Niech się święci…

W Stanach tak się przygotowywałam na czwartego lipca.

Nie piszę i przepraszam. Trudno jednak pisać w takich oklicznościach greckiego lata. Po porannej wizycie na plaży suszymy rozwijające się w szalonym tępie skrzela i składamy w kostkę płony pławne. Zeskrobujemy łyżkami sól ze skóry, nawilżamy ją kremami, pompujemy w siebie hektolitry wody, kilogramy arbuzów, rozwieszamy ręczniki, po godzinie je zbieramy, pakujemy do torby i na plażę. Wieczorem padamy na pysk. Padniętym pyskiem pijemy wino za dwa pięćdziesiąt i idziemy spać. I tak od przyjazdu ze Stanów. A ja o Stanach właśnie chciałam nadmienić dzisiaj, bo to przecież czwarty lipca dziś i Dzień Niepodległości. Dziwnie trochę obchodzi się taki dzień “ na zewnątrz”. Żadnych flag, gwiazdek, pochodów, koszulek ani czapeczek. Szkoda trochę, bo mnie podoba się ten amerykańskie papierowo-plastikowy patriotyzm. Trochę mi dziś tego brakuje. Wróciłam więc do tekstu sprzed roku, bo rok temu hucznie obchodziliśmy Dzień Niepodległości. Najhuczniej jak się da, bo na najstarszej paradzie w USA. Kto nie czytał, zapraszam!

4th of July…

 

Myśli kilka…

I wpadłam do Stanów na chwilę. Załatwiłam co miałam załatwić, dziecko z liceum wypisałam, prawo jazdy przedłużyłam, majtki, masło orzechowe i ładowarkę do telefonu kupiłam. Utwierdziłam się w przekonaniu, że nie chcę mieszkać w Stanach, że mi życie w pośpiechu, zakłamaniu i powierzchowności nie odpowiada. Nie mogę się doczekać jutrzejszego wieczoru, kiedy to samolot zabierze nas do domu. A jednak…

Wpadłam też na chwilę w życie amerykańskich znajomych i przyjaciół. Przez moment byłam jego częścią. Widziałam jak przyjaciółka (nie) radzi sobie z pooperacyjną nogą, jak jest jej ciężko i smutno. Jak druga uśmiecha się  do mnie przez łzy tydzień po pogrzebie mamy. Jak żałoba postarzała ją o kilka chwil za dużo. Jak mocniej ściska moją dłoń kiedy jak zwykle, na zajęciach jogi, trzymamy się za ręce tuż przed pożegnalnym om. Jak inni przechodzą przez kolejny nawrót choroby nowotworowej. Jak inaczej brzmią ich zapewnienia, że będzie dobrze kiedy siedzimy przy winie niż kiedy rozmawiamy przez WhatsApp. Jak szybko są zmęczeni i idą spać nawet wcześniej ode mnie. Przez moment byłam częścią życia znajomej mamy, która nie radzi sobie z tym, że jej córka “została” lesbijką. Jak wyciska z siebie tolerancję i otwartość umysłu, jak zaciska szczękę żeby się nie rozpłakać z bezsilności. Byłam częścią globalnego planowania przyjazdu na Kretę, zapewnień, że spotkamy się za rok, może dwa. Czy się spotkamy? Nie wiem. Wszystko mija, wszystko się zmienia, wszystko odchodzi w niepamięć. Za moment zapomnę jakie leki bierze mój chory na nowotwór przyjaciel, kiedy urodzi córka przyjaciółki, na jakiej ulicy są najlepsze lody i ile świateł trzeba minąć zanim skręcę do szkoły dzieci. Czy kiedykolwiek wrócę do Rhodę Island? Do Stanów? Nie wiem. Żegnam się ze wszystkimi kłamiąc w żywe oczy, że na pewno się spotkamy, że na pewno przyjdzie taki dzień, że wpadnę jeszcze do CVS, Barnes and Nobles, czy Chipotle, podam swój amerykański numer telefonu i dostanę 20% zniżki. To były moje miejsca, moi sąsiedzi, moi znajomi, przyjaciele. To był mój dom przez prawie cztery lata. Tutaj, jak poprzednio w Niemczech, jeszcze wcześniej w Warszawie, zostawiłam kawałek siebie i kawałek ten będzie się tutaj poniewierał i błądził bez reszty mnie, bo znów trzeba się żegnać i znów się przestawiać i przyzwyczajać. Wstać w domu na Krecie we czwartek rano, nakarmić kanarki, podlać pomidory, pomachać do nowych sąsiadów, zadzwonić do nowych znajomych, umówić się na kawę i wino. Czasami życie emigranta jest do kitu!

I po tym krótkim, mało optymistycznych, aczkolwiek szczerym jak nie wiem co, wpisie, zapraszam wszystkich do składania mi urodzinowych życzeń, bom dziś skończyła lat czterdzieści i w dodatku cztery.

 

Osiem dni…

Uczyć się i nie myśleć, to strata czasu, myśleć i nie uczyć się, to niebezpieczeństwo – ta złota myśl Konfucjusza jest prosta i oczywista. Analizując drugą część można powiedzieć, że samo myślenie nie wystarczy, że zasiedzenie się w swojej głowie, w jednym miejscu, w jednym kierunku myśli stwarza bezruch, drętwotę. A ta właśnie jest niebezpieczna. Stajemy się konserwatywni w swoich ocenach, ograniczeni jednolitością myśli i zbyt tradycyjni. A świat jest dynamiczny. Wszystko wokół nas się zmienia poczynając od klimatu, polityki, podejścia do technologii, po rzeczy bardziej ludzkie. Jednego dnia ktoś nas kocha, drugiego znika z naszego życia, jednego dnia ktoś siedzi obok, drugiego umiera. To co było oczywiste dziesięć czy pięć lat temu, teraz jest mgliste, pełne wątpliwości i zastrzeżeń. Czasem jest nam z tym dobrze, czasem niewygodnie. Nie chcemy zmieniać zdania, swoich zasad, wypowiedzianych kiedyś prawd – nie wypada. Trzeba być stałym w planach, zamiarach, opiniach i poglądach. Czy rzeczywiście to jest dobry sposób? Przy tak zmieniającym się świecie, zakrętach życia i kłodach rzucanych pod nogi nie lepiej być elastycznym? Twardą, sztywną gałąź da się złamać, wystarczy mocno przycisnąć, naskoczyć, uderzyć o ziemię. A taka elastyczna wierzba na przykład? Nie łatwo ją złamać. Ale jak być wierzbą? Szukać nowego! Nie bać się nowych pomysłów i projektów gdzieś tam przemykających cichaczem po głowie. Uczyć się. Czytać. Oglądać. Zadawać pytania. Zgłębiać. Ale przede wszystkim słuchać. Słuchać ludzi. Z uwagą i z niekłamanym zainteresowaniem. Słuchać ich historii, ich opinii, ich czynów i powodów tychże czynów. Słuchać ich płaczu i ich śmiechu. Nie oceniać, nie pytać “co ja bym zrobiła na jej miejscu”, nie kończyć ich historii w myślach. Chłonąć i tyle. I słuchać siebie. Wierzę, że głęboko w środku doskonale wiemy czego chcemy, co sprawiłoby nam radość, satysfakcję, przyniosło spokój. Problem w tym żeby głęboki środek miał szansę się przedrzeć przez rozsądek, żeby głowa usłyszała środka wołanie. 

Wróciłam z ośmiu dni nauki. Osiem dni trwała pierwsza część kursu instruktora jogi. Osiem dni w kreteńskich górach, w odosobnieniu, w ciszy. Osiem dni studiowania jogi, zgłębiania się, czytania i słuchania. Było mnóstwo słuchania. Słuchania mojego nauczyciela, słuchania ludzi, którzy przewinęli się przez to miejsce – innych nauczycieli, innych uczniów, przyjaciół domu. I słuchania siebie. Bóg wie ile razy, w ciągu tych ośmiu dni zmieniłam “pomysł na siebie”. Ile razy zwątpiłam w siebie i uwierzyłam ponownie. Ile razy chciałam pieprznąć starymi, drewnianymi drzwiami i ile razy chciałam żeby czas stanął w miejscu. Nauczyłam się też, że moje ciało wie. Po prostu wie. Wie czego potrzebuje i jak do tego dążyć. Nauczyłam się słuchać z uwagą i dawać płaskim stopom, łokciom z przeprostami i słabym kolanom to, czego potrzebują. Uczę się słuchać najgłębszego środka, serca, duszy. Słyszę coraz częściej, coraz głośniej i dostarczam. Nauczyłam się, że godzina medytacji jest do zrobienia, nic mnie nie swędzi, nie boli, myśli nie wariują, wyrzutów sumienia o zmarnowany czas brak. Poznaję teorię i praktykę bycia joginem. Zgłębiam i z radością stwierdzam, że mi bardzo odpowiada. Nauczyłam się, że jest ok nie wiedzieć, być nie-perfekcyjną. Po pierwszej przeprowadzonej lekcji myślałam, że się spakuję i wyjadę. Po ostatniej byłam z siebie dumna. I ja i mój nauczyciel. Wysłuchałam wielu historii, które otworzyły mi oczy na innych, na niezmienną regułę nieprzewidywalności w opowiadanych historiach, nieprzewidywalności życia, emocji i duchowości. Nieznane dźwięki, zapachy, dziwne nazwy, śmieszne rytuały pod koniec tygodnia stały się zwyczajne, znane, oswojone. Ludzie, obcy pierwszego dnia, stali się niewiarygodnie bliscy ostatniego. Siedemdziesięcioletnia Greczynka z Aten do szaleństwa zakochana w swoim amerykańskim, osiemdziesięcioletnim partnerze, którego widuje tylko przez sześć miesięcy w roku. Niezwykle zamożna Włoszka, która po wielu latach starań urodziła i po kilku dniach straciła swoje dziecko i której każda asana przynosiła fizyczny ból – tak bardzo cierpiała jej dusza. Belgijka, która wyczytała z kart, że ma wyjechać na Kretę. Przyjechała i szczęśliwsza być nie może. Francuska archeolog, która tęskniąc za ukochaną Syrią, zadekowała się najbliżej do niej jak mogła, na Krecie. I została. Została też moją przyjaciółką od serca. A znaleźć przyjaciółkę od serca w osiem dni to dar. Nauczyłam się jeszcze spania pod moskitierą (co nie było łatwe, bo okazało się, że mam klaustrofobię), stania na głowie (i to ponad minutę) i robienia domowej Spanakopity (szpinak z cieście filo), które jest moim ulubionym greckim daniem. A to dopiero początek nauki. Jeszcze tyle przede mną. 

Taka grecka sytuacja…woda

Bo na Krecie wszędzie woda…

Z serii “taka grecka sytuacja”, której odcinki publikuję na fejsbukowej stronie bloga, (#takagreckasytuacja), dziś tutaj, na blogu. Piszę tutaj, bo to nie jest wpis na jedno zdjęcie, na jedno zdanie. Ba…filmiki nawet są. A wszystko po to żeby zobrazować nie-powagę sytuacji hydraulicznej na Krecie. Czekałam z tym wpisem aż przejdzie mi frustracja, bo wkurwione paluchy często wypisują bzdury. Mimo, że niewiele się zmienia w temacie wody w moim życiu, kreteńskie podejście do życia widać mi się udziela, bo mnie sytuacja nie denerwuje, nie dziwi, a śmieszy lekko. Wciąż z naciskiem na “lekko”.  

Żeby nakreślić sytuację hydrauliczną na Krecie, zacznę od tego zdjęcia…

Ja rozumiem, że Kreta to wyspa, otoczony wodą placek ziemi. Rozumiem, że z tego powodu można traktować wodę inaczej. Jest jej pod dostatkiem, gdzie się człowiek nie obejrzy tam plaża, z nią woda, skała, za skałą woda, zatoczka, bajorko, strumyczek, stawik. Wydaje się, że woda mieszkańcom spowszedniała i traktowana jest coś oczywistego, co nigdy się nie kończy, nigdy nie zabraknie. Te zdjęcia to największa instalacja hydrauliczna jaką widziałam na Krecie. To takie rozwidlenie grubych gumowych rur doprowadzające wodę do domów. Takie wodociągowe śliczności stoją tutaj co kilkadziesiąt metrów, jedne wielkie, składające się z kilkunastu rur, inne mniejsze. Stoją na słońcu, w deszczu, kołyszą się kiedy je poruszyć. Często kapie z nich woda. Nie jest dziwne zatem, że dookoła tych instalacji rośnie bujna roślinność. I mój pies ma się gdzie napić wody na spacerze. 

Mimo, że na Krecie gleba jest niesłychanie żyzna, jest sucho i trzeba nawadniać lub podlewać ogródki warzywne. W naszym ogródku, w murze go otaczającym jest kilka zaworów do podłączenia systemu nawadniającego lub zwykłego węża ogrodowego. I to jest super. Rury doprowadzające wodę i łączące zawory są zamurowane więc jeśli coś stanie się z rurą w środku muru – kaplica, rozwalić trzeba cały mur. To nie jest super. Te rury, zawory i kraniki są często nieszczelne i kapie z nich woda. Według mnie to marnowanie wody więc zawołaliśmy pana do kapiącego kranu nawadniającego nasze warzywa, a pan zrobił tak:

O rozwiązaniu “prysznic, czy siku” pisałam już na FB. Ale skoro o wodzie, to pokażę jeszcze raz. O co chodzi? Nie wiadomo. Albo to jest zamierzone i bierzesz prysznic zalewając całą łazienkę. CAŁĄ, bo jest maleńka. I co potem? Suszyć, wycierać ścierkami, czy może korzystać z ubikacji w kałuży wody, bo podłoga nie jest nachylona w stronę spływu i woda, zamiast spływać, stoi. Albo to nie było zamierzone, tylko tak wyszło. 

Jednak najlepsza jest tama na naszej wannie. To nie jest żart. Przysięgam. I dzięki bogu, że wynajmujemy ten dom, bo gdyby to był mój, szlag by mnie trafił.

I można to moje pisanie odczytać jako narzekania rozpieszczonej cywilizacją panienki, która przyjechała do innego kraju, z innymi problemami, z innymi rozwiązaniami. Można też odczytać jako spostrzeżenia, czy w porywach nawet, zamartwianie się ekolożki z bożej łaski, której nie jest obojętne marnowanie wody. Dla tych, którzy przychylają się do rozpuszczonej panienki, mam coś jeszcze na koniec. 

Mąż mój przyjechał na Kretę kilka miesięcy przed nami. Wbrew jego woli i zapewnieniom, że wszyscy na Krecie piją wodę z kranu, bo czysta, prosto z gór, przebadana i takie tam, przysłałam mu nowiuteńki filtr do wody i nakazałam używać. Sprawdzałam wideokonferencjami, czy stoi w kuchni i czy mąż korzysta. Korzystał. Przyjechaliśmy my i po jakimś czasie korzystania z filtra, przypomniałam sobie, że trzeba wymienić wkład. Otwieram ja ci ten dzbanek w celu wymiany wkładu, a w środku zapakowany w oryginalną folię ze sklepu, nieużywany wkładzik! Przez kilka miesięcy nie tylko piliśmy niefiltrowaną wodę z kranu, ale z dodatkiem jakiegoś syfu z opakowania. Taka to ze mnie rozkapryszona panienka! 

Nowe…

mimozami u nas wiosna się zaczyna…

Wpadliśmy na tę wyspę pierwszego dnia lutego i od tej pory robimy rozpierduchę. Rozpakowujemy meble, dochodzimy do wniosku, że nie pasują, sprzedajemy, kupujemy nowe, wiercimy jedne dziury, zalepiamy inne, malujemy, czyścimy, pierzemy, sadzimy. Postanowiłam sobie, że do Wielkanocy wszystko będzie gotowe, po mojemu, domowo. Zdaję sobie sprawę, że jestem stuknięta, że to nie jest możliwe – ludzie urządzają się latami. Ale ja nie mam czasu. Znając życie, za rok, za dwa nadejdzie pomysł kolejnej przeprowadzki i przez kolejne lata nie będzie sensu się urządzać. Znowu. A ja chciałabym pomieszkać trochę, zapamiętać gdzie schowałam ręczniki i gdzie trzymamy klej do dętek. Odpocząć od kartonów, wierteł, pędzli i Ikei. No i prawie się udało. Dwa tygodnie temu wyjechałam, do Polski, z domu prawie idealnego. Kran w kuchni jeszcze cieknie i czeka na hydraulika. Czytać nie można w łóżku, bo lamp nie ma w sypialni. Ale reszta jest. Powieszona na gwoździach, śrubkach, poukładana na półkach, odkurzona, rozpakowana. Reszta jest już udomowiona. Z poczuciem, że jest do czego wracać, do Polski poleciałam lekka i beztroska,  jak na skrzydłach. Z Polski wracałam już mniej lekka, bo kluski śląskie, kluski tarte, kapusta, serniki, miodowniki i pigwówka. Zdziwiłam się, że Ryanair nie poinformował mnie uprzejmie, esemesem, o dodatkowej opłacie od przewożonych w biodrach, świątecznych przysmaków. Oprócz jedzenia, były powitania, odwiedziny, spacery, zakupy i znów pożegnania. Dużo przyjemniejsze niż te kiedy wylatywałam do Stanów. Jestem tylko dwa i pół tysiąca kilometrów od domu. Do ogarnięcia w cztery godziny. Daty kolejnej wizyty ustalone, plan pobytu obgadany szczegółowo. Wróciłam na Kretę. Ogródek jeszcze bardziej się zazielenił. Dach pokrył się winoroślami, róże trudno zliczyć. Sałatę i zioła na obiad zbieramy z ogródka, pierwsze truskawki też. Został jeszcze tydzień ferii wielkanocnych więc postanowiliśmy zobaczyć kawałek Krety. I wpadłam na pomysł…

I po takim oto, przydługawym, wstępie zapraszam na otwarcie nowej zakładki, Moja Kreta, gdzie o Krecie, po mojemu, będę pisać ja!

Pierwszy wpis już gotowy. 

Cisza…

Cisza to wielowarstwowa rzecz. Cisza to brak fonii, brak dźwięków, brak brzmienia. Cisza, dla mnie, oznacza coś jeszcze. To również nieczekanie na szmer, głos, krzyk. To wyciszenie się wewnętrzne.  To taki wyższy stopień radzenia sobie z brakiem dźwięków, świadomość, że cisza może być coraz dłuższa i przewlekła, wydawać się wręcz nieskończona. Może być taka zupełna, bez obietnicy na jej przerwanie.

Na kursach medytacji uczymy się jak radzić sobie z dźwiękami dookoła nas. Nie ignorować, nie udawać, że ich nie ma, nie starać się ich nie słyszeć. Uczą nas bycia świadomym ich istnienia i delikatnie, jak piórkiem, odsunąć je od siebie. Nie lada ci to sztuka. Wymaga czasu i pracy. Ileż to razy odpychałam piórkiem dźwięki dochodzące zza płotu w domu, w Stanach. Delikatnie trącałam piórkiem przejeżdżający pociąg, plotkujące sąsiadki tuż pod oknem, odgrażającego się na całe gardło Bobbiego (jeśli ktoś nie zna Bobbiego, to tu i tu). Z czasem, piórko stawało się coraz cięższe, a moje ruchy coraz bardziej agresywne. Zdarzało się, że waliłam piórem gdzie popadnie, oberwało się każdemu skrzypnięciu płota i szurnięciu buta. Ćwiczyłam codziennie i mimo, że postępy były, nie raz lekkie piórko zmieniało się w ciężki młot.

Ale co się dzieje kiedy czynnik dźwiękowy zostanie usunięty z życia? Co się dzieje kiedy przeprowadzasz się na kreteńską wieś w środku zimy? Dzieje się cisza. Cisza wszechobecna, nieustająca, niczym nie przerywana. Cały kurs medytacji diabli biorą. Nie ma na czym świadomości zawiesić, nie ma czego piórkiem chlasnąć. Nieproszonych dźwięków brak.

Mieszkamy w małej wiosce, na maleńkim półwyspie. Obok domu przebiega droga, po której tylko kilka razy w ciągu dnia przejeżdża samochód. Połowa tych razów to ja. Sąsiad z jednej strony przyjeżdża tylko latem, z drugiej strony mieszka niehałaśliwa rodzina – koza, owca oraz wynajmujący od nich kawałek drewutni bezpański kot. Jedynym przerywnikiem ciszy są koguty zamieszkujące wieś. Zabawę w głuchy telefon zaczynają o czwartej rano. Zaczyna kogut niedaleko naszego domu, chociaż tak wcześnie rano wydaje się, że stoi tuż pod naszym oknem, za nim po kolei siedem, w porywach osiem kogutów wydziera swoje dzioby. Po ostatnim następuje krótka przerwa, akurat na przymknięcie zmęczonego oka, po czym zabawa zaczyna się od nowa i trwa godzinę. Cierpliwi przeczekują i śpią dalej, niecierpliwi wstają i oglądają CNN. Mamy też, mieszkające w klatce na zewnątrz, kanarki, o wyskokach których już wkrótce, ale te grzecznie śpią do ósmej i chodzą, czy też lecą, spać po zapadnięciu zmroku. Poza tym, ich śpiew jest tak nieustanny i tak przyjemny, że stały się już elementem ciszy. To nasze podwórko. A za płotem? A za płotem i jeszcze kilkoma innymi płotami – park. Nie wiem czy narodowy, czy bardziej lokalny, ale park. Park ciszy. Chodzę tam często na spacer z psem. Wspinając się pod górę słyszę tylko swój oddech i nieobcięte pazury psa stukające o skały. I szum morza. I tak przez godzinę, lub dwie. Od czasu do czasu pokaże się jakaś zwinna kózka, która skacze po skałach bezszelestnie jakby te były miękką, puszystą trawą. Przygłuchawy już chyba pies nawet nie zauważa jej obecności. Czasem mijamy stado owiec, które w bezruchu, w zupełnej ciszy łypią na nas ślepiami zdziwione, że ktoś w ogóle tędy przechodzi.

Na plażach wciąż pustki. Turystów brak, a dla tubylców za zimno. Codziennie odwożę dziecko do szkoły. W drodze do domu zatrzymuję się na plaży, włażę na samotnie stojącą wieżę ratowniczą i słucham morza i ciszy. Czasami medytuję, czasami po prostu siedzę i nie mogę wyjść z oniemienia, że jest tak bezgłośnie. Nadsłuchuję i czekam na dźwięk wyprodukowany przez człowieka, pojazd, lub zwierzę choćby jakieś. A tu nic. Cisza.

Cisza to taka dziwna sprawa. Wszyscy pragniemy chwili spokoju, ale kiedy trwa zbyt długo, staje się niepokojąca, trochę niewygodna. Upłynie jeszcze wiele cichych chwil zanim się do niej przyzwyczaję, zanim się z nią oswoję. Zanim piórkiem przestanę niepotrzebnie machać.

 

Przybylcy…

Minął prawie miesiąc od naszego przyjazdu na Kretę. Wiemy gdzie kupić chleb, jak dojechać do szkoły i jak zlewać przepisy drogowe. Wciąż jednak nie jesteśmy tubylcami. Jesteśmy przybylcami co widać, słychać i czuć. A jak poznać takiego przybylca? Jak nas rozpoznać na Krecie? Ano tak…

Dla kogoś z Nowej Anglii, przedtem z Alp, a jeszcze przedtem z szarej Warszawy, zima na Krecie to wczesne lato. Temperatura waha się od 10 stopni w nocy do 18 w ciągu dnia. Miłym dodatkiem jest piękne słońce i przyjemny wiatr. Deszcz się zdarza, ale w ilościach rozsądnych i nie smaga po twarzy do krwi jak w Rhode Island. Dla Greków natomiast to środek zimy i ubierają się oni jak na zimę przystało. Podczas gdy my śmigamy w dwóch warstwach lekkiej odzieży, oni w puchowych kurtkach, butach do kolan i czapkach z pomponem. W mieście z daleka można poznać naszych. Z krótkim rękawem, w klapkach – na bank Amerykanin i prawie na pewno ze wschodniego wybrzeża.

Przyjeżdżając ze Stanów gdzie wszyscy są uprzejmi, uśmiechają się, pozdrawiają nawet nieznajomych i zagadują przy każdej okazji, można zapomnieć jak jest gdzie indziej. Wchodzę więc do każdego sklepu, poczekalni, na pocztę ze szczerym uśmiechem i głośnym „kalimera” (dzień dobry), uśmiecham się do ludzi, z którymi łapie kontakt wzrokowy na ulicy, przepraszam kiedy chcę przejść, czy kiedy przypadkiem musnęłam kogoś torebką. Utrzymuję zdrową odległość w kolejkach, nie pcham się, przepuszczam w drzwiach. I co? I stoję trzymając te drzwi przez pół godziny, włażą przede mnie do kolejki, nikt się nie uśmiecha, jak mnie zdzieli parasolem, nikt nie przeprasza. Uprzejmość moja umrze wkrótce śmiercią naturalną.

W tutejszej Ikei, a Ikea tutejsza to historia na osobny wpis, jesteśmy klientami specjalnej troski. Witają mnie po imieniu, (nie, nie przesadzam!!), a że mogę kupować bez greckiego podatku VAT i w związku z tym mam tysiąc papierków ze sobą, kasjerzy chowają się po kątach i unikają mojego, poekscytowanego możliwością kupienia kolejnego HEMNES, wzroku. Wpadam do sklepu z wypiekami na twarzy i już wiadomo, że to wyposzczony meblowo przybylec.

Od miesiąca śpię na materacu, od dwóch w nieswoich łóżkach. Pod pretekstem sprawdzania wszystkich materacy, w każdym sklepie z meblami, ucinam sobie drzemki, wyciągam się wygodnie, odpoczywam. A że obsługa klienta daleka jest od, atakującej od drzwi i łażącej za tobą do samego wyjścia, obsługi klienta w Stanach, nikt mi nie przeszkadza.

Jestem jedyną osobą na wsi, która prowadza psa na smyczy i nosi ze sobą woreczki na odchody. Kobiety z maluchami na rękach w popłochu uciekają myśląc chyba, że jedyne zwierzę, które potrzebuje smyczy, to jakiś potwór zjadający greckie dzieci. Przechadzam się zatem przez wieś z psem wkurwiając wszystkie zamknięte za płotem lokalne Burki, które szczekają i rzucają się w furii na furtki i bramy. Hałas ten, z kolei, powoduje nagłe poruszenie w, pałętających się wszędzie, gromadkach kóz i owiec oraz głośne gdakanie domowego drobiu. Takie to spustoszenie w kreteńskiej faunie robimy my – przybylcy.

I jeszcze…

– robię zdjęcia drzewom obwieszonym cytrynami i pomarańczami. Wszystkim i o każdej porze dnia. Wrzucam na FB i na Instagram.

– zatrzymuję się przy każdym bezpańskim psie i kocie i dzwonię do domu zapytać, czy możemy przygarnąć. Odpowiedź jest zawsze taka sama. Nie możemy.

– literuję, często z pomocą palca wskazującego, na głos każdy napis, każdą nazwę sklepu, każdy szyld. Czasochłonne, ale warto. Satysfakcja gwarantowana. Ubaw dla przechodniów również.

– wpadam w dziką radość na widok Lidla, Intimissimi, czy Marks and Spancer. Robię zdjęcia i wrzucam na Instagram.

– czekam na zielone światło przechodząc przez ulicę. To nic nie daje. Na zielonym też jest niebezpiecznie.

– nie jem jagnięciny. Serio, to mnie wyróżnia. Kiedy informuję w restauracji, że nie jem mięsa (mam serce i nie straszę weganizmem), odpowiedź jest zazwyczaj taka: „nic nie szkodzi, mamy jagnięcinę”.

Ale… wyprzedzam na podwójnej ciągłej, mam przy sobie gotówkę, piję mocną, grecką wódkę jeszcze przed trzynastą, a na stole na stałe zagościły oliwki. A to dopiero początek.

 

 

 

Providence nocą…

Jest halloweenowy wieczór. Jest wietrznie choć wyjątkowo, jak tę porę roku, ciepło. Środek miasta Providence – stolicy Rhode Island. Parking przy akademikach licznych w mieście uczelni. Obok piękne centrum handlowe i drogie restauracje. Na ulicach raczej pusto. To nie Nowy Jork. Providence zasypia, w dni powszednie nawet dość wcześnie. Biegające po ulicy, przebrane za potwory i jednorożce dzieci siedzą teraz w domu i przeliczają swoje cukierkowe zbiory. Na parkingu, tuż pod oknem jednego z mieszkań akademika zaparkowany jest samochód, w nim mężczyzna. Pewnie czyta jakieś wiadomości na swoim telefonie, pewnie na kogoś czeka. Podjeżdża inny samochód, zatrzymuje się obok tego zaparkowanego z mężczyzną w środku. Ktoś wychodzi, wyciąga broń, oddaje kilka strzałów, wsiada do samochodu i znika. Mężczyzna w samochodzie nie żyje. W mieszkaniu, pod którym zaparkowany jest samochód upada na podłogę mężczyzna przypadkowo stojący przy oknie. Dostaje zabłąkaną kulą przez szybę swojego okna. Zawożą go do szpitala w poważnym stanie.

I niby nie ma się czemu dziwić. Zdarzają się w Stanach większe strzelaniny, giną przypadkowi ludzie, mordowane są dzieci. Nie ma się czemu dziwić skoro jedna trzecia Amerykanów posiada broni, a ponad 40 procent ma do niej dostęp w domu. Każdego dnia ponad dziewięćdziesiąt osób w Stanach ginie od postrzału (dane tutaj). Codziennie słyszy się o jakieś dużej strzelaninie. Ba, w większych, bardziej niebezpiecznych miastach codziennie słyszy się jakąś strzelaninę. Tak jak ta na parkingu, to często porachunki kryminalistów. Tak jak w mieszkaniu przy parkingu, często obrywają przypadkowi ludzie. Taki nienormalny kraj. W takim przyszło nam żyć przez moment, przez dłuższą chwilę, czasem na zawsze. Nikt się strzelaninom, szczególnie takim jak ta parkingowa, nie dziwi, o takich jak ta nawet się nie mówi, nie pisze. Dla mnie ta była najważniejsza.

Dzień wcześniej na miejscu samochodu z zastrzelonym gangsterem stała niebieska Toyota Prius. Stała tam też kilka dni wcześniej, miesiąc wcześniej. W Toyocie siedziałam ja. Sprawdzałam wiadomości w telefonie i czekałam na moich dwóch uczniów, których dzieli tylko ściana od postrzelonego przypadkowo mężczyzny przy oknie. Podczas strzelaniny jeden brał prysznic, drugi robił herbatę w kuchni. Moja Toyota była wtedy zaparkowana pod moim domem. I wiem, że nie można się dać zwariować, nie można żyć w ciągłym strachu. Mogę przecież zginąć w wypadku samochodowym, wpaść pod pociąg, utopić się, albo zabije mnie jakaś paskudna choroba. Ale siedząc w samochodzie na parkingu dzień po strzelaninie myślałam sobie jak ten surrealizm bycia przypadkową ofiarą śmiertelną w niezwykle bezpiecznym mieście, na oświetlonym parkingu, obok mieszkań studentów renomowanych uczelni staje się bardziej realny, bardziej prawdopodobny, trochę bardziej przerażający. W miejscu gdzie zawsze parkowałam, stał rząd zapalonych świeczek i dla kontrastu, puste butelki po alkoholu. Było cicho, a w rogu parkingu czaił się wóz policyjny. Z nim, schowanym w krzakach, miałam się czuć bezpiecznie. W wiadomościach przeczytałam, że i tak nie jest źle, bo to siódme zabójstwo w tym roku w naszym mieście, a mamy ostatni dzień października. Rok temu było gorzej.