Szukam pracy…

Zdolna, z doświadczeniem zawodowym, niemłoda ciałem, ale duchem i owszem, nauczycielka języka angielskiego poszukuje pracy w pełnym wymiarze godzin. Nie, nie mówi po hiszpańsku, a szkoda i tak, jest obywatelką. Ma na to papiery. Nie, nie chce sprzedawać ubezpieczeń na życie i tak, wie co to PowerPoint. Nie, nie może dojeżdżać do New Jersey i tak, wie jak pisać wypracowania. Na lekcjach nie pije, z uczniami z reguły nie sypia i przeklina tylko po polsku. Jest dyspozycyjna w granicach rozsądku, po niemiecku zorganizowana, wyrabia się z terminami i postara się jak jasna cholera żeby być wartościową częścią zespołu.

Szukam pracy. Wysyłam życiorysy (wyłącznie własne!), piszę zmysłowe listy motywacyjne, proponuję nowatorskie rozwiązania i oferuję autorskie projekty. I chodzę na rozmowy o pracę. Każda taka rozmowa kosztuje mnie głodówkę, bo nie mogę nic jeść z nerwów, biegunkę, bo wiadomo, że ona zawsze w najmniej oczekiwanym momencie, ból głowy z odwodnienia i głodu i napęczniały pęcherz podczas rozmowy z powodu intensywnego nawadniania się tuż przed. Potem jeszcze kosztuje mnie $13 za sześćdziesiąt minut dobrej jogi plus piętnaście minut medytacji żeby się jakoś po takiej rozmowie pozbierać. Na szczęście, jeszcze tylko jedna mnie czeka.

Na jedną taką rozmowę umówiłam się z panią Alison w eleganckiej kafejce. A bo już w godzinach popołudniowych się umówiłyśmy, a bo każdej z nas bardziej po drodze, mnie do niej, jej do domu, bo mniej oficjalnie będzie niż w jej biurze na pięterku pięknego budynku uczelni. A uczelnia ci to jest, że ho ho, nie byle jaka. Pani Alison, szef wydziału języka angielskiego jako obcego tejże uczelni umówiła się ze mną na siedemnastą. Będzie czekać przy dwuosobowym stoliku zaraz przy wejściu. Założyłam na siebie strój galowy i buty na obcasie. Nauczona doświadczeniem, tym razem wybrałam obcas typu kaczuszka. Na inną rozmowę założyłam na wysokim i rozmówca, prawdopodobnie niedoszły szef, był ode mnie o głowę niższy. Speszyliśmy się oboje. Z klasyczną, czarną torebunią w zgięciu łokcia, stukam ci ja kaczuszkami biegnąc po parkingu dwie minuty spóźniona. Przed drzwiami, biorę głęboki oddech i wchodzę. Wita mnie uśmiechnięta, wstająca zza dwuosobowego stolika tuż przy wejściu, kobieta. Podchodzi, wyciąga dłoń, ja przepraszam za spóźnienie, ona w tym samym czasie się przedstawia. Ja się przedstawiam, ona równocześnie ze mną odpowiada, że nie szkodzi, że się spóźniłam. Chwalę wybór kafejki, bo i z gustem urządzona i przestronna i bez tłumów. Ona proponuje kawę, ja dziękuję, piję tylko o poranku. Ale może ona się napije? Też dziękuje, też pije tylko rano. No to już mamy coś wspólnego. Ha ha ha, hi hi hi… Ona proponuje żeby wyjść na zewnątrz. Mają taki przyjemny ogródek. Wyborny pomysł. Po drodze przeprasza, że tak na luzaka trochę ubrana, ale grała w tenisa całe przedpołudnie. Z kolei ja przepraszam, że może zbyt oficjalnie, ale pomyślałam, że w końcu to rozmowa o pracę. Z szacunku to wszystko. Dodaję, że to piękny dzień na grę w tenisa. Przytakuje. Siadamy, ona zaczyna czegoś szukać w torebce. Od kiedy grasz w tenisa? – pyta mimochodem. Przyznaję, że w życiu nie trzymałam rakiety do tenisa. Wybucha śmiechem. Pewnie jakiś lokalny żart. Wypada udać rozbawioną. Udaję. A jakie są twoje wrażenia z uniwersytetu Brown? – pyta wciąż grzebiąc w torebce. Bardzo specyficzne poczucie humoru… No wiesz, jeszcze nie wiem jak to jest pracować z wami, ale mam nadzieję się dowiedzieć – odpowiadam dumna, że łapię w lot jej żarty. Myślałam, że tam studiujesz…- powiedziała powoli spoglądając na mnie. Skądże znowu, ja już się nastudiowałam w życiu. Mam wszystko czego potrzebujecie. Na twarzy kobiety zarysowała się niepewność. Jesteś Julia i przyszłaś na rozmowę w sprawie pracy jako instruktor tenisa, tak? – zapytała.

Leżałyśmy rycząc ze śmiechu na stole jeszcze kilka sekund zanim załapałam, że jestem jeszcze bardziej spóźniona na spotkanie z właściwą osobą.

Niemieckie resztki…

sztuka w spożywczaku

Jeśli raz spacerowało się po niemieckich górach, już zawsze oczekiwać się będzie piwa i Kaesespaetzli pod koniec wędrówki. Jeśli stałaś w niemieckiej kolejce, nie będziesz uważała ryrania torbą, ręką, czy inną częścią ciała po tyłku za próbę gwałtu. Wiesz też, że frische Luft walące z otwartego okna po zatokach jest nieocenione nawet podczas najtęższych mrozów i ręka ci zadrży zanim wyrzucisz plastikową butelkę do zwykłego kosza na śmieci. Jest jeszcze jedna krztyna niemieckości, który we mnie została, uległa zwapnieniu, obrosła w mech i nie przyuważyłam.

Naszym ulubionym spożywczakiem w uesa jest Trader Joe’s. Jest wizualnie oku miły, ma mnóstwo produktów ekologicznych, wegańskich, lokalnych i w dobrej cenie. Ma miłą obsługę, w większości ręcznie napisane (i ozdobione) metki i najtańsze jakie widziałam w Stanach kwiaty, które nie więdną po dwóch dniach. A kwiaty to podstawa, bo długo miałam florystyczną depresję, po tym jak w Aldi kwiaty kosztowały 1.99, a tu pół wypłaty plus podatek. A i jeszcze właścicielem Trader Joe’s jest Aldi właśnie. Wprawdzie Nord, a ja z Sued jestem, ale chrzanić ex lokalny patriotyzm, nabijam niemieckiej rodzinie Albrecht kieszeń i jest git.

Przy kasach trochę inaczej. Podaje się wózek z zakupami pani kasjerce, ona sama wykłada, zwinnie skanuje i odkłada na bok do pakowania. Pakuję sobie sama. W śliczne, ekologiczne torby, w pandy, nenufary Moneta i w siatkę ku czci Krystyny – słynnej foki z helskiego fokarium. Jestem super zorganizowana. Ciężkie mleka migdałowe, wody różane i ziemniaki z wolnego wybiegu rozkładam na spód pięciu różnych toreb. Następnie ryż różnego koloru skóry i ziarna, których nazw nie potrafię wymówić. Rozdzielam sojowe kiełbaski, sery z mleka z nerkowców, anty-mięso z pierwszego tłoczenia i sałatkę jajeczną z bobu z dodatkiem liścia jemioły. Stresuje mnie trochę prędkość odkładania przez kasjerkę produktów, więc i ja przyśpieszam. I hops lokalne, nadgniłe już nieco pomidory lądują szybciutko na kolbach kukurydzy z pola za miedzą, późne truskawki niepryskane, śliwkopodobne i chleb z mąki niebielonej z ziarnami typu „ancient”. Na finiszu podkręcam tempo i chipsy z siemienia lnianego lądują na wierzchu torby i wręcz wyrywam pani z ręki zeskanowane wiechcie pietruszki i kolendry. I gotowe. Mogę zapłacić. Pani wielkimi oczyskami na mnie patrzy. A w Niemczech to się czasem nie mieszkało? – pyta. Ano mieszkało się, a co? To pewnie długo, bo jest tu jeszcze kilku klientów z Niemiec i oni wszyscy tak szybko pakują, ale pani jest najszybsza. Prawie mnie pani wyprzedziła. Co oni wam w tym kraju robią?

Nic nie robią. Patrzą groźnie, czasami stukają długimi paznokciami o ladę, czasami przesuwają zakupy na koniec, koniuszek lady. A nuż coś spadnie i nauczka będzie żeby następnym razem się śpieszyć. Moim niedoścignionym wzorem są mistrzynie pakowania, które podczas ładowania do toreb odwijają ogórki z folii, wyjmują wafelki z torebek, marchewki z woreczków, mleko do szklanych butelek przelewają i wywalają makulaturę do kosza w sklepie. Do tego mi jeszcze daleko…

Podczas podróży do Kolorado dowiedziałam się, że…

…nie ma co ściemniać, kocham góry! Co tam długie, piaszczyste plaże, płaskie i jednakowe. Co tam drobniutki piasek w majtkach, w kanapce i między zębami. Co tam wyniosłe fale przynoszące nieuchronną śmierci niewprawionym w sportach wodnych. Nie ma nic lepszego na świecie jak wycieczka w góry. Najlepiej pod górę. Każda nasza wycieczka zaczynała się na wysokości dwóch tysięcy metrów (miasteczko, w którym mieszkaliśmy leży na wysokości 2,125m) co oznacza dużo mniej tlenu w powietrzu i niższe ciśnienie atmosferyczne. Serce wyskakuje z klatki piersiowej, muszę zatrzymywać się co dziesięć kroków, ale po kilku sekundach, wszystko wraca do normy, a nawet do jakieś magicznej nadnormy i mogę iść dalej. Kolejne dziesięć kroków. Się wypowiem mało odkrywczo, że chodzenie pod górę jest uzależniające.

…nie ma takich gór jak Alpy, nigdzie, koniec i kropka. Nigdzie nie ma takich widoków, takiej niesamowitej bliskości obezwładniających w swojej majestatyczności szczytów. Nigdzie nie ma tak krystalicznego powietrza, przez które widać najmniejsze załamanie skały, najmniejszą igiełkę na sośnie. Nie ma takiej zieleni w sąsiedztwie nagich, surowych, szarawych skał. Nigdzie nie ma takich drewnianych knajpek z zimnym piwem, kluchami parowymi i krów żujących trawę przy stoliku z tymiż kluchami. Nie ma i już!

…że dobrze jest mieć przyjaciół tutaj. Najlepiej takich z Europy, jeszcze lepiej z tej bardziej wschodniej, idealnie takich wyrozumiałych, otwartych, w podobnej sytuacji życiowej. Bonusem byłoby gdyby mówili po polsku. Nie można wszystkiego mieć, więc moja przyjaciółka mówi po słowacku. Nie ma lepszej terapii niż wywalanie bebechów, rozterek, tęsknot, niespełnionych marzeń, niewykorzystanych możliwości komuś, kto po słowacku zrozumie, nie przewróci oczami, nie pokręci z dezaprobatą głową, komuś, kto po ramieniu poklepie, czy też w dupę motywująco kopie. Ktoś, kto tak jak ja, nie wie gdzie jest dom, gdzie on będzie za rok, za dwa, co powiedzieć dzieciom gdy pytają o plany na lato, czy na święta. Ktoś kto tęskni choć już dawno nie powinien, ktoś nie może nazwać tego kraju domem choć byłoby mu łatwiej gdyby mógł. Bezcenne są takie jednostki ludzkie.

…że bycie na diecie wegańskiej na lotniskach to nowe bycie niepełnosprawnym. Ile ja dzieciom do łbów pcham, że nabiału nie jemy, bo chcemy być zdrowsi, że jak się człowiek postara, coś znajdzie, że spróbujmy choć jeden miesiąc, a rezultaty będą niesamowite. Okazuje się, że łatwo nie jest. Wydaje się, że każda knajpka i kawiarenka chwali się opcjami wegańskimi kiedy do kawy zamiast krowiego dodaje sojowe lub migdałowe mleko. I tyle. Wybór wegański w terminalu B na lotnisku w Bostonie? Frytki z McDonalda.

…że sportowy sklep nie wszędzie znaczy to samo. W szufladzie kuchennej u znajomych znalazłam ostrzałkę do noży. Z jakimś tam diamentem czy czymś, co to przerabia kuchenne noże na żylety. Nóż tylko spojrzy na ostrzałkę i już kroi miękkiego pomidora na cieniutkie paseczki. Ja też chcę. Ano, że w sklepie z artykułami do zajęć na świeżym powietrzu, mówią…taki outdoors store. Sportowy, myślę sobie. Wchodzę i zamieram. W Kolorado sporty pod gołym niebem oznaczają wędkarstwo, camping i rozpierducha fauny pobliskich lasów. Nie ma co pisać, opowiem w obrazkach.

Wejście, proszę ja ciebie, jak do hotelu na stoku alpejskim i napis, że raj dla kochających sport.

Przekraczamy pierwsze drzwi raju a tu proszą o zgłoszenie wnoszonej broni i łuków (!!!) w biurze obsługi klienta. Oczy mojego Janka jak kartofle!

Ukoił nas wodospad na dwa piętra i akwarium z rybami wielkości ssaków domowych.

 

Za rogiem przywitał nas dział odzieży na polowanie, za kolejnym rogiem…

Zamarłam. Janek szepnął, że nie czuje się bezpiecznie i że musi wyjść…

Jeszcze najróżniejsze atrapy zwierząt z tarczami.

I specjalnie dla żoneczek, córek, matul, czy konkubin żeby do paznokci pasowało.

Ale ostrzałka do noży najlepsza na świecie!

4th of July…

No wiem wiem… poślizg mam jak się patrzy, ale życie mi w blogowe szprychy patyki wtyka i co się zabiorę za pisanie, to na pysk przez przednie koło. Bez kasku. Ale nic, kto chce, niech czyta, a się post odświeży za rok trzeciego lipca i będzie jak znalazł!

Źródło: tripadvisor

Trzeciego lipca nie lubię tego kraju. Nie podoba mi się to, co dzieje się w polityce, co się dzieje w służbie zdrowia, w szkolnictwie wyjątkowo mi się nie podoba. Nie podoba mi się, że tak wielu ma w głębokim poważaniu rzeczy tak ważne jak zanieczyszczenie środowiska, niepełnosprawnych i chorych, zdrowe odżywianie i moją rodzinę z Polski, która znów spędziła na lotnisku trzy godziny na przesłuchaniach. Lubię ludzi w Stanach. Niektórych ludzi, w niektórych stanach. Lubię jogę w tutejszym wydaniu, kanapki z homarem i plaże lubię. Reszty nie. Piątego lipca też nie lubię tego kraju, ale piątego mam wszystko gdzieś, bo moje dziecko ma urodziny i na jego szczęście urodził się w Niemczech, nie w Stanach. A czwartego lipca, panowie i panie, kraj ten lubię. Powiedziała mi kiedyś moja amerykańska przyjaciółka, feministka, lewicowiec i antychryst, czyli wróg numer jeden obecnego systemu, że czwarty lipca to takie święto wszystkich. I coś w tym jest. Czy jesteś z frakcji demokratycznej, czy republikańskiej, czy głosowałeś na, tfu na psa urok, prezydenta naszego, czy nie, czy jesteś gejem, na wózku, przyjezdnym, spod kościoła czy meczetu, uchodźcą do tego kraju, czy też przyszłym uchodźcą z tego kraju, amerykańskie święto niepodległości świętujesz. Niepodległości, a co dopiero wywalczonej od Brytyjczyków i skrzętnie zapisanej w Deklaracji Niepodległości , w zęby się nie zagląda. Się cieszy, szanuje i świętuje, że ja cię nie mogę. No może jedynie jakiś potomek brytyjskich lojalistów wzdycha, że dobrze byłoby mieć tutaj kolonię… Zresztą, biorąc pod uwagę sytuację, może nie byłoby tak źle… No ale ja nie o tym.

Święto Niepodległości to najbardziej amerykańskie święto ze wszystkich. W niemalże każdym mieście w Stanach obchodzone jest hucznie. Parady, koncerty, uroczystości wielkie i małe, w parkach, na ulicach, w ogródkach i na balkonach. Parady rozpoczynają się rankiem a trwają w niektórych miejscach aż do północy. Muzyka w parkach, na plażach, w miastach i na wsiach. Orkiestry dęte, szkolne, miejskie, etniczne, mniejszościowe i przedszkolne. Organizacje, związki, grupy, stowarzyszenia, bractwa, ruchy i inne zgrupowania maszerujące w pochodach. Psy, nauczyciele, politycy, żołnierze, aktorzy, baletnice i karatecy – wszyscy z uśmiechem na ustach i z flagą w dłoni. Wzdłuż ulicy koczuje, często od wczesnych godzin porannych, publiczność. Ale jakaż to publiczność?! Nie taka bierna, krytyczna, z paluchem wskazującym na uchybienia i niedociągnięcia. Publiczność napchana po uszy entuzjazmem, wdzięcznością za daną im wolność i niepodległość, dumą z bycia częścią tego kraju, i wiarą w słuszność demokracji w stylu amerykańskim. Czy to kiczowate, sztuczne i rzygające tęczą? Możne. Mnie się podoba. Podoba mi się to, że świadomość przynależności do kraju, stanu, miasta, klubu jednośladów, czy bractwa leworęcznych prząśniczek jest takim wyróżnieniem, zaszczytem i honorem, a przede wszystkim, taką radochą. Podoba mi się to jednodniowe obnoszenie się z byciem stąd. Amerykańska flaga noszona jest w dłoniach, na głowie, na płaskich, lub silikonowych piersiach, na półgołych tyłkach, na wózkach dziecięcych, balonach, butelkach wody, biżuterii i psich obrożach. Amerykanie mają szczęście, że kolory flagi takie akurat wizualnie fortunne są. Wyobrażacie sobie niemieckie święto niepodległości i niemowlaki w żółto-czarnych pampersach? Kocham kraj niemiecki jak swój, ale czas pomyśleć o zmianie żółtego na jakiś bardziej optycznie przyjemny. Szarości wydają się być w modzie.

Źródło: pinterest

Tegoroczne święto czwartego lipca spędziliśmy oglądając najstarszą paradę w USA, w miasteczku Bristol. Bristol zostanie jednym z moich ulubionych miejsc w Stanach chyba na zawsze. Znam je lepiej niż to, gdzie mieszkam. Tam pracowałam, tam mam przyjaciół, ulubioną kawę z miodem i w knajpce barmanka wie jakie piwo zamówię. Ulica, po której przechodzi pochód to jedna z najpiękniejszych ulic jakie widziałam. Zamiast białej linii przedzielającej ulice na dwa pasy, trzy paski w kolorach flagi. Piękne, kolonialne domki, przystrojone na tę okazje w kolory flagi amerykańskiej. Na werandach białe, bujane krzesła, niebieskie hortensje i uśmiechnięte tłumy z kubkami kawy w dłoni o poranku, lub ze szklankami alkoholu kilka godzin później. Przed jednym z takich domów my, na imprezie polsko-amerykańskiej. Jedna z najfajniejszych imprez w moim życiu. Mnóstwo amerykańskiej Polonii, pyszne jedzenie i alkohol popijany i zagryzany innym alkoholem. Pierwszy raz w życiu jadłam galaretki, w których zamiast wody była wódka. Jakże się Amerykanie ze mnie śmiali, że się zachwycam drinkiem w galarecie. Ponoć był to drink licealistów. Kiedyś był, bo jak mówi moja licealistka, teraz podaje się opiaty na imprezach więc jestem jakieś trzy pokolenia do tyłu, ale smakowało jakbym była na studniówce.

Źródło: lodówka koleżanki. Ananas w wódzie! Pychota!

Było super. Żadnych zamieszek, zadym, kontr-demonstracji. Żadnych anty i przeciw. Wszyscy w niebiesko-czerwono-białych majtkach z gwiazdami na czole. Wszyscy z flagami w łapkach. I choć jutro Dżon będzie ideologicznym wrogiem Majkela, dziś popijają zimne piwko, zagryzają kiełbasą i robią sobie selfie. I może być przyjemnie i miło choć jeden dzień? Może!

 

Językowe śmichy…

 2008 rok, czteroletni Jaś otwiera się na seksualność w jakimś muzeum w Trójmieście

 

Otwartość na tematy tabu w gramatyce języka polskiego. Taka sytuacja. Siedzę z Kasią na plaży i obgadujemy sąsiadów po polsku.

– Kasia, myślisz, że ci dwaj panowie są parą?

-Może są przyjaciółmi.

-A tata opala się z kolegami na plaży?

-Może są braćmi?

-A wujek Jacek i wujek Marek plażują razem?

-Nie wyglądają na parę. Nie rozmawiają ze sobą.

-To pewnie są małżeństwem…

-Patrz mamo, słowo „braćmi” brzmi jak „brać mi”

-No, ale jakie znaczenie masz na myśli. Przykładzik poproszę.

-No tak jak jest „brać go” to może być, że o sobie…”brać mi”

-Nie, nie może być. I gramatycznie niepoprawnie i trochę bez sensu. Jak koniecznie chcesz żeby ktoś cię zabrał, możesz powiedzieć „bierz mnie”, ale to trochę niebezpieczne i nie radzę nadużywać.

Kasia nie załapała i po chwili…

-Może też być „bierz mi stąd te kapcie”…

Trochę antykoncepcyjnie, ale może być…I druga sytuacja. Do naszego ogródka przychodzi nieświadomy zagrożenia ze strony psa-mordercy, czarny kot. Dzieci wychodzą do niego i głaszczą. Kasia krzyczy z ogródka:

-He is so cute, mom? (że słodziak taki)

-Po polsku!

-Mamo, ten kot taki kjutas!

I była okazja podszkolić odmianę wulgaryzmów przez przypadki.

 

 

 

 

Kajakiem przez strach…

Wakacje, rok 1990. Mam szesnaście lat. Z okazji niepozbierania się po śmierci taty, rodzice mojej przyjaciółki zabierają mnie na kolonie, na których są opiekunami. Jezioro Sławno, niedaleko Gniezna. Snuję się po terenie kolonii przytłoczona poczuciem obowiązku żałoby. Nie tańczę, nie oglądam się za chłopakami, zakrywam uszy słysząc żart i uczestniczę tylko w nudnych i smutnych grach, w których wiadomo – przegrywam. Tak na wszelki wypadek żeby jakieś wesołe „hura” mi się nie wymsknęło. Wynajmujemy z przyjaciółką kajaki. Ona ma kartę pływacką z tego powodu, że umie pływać. Ja z odwrotnego powodu, nie mam. I jedyne co mam do okazania to żałobny uśmiech. Wystarczył, bo kajaki nam wynajęli. Niesamowite ile nastolatka, nawet taka w żałobie, ma w wiary w swoje nieistniejące umiejętności pływackie. W połowie jeziora, zwabione urodą mojej przyjaciółki, podpłynęły do nas wypierdki jakieś. Zaciągnęli nasze kajaki do pływającej, drewnianej platformy i nań komplementami zwabili. Po zagaju o pogodzie, przeszli do podrywu. W latach dziewięćdziesiątych formą podrywu wakacyjnego było wrzucanie podmiotu podrywu do wody. Ani pochodzenie tej tradycji, ani przesłanki nie są mi znane. Wrzuca się w kolejności od najładniejszej. Gosia bezsprzecznie poszła na pierwszy ogień, a że było nas tylko dwie, ja na drugi. Pamiętam, że poinformowałam oprawców, że nie umiem pływać. Pamiętam, że słusznie zauważyli, że nie wypożyczyliby nam kajaków bez kart pływackich. Pamiętam, że Gosia krzyczała, że na bank utonę. Pamiętam, że spadałam w dół, w wodzie, widziałam nade mną machające nogi Gosi i oddalające się słońce. Pamiętam, że nie zrobiłam nic. Nie ruszyłam ani ręką, ani nogą. Pamiętam bardzo dobrze, że pomyślałam, że zaraz zasnę. Na zawsze. A teraz najlepsze…Maksymalna głębokość jeziora to trzy metry! Wyciągnęli mnie, pewnie po tym jak plecami walnęłam o dno, ale od tej pory nie miałam przyjemności przebywać w wodzie, która sięga wyżej niż ramiona. Kiedy woda jest na terenie szyi, przestaję oddychać i zaczynam się topić. Nie byłam też, jasna sprawa, sama w kajaku, a już na pewno nie na oceanie atlantyckim, choćby nawet w malutkiej zatoce tego oceanu, nie smagały mnie dotąd fale, choćby nawet powstałe w wyniku przepłynięcia drobnej jednostki pływającej. Do wczoraj…

Znowu do jogi powrócę, ale spędzam na jodze dwie godziny dziennie to jak mam nie wracać do jogi… Ćwiczyliśmy stanie na rękach. Ręce mam jak badylki. Pokryte tłuszczem, ale w środku badylki i do tego jeszcze z przeprostem łokcia. Przerażało mnie stanie na rękach. Nie wyobrażałam sobie jak takie łamliwie wyglądające patyki mogą utrzymać nie lada cielsko walczące z grawitacją. Chciałam zrezygnować, przyjść kolejnego dnia. Moja najwspanialsza na świecie nauczycielka powiedziała: „Wszystko, czego potrzebujesz, masz w środku. Masz mięśnie potrzebne do stania na rękach (i to nie są mięśnie ramion), masz siłę, masz energię. Nie pozwól żeby strach podejmował decyzje za ciebie. Masz wszystko co jest ci potrzebne.” Na rękach jeszcze nie stanęłam, ale stanę. Ta właśnie myśl zepchnęła mnie wczoraj, siedzącą w kajaku, do wody. Pierwszy raz od 1990 roku byłam w wodzie głębszej niż metr czterdzieści, sama, w plastikowym pudełku, które mogło się wywrócić, a ja utonąć. Oczywiście, że przeryczałam pierwsze dziesięć minut , bo Chris zapomniał sznurka, którym miałam w planie przywiązać się do jego kajaka. Okazał się niepotrzebny. Wszystko co było mi potrzebne, już miałam.

Dzień w wydziale…

Mike Keefe. Skradzione z intoon.com

Łatwo praktykować nauki jogi w ogrzewanym, przyjaznym i mniej lub bardziej pustym pomieszczeniu. Łatwo jest medytować w ciszy, w stanie spoczynku, choćby względnego, z olejkiem eukaliptusowym wmasowanym w dłonie. Łatwo jest ćwiczyć uważność w swojskim otoczeniu i w dość przewidywalnych warunkach. Ale wiadomo, że jak coś łatwe, to nie rozwija. Co gdyby tak spróbować w miejscu zupełnie nieznanym, przepełnionym nieznajomymi, najrozmaitszymi typami osobowości, miejsce, gdzie czas zdaje się nie być niczyją wartością, logika jakby za mgłą a święte, amerykańskie trzymanie dystansu fizycznego w miejscach publicznych wiotczeje? Pojechałam do DMV (Division of Motor Vehicles) żeby sprawdzić jak się tej jogi, medytacji i uważności nauczyłam. DMV to taki nasz wydziału komunikacji, ale naszego nie przypomina. Chyba, że ja z małej wsi jestem, co to tylko na niektórych mapach widnieje, a wiadomo, że jaka wieś, taki wydział komunikacji. Jak kto w Niemczech miał nieprzyjemność rejestrować samochód, to niemiecki TUV (z umlautem) już bardziej przypomina. Opiszę tutaj jak to się przewidująco do wizyty przygotowałam i jak to co całe przygotowanie o kant dupy rozbić można!

Pod budynek zajechałam piętnaście drogocennych moich minut wcześniej. Usiądę sobie półdupkiem na ławce przed wyjścio-wejście, oddech złapię, wejdę jako pierwsza, w porywach, druga, załatwię co trzeba i docenię zrywanie się z łóżka piętnaście minut wcześniej. Zamarłam. Przed budynkiem kolejka. Zaczęłam liczyć dziesiątkami, doszłam do dwóch setek, przeszłam jeszcze z pięćdziesiątkę i stanęłam w kolejce. Dowiedziałam się, że to kolejka po numerek do kolejki głównej.

Pół wieczoru gotowałam herbatę energetyczną. Wrzuciłam trzydzieści ziaren pieprzu na lepsze krążenie krwi, przeciwgrzybiczny cynamon, imbir na problemy gastryczne i infekcje wszelkiego rodzaju, goździki na dzień kobiet i kardamon na całe pozostałe zło. Dodałam łyżkę lokalnego miodu i mleka migdałowego. Uczta herbaciana miała być. Herbatę wyżłopałam w ciągu dziesięciu pierwszym klientów, a przed kolejnych dwieście czterdziestu chciało mi się sikać.

Techniki ćwiczenia uważności, znaczy majdfulnesu, są mi znane. Spostrzeganie siebie w „tu i teraz” wypadło tym razem tak sobie. Oddycham. Jakie powietrze wdycham? Ciężkie, lekko przepocone brakiem klimatyzacji, zastałe. A co ja czuję na swojej skórze? Nie przepuszczającą powietrza kurtkę przeciwdeszczową, bo miało padać, na gołych ramionach, bo miało być ciepło. A co ja takiego słyszę? Kolejne numery wzywane do okienka. Krzyki oburzenia z przywołaniem imienia świętego („Jezus, jaka kolejka!”), czy innej partykuły emfatycznej („what the fuck?”). Co moje oczy widzą? Przekrój społeczeństwa stanu Rhode Island. Wszelkiego rodzaju kształty, kolory skóry, zaburzenia neurotyczne, pojęcia dobrego gustu. Zaraz tam dobrego…gustu, po prostu…

Mówią, że medytować można wszędzie. Włożyłam słuchawki i słucham. Jedna, nic. Druga, nic. Mam różne medytacje, ale takiej do trzygodzinnej kolejki w dziale komunikacji nie mam. Znam jeszcze taką medytację na spłuczkę. Trochę ekscentryczna, ale sytuacja wymaga osobliwych rozwiązań. Relaksujesz się i czekasz na myśl. Jak przychodzi, łapiesz szelmę i do zwizualizowanej ubikacji ciach! Spuszczasz wodę, również wyimaginowaną, ma się rozumieć. Spuszczasz wszystkie myśli, dobre, złe, bez wyjątku. Po kilku minutach, moja wymyślona ubikacja, mimo, że przewidując potrzeby wybrałam rozmiar XXL, się zapchała.

Jeśli umiesz oddychać, umiesz praktykować jogę. Tak piszą. Zaczęłam od stóp. Poszło łatwo. Kręci się jakaś po czterdziestce na conversach. Może kamień w bucie? Może noga ze starości zdrętwiała? Żylaki może? Rozciąganie boczne już niekoniecznie. Wciąż mam opory przed publiczną drwiną. Joga dłoni odpada, pusty kubek po herbacie trzymam. Mięsnie Kegla? Pomysł jest, ale czy to joga jeszcze?

I kiedy już skończyły mi się wszelkie sposoby na powstrzymanie nadchodzącego cichaczem ataku szału, kiedy to już zaciskały się powoli moje dłonie w piąsteczki gniewu, kiedy to już miałam obwieścić rodzinie, że wypisuję się z tego kraju, pakuję manatki i łapię poranny samolot, dostałam wiadomość. Co robisz? Odpowiadam, że próbuję nie wybuchnąć w wydziale komunikacji. Mam za zadanie pomyśleć o kimś w samych superlatywach i wybrałam ciebie. Przez następne kilka minut będę myśleć o tobie. Same dobre rzeczy… – odpowiedziała mi wiadomość. Uśmiechnęłam się do siebie, a na ekranie pokazał się mój numerek.

Czasami sama sobie nie wystarczam…

 

Wywiady na Dzień Dziecka

Cztery lata temu zrobiłam z dziećmi serię wywiadów. Językowe  dwa i taki o życiu. Zupełnie o nich zapomniałam i dzisiaj mi się przypomniało. Fajnie jest takie robić od czasu do czasu. Można porównać, zobaczyć co ich interesuje, co już wcale nie. Informacja, że ryby nie lubili i nadal nie lubią pokazuje mi, że…nie umiem gotować dobrze :-)…a że z problemami poszliby do babci, fajnie usłyszeć… Z okazji Dnia Dziecka zapraszam na wywiady z moimi dziećmi.

 

  1. Wymieńcie swoje najlepsze cechy charakteru.

Kasia: Jestem szczera i mam dobry gust J

Jasiek: Potrafię rozwiązywać problemy i mam poczucie humoru

  1. A jaką cechę charakteru chcielibyście mieć, a nie macie, lub macie jej za mało.

Kasia: chciałabym być mniej wstydliwa

Jasiek: Jestem krótkocierpliwy J

  1. Gdybyś mógł/mogła nigdy więcej nie jeść jednego dania, które robię, co by to było?

Kasia: RYBA!

Jasiek: RYBA!

  1. A wasze ulubione danie robione przeze mnie?

Kasia: Zupa pomidorowa

Jasiek: Soczewica z ryżem

  1. Jakie, twoim zdaniem, byłoby wystarczające dla ciebie kieszonkowe? I na co byś je wydał/wydała?

Kasia: $5.00 tygodniowo i zbierałabym na samochód

Jasiek: $2.00 tygodniowo i zbierałbym na jakieś rzeczy do koszykówki

  1. Jak uważacie, mamy wystarczająco dużo pieniędzy? Jesteśmy bogaci czy biedni? Czy są jakieś potrzeby, których nie umiemy wam zapewnić

Kasia: Chciałabym żeby nasze ubezpieczenie zdrowotne było tańsze

Jasiek: Potrzeby – nie, wszystkie potrzeby mamy zapewnione i wydaje mi się, że mamy wystraczająco dużo pieniędzy

  1. Kiedy jesteś smutny/smutna co sprawia, że czujesz się lepiej?

Kasia: Izzy (pies)

Jasiek: sport i Izzy

  1. Co was szczególnie zasmuca?

Kasia: Ocieplenie klimatu, ogólnie Stany i opłaty za studia w tutaj

Jasiek: Prezydent

  1. Jak myślisz kto jest największym geniuszem wszech czasów?

Kasia: Nie wydaje mi się, że istnieje jeden człowiek, który jest mądrzejszy od innych.

Jasiek:  Nie wydaje mi się, że jest jeden – jest wielu mądrych i znaczących ludzi na świecie

  1. Gdybyś mógł/mogła być kimś/czymś kim nie jesteś, kto/co by to było?

Kasia: Chciałbym być psem

Jasiek: Piłką do kosza J

  1. Gdybyś mógł/mogła przemeblować i udekorować nasz dom, jak by wyglądał?

Kasia: zmieniłabym cały nasz dom, chciałabym mieć basen, mieszkalną piwnicę i garaż

Jasiek: Wyglądał by źle, bo ja się nie znam na takich rzeczach

  1. Twoja ulubiona książka.

Kasia: W zasadzie czytam tylko książki, które czytamy w szkole, ale bardzo podoba mi się Lot Nad Kukułczym Gniazdem

Jasiek: Seria Niefortunnych Zdarzeń, Lemony Snicket

  1. Czy oglądałeś/oglądałaś ostatnio film, który cię poruszył?

Kasia: Moonlight!!!!

Jasiek: Hidden Figures (Ukryte Działania)!!!

  1. Kogo najbardziej podziwiasz? I za co?

Kasia: Carrie Brownstein, aktorka, pisarka, muzyk, komik, dziennikarka. Podziwiam ją za to, że robi to wszystko i jest w tym bardzo dobra

Jasiek: Podziwiam profesjonalnych sportowców

  1. Jak myślisz, co jest w kosmosie?

Kasia: planety i duch psa Łajki

Jasiek: planety, gwiazdy, galaktyki, kurz itd…

  1. Co fajnego robiliśmy ostatnio całą rodziną?

Kasia: Kanada

Jasiek: wycieczka do Kanady

  1. Gdzie chciałbyś/chciałabyś pojechać na rodzinny weekend?

Kasia: do Japonii

Jasiek: do któregoś z krajów skandynawskich

  1. W jakim sporcie czujesz się najlepiej?

Kasia: w żadnym

Jasiek: koszykówka

  1. Dlaczego sport jest ważny dla ciebie?

Kasia: nie jest

Jasiek: bo poprawia zdrowie i jest fajny

  1. Z czego, co zrobiłeś/zrobiłaś jesteś najbardziej dumny/dumna?

Kasia: stopnie – As and Bs (Kasia: koniecznie mamo napisz As and Bs!), nauczyłam się grać na gitarze, SAMA!

Jasiek: Mistrzostwo naszego miasteczka w koszykówce

  1. Opisz najpiękniejsze miejsce na świecie.

Kasia: Eibsee (jezioro w Garmisch, Niemcy)

Jasiek: wysokie góry

  1. Ile czasu, według ciebie, powinno się spędzać przed komputerem?

Kasia: 1 godzina

Jasiek: 1 godzina

  1. Najbardziej ohydna rzecz, która przychodzi ci do głowy to:

Kasia: klatka schodowa w naszej szkole, pod którą mieszkają szczury

Jasiek: pleśń na jedzeniu

  1. Kto, z rodziny czy naszych przyjaciół jest ci najbliższy (oprócz rodziców i brata/siostry)?

Kasia: Maggie, babcia

Jasiek: babcia, Tommy

P.S. Maggie i Tommy to rodzeństwo J…ale mają szczęście!

  1. Co najbardziej denerwuje cię w dzisiejszym świecie?

Kasia: podziały w społeczeństwie

Jasiek: Trump

  1. Jedno wspomnienie z przedszkola.

Kasia: kiedyś wszyscy byliśmy przebrani za psy w przedszkolu i jedna pani dała nam takie ciasteczka, ja myślałam, że to są prawdziwe psie ciasteczka i że jest tam mięso i bardzo się bałam, że będę musiała je zjeść…

Jasiek: na przerwie wykopaliśmy z chłopakami dziurę w lesie żeby ktoś do niej wpadł

  1. Co podoba ci się w twojej szkole?

Kasia: widok z okiem na park

Jasiek: biblioteka, bo jest klimatyzowana (reszta szkoły nie jest)

  1. Gdybyś był/była niewidzialna przez jeden dzień, co byś robiła/robił?

Kasia: wkradłabym się do samolotów żeby podróżować darmo

Jasiek: straszyłbym ludzi

P.S. Za pierwszym razem kiedy ich zapytałam (pytałam oddzielnie) odpowiedzieli, że poszliby do lekarza. Zapytanie na mojej twarzy…Aha, „niewidzialny” a nie „niewidomy”…

  1. Ulubiony deserek.

Kasia: lody Magnum z orzechami

Jasiek: lody miętowe

  1. Co myślisz o Polsce i Polakach?

Kasia: są fajnie i mądrzy, ale nie wiem co się tam teraz dzieje politycznie – wariactwo!

Jasiek: Polacy są bardzo mili i szczerzy i tacy “no bullshit”

  1. Co jest najlepsze w mieszkaniu w Rhode Island?

Kasia: jest bardzo zielono i to, że tutaj adoptowaliśmy tutaj kota i psa

Jasiek: to że mieszkamy bardzo blisko boiska do koszykówki

  1. Gdzie chcielibyście być za dwa, trzy lata?

Kasia: na studiach

Jasiek: gdzieś w Europie

 

Głowa u fryzjera…

Absurdalny pomysł z odizolowaniem głowy od reszt ciała przyszedł mi u fryzjera. W Niemczech od drzwi powiadamiałam fryzjerów, że po niemiecku nie mówię. W obawie, że mówią po angielsku, przynosiłam polską gazetę i w ciszy i spokoju robiłam sobie prasówkę podczas gdy po niemiecku zajmowano się moją głową. W Stanach, zdekonspirowałam się bezmyślnie na pierwszej wizycie i teraz nie ma zmiłuj, muszę rozmawiać. Bo ja, moi drodzy, nie lubię rozmawiać u fryzjera. Źle znoszę, staję się werbalnie nieprzyjemna, nie wzbudzam sympatii. Pomijam oczywiście znajomą fryzjerkę z Polski (pozdrowienia dla pani Magdy), bo z nią owszem i to bardzo. Z innymi nie.

Nie wiem, czy tak jest wszędzie, ale w naszym salonie nie ma prasy. Taka sytuacja narzuca wymóg budowania relacji ze stylistą fryzur. Stylistka pracuje nad ową relacją od wejścia. Rzuca komplementem, że buty niczego sobie i za moją torebkę to by się dała tępym nożem pokroić. Upewniając mnie w słuszności wizyty, otwiera ze zdziwienia oczy, że włosy moje takie zaniedbane, takie siwe, takie długie i przesuszone. Przeprasza natychmiast za szczerość. Obiecuje, że się mną zajmie i zapewnia, że będę bardzo zadowolona z jej usług. Tak na wszelki, gdyby moje końcowe wrażenie było odmienne. Proponuje wodę z cytryną, lub mięta, kawę z mlekiem, koniecznie migdałowym, bo oni tutaj przecież krowim nie trują. Usiadłam, z torebki artykułu o treningu uważności (o ironio!) nie wyjęłam, bo już nie chciałam być większym niemilcem niż jestem i w słowotok pani fryzjerki się zatopiłam. Opowiadała o wszystkim co mnie nie interesuje. Paznokcie ma za długie, ale za długo pracuje żeby się nimi ktoś zajął, że Steve zadzwonił, ona nie odebrała, wysłał tekst do jej matki, matka z pretensjami do niej, ona się tłumaczy, że jechała samochodem a policja stała, bo na A95 zawsze stoją, tam za tą kawiarenką gdzie mają niebiańsko pyszną kawę, ale trzeba przyjechać pół godziny wcześniej, takie kolejki, nawet w tygodniu, nawet dżdżystą aurą też kolejki.

I tak myślę sobie jak byłoby fajnie gdyby można było odkręcić głowę od tułowia, ustawić mózg na jakiś Nie Przeszkadzać, zostawić u fryzjera, a reszta niech sobie kąpiel weźmie, na klawiaturze, metodą mnemotechniczną popisze, na spacer z psem pójdzie.

-Cześć Ania, gdzie głowa?

-U fryzjera. Twoja też?

-Nie, ja u dentysty zostawiłem. Ten ból i odgłos wiertła nie do wytrzymania.

– Jutro mam regulację brwi i tak się zastanawiam…

-Pewnie, że zostaw. Baby w tym salonie takie wścibskie. Nic tylko plotkują.

-No dobra, lecę po moją. Do ZOBACZenia!

-Hi hi…Buziaki…no może jednak jutro te buziaki…

-Ha ha ha…

Z wizji tej intrygującej wyrywa mnie „A co tam u dzieci? Ma pani dzieci, nie?”. Oj matko jedyna… Mam taki sposób na nudne rozmowy. Bardzo często żeby nie zasnąć, albo nie zanudzić intelektu na śmierć, analizuję język mojego rozmówcy. Sprawdzam w jakim czasie zbudował zdanie, ile razy użył danego łącznika, czy używa synonimów, różnorakich przymiotników itd. To niezawodny sposób na nudne spotkania w pracy, długie telefoniczne rozmowy z bankiem, monolog fryzjera. Kiedy zaś ja muszę coś mówić, próbuję urozmaicić swoje wypowiedzi. Jak długie zdanie uda mi się wypowiedzieć unikając zapowietrzenia się? Iloma przymiotnikami mogę opisać jakiś rzeczownik? Może powtórzyć informację dwa, trzy razy i sprawdzić czy odbiorca zauważy? W ciągu ostatnich trzech lat na pewno wiele razy poinformowałam stylistkę moich fryzur, że mam dzieci. Oczywiście nie wymagam, żeby pamiętała znaki zodiaku wszystkich dzieci swoich klientek, ale może warto się zastanowić nad jakimś scenariuszem rozmów podczas kolejnych wizyt i nie powtarzać pytań. No nie wiem…Tak proszę mojej pani stylistki fryzur, jestem mamą dwójki, urodzonych drogą naturalną, po trzech partych na łebka, w odstępnie czterech wiosen (takoż i zim, jesień i pór letnich), płcią różniących się od siebie dość znacząco dzieci.

–  Zapisać panią na kolejną wizytę?

– Tak, na rok dwa tysiące trzysta pięćdziesiąty szósty jak się nauka rozwinie na tyle, że będę mogła tylko moją głowę wam dostarczyć.

– Taka pani śmieszna, pani Aniu…