Głowa u fryzjera…

Absurdalny pomysł z odizolowaniem głowy od reszt ciała przyszedł mi u fryzjera. W Niemczech od drzwi powiadamiałam fryzjerów, że po niemiecku nie mówię. W obawie, że mówią po angielsku, przynosiłam polską gazetę i w ciszy i spokoju robiłam sobie prasówkę podczas gdy po niemiecku zajmowano się moją głową. W Stanach, zdekonspirowałam się bezmyślnie na pierwszej wizycie i teraz nie ma zmiłuj, muszę rozmawiać. Bo ja, moi drodzy, nie lubię rozmawiać u fryzjera. Źle znoszę, staję się werbalnie nieprzyjemna, nie wzbudzam sympatii. Pomijam oczywiście znajomą fryzjerkę z Polski (pozdrowienia dla pani Magdy), bo z nią owszem i to bardzo. Z innymi nie.

Nie wiem, czy tak jest wszędzie, ale w naszym salonie nie ma prasy. Taka sytuacja narzuca wymóg budowania relacji ze stylistą fryzur. Stylistka pracuje nad ową relacją od wejścia. Rzuca komplementem, że buty niczego sobie i za moją torebkę to by się dała tępym nożem pokroić. Upewniając mnie w słuszności wizyty, otwiera ze zdziwienia oczy, że włosy moje takie zaniedbane, takie siwe, takie długie i przesuszone. Przeprasza natychmiast za szczerość. Obiecuje, że się mną zajmie i zapewnia, że będę bardzo zadowolona z jej usług. Tak na wszelki, gdyby moje końcowe wrażenie było odmienne. Proponuje wodę z cytryną, lub mięta, kawę z mlekiem, koniecznie migdałowym, bo oni tutaj przecież krowim nie trują. Usiadłam, z torebki artykułu o treningu uważności (o ironio!) nie wyjęłam, bo już nie chciałam być większym niemilcem niż jestem i w słowotok pani fryzjerki się zatopiłam. Opowiadała o wszystkim co mnie nie interesuje. Paznokcie ma za długie, ale za długo pracuje żeby się nimi ktoś zajął, że Steve zadzwonił, ona nie odebrała, wysłał tekst do jej matki, matka z pretensjami do niej, ona się tłumaczy, że jechała samochodem a policja stała, bo na A95 zawsze stoją, tam za tą kawiarenką gdzie mają niebiańsko pyszną kawę, ale trzeba przyjechać pół godziny wcześniej, takie kolejki, nawet w tygodniu, nawet dżdżystą aurą też kolejki.

I tak myślę sobie jak byłoby fajnie gdyby można było odkręcić głowę od tułowia, ustawić mózg na jakiś Nie Przeszkadzać, zostawić u fryzjera, a reszta niech sobie kąpiel weźmie, na klawiaturze, metodą mnemotechniczną popisze, na spacer z psem pójdzie.

-Cześć Ania, gdzie głowa?

-U fryzjera. Twoja też?

-Nie, ja u dentysty zostawiłem. Ten ból i odgłos wiertła nie do wytrzymania.

– Jutro mam regulację brwi i tak się zastanawiam…

-Pewnie, że zostaw. Baby w tym salonie takie wścibskie. Nic tylko plotkują.

-No dobra, lecę po moją. Do ZOBACZenia!

-Hi hi…Buziaki…no może jednak jutro te buziaki…

-Ha ha ha…

Z wizji tej intrygującej wyrywa mnie „A co tam u dzieci? Ma pani dzieci, nie?”. Oj matko jedyna… Mam taki sposób na nudne rozmowy. Bardzo często żeby nie zasnąć, albo nie zanudzić intelektu na śmierć, analizuję język mojego rozmówcy. Sprawdzam w jakim czasie zbudował zdanie, ile razy użył danego łącznika, czy używa synonimów, różnorakich przymiotników itd. To niezawodny sposób na nudne spotkania w pracy, długie telefoniczne rozmowy z bankiem, monolog fryzjera. Kiedy zaś ja muszę coś mówić, próbuję urozmaicić swoje wypowiedzi. Jak długie zdanie uda mi się wypowiedzieć unikając zapowietrzenia się? Iloma przymiotnikami mogę opisać jakiś rzeczownik? Może powtórzyć informację dwa, trzy razy i sprawdzić czy odbiorca zauważy? W ciągu ostatnich trzech lat na pewno wiele razy poinformowałam stylistkę moich fryzur, że mam dzieci. Oczywiście nie wymagam, żeby pamiętała znaki zodiaku wszystkich dzieci swoich klientek, ale może warto się zastanowić nad jakimś scenariuszem rozmów podczas kolejnych wizyt i nie powtarzać pytań. No nie wiem…Tak proszę mojej pani stylistki fryzur, jestem mamą dwójki, urodzonych drogą naturalną, po trzech partych na łebka, w odstępnie czterech wiosen (takoż i zim, jesień i pór letnich), płcią różniących się od siebie dość znacząco dzieci.

–  Zapisać panią na kolejną wizytę?

– Tak, na rok dwa tysiące trzysta pięćdziesiąty szósty jak się nauka rozwinie na tyle, że będę mogła tylko moją głowę wam dostarczyć.

– Taka pani śmieszna, pani Aniu…

 

 

 

Pimpek…

Z Amerykanami w domu, w pracy, przy stole, na zakupach, na nartach i w łóżku spędziłam siedemnaście lat. Na początku dziwi się człowiek, że mleko zimne zamiast kompotu piją, że w rozciągniętych dresach publicznie się pokazują, wieszają flagi na kominie, traktorze, furtkach i na majtkach. Łażą w butach po domu i nie prasują T-shirtów. Z czasem powszednieją dziwności i okazuje się, że tak samo jak my zaczynają się odchudzać i po dwóch dniach rezygnują, wpinają tęczę w klapę, ale modlą się żeby ich dziecko nie było gejem i tak samo głupio głosują na prezydenta. I kiedy wydaje nam się, że znamy ich od podszewki, że nic nas nie zaskoczy, taka sytuacja…

Maggie poznała pana. I Maggie i pan w wieku średnim. Poznali się i pokochali. Pan miał psa. Pies był jamnikiem i wabił się Pimpek. Maggie pokochała Pimpka jak swojego. I tak się kochali dwa lata. Były święta z Pimpkiem pod choinką, Pimpek z jajkiem świątecznym w pysku i niezapomniane zdjęcie nagiej Maggie leżącej na łódce z papierosem w ręku, czytającej książkę. Jej nienaturalnie, jak na jej wiek, jędrne piersi zdawały się nie podlegać prawom grawitacji, a umięśnione plecy udekorowane były leżącym na nich Pimpkiem miziających ogonem jej bok. Pewnego dnia Maggie i pan od Pimpka przestali się kochać i przestali stanowić podstawową komórkę społeczną. Maggie nie zamierzała oddać Pimpka panu. Poszła do sądu i wygrała sprawę o opieką nad Pimpkiem. Pan od Pimpka z żalu wsiadł na statek i odpłynął. Maggie dostała oficjalne świadectwo adopcji Pimpka, które oprawione wisiało nam jej łóżkiem. I tak im było błogo kilka dobrych lat. Pewnego dnia Pimpek zmarł. I nie ma co ironizować, tragedia wielka, bo, że tak banałem rzucę, jak się zwierzę do domu zabiera, staje się takie zwierzę częścią rodziny. Maggie postanowiła jednak żałobę w czyn przekuć i wyprawić Pimpkowi pogrzeb jak się patrzy. A patrzyło się wielkimi gałami. W pięknym, wiosennym już ogrodzie zebrało się dwadzieścia i trochę osób i czworonogów w wieku bardzo różnym, w stanie umysłu również bardzo różnym. Na kilku sztalugach Maggie postawiła powiększone zdjęcia Pimpka z różnych etapów jego życia, wykopała dół, przybrała kwiatami i tkaniną jakąś purpurową. Do piersi tuliła piękną urnę z prochami Pimpka. Po ciepłym przywitaniu gości i podziękowaniu im za liczne przybycie, Maggie odwaliła mowę pogrzebową. A że Maggie niezła jest w te klocki, znakomicie wygłoszona mowa była dopracowana w szczegółach, przemyślana dokładnie, umajony licznymi zwrotami akcji! Maggie przytoczyła kilka epizodów z życia Pimpka, po jednym z każdej kategorii: smutne – jak to tęskniła za Pimpkiem kiedy czekała na papiery adopcyjne, zabawne – jak to Pimpek uwielbiał znosić kamienie do domu i próbował je zakopywać w dywanie, dramatyczne – jak to Pimpka rower prawie potrącił, melancholijne – jak to Pimpek wskoczył Maggie na kolana kiedy ona była w dołku i ryczała jak wół, oparł łapki na jej ramionach i przytulił swój długawy, jamniczy pyszczek do jej mokrego od łez policzka. Następnie Maggie odśpiewała bardzo ubogą w tekst (tylko tyle, że Pimpek kochany jest i że jest kochany bardzo…), muzycznie nieco bardziej różnorodną i czasowo przydługawą, ulubioną piosenkę Pimpka. Własnej roboty ma się rozumieć. Na koniec przeczytała list Julii do Romea w którym zamieniła imię „Romeo” na „Pimpek”. Tłum szalał w żałobie. Każdy z przybyłych poproszony był o przyniesienie kamienia. Pimpek uwielbiał kamienie i miał je również ze sobą w zaświaty zabrać. Każdy podchodził do dołu, w którym Maggie delikatnie umieściła urnę, i kładł kamień dla Pimpka po czym rzucał garść ziemi żegnając go na zawsze. Maggie poprosiła wszystkich żeby stanęli wokół grobu Pimpka i zawołali chórem coś w rodzaju „niech spoczywa w pokoju.” Następnie każdy z przybyłych miał wykrzyczeć imię swojego zmarłego pupila, po czym wszyscy znów chórem „niech mu ziemia lekką…” I tak pożegnali psa, członka rodziny, bezwarunkową miłość, wiernego przyjaciela… Na koniec Maggie zaserwowała gościom hot dogi. Tak z przymrużeniem załzawionego oka.

Pies Izabela jest bezsprzecznie członkiem naszej rodziny i kiedy nadejdzie czas, pogrzeb, bez wątpienia, będzie miała pierwszorzędny. Status kota jest pod znakiem zapytania ze względu na zmasowane ataki i niemożliwość przystosowania się do, w moim mniemaniu, niezbyt wysokich wymogów utrzymania higieny osobistej. Daliśmy jej czas do końca maja. Wracając do pogrzebu, ja tam kobieta ambitna jestem i uwielbiam konkurencję, szczególnie jeśli biega o imprezy, zjazdy i spotkania. U znajomych na imprezie świątecznej jest piękna choinka, u mnie będę dwie. Piękniejsze. Ktoś własnoręcznie pomaluje jajka, ja je z włóczki wydziergam. Ktoś kupi dobre wino, ja zrobię kurs sommelierski i prezentacje win świata. Niech tam zwierzęta długo żyją i niech im zdrowie służy, ale jak by co, to się śpiewem i recytacją nie zadowolę. Planuję biegi przez płotki z kuwetami pod pachą, konkurs dekorowania worków na odchody i tarzanie się w zdechłej rybie na czas. Zapraszam!

Wesołych…

Moja młodzież jakieś dziesięć lat temu

Chciałam napisać, pomysł nawet miałam, wydawał się znakomity. Przed pisaniem przeczytałam dwa posty. Oba dokładnie o tym, o czym chciałam pisać, oba w punk, na temat. Oba posty moje. Sprzed dwóch i trzech lat. Nic się nie zmieniło. Po co pisać nowe, jak stare dobre i aktualne. Wklejam oba i życzę Wam wszystkim wesolutkich świąt, kicających jajeczek, kolorowych kurczaków i ciepłej wody w sikawkach. I nie zrażajcie się melancholią i wielkanocnym przygnębieniem moich postów. Radujcie się! Wszak zmartwychwstał!

Kwiecień 2014

Uparł się, że na święta chce do domu. Lekarze twierdzili, że powinien zostać w szpitalu. Obawiali się o jego osłabione serce. Żona prosiła żeby został. Obraził się na żonę. Że nie będzie leżał w szpitalnym łóżku w czasie świąt. I tak się nim nikt w święta nie zajmie. Że jak ma leżeć, to przecież w domu może. Obraził się, że go ona nie chce w domu. Głupi. Przecież chciała. Jak to święta bez męża? Pewnie, że chciała. W weekend odpoczywał w domu. Leżał i bolała go głowa. Czasami mniej, czasami bardziej. W poniedziałek postanowił iść do pracy. Tyle roboty jeszcze przed świętami. Bez niego nie dadzą sobie rady. Żona w kuchni robiła kanapki jemu do pracy. On wyszedł przed dom. Upadł i zmarł.

Święta były i owszem. Ktoś przyniósł bigos, ktoś inny sernik. Wszyscy byli ubrani na czarno. Było tych czarnych sporo przy stole. Ktoś wpychał żonie łyżkę rosołu. Ktoś zabrał dzieci na długi spacer. Bardzo cichy spacer. Nikt nie wie jak rozmawiać o śmierci w Wielkanoc. Ani w żadne inne święta. Poszli do kościoła. Dziewczyna na złość nie odmówiła żadnej modlitwy. Wypchali ją do komunii. Chłopiec poszedł za nią. Były jakieś plotki o Jezusie, który ponoć zmartwychwstał czy coś. Bez echa przeszły te plotki. To nie dotyczyło ich rodziny. U nich takie czary się nie dzieją. U nich jest normalnie.

Odtąd jego rodzina nie lubiła Wielkanocy. Nie żeby się zupełnie odcięli. Dzieci jajko pomalowały. Z koszykiem się poszło do kościoła. W lany poniedziałek z uśmiechniętą twarzą waliło się tanimi perfumami. Kiedy pojawiły się małe dzieci to i nawet weselej się zrobiło. Co roku zdjęcia z jajem i w ślicznej sukience były. Baranka z masła żona ulepiła. Sernik ukręciła i nawet w gardle jej nie stanął. Ale klimat się osadził i został na zawsze…

Kwiecień 2015

Jak ci ukochany pies Pimpek ucieknie w pole jedenastego listopada, to Święto Niepodległości już zawsze będzie ci się kojarzyło z lataniem w gumofilcach po polu! Jak cię facet zostawi w Walentynki, to co roku przemalowujesz wszystkie serca na czarno i strzelasz z łuku zza roku kamienicy w ściskające się pary. Jak spędziłaś Wigilię w szpitalu przy łóżku chorego dziecka, to każdy kolejny opłatek łamie się jakby bardziej. Jak ci członek rodziny, taki ojciec na przykład, odejdzie w przedświąteczny poniedziałek, to na długie lata jajka wielkanocne mają szarawy kolor, a baranek w koszyczku jakiś smutnawy.

Potem pojawiły się dzieci i Wielkanoc na kilka kolejnych lat stała się kolorowa, z kicającymi pastelowymi królikami i kurczakami w nienaturalnych kolorach wydalającymi jajka w sreberkach. W lata parzyste było zaglądanie sobie do wózków w starokrzepickim kościele i przeważnie sztuczne chwalenie różowych falbanek na sukienkach i antenek na berecikach. W nieparzyste, dogłębna analiza Polonii bawarskiej w zatłoczonym kościele w Monachium.

Od kościoła odcięliśmy się dawno, a ja jestem marną i zupełnie niezasłużoną duchową ostają naszej agnostycznej komórki społecznej, ale świętości mi brakuje. Jak się człowiek kościołem, drogą krzyżową i ciemnicą otoczy, to i gorzkie żale robią się mniej gorzkie. I w Polsce i na Bawarii świętość świąt włazi drzwiami i oknami nawet jeśli laickie drzwi zaryglowane, a świeckie okna dechami zabite. I dobrze mi tak było. Mogłam się swobodnie buntować przeciwko kościołowi i obyczajom katolickim, dyskutować nad ukrzyżowanym i krzyżującymi, ale w sobotnie południe brałam nasz wegetariański koszyczek i ciągnęłam towarzystwo do kościoła. Dla mnie to polski obyczaj, tradycja i część polskiej kultury, którą staram się przekazać dzieciom. I zgadza się, książkowy przykład hipokryzji, ale mam to gdzieś. Robię tak jak mi środek, czy jakiś amerykański „gut” podpowiada. A subtelna bawarska, czy czasem lekko nadmuchana polska demonstracja wiary i pobożności nie przeszkadzała wcale.

Dziś Wielki Piątek, a u mnie w domu dwaj wytatuowani panowie naprawiają dwustuletnią ścianę słuchając Scorpionsów zamiast męki pańskiej. Dzieci w ogródku grają w naziemną wersję quidditcha zwaną w mugolskim świecie Lacrosse zamiast oglądać Pasję i malować jajka. I kartka na drzwiach TJMaxx z napisem, że w niedzielę nieczynne, przypomina o tym żeby dzień święty święcić, wszystko jedno jak, byle po sklepach nie łazić! Alleluja!

 

Pierwszy dzień…

Ten wpis powstał w ramach wiosennego projektu Klubu Polki na Obczyźnie. Mój pierwszy dzień w nowym kraju wydarzył się 16 lat temu. Przyleciałam do Garmisch-Partenkirchen w Bawarii. To wszystko co pamiętam z moich pierwszych dwudziestu czterech godzin na obczyźnie…

Na lotnisku w Warszawie pożegnała mnie przyjaciółka, autorka zdjęcia. Lotnisko, jak widać raczej puste, obsługa na pogaduchach. Ja mam na sobie lniany mundurek w stylu Mao Zedong, w jednolitym, biegunkowym kolorze, nie zakłóconym żadnymi dodatkami i mam też całkiem niezły tyłek. Dziecko płci żeńskiej, mimo, iż trudno rozpoznać, nie umiejące jeszcze chodzić, mimo, iż w wieku dwunastu miesięcy powinno, siedzi w wózko-plecaku z najmodniejszego wtedy Mothercare. Wózko-plecak oprócz tego, że kosztował fortunę, to podczas metamorfozy z wózka w plecak, łydki dziecka zgniatał odcinając doń dopływ krwi. Dobrze się za to prowadził, mało miejsca zajmował i chwilowo pozwalał mieć wolne ręce, bo jak widać dziecko łapki wyciąga nawet na zdjęciu. Ze zdjęcia wynika jeszcze, jak się dobrze białej kartce przyjrzeć, że Ameryka wtedy mlekiem i miodem płynąca była, rząd miał gest i BUSINESS CLASS ONLY zafundował.

Po godzinnej, samochodowej podróży z lotniska w Monachium do Garmisch, dotarliśmy do tymczasowego zakwaterowania. Ładne. Jasne, pojemne, z bawarskimi meblami, pierzynami pod sufit, lśniącym parkietem, obok stacja paliw Agip, z tyłu szumiąca moczopędnie rzeczka. Wokół góry. Ponoć. Tak mówi mąż, bo leje jak z cebra, zimno, że kijami można się prać i mgła leży na ulicy. Typowy lipiec w Garmisch. Góry widzę tylko na malunkach na sąsiednim budynku. Mam nadzieję, że z pamięci nie rysowali i że od czasu do czasu je widać. Kasia płacze. Płakała też cały lot. Jest albo zbyt zmęczona, albo za bardzo wyspana. Jest albo głodna, albo przejedzona. Nudzi jej się albo przestymulowana. Ja po Aviomarinie ledwie się na nogach trzymam i zgadywać nie będę. Chris krząta się po obcym mieszkaniu, otwiera nie te półki, wyciąga nie te produkty. Ja marzę o tej pierzynie pod sufit. Na kolacje ryba, ryż i kolba kukurydzy. I moje pierwsze, lokalne piwo bawarskie. Kasia – niejadek opróżnia talerz. Walczy z wyślizgującą się z rączek kolbą kukurydzy. Jest remis. Zjada też znienawidzą rybę. Znaczy płakała z głodu. Mam ochotę na deser. Mam też ochotę na spanie, ochotę przekląć siarczyście i ochotę wrócić do domu. Najlepiej natychmiast. Chris przynosi migdałowe Magnum ze stacji paliw Agip. Przy deserze opowiada o tym jak tutaj pięknie, że nasze prawdziwe mieszkanie już tuż-tuż, że musi dużo pracować, ale ja sobie świetnie dam radę, że muszę do Ikei do Austrii podskoczyć (jak się później okazało z tysiąc razy), ale fajnie, bo paszportów nie sprawdzają na granicy. Taki bajer. Muszę do urzędu (nie trzeba mówić, że do tysiąca urzędów), na kurs niemieckiego, koniecznie wejść na Wank, koniecznie zobaczyć Eibsee, poznać kolegów z pracy. Świetni ludzie. Patyczek po Magnum wywalam do nie tego co trzeba kosza na śmieci i idę do łóżka. Płaczę w poduszkę.

Rano budzą mnie promienie słońca. Pachnie kawą. Znaczy, że się Chris zapoznał ze sprzętem kuchennym. Idzie po świeże, chrupiące bułki na śniadanie. Od tego dnia, codzienny jego rytuał. Kasia uwielbia bułki. Przebiera pulchnymi nóżkami siedząc na wysokim krześle i dłubie paluchem w bułce. Później nazwała to „wyskubanko”. Wychodzę na balkon. Na dole rzeczka szumi i stymuluje pęcherz. A wyżej góry… Cały horyzont zajęty górami. Podeszczowe, czyste powietrze sprawia, że wyglądają nierzeczywiście blisko, ostro, prawdziwie. Zniewalają wzrok, odbierają oddech. Wierzchołki przysypane śniegiem. Typowy lipiec w Garmisch. No miał rację, że pięknie… Odwracam się i widzę Kasię na końcu korytarza. Stoi z rączkami po bokach, w jednej bułka, chwieje się na boki, ale podnosi gołą stopę i stawia do przodu, potem drugą, kolejny krok, kolejny i idzie…

Lista do Seattle…

Przed wylotem do Seattle zrobiłam dzieciom plan zajęć na cały tydzień. Wisi na drzwiach wyjściowo-wejściowych i oczy się o niego potykają. Ponoć wszystko idzie zgodnie z planem (piszę z pokoju hotelowego). Tutaj notka dla zainteresowanych: mini post na temat kalendarza w temacie dwujęzyczności tutaj. Zapraszam. Kalendarz jest bardzo nakazujący, nie wspomina o przyjemnościach, nie wylicza ani duchowych ani fizycznych rozrywek. Pakując się, na walizce znalazłam plan zajęć dla mnie zrobiony przez moje dzieci. Nie ma kuwet, czapek na uszy bo zimno, odkurzania i matematyki. Są same duże przyjemności i małe uciechy. Moje dzieci są lepszymi dziećmi niż ich matka mamą z tego wychodzi. Chyba że dzieci są takie, bo matka tak wychowała, wtedy brawo ja! To jedziemy z listą…

widok z okna naszego centrum konferencyjnego

TAKE LOTS OF PHOTOS było napisane. To też wzięłam. A było czego brać. Seattle jest niezwykle ciekawym miastem. Pogoda jest w kratkę z przewagą kraty deszczowej. Jakaż natomiast radość kiedy na kilka minut, niespodziewanie wyjdzie słońce. Szklane budynki odbijają się w sobie nawzajem, odbijające się również obłoki płynnie suną w oknach i szklanych ścianach, woda ze szmaragdowego przybiera niebieski kolor. Atmosfera miasta – NIESAMOWITA! Wydaje się, że zziębnięci ludzie szukają ciepła i kolorów w ubiorze, w wyborze używek rozweselających, w muzyce na ulicach, śpiewie, na pełnym życia, kolorów, zapachów targu rybnym i w tysiącach restauracji, kafejek, barów i stoisk z pysznym, na oczach ludzia robionym jedzeniu. Na targu rybnym jadłam najsmaczniejszą w życiu kanapkę z lekko zwęglonym łososiem. Repeta leży obok mnie kiedy to piszę.

Chuhuly Garden 

BUBBLE BATH…no nie lubię. Uważam to za stratę czasu i nawet moje ćwiczenie uważności na gnuśnienie w kąpiel bąbelkowej nie pomoże.

Space Needle

NAILS…U nóg zawsze pomalowane, u dłoni tylko w bardzo ważnej sprawie. Seattle zaliczyłam do kategorii ekscytujące, nie ważne.

ryby na targu 

DRINK WINE… w Rhode Island nie można kupić alkoholu w sklepie spożywczym. Są od tego oddzielne, alkoholowe. Myślę, że to zmniejsza konsumpcję alkoholu przeciętnego Amerykanina. Amerykanin kiedy ma zrobić dodatkową pracę kończynami dolnymi, woli nie pić. A ja spacery lubię. Przespacerowałam się do drogerii po plastry na bąbla na nodze, a tam w drogerii wino, do tego moje ulubione. Jak tu nie pić wina jak stoi między plastrami a podpaskami. Oprzeć się nie można.

mokra uliczka w Seattle

AND COFFEE…W marcu 1971 roku założony w Seattle pierwszy Starbucks. Od tego czasu otwierają chyba co kwartał nowy, bo ma się wrażenie, że kupujesz kawę w jednym, robisz dwa łyki, a trzeci łyk robisz mijając kolejny Starbucks. Na dobrą sprawę można przejść całe miasto bezustannie siorbiąc Starbucksową, kawę jak kto lubi.

zdjęcia pożaru w Seattle w 1889 roku, w którym spaliło się dosłownie całe miasto

TEA…no właśnie. W Stanach ogólnie jest słabo z dobrą herbatą. Nawet z niedobrą też jest problem. Przywiozłam swoją lawendową i kupiłam wodę gotowaną do niej. W Starbucks ma się rozumieć.

Chuhuly Garden 

MAKE SOME FRIENDS…Iluż ja ludzi poznałam…żeby tam od przyjaciele, nie powiedziałabym (z wyjątkiem jednego przypadku), ale poznałam bardzo ciekawych ludzi na konferencji. Wszyscy bardzo inteligentni, inspirujący pasjonaci języka i jego nauczania. Niesamowite jest to jakiego kopa może dać autor książki, której nie przeczytałam, jak mocno potwierdzić moje przekonania dydaktyczne dyrektor programowy nieznanej mi organizacji. Ile inspiracji może przynieść pięciominutowa rozmowa z wysuszoną jak śliwka nałęczowska specjalistką od szkolenia nauczycieli. Jak się można intelektualnie zakochać w językoznawczyni z ciężkim słowackim akcentem. Uważam to za zaszczyt, że mogę poznać, posłuchać, otrzeć się ramieniem o takich ludzi.

DON’T FORGET TO MEDITATE…nie zapomniałam. I nie zapomniałam też dzwonić do dzieci każdego dnia, czasem razy dwa nawet…się chwali i poklepuję się po plecach.

GET SOME SLEEP…rozmiar królewski łóżka zobowiązuje. Spałam. Sama. Dużo i spokojnie. Bez innych jednostek ludzkich, psich czy kocich, skaczących po mnie i z braku myszy przynoszących nocą w hołdzie hałaśliwe, kocie zabawki pod nos.

CONFIDENCE…napisane dużymi literami, znaczy, że ważne! No coż…chyba z tym mam najgorzej. Trudno czuć się pewną siebie w sali samych pewnych siebie uczestników, zadających pytania, które wprawdzie przyszły mi do głowy, ale głowy nie opuściły. Trudno czuć się pewną siebie kiedy wielu z przedstawiających oszałamia wiedzą, językiem, znajomością tematu, charyzmą. Trudno czuć się pewną siebie i wypytywać o możliwości pracy, współpracy, kooperacji i koprodukcji. Kursu asertywności nie zaliczyłam. Trudno czuć się pewną siebie kiedy czas niepewny, praca niepewna, mózg niepewny i serce nie nadąża. Doniesiono mi , że na niepewną nie wyglądam. Może ze mną już tak źle, że nie jestem pewna, że jestem choć ciut pewna siebie…

DON’T FORGET…jak miałabym zapomnieć o konferencji jak sześć tysięcy uliczników biega po mieście z identyfikatorami TESOL. Na pierwszą moją konferencję, i jedyną jeśli mnie dziurawa jak sito pamięć nie myli, dojechałam rowerem. Była w hotelu pięć minut od mojego domu i dotyczyła budżetu rad szkolnych w szkołach ministerstwa obrony US w Europie. Bardzo zawężony temat, toteż i grono, a przede wszystkim entuzjazm był wielce zawężony. Moje zaangażowanie było również minimalne. Nic poza tym żeby się od Włoszek wywiedzieć gdzie fajne buty można kupić, mnie nie interesowało. Na konferencji TESOL wręcz przeciwnie. Wszystko mnie interesował. Aż za bardzo. Interesujących mnie tematów było zdecydowanie zbyt wiele, prelegenci w większości znakomici, słuchacze zaangażowani, a ja zasłuchana po uszy. Mam głowę pełną pomysłów i poprawek do tych pomysłów. Mam tylko nadzieję, że pamięć nie zawiedzie i że notatki dobre.

TedTalks w klasie…trochę się chyba zakochałam w panu…

STAY AWAT FROM CALIFORNIA…nikt, łącznie z autorem tego punktu nie mam pojęcia co to znaczy. No ale do Kalifornii było daleko, więc zaznaczam, że zrobiłam…

WATCH OUT ON FLOATING BRIGDES…z aż dwoma znakami zapytania. Nie zaznaczam, bo mostu takiegoż nie widziałam więc i uważać nie było potrzeby.

HAVE FUN WITH THE POLISH LADY…no właśnie…Polish Lady. Znalazłam taką jedną przez Internet, przed wylotem do Seattle. Poznałam pierwszego dnia i pokochałam od pierwszego wejrzenia. Myślę, że to właśnie ona była punktem głównym tej konferencji. Cudowna, ciepła, otwarta, niezwykle mądra życiowo i profesjonalnie, pełna pomysłów, ochoty do pracy i takiego zbalansowanego entuzjazmu. Była moją towarzyszką pokarmową, słuchaczem i bardzo ciekawym gadaczem. Przegadałyśmy wiele godzin zwiedzając miasto, pijąc wino i gorącą herbatę w pokoju hotelowym. Polish Lady jest inspiracją, drzwiami do nowych możliwości i pomysłów, kimś kogo podziwiam i bardzo szanuję! I myślę, że będzie o niej jeszcze głośno!

Chuhuly Garden 

EAT GOOD and EXPENSIVE FOOD…okazuję się, że good wcale nie jest expensive w Seattle. Opinie są takie, że Seattle słynie z dobrego, różnorodnego, lokalnego i zdrowego jedzenia. Opinia raczej w punk. Jedzenie pyszne!! Spałzowałam weganizm na tydzień i wyjadłam mieszkańcom Seattle wszystkie ryby. Nigdzie ryby nie smakowały tak dobrze jak tam. Łosoś z Alaski, który pewnie na płetwach sam przychodzi do restauracji i się na talerz rzuca był wyśmienity. Libański lancz ostatniego dnia – niebo w gębie! Jedzenie jest zdecydowanie jedną z atrakcji Seattle.

Dodatkowo poczytałam książkę w łóżku, spędziłam przemiły wieczór barowy ze znajomą sprzed stu lat, znalazłam jogę na kaca (tak, jest taka!!), nie zgubiłam klucza do pokoju hotelowego i pobiłam rekord w przedstawianiu się i tłumaczeniu się z akcentu, skąd jestem, skąd się czuję, że jestem, dlaczego mnie tam nie ma i kiedy tam będę… Jeśli ktoś organizuje konferencję, poproszę o zaproszenie. Dobra jestem w te klocki!

 

 

 

 

Kalendarz…

Taki właśnie kalendarz zrobiłam dla dzieci kiedy wyjeżdżałam na tygodniową konferencję do Seattle. Wiadomo, kalendarz po to żeby dzieci nie poszły bez butów, czy głodne do szkoły, żeby dobytek czworonożny nie był zmuszony zjadać właścicieli, żebym ich wszystkich zobaczyła w dobrym zdrowiu i żeby mogła przejść przez dom nie potykając się o kanapki na podłodze i majtki na poręczy schodów. Kalendarz dla dzieci taki na wtedy kiedy nas nie ma, ale też na wtedy kiedy jesteśmy. Myślę, że przyda się i podczas naszej obecności. To świetne, pod warunkiem, że macie coś, czego mnie brak – czas, niedzielne, wspólne zadanie dla was i dla dzieci. Można pokolorować, wspólnie ustalić kto co robi i fajnie jest odfajkowywać poszczególne zadanie kiedy już są skończone. My co sobotę rano robimy menu na cały tydzień. Graficznie, bardzo nieapetyczne, ale spełnia swoją rolę. Robię zakupy tylko tych produktów, które są mi potrzebne, dzieci nie marudzą, że jakaś obiad – niespodzianki. Siedzieli z nami w sobotę i krwią kontrakt obiadowy podpisały. Jako rodzina wegetariańska łatwiej jest nam również ustalić proporcje i rodzaje potrzebnych do życia produktów. No i kalendarz, jak i menu są po polsku. Powtarzające się słowa w kalendarzu są łatwiejsze do zapamiętania, zarówno ich znaczenie jak i pisownia. Dzieci poznają słownictwo, którego powinny używać na co dzień. Można zamiast pojedynczych słów, pisać zdania. Można dzieci zaangażować i nakazać im te zdania samodzielnie napisać. Można wydrukować zdania na karteczkach, kazać przeczytać i przykleić w odpowiednich miejscach, na wcześniej przygotowanych szablonie kalendarza. Można wpisać tylko część zdania i pozwolić dzieciom zgadywać i wpisać resztę. Tak samo można zrobić w ramach jednego słowa, ćwicząc pisownię. Wszystko zależy od wieku waszych dzieci, umiejętności językowych i naszej, rodziców, motywacji. Taka świetna polska przekąska, którą trudno przeoczyć. Polecam.

Joga…

 

Piąta pięć. Jeszcze pięć minut. Piąta dziesięć. Jeszcze zupełnie ciemno. Wstaję, a raczej staczam się z łóżka, ostrożnie stawiam kroki żeby nie nadepnąć zlanego z czernią wciąż jeszcze nocy psa czy niewidzialnego, w większości przypadków, kota. Po omacku dochodzę do laptopa, otwieram. Jasność. Znajduję zaprzyjaźniony kanał na YouTube. Włączam dyfuzor (potworna nazwa) i wdycham pierwsze opary olejku. Przebieram się szczękając zębami, rozwijam matę i wcieram w nią kilka kropli olejku eukaliptusowego. Składam ręce, kciukami dotykam mostka. Już jestem.

W kwestii jogi, nie jestem żółtodziobem. Jogę ćwiczyłam przez kilka lat w Niemczech. Ćwiczyłam w domu i w grupie, bardzo swojskiej, kameralnej, zdyscyplinowanej, iście niemieckiej. Asany były dość statyczne, dość restrykcyjne. Medytacje były świeckie, a na koniec każdych zajęć pyszna zielona herbata. Nauczyłam się podstaw i asan i oddychania, ale czegoś brakowało. Miałam wtedy dwadzieścia osiem lat i brakowało mi wielu rzeczy. Brakowało mi cierpliwości, dyscypliny, świadomości własnego ciała i wiedzy na temat czego mi naprawdę potrzeba. Odeszłam od jogi na wiele lat. Przepraszałam matę kiedy pobolewały mnie plecy. Kilka magicznych asan w temacie bólu i mata szła w kąt. Na początku grudnia postanowiłam, że albo coś ze sobą zrobię, albo mnie zabiorą na jakiś pobliski oddział zamknięty. Miałam straszny dół z tysiąca mniej lub bardziej racjonalnych powodów. Potykałam się o własne myśli, gdybania, zakładałam się z losem o kolejny tydzień, przegrywałam każdy zakład. Ktoś poradził medytację. Pół godziny. Jak mam znaleźć pół godziny na siedzenie w bezruchu, kiedy nie mam czasu na spacer z psem, czy rozmowę z dziećmi? I pewnego dnia znalazłam dziesięć minut. Cudem jakimś byłam sama, siedziałam i słuchałam, oddychałam, liczyłam, koncentrowałam się i w tym samym momencie nie koncentrowałam się wcale. Dziwne uczucie. Ciekawe, nowe, trochę wyzwalające. Do dziesięciu minut medytacji dodałam pół godziny jogi. Potem kolejne pół godziny w czasie przerwy na lunch. Od połowy grudnia praktykuje jogę codziennie. Prawie codziennie medytuję. Starcza mi cierpliwości na dziesięć minut, kilka razy udało się pół godziny, raz godzinę. Z maty schodzę inna. Przez trzy miesiące regularnej, codziennej jogi zmieniło się bardzo wiele. I wewnątrz i na zewnątrz. Straciłam pracę. Z pracą straciłam możliwość wyjazdu latem do Polski, z możliwością wyjazdu, straciłam radość z przebywania z rodziną i przyjaciółmi z Polski. Straciłam nadzieję na szybką przeprowadzkę do Europy, straciłam wielką radość i satysfakcję bycia w klasie i bycia częścią językowej przygody moich uczniów – niezwykle intersujących i wiem to na pewno, w przyszłości wielkich ludzi. Straciłam dochód miesięczny, kilka kilogramów i jedną bliską osobę. Joga i medytacje pomagają mi dać sobie z tym radę, oddzielić swoje emocje od emocji innych, nie trzymać się kurczowo myśli, patrzeć jak przychodzą i odchodzą. Joga pomaga mi skupić się na chwili obecnej, na momencie, w którym się znajduje, na teraz. Oddech Ujjayi uratował mnie (a raczej mnie otaczających) od kilku ataków złości, a skręty kręgosłupa od wizyt u ortopedy. Schodzę z maty lepsza, jest we mnie spokój, radość i opanowanie. Nawet jeśli ten stan trwa tylko chwilę po zejściu z maty, to jest to chwilę dłużej niż dawniej. Czuję się dobrze nie dlatego, że poćwiczyłam jogę przez pół godziny, a raczej dzięki temu, że poćwiczyłam czuję się dobrze, czasem nawet bardzo dobrze.

Piąta pięć. Jeszcze chwila. Piąta dziesięć. Za chwilę wstanę, nie nadepnę czworonożnych, pooddycham lawendą lub eukaliptusem, spędzę ze sobą pół godziny na macie, zrobię kawę, nakarmię miauczącego głośno kota, spakuję lancze dzieciom, wyjdę z psem i kubkiem świeżo zaparzonej kawy do ogródka i będę obecna. Tak po prostu…

Wpis powstał w ramach tłumaczenia się z moich spokojniejszych rozmów przez telefon z kilkoma z was, spędzania więcej czasu z dziećmi (mimo, że doby nie wydłużono), coraz to zdrowszego jedzenia, picia mniejszej ilości alkoholu, rzadszych skoków ciśnienia i rzadszego rzucania mięsem. A będzie jeszcze lepiej…

Z okazji Dnia Kobiet…

 

Z okazji Dnia Kobiet wszystkim kobietom życzę tego, czego potrzebują. Z zachciankami, marzeniami i tęsknotami bywa różnie, ale potrzeba to potrzeba i zaspokojenie jej sprawi, że kobieta będzie znacznie przyjemniejsza dla otoczenia. Przynajmniej niektóra kobieta… A czego potrzebuje kobieta? Wiadomo, że każda czegoś innego, w innym natężeniu, w innej częstotliwości, w innej kolejność. Ale niektóra (i wiadomo, że chodzi o piszącą) kobieta potrzebuje:

Przestrzeni, wolności i pola do popisu. Dajcie kobiecie pole do popisu, a pole to zaorze, zasieje, chwasty powyrywa, plony zbierze, wymłóci jak się patrzy i w komórce zgromadzi. Kobiecie potrzeba przestrzeni, bo ona widzi dalej, lepiej i szerzej. Kobieta potrzebuje wolności, możliwości wyboru, selekcji i jak potrzeba, odsiewu w cholerę jasną! Kobieta dusi się w niedorzecznych ograniczeniach, narzuconych zasadach, zbyt ciasnych gorsetach społecznych. Zakneblowana nie oddycha, nie działa, nie żyje. Wegetuje. Kobieta potrzebuje otwartych horyzontów żeby iść do przodu i zmieniać rzeczywistość nawet jeśli rzeczywistość wymagająca zmian to boazeria w przedpokoju.

Kobieta potrzebuje być doceniana. Potrzebuje czirlidera na pół etatu, który poklepie po zgarbionych plecach, przekonywująco przytaknie, że decyzja słuszna, powie, że pięknie napisała, dobrze nauczyła, wspaniale ugotowała i cudownie nawilżający skórę płyn pod prysznic kupiła. Ona potrzebuje żeby na przyobiecanym jej polu do popisu siedział, choćby w kąciku, krasnal, choćby gipsowy, i bił jej brawo, choćby po udach, bo rączki jakieś takie nieproporcjonalnie za krótkie ma. Nie poklasku fałszywego szuka, a zasłużonego uznania i przyzwolenia na bycie dumną z siebie.

Czasem, gdy kobietę złe gryzie, potrzebuje wsparcia, ramienia żeby się wypłakać, dłoni podającej chusteczkę, melisę tudzież kieliszek likierku. Kobieta potrzebuje żeby jej nikt nie oceniał, nikt nie doradzał…Czasem jednak chce żeby jej ktoś doradził – to zależy od…no nie wiem… może dnia cyklu menstruacyjnego. Kobieta potrzebuje żeby ktoś był. Ktoś kto wszystko wie, wszystko rozumie i wszystko zniesie.

Niekiedy kobieta ma potrzebę pomagania innym, ma potrzebę zaopiekowania się i bycia tym, kto wszystko wie, wszystko rozumie i wszystko zniesie. Rodzi więc dzieci, (nad)opiekuje się nimi przez wiele lat, zaopatrza w żywność, poczucie bezpieczeństwa i jako taką emocjonalną stabilizację. Jest jej mało, więc adoptuje psa. Pies mało wymagający, sikającego kota przygarnie. Jak tylko zmieni, miłością i pozytywnym wzmocnieniem oczywiście, kota zdanie co do miejsca wypróżniania, kupi kury nioski, albo alpakę – marzenie męża kobiety.

Kobieta potrzebuje się wyciszyć, potrzebuje oddychać. Najlepiej przeponą. Potrzebuje wsłuchać się w swoje własne ciało, być obecna i świadoma. Potrzebuje wiedzieć gdzie jest niewygodnie i na tym się skupić. Tam wysłać oddech. Chce mieć świadomość swoich fizycznych ułomności, mięśni, o których nie wiedziała i stawów, które już dawno odeszły w niepamięć. Potrzebuje nauczyć się kochać swoje ciało, szanować i dbać o nie. Kobieta definitywnie potrzebuje jogi. Codziennie. Przez godzinę.

Potrzebuje też żeby nikt jej nie mówił co jej wolno, czego nie wolno. Sama się przekona. Potrzebuje społeczeństwa i systemu, które są jej przyjazne, które nie mówią jak ma żyć. Kobieta na pewno nie potrzebuje żeby mówiono jej, że jest „mniejsza, słabsza i mniej inteligentna”, nie potrzebuje żeby ktoś jej wsadzał łapę do macicy, wyciągał stamtąd nienarodzone dzieci, czy je siłą wpychał z powrotem. Kobieta nie potrzebuje zarządzających jej ciałem, nie potrzebuje kluczników pochwy i strażników jajowodu. Kobieta potrzebuje żeby jej nikt za krocze nie łapał kiedy na to nie ma ochoty, do nikogo nie porównywał, nikim nie straszył i z wysokich stołków nie próbował zrzucać. Na koniec, kobieta potrzebuje lampki dobrego wina, kubka świeżo zaparzonej herbaty, tulipanów bez okazji i od czasu do czasu pary kolejnych, niepotrzebnych butów na obcasie…No bo taka właśnie jest i już!

Monday morning quarterbacking…*

screen-shot-2017-02-06-at-10-12-35-pm

* Monday morning quarterbacking – rozmawiać, rozprawiać, zazwyczaj krytycznie o zdarzeniach, które już się wydarzyły. Po angielsku tutaj.

No i znów wygraliśmy! Wczoraj odbył się Super Bowl – finał ligi futbolu amerykańskiego. W finale zagrali nasi, czyli drużyna Nowej Anglii – Patrioci i…nie wiem, ale, wybaczcie ignorancję, nie obchodzi mnie to ani trochę. Najważniejsze, że wygraliśmy my remisując w ostatnich trzech minutach i wygrywając w dogrywce – bardzo historycznej, bo nigdy wcześniej takowa się nie wydarzyła. Futbol amerykański to strasznie durna gra. Piłkę ma pozwolenie rzucać w zasadzie tylko jeden człowiek. Tylko najprzystojniejszy, najlepiej zarabiający, z najpiękniejszą żoną, brazylijską supermodelką z niemieckim nazwiskiem. Złapać tę piłkę może tylko kilku kolesi najprzystojniejszego. Reszta to czołgi. Są na boisku tylko po to żeby walić się na przeciwników, przewracać ich, nawalać po nerach, targać za kaski, chwytać za mięsiste pośladki (słowo daję, że zawodnicy drużyny przeciwnej nie mieli majtek na sobie) i leżeć na sobie podejrzanie za długo. Co mnie zupełnie wyprowadza z równowagi to debilne walenie się po łbach. Czasem kaskiem o kask, czasem z liścia. A wszystko to z radości oczywiście.

W przerwach, bardzo zresztą częstych, meczu pokazywane są reklamy. Reklamy te są specjalnie kręcone na tę okazję i po Super Bowlu nie można ich już zobaczyć w telewizji. Kosztują też okazyjnie – średnia cena za półminutową reklamę wynosi 4.5 miliona dolarów i dodatkowy milion lub dwa żeby taką reklamę wyprodukować i zatrudnić sławnych i ciekawych. W tym roku niektóre z nich były bardzo niczego sobie, no ale jak tu nie czuć obrzydzenia? W połowie meczu wystąpiła Lady GaGa. Nie jestem fanką jej szalonej twórczości, ale szoł był i w tym roku nie chodziło o muzykę i układy taneczne, ale o przekaz polityczno-społeczny. I był. I gustownie, w miarę nieograniczonych możliwości wykonawczyni, było i interesująco również. Na koniec pokazali Żagań! Nie, nie żartuję… Na koniec pokazali, jak żywy, namiot wypełniony trzeźwą, wypoczętą jak na czwartą nad ranem czasu żagańskiego, w zapiętych pod szyję mundurach polowych, jednostkę amerykańskich sił zbrojnych stacjonującą w Żaganiu. Tak dla uspokojenia narodu amerykańskiego chyba, że wywiezieni na roboty do Polski żyją i mają się dobrze. Mają ogrzewany namiot, ekran wielkości stodoły, połączenie internetowe i niezłe nagłośnienie. Nawet w Żaganiu takie cuda.

Z takim niespodziewanym mistrzostwem położyłam się spać, ale nie na długo. Z barów, lokali, domówek i kanałów wyleźli głośno imprezujący fani. Śpiewali, krzyczeli i odpalali sztuczne ognie. Pies panicznie boi się wystrzałów i okazuje to w bardzo specyficzny sposób. Wskakuje nam na łóżko, wybiera sobie co ładniejszą twarz i na niej siada! Trzęsie się przy tym i popiskuje więc sumienie nasze rozkołysane na maksa. Napiera tyłkiem na powietrznię ludzkiej facjaty z całej swojej, niemałej siły i tylko wtedy uspokaja się na moment. W tym samym czasie, zupełnie nieempatyczny kot, korzystając z poruszenia w sypialni, postanawia zaangażować nas w zabawę. Przynosi w pyszczku wszystkie dzwoniące i szeleszczące zabawki z dołu, ciągnie je po schodach, z trudem, po kilkakrotnych nieudanych próbach wskakuje na łóżko, kładzie je obok trzęsącego się jak osika psa i gna na dół po kolejną. I tak do północy. Wzięłam melatoninę, zamknęłam oczy i obudziły mnie dzwony do jogi o piątej rano. Wstałam, poćwiczyłam jogę, zdrzemnęłam się podczas medytacji (tak, medytuję – osobny post, bo to kabaret jest) i pojechałam do pracy.

W szkole przed zajęciami rozmowy o meczu. Jaki to ekscytujący był, jak to tylko „nasi” potrafią się do kupy zebrać i już prawie przegrany mecz wygrać. Jaki to nasz Tom Brady (ten wyłącznie rzucający piłkę, najpiękniejszy, z cudną żoną) rozmyślny, heroiczny niemal, jakie ma piękne niebieskie oczy i dobrze przycięte włosy. Jak to jego żona, Gisele, skakała ze szczęścia, jak jej do twarzy z tym skakaniem, jak jej włosy falowały, jakie selfie robiła, że aż upadła jej komórka, jak to się całowali czule po meczu. I tak pomyślałam, że sport jednak łączy ludzi. Nie ważne po której stronie barykady politycznej, nie ważne, na którym marszu byli, jeśli jesteś z Nowej Anglii – świętujesz. I w tym momencie wszedł taki jeden party pooper (w wolnym tłumaczeniu „sracz imprezowy”) i oznajmił, że Tom Brady, kapitan drużyny New England Patriots to koleżka Trumpa… I po superbolu!

Z Trumpostanu…

screen-shot-2017-02-04-at-5-04-20-pm

(karykatura autorstwa norweskiego artysty – Christiana Blooma)

No i przestało być śmiesznie i przestało mnie to mało obchodzić, przestałam mieć w tyle i się nie wtrącać. Do niedawna byłam najmniej politycznym człowiekiem w tym kraju, teraz zostałam zmuszona się choć trochę zaangażować. Jestem wściekła, zniesmaczona, ale przede wszystkim zatroskana, żeby nie powiedzieć, przerażona tym, co się dzieje w moim obecnym kraju. Martwię się o przyszłość mojej rodziny i całego, połączonego krwioobiegiem świata. Brzmi pompatycznie, wiem, ale sytuacja wymaga pompy, choć może raczej bomby wymaga żeby to wszystko durne pomarańczowe wysadzić w cholerę! Z przyjaciółmi i świtą.

Codziennie siadając do kolacji przynosimy do stołu nowe, złe wiadomości, co kto usłyszał, zobaczył, pomyślał, czy poczuł. I ulubiony łosoś mniej smakuje i wina nie starcza. Na koniec dopychamy się Trevorem i Stevenem i wkurwieni na maksa zasypiamy. I każdego wieczoru wydaje nam się, że gorzej być nie może…i każdego ranka okazuje się, że co jak co, ale gorzej zawsze może być.

I tak na przykład, według naszego prezydenta globalne ocieplenie to wymysł liberałów i szalonych ekologów. Nie ma czegoś takiego jak globalne ocieplenie, a skoro nie ma, znaczy trzeba usunąć wszystko na temat zagrożenia środowiska tymże wymysłem ze stron internetowych parków narodowych. Usunięto też badania i informacje na temat zmian klimatycznych ze strony internetowej Białego Domu. I już. I problem, który zagraża całemu światu, którego skutki widoczne są dla wszystkich, którzy mają oczy i uszy otwarte, zniknął. Nikt nie będzie edukował dzieci w tym kierunku, nie będzie badań, przepisów, zaleceń…po co? Przecież nic się nie dzieje.

Kolejny niewypał to dekret ograniczający wjazd do USA obywateli kilku niefortunnych krajów wybranych poprzez ciskanie rzutkami w mapę chyba, no bo na pewno nie w jakiś logiczny, poparty dowodami, statystykami, czy choćby minimalnie racjonalnym myśleniem sposób. Dekret ten wywołał ogromne poruszenie wśród podróżujących do Stanów. Ludzie, którzy czasami po wielu latach starań, tonach dokumentów, litrach łez i marzeniach o lepszym, często po prostu bezpiecznym, życiu dla siebie i swoich dzieci zostają zawrócenie z lotnisk w swoich krajach, na lotniskach tranzytowych, czy, już na miejscu, skuci w kajdanki wyprowadzani z sali przylotów na wielogodzinne oczekiwanie na pomoc. Na wielu amerykańskich lotniskach rozegrały się nieprzyjemne i pełne emocji sceny. Strach o siebie, o najbliższych, czasem strach o swoje życie spowodowany bezmyślnym i najprawdopodobniej bezprawnym dekretem jednego kretyna. Kto choć raz przyleciał do Stanów z „przygodami”, dobrze wie jak poniżające i upadlające może być powitanie amerykańskich służb granicznych. Codziennie słyszę coraz więcej historii zatrzymanych podróżujących, studentów, lekarzy, pacjentów, naukowców, mężów, żon i dzieci i nie mogę uwierzyć, że to się dzieje naprawdę.

Mur meksykański, rozpoczęcie odkręcania reformy ubezpieczeń zdrowotnych wprowadzonych przez prezydenta Obamę, plany obniżenia podatków i propozycje takich debili jak pani DeVos na tak ważne stanowisko jak departament edukacji i tysiąc innych, potencjalnie niebezpiecznych rzeczy to pewnie dopiero początek. I nie pozostaje nic innego jak tylko pakować manatki i zwiewać stąd gdzie pieprz rośnie, albo gdzie kapusta, ziemniaki i dobre jabłka… Ale kiedy doszliśmy do wniosku, że wszystko czego teraz od życia chcemy, to Europa, okazało się, że kolejny dekret prezydentunia naszego to zamrożenie etatów w sektorze rządowym, czyli praktycznie zerowe szanse na pracę w Europie. I dupa blada! Zaczynamy starania o status uchodźców w jakimś fajnym europejskim kraju. Myślę, że podstawy do tego mamy…

I koniec, o Trumpie już nie napiszę. Wątrobę mnie to kosztuje.