzegu leginsów podskoczyć? I niech pisze co chce, bo taka Amerykanka wie, że wygląda zajefajnie w leginsach, w gumowych klapkach japonkach deformujących postawę i w piżamach… kupując pączki!

A tu jeden z tysięcy artykułów jeśli ktoś ma ochotę na angielski.

Dzień jak co dzień

DSC07057

Lancz nauczycielski.

– Słyszeliście o włamaniu do domu hodowcy marihuany? – zapytał On – nauczyciel i hodowca bardzo dozwolonej, medycznej marihuany.

– A gdzie? – zapytała Ona – nauczycielka i wierna słuchaczka sążnistych opowieści nauczyciela-hodowcy o etapach wzrostu rośliny, o krótkim czasie żniw i zupełnie niesprawiedliwych podatkach nakładanych przez władze stanowe.

– Ano za rogiem… – odpowiada on pałaszując do znudzenia już smaczną kanapkę z mozzarellą, pomidorem malinowym, odrobiną octu balsamicznego i dwoma listkami bazylii – i słuchaj jakie jełopy z tych włamujących się.

– A kim są włamywacze? – zapytała Ona rozpakowując swoją kanapkę. Ona nie lubi rutyny. Każdego dnia przynosi inną kanapkę. A to z grillowanym bakłażanem, to z serem feta posypanym świeżą miętą, a to śmierdzącą na całą szkołę kanapkę z tuńczykiem, rzadziej kanapkę z mięsem. Aspiruje do bycia wegetarianką.

– Jacyś smarkacze, którzy podsłuchali gdzieś, że facet hoduje marihuanę w piwnicy i w nocy włamali się do niej. Ale słuchaj jakie matoły… – lekko zniecierpliwiony On próbował ciągnąć dalej.

– Ale gdzie za rogiem? Newport? Providence? – dopytywała się Ona próbując upchać tuzin liści sałaty między dwa małe kawałki pieczywa.

– No jak to gdzie? Warwick przecież! – rzekł zdziwiony jej niewiedzą nauczyciel. Każdy przecież wie, że jak się pali, kogoś gwałcą, mordują czy topią, to w Warwick.

– No i dlaczego takie jełopy z tych włamywaczy? – zapytała Ona. Udało jej się upchnąć sałatę, zostało jeszcze awokado do zapakowania i można spokojnie jeść.

– Ziele nie było dojrzałe! Na tym etapie w ogóle nie działa – poinformował otwierając pudełko z ogórkami i z oburzeniem dodał– amatorszczyzna!

A ogórki to on robił wyborne. Obrane i pokrojone w kostkę mieszał z cebulą uprzednio pokrojoną w piórka, zalewał mieszanką białego octu winnego z cukrem. Zostawiał na noc. I dzielił się nimi ze wszystkimi. Smakują wyśmienicie.

– Gość usłyszał, że coś się dzieje w piwnicy, wziął pistolet i zastrzelił jednego włamywacza – ciągnął dalej On kończąc kanapkę i zabierając się za ogórki. – Jak tam dzisiaj ogórki, Ania?

– Dziś spakują jeszcze lepiej niż wczoraj – odpowiedziałam. Nigdy nie mówi kiedy przyniesie ogórki w zalewie więc czasami nie pasują do mojego lunchu. Tak właśnie było dzisiaj. Miałam sałatkę z pomidora i ogórka z sosem figowym. No ale darowanemu koniowi wiadomo…

– I wiecie co? Gościa aresztowali! – nauczyciel rozłożył ręce w geście niezrozumienia decyzji władzy.

– A za co? – zapytała totalnie zdziwiona Ona oblizując palce z resztek awokado po tym jak po mistrzowsku umieściła je między dwoma kawałkami pełnoziarnistego chleba.

– No ciekawe za co można aresztować człowieka, który zabił szesnastoletniego, nieuzbrojonego chłopca? – zapytałam żartem wahając się widelcem między moich figowy a jego ogórkiem w occie.

Oboje spojrzeli na mnie wielkimi rhodeislandowymi oczami. Przestali grzebać w kanapkach, przestali rzuć, wydawało się, że przestali oddychać…

– No co ty Anio (z kraju, w którym żeby zabić trzeba mieć broń, żeby mieć broń trzeba mieć pozwolenie, żeby mieć pozwolenie trzeba się nieźle nagimnastykować. Trzeba mieć jeszcze powód żeby chcieć odebrać komuś życie, powód musi być jakiś potężny, na przykład trzeba mieć coś bardzo cennego w piwnicy, może gromadkę swoich dzieci w śmiertelnym niebezpieczeństwie, a nie kilka doniczek ziela) ty nasz głuptasku! Nasza amerykańska świeżynko ty! Zabił bo mu ktoś wlazł na jego teren prywatny. Ale nie o to chodzi (nie o TO chodzi, ludzie!). Aresztowali go bo miał pozwolenie na dwanaście doniczek, a doniczek miał czternaście. Rozbój w biały dzień, nie prawdaż?!

Wyszłam. Tyle rzeczy do skserowania jeszcze.

 

 

Wracam po lecie…

IMG_6590

 

Kolejne lato prawie za nami. Pogoda na to zupełnie nie wskazuje (temperatura odczuwalna dzisiaj – plus 43 stopnie). To raczej liczne maile ze szkoły wskazują, papiery w skrzynce pocztowej do podpisania, listy, wnioski, podania i instrukcje. To raczej sklepy pełne dyń, puchowych kurtek i świeczek o zapachu indyka w śliwkach. To raczej kalendarz wskazuje na lata koniec. Niestety…

Ameryka do gusty mi nie przypada. Czym bardziej czuję się tutaj jak w domu, tym bardziej ten dom mi nie odpowiada i tym bardziej czekam na wyprowadzkę. I nie, nie wszystko jest do kitu. To jest naprawdę fajne miejsce. Uwielbiam otwartych, ciekawych ludzi i możliwości jakie daje ten kraj. Ale to nie jest moja bajka. Ja chcę do domu, do Europy. Jesienią chcę, wiosną chcę, zimą chcę najbardziej. A latem nie chcę! Bardzo nie chcę! Lato w Rhode Island to trzymiesięczna, nieprzerwana beztroska. I żeby nie było, chodzę do pracy, z wyjątkiem dwutygodniowego urlopu, codziennie, nie mam sprzątaczki ani kucharza, ani ogrodnika. Mam dwoje nastolatków w domu, zapalenie zatok co dwa tygodnie i sama depiluję sobie nogi. Ale i tak jest beztrosko.

Latem wszyscy nabierają innego tempa. Wszystko jest wolniejsze, opalone, wyluzowane, z piaskiem w majtkach i drinkiem w dłoni. Żywię się głównie wodą z cytryną i mięta. Zrobiłam się totalnie amerykańska i nie rozstaję się z kubkiem termicznym. Nawadniam się co kilka minut. Jem najsłodsze pod słońcem arbuzy i homary za 20 zeta. Kupuję pudełko mozzarelli, siadam pod krzakiem swoich pomidorów, obok doniczki z bazylią i jem. Wstaję po piątej i idę z psem na spacer. W parku jest cicho, rosa prawie paruje, podczas odpływu białe, dostojne czaple dosypiają jeszcze stojąc w czarnym, odpływowym błocie, Izzy goni wyrwane ze snu zające, a ja popijam pierwszą kawę.

W samochodzie, w pościeli, w książkach, we włosach, w wypracowaniach moich uczniów, wszędzie jest piasek. I już nie przeszkadza mi, nie mierzi. Uwielbiam! To taki znak, że jest lato i że mieszkamy nad oceanem. Obawiam się trochę o pralkę – nie jestem pewna ile piachu może taka znieść. Nigdy przedtem nie mieliśmy tylu kostiumów kąpielowych, bikini, spodenek do pływania. Mamy takie pod kolor klapek, w zależności od natężenia słońca, kierunku wiatru i nachylenia plaży. Desek do pływania nie wyciągamy z samochodu, kajaki stoją pod drzwiami a kamizelki ratunkowe suszą się na płocie.

Uwielbiam ogniska w naszym ogródku z piankami znad ognia i polepionymi później spodniami, krzesłami i psami sąsiadów. Uwielbiam koncerty na ulicy, ulicznych grajków w Bostonie, sztuczne ognie i pikniki. Przestałam już nawet robić zdjęcia wyprzedzającym mnie na Harleyach parom w wieku i posturze raczej nie motorowej, w krótkich gatkach, z wielkim, owłosionym brzuchem na wierzchu, w poniemieckich kaskach i z wielką flagą amerykańską. Kicz nad kiczami. Uśmiecham się…

I wszystko jedno czy zostajemy tutaj jeszcze na krótko, czy na długo i wszystko jedno dokąd się przeprowadzimy, lato w Rhode Island jest i będzie moim ulubionym latem. I wrócę tutaj skądkolwiek będzie trzeba i pójdę na moją ulubioną plażę i siądę na piasku i w ocean będę się gapić. Długo…

 

Naturalizacja – etap trzeci i ostatni…

FullSizeRender

Łazili za mną, czarowali amerykańską otwartością, podrzucali najsłodsze kolby kukurydzy i zbyt czekoladowe lody. Dali pracę, wprawdzie źle wyliczyli dojazdy i tłukę się samochodem dwie godziny dziennie, ale za to zaproponowali taką podwyżkę poczucia własnej wartość, że dojazdy nie wadzą. Dorzucili plaże, ocean i na koniec dowalili moje ulubione plus dwadzieścia sześć, bezchmurne niebo i lekki wietrzyk, tak na wszelki żeby się nie pocić zbytnio. Żebym tylko przyjęła to obywatelstwo, żebym tylko się zgodziła, żebym tylko zasiliła ich szeregi. No i zgodziłam się w końcu i kilka dni temu zostałam obywatelką Stanów Zjednoczonych. Coś tam poprzysięgałam, że jak w razie draki, broń w dłoń, hełm na łeb i bij zabij. No nie wiem, bo ja raczej z tych co zwieją, ale myślę sobie, że dopóki moi Amerykanie nie zaatakują moich Polaków, lub na odwrót, i nie będę musiała stawać po czyjejś stronie, będzie dobrze.

Roboty mi za to przybyło. Co dwa obywatelstwa, to nie jedno. Polityką dwóch krajów zająć się trzeba. Dwa zdania na temat sobie wyrobić. Choćby proste zdania, sam podmiot i orzeczenie, ale wyrobić sobie trzeba. Orientować się trzeba w geografii aż dwóch państw, pechowo Stany niemałe i obawiam się, że mi życia nie starczy na orientację. Trzeba nauczyć się narzekać na dwa fronty. Na Polskę już sporo jest do narzekania, a teraz jeszcze Stany i co rusz coś nie halo. I podczas dwóch hymnów wypada się popłakać i żonglować dwoma paszportami w zależności od długości kolejki na lotnisku, nie jednego, a dwóch prezydentów mieć w głębokim poważaniu, nie znać się na nie jednym, a dwóch systematach podatkowych, kibicować dwóm drużynom narodowym. Nie wiem, czy nie za dużo sobie na głowę wzięłam. Słowo się jednak rzekło to i trza kobyłce u płota stanąć.

A tak serio…stałam w pokoju pełnym ludzi, którzy tak jak ja przyjmowali obywatelstwo amerykańskie. W różnym wieku, nierzadko starsi ludzie, którzy ze łzami w oczach wypowiadali słowa przysięgi i podczas kiedy ja ruszałam tylko ustami (dla dobra słuchaczy) im łamał się głos kiedy głośno i wyraźnie śpiewali hymn Stanów Zjednoczonych. Nie wiem z jakich powodów przyjmowali obywatelstwo, nie wiem, czy było im łatwo dotrzeć do tego momentu czy czekali na tę chwilę wiele lat. Nie wiem co to dla nich oznacza, może lepszą pracę, większe poczucie wartości, może możliwość sprowadzenia rodziny, ale dotarło do mnie, że dla niektórych otrzymanie obywatelstwa amerykańskiego nie było pewnikiem tak jak dla mnie, nie było kolejnym etapem życia, kolejnym zadaniem papierkowym. Dla niektórych to był bardzo ważny moment w życiu i jedyne co ja, trochę zbyt zarozumiała, trochę zbyt harda, mogę zrobić, to ukłonić się w pas. To się kłaniam niniejszym.

P.S. Z powodu wakacji, żniw i sianokosów, zawieszam pisanie na jakiś czas. Wrócę opalona, z udarem słonecznym i głową pełną nowych, poudarowych wpisów.

Wspaniałego lata wszystkim życzę!

FullSizeRender (1)

Naturalizacja – etap drugi…

DSC06764

Zdałam. Inaczej być nie mogło. Obkułam się z każdej wojny i z każdej odnogi trójdzielnej władzy amerykańskiej. Do pokoju zaprosił mnie miły pan w wieku średnim. Się rozsiadłam, grzywkę poprawiłam, pan o coś zapytał, ja przypadkiem odpowiedziałam. Sześć razy tak odpowiedziałam i okazało się, że egzamin zdałam. Pytam żartobliwie, czy to była rozgrzewka, bo ja jestem gotowa? Pan, zupełnie bez poczucia humoru, odpowiada, że nie. No ale ja się nie wykazałam… Miałam przygotowaną anegdotę o Aleksandrze Hamiltonie, wyćwiczone sposoby mnemotechniczne zapamiętywania ważnych dat no i wykład połączony z prezentacją, prawie choreograficzną, na temat wojowniczych plemion indiańskich Rhode Island. Niedosyt czuję.

Okazało się, że ten egzamin to pestka w porównaniu z tym co mnie czekało. Na początek zapytał o amerykański pesel. Numer ma dziewięć cyferek. Nawet do głowy mi nie przyszło żeby go zapamiętać. Powiedziałam figlarnie, że to ten numer, na który pan właśnie patrzy (ma przed sobą wszystkie moje dokumenty). A tu u pana krucho z dowcipem. Następnie zapytał czy wyjeżdżałam za granicę w ostatnich trzech latach. Dwa lata tutaj w Stanach mam z głowy – kraj taki wielki, że za granicę za cholerę wyjechać się nie da. Został mi jeden rok w Europie. No to jadę jak leci…do Polski sobie skoczyłam raz, czy dwa, rowerem do Austrii co drugi dzień, zimno było w Garmisch, to do Włoch pojechaliśmy. Niewykluczone, że do Szwajcarii chyba tak mi się wydaje prawdopodobnie…. i być może przez Lichtenstein w jedną stronę, ale zdaje się, że się zdrzemnęłam i nie wiem, czy się liczy. Pan wertuje mój paszport. Czy na pewno gaduło, nie była pani jeszcze gdzieś? O, zagadki sobie przygotował. Nie lubię! Pewnie chce mnie podejść, gnida jedna? Nie, nie byłam. Na pewno? W żadnym innych kraju? Nie – odpowiadam pewnie. Nie będzie mnie tu jakiś urzędzina podchodził od tyłu. Pokiwał głową i przeszedł do kolejnych pytań.

Czy ma pani jakieś dokumenty udawadniające, że mieszka pani z małżonkiem, że wasze małżeństwo nie jest zawarte tylko w celu uzyskanie obywatelstwa, że to nie szwindel? Szwindel, powiada pan? To drogi panie, byłoby mistrzostwo szwindla! I jakaż wielka pańska arogancja, miły panie. Dla obywatelstwa, dobrego jak każde inne, siedzę z chłopem osiemnaście lat, zbliżyłam się fizycznie przynajmniej dwa razy z czego pojawiła się dwójka, dorosłych już prawie dzieci, bujam się za nim z kraju do kraju, domy kupuję i psa przygarniam. Wszystko dla obywatelstwa rzecz jasna. To ja się pytam pana jaki to dokument, oprócz tych dziesięciu, które ma przed sobą, usunąłby podejrzenie przekrętu? Pan na to, że jakiś rachunek za prąd czy coś takiego… Ano skoro rachunek za prąd gwarantuje ciągłość pożycia małżeńskiego, to nic tylko lampy wszystkie w domu palić, prodiże i farelki włączać!

A w tym paszporcie to się dopatrzył weekendowego wypadu do Londynu. Zapomniałam. Na koniec pogratulował i czekam na datę przysięgi teraz…

Nie strzelać…

IMG_5465

Wpis ten powinien być oznaczony jakimś trójkątem, kluczykiem, czy innym kwadratem, który ostrzega czytających przez obrazami budzącymi silne emocje (głównie obrzydzenie) i opisuje wypaczone formy życia społecznego. Uprasza się o nieczytanie tego teksu z pełnym żołądkiem ze względu na opisy scen obrzydliwych właśnie.

Do łamania prawa zakazującego chodzenia z psem bez smyczy jestem już przyzwyczajona. Mam kilka przygotowanych odzywek o różnym natężeniu w zależności od stopnia agresji uwagi czyniącego. W ostatnich tygodniach jednak moja aktywność kryminalna w tej kwestii zmalała. Przygotowuję się do nabycia obywatelstwa kraju, w którym rzeczonego psa bez smyczy puszczam więc i muszę na chwilę zejść do podziemia. Ale, że amatorszczyzną jedzie ode mnie na kilometr, więc o błąd nie trudno.

Pojechałam z psem nad zatokę. Znaku, że psa na smyczy trzeba, umyślnie nie zauważyłam i zaparkowałam obok dwóch samochodów typu sedan. Wysiadam ja, szczęśliwy pies prawie wyskakuje prze zamknięte okno i słyszę ja ci taką uwagę: „teraz nam wszystkie ten pies wystraszy”. W tym momencie powinnam się była grzecznie zwinąć. Ale nie, nie byłabym sobą. Przeszłam obok otwartych okien zapewniając głośno psa, że to będzie wyborny spacer. Kątem oka zauważyłam, że oboje państwo w oknach mają na sobie odzież maskującą, a na bagażniku ponaklejane Donaldy Trumpy są. Czy to może wzbudziło mój niepokój? Nie! Aktualnie właśnie uczę się do egzaminu, że konstytucja gwarantuje Amerykanom prawo do zgromadzeń i do wyrażania opinii. To się ci dwoje zgromadzili i wyrażają swoją opinię na tematy polityczne oklejając tymi opiniami samochód. Nic mi do tego. Pies po kilku krokach postanawia się wypróżnić. Część wypróżnienia nastąpiła w krzakach czego nie byłam w stanie wygrzebać, a drugą część przywlekła na ścieżkę. Izzy je trawę. Trawy tej nie trawi więc trawa w kale się znajduje. Może mięśnie odbytnicze już nie te? Może trawę ciężko tyłkiem „uciąć”? Nie wiadomo. Kuca więc Izzy i się męczy wydalając trawę. Błaga mnie oczami o pomoc. Wyciągam więc jedyny worek na psie odchody jaki mam w kieszeni i zakładam na dłoń jak rękawicę. Uzbrojona w rękawicę, dusząc się podchodzącym coraz wyżej śniadaniem, wyciągam trawę z odbytu psa czym uszczęśliwiam zwierzę, które w euforii zostawia jeszcze kilka rozbryzgów stolca wokół. Z powodu braku worków na odchody oraz z powodu ich konsystencji, rozbryzgów nie zbieram – jeże też paskudzą i nikt po nich nie sprząta. Z załzawionymi oczyma, przełykając intensywnie ślinę, kontynuuję spacer i zapominam o całej sprawie. Wracam, patrzę, stoją dwie osoby. Jedna bardziej żeńska choć w kurtce męskiej – w kolorach ziemi, liści i kory, w nosie kolczyki – lekko licząc z pięć – kruczo czarne odrosty, przepalona słońcem i nikotyną twarz i papieros w dłoni. Druga osoba raczej męska choć nie za bardzo. Można rzec mniej żeńska. W jednobarwnym, szarym kombinezonie, w czapce na oczy. Również z papierosem. Męska osoba w dłoni trzyma wędkę. Żeńska trudny do określenia tobołek. Kłaniam się grzecznie państwu z rana. A państwo spluwa na parkingowy żwirek i tako rzecze…”Wiesz młoda („młodą” dopisałam dla podniesienia grozy w wypowiedzi…) że spisaliśmy twoje numery rejestracyjne?”. Pytam grzecznie z jakiego powodu tak się fatygowali. Oni na to, że „bo pies nawalił na ścieżkę uczęszczaną”. Widzieli przez lornetkę. Ło jak się we mnie zagotowało i już miałam wyjechać z odzywką numer pięć, że ich pety rozkładają się kilka lat na żwirze, a kupa Izzy w porywach do tygodnia, że pomagałam psu z problemami z wypróżnieniem, że pewnie i tak tego nie zrozumieją, bo mają zgoła inne zamiary co do zwierząt, że odrosty postarzają, a Trump jest głupi. Ale przypomniały mi się statystyki. W Stanach odnotowuje się ponad 12,000 zabójstw z broni palnej rocznie. Dziennie (słownie DZIENNIE!)  w strzelaninach ginie 91 mieszkańców Stanów Zjednoczonych, około sześćdziesiąt przypadków to samobójstwa, dwadzieścia to porachunki gangów i handlarzy narkotyków, a około dziesięciu to zbrodnie w afekcie. I tak patrzę na tę parę, wzburzenie zdecydowanie jest, co w tobołku – nie wiem. Co jak oni są tymi dziesięcioma co w afekcie? Mam jeszcze kilka rzeczy do zrobienia w życiu. Podziękowałam za poinformowanie mnie o spisaniu numerów rejestracyjnych i dodałam, że na policję poczekam w domu.

Dom ogarnęłam, wodę na kawę wstawiłam, ciasto cukrem pudrem poprószyłam, a policji jak nie ma, tak nie ma.