Zima na Krecie czyli czasami Narnia (2019 Paulina All Rights Reserved)

Patrz jak pięknie wyglądają te góry. Narnia po prostu. – powiedziała Paulina wyglądając przez brudne od deszczu i pyłu afrykańskiego okno. Przesiedziałyśmy w domu cztery dni wysłuchując wycia wiatru, sprawdzając ile kropel wody na suficie, czy piwnica nie tonie, czy drogi przejezdne i jak daleko od nas kolejne lawiny błotne. Od jednego wyłączenia prądu do kolejnego, gotowałyśmy, nadużywałyśmy Netflixa, jadłyśmy co ugotowałyśmy i piłyśmy herbatę na przemian z kawą i winem. I po czterech ciemnych, zimnych, deszczowych i wietrznych dniach nad pięknymi Lefka Ori (Góry Białe) wyszło słońce. Wygrzebało dziurę w czarnych, napuchniętych od deszczu chmurach i oświetliło ośnieżone szczyty, pozostawiając resztę wyspy z otwartymi z zachwytu ustami. Wspięłam się na dach zrobić zdjęcie godne nagrody National Geographic. Wyszło jak widać. Marnie. Ale zaraz… nie każdemu dane oglądać takie cuda! Do Narni też nie było tak hop siup! Pokój, szafa, samotny spacer po zimowym lesie. Narnia na Krecie jest nagrodą dla tych, którzy przeżyli wichury, ulewy, brak prądu i ogrzewania. Musicie uwierzyć na słowo, że widok białych szczytów oblanych promieniami słońca w samym środku ciemnego nieba to widok wart miliona dolarów. Zdjęcie nie oddaje. Może aparat, a może fotograf do kitu. 

Zima na Krecie to ciekawe doświadczenie. Ciekawe dlatego, że wcale nie takie inne jak inne zimy, w innych miejscach, w których mieszkałam. Wieczorami wcześnie robi się ciemno. Poranki  nie sprzyjają wstawaniu. Jest zimno i są opady. A opadów jest sporo. Palimy w kominku, chodzę w ciepłych, filcowych kapciach, piję rozgrzewające herbaty i czytam pod kocem. Jedyna różnica to to, że wszystko w temperaturze dziesięciu stopni.  Jesteśmy  jednak na Krecie i jeśli nie ma słońca i termometr nie pokazuje dwudziestu pięciu stopni lub więcej, trzeba zachowywać się tak jakby to była zima. Trzeba być marudnym, zziębniętym, skulonym i narzekającym, że za długo, za zimno, za mokro. Bo właśnie o to mokro chodzi. Woda w morzu mokra, z nieba leje mokre, ściany i sufity nieszczelne, również mokre, przy braku porządnego ogrzewania podłoga od wilgoci mokra, w szafie ubrania wilgotne, pościel, ręczniki, kot i pies też. Do tego od czasu do czasu przysypie pomarańczowym pyłem z Afryki i mamy błoto na oknach i piach między zębami.

Ale jest też inaczej niż wszędzie. Jest nieprzyzwoicie zielono. Tutaj gdzie mieszkam nie zawsze jest zielono, bo lato jest suche i zakurzone. Wtedy mój ogródek przypomina krajobraz księżycowy. Zimą natomiast jest cudownie. Soczysta trawa, a właściwie grecka koniczyna, która pod butami chrupie jak konsumowane na prędce rzodkiewki. Rosną kwiaty na łąkach, a kiedy jest pogodnie, przylatują doń pszczoły i pszczelą się na całego. W ogródkach sąsiadów (mój się poddał) sezon na zielone warzywa. Brokuły można zbierać jak kwiaty, kalafior i kapusta i koperek i pietruszka i koper włoski. Zielono, soczyście, smacznie i zdrowo. Wreszcie można pojeździć na rowerze, nawet w samo południe. Kocham rower i dla mnie to najlepszy na niego czas. Można pospacerować po górach, po zupełnie pustych plażach, pobiegać jak kto nie boi się o swoje stawy kolanowe. Można zajrzeć do miasta. Chania zimą jest taka inna. Restauracje przy porcie mają w nosie jak wyglądają (a wyglądają jakby się broniły przed tsunami) i pozamykały za pomocą desek i worków z piaskiem swoje podwoje przed nielicznymi głodnymi. Sklepiki z pamiątkami zamknięte do wiosny. Brzmi ponuro, ale wtedy właśnie można zauważyć rzeczy, które latem nie zwrócą naszej uwagi. Czarodziejski zakątek, piękne, stare drzwi, kapliczkę, czy napis Fuck NATO. Otwarte są tylko restauracje, do których przychodzą mieszkańcy – czyli najlepsze! Nigdy wcześniej nie zauważyłam tej małej restauracji w środku starego miasta z najprawdziwszym (według obsługującego nas Serba) serbskim ajwarem i pachnącą na pół miasta zupą warzywną. 

I jak zwykle, jak w życiu i jak w Alpach po miesiącu ulew i totalnego, meteorologicznego wkurwu, nadchodzi taki poranek kiedy budzisz się i wynurzasz swoje skulone, zziębnięte ciało spod kołdry (kołdry, koca, narzuty i psa) a tu za oknem Narnia. Narnia z obietnicą nadchodzącej wiosny!

Rok temu…

To piękny, wyszywany ręcznie obrazek z jednego ze sklepów artystycznych w Chanii

31 styczeń – 1 luty 2018

Osiem godzin podróży samochodem to sporo czasu na przemyślenia. Jechaliśmy z pięknego, historycznego i zasypanego śniegiem Rhode Island do błota i, na pierwszy i jedyny rzut oka, do beznadziei miasteczka Norfolk w stanie Wirginia. Pożegnałam się z karierą, znajomymi, przyjaciółmi, dostępnością wszelkiego rodzaju rzeczy i usług, łatwością komunikacji i byciem u siebie. Jest sporo do myślenia. Podróż z dobytkiem, który ma nam służyć przez następne dwa miesiące zanim nasze meble, książki, talerze i płyty do nas dolecą. Podróż z psem na lekach odwrotnie uspokajających i z kotem, który przez cały czas nie wyściubił łba spod fotela dla kierowcy. Podróż z dziećmi, które pożegnały się ze swoimi przyjaciółmi i jechały rozpocząć zupełnie nowe życie. Podróż z dziećmi chorymi. Na grypę. W plecakach zioła, tabletki, syropy, okłady, maści i mikstury od medyków ze wszystkich zakątków świata. Nigdy nie wiadomo co pomoże. Jedno po pierwszym rzucie choroby, wycieńczone kilkudniową gorączką, z wlokącym się za nim kaszlem i lekkim nieżytem żołądka. Drugie przedawkowane witaminą C i wszystkimi na wszelki wypadkami czeka na swoją kolei. Ja pewna teorii, że dopadnie mnie dopiero kiedy odpuści adrenalina, a że adrenalinie końca nie widać, będę zdrowa. Hotel wojskowy, lot wojskowy, obsługa wojskowa, klatki dla psa i kota oraz pasażerowie również wojskowi. Ja uwielbiam. Wylot późnym wieczorem więc pośpimy do południa i się zrelaksujemy przed długim lotem. Ja się nie zrelaksuję. Budzę się z gorączką, nudnościami i ogólnym stanem gównianym. Tak mnie żegnają Stany Zjednoczone. Zjednoczyły się wszelkie stany chorobowe żeby mi uprzykrzyć i tak przerażający, dziewiętnastogodzinny lot na Kretę. Z psem. Z kotem. Z dwójką nastolatków. Lądujemy na Krecie w nocy. Jest bardzo ciemno. Wita nas gromadka przemiłych tubylców. Wiozą padniętych na pysk nas (po takiej podróży) do naszego domu. Pustego, zimnego i ciemnego. Padamy na materace i od jutra, już tak na poważnie, zaczynamy chorowanie, które będzie trwało miesiąc.

31 styczeń – 1 luty 2019

Tydzień temu znalazłam szczeniaka przy śmietnikach. Zabrałam na przechowanie. Jest zabawna, mądra i kiedy śpi tak cudownie tuli się do nas. Ale jak ja nie jestem gotowa na szczeniaka, to kurde sama nie wiedziałam. Na szczęście jej nowe legowisko już na nią czeka gdzieś w Finlandii. To właśnie pies zajmuje mi teraz najwięcej czasu. Zabawa, karmienie, nauka (a nauki jest sporo) prowadzenie negocjacji z czworonożnymi domownikami w sprawie zawieszenia broni, spacer, weterynarz, telefony w sprawie adopcji i znów karmienie. Oprócz tymczasowego psa, mam też certyfikat instruktora jogi. Zrobiłam tutaj na Krecie. Chyba traktuję ten dokument jak złoty klucz do wszystkich drzwi a bliżej mu raczej do dziesięciocyfrowego kodu, z którego znam tylko dwie pierwsze liczby. Muszę odpuścić a z moim charakterem jest trudno. Prowadzę zajęcia jogi i na horyzoncie majaczy kilka projektów. Ale ja chcę więcej. I natychmiast. Jak zwykle. 

Mam też nowych znajomych i nowe ważne sprawy do załatwienia. A to bazarek świąteczny, a to wycieczka do klasztorów, zakup sadzonek pomidorów, zbiór oliwek, czy remont dachu w kierunku „jogi pod winogronami”. Mam też mnóstwo cudownych wspomnień z lata. Odwiedzili nas przyjaciele i rodzina zachwycając się naszym nowym miejscem zamieszkania. Było ciepło, chwilami za ciepło, wesoło, beztrosko i bardzo, bardzo wakacyjnie. Mam również zapełniający się kalendarz na tegoroczne lato i już nie mogę się doczekać. Mam wyciskarkę do własnoręcznie zebranych pomarańczy, oliwę z oliwek od jednych i wino od drugich sąsiadów. Mam zioła w ogródku i cytryny na drzewie. Mam dobre, jak na rok pobytu, rozeznanie w terenie. Wiem gdzie fajne plaże, najlepsze nadziewane pomidory, okulista, pralnia chemiczna i sklep z armaturą łazienkową. Mam obcykane skróty i miejsca parkingowe. Nie mam natomiast dzieci w domu. To chyba największa i najcięższa zmiana. Niby przyjeżdżają, odwiedzają, a kiedy są w domu, jest jak dawniej, ale to nie to samo co mieć je na codzień. I choć wiem, że są szczęśliwe i dobrze im tam gdzie są, to jednak wiadomo…do dupy jest. Mam też czas. W Stanach mogłam pomarzyć o takich luksusach. Mam czas na czytanie, medytacje, na pisanie, czas na Netflix i TedTalk. Mam też poczucie, że to nie koniec. To nie koniec zmian, nie koniec nowego, nie koniec poszukiwania i odkrywania. 

A w miejscu materaca sprzed roku, mam najwygodniejsze na świecie łóżko z widokiem na klatkę wielkości nowojorskiej kawalerki z dziesięcioma kanarkami. 

 

Metaforyczny Piątek

„Przyszłość” w muzeum Historii i Sztuki w Genewie

Na lotnisku w Atenach kupiłam sobie gazetę, w której było wszystko o szeroko pojętnym majdfulnesie. O tym, że jogę trzeba ćwiczyć regularnie, że jeść zdrowo, nie używać plastikowych torebek, adoptować bezpańskie psy, medytować codziennie i budować zdrowe relacje ze społeczeństwem. Był też ciekawy artykuł o odwadze do wyłażenia ze zbudowanych przez siebie ram i do robienia czegoś nowego, czegoś, czego się obawiamy, czego nie jesteśmy pewni, co odkładamy na później. Autor proponował spojrzenie na swoje życie z perspektywy dni tygodnia. Takie ćwiczenie, w którym przyjmujemy, że średnia naszego życia to 70 lat i narzucamy na to analogię dni tygodnia. Każda dekada to 10 lat naszego życia. Rodzimy się w poniedziałek rano, a siedemdziesiąte urodziny obchodzimy w niedzielę wieczorem. A co jeśli żyjemy dłużej niż 70 lat? Ja zrobię sobie bardzo długi weekend. Tak więc, mam czterdzieści cztery lata i jest piątek. Coś koło jedenastej czterdzieści pięć.

Budzik, jak zwykle za wcześnie, wwiercającym się w mózg dźwiękiem budzi mnie w ten życiowy piątek w nowym kraju, w nowym domu, wśród obcych ludzi, nieznanych zapachów, kolorów. Wkurwia mnie, że wszystko takie nie-moje. Nie chce mi się wstać z łóżka, a wstać trzeba, bo tyle do roboty. Wstaję i nie mogę znaleźć kapci. Potykam się o porozwalane po domu złe decyzje, rozpirzone emocje. Po omacku włażę do szafy myśląc, że to łazienka. Rzygam po całej podłodze. To po wczorajszej imprezie urodzinowej. Jeszcze będzie mnie trzymać przez kilka godzin, ale jest coraz lepiej. Wstaje słońce i z minuty na minutę jest jaśniej choć za każdym razem kiedy zamykam oczy wszystko wiruje dookoła i łeb pęka na drobne kawałki. Koło dziewiątej dochodzę do siebie. Otwieram okna, wpada zaprzyjaźnione już powietrze, lekki wiatr porusza zwiewne zasłony. Oddycham coraz pełniej. Skulone latami ciało otwiera się powoli, ciepłe światło dochodzi do najciemniejszych zakamarków. Zdejmuję kapcie i biegam po drewnianej podłodze na bosaka. Nie obawiam się już drzazg. Wiem gdzie są i je omijam. Zaczynam nawet przestawiać meble. Tak żeby służyły mi jak najlepiej potrafią. Przytulam psa, kilka minut później kota. Jem pożywne śniadanie i czuję się gotowa na resztę dnia. Pierwszy punkt dnia to przeprowadzka na drugi brzeg oceanu. Małe kardio przed obiadem jest bardzo wskazane. Przenoszę pudła z życzeniami pomyślności, łzami pożegnań, z planami na resztę tygodnia, ze wspomnieniami i nadzieją na lepsze. Rozkładam je po kątach w nowym domu, siadam i piję herbatę. Kocham piątek. Można pozamykać wszystkie niecierpiące zwłoki sprawy i cieszyć się nadchodzącym weekendem. Można zaplanować wycieczkę rowerową na sobotni poranek. Pod warunkiem, że pogoda dopisze. Może odwiedziny w niedzielę? Może drzemka? Wino? Piątek to dobry dzień na oczyszczenie, na zwrócenie uwagi na swoje zdrowie, na odpoczynek, na zwolnienie tempa. To dobry dzień na prosty i zdrowy obiad. U mnie w domu w piątki był post. Pyszna zupa warzywna, placki ziemniaczane, barszcz, naleśniki z dżemem, albo “zalewajka” u sąsiada. Czekam zatem na piątkowy obiad, sadzę warzywa i podlewam zioła. Obiad dopiero na czternastą więc przyjdzie jeszcze poczekać kilka lat. Głodna jednak jestem już dziś.

Kala Christouyenna

Post ten napisałam do okienka kalendarza adwentowego Klubu Polki. W kalendarzu ciekawostki i opowieści ze wszystkich stron świata. Zapraszam na nasz FP, tam znajdziecie linki do wszystkich okienek!

W Święto Dziękczynienia zaprosiliśmy do nas sześcioro Kreteńczyków. Wiedząc, że mam zrobić wpis do klubu o świętach Bożego Narodzenia na Krecie, pomyślałam, że to znakomita okazja do wypytania i zanotowania wszystkich tradycji związanych ze świętami. Gdzie, jak nie u źródła. Wszyscy moi respondenci to mieszkańcy Krety z dziada pradziada, wszyscy wierzący i praktykujący i tradycje rodzinne bardzo szanujący. Przy deserze zapytałam. Żałowałam po minucie. 

Ilości informacji jakie dostałam, ale przede wszystkim rozbieżność informacji była niesłychana. Któryś rzucił tradycją, wszyscy ze zrozumieniem wydali z siebie “Aaaaa…tak, tak…” a następnie usłyszałam sześć zupełnie innych wersji. Przy niektórych, po burzliwiej dyskusji po grecku, udało się zawęzić wersje do dwóch, trzech. Przy niektórych usłyszałam osiem wersji od sześciu uczestników. Dochodzeń, oskarżeń o naginanie przepisów świątecznych, o luki w pamięci i przejawów lokalnego patryjotyzmu było mnóstwo. Wszystko to jednak żartobliwie i przy wybuchach gromkiego śmiechu. Dzięki Zeusowi za spore ilości wina na stole. 

A w tym wszystkim ja, próbująca zanotować, dopytać, ogarnąć. Za tekst ten, proszę szanownych czytelników, odpowiadam tylko w niewielkim procencie. Co usłyszałam, co wyczytałam z ruchu warg a potem i z internetu, opisuję wam niniejszym w kilku akapitach. 

Przeważająca ilość Greków (według internetu 95%) należy do Greckiego Kościoła Prawosławnego. Według tego kościoła, święta Bożego Narodzenia są drugim najważniejszym świętem w roku liturgicznym. Znacznie ważniejszym i znacznie bardziej celebrowanym świętem jest Wielkanoc. Boże Narodzenie, przez ostatnie lata, stało się świętem głównie komercyjnym. Witryny sklepów, ulice i place przyozdobione są z takim samym rozmachem jak w wielu innych krajach. Mamy przybrane światłami choinki, gwiazdy, anioły i Mikołaja na każdym roku, dachu i balkonie.

Statek. Choinka jest dość nowym wynalazkiem, szczególnie na wyspach, i choć żywą można kupić w sklepach ogrodniczych, niczym nie przypomina ona choinek jakie można dostać w Warszawie, Berlinie, czy Bostonie. W naszej części Krety widziałam tylko umordowane, sięgające mi pod pachę bidulki w doniczkach za siedemdziesiąt ełro. Sztucznych choinek za to w bród! Dawniej zamiast choinek dekorowano drewniane miniatury statków. Teraz również można podziwiać ogromne drewniane konstrukcje i maleńkie stateczki udekorowane światełkami na placach miejskich, przy portach i w sklepach. Statki zastępowały choinkę głównie na wyspach i tradycyjnie były oznaką i podziękowaniem za to, że żeglarze, rybacy i pracujący na morzu mężczyźni szczęśliwie powrócili na święta do domu. 

Pożyczone od Elizabeth’s Kichen Diary

Killantzaroi. Jeszcze inną dekoracją domu greckiego jest mały, drewniany krzyżyk z gałązką bazylii zawieszony na drucie nad miską z wodą. Codziennie święci się dom wodą z miski chroniąc go i całą rodzinę przez Killantzaroi. Opowieści o Killantzaroi różnią się od siebie w zależności od regionu, ale tak do kupy zbierając, to jakiś niedobry pół człowiek pół zwierz, który włazi do domu przez komin, gasi ogień i sprawia, że mleko się warzy. Jednym słowem Killanatzaroi rozrabiaka. 

Killantzarojów dwóch

Mikołaj. Szóstego grudnia obchodzi się dzień Świętego Mikołaja, ale wtedy nikt nie dostaje ani prezentów, ani rózg, ani pomarańczy w butach, ani węgla. To ważny dzień dla wszystkich żeglarzy ponieważ św. Mikołaj to właśnie ich patron. Żaden statek nie wypłynie na morze bez figurki św. Mikołaja na pokładzie. Prezenty przynosi ktoś inny. W pierwszy dzień nowego roku (Protochronia) święty Bazyli (Agios Vasilios) przynosi podarki dla wszystkich dzieci. Są to zazwyczaj małe podarki lub pieniądze.

Kolędowanie. Chodzenie po domach grupkami i śpiewanie kolęd (greckie: kalanda) w zamian za słodycze lub drobne pieniądze to, według moim rozmówców, wynalazek Greków i pochodzi od tańca choraulein, który potem dotarł do całej Europy i z tańca przerodził się w śpiewy. Greckie dzieci chodzą od domu do domu w wigilię Bożego Narodzenia a następnie w wigilię nowego roku. Dom, do którego zapukają kolędnicy i zaśpiewają kolędę  to dom, który będzie opływał w szczęście i dostatek. 

Wigilia. Trochę inaczej niż w Polsce. Mimo, że to kraj rybaków, ryb i owoców morza, w wigilię tradycyjnie zjada się wieprzowinę. Jeśli się zmieści do piekarnika, to najlepiej cały pośladek na jedno posiedzenie. Kreteńczycy najczęściej wychodzą do knajp w wigilię, gdzie imprezy zaczynają się około dziesiątej wieczorem i obfitują w duże ilości jedzenia, wina, śpiewów i tańców. Trochę to podobne do znanych nam imprez sylwestrowych. W Sylwestra, z kolei, najczęściej siedzi się w domu, w gronie rodzinnym i gra w karty. Koniecznie na pieniądze. Przynajmniej jedna osoba w gronie wkroczy w nowy rok z pełną kiesą. 

Szóstego stycznia, w ostatni dzień okresu świątecznego, obchodzone jest święto Objawienia Pańskiego. Jest to również dzień święcenia wody. Po nabożeństwie, procesja wiernych znajduje kawałek wody (co nie jest trudne, szczególnie na wyspach) i wrzucany jest doń krzyż. Za krzyżem rzuca się do wody grupa odważnych młodzieńców i czym prędzej, na wyścigi, wyławiają krzyż. Ten, który go wyłowi, może liczyć na powodzenie i dobrobyt w nadchodzącym roku.

I ostatni, bardzo lokalny zwyczaj. W Chani, od kilku lat, odbywa się bieg Mikołajów. To taka trochę parodia znanych na całym świecie biegów Mikołajów. Tysiące przebranych za Mikołaje biegaczy przemierza niecałe cztery kilometry ulicami Chanii. Nie ma zwycięzców, nie ma medali. Jest tylko dobra zabawa, a po biegu strawa i wino dla wszystkich. Dochody z biegu przekazywane są na cale dobroczynne. 

To tyle kochani o świętach na Krecie. Więcej powiem wam za rok, bo te święta będą moimi pierwszymi na wyspie. A wszystkim tutaj zaglądającym, bez względu na wyznanie, wierzenia i przekonania życzę rodzinnych spotkań, długich i ciepłych wieczorów wśród znajomych i przyjaciół, spokoju i odpoczynku w te najdłuższe i najciemniejsze noce w roku. Wielu astrologów uważa, że odchodzący rok był rokiem zmian, wahnięć i przełomów. I tych dobrych i tych mniej. Dla wielu był to rok trudny i męczący. W nowym roku życzę i sobie i wam równowagi, żeby każdy zły moment był początkiem dobrego, żeby za każdą łzą czaił się piękny uśmiech. 

Wesołych Świąt!

Ania

Dzięki za small talk…

Thanksgiving 2006, Rzym

Jestem mistrzem smoltoku (small talk – rozmowy o pogodzie). Kocham i praktykuję rozmowy o niczym gdzie tylko się da, w kolejce, przy kasie, w okienku w banku i w parku dla psów. Moim zdaniem, takie rozmowy mają wiele zalet. Skracają czas oczekiwania, rozładowują sztywną atmosferę, potrafią udobruchać rozzłoszczonego urzędnika, rozbawić znudzoną kasjerkę, a może nawet sprawić komuś przyjemność. Nierzadko można dowiedzieć się wartościowych rzeczy, że po świeży chleb najlepiej przed dziesiątą, że weterynarz za rogiem to naciągacz, a taką piękną torebkę to w TJMaxxie za pięć ełro można kupić. Podczas czteroletniego pobytu w Stanach, nagadałam się o pogodzie za całe swoje życie. Za to uwielbiam Amerykanów. O pierdołach można z nimi gadać o każdej porze dnia i nocy i w każdym miejscu. Z ekscytacją podchodziłam do kasy. O czymże ciekawym dziś porozmawiamy?

Oj wieje dzisiaj trochę.

Pani, co tam taki wiatr? Jak odwiedziłam córkę sąsiadki w Austrii, to dopiero wiało. 

W Austrii? A gdzie? Bo ja mieszkałam przez trzynaście lat dziesięć minut od granicy austriackiej. 

I już. Temat złapany, można nawijać. Moje dzieci prowadziły zakłady bukmacherskie pod tytułem: po ilu sekundach matka wspomni, że mieszkała w Garmisch i że ma psa imieniem Izzy. Bonusowe punkty były za informację o Crohnie. 

Dlatego jest mi tak trudno poruszać się po miejscach publicznego użytku w krajach gdzie smoltok nie jest mile widziany. Na Krecie nie mam szans językowo, w Niemczech nikt nie miał ochoty rozmawiać. W Polsce jest coraz lepiej. Coraz więcej osób uśmiecha się zza biurka i nie trzeba już w pośpiechu, unikając kontaktu wzrokowego, pakować towaru do siat, garbić się i chować twarz wypłacając swoje własne, uczciwie zarobione pieniądze w banku. Rozumiem oczywiście, że nie zawsze i nie wszyscy mają ochotę na rozmówki o dupie Maryni. Przecież można mieć zły dzień, zły tydzień, czy rok nawet. Mogą nas boleć zęby i rozmowa byłaby dla nas nieprzyjemna. Można mieć zachowania aspołeczne, czy nieświeży oddech. Można też być mną. 

Jestem w sklepie w bazie amerykańskiej (to ważna informacja, bo rozmówki o pogodzie mogłam się spodziewać) przy kasie, w dłoni trzy kosmetyki. Witam się z kasjerką, kładę rzeczy na ladę, pokazuję dokumenty. Kątem oka widzę, przechodzącą tuż za mną, inną pracownicę z pudłem w dłoniach. Młoda kasjerka w okularach pyta:

– To w prezencie, czy dla ciebie?

Cisza, bo jestem święcie przekonana, że mówi do swojej koleżanki tym bardziej, że wzrok skierowana na nią właśnie (wskazówka: okulary były bardzo korekcyjne). Po chwili, skanując moje zakupy, pani mówi:

– Hmmm…nie mamy dziś ochoty na rozmówki, co?

Nie wiem co powiedzieć, nie moja koleżanka z pracy, skąd mam wiedzieć. Głupio więc mówię…

No widocznie.

…i dodaję po chwili jeszcze głupiej:

– Typowy poniedziałek.

Zabieram swoje rzeczy, wychodzę. Wsiadam do samochodu i ryp! Walnęło mnie w łeb! ONA MÓWIŁA DO MNIE!! Zimny pot mnie oblał. Podjeżdżam samochodem pod drzwi, zostawiam na awaryjnych. Wpadam do sklepu. Widzę kasjerkę w okularach poklepywaną po plecach przez jej koleżankę. Kasjerka ociera łzy. To przeze mnie płacze! Rzucam się na nią, przytulam, gadam jak nakręcona, żem durna, ślepa, niekumata. Daję całusa w mokry policzek i zwiewam. 

I przy okazji świątecznej tradycji wyliczania łask w przeddzień Święta Dziękczynienia, jestem wdzięczna za takie właśnie momenty. Jestem wdzięczna, że życie zapodaje mi takie miłe i łatwe do wyuczenia lekcje (te duże i trudne też zapodaje, draństwo). Już nigdy nie pomyślę sobie “co za gbur” o ignorującym moje wesołe zaczepki panu na stacji benzynowej. Może miał taki poniedziałek jak ja.  

Zabierz mnie do Kosty…

 

 – Chris, jak będę umierająca – rozpoczęłam niespodziewanie przejęta możliwością pogorszenia się stanu mojego zdrowia – zabierz mnie do Kosty.

Do którego? – zapytał zdezorientowany Chris, bo i sąsiad Kosta, mąż znajomej, kierownik budowy w pracy też Kosta. Kosta to właściciel ulubionej restauracji, spec od lodówki, kominiarz, sprzedawca pomarańczy i nauczyciel jogi. 

Do Kosty weterynarza mnie zabierz. 

No dobra, nie narzekam, bo w końcu mamy nową, tureckiej manufaktury, lodówkę. W maju zgłosiłam jej usterkę. Iluż specjalistów nas od tego czasu odwiedziło. Jakaż niezwykła mądrość wypełniała naszą kuchnię. Jakież wymiany skrajnie różnych opinii. Bo jakże to niemiecka lodówka, i to nie byle jaka, bo sama Miele, mogła nawalić? Pewnie polska gospodyni, niewprawiona w takich luksusach, coś zepsuła. Może tofu i wegańskie masło lodówce nie służą? Może za często otwieramy? Za dużo doń CO2 wdychamy? Po miesiącach wizyt i kiwania głowami, wygrała jednak teoria, że dwunastoletnia lodówka, nawet jeśli jest Miele, ma prawo zakończyć działalność chłodniczą. Dwa dni temu dostarczono nową. 

Komin też w końcu mamy nowy. Przyniósł go pan w niedzielę, podczas naszej nieobecności, a wypoczynkowej obecności przeziębionego dziecka numer dwa. Kominiarz miał komin, ale narzędzi i pomocnika już nie. Jaś zaopatrzył kominiarza w nasze narzędzia z Ikei, pomógł zainstalować komin, a w podziękowaniu komin spadł mu na głowę i rozciął palec u ręki. Tyle, że komin nie działa. Woda z kominka cieknie przy każdym deszczu i zalewa mieszkanie.

Niedziałających rzeczy na Krecie jest mnóstwo. Odpowiedzialnych za nie, a olewających swoje obowiązki osobników jest jeszcze więcej. Na każdym kroku potykam się o niedbalstwo, nieszanowanie publicznej własności, ignorowanie zakazów, nakazów, obietnic, umów i przepisów bezpieczeństwa. Biurokracja, brak organizacji i bezsensowności czynności woła o pomstę do nieba, a raczej o Bareję Stanisława do nieba woła, bo roboty tutaj na dożywotnie ciągi dalsze Misia. 

Jest jednak grupa zawodowa, która rozwala system, która zaprzecza rzeczywistości, zamyka moje chlustające żółcią usta i wali po wytykającym błędy paluchu. To weterynarze. Liczba mnoga, bo musieliśmy się spotkać z trzema weterynarzami, a z dwoma innymi rozmawialiśmy przez telefon. Znam pięciu weterynarzy w Grecji. To więcej niż fryzjerów, ginekologów, dentystów i pediatrów (czyli czołówka kontaktów i przekleństwo przeprowadzających się kobiet) razem wziętych. 100% znanych mi weterynarzy to cudowni, empatyczni, obowiązkowi ludzie z ogromną wiedzą w swojej dziedzinie (dwóch chirurgów i jedna pani ortopeda). U wszystkich spotkaliśmy się ze zrozumieniem, z ogromną uwagą poświęconą zwierzakowi, z elastycznym podejściem do problemu. Dostaliśmy kilka możliwych rozwiązań, porady, tymczasowe leki poprawiające samopoczucie psa, zapewnienia o pomocy o każdej porze dnia i nocy, uśmiech, poklepanie po ramieniu. Żadnych kolejek, czekania, żadnych papierów, skierowań. A  wszystko to w kraju, gdzie zwierzęta nie mają łatwego życia. Tutaj wciąż jeszcze, w wielu miejscach, psy i koty traktowane są bardzo źle i po ulicach włóczy się mnóstwo bezdomnych zwierząt. A co robi nasz weterynarz Kosta? Przyniesione zwierzęta z ulicy leczy za darmo, lub za “co łaskę”. I brawo i czapki z głów i oby tak dalej i oby jak najwięcej takich Kostów. Jeśli tacy są greccy weterynarze, to nadzieja jest i dla gastroenterologów, kierowców ciężarówek i przedszkolanek, ale póki co, w razie draki, ja poproszę do weterynarza Kosty. 

A gdyby ktoś wydedukował, że nasze zwierzę niedomaga, to informuję, że i owszem. Izzy, the pies, zerwała ścięgno w psim swym kolanie i czeka ją operacja aż w samej stolicy. Noc na promie, spacer po Akropolu, operacja w specjalistycznej klinice, masaże, spa, drinki z palemką… pieskie życie po prostu. 

Lato 2018 – część IV (ciepło)

Letnia Chania

To ostatnia część moich tegorocznych, letnich rozważań, bo i pora już taka, że letnie dni, wieczory i poranki coraz bardziej jesienne i chłodne. Oczywiście to z perspektywy kreteńskiej, bo jesiennie na Krecie oznacza dwadzieścia pięć stopni, a na wieczorny, czy poranny spacer należy zaledwie zarzucić dodatkowy łach. A ja zapraszam ten chłód do siebie, te sweterki, skarpetki, zachmurzone niebo i silny wiatr, bo ja lata na Krecie, proszę państwa, nie lubię! Proszę niczym we mnie nie rzucać (odrzucę) i psów na mnie nie wieszać (nie udźwignę). 

W drodze na Balos

Ja was wszystkich przyjeżdżających na Kretę z Norwegii, Bawarii, Gdańska, czy Londynu doskonale rozumiem. Przyjeżdżacie zziębnięci, z zimna skurczeni, bladzi i na głodzie D-witaminowym. Rozkładacie nieśmiało ręczniki na plaży i odkładacie na bok, na wszelki wypadek spakowane, parasole i bluzy z kapturem. Z niedowierzaniem odświeżacie aplikacje pogodowe, które dzień w dzień pokazują siedem słoneczek przez kolejne sześć dni (czasem wydaje się, że mamy tutaj więcej niż jedno słońce) i temperatury z trójką z przodu. Bardziej pesymistyczni z was doszukują się choćby jednej chmurki na niebie, jednej przepowiedni burzy, ulewy, czy choć przelotnych opadów deszczu. Nie znajdujecie. Później, z dnia na dzień wasze ogrzane słońcem ciała stają się coraz bardziej rozbisurmanione, coraz mniej na nich odzienia, coraz więcej morskiej soli na skórze, szumu morza w uszach i wina w głowie. Jedynym waszym zajęciem jest leżenie na plaży, unoszenie się na wodzie, jedzenie greckich przysmaków, chodzenie spać po północy i spanie do południa. Dwa razy w tygodniu wpadacie do miasta kupić bransoletkę z okiem proroka i otwieracz w kształcie penisa, ale po kilku godzinach w nagrzanych murach miasta śpieszycie zalec na plaży pod parasolem za dziesięć ełro, lub podryfować na dmuchanym jednorożcu. 

Na moim dachu

A ja moi drodzy muszę wstać o świcie żeby wyjść z psem na spacer, bo po ósmej asfalt parzy jej łapy. W samo południe muszę taszczyć z targu siaty ziemniaków, pomarańczy i marchwi. Zająć się ogródkiem, praniem, myciem okien, zamiataniem spadających winogron. Muszę iść do dentysty, okulisty i na pocztę. A wszystko w tym cholernym upale, z potem lejącym się z każdego gruczołu, z okularami słonecznymi na stałe przyrośniętymi do twarzy, z koszulkami klejącymi się do każdego skrawka poparzonej skóry. Matko jedyna jak ja nie lubię upałów! Mój dzień polega na kombinowaniu ile rzeczy można zrobić w sypialni, w której znajduje się jedyna, dobrze działająca klimatyzacja. Nie mogę tam gotować, ale mogę obrać ziemniaki. Nie mogę w sypialni odkurzyć samochodu, ale mogę odkurzyć sypialnię. Dwa razy. Nie mogę w sypialni plewić grządek, ale okazuje się, że zarośnięte też obfitują w pomidory. Lubię też jeździć samochodem, bo tam klimatyzacja działa najlepiej. Problem jest taki, że samochodem zawsze się gdzieś dojedzie, gdzieś trzeba wysiąść i znów się pocić. Kiedy w końcu mam czas żeby pójść na plażę i wejść do orzeźwiającej wody, pojawia się kolejny, dość istotny, problem. Nie umiem pływać. Co za ironia losu, że nieumiejąca pływać i potwornie bojąca się wody ja mieszkam albo w Ocean State, jak nazywamy Rhode Island, albo na Krecie. Ale ja nie z tych co się łatwo poddają, więc kiedy będziecie na plaży na Krecie i zobaczycie taki obrazek – niewiasta z zupełnie suchą czupryną, w wielkich okularach słonecznych pływa wzdłuż plaży, pięć metrów od wejścia do wody, a przy niej spaceruje jakiś niezadowolony osobnik w wodzie po kolana – to ja. To ja i moja ofiara, która idzie dwa kroki przede mną sprawdzając głębokość wody żebym się czasem, moi mili, nie utopiła. 

Letnia ja

 

Lato 2018 – część I

Wydaje się jakbym na początku czerwca przymknęłam oko na chwilkę, na momencik. Oko otworzyłam, a tu koniec sierpnia. Na Krecie lato wciąż trwa i gdybym nie miała ogromnego kalendarza ściennego, który straszy codziennie rano przed kawą, nie wiedziałabym, że lato się kończy, jesień zbliża a z nią szkoła, obowiązku, zmiany, zmiany i zmiany…

Ale po kolei, bo lato w tym roku było pełne wszystkiego. Wszystkiego nowego i wszystkiego starego, wesołego i smutnego, pełne nowych pomysłów na życie i natychmiastowych upadków owych pomysłów. Przede mną setki niewiadomych, dziesiątki niedoczekań się, decyzje i postanowienia. Z nimi niewątpliwie przeszkody, załamania, przygaszające słomiane ognie i niechcenia się. Za mną trzy miesiące letniego życia w Europie. W odcinkach opiszę i zdjęcia pokażę wszak jest o czym pisać i oglądać też jest co nieco.  

Polska

Jeżynowy chruśniak przy starej, drewnianej studni

Najbardziej lubię Starokrzepice pod wieczór. Zbieram rozwieszoną na płotach i trzepaku pościel, która pachnie wiatrem i świeżo skoszoną trawą u sąsiada. Od czasu do czasu gnojówką wywożoną na pole. Zbieramy pranie, które suszyło się w sąsiedztwie obficie owocami obwieszonych jabłoni i gruszy. Zamykamy kury w kurniku, zbieramy poduszki z krzeseł ogrodowych, wstawiamy rowery do stodoły. Mama robi sałatkę z pomidorów i cebuli. Jest cicho i chłodno i zielono i pusto. Bardzo to lubię. 

Starokrzepice 360…

 

A na gruszy czai się mój bratanek

Tego lata pojawił się szczeniak – antychryst. Zjadł babci książeczkę do modlitwy. Taką specjalną, z dużymi literami, dla starszych i niedowidzących katolików. Zeżarł też jej różaniec. Taki specjalny różaniec, który miał jej towarzyszyć w ostatniej drodze. Żeby nie było, inne rzeczy też zjada, ale nikt ze sobą do trumny butów, papieru toaletowego i Twojego Stylu brać nie zamierza. Nie pozostaje babci nic innego jak tylko pożyć jeszcze i się na psie jakoś zemścić.

 

Zjadacz modlitewników

W Starokrzepicach zakładają kanalizację. Na głównej ulicy już gówienka płyną rurą, teraz kolej na przedmieścia. Nasza ulica ma zaledwie dwieście metrów długości, ale prace kanalizacyjne trwają już kilka miesięcy. Z grupą kopiącą doły i uniemożliwiającą przejazd, choćby rowerem, zaprzyjaźniłam się pierwszego dnia. Powitali mnie komplementem w stylu “a piękna pani tak o poranku to gdzie?” i tak już zostało. Mam 44 lata i słyszałam w życiu kilka komplementów, ale tego lata obsłuchałam się ich jak świnia grzmotu. Poziom komentarzy i pochlebstw żałosny, ale chcę wierzyć, że choć intencje na swoim miejscu. Że byłoby miło gdybym pomogła kopać doły, że ładny mam rower, klapki, tatuaż, siatkę na zakupy, że mogą mnie przenieść, nawet z rowerem, że zapraszają, lub wpraszają się na kawę, kluski i pomidorówkę, że potrzebują towarzystwa pięknych, młodych, inteligentych i uroczych kobiet takich jak ja, żeby choć szklankę wody podać, bo gorąco i pomachać na odchodne. Odszczekałam się  feministycznie kilka razy, ale nie załapali.  Zostało ignorowanie. Wojny wszczynać nie było sensu, bo mojej mamie kanalizacja potrzebna. 

Festyn w Krzepicach i najlepsze gofry na świecie

Była też Warszawa. Cudownie spędzone kilka dni. Miasto, miałam wrażenie, złagodniało, wyludniło się na wakacje. A najlepsze było jedzenie. Gdzieś przeczytałam, że Warszawa stała się europejską stolicą weganizmu. Najprawdziwsza prawda!! Odwiedziliśmy kilka wegańskich restauracji i jestem pod ogromnym wrażeniem. Niebo w gębie! W życiu nie jadłam takich pysznych zapiekanych ziemniaków z twarogiem z nerkowców niż w Vegemiasto! Będę wracać i jeść. Aż pojawiło się pytanie z drugiej strony słuchawki, czy może chcemy do Warszawy się przenieść. Nie, nie chcemy. Chcemy odwiedzać i jeść. 

Nie zmusiłam, nie przekupiłam, jak babcię kocham…

 

I nawet wegańska Warszawa przeciw Trumpowi

 

Al. Wojska Polskiego 29 – tutaj urodziła się Kasia 18 lat temu

I wreszcie moje ukochane góry! Wpadliśmy tylko na kilka dnia, ale kilka chwil w górach wystarczy żeby rozpływać się w zachwytach nad widokami, zielenią, powietrzem tuż po deszczu i widokami raz jeszcze. Aż pojawiło się pytanie po drugiej stronie słuchawki, że może chcemy w góry polskie się przenieść. No nie wiem, może i chcemy. 

Rusinowa Poland, Tatry

I albo mi joga i medytacja wypaczają postrzeganie drugiego człowieka, albo ludzie w urzędach, gabinetach lekarskich, sklepach i w innych miejscach obsługi klienta jacyś milsi. A wyczulona jestem wielce, bo cztery lata w kraju uprzejmych ludzi z okienka podwyższyło wymagania. Nie zdarzyło mi się ani raz zdenerwować, poczuć się jak intruz, przeszkadzający w porannym pączku petent. A załatwiania było od gabinetu ginekologicznego, przez urząd gminy, po znany z makabrycznych historii szpital miejski w Częstochowie. Miło, przyjemnie, z szacunkiem, uśmiechem i do tego, załatwieniem sprawy pozytywnie. 

O! To tutaj ten domek byśmy chcieli ewentualnie, jeśli można prosić…

Wakacje w Polsce były super! Wracać będę!

cdn…

Ach, ta emigracja…

Po minach widać kto komu wywinął jakiś dowcip. Garmisch 2012.

Post raczej z tych zrzędliwych, ale jak tu nie narzekać na emigrację jak co rusz to jakieś smutne pożegnania, oczekiwanie, jęczące z bólu serce i zatkane zatoki od płaczu. Ten rok obfituje, (a lipiec dopiero i reszta roku jawi się wielce przygnębiająco) w momenty kiedy w mostku boli i paczka chusteczek na łebka nie starczy. Post nawiązuje również do tekstu mojego dziecka na stronie Klubu Polki. Tekst podobno bije rekordy popularności. Ciekawe dlaczego? Ani z nas Orzeszkowe, ani temat nie odkrywczy. Miliony dzieci są na emigracji, miliony przeprowadzają się kilka razy w życiu. Zmieniają szkoły, gubią się w językach zapominają imion kuzynostwa, tracą przyjaciół na dobre i na złe, towarzyszy zabaw, powierników. Tęsknią za znajomą piekarnią, wydeptaną  ścieżką w parku. Ale może o tym się nie mówi, nie pisze? Może za mało? Może zaganiani emigracyjnie nie przykładamy wystarczającej wagi do tego co czują nasze dzieci, które w połowie są nami, w połowie Niemcami, Anglikami, Rosjanami? Może za mało słuchamy, a może one za mało mówią? To o czym pisała Kasia zdarzyło się wczoraj. 

Ze słowacką Sylvią znamy się dziewięć lat. Łączy nas tyle, że aż trudno uwierzyć, że to zbieg okoliczności. Jesteśmy w tym samym wieku, nasi mężowie, bracia i mamy też w tym samym. Jesteśmy po tym samym kierunku studiów, wyszłyśmy za mąż w tym samym roku. Nieaktualne żony naszych aktualnych mają tak samo na imię, w prezencie gwiazdkowym kupiłyśmy sobie nawzajem tę samą książkę. Sto lat temu, tego samego dnia odwiedziłyśmy małe, bawarskie miasteczko, w którym, dziesięć lat później, poznałyśmy się. Nasze starsze córki i młodsi synowie urodzili się porą letnią w tych samych latach. Po kilku tygodniach znajomości zostali najlepszymi przyjaciółmi. Każdy weekend spędzaliśmy razem. Dziewczyny razem oglądały filmy na szpitalnym łóżku chorej Kasi. Chłopcy zostali “aresztowani” przed żandarmerię wojskową za bieganie na golasa po bazie wojskowej. Wspierali się kiedy jeden przeraźliwie bał się jeździć na nartach po lesie, a drugi spanikował przed walką karate z niemieckim wielkoludem. Okładali sobie tyłki lodem i ocierali łzy bólu po pierwszej lekcji na snowboardzie. Znają swoje marzenia, bolączki i ulubione smaki lodów. Nie mają problemu z prezentem urodzinowym dla siebie nawzajem i z pomysłem na psikusa. 

W odległości dosłownie kilku dni dowiedzieliśmy się, że wyjeżdżamy z Niemiec do Stanów. My do Rhode Island, oni do Kolorado. Nasze samoloty wylądowały w Stanach w kilkunastogodzinnym odstępie czasu. Przez cztery lata, nawet kiedy brakowało finansów, kiedy trzeba było spłacać kartę kredytową przez kolejnych kilka miesięcy i brać dodatkowe lekcje, jedna rzecz była priorytetowa. Dzieci mają się spotkać choć raz w roku. Raz udało się dwa razy. Kiedy dzieci spotkały się rok temu nie wiedzieliśmy jeszcze, że to nasze ostatnie wakacje w Stanach. Miały nadzieję na wspólne święta. Nie udało się. W kwietniu cudowna wiadomość – dzieci przyjeżdżają na Kretę. Ze swoją mamą – moją przyjaciółką! To było cudownych jedenaście dni. Sylvia i ja przerobiłyśmy ustnie chyba każdy, możliwy temat, wykończyłyśmy psa porannymi spacerami i zagłuszyłyśmy każdą morską falę mieszkanką polskiego i słowackiego. Dzieci spędzały ze sobą każdą sekundę. Ich przyjaźni “przerwana” cztery lata temu, odgrzewana co roku, przetrwała i ma się lepiej niż bym sobie mogła wymarzyć. Łączy ich wiele, dzieli tylko tylko jedno – tysiące kilometrów. To czwórka mądrych i otwartych młodych ludzi z wielkimi sercami, zrozumieniem dla siebie nawzajem i dla innych, z ogromnym poczuciem humoru i apatytem na życie. Z marzeniami i planami wspólnych wakacji, studiów i podróży. Każdy z nich zaczyna nową drogę, nową szkołę, pozna nowych ludzi. Trójka z nich z dala od domu. Są wystraszeni, zestresowani, martwią się, ale pocieszają się nawzajem, dodają otuchy, wspierają. Uczą od siebie nurkowania, skakania ze skał do wody, gry na gitarze, rysunku. Uczą się od siebie jak radzić sobie z byciem Europejczykiem w Stanach i Amerykaninem w Europie. 

Wczoraj, w drodze na lotnisko tuliłam słoną jeszcze od morskiej wody głowę osiemnastolatki płaczącej po rozstaniu z przyjaciółką. Czternastolatek nie odzywał się przez cały lot. Mieli spędzić miły wieczór w Wiedniu w oczekiwaniu na lot do Stanów. Zostali w pokoju hotelowym, pod kołdrami, we łzach. Moje dzieci zamikły na cały wieczór zamknięte w swoich pokojach. Ja zasnęłam z bólem głowy i zatkanymi zatokami od płaczu. I weź tu człowieku kochaj emigrację. 

Niech się święci…

W Stanach tak się przygotowywałam na czwartego lipca.

Nie piszę i przepraszam. Trudno jednak pisać w takich oklicznościach greckiego lata. Po porannej wizycie na plaży suszymy rozwijające się w szalonym tępie skrzela i składamy w kostkę płony pławne. Zeskrobujemy łyżkami sól ze skóry, nawilżamy ją kremami, pompujemy w siebie hektolitry wody, kilogramy arbuzów, rozwieszamy ręczniki, po godzinie je zbieramy, pakujemy do torby i na plażę. Wieczorem padamy na pysk. Padniętym pyskiem pijemy wino za dwa pięćdziesiąt i idziemy spać. I tak od przyjazdu ze Stanów. A ja o Stanach właśnie chciałam nadmienić dzisiaj, bo to przecież czwarty lipca dziś i Dzień Niepodległości. Dziwnie trochę obchodzi się taki dzień “ na zewnątrz”. Żadnych flag, gwiazdek, pochodów, koszulek ani czapeczek. Szkoda trochę, bo mnie podoba się ten amerykańskie papierowo-plastikowy patriotyzm. Trochę mi dziś tego brakuje. Wróciłam więc do tekstu sprzed roku, bo rok temu hucznie obchodziliśmy Dzień Niepodległości. Najhuczniej jak się da, bo na najstarszej paradzie w USA. Kto nie czytał, zapraszam!

4th of July…