Kalendarz adwentowy

Poprzednie trzy lata, zamykałam FB na okres adwentu i staczałam się w bezkres przygnębienia (nie całkiem bezkres, bo kres bezkresu następował tuż po świętach). Powodów nigdy nie brakowała, ale największy był ten, że nie ma mnie w domu, choć moje pojęcie domu jest nieco bardziej złożone. Łatwo nie było żeby nie powiedzieć, że bywało chujowo. W tym roku jest inaczej. Nie zamykam FB z powodów zawodowych, ale wykorzystam to do zebrania mojego pobytu w Stanach w kalendarz adwentowy. Dwadzieścia cztery zdjęcia, które coś pokazują, coś znaczą, coś przypominają. Trzy lata i cztery miesiące w Rhode Island w dwadzieścia cztery dni. Zapraszam w piątek na fejsbukową stronę!

 

Akcje świąteczne!!

Nadchodzą święta i wszyscy pchają się ze swoimi akcjami charytatywnymi, zbiórkami i pospolitym ludu ruszeniem. To pcham się i ja. I jak kiedyś Panda na pod Kolumną Zygmunta, będę stać i błagać „pan da…pan da…”.

W kieszeni mam dwie akcje bliskie sercu mojemu. Pierwsza to Mikołaj dla Mikołaja. O Mikołaju i o akcji dla niego przeczytacie tutaj, na FB. Nasz Klub Polki na Obczyźnie już po raz kolejny pomaga Mikołajowi. Do zlicytowania mamy mnóstwo fajnych rzeczy z całego świata. Znakomite pomysły na prezenty. Od czerwonego naszyjnika jednak wara, jest mój!

Druga to Robótka Kaczki, Bebe i pewnie jeszcze kilku innych czyńców dobra. Przeczytajcie cudowne opisy podopiecznych Domu Pomocy Społecznej w Niegowie i wyślijcie spinkę Grażynce i szelki Jackowi.

A to zdjęciem wyżej to jedno z moich ulubionych świątecznych. Polonijne jasełka wiele lat temu w Garmisch. Hania i Jaś jako rodzice gołej lalki zwanej Jezusem. W duchu świąt, jasełek, choinek i pierników wspierajmy, obdarowujmy i nie zostawiajmy nikogo bez prezentu i bez nadziei na lepsze.

 

 

Na Zdrowie. Jest zimno…

można się rozgrzewać i tak…

Tutejsi górale oceaniczni przepowiadali jesień stulecia. Miało być ciepło, sucho, słonecznie aż do Bożego Narodzenia. Jeszcze tydzień temu chodziliśmy z gołym tyłkiem prawie, zajadałam się pomidorami i bazylią ze spalonego słońcem ogródka i włączałam klimatyzację w nagrzanym samochodzie. Pewnego wieczoru lekko powiało, później coraz mocniej i rano w klapkach japonkach skrobałam szron z okien samochodu. W pół dnia szafy zmieniły wystrój z letniego na ciężki, puchowo-wełniany, w odcieniach zachmurzonego nieba. Amazon dostarczył buty na wyrośnięte stopy młodzieży, a koronkowa bielizna zmieniła się w barchanową odzież spodnią. Najgorsze są pierwsze dwa tygodnie kiedy organizm przyzwyczaja się do niskiej temperatury, tutaj w Nowej Anglii dodatkowo do wiatru i dużej wilgotności powietrza. Ziąb przeszywa ciało do kości. Nie pomagają trzy swetry, skarpety z owczej wełny i herbata z rumem w termosie. Z czasem człowiek się przyzwyczaja i zdarza się, że w styczniu i kurtkę pod szyją rozepnie. Jeszcze nie teraz. Teraz szukamy sposobów na rozgrzanie i motywacji do wyjścia spod ciepłej kołdry.

Joga o piątej rano brzmi jak kara za najcięższe grzechy. Sama myśl o gołych stopach na zimnej macie mrozi krew w żyłach. Ale jeśli, przygotowana wieczorem, będzie na nas czekała rozłożona mata, świeczka o ciepłym zapachu cynamonu i wanilii, laptop z ustawionym już ulubionym video (polecam rozgrzewającą sekwencję) do jogi, jeśli obok będzie stała farelka waląca po twarzy gorącym, suchym i niezdrowym powietrzem, będzie nam znacznie łatwiej wstać. Zazwyczaj wyłączam farelkę po pięciu minutach jogi – jest mi zbyt ciepło.

Ajurweda poleca poranny auto-masaż na rozgrzanie ciała (Abhyanga – po angielsku tutaj). Ma to być kilkuminutowy masaż własnego ciała przy pomocy własnych łapek. Używamy naturalnego olejku do masażu podgrzanego chwilę pod strumieniem gorącej wody. Podobno najlepszy jest olej sezamowy, dla wszystkich rodzajów skóry, dobrze się wchłania, ale osobiście nie odpowiada mi zapach więc używam oleju kokosowego z kilkoma kroplami naturalnego olejku eterycznego. Zaczynamy od głowy, masujemy czaszkę, twarz, szyję i kark. I tutaj mój masaż się kończy, bo nie mam czasu, ale jeśli mamy jeszcze kilka minut, jedziemy z koksem do samych stóp. Ja mam niekończące się problemy z zatokami i masaż twarzy olejem kokosowym z dodatkiem olejku eukaliptusowego (bardzo niewiele) poprawia ukrwienie i kiedy wchodzę pod gorący prysznic zatoki udrażniają się niemal natychmiast.

Jeśli ktoś lubi, niezastąpiona jest wieczorna, gorąca kąpiel z dodatkiem kilku kropel ulubionego olejku eterycznego. Rozgrzewające olejki to cynamonowy, pieprzowy, czy rozmarynowy. Jeśli nie mamy czasu na kąpiel, można zanurzyć same stopy do kostek. Niedokrwione stopy mojego dziecka są wiecznie lodowate, a czasem nawet sinieją koniuszki palców. Nalewam jej wtedy gorącej wody do miski i wsypuję łyżkę sproszkowanych ziaren gorczycy, które poprawiają krążenie i przy okazji odblokowują zatkany nos. Można wsypać sproszkowany imbir, lub kilka kropli olejku imbirowego. Daje ten sam efekt.

Zamiast kolejnej kawy, pij herbatę. Herbata z mięty pieprzowej i rumianku działa rozgrzewająco. Można też zrobić samemu taką rozgrzewającą herbatę do termosu i popijać ją cały dzień. Do dwóch litrów zagotowanej wody wrzuć 3 kawałki imbiru (ja wrzucam pięć), ¼ łyżeczki ziaren kminku, ¼ łyżeczki nasion kopru, dwa ziarna pieprzu (ja wrzucam pięć) i kilka liści mięty. Zostaw na godzinę, wyciągnij „śmieci”, dodaj miód jeśli masz ochotę i pij cały dzień. Ta herbata, o której pisałam tutaj jest również znakomita dla zziębniętego organizmu.

Na koniec dodam, że niezwykle rozgrzewające są spotkania z życzliwymi, ciepłymi ludźmi, sympatyczna rozmowa przez telefon, serdeczny email, czy choćby przyjazna, krótka wiadomość. Te rzeczy, kochani, najlepiej działają w obie strony!

 

Providence nocą…

Jest halloweenowy wieczór. Jest wietrznie choć wyjątkowo, jak tę porę roku, ciepło. Środek miasta Providence – stolicy Rhode Island. Parking przy akademikach licznych w mieście uczelni. Obok piękne centrum handlowe i drogie restauracje. Na ulicach raczej pusto. To nie Nowy Jork. Providence zasypia, w dni powszednie nawet dość wcześnie. Biegające po ulicy, przebrane za potwory i jednorożce dzieci siedzą teraz w domu i przeliczają swoje cukierkowe zbiory. Na parkingu, tuż pod oknem jednego z mieszkań akademika zaparkowany jest samochód, w nim mężczyzna. Pewnie czyta jakieś wiadomości na swoim telefonie, pewnie na kogoś czeka. Podjeżdża inny samochód, zatrzymuje się obok tego zaparkowanego z mężczyzną w środku. Ktoś wychodzi, wyciąga broń, oddaje kilka strzałów, wsiada do samochodu i znika. Mężczyzna w samochodzie nie żyje. W mieszkaniu, pod którym zaparkowany jest samochód upada na podłogę mężczyzna przypadkowo stojący przy oknie. Dostaje zabłąkaną kulą przez szybę swojego okna. Zawożą go do szpitala w poważnym stanie.

I niby nie ma się czemu dziwić. Zdarzają się w Stanach większe strzelaniny, giną przypadkowi ludzie, mordowane są dzieci. Nie ma się czemu dziwić skoro jedna trzecia Amerykanów posiada broni, a ponad 40 procent ma do niej dostęp w domu. Każdego dnia ponad dziewięćdziesiąt osób w Stanach ginie od postrzału (dane tutaj). Codziennie słyszy się o jakieś dużej strzelaninie. Ba, w większych, bardziej niebezpiecznych miastach codziennie słyszy się jakąś strzelaninę. Tak jak ta na parkingu, to często porachunki kryminalistów. Tak jak w mieszkaniu przy parkingu, często obrywają przypadkowi ludzie. Taki nienormalny kraj. W takim przyszło nam żyć przez moment, przez dłuższą chwilę, czasem na zawsze. Nikt się strzelaninom, szczególnie takim jak ta parkingowa, nie dziwi, o takich jak ta nawet się nie mówi, nie pisze. Dla mnie ta była najważniejsza.

Dzień wcześniej na miejscu samochodu z zastrzelonym gangsterem stała niebieska Toyota Prius. Stała tam też kilka dni wcześniej, miesiąc wcześniej. W Toyocie siedziałam ja. Sprawdzałam wiadomości w telefonie i czekałam na moich dwóch uczniów, których dzieli tylko ściana od postrzelonego przypadkowo mężczyzny przy oknie. Podczas strzelaniny jeden brał prysznic, drugi robił herbatę w kuchni. Moja Toyota była wtedy zaparkowana pod moim domem. I wiem, że nie można się dać zwariować, nie można żyć w ciągłym strachu. Mogę przecież zginąć w wypadku samochodowym, wpaść pod pociąg, utopić się, albo zabije mnie jakaś paskudna choroba. Ale siedząc w samochodzie na parkingu dzień po strzelaninie myślałam sobie jak ten surrealizm bycia przypadkową ofiarą śmiertelną w niezwykle bezpiecznym mieście, na oświetlonym parkingu, obok mieszkań studentów renomowanych uczelni staje się bardziej realny, bardziej prawdopodobny, trochę bardziej przerażający. W miejscu gdzie zawsze parkowałam, stał rząd zapalonych świeczek i dla kontrastu, puste butelki po alkoholu. Było cicho, a w rogu parkingu czaił się wóz policyjny. Z nim, schowanym w krzakach, miałam się czuć bezpiecznie. W wiadomościach przeczytałam, że i tak nie jest źle, bo to siódme zabójstwo w tym roku w naszym mieście, a mamy ostatni dzień października. Rok temu było gorzej.

Dzień z życia…

To przy okazji, z okazji zbliżającego się Halloween

Dzień z życia normalnej rodziny kablami do ładowarek połączonej ze sobą.

Żeby się w dialogach nie pogubić, proponuję legendę:

Czat rodzinny będzie w kolorze zielonym. 

Czat małżonków będzie w kolorze czerwonym, bo jest najgorętszy. Nie, nie z tego powodu.

Czat matki z córką w kolorze różowym, a z synem, w niebieskim.

7.29 (zaczynam o 7.30). Parking pod moją szkołą.

Ja: Jestem już. Cholerne korki. Dzieci w autobusie, kot w szafie, mam nadzieję, że drzwi się nie zamkną. Mam sajgon dzisiaj, nie odpowiadam na wiadomości do pierwszej. Miłego dnia!

Chris: Ja też mam sajgon, nie odpowiadam na wiadomości do trzeciej i od trzeciej dziesięć do piątej. Po drodze do domu kupię najpotrzebniejsze rzeczy – chleb i wino. Miłego dnia.

Ja: Nie piję w tym tygodniu.

Mąż: Się okaże…

Córka: Maaaaamoooo!! Nie zakręciłaś dobrze mojej butelki z wodą. Wylała się. Cały plecak mokry, książki i ubrania na wuef. Ale wiocha!

Ja: Bardzo mi przykro. Jutro sama zakręcisz, wtedy się nie wyleje. A dziś musisz sobie poradzić.

Córka: Wiem, mamo…ale co ja teraz zrobię? Dobra, lecę na psychologię.

7.59 (lekcje zaczynam o 8.00)

Przeglądam ankiety moich uczniów z pytaniem co im się podoba na moich zajęciach, czego chcieliby mniej. Mam tylko dwóch uczniów, ale ankiety anonimowe są. Jeden chce więcej gramatyki, drugi mniej. Jeden chce więcej gier, drugi mniej. Jeden pisze, że lubi konwersacje (chyba z samym sobą, gdzieś bardzo głęboko w środku), drugi mówić nie lubi. Jasno z tego wynika, że robię wszystko jak należy. Nie zmieniam planu lekcji. Zmierzam do klasy.

Córka: Mamo, siedzę w łazience pod suszarką do rąk i suszę notatki. Super jest!

Ja: Nie ma cię na lekcji?

Córka: Psycholożka (tzn. nauczycielka od psychologii, a wiemy, że to nie to samo) mnie zwolniła. Mogę nie iść na wuef?

Ja: Ile razy nie byłaś w tym miesiącu?

Córka: Tyle ile było lekcji. Zawsze coś mi wyskoczy. Okres, Crohn, skręcona kostka.

Ja: To idziesz!

Córka: Nie idę. Spodenki i koszulka są mokre!

Ja: Ok, nie idź.

13.00. Przerwa na lancz.

Syn: Cześć. Na wuefie piłka uderzyła mnie w oba kciuki. Trochę bolą. 

Ja: Jezu! Dobrze się czujesz, dziecko? Bardzo boli? Byłeś u pielęgniarki? Nauczycielowi powiedziałeś? Co powiedział? Sine są? Spuchnięte? Tata wie? Mężu wiesz?

Syn: Tak.

Córka: Było ci niedobrze. Jak było, masz złamanie z przemieszczeniem. 

Syn: Mamo, boli mnie bardzo. Czy ty albo tata możecie po mnie przyjechać? Palce są spuchnięte i sine i nie mogę nimi ruszać. 

Ja: Bidulku mój. Już piszę do taty. 

Mąż: Wszystko będzie ok. To nic poważnego.

Ja: Jaś mówi, że go bardzo boli, ma spuchnięte, sztywne, krew się leje, niedobrze mu, na bank złamane. 

Syn: Wszystko w porządku tato. 

Syn: Mamo, boli…

Mąż: Przecież pisze, że wszystko w porządku. 

Ja: Do mnie pisze co innego. Ja uczę i mam ZERO dni urlopu. Możesz ty? 

Mąż: A może to poczekać do wieczora?

Córka: Mamo, on tak tylko mówi, że wszystko w porządku. Pamiętasz jak zbagatelizowałyśmy i trzeba było szyć mu palec? 

Ja: Nie może! 

Mąż: OK

2.30. Córka w drodze do domu, panowie w przychodni, ja ciągle w klasie z bardzo niekontaktową grupą dwóch Chińczyków.

Mąż: Jesteśmy w przychodni. Godzina czekania. Palce nie wyglądają tak źle.

Ja: Super, ale dobrze,że poszliście. Uspokoimy się. 

Córka: Nie umiem otworzyć drzwi? Nie działa! Nic nie działa?

Mąż: Spróbuj przyciągnąć.

Córka: Ciągnę.

Mąż: Porządnie.

Córka: ROBIĘ PORZĄDNIE!! Nie da się. Może ktoś się włamał. 

Mąż: Spróbuj pociągnąć jeszcze raz. 

Córka: Mamo, tata na mnie krzyczy. 

Mąż: Albo wejdź oknem. 

Ja: Dziecko mówi, że na nią krzyczysz.  

Córka: Dobra, wchodzę. 

Mąż: Kochanie, będzie dobrze. Wchodź. Bardzo cię kocham!

Córka: Jestem, ale gazem śmierci. Co jak wybuchnie?

Mąż: Co? Gaz? Spokojnie. Zobacz, czy kuchenka wyłączona. 

Córka: Wyłączona. Wygląda ok. Śmierdzi. A co jak wybuchnie? Co jak pies i kot zachorują? Co jak ja umrę?

Mąż: Dobra, dzwonię po kogoś. 

Córka: Mamo, boję się!

Syn: Mamo, gdzie tata? Poszedł gdzieś a mnie już wołają!

Ja: Nie bój się, nic nie wybuchnie!!! Czekaj na gościa!

Mąż: Zaraz ktoś przyjedzie. Chyba Jasia zawołali. Nie ma go. 

Pół godziny później.

Mąż: Jest już ktoś?

Córka: Tak.

Córka: Mamo, wielki taki facet. Trochę dziwnie. 

Mąż: I co?

Ja: Nie martw się. Na wszelki miej psa blisko. 

Córka: Poszedł już. Zakręcił coś. Powiedział, że już działa. Dałam mu wszystkie moje pieniądze. $135. Zostawił fakturę. 

Mąż: Jezu!

Ja: Jezu! 

Mąż: Mamy wyniki prześwietlenia. Ma wybite palce. Trzeba je nastawić. Jedziemy do szpitala.

Ja: Dobra, nie jadę dzisiaj na jogę. Jadę do domu. Za dużo się dzieje.

Córka: Mamo, trochę jeszcze śmierdzi. To ok?

Ja: Dziecko mówi, że śmierdzi gazem. A co jak wybuchnie?

Mąż: Jedź na jogę!

Mąż: Nie wybuchnie!

4.30. Wychodzę z pracy.

Ja: I co?

Córka: Nie śmierdzi.

Mąż: Czekamy na kolejne prześwietlenia. W przychodni, przez pomyłkę, dali nam wyniki jakiegoś siedemdziesięciolatka ze złamanym biodrem. 

Mąż: Jedziesz na jogę? 

Córka: Czy możesz kupić mi jogurt w Whole Foods jak będziesz na jodze?

Ja: Nie jadę.

Ja: Nie będę dzisiaj.

Córka: Co? Ale ty kochasz jogę. Jedź! 

Mąż: Jedź. Damy sobie radę. Palce nie wybite. Jeden trochę złamany. Palec unieruchomić i podawać ibuprofen. 

Ja: Nie jadę. 

Ja: Ale was kocham bardziej. Jadę do domu. Obierz proszę ziemniaki na kolacje.

Mąż: Co robimy na kolację?

Syn: Mamo, co na kolację! Głodny jestem. 

Ja: Ziemniaki.

Ja: Ziemniaki.

Mąż: Wstąpię po drodze po wino.

Ja: Wstąp!

Córka: Dlaczego zawsze ja?

 

 

 

 

 

Ogłoszenia…

Zdjęcie kradzione z internetu, ale niedługo już będę takie moje. Chania, Kreta.

Aniukowe Pisadło ogłasza, że żegna się ze Stanami. Będzie płakać żegnając się ze swoim uroczym domem, zaczarowanym, pełnym węży i skunksów ogrodem. Uroni łzę nad Bostonem, który kocha całym sercem i spocznie chwilę w zadumie nad wietrznymi plażami oceanu. Będzie jej brakowało uprzejmości w miejscach publicznych i uśmiechów na ulicy. Będzie jej brakowało koronkowych majtek z Victoria’s Secret i wegańskich cudów na kiju z Whole Foods. Najtrudniej jednak Aniukowemu będzie pożegnać się z ludźmi, których tutaj poznała i pokochała. Tych będzie jej brakować najbardziej. Ich przyjaźni, wsparcia, niezwykłej, pozytywnej siły, niewyczerpanej chęci robienia czegoś nowego, lepszego. Będzie Aniukowemu brakowało amerykańskiego optymizmu i wiary w swoje, i innych, umiejętności. Nie będzie jej brakowało przesady w tej wierze. Nie będzie jej brakowało wszechobecnego pół-profesjonalizmu i dysonansu między umiejętnościami na papierze, a umiejętnościami rzeczywistymi. Nie będzie jej brakowało zbyt długiej zimy, zbyt drogich leków i zbyt krótkich przerw na lunch.

Aniukowe razem z całą rodziną szykuje się do przeprowadzki do Grecji. A co tam Grecja? Aniukowe będzie mieszkać na pięknej wyspie, Krecie! Pisadło będzie jeść świeże owoce i warzywa z ekologicznych upraw miejscowych gospodarzy, będzie chodzić po skalistych górach, których na Krecie pod dostatkiem. Aniukowe nie będzie pływać, bo pływać nie potrafi, ale będzie korzystać z dobrodziejstw wody i plaż w inny, bardziej stacjonarny sposób. Aniukowe spędzi pół roku ze swoim dzieckiem numer jeden jako, że dziecko kończy liceum już w styczniu, i albo się pozabijają, albo utworzą więzi nierozerwalne. Najważniejsze jednak, że Aniukowe będzie mogło zobaczyć swoją rodzinę częściej niż co kilka lat i nie będzie musiała kart kredytowych spłacać przez dwa kolejne. Pisadło jest wielce szczęśliwe i nie może się doczekać końca stycznia kiedy to spakuje dobytek swój i do Europki wróci!

Można gratulować!

Na Zdrowie. Herbata nie taka sobie zwykła…

Kolejny wpis zdrowotny. Tych razem o herbacie. Herbata to delikatny temat. Kogo nie zapytasz, zna się herbacie lepiej niż poprzednik. Ta na opuchnięte kostki, tamta na rozbite małżeństwo. Ta parzona o wschodzie słońce, inna przy blasku księżyca. Zielona na jedno, biała koniecznie na drugie. Ja się nie znam. Ani trochę. Wchodzę do sklepu z herbatami i najbardziej zachwycam się metalowymi puszkami (lub słoikami, bo jestem pewna, że jedne lepsze od drugich) i polotem wymyślaczy nazw. Uwielbiam herbaty wąchać i słuchać jak o nich opowiadają sprzedający. Jednak kiedy już ta pachnąca mieszanka jest w stanie ciekłym, nie potrafię powiedzieć, czy mi smakuje bardzo, trochę, czy wcale. Ale piję. Zimą piję herbaty nawet kilka razy dziennie, ale ani nie miałam dotąd ulubionej, ani nie jestem wytrawnym koneserem i pewnie czasem piję badziewie. Pamiętam, że wiele lat temu w Niemczech, kiedy zaczynałam praktykować jogę, odwiedził nas taki jeden złotousty prelegent w temacie jogi i poczęstował herbatą. Pamiętam, że prelegentem byłam zachwycona, tym co mówił, co robił, co czuł, jego matą do jogi, kadzidełkami i herbatą właśnie. Był to jednak zachwyt zbiorowy i herbata zlała się z resztą. Zapomniałam.

Spacerując po stronce pewnej nauczycielki jogi znalazłam przepis na domową yogi tea. Czyli co? Czyli czarną herbatę gotowaną w wielkim garze z aromatycznymi przyprawami, podawaną z mlekiem i miodem. Ponoć herbata ta została przywieziona do Stanów przez sławnego jogina Bhajan, prekursora ajurwedy i zdrowego stylu życia na zachodzie. W tradycyjnej herbatce jogowej bulgocze pięć przypraw, które są podstawą ajurwedyjskiej medycyny. Pierwszy to kardamon przyśpieszający przemianę materii, łagodzący niestrawność i wzdęcia. Działa również przeciwzapalnie, szczególnie w przewodzie pokarmowym. Kolejna przyprawa to cynamon, który obniża ciśnienie krwi, pomaga w walce z nowotworami, działa antybakteryjnie. Ostatnie badanie wskazują też na to, że cynamon pomaga w walce z bólem u pacjentów cierpiących na artretyzm. Goździki mają lekko znieczulające oraz rozgrzewające i uspakajające właściwości. Czarny pieprz sprzyja trawieniu, dezynfekuje i ma działanie przeciwzapalne. Ukochany mój imbir ułatwia trawienie, łagodzi mdłości, likwiduje małe stany zapalne i pomaga w przeziębieniu (bardzo pomaga!!).

Jeśli macie ochotę na taką aromatyczną herbatę, zagotujcie gar wody. Ten przepis jest na, mniej więcej, dwa litry wody, ale można oczywiście bawić się zawartością przypraw i wody w wodzie. Ja robię tyle żeby wystarczyło na trzy słoje do lodówki i wielki kubek na spożycie natychmiastowe. Do gara z gotującą się wodą dorzucić 20-25 ziarenek czarnego pieprzu. Powoli, nie spieszyć się, zachwycać się widokiem przez kilka sekund a następnie dodać piętnaście goździków i pozachwycać się jeszcze moment. Kolejna przyprawa to cynamon. Koniecznie w laskach i od trzech do pięciu sztuk. Z suchych przypraw, ostatnia to ziarna kardamonu. Dwadzieścia sztuk, a co?! Przed wrzuceniem należy ziarna nieco rozgnieść i wrzucać takie rozchełstane. Na koniec korzeń imbiru. W każdym przepisie jest inaczej, myślę, że osiem plasterków to optymalna liczba, ale ja lubię mocno imbirową herbatę i dodaję więcej. I nie, nie obieram ze skórki. Pozostawić na kilka minut żeby się to wszystko pięknie zagotowało na wolnym ogniu, usiąść i wdychać piękny zapach tańczących we wrzątku przypraw. Następnie dodać czarną herbatę. Można w torebce, może w liściach. Przykryć garnek pokrywką i zostawić na pół godziny na bardzo wolnym ogniu. Herbatka może sobie delikatnie bulgotać nawet i kilka godzin, ale trzeba pamiętać, że może być mocna jeśli czarna herbata zostanie w niej tak długo. Kiedy mamy już dosyć czekania, zdejmujemy gar z ognia i przelewamy przez sito do innego garnka lub dzbanka. Odlewamy dla czekającej niecierpliwie siebie pełny kubek herbaty, dodajemy łyżeczkę lub dwie miodu i trochę mleka. Ja dodaję migdałowe.

I kiedy pierwszy raz usiadłam i spróbowałam tej herbaty, przypomniało mi się Garmisch, joga z Angeliką, prelegent, pies z głową w dół i ciche mantry. Pewnie to była ta sama herbata…

Na Zdrowie

Piszę bo lubię, bo muszę, bo chcę. Pisać blog zaczęłam dawno temu, najpierw w sekrecie, potem tylko dla rodziny, następnie dla zaproszonych gości, w końcu się upubliczniłam. Potem zachorowało mi dziecko. Blog był moją odskocznią, moją terapią. Bezpieczną terapią, bo mówiłam o nas tylko tyle, ile chciałam, tylko w takich kolorach, które pasowały do wystroju mojego wnętrza, tak długo, głęboko, śmiesznie jak sobie na to pozwoliłam. Terapeuta-klawiatura nie spojrzy mi w oczy i nic nie wyczyta. Taka właśnie terapia mi wtedy odpowiadała. Tego wtedy potrzebowałam. Chciałam też żeby blog był miejscem dla innych rodziców dzieci zmagających się z tą chorobą. Spróbowałam kilka razy, ale wygląda na to, że albo nikt w Polsce na to nie choruje, albo gadać mu się o tym nie chce. Nie ma się co dziwić. Gówniana choroba, nie ma co. Ale choroba Leśniewskiego-Crohna jest członkiem naszej rodziny. Może i takim, co by go się chciało pogrzebać gdzieś pod płotem, a przedtem jeszcze kołkiem osikowym, na wszelki wypadek, przebić, ale jest. A skoro już jest, to i napisać o chorobie od czasu do czasu należy. Bez Kasi Crohna pewnie nie byłoby tego bloga, nie byłoby lekcji pokory, cierpliwości, nie byłoby po drodze spotkanych, cudownych ludzi, nie było takich nas, jacy jesteśmy. Nie byłoby też wkłuć, wlewów, endoskopów, nieprzespanych nocy, paraliżującego strachu i nie całkiem klarownej przyszłości mojego dziecka… No ale jak już coś jest, to często w pakiecie.

Nie byłoby też kilku zmian w naszym życiu. Jedną z nich było nasze przejście na weganizm i zainteresowanie medycyną holistyczną. I wiem, że zaraz połowa czytających zamknie stronkę, wyloguje się, zablokuje, odprzyjaźni i pójdzie w cholerę. Bo to już przesada, że bez mleka, bujdy, że białka nie potrzeba, moda jakaś nowa, przejdzie wszystkim po kilku tygodniach i takie tam… Jeśli druga połowa czytelników zostanie, to się dowie, że napiszę tylko o tym, co się zadziało w naszej rodzinie, nasze doświadczenia, nasze sukcesy i porażki. Na przejście na dietę wegańską i na zdrowszy byt życie przygotowywało nas już od jakiegoś czasu. Cholesterol dawał się we znaki, skóra u jednego, jelita u drugiego, wzdęcia, migreny, bóle kręgosłupa, zmęczenie, apatia. Kasi Crohn zaczął wyłazić z ukrycia, podnosić jedne cyferki we krwi, a obniżać drugie. Naoglądaliśmy się również filmów dokumentalnych, wykładów lekarzy i naukowców, i naczytaliśmy rozmaitych publikacji. Kiedy w maju straciłam pracę, postanowiłam, że trzeba to jakoś wykorzystać. Zostałam wolnym słuchaczem u najlepszej na świecie trenerki instruktorów jogi i wymieniłam zawartość lodówki.

Nie było łatwo. Po nocach śniły mi się tańczące na stole jajka w koszulkach, czasem nawet i bez, wesołe łososie przeskakiwały zgrabnie fale na rzece z bitej śmietany, a ser żółty nęcił przepastnymi dziurami. Pogrzeb ulubionym jogurtom trzeba było wyprawić i masło, nawet to najlepsze, irlandzkie oddać sąsiadom. I co? I można nie wierzyć. Można wątpić. Mówią, że cukrzycę po kilku tygodniach diety wegańskiej można zlikwidować, ale czy ja osobiście znam taką osobą? Nie. Ponoć ktoś z Crohnem odstawił wszystkie leki. Rozmawiałam z gościem? Nie. Kobiecie dawali kilka miesięcy życia z powodu niewydolności serca. Jest zdrowo odżywiającą się weganką i żyje już kilka lat. Widziałam wyniki jej badań? Nie. Sportowcy ponoć mają lepsze wyniki na diecie wegańskiej. A zaglądam im do talerza? Nie.

Ale wiem co się zmieniło u nas. Wiem, że problemy skórne się skończyły. Wzdęcia wklęsły. Wiem, że cholesterol spadł na łeb na szyję. Nadwyżek szczęścia jeszcze nie zarejestrowaliśmy, ale samopoczucie znacznie się poprawiło. Widzę, że śpimy lepiej, spożywamy mniej alkoholu (aż mnie to trochę martwi), nic mnie nie piecze, nie swędzi, nic nie sztywnieje. Cycki wciąż wiotczeją, ale na to rady nie ma. Najważniejsze jednak jest to, że Kasia ma się lepiej. Ma się dużo lepiej. Krew jest badana co miesiąc i z miesiąca na miesiąc jest coraz lepiej. Wszystkie najważniejsze wskaźniki, które pokazują aktywność choroby są w normie. Są duże szanse, ze zaplanowane podwyższenie dawki jej leku się nie wydarzy. Niezwykle mnie to cieszy i motywuje do działania. Dodam lojalnie, że Kasia dostaje, ale tylko od miesiąca i z przerwami, dwuskładnikowy suplement diety i być może to też ma znaczenie, ale jestem przekonana, że odstawienie nabiału w chorobach autoimmunologicznych daje bardzo pozytywne wyniki. Zresztą, nie muszę być przekonana, jest wiele badań, które to potwierdzają.

Nie, nie przekwalifikuję się na wegański kulinarny blog, na blog o jodze, o ajurwedyjskiej medycynie, czy medytacji. Inni robią to lepiej ode mnie. To ciągle jest blog o życiu. A że w moim życiu teraz właśnie takie rzeczy, będzie i o nich. W mojej nowej zakładce Na Zdrowie, znajdziecie rzeczy, które przetestowaliśmy i które nam się spodobały. Będzie o wszystkim, będzie o życiu. Trochę zdrowszym życiu, ale to chyba dobrze, nie?

Zaćmienie i joga…

Zamiast na niedzielną sumę, chodzę na jogę. Bardzo lubię te niedzielne właśnie. Są długie, okraszone medytacją, opowiadaniem jakimś, kawałkiem sutr (aforyzmy z ksiąg jogi) i oczywiście samymi asanami prowadzonymi przez niesamowitą znawczynię anatomii ciała i umysłu, i nadzwyczajną nauczycielkę jogi. To moja terapia. Moje psychotropy. Moja grupa wsparcia.

Dzisiaj nastąpi całkowite zaćmienie słońca w Stanach. Nastąpi w pasie środkowych stanów, do których akurat nie należę. U nas będzie widocznie w sześćdziesięciu procentach. O tym właśnie była wczorajsza joga. Wiele osób praktykuje jogę zgodnie z fazami księżyca. Według filozofii jogi, nasze ciało i nasz umysł są częścią wszechświata. Jesteśmy z nim połączeni, od niego zależni, współistniejemy z nim. Wszystko co się dzieje we wszechświecie, w naturze, ma odzwierciedlenie w naszym ciele, naszych emocjach i naszym umyśle. I tak na przykład wierzono, że podczas pełni księżyca nie powinno się praktykować jogi ponieważ ma się tyle energii w sobie, tyle siły, tyle emocji, że można sobie krzywdę tą energią zrobić. Podczas nowiu energia nasza (w sanskrycie zwana praną) jest, z kolei, bardzo słaba. Przejawia się to tym, że jesteśmy zmęczeni, śpiący, nic się nie chce, więdniemy. Wtedy praktykujemy jogę regenerującą (restorative yoga). Ćwiczymy skręty tułowia otwierające przepływ słabiutkiej energii, ćwiczymy oddech. Po takiej załamce energetycznej, przychodzi nowe. Wraz z przyrostem księżyca, nasza prana staje się coraz silniejsza, jesteśmy coraz to bardziej kreatywni, mamy pomysły i siłę do ich wykonania, rozkręcamy się. I tak w kółko. Tak się składa, że dzisiaj akurat przypada księżycowy nów z zaćmieniem słońca w bonusie. Trzymajcie się wszyscy czego popadnie. Możemy czuć się słabiej, do kitu, w ekstremalnych przypadkach, do dupy nawet. Ale za to jaki nowy początek nas czeka!!! Niektóre teksty mówią, że takie zjawiska mają wpływ głównie na większe skupiska ludzi jak na przykład miasta, czy państwa. No i to jest dobra wiadomość. Stanom przyda się zmiana. Wszystko jedno jaka, bo w tej sytuacji, każda zmiana wydaje się być zmianą na lepsze. Niektóre źródła mówią, że dotyczy to głównie jednostek.

U mnie już. Nastąpiła „przed-zaćmienna” zmiana. Dostałam pracę. W dobrej szkole prywatnej. Będę uczyć pół dnia, pół dnia będę administratorem programu. Cokolwiek to znaczy. Powinnam być szczęśliwa. Powinnam byś pełna entuzjazmu i energii do pracy. Mam pracę, zarabiam, płacą ubezpieczenie, dentystę (w Stanach to rarytas). Mam swoją klasę, mogę z tym pomieszczeniem robić co mi się podoba. Mam też biuro z widokiem na rzekę. Dwadzieścia minut od domu. A mam pustkę. Czuję tylko ulgę, że wreszcie coś mam, że wreszcie znalazłam. Dlaczego mnie to nie cieszy? Dlaczego nie piszę planów lekcji, nie rysuję tabelek, nie robię prezentacji? Czy to tylko spadek formy? Padnięta na pysk prana? Czy jest jeszcze coś innego? Coś co mnie uwiera, nie daje spokoju… Jak się dowiem, doniosę.

Miłego zaćmienia niektórym, a wszystkim samych zmian na lepsze życzę!

 

P.S. Gdyby ktoś nie wiedział skąd te zaćmienia, spieszę z hinduską mitologią. Kto by tam nauce wierzył. A że się na żadnej mitologii nie znam (hinduską czytam trochę z potrzeby) i opowiadać ładnie nie umiem, dat nie pamiętam, imion i nazw, tym bardziej, opis będzie w stylu Drunk History (kto nie zna, a zna angielski, proszę tutaj, tutaj, albo tutaj). Kto ze mną pił, będzie mu łatwiej. Lecim… Tak się zdarzyło, że demony i bogowie hinduscy nie przepali ze sobą. Ciągle ze sobą walczyli, nierzadko dochodziło do rękoczynów. Bóg Wisznu chcąc ich pogodzić powiedział: „No słuchajcie, jest tam taki super extra nektar na dnie oceanu. Najlepszy na świecie. Kto się go napije, będzie nieśmiertelny, piękny, mądry i takie tam… Musicie współpracować i nektar z dna wydobyć”. No to się dwie drużyny zawzięły, złapały potężnego węża imieniem Wasuki, jedna drużyna trzymała łeb, druga kuper. Przerzucili węża przez górę Mandara i tak nią kołysali, że odwrócili ją do góry nogami i z dna oceanu wypłynął pyszny nektar. Mądraliński Wisznu porządził się nektarem i poczęstował nim samych bogów, olewając demony. Jeden z demonów, Rahu, się rozeźlił, przebrał się za boga i stanął w kolejce do kielicha. Już mu Wisznu kropelkę jedną do gęby nalał, aż tu nagle Słońce i Księżyc drą się, że to zdrada, że to hultaj Rahu przebrany za boga! Jak się Wisznu nie wkurwi, jak się nie zamachnie… Łeb mu odciął. Jednak Rahu nie zszedł był całkiem, bo kropelka nektaru uratowała mu życie, a konkretnie głowę, bo tułowia już nie. Nie trzeba było długo czekać na zemstę demona. Rahu ze złości połknął słońce. No i mamy zaćmienie. Nie miał biedaczysko reszty układu pokarmowego więc mu szyją szybko słońce wyszło. Koniec zaćmienia. Potem księżyc. I tak w kółko…

No i tyle. Bajki Andersena – flaki z olejem.

 

Szukam pracy…

Zdolna, z doświadczeniem zawodowym, niemłoda ciałem, ale duchem i owszem, nauczycielka języka angielskiego poszukuje pracy w pełnym wymiarze godzin. Nie, nie mówi po hiszpańsku, a szkoda i tak, jest obywatelką. Ma na to papiery. Nie, nie chce sprzedawać ubezpieczeń na życie i tak, wie co to PowerPoint. Nie, nie może dojeżdżać do New Jersey i tak, wie jak pisać wypracowania. Na lekcjach nie pije, z uczniami z reguły nie sypia i przeklina tylko po polsku. Jest dyspozycyjna w granicach rozsądku, po niemiecku zorganizowana, wyrabia się z terminami i postara się jak jasna cholera żeby być wartościową częścią zespołu.

Szukam pracy. Wysyłam życiorysy (wyłącznie własne!), piszę zmysłowe listy motywacyjne, proponuję nowatorskie rozwiązania i oferuję autorskie projekty. I chodzę na rozmowy o pracę. Każda taka rozmowa kosztuje mnie głodówkę, bo nie mogę nic jeść z nerwów, biegunkę, bo wiadomo, że ona zawsze w najmniej oczekiwanym momencie, ból głowy z odwodnienia i głodu i napęczniały pęcherz podczas rozmowy z powodu intensywnego nawadniania się tuż przed. Potem jeszcze kosztuje mnie $13 za sześćdziesiąt minut dobrej jogi plus piętnaście minut medytacji żeby się jakoś po takiej rozmowie pozbierać. Na szczęście, jeszcze tylko jedna mnie czeka.

Na jedną taką rozmowę umówiłam się z panią Alison w eleganckiej kafejce. A bo już w godzinach popołudniowych się umówiłyśmy, a bo każdej z nas bardziej po drodze, mnie do niej, jej do domu, bo mniej oficjalnie będzie niż w jej biurze na pięterku pięknego budynku uczelni. A uczelnia ci to jest, że ho ho, nie byle jaka. Pani Alison, szef wydziału języka angielskiego jako obcego tejże uczelni umówiła się ze mną na siedemnastą. Będzie czekać przy dwuosobowym stoliku zaraz przy wejściu. Założyłam na siebie strój galowy i buty na obcasie. Nauczona doświadczeniem, tym razem wybrałam obcas typu kaczuszka. Na inną rozmowę założyłam na wysokim i rozmówca, prawdopodobnie niedoszły szef, był ode mnie o głowę niższy. Speszyliśmy się oboje. Z klasyczną, czarną torebunią w zgięciu łokcia, stukam ci ja kaczuszkami biegnąc po parkingu dwie minuty spóźniona. Przed drzwiami, biorę głęboki oddech i wchodzę. Wita mnie uśmiechnięta, wstająca zza dwuosobowego stolika tuż przy wejściu, kobieta. Podchodzi, wyciąga dłoń, ja przepraszam za spóźnienie, ona w tym samym czasie się przedstawia. Ja się przedstawiam, ona równocześnie ze mną odpowiada, że nie szkodzi, że się spóźniłam. Chwalę wybór kafejki, bo i z gustem urządzona i przestronna i bez tłumów. Ona proponuje kawę, ja dziękuję, piję tylko o poranku. Ale może ona się napije? Też dziękuje, też pije tylko rano. No to już mamy coś wspólnego. Ha ha ha, hi hi hi… Ona proponuje żeby wyjść na zewnątrz. Mają taki przyjemny ogródek. Wyborny pomysł. Po drodze przeprasza, że tak na luzaka trochę ubrana, ale grała w tenisa całe przedpołudnie. Z kolei ja przepraszam, że może zbyt oficjalnie, ale pomyślałam, że w końcu to rozmowa o pracę. Z szacunku to wszystko. Dodaję, że to piękny dzień na grę w tenisa. Przytakuje. Siadamy, ona zaczyna czegoś szukać w torebce. Od kiedy grasz w tenisa? – pyta mimochodem. Przyznaję, że w życiu nie trzymałam rakiety do tenisa. Wybucha śmiechem. Pewnie jakiś lokalny żart. Wypada udać rozbawioną. Udaję. A jakie są twoje wrażenia z uniwersytetu Brown? – pyta wciąż grzebiąc w torebce. Bardzo specyficzne poczucie humoru… No wiesz, jeszcze nie wiem jak to jest pracować z wami, ale mam nadzieję się dowiedzieć – odpowiadam dumna, że łapię w lot jej żarty. Myślałam, że tam studiujesz…- powiedziała powoli spoglądając na mnie. Skądże znowu, ja już się nastudiowałam w życiu. Mam wszystko czego potrzebujecie. Na twarzy kobiety zarysowała się niepewność. Jesteś Julia i przyszłaś na rozmowę w sprawie pracy jako instruktor tenisa, tak? – zapytała.

Leżałyśmy rycząc ze śmiechu na stole jeszcze kilka sekund zanim załapałam, że jestem jeszcze bardziej spóźniona na spotkanie z właściwą osobą.