COVID-19 domówka

Trochę nielegalny spacer

 

Na początku podchodziłam do kwarantanny z nieskrywanym entuzjazmem. Nie muszę nigdzie jechać, nic załatwiać, mam czas na rzeczy, na które normalnie nie mam. Poczytam, obejrzę takie seriale, których nikt inny nie chce ze mną oglądać – na przykład Sense8 po raz trzeci. Posegreguję zdjęcia, nauczę się czegoś nowego. Poza tym, myślałam, mieszkając od dwóch lat na kreteńskiej wsi niespotykanie się z ludźmi jest zupełnie normalne. Podczas zimowych miesięcy, będąc bez pracy i bez potrzeby wychodzenia z domu, ludzi widywałam z rzadka. Na co dzień widywałam więcej psów, kotów, myszy i tych cholernych, drących się bez przerwy kogutów, niż ludzi. 

Minęło pięć tygodni. Odszczekuję żarty o kreteńskiej kwarantannie. Moje życie było pasmem towarzyskich orgii i beztroskich spotkań. Dni wypełnione były dotykiem, obłapywaniem się, bezkarną wymianą grzeczności przez płot czy ladę sklepową. Bez obaw ocierałam się o każdego przechodnia, bez strachu odbierałam wydawaną mi resztę, nie odkażałam chleba. Tarzałam się w dotkniętem obcymi stopami piasku, pływałam w niezdezynfekowanym w morzu. 

Pięć tygodni w domu. Nie wychodzę do pracy (bez kwarantanny też nie wychodziłam, ale teraz ten fakt jest znacznie bardziej dobijający), nie spotykam się z nikim. Dom uporządkowany jak nigdy wcześniej. Ubrania w szafie powieszone według kolorów, pościel ułożona alfabetycznie (wcześniej nadałam jej z nudów imiona), papier toaletowy według gęstości splotu. Ugotowałam już wszystko na co miałam ochotę i wszystko to również zjadłam. Mam siwe odrosty, nie golę nóg, nie noszę biustonosza, nie maluję paznokci. Mam trzy pary dresów i trzy bluzy z kapturem. Piorę je na okrągło. Nadal biorę prysznic, myję zęby i zmieniam bieliznę, ale zaczynam się zastanawiać czy te czynności nie są zbędne. Czytam pięć książek na raz, kilka z nich po raz drugi, bo nic nie pamiętam. Niczego nowego się nie nauczyłam. Zaczęłam haftować, zabrakło mi nici, zamówiłam przez internet, statek z zamówieniem utknął gdzieś na bliskim wschodzie. Zakończyłam haftowanie. Miałam nie pić alkoholu. Przeczytałam książkę, wysłucham innej i dowiedziałam się, że alkohol to wróg. Wysłuchałam innego ebooka i okazało się, że gluten też mój wróg. Nie jem więc glutenu. Ale nie daję rady. Muszę lepiej dobierać sobie wrogów. 

I jedyne co trzyma mnie jeszcze przy życiu to joga i medytacja. Są dni, że śpiewam mantry cały dzień i jednym wykopem staję na rękach przy ścianie! Są dni kiedy się zmuszam żeby zawlec swoje ciało na matę, przekładam kolana z jednej strony na drugą i sobie Savasanę zasunę od razu. Ale nigdy, przenigdy nie opuszczam medytacji. I to jedyny pewnik, jedyna rzecz, która jest niezmienna, która mnie gruntuje, wzmacnia, utwierdza. Potem jestem gotowa na wszelkiego rodzaju zachwiania i niepewności…na przykład niepewność w temacie miejsca pobytu czworonogów. Pies ma w dupie kwarantannę i zwiewa jak tylko zostawię otwartą bramę. Jeden kot jest niewidomy, ale z duszą włóczęgi, a drugi trochę większy od myszy domowej. Po medytacji jestem gotowa zmierzyć się z niepewnością którą rubrykę wybrać w formularzu, który musimy wypełniać przed wyjściem na spacer. Gotowa na niepewność czy doszedł mój sms do Wielkiego Brata w tej samej sprawie. Gotowa  na zachwiania nastroju po kolejnym pierwszym odcinku kolejnego serialu na Netflixie – nic już mi się nie podoba. 

I jeszcze trzyma mnie w pionie rower i nielegalne wycieczki pod klasztor Agia Triada, trzyma mnie w pionie Jaś, bo przy dziecku chociaż majtki trzeba założyć z rana. Trzyma mnie piękna pogoda i nadzieja, że już niedługo będzie lepiej i inaczej. Jestem pewna, że będzie inaczej. Ja już jestem na “inaczej” gotowa. A Ty? 

A to formularz do wypełnienia przed wyjściem z domu. Jeszcze tylko dodatkowy sms i można „swobodnie” wyjść. 

COVID-19

COVID-19 – chyba na każdego z nas, w jakimś stopniu, koronawirus miał, ma, lub będzie miał jakiś wpływ, niezależnie od miejsca zamieszkania, pracy, wieku, wyznania. Każdy, w każdym zakątku, ogromnej geograficznej przestrzeni dostanie jakąś przesyłkę od losu, której nadawcą jest COVID-19. Przesyłka będzie mała, albo ogromna, lekka, albo nie do podniesienia w pojedynkę. Przesyłka będzie niespodzianką, przekleństwem, wybawieniem z trudnego procesu podejmowania decyzji, lub jedynym wyjściem. Będziemy ją otwierać niechętnie, może odsuniemy na kilka dni w kąt z nadzieją, że rozpłynie się, zniknie. Będziemy na nią zerkać, zastanawiać się co się w niej mieści. Będziemy ostrożnie odpakowywać przesyłkę z drżącymi ze strachu, lub z przejęcia dłońmi, powoli otworzymy opakowanie. Być może odetchniemy z ulgą, może otworzymy oczy ze zdumienia, zapłaczemy, lub uznamy zawartość za błogosławieństwo w przebraniu ochronnym i w masce.

Pewnie wielu zgodzi się ze mną, że nie wszystko wróci do stanu sprzed miesiąca. Może nawet nic. Kataklizmy, nieszczęścia, epidemie ciągle nawiedzają naszą planetę i nasze społeczeństwo. Najczęściej jednak zdarzają się w jednym miejscu, często “nie u nas” i często są to rzeczy niejako znajome – trzęsienia ziemi, powodzie, wojny, pożary, strzelaniny, katastrofy ekonomiczne. Oglądamy wtedy wiadomości, kiwamy głowami, wygłaszamy wątpliwe mądrości o tym czego byśmy nie zrobili gdybyśmy byli na “ich” miejscu, wytykamy błędy, pomagamy jak możemy i zapominamy. Tym razem jest trochę inaczej. Wirus rozprzestrzenia się wszędzie i bardzo szybko. Nikt nie jest pewien co robić, ani my, ani rządy, ani nauka i medycyna. Nikt nie wie, bo to zupełnie nowa sytuacja. Nigdy nic takiego się nie wydarzyło. Poprzednie epidemie dotyczyły mniejszych obszarów, nie rozprzestrzeniały się tak szybko, lub zdarzyły się dawno kiedy przemieszczanie się ludzkości nie było tak dynamiczne. Wszystko jest nowe, nieznane, niezbadane, nieprzetestowane. Co dwa tygodnie temu było pewnikiem, że nigdy, że zawsze, że nie ma potrzeby, że kontrolujemy, wiemy co robić, teraz trochę się rozmywa. Tracimy kontrolę, nie mamy wiedzy, zmieniamy opinie. A my tego nie lubimy. Oj jak my nie lubimy nie mieć kontroli,  nie lubimy nie mieć stabilnej i jasnej opinii, nie wiedzieć, nie mieć innego wyjścia. A ja widzę w tym wszystkim cudowną i bardzo ważną lekcję dla nas wszystkich. To lekcja ogromnej pokory i zrozumienia, że my, ludzie, nie jesteśmy królami świata. To lekcja pokory oraz działania intuicyjnego. Nie wierzę w boga, który nas za coś karze, nagradza, coś daje, coś odbiera, który “tak chciał”, albo “tak nie chciał”. Wierzę jednak w mądrość, która jest wewnątrz nas, która ogarnia wszystko, ma wszystko, wie wszystko. Wierzę w mądrość wszechświata, w ogromny ocean wiedzy przekazanej nam przez naturę, naszych przodków, czas, kosmos, wszystko. Do tej mądrości prowadzi nas intuicja właśnie. I myślę sobie, że ten chaos wirusowy, to łażenie po omacku, te próby i błędy, ta zmiana opinii, decyzji to nic innego jak tylko wielka społeczna lekcja intuicji, takie Intuition Immersion Course (kurs intuicji przez zanurzenie). Nie dość, że sytuacja, w której się znaleźliśmy jako jednostki osobowe, jako kraj, Europa i świat wymaga działania intuicyjnego, bo nie ma podręczników, nie ma wzorców z przeszłości, to dodatkowo jesteśmy zmuszeni odizolować się od wszystkiego znajomego, od tego “ale mam zapieprz w pracy”, “nie wiem w co ręce włożyć”, “latam z piórkiem w dupie”. Trzeba usiąść na tyłku i przeczekać. A w trakcie czekania, trzeba pobyć ze samym sobą, ze swoimi lękami, obawami, z czarnymi myślami, z niekończącymi się pytaniami i niewiadomymi. To jest kopanie głęboko do środka. Wsłuchanie się w swoją intuicję, w swoją mądrość. Usłyszymy wtedy do czego nas ciągnie, do czego pcha, od czego odpycha, czego nam nie żal zostawić, a po czym będziemy rozpaczać. I powoli, powolutku zaczniemy zdrowieć, łagodnieć, być w zgodzie ze sobą, słuchać swojej intuicji. A kiedy już wszystko przejdzie, otworzymy drzwi rodzinie, przyjaciołom i sąsiadom i każdy wspólny posiłek będzie smakował najwyśmieniciej, każdy film w kinie będzie na wagę Oskara, każda kawa w kawiarni najlepsza na świecie, każdy uścisk dłoni, przytulenie, pocałunek będzie najpiękniejszą chwilą. Wtedy można usiąść, pomyśleć, pogadać i zobaczyć co dalej. 

Miałam dzisiaj taki sen, że przyjechałam na porodówkę i miałam zaraz zabrać się za rodzenie dziecka. Pielęgniarka zaprosiła mnie na siku (oczywista!!) a potem na “będziemy rodzić”. Przy ubikacji poczułam przyjemny zawrót głowy. We śnie wiedziałam, że to mój kolejny skurcz. Umyłam ręce (COVID-19!!) i otwierając z rozmachem drzwi na porodówkę pomyślałam z radością i podnieceniem: “no to do roboty”. Taki sen zapewne oznacza, że idzie zmiana, coś nowego się urodzi, coś zacznie. Zmiany mogą być różne oczywiście, ale czuję, że to dobre zmiany i że to zmiany dla nas wszystkich, dla planety, dla zwierząt i ludzi. Nie spierdolmy tego! 

 

Komisarz Papulous w akcji…

Komisarz Papulous stanął w otwartych drzwiach pokoju numer szesnaście. W pokoju panował półmrok. Od kilku dni pogoda na Krecie nie ułatwia pracy, ani w turystyce, ani nawet w policji. Leje, dżdży, pada i kropi, do tego wieje, hula, zawiewa i dmucha. Ciśnienie niskie, łeb pęka. Turyści chowają się w nielicznych o tej porze roku tawernach, a policjanci ratują się kawą. Często bezskutecznie. W pokoju paliły się dwie lampki. Jedna w kącie odsłaniając swym słabym światłem odchodzącą płatami farbę ze ścian. Farba ciemna i ponad dwudziestoletnia więc nie żal, ale pod spodem szału też nie ma. W latach dziewięćdziesiątych musiał być wymóg malowania ścian na oczojebny zielony, bo taki właśnie kolor wyłania się spod płatów odpadającej, ciemno-fioletowej. Druga lampka stała na stoliku posterunkowego Kontodinosa. Świeciła białym, zimnym światłem wprost na klawiaturę komputera. Kilka centymetrów nad klawiaturą zdały się wisieć zawieszone w powietrzu dłonie, których palce, prawie niespostrzeżenie, wykonywały miokroruchy jakby nie mogły zdecydować się w który przycisk klawiatury uderzyć, jaką literą zacząć zdanie. Dłonie były własnością posterunkowego. Jorgos Kontodinos nie raz już wypełniał formularze w komputerze. Mówiło się o nim na posterunku, że na klawiaturze pisze najszybciej. Młody jest, dzieciństwo spędził grając w gry komputerowe to palce ma wprawione. Teraz jednak jakby zastygł, jakby dłonie nie współpracowały z młodym, policyjnym umysłem. Być może nagromadzona ostatnimi czasy tusza przeszkadzała (świeżo po ślubie, a małżonka podobno dobrze gotuje). Dłonie z powodu wagi coraz to dalej od klawiatury, a swoboda ruchów na nieobracającym się od dawna krześle obrotowym graniczona. Kończyny od tego zdrętwieją. I te dolne, bo krzesła nie można regulować, a posterunkowego stopom do podłogi brakuje jeszcze kilku centymetrów. I te górne, bo utrzymać je nad klawiaturą to nie lada wysiłek. Oczy komisarza Papulousa powędrowały jednak w dół, na podłogę, na której leżał biały kabel. Kabel położony był na całej długości pokoju, jakieś dwa metry może. Komisarz zauważył jak mocno kabel odcina się kolorystycznie od szaroburej podłogi, nie pierwszej już czystości. Kabel musiał być nowy. Pewnie to ten, o który było tyle hałasu w zeszły piątek, że go Eleni z zaopatrzenia dostarczyła już w listopadzie, że ma na to kwit, że sam komisarz go podpisywał. A kabla nie było. To on, sam komisarz, znalazł go w poniedziałek rano zwinięty w kłębek za kartonem pełnym ulotek o niebezpieczeństwie wyprzedzania w miejscach niedozwolonych. Wyciągnął, poinformował Eleni o znalezisku i położył w widocznym miejscu. W połowie długości kabla klęczała kobieta, była pochylona do przodu, jedną ręką podpierała się o podłogę, drugą dotykała szyi. Kobieta, w średnim wieku, z krótko obciętymi włosami. Cudzoziemka – pomyślał komisarz. Greczynki bardzo rzadko noszą takie fryzury. Pewnie nie lubią, a może mają problem z ogarnięciem gęstych, falujących włosów. Jego żona często żali się, że ma za gęste włosy i nie może sobie z nimi poradzić. A jej włosy sięgają do aż ramion. Kobieta miała na sobie długi sweter, płaszcz jakby, którego duża część leżała teraz na podłodze. Komisarz skrzywił się na samą myśl śmieci, które płaszcz podniesie ze sobą z ziemi. Na prawej dłoni, którą podpierała się kobieta zauważył cienką obrączkę i ogromny pierścień z żółtym, nieobrobionym kamieniem. Takie sprzedają w starym porcie, w mieście. Pewnie turystka. Może ją okradli? Ale po co kabel? Dlaczego jest na czworakach? Zazwyczaj rozwiązania zagadek przychodzą mu do głowy szybko. Jest z tego znany. Kiedy jest problem z rozwiązaniem trudnej zagadki, dzwonią po Papulousa. Ten zawsze znajdzie rozwiązanie, widzi coś, czego inni nie dostrzegają, zauważa szczegóły, które innym umykają, myśli szybko i niekonwencjonalnie. Ale nie teraz. Nie tutaj. Coś mu się nie składa, nie pasuje. Z zadumy wyrwał go dźwięk, jakby przepełnione bólem skomlenie psa. Tak, ból dało się usłyszeć w tym skomleniu. Ale to nie pies, to ta kobieta wydawał z siebie taki odgłos. To ta kobieta piszczała, a ręką na szyi pokazywała jakby nacięcie, ranę. No tak, komisarz Papulous wiedział już wszystko.

Akcja ratowania psa z sąsiedztwa, opisana trochę tutaj, powiodła się tylko połowicznie. I tak, mówili żebym zaprzestała, bo każdy Grek strzelbę ma, ale już olej w głowie, nie każdy ma . Że mogą mi nieprzyjemności robić, straszyć, wioskę na mnie napuścić i takie tam. I to wszystko racja jest i pewnie tak się może zdarzyć, ale nie mogę. Mówi mi tu środek mnie samej, że nie można tak zwierzęcia zostawić i tak łatwo machnąć ręką choćby powodów do machania było kilka. Kilka dni po wpisie pies był przywiązany znów do jakichś metalowych prętów wkopanych w ziemię. Partyzantka straszna, spore niebezpieczeństwo dla psicy i jej szczeniąt więc wlazłam znów przez płot i uwolniłam trochę, ale okazało się, że pies ma wielką ranę od zaciśniętego łańcucha na szyi. No tak mnie to rozsierdziło, że zadzwoniłam po policję. Nie przyjechali. Zadzwoniłam jeszcze cztery razy i w końcu pojawili się. Grzecznie powiedzieli, że aby się coś zadziało, muszę złożyć zawiadomienie na komendzie. Już, dzisiaj, za chwilę, za minut dziesięć. Myślę, że pośpiech był zalecany żeby mnie zniechęcić, ale ja bezrobotna aktualnie jestem więc pojechałam. Na komendzie przydzielono mi jedynego prawdopodobnie policjanta, który nie mówi po angielsku. Grecy świetnie dają sobie radę z angielskim i prawie wszyscy są w stanie się jakoś dogadać. Prawie. Mój posterunkowy umiał jedno zdanie, a mianowicie “does it seem like…” (czy wydaje się, że…) a poza tym NIC. Powtarzał więc ten początek, a następnie kończył po grecku. Z punktu widzenia językowca, to bardzo interesujące, dlaczego taki wstęp, kto go nauczył, skąd, gdzie i po co… Z punktu widzenia składającej zawiadomienie o znęcaniu się nad zwierzęciem , wyglądało to kiepsko. Ale jako, że niejednego raw beginnera się angielskiego nauczyło, pantominę i onomatopeję mam obcykaną! Ta kobieta z opowiadania o komisarzu Papulousie chciała pokazać, że wzdłuż posiadłości, kilka centymetrów na ziemią, przymocowana jest linka metalowa (nie było linki, ale w kącie pokoju znalazłam biały kabel), do linki przywiązany łańcuchem jest pies, który nie może się ruszać, który piszczy z bólu i z niemocy i ma ranę na szyi, która krwawi. Ta kobieta, jakby się kto jeszcze nie domyślił, to ja. Wstałam, podpisałam co trzeba, uścisnęłam puchną dłoń posterunkowego Kontodinosa (nie jest to jego prawdziwe nazwisko) i wyszłam. Jestem pewna, że przez długie lata będą o mnie opowiadać, albo przynajmniej do następnego razu, bo wczoraj, bez kitu!!!, pojawił się u nas ślepy kot. Ma wyłupaną dziurę w miejscu jednego oka. Nazwaliśmy go Jurand i walczymy o jego życie. 

Lotniskowa fauna…

Sobole i myszy nie dały się sfotografować, ale wreszcie mam okazję pokazać inną faunę. Osiołki z Domu Osiołka Kreteńskiego w Agia Marina na Krecie

Ci, którzy znają mnie osobiście, lub osobiście na fejsbuku, wiedzą, że od kilku miesięcy moje życie toczy się wokół bez-pańskich, lub chuj-pańskich psów. Nie żebym była wariatką biegającą za każdym psem wałęsającym się po wsi bez obroży, bo po pierwsze musiałabym się zawałęsać na śmierć – tyle ich jest, a po drugie, jest od tego super prężnie działająca grupa amerykańsko-brytyjskich wariatów, których kocham nad życie i wspieram słowem i groszem kiedy tylko mogę. To oni robią łapanki na koty w śmietnikach i masowo je szczepią i sterylizują i to oni budują ulicznym psom budy i kołują dla nich pożywienie. Bezdomne, lub z domów złych, same pojawiają się pod naszym domem, jeden dosłownie położył się na naszej wycieraczce i rano przywitał nas jak swoich machając wesoło ogonem. Pierwsza była Zoya, która mieszka już Helsinkach, Vinny i Buddy znaleźli właścicieli, od których wcześniej uciekli w celach rozrodczych. Zmajstrowali kilkanaście bezdomnych szczeniąt na gigancie, a i tak właściciele nie dokonają kastracji, bo psu nie wypada jajek odcinać, chłop to ci przecie, a chłop bez jaj to nie chłop. Nawet nie pies. Najświeższe nasze njusy to nocna akcja oswobodzenia suczki sąsiadów ze zbyt ciasnej łańcuchowej obroży. Sąsiad-sadysta przywiązał mamę trzech szczeniąt do jakiejś linki metalowej przeprowadzonej przez podwórko. Do linki doczepił łańcuch, do łańcucha psa. Zawiązał łańcuch wokół jej szyi dwa razy, tak na wszelki wypadek dwa razy, żeby się upewnić, że się udusił w przeciągu doby i dodał dla pewności drut, którym związał owe łańcuchy. Wyposażeni w wysoką drabinę, latarki, szczypce do drutu i przysmaki dla psów, pod osłoną nocy, ruszyliśmy na pomoc! Akcja się udała, pies uwolniony. Na płocie powiesiłam jeszcze liścik, że jeśli jeszcze raz będzie miała ciasno na szyi, dzwonię na policję i ogłoszę z nazwiska w internecie! Poskutkowało nieco, bo choć pies rano był znów przywiązany, łańcuchy były luźniejsze. Powiesiłam jeszcze na płocie obrożę i smycz z wielką prośbą żeby wymienili te łańcuchy. Bez odzewu jak na razie. 

Te wiadomoście powyżej to pierwsze dziesięć minut Faktów (mam wreszcie Cyfrowy Polsat to się orientuję), czy innych wiadomości o pełnej godzinie. Najbardziej bulwersujące, najważniejsze, wymagające uwagi i przedsięwzięcia stanowczych kroków. Następnie prowadzący wiadomości rozjaśnia swoje lico, wraz z powagą przekazywanych wiadomości, znika dodająca powagi zmarszczka między brwiami i dowiadujemy się o tym jak gdzieś pod Opolem owca urodziła cielaka, czy LGBTQowe koło gospodyń wiejskich upiekło największy, bezglutenowy bochenek chleba. Takie nasze “meanwhile” jeśli ktoś ogląda Stevena Colberta (a jeśli nie ogląda, to polecam). Czas więc na wiadomości lżejsze. 

Kiedy przeprowadziliśmy się kilka tygodni temu bliżej lotniska nie zdawałam sobie sprawy jakie interesujące rzeczy kryje nasze maleńkie, przytulne i sprawnie działające lotnisko w Chanii. Kiedy wszystkie pięć samolotów pasażerskich odleci do Aten, kiedy ucichną amerykańskie samoloty transportowe, a greckie F16 przestaną robić dziury w chmurach, pas startowy i teren położony w pobliżu budzi się do życia. A skąd ja to wiem? Od grupy naukowców, którzy ustawili kamery do obserwacji życia fauny lotniskowej na Krecie. Wnioski z tejże obserwacji są niezwykle ciekawe. Cały łańcuch pokarmowy kreteńskiego półwyspu Akrotiri rozpieprza się o jedną rzecz. A mianowicie o to, że kilka razy dziennie wystrzeliwane są armatki hukowe żeby odstraszyć ptaki od pałętania się zbyt blisko silników samolotów. Przestraszone ptaki odlatują, a w dole, w trawie cieszą się i zacierają łapki łasice, norki i sobole, którym właśnie umożliwiono polowanie na myszy i nornice, które to zostały ocalone przed ptakami przez armatki. Łasice, norki i sobole mają jedzenia po kokardki tak więc zadomowiły się na pasach trawy lotniskowej na całego. Myszy mają przerąbane, ale i tak wolą mieszkać w wysokiej trawie lotniskowej, bo nie ma ptaków, bo w trawie jest jedzenie, a trawą opiekuje się greckie lotnictwo wojskowe więc wiecie…feta, spanakopita i raki… Na terenie lotniska można zaobserwować również coś co przypomina mały gatunek kangura. Ależ skąd kangury na Krecie? To zwykły, przekarmiony dumą i odwagą, zając! Zające są tutaj nagminnie odstrzeliwane przez ludzi. Wokół naszego domu ciągle słychać strzały i dwa razy już, na spacerze z psem, widziałam jak chłop niósł ukatrupione zające na obiad. Lotniskowe zające natomiast nie mają się czego bać. Dla nich to teren bezpieczny, bez psich łapanek, rozstrzeliwań, wolny od śmierci. Jak tylko wykombinowały, że te wybuchy z armatek hukowych to ściema, a nie żadne strzelby, żyje im się jak w raju. Zajadając korzonki i trawkę obserwują wysiadających z samolotu pasażerów, którzy następnie wpychani są do autobusów żeby przejechać nie więcej niż sto metrów do wejścia do budynku (kto był, wie o czym mówię). Zachodzą szaraki w głowę po co te cholerne autobusy i to jest jedyny ich problem. I jeszcze coś zarejestrowały kamery porozstawiane na terenie lotniska. Obsługa pasa lotniska i parkingu dla samolotów często boryka się z tzw FOD (foreign object debris) czyli śmietki niewiadomego pochodzenia. Takie małe przedmioty, śrubki choćby, mogą spowodować poważne uszkodzenie samolotu. Sprząta się więc pasy startowe i parkingi wielkimi miotłami na gładko. A na pobliskich dachach i słupach siedzą ptaki i zwijają się ze śmiechu, bo okazuje się, że często to właśnie one, uprzednio wyczaiwszy, że pas startowy to super twarde podłoże, przylatują z orzechem w dziobie i ryps orzechem o beton. Potem tylko szybciutko żeby nie dostać się do silnika samolotu, bo “ino pierze zostało z Władka w zeszłym tygodniu” i śmig z orzechem w bezpieczne miejsce. A niech głupole się zastanawiają skąd te FODy na pasach. 

Tak więc kochani, kiedy będziecie lądować na lotnisku w Chanii rozpoczynając wasze cudowne wakacje na Krecie, pomachajcie szarakom, sobolom i bohaterskim myszom z waszego okna. Odmachają z wdzięcznością.

 

Krótko i świątecznie…

I znów zbliżają się kolejne święta i znów kończy się kolejny rok! Dla mnie ten rok był kolejnym rokiem pełnym wrażeń i nowych doświadczeń. Dużo się działo i w środku i na zewnątrz. Jestem wdzięczna za jedno i drugie. I to dobre i to mniej dobre, to jasne i to zupełnie czarne. Jestem wdzięczna za każdy dzień. 2019 zaczął się przygnębiającą kreteńską zimą, która dla mnie była depresyjna, mokra i zimna, a dla wyspy, w wielu przypadkach – tragiczna. W marcu rozpoczął się “kurs zmieniający życie”, który zakończył się na początku grudnia, a który przyniósł mi mnóstwo zmian, doświadczeń, doznań i przyjaciół. Wyjazdy do Zurichu dały mi również do zrozumienia, że potrzebuję wyjechać z Krety, nie jestem wyspiarką i źle się czuję zamknięta na, odległej od wszystkiego mi znajomego, wyspie. Wiosną i latem mieliśmy mnóstwo gości i odwiedzających. Było cudownie pokazywać piękne okoliczności przyrody kreteńskiej najbliższym mi ludziom. Była mama i mój brat i przyjaciółki z Garmisch, za którymi bardzo się stęskniłam. Były dzieci. Długo i intensywnie. Kocham mieć je w pokoju obok, w kuchni i na plaży, na kocu obok. Uczyłam jogi w domu i u mojego włoskiego sąsiada na tarasie. Po wakacjach zorganizowałam pierwsze warsztaty jogi w Polsce. Dzieci rozjechały się do swoich szkół, są w miarę zdrowe i puszczone na wolność starają się jak mogą najlepiej ułożyć sobie zaczątki swojego wielkiego życia. Znaleźliśmy bezdomnego psa, odkryliśmy kilka nowych miejsc, poznałam kilka ciekawych osób i podjęliśmy decyzję o zmianie domu. Nigdy nie lubiłam tego domu mimo, że starałam się jak mogłam żeby umościć sobie tutaj gniazdko. Nasz nowy dom, do którego przeprowadzamy się zaraz po świętach napawa nadzieją! 

W święta będę życzyć sobie zdrowia i pozostania w takich stanie w jakim jestem teraz. Jestem w dobrym miejscu i niech tak zostanie. Będę życzyć sobie zajęcia, pracy, bo bez pracy ani kołaczy nie ma, ani zdrowia psychicznego! 

Wszystkim innym oprócz zdrowia życzę tego czego Wam akurat w tej chwili potrzeba. Niech się wydarzy to, co ma się wydarzyć w najpiękniejszy, najspokojniejszy i najmniej nieprzyjemny sposób. I miłości dużo, bo tego potrzeba nam zawsze! 

Wesołych Świąt i wszystkiego dobrego w nowym roku!

Wyspa w Zurichu…

Co powinni wiedzieć wszyscy inni… What everyone else should know…

Kilka dni temu zostałam nauczycielką jogi Anusary. Ale to nie jest ważne. Nauczycielem jogi może zostać każdy i mówię to z pełną świadomością i z dużą dawką zasłużonej ironii, bo nauczycieli spotkałam już wielu. Ważniejsze dla mnie jest to, że kilka dni temu zostałam, po raz drugi, uczniem. Rok temu podjęłam decyzję o drugim kursie nauczycielskim. Decyzja nie była łatwa, bo jeden certyfikat już mam, prowadzić zajęcia jogi mogę, koszt tych dwustu godzin jest wysoki, a jak dodam, że to Szwajcaria i Zurich to koszty dochodzą do samych szczytów ośnieżonych szwajcarskich Alp. Jednak coś mnie pchało, coś mówiło, że nie mogę odpuścić, nie tym razem, nie teraz. Lubię sobie wyobrażać, że to “coś” to Ta, Która Wie (La Que Sabe z książki “Biegnąca z wilkami” – książki, którą każda kobieta powinna przeczytać) – stara baba w moich trzewiach, która ma całą wiedzę wszechświata, przeszłości i przyszłości. Posłucham. I to była jedna z najlepszych decyzji w moim życiu. 

Ponad dwieście godzin spędzonych na studiowaniu asan, oddechu i tekstów tantrycznych, ale przede wszystkim na poznawaniu siebie. To była niesamowita podróż do wnętrza – i wiem jak to brzmi… nadmuchane, sekciarskie, egzaltowane pieprzenie o niczym…ale nie obchodzi mnie jak to brzmi. Ważne jak to jest. A jest…intensywnie! Wcale nie jest łatwo grzebać w przeszłości i w sprawach emocji bieżących. Wcale nie jest łatwo zdawać sobie sprawę z rzeczy, o których nie miało się pojęcia, że się je na plerach nosi. Nie jest łatwo otwierać stare, zarośnięte, trochę brzydko i krzywo, blizny, czyścić rany, składać kości, zakładać opatrunek i od nowa obserwować proces gojenia. Nie jest łatwo, ale jakże to potrzebne, uwalniające i dające siłę i wiedzę do dalszego życia na swój własny, najlepszy i najpiękniejszy sposób. 

Ale żeby takie wewnętrzne trzęsienie ziemi przetrwać, trzeba mieć narzędzia. Moje narzędzia to ćwiczenia ciała, oddech i medytacja, która robi totalną rozpierduchę, a za moment oczywistą składankę. I tak non stop. Rozpieprz i składanka. Ale za każdym razem składanka jest ciut łatwiejsza. Jest jeszcze jedno narzędzie – ludzie. Inne, piękne stworzenia, które co miesiąc siadają w wielkim kole i są. Na sto procent, na dwieście, na wszystkie procenty świata. Kilkanaście cudownych osób, które sprawiły, że ten rok na zawsze zostanie w mojej pamięci, w moim sercu. Ezgi, moja nauczycielka, opowiada o nas jak o wyspie, którą sobie stworzyliśmy, która zawsze będzie istniała i na którą zawsze możemy wrócić myślami i spotkać się tam z innymi. Nigdy w życiu nie spotkałam tak zsynchronizowanej duchowo grupy ludzi. I teoretycznie nie mamy ze sobą nic wspólnego oprócz tego, że wybraliśmy właśnie ten kurs, właśnie ten marzec, ten rok, właśnie to miasto, tę nauczycielkę. A tak naprawdę łączy nas wszystko. Miało się wrażenie, że każdy czuł się częścią drugiej osoby, takie naczynie połączone. Porozumiewaliśmy się bez słów niemal, myślami, sercem. I nie ma przypadków, nie ma zbiegów okoliczności. Tak miało być. Powtarzaliśmy to jak mantrę. Tak miało być. Mieliśmy się spotkać, pokochać się i zostać jedną wielką wyspą na zawsze!

Jestem ogromnie wdzięczna za ten rok, za tę cudowną podróż. Jestem szczęśliwa i ciekawa nowego etapu w moim życiu. Nastawcie wewnętrzne uszy i słuchajcie co La Que Sabe ma wam do powiedzenia. Warto!

What my Zurich island should know… Co powinni moi z Zurichu wiedzieć…

Dear Zurich islanders,

Almost a year ago I made a decision to join Anusara Teacher Training in Zurich. It wasn’t an easy decision. The distance, the costs, getting a second yoga certificate might have sounded like a frivolous act. Something, however, kept pushing me, bringing me back to Stambha yoga website. I like to imagine that this “something” is the La Que Sabe (The One Who Knows) – an old woman from the book Women Who Run with the Wolves, who sits in my gut and holds the knowledge of the whole universe, the past and the future. I listened to her. And this was one of the best decisions of my life.

Since the beginning of our journey in March, I learned a lot about many aspects of yoga, but mostly I learned a lot about myself. While learning asana, breathing, chanting, and philosophy might have been possible with a different teacher and a different group, the latter part – journey within – only with this group, only with you! Sitting in a circle, every month, sharing verbally and non-verbally what was going on with my growth was so healing, such a nectar-like experience. It was intense and beautiful and it was all mostly because of you all. I have never met such a wonderful collection of souls. There was so much love, tolerance, understanding, empathy, and support between us. This feeling will stay with me forever and if I forget it for a second, I will be back on our island for more love and support. And I know I will meet all of you right there. There will be Ezgi with her powerful teaching moment when she came up to me for my first handstand. Her beautiful caring soul when she sent me a mantra to chant when I was in the hospital. There will be Nina who opened her home to me and made me feel so welcomed every time I came to Zurich. Chiara who, together with her husband, nourished me back to health this one October Sunday. A beautiful Anna with whom I shared a bed on her birthday – what an honor :-)! Peter who “guided” me to admit I have been in a chronic pain for years. Clare with her most creative yoga metaphors and one special, emotional moment we shared during pair work. There will be Julia who was my next-mat neighbour during our first and last weekend and a steady support for my hand balance poses. Agnese whose beautiful, radiant face I saw most of the time coming up to cobra as she was on the opposite site od the circle. I will meet with Adriana and her gentle being filled with wonderful magic. There will be Maya with her incredible knowledge of a human body and her wonderful Lucretia. There will be Natalie who left after the first part, but will be remembered as the first person I talked to when I arrived to Stambha. Carole who almost left us after the first part, but then stayed and I am so grateful – this wouldn’t have been the same without you! There will be Franka with her wonderful voice, free-spirited and honest personality. There will be Antonia and Daniela who joined us in the middle and brought so much life and wisdom, support and smiles. I will remember our deep conversations on so many train rides, evening talks at the table at Nina’s home. I will remember lunches at the lake, sneaking out to the bathroom to have a bite of something sweet before a long awaited meal. I will never forget the quiet moments after lunch when we would snuggle on our mats and take a quick power nap. I will never forget the quiet mantra oozing from the speakers when we entered the room, the smell of Palo Santo and the view of the lake through a round window. I will never forget the power, the energy, goodness and love that we created right there, in the room in the attic. This will always give me strength and will remind me who I am and who I want to be. Now I know it’s always good to listen to the old La Que Sabe!

I love you all and am so grateful for all of you!

Wybory 2019

Trochę ściema, bo o Polsce, a tu na zdjęciu czeskie kamiory, ale tam w dali już ojczyzna :-)!

Nie pojechałam na wybory. Ode mnie do najbliższej komisji wyborczej jest 149 kilometrów, a GPS pokazuje dwie i pół godziny w jedną stronę. Z transportem kiepsko tak jak z moimi zatokami. Ale co tam mój jeden głos? Przecież mamy ogromne szanse na wygraną. Przecież tyle w mediach namawiania, tyle głów potakiwania, tyle krytyki rządu, tyle już wstydu. Wszyscy “normalni” pójdą, zagłosują i będzie dobrze! A w poniedziałek rano zrobię piękny wpis o tym, jak się Polacy z pisowskiego omotania obudzili i teraz wszystko naprawimy, odręcimy i będzie git. I jak to zwycięstwo będzie naturalnie wynikało z drugiego akapitu mojego wpisu, gdzie będzie o tym, jak mi się w Polsce podobało, bo jak się ma nie podobać jak się kraj z marazmu wygramolił i wybrał kogo trzeba. 

 A tutaj zonk! 

I tak siedzę i myślę od wczoraj i nie znajduję odpowiedzi na pytania dlaczego tak się stało, kto zawinił, kto jest aż tak pięśsetplusem zaślepiony, kto jest aż tak zniewolony przez polski kościół. Nie wiem. Ale tak jest. Taka jest sytuacja. Takie realia. Takie okoliczności. A ponieważ od roku nie czytam nic innego jak tylko książki o filozofii wschodu, naukach jogopodobnych, anatomii naszego ciała, umysłu i duszy, naturalnie kieruję się w ich stronę i chłonę. Teksty tantryczne mówią o pulsowaniu świata, o falowaniu wszystkiego poczynając od atomów, poprzez nasze ciało, naturę wszelaką, kończąc na wszechświecie i na naszym życiu. Jest dobre, jest i złe. Jest mało, jest i dużo. Jest pięknie, jest i ohydnie. Jest wkurw, jest i zachwyt. Wszystko w tym samym momencie, w tej samej milisekundzie. Jednocześnie. Nie może być sam, niekończący się, zachwyt, sama tylko radość, nieustanna dobroć. Nie byłoby ruchu, pulsowania, życia. Tak jak nie może być tylko samego zła, nienawiści i smutku. I nie ma. 

W innych moich notatkach czytam o pięciu aktach budujących nasze życie – no wiecie, coś się kończy, coś zaczyna – stare jak świat. Ale między “coś się kończy” a “coś się zaczyna” są jeszcze dwa stany. Jeden (Nigraha) – ukrywanie, że nowe, nieznane jest trochę straszne, wątpliwości, czy umiem, czy mogę i drugi (Anugraha) – udostępnienie, pokazanie, że jednak tak, potrafię, wiem jak. To nie jest jak walnięcie w stół pięścią i zakończenie tego co ma być zakończone, po czym pstryk i jest nowe. To raczej jak delikatne pukanie opuszkiem palca, potem palców, coraz głośniej i głośniej, całą dłonią, może na koniec i pięścią. I wiecie co? Pukanie jest!

I na koniec joga na macie i powtarzane do znudzenia, że pięty najważniejsze, że jakby miały puszczać korzenie do środka ziemi, że cztery kąty stopy mocno na macie, że wielki paluch, że podbicie stopy do góry. Potem kolana, uda, biodra itd. Od dołu, do góry. Od podstawy do wierzchołka. Tak więc jeśli chcemy żeby rząd był dobry dla ludzi, bądźmy i my dobrzy dla ludzi. Dla wszystkich. I dla tych, o których wiemy, że biedni, że chorzy, że geje, że wdowy, że bezdomni, ale i dla tego skurczybyka, co nam zajechał drogę i dla tego klienta, co to pierdylion raz pyta o to samo. Chcemy żeby państwo było tolerancyjne, sami bądźmy jeszcze bardziej tolerancyjni niż tydzień temu. Chcemy żeby w szkołach było ciekawie i kreatywnie, bądźmy kreatywni, plujmy pomysłami. Chcemy żyć w szczęśliwym kraju, chcemy być bardziej radośni, beztroscy, mniej narzekający, to po prostu bądźmy! I tutaj dochodzimy do akapitu drugiego wspomnianego w akapicie pierwszym.

Byłam w Polsce tydzień. I wiecie co? Jest dobrze i mi się podoba. Polacy są mili, przyjaźni, pomocni i uśmiechnięci. Jesteśmy kreatywni i ciekawi nowych pomysłów, rozwiązań, nowych sposobów na stare problemy. Jesteśmy tolerancyjni, otwarci na inne, na obce. Jesteśmy bezinteresowni, niebanalni, wdzięczni. Mamy Koła Gospodyń Wiejskich, które lepią pierogi całą noc żeby zarobić stówę, za którą kupią prezenty na Dzień Dziecka. Mamy super nauczycieli, którzy nocami, po robocie, siedzą przed komputerem i nagrywają niezwykle interesujące webinaria. Za friko! Pasjonatka Grecji organizuje trzeci już zjazd zakręconych na Grecję. Co ma z tego? Uśmiech od ucha do ucha. Mamy cudowną młodzież poświęcającą wolne soboty i niedziele na mycie psich klatek i wielogodzinne, cierpliwe do bólu, siedzenie ze straumatyzowanym psem. Mamy osiedlowe ogródki robione po to, żeby było bardziej zielono, żeby można było pobrudzić ziemią dłonie, a potem usiąść na zrobionej przed chwilą ławce. Mamy zlot słowiańskich czarownic kochających historię słowiańską, legendy, bajki, las i kwiaty. Mamy tajne komplety w cudnej księgarni we Wrocławiu, a w niej jogę po godzinach. Mamy tyle fajnych rzeczy, tylu wspaniałych, niezwykłych ludzi, tyle ciekawych, inspirujących miejsc. To wszystko otwiera nas na innych, na nowe, na dziwne. To wszystko wygładza nasze nastroszone piórka, rozcieńcza żółć, wyrównuje zmarszczki na czole. Idziemy w dobrym kierunku. Po drodze, wyciągnijmy tylko rękę i weźmy ze sobą tych, którzy stoją na chodniku. Może trochę się boją, trochę wstydzą, trochę się obrazili. Ale chcą, na pewno chcą. I jasne, że będą też tacy, którzy odwrócą się plecami, ściągną gacie i pokażą gołą dupę, ale pulsowanie musi przecież trwać. 

Nie pojechałam na wybory wczoraj i źle się z tym czuję, ale wierzę, że wszystko ma jakiś głębszy sens i wiem, że na następne wybory pojadę, a żeby zapewnić nam zwycięstwo, pojadę ze trzy razy!

W fajnych miejscach w Polsce występowali: Koło Gospodyń Wiejskich Starokrzepice, Super Belfrzy, Głodni Pasji (wydarzenia), Schronisko w Józefowie, Festiwal Mitologii Słowiańskiej – Owidz 2019, Tajne Komplety oraz inne miasta i miasteczka w Polsce.

Złote Myśli – Lato 2019

Lato, nawet tutaj na Krecie, dobiega końca. Nie odczuwamy tego w temperaturze, czy w dziennej dawce słońca, ale są inne oznaki oddalającego się lata. Jest coś takiego w powietrzu, w energii ziemi, jakieś przesuniecie, moment zatrzymania się między hałaśliwym, pełnym turystów, kremów SPF 50, parasoli plażowych i mokrych kostiumów kąpielowych latem, a czymś następnym. Następna nie będzie znana mi tak dobrze jesień, a dziwna, druga wiosna, która urodzi jeszcze świeżą kapustę i brokuły w ogrodzie, zazieleni pustynnie wyglądający ogród. Ale między tym co prawie już minęło, a tym co będzie za chwilę, jest moment na refleksję, na dłuższy oddech. Taka “międzypora”. Usiadłam i zastanowiłam się nad tegorocznym latem, chciałam je opisać słowami, zapisać w pamięci. To lato, drugie nasze na Krecie, było pełne różnych wydarzeń. Wydarzeń zupełnie zwyczajnych i przyziemnych oraz innych – trochę duchowych, trochę emocjonalnych, takich “środkowych”. To było lato kilku ważnych transformacji i zmian. Nie ogromnych, życiowych zmian widocznych na zewnątrz, a kilku maleńkich ruchów, w środku, wewnątrz, które będę pracować powoli, ale w dobrym kierunku (mam nadzieję). Brzmi poważnie, prawda? No może. Jednak lato to przede wszystkim wakacje, beztroska, sielanka i radość. Zmieszałam oba smaki mojego lata i zrobiłam listę przebojów albo jeszcze lepiej, Złote Myśli – Lato 2019. Pamiętacie szkolne Złote Myśli? No to takie właśnie. Zaprosiłam do zabawy moje wspaniałe koleżanki z Klubu Polek i wyszedł nam cudowny projekt pod takim właśnie tytułem. Zapraszamy!

Złote Myśli – Lato 2019

 Miejsce Lata 2019

Całe lato spędziliśmy na Krecie. Ktoś powie, że nudy, bo turyści wpadają tutaj na dwa, a nie mający pojęcia o wyspie, nawet na tydzień i im wystarczy. Zaliczą dziesięć miejsc znanych z przewodników i internetu, wrzucą zdjęcia do sieci i wakacje odhaczone. A szkoda, bo Kreta to nieodkryta jeszcze do końca kopalnia cudownych zakątków, ukrytych plaż, maleńkich wiosek, zapierających dech w piersiach widoków, najlepszych na świecie tawern i niewyobrażalnie krystalicznej wody. W takiej właśnie wodzie, tego lata, pływałam na południu Krety. Na takim dalekim południu, że aż na najbardziej na południe wysuniętej wyspie Europy – Gavdos. Gavdos stało się moim ulubionym na Krecie miejscem już po kilkudniowym tam pobycie. Cały pobyt opisałam tutaj, ale zapomniałam o wodzie. Teraz, kiedy myślę o Gavdos, pierwsze co przychodzi mi do głowy, to woda właśnie. A woda kochani w morzu Libijskim jest nie do opisania. Serio! Nie można przecież opisać tego, co się widzi, kiedy oczy nie są przygotowane na taką krystaliczność wody. Wydaje się, że rozdzielczość mojego narządu wzroku nie jest przystosowana do odbioru takiej przejrzystości wody. Woda jest zbyt klarowna, zbyt krystaliczna, zbyt przeźroczysta. I, że do takiego niezwykłego zjawiska można zanurzyć swoje rozpalone słońcem ciało, ba! nagie ciało, to już, proszę państwa, mega super zajebiście! 

Danie Lata 2019

Mieliśmy mnóstwo gości tego lata i wszyscy, bez wyjątku, zostali poczęstowani daniem ze zdjęcia. Niektórzy zostali poczęstowani więcej niż raz. Niektórzy na własną prośbę, a niektórzy przez niedopatrzenie (czy raczej niedopamiętanie) gospodarzy. Proste, smaczne, nie wymagające dużego nakładu pracy, a kiedy grilluje się w piekarniku, można oddać się miłej rozmowie przy lampce wina (patrz niżej). Niebywałą zaletą Krety jest to, że wszystkie owoce i warzywa mają niezwykły smak. Swój własny. Wyhodowane na tej żyznej ziemi ziemniaki, na przykład, smakują najlepiej na świecie. A zapach i intensywność ziół dodaje każdej, najbardziej zwyczajnej potrawie niebywałego smaku i aromatu. Bo to, co widać na zdjęciu, to właśnie najprostsza rzecz pod słońcem. Ziemniaki, słodkie ziemniaki, buraki, cebula, czarna fasola, sól, pieprz, doskonała oliwa z oliwek oraz mnóstwo tymianku i świeżo zmielonego rozmarynu. Jest ryzyko, że za kilka miesięcy się nam przeje więc jeśli chcecie spróbować, zapraszam jak najszybciej. 

Napój Lata 2019

Woda, woda, woda oraz… białe wino. Lidl. 2.59 Euro. Pychota! I tyle na ten temat. 

 

Hajlajt (czyli, że super moment) Lata 2019

No nie mogłam się zdecydować o czym tutaj napisać, bo takich momentów, które z perspektywy czasu wydają się wyjątkowe, było mnóstwo. Cudownie było mieć dzieci w domu przez całe dwa i pół miesiąca. Uwielbiam patrzeć jak się przyjaźnią ze sobą, jak lubią spędzać ze sobą czas. Fajnie było się z nimi wylegiwać na plaży, zamawiać wielką sałatkę grecką na spółkę. Niemałą przyjemnością było nawet wydzieranie się na nich, że nie sprzątają po sobie i że pies znowu nie ma wody w misce. Wszystkie te momenty spędzone z dziećmi lub ze świadomością, że dzisiaj wieczorem będą spać w swoich pokojach, a jutro rano zjemy razem śniadanie były niezaprzeczalnie najcudowniejsze. Oczywiście! Ale było coś jeszcze. W tym roku przyjechały do mnie kolejne ważne osoby. Były przyjaciółki z Garmisch – całe moje trzynastoletnie życie w Alpach przyjechało zobaczyć moje życie tutaj na Krecie – no i najważniejsze – mama i brat. Pokazywanie najbliższym mojego domu, ulicy, wsi przynosi mi jakiś spokój ducha, komfort psychiczny. Teraz, kiedy rozmawiamy przez telefon i kiedy opowiadam o krzaku pomidorów, sąsiedzie, czy sprzedawczyni w naszym sklepiku, oni dokładnie wiedzą o czym mówię. Mają w głowie dokładnie taki sam obraz jak ja. Nie muszą sobie niczego wyobrażać, domyślać się. Są kawałkiem mojego świata, a mój dom, pies, kot i drzewo cytrynowe są kawałkiem ich świata. Uwielbiam!

 

Lołlajt (czyli, że porażka) Lata 2019

Tutaj również nie mogłam się zdecydować, które z gównianych momentów wybrać. Bo takich chwil na Krecie mi nie brakuje. Czy wybrać wyjazdy dzieci? Każdego z osobna żeby bardziej bolało. Czy ten moment jak zatrzasnęłam w drzwiach wielką jaszczurkę, przecinając ją na pół? Albo jak znalazłam sześć karaluchów w domu i dostałam prawdziwego ataku paniki? Albo jak mnie jogowi ludzie skopali po nerach arogancką, acz uduchowioną przecież, krytyką i zredukowaniem mnie do żałosnej jednostki potrzebującej ich wiedzy i wsparcia. Oj! To było takie loł, że hej! Napiszę jednak o czymś, na co nie mam wpływu, a dołuje mnie strasznie. Pogoda. I zaraz mi się dostanie, bo ludzie majątek wydają żeby piec się w kreteńskim słońcu, a ja nienawidzę! Dla mnie lato jest zdecydowanie za gorące. Mój organizm źle to znosi, jestem ospała, wiecznie z lekkim bólem głowy. Kombinuję jak by tu przeżyć dzień żeby jak najmniej wychodzić z klimatyzowanego domu. I owszem, gdybym była tutaj na wakacjach, wychodziła rano na plażę, a wracała wieczorem po pysznym obiadku w pobliskiej tawernie, to ja bym kochani peany na temat Krety pisała. Ale wiecie, życie mi kurde na drodze do peanów stoi. Ogródek obrobić, samochód odkurzyć, zakupy zrobić, ogromne kubły na śmieci samochodem odtransportować, z psem wyjść, jogę poćwiczyć. Wszystko to albo o szóstej rano, albo w trzydziestu kilku stopniach w cieniu. Ja nie daję rady. A te cholerne cykady, które wzbudzają we mnie instynkt mordercy, to już wisienka na topiącym się w słońcu torcie. No żeby tak się drzeć…NON STOP!! 

P.S. Dziś mogę o tym wszystkim pisać ze spokojem, bo cykady, dzięki wszystkim bóstwom, wyzdychały i jest znacznie chłodniej. Teraz to ja kocham! 

 

Zdjęcie Lata 2019

To kochani jest moje ulubione zdjęcie i tym samym mój własny, prywatny najcudowniejszy moment wakacji. Nauczyłam się pływać z głową (ok, z twarzą) pod wodą!! Woda wzbudza we mnie ogromny strach, moje ciało reagowało bezdechem i ucieczką na brzeg. Wiele razy polały się łzy bezsilności. Nad morzem brodziłam w wodzie po kolana z makijażem na twarzy i nienaganną fryzurą. Smaku wody morskiej nie znałam. A tutaj takie zmiany! I nie tylko umiem, ale bardzo, bardzo mi się podoba! Jestem z siebie mega dumna! Bez sarkazmu, bez wygłupów – wymiatam, po prostu! 

A za rok…

A za rok, jeśli będziemy jeszcze na Krecie, będzie podobnie. Pogoda będzie piękna, morze najbardziej niebieskie na świecie, dzieci ze świeżą opalenizną i klapki na nogach. Ale żeby nie męczyć się tak bardzo upałem i nie nienawidzić naszego domu, wyjedziemy gdzieś w chłodniejsze miejsce, gdzieś gdzie pada deszcz latem, jest zielona i miękka trawa, wieczory są chłodne i gdzie cykady można znaleźć tylko na stronach encyklopedii przyrodniczej. 

***

Dziś u Kasi na fejbukowym FP mamy krótką relacje z jej lata (Kanada sie Nada), a jutro, w niedzielę, zapraszam na kolejny odcinek Złotych Myśli. Tym razem u Ani z bloga Anna Loves Travels PL.

Minojski zachwyt – słowo dla nauczycieli ;-)

Z okazji rozpoczęcia roku szkolnego….

Wiecie jak czasami mówimy o sobie, że “z historii to ja głąb jestem”, że “nie jestem dobra z języków” i że, “biologia mi do głowy nie wchodzi”. Kiedy tak mówimy cała wina za nasze niepowodzenia i, chyba ważniejsze, niechęć i brak zainteresowania daną dziedziną spada na nas – głąbów, nieuków i ciemniaków. Bo przecież nie na nauczyciela. Biedny, niedoceniany i nisko opłacany nauczyciel robi wszystko, co w jego mocy żeby zarazić nas swoją pasją, zaszczepić zamiłowanie i przekazać wiedzę w taki sposób, żeby zachęcić ucznia do dalszego poszukiwania, zadawania pytań, alternatywnego podejścia do tematu. Ale czy zawsze? 

Jestem nauczycielką od ponad dwudziestu lat i z niejednym nauczycielem dziennik wypełniałam. Myślę, że posiadam wiedzę i doświadczenia, która pozwala mi krytycznie spojrzeć na moich kolegów i koleżanki po fachu. Oczywiście są nauczyciele, którzy uczą z pasją, zarażają swoim entuzjazmem, potrafią zainteresować przedmiotem i do tego umiejętnie, bez poczucia wyższości oraz z szacunkiem do ucznia, przekazują swoją wiedzę. I oczywiście, że nauczyciele powinni zarabiać znacznie więcej i pewnie, że to zawód, przynajmniej w Polsce, niedoceniany, ale tak serio, serio-serio, z ręką na sercu… Czy nasi uczniowie widzą, że my zakochani po uszy jesteśmy w pantofelkach, w działaniach z samymi niewiadomymi, w historii II WW, czy innych Mickiewiczach i Orzeszkowych? Ale co tam uczniowie, czy my serio-serio, z ręką na sercu jesteśmy zakochani w przedmiotach, których uczymy? Czy robimy wszystko, żeby uczeń kochał stopniowanie czasowników tak jak my? Czy mamy tyle pokory i miłości do wiedzy i ucznia żeby życzyć każdemu z nich przerośnięcia swojego nauczyciela czyli…nas?!

O moich nauczycielach z podstawówki, liceum i ze studiów mogłabym długo i soczyście. Niestety, w większości przypadków, krytycznie. Psychiczne (i w jednym przypadku fizyczne) znęcanie się nad uczniami, przerośnięte do niebywałych rozmiarów ego, brak (lub świadomy wybór nie korzystania z) wiedzy metodycznej, czasem czyste skurwysyństwo oraz przedmiotowa apatia – to moje wspomnienia ciała pedagogicznego. Wszyscy moi nauczyciele (z wyjątkiem dwóch lub trzech) zdawali się mieć totalnie w dupie przedmiot, którego nauczali. Żaden niczym się nie zachwycał, nie ekscytował, nie zarażałam entuzjazmem. Nigdy nie widziałam swojego nauczyciela z wypiekami na twarzy opowiadającego o swoim przedmiocie, nie widziałam zachwytu w oczach, nie słyszałam wykładowcy gestykulującego zamaszyście w euforii przekazywania wiedzy. Nigdy nie było widać, słychać, czy czuć, że nauczyciel fizyki, historii, czy wuefu kocha ten przedmiot, kocha opowiadać o swoich młodzieńczych marzeniach pobicia rekordu skoku w dal, o niebywale interesującej wizycie w sławnym muzeum archeologicznym, czy o ciarach na plecach przy czytaniu Szekspira. Nic. Martwota. Otępienie. Beznadzieja. 

Moje prawie nieistniejące, post-podstawówkowe zainteresowanie historią, stępił do cna nauczyciel historii w liceum. Jestem pewna, że prywatnie to miły, interesujący człowiek, być może nawet kochający historię, ale jakoś tak po cichu. I być może zdołał zainteresować historią (lub nie zabić wcześniejszego nią zainteresowania) kilka osób i oczywiście, że w klasie zawsze znajdzie się jakiś oporna, “nienauczalna” jednostka, ale ani nie byłam “nienauczalna”, ani nie byłam historycznym pasjonatem. Czysta kartka. Można mnie było zapisać historią od góry do dołu. A tu nic. Ani iskierki zaciekawienia. A szkoda, bo jak się okazuje, potencjał był, należało mnie tylko czymś zachwycić. 

Tydzień temu odwiedziłam nasze kreteńskie muzeum archeologiczne w Heraklionie. Już drugi raz, bo się tak zachwyciłam. Zachwyciłam się historią. Wcześniej nie wiedziałam. Nie przeczytałam. Nie usłyszałam. A tu takie dziwy! Tacy interesujący ludzie, takie ciekawe czasy, takie fascynujące historie, tradycje, rozwiązania. Dlaczego pan od historii nam o tym nie opowiadał, nie pokazał zdjęć, nie zabrał do muzeum? Dlaczego nie mówił z charyzmą, z takim zachwytem, z jakim ja teraz czytam informacje w gablotach? Dlaczego mnie nikt historią nie zainteresował? A tu takie dziwy. Popatrzcie.

Snake Goddess – Bogini Węży. Odnaleziona w Knossos, pochodzi z 1700-1450 roku p.n.e. Bogini   czy kapłanka? Trzyma dwa węże w dłoni. Może to oznaka odradzającego się życia? Może oznaka władzy nad niebezpiecznymi zwierzętami? A te piękne piersi? Może to oznaka opiekuńczości? I pantera na głowie. Co to może oznaczać? Władzę, czy zmienne stany świadomości?

 

Bull-leaper – Skaczący przez Byka (tłumaczenia własne!). Ta figurka to najprawdopodobniej pierwsze pokazania człowieka w 3D. No wariactwo po prostu, bo to z 1600-1450 roku p.n.e. Zdjęcie nie oddaje, ale jest piękny i taki dynamiczny i się uśmiecha!

 

To moje ulubione! Figurki przedstawiające ludzi oddających cześć, lub modlących się do boga/bogów. Lewa ręka na czole i piękne wygięcie kręgosłupa mają być oznaką tajemniczego połączenia z bóstwem i zupełnego oddania się modlitwie, czy uwielbieniu. Coś tak zwyczajnego, a jednak coś tak tajemniczego i odmiennego od tego, co jest mi znane. Kocham te ludziki!

 

Piękna figurka bogini minojskiej znaleziona w Gazi. Pochodzi z 1300-1200 roku p.n.e. Jest jedyną figurką z makówkami w koronie (inne znalezione figurki mają ptaki w koronie lub kwiaty). Być może chodzi o to, że makówki to opium, a opium działa halucynogennie i uspokajająco. Być może to bogini lecząca? Kojąca? Tak czy siak, jest cudowna i chcę ją w domu!

Kochani moi koledzy i koleżanki nauczyciele. Z okazji rozpoczęcia roku szkolnego życzę sobie i wam wszystkim zachwytu nad przedmiotem, którego uczymy. Zachwycajmy się jak dzieci, jakby to byłe opowieści o zaczarowanym świecie. Życzę nam świeżego spojrzenia i ciekawości. Pokażmy naszym uczniom, że naprawdę kochamy to, o czym do nich mówimy. Znajdźmy drogę do najbardziej “nienauczalnego” ucznia. Może ma gdzieś poczet królów polskich, ale zainteresuje się makami na głowie minojskiej bogini. I haczyk połknięty. Bądźmy najlepszymi przedstawicielami handlowymi naszych przedmiotów. I zakochajmy się w nich na nowo! Miłego roku szkolnego!

Jednak drzewa – Gavdos 

Tegoroczne lato to nasze drugie lato na Krecie. Czas przestać zachowywać się jak turyści, rozpływać się w zachwytach nad różowym (a w porywach instagramowych filtrów nawet “czerwonym”) piaskiem plaży Elafonisi, nad skalnymi prześwitami Falasarny i chaniowską latarnią morską w zachodzącym słońcu. Nadszedł czas żeby wybrać się tam, gdzie wszyscy Kreteńczycy i co bardziej hipisowscy Ateńczycy spędzają lato. 

Gavdos – i wyspa i stan umysłu jak o niej napisał przewodnik Lonely Planet. Najbardziej na południe wysunięta część Europy. Położona na morzu Libijskim wysepka mierzy, w najdłuższych miejscach, 10 kilometrów wzdłuż i 5 wszerz. Liczba pokoi do wynajęcia ograniczona, liczba tawern – wystarczająca. Ale większość Greków nie przyjeżdża tam szukać wygód w pokojach, a raczej mordować się pod namiotami. W namiocie spałam tylko raz, na obozie harcerskim w Pająku, i na długie lata wystarczyło. W tym roku dzieci zasugerowały, żem jakaś nie-przygodowa, wygodnicka i że je pozbawiam przygód i ekscytacji związanych ze spaniem pod nagrzanym do granic możliwości tropikiem, na niewygodnej macie, w ograniczającym swobodę ruchu śpiworze, narażona na komary, pająki, węże i jaszczurki. Zarzucili mi również brak, niezbędnego w byciu matką nastolatków, czynnika COOL, bo nie leży w mojej naturze robienie kupy do wykopanego przez siebie dołka na stromej wydmie i kąpiel na oczach dwudziestu gapiów pod prysznicem ogrodzonym jedynie wiatrem. No to postanowiliśmy pojechać pod namiot. 

Udało mi się wynająć namiot luksusowy, z materacami, poduszkami, czystą pościelą, dywanikiem z Ikei i lnianym hamakiem zawieszonym na pobliskim drzewie. Wciąż gorąco jak jasna cholera, toaleta wciąż jak w opisie powyżej. Po pierwszej nocy na szczycie wydmy pod najbardziej rozgwieżdżonym niebem jakie kiedykolwiek widziałam, wstałam zachwycona, wymiękły nastolatki. Szczególnie jeden. Złe samopoczucie, ból głowy i przymusowy wynajem pokoju u pobliskiego właściciela sklepu spożywczego. Po śniadaniu czas na wiadomości lokalne. Dowiadujemy się, że wydmy to teren chroniony i tak naprawdę nikt nie powinien tam rozkładać namiotu. No ale jesteśmy w Grecji więc takie słowa jak “nielegalne”, “państwowe” i “pod ochroną” prowokują zachowania proporcjonalnie odwrotne. Tak więc na chronionych wydmach, pod każdym drzewem rozstawione są namioty, hamaki, sznury z praniem, kuchenki gazowe i rozkładane krzesła. A skoro legalność, lub jej brak, tej osady jest raczej nieudokumentowana, nikt nie pobiera opłat za miejsca namiotowe. Nikt oprócz właścicielki naszych namiotów. Tak więc my zapłaciliśmy za coś, co jest darmowe, a ona wyprodukowała sobie kilkudziesięciu wrogów w osobach właścicieli namiotów przyjeżdżających tam od lat, właścicieli pobliskich tawern a następnie policji (w liczbie dwóch policjantów) i pani burmistrzyni. Po porannych wiadomościach, dalsze wydarzenia następowały po sobie dość dynamicznie. Jako, że mieszkamy w rzeczonych namiotach, na nas również posypała się krytyka. Po namiotach przeszła kurenda, że w niedzielę odbędzie się protest przeciwko właścicielce wynajmowanych namiotów. Ulotki dodawano do każdego posiłku. Kolejnego dnia, spotkałam się w tajemnicy z organizatorami protestu. Przedstawiłam swoje, zupełnie niedoinformowane stanowisko i po dwóch godzinach opowieści o Gavdos (#gavdosstanumyslu), zapewniłam swoje poparcie w proteście. Niestety bojówki protestujące nie dostały na czas informacji o naszym poparciu, złożyły nasz namiot i przeniosły pod sąsiednie drzewo. Wkurwieni my przenieśliśmy się do wynajętego pokoju, a protestujący przeprosili nas na piśmie w imieniu swoim i całego narodu greckiego. Kurtyna.

Ale to wszystko jest jakby tłem, do mojego osobistego odbioru naszego krótkiego pobytu na Gavdos. Było cudownie i nic tego nie mogło zmienić! To miejsce ma w sobie coś zaczarowanego i zwykłego, mocnego i delikatnego jednocześnie. Dawno nie czułam się tak dobrze, tak komfortowo, tak “u siebie” jak tam. Okazało się, że kupa w lesie to sama przyjemność, kąpiel w towarzystwie dziesięciu nagich osobników i osobniczek podających mydło, które wyślizgnęło mi się z ręki (a wiedziałam, że schylenie się po nie nie jest dobrym pomysłem) i podkładających stopy pod twój prysznic w ramach oszczędzania wody jest do zaakceptowania. Warto jest czasem przesunąć swoje kulturowe i osobiste granice o kilka centymetrów dalej – jest o wiele łatwiej. Węży, jaszczurek i komarów nie było. Pierwszy raz w życiu pływałam nago. Pływałam, spacerowałam po plaży, leżałam na słońcu. Nikt na mnie nie zwracał uwagi, nie było nadęcia, wrażenia, że się nagością chojraczy, czy pokazuje swoją odwagę co czasem można odczuć na plażach nudystów. Tam nie ma plaży nudystów. Jest plaża. Niektórzy są ubrani, niektórzy rozebrani. I już. Pierwszy raz pływałam w wodzie głębszej niż metr pięćdziesiąt. JA – ta co mówi, że pływać nie umie. Wychodzi na to, że jednak umiem. Pierwszy raz dobrowolnie, nie zmuszona przez dwumetrową falę, zanurzyłam głowę do wody. JA – ta co ma zawsze nienaruszoną fryzurę i makijaż w morzu. Już nie. Poza tym, jedzenie pyszne, przemili ludzie. Widoki i przyroda to jakieś wariactwo po prostu. Pływając w morzu mam przed oczami wysokie, majestatyczne, kreteńskie góry. No i te drzewa. Coś jednak w tych drzewach jest, że mi ich potrzeba. To oczywiście nie jest alpejski, czy choćby tatrzański las, ale drzewa są. Ogromne, rozpościerające się sosny z wielkimi, soczyście zielonymi igłami. I mniejsze, ale jakże ciekawe drzewa, którzy wszyscy nazywają cedrami choć ich łacińska nazwa to Juniperus macrocarpa, czyli jałowiec. Czy to cedr, czy jałowiec, wygląda pięknie i szumi kojąco. Krajobraz Gavdos bardzo przypomina mi jedno z moich ukochanych miejsc w Stanach – Cape Cod, gdzie, tak jak tutaj, piasek miesza się ze starymi konarami drzew, a szum morza zlewa się z szumem potężnych sosen i innych iglaków. I chyba tego mi było potrzeba – góry przede mną, a szum drzew i ich chłodny cień nade mną. Na Gavdos wrócę za rok, a wszystkim przyjeżdżającym na Kretę na dłużej, bardzo polecam!