Gościnnie w Klubie Polki

To jeden z bilbordów organizacji PETA (Ludzie na Rzecz Etycznego Traktowania Zwierząt) – chyba najbardziej znanej, powstałej w Stanachach, organizacji promującej weganizm i to w bardzo specyficzny sposób :-). To zdjęcie jest dość „niewinne” w porównaniu z innymi ich akcjami. Wyguglujcie sobie.

Dzisiaj na śniadanie, wyłącznie wegańskie, zapraszam do Klubu Polki na Obczyźnie. Gościnnie występuję tam z wpisem o jedzeniu roślinek w Stanach.

TUTAJ zapraszam!!

 

Malowane słowem…

Poznałam Radosną Wrocławiankę pod sklepem spożywczym w mojej wsi w dość wietrzy, kreteński dzień. Przytuliłam mocno na pożegnanie. I czasem z ludźmi jest tak, że albo przytulisz i odpycha, albo przyciąga. Przyciągnęło! Już kilka dnia później było pyszne jedzenie, wino, język polski. I od tej pory Radosna Wrocławianka to mój dobry duch. Bez niej byłoby o wiele trudniej i dużo smutniej. Bez niej też języka polskiego w moim domu byłoby mniej. Ma ona córkę, którą poznam latem, a doczekać się nie mogę. Córka Wrocławianki jest artystką, maluje, rysuje i…pisze! Dostałam do poczytania dwie jej książki i pierwszy raz od wielu lat dzieci moje usiadły i DOBROWOLNIE zaczęły czytać po polsku. Jeśli ktoś potrafi sprawić takie czary, to ja po rączkach całuję.

Czy wiesz jak dyrygować hałasem? A wiesz, że Konwalia Majowa jest trująca? Lubisz rozwiązywać zagadki kryminalne? W wydanej przez wydawnictwo Kocur Bury książce znajdziemy dwa krótkie opowiadania kryminalne. W Głośnym Zniknięciu autorzy, Tomek Żarnecki i wspomniana już, Gosia Kulik, przestawiają nam pana Allegro – osobliwego dyrygenta mieszkającego w małym miasteczku. Pewnego dnia dyrygent znika. Historia staje się bardzo zagadkowa i kończy się niespodziewaną puentą. Odwracając książkę do góry nogami, znajdziemy kolejną zagadkową postać i kolejną zagadkową opowieść. Tym razem to zielarz…czy może potwór? A może jeszcze ktoś inny? Opowiadania napisane są prostym, zrozumiałym dla młodego czytelnika, czy też słuchacza, językiem i okraszone bardzo interesującymi malowidłami. Bardzo podobają mi się kolory, zabawny chwilami tekst i ciekawe informacje na temat muzyki i ziół na końcu każdego z opowiadań. Moje dzieci przeczytały jednym tchem.

Druga pozycja jest dla nieco starszych dzieci. Chore Historie, swoją czarną i nieco mroczną okładką, zapowiadają coś niezwykle tajemniczego. Gosia Kulik i Tomek Żarnecki, w swojej książce opisują historię, objawy i przebieg wielu chorób. Czasem zatem jest mroczno i ponuro, czasem śmiesznie. Zawsze jednak, bardzo interesująco. Jest mnóstwo anegdot i ciekawostek. Dowiemy się co wywołuje malarię, dlaczego w niektórych regionach Afryki nie można wypowiadać słowa AIDS, jak wygląda twarz chorego na cholerę i co ma wspólnego Krzysztof Kolumb i kiła. Rysunki są niezwykle ciekawe, jakby podpierające tekst, pomagające zrozumieć informacje w nim zawarte. Nie tylko moje dzieci przeczytały z zapartym tchem. Ja też. I jestem teraz o wiele mądrzejsza!

Nie mogę się doczekać lata i spotkania z autorką. Może wyprosimy u niej jakieś malowidło? Pochwalę się!

Cisza…

Cisza to wielowarstwowa rzecz. Cisza to brak fonii, brak dźwięków, brak brzmienia. Cisza, dla mnie, oznacza coś jeszcze. To również nieczekanie na szmer, głos, krzyk. To wyciszenie się wewnętrzne.  To taki wyższy stopień radzenia sobie z brakiem dźwięków, świadomość, że cisza może być coraz dłuższa i przewlekła, wydawać się wręcz nieskończona. Może być taka zupełna, bez obietnicy na jej przerwanie.

Na kursach medytacji uczymy się jak radzić sobie z dźwiękami dookoła nas. Nie ignorować, nie udawać, że ich nie ma, nie starać się ich nie słyszeć. Uczą nas bycia świadomym ich istnienia i delikatnie, jak piórkiem, odsunąć je od siebie. Nie lada ci to sztuka. Wymaga czasu i pracy. Ileż to razy odpychałam piórkiem dźwięki dochodzące zza płotu w domu, w Stanach. Delikatnie trącałam piórkiem przejeżdżający pociąg, plotkujące sąsiadki tuż pod oknem, odgrażającego się na całe gardło Bobbiego (jeśli ktoś nie zna Bobbiego, to tu i tu). Z czasem, piórko stawało się coraz cięższe, a moje ruchy coraz bardziej agresywne. Zdarzało się, że waliłam piórem gdzie popadnie, oberwało się każdemu skrzypnięciu płota i szurnięciu buta. Ćwiczyłam codziennie i mimo, że postępy były, nie raz lekkie piórko zmieniało się w ciężki młot.

Ale co się dzieje kiedy czynnik dźwiękowy zostanie usunięty z życia? Co się dzieje kiedy przeprowadzasz się na kreteńską wieś w środku zimy? Dzieje się cisza. Cisza wszechobecna, nieustająca, niczym nie przerywana. Cały kurs medytacji diabli biorą. Nie ma na czym świadomości zawiesić, nie ma czego piórkiem chlasnąć. Nieproszonych dźwięków brak.

Mieszkamy w małej wiosce, na maleńkim półwyspie. Obok domu przebiega droga, po której tylko kilka razy w ciągu dnia przejeżdża samochód. Połowa tych razów to ja. Sąsiad z jednej strony przyjeżdża tylko latem, z drugiej strony mieszka niehałaśliwa rodzina – koza, owca oraz wynajmujący od nich kawałek drewutni bezpański kot. Jedynym przerywnikiem ciszy są koguty zamieszkujące wieś. Zabawę w głuchy telefon zaczynają o czwartej rano. Zaczyna kogut niedaleko naszego domu, chociaż tak wcześnie rano wydaje się, że stoi tuż pod naszym oknem, za nim po kolei siedem, w porywach osiem kogutów wydziera swoje dzioby. Po ostatnim następuje krótka przerwa, akurat na przymknięcie zmęczonego oka, po czym zabawa zaczyna się od nowa i trwa godzinę. Cierpliwi przeczekują i śpią dalej, niecierpliwi wstają i oglądają CNN. Mamy też, mieszkające w klatce na zewnątrz, kanarki, o wyskokach których już wkrótce, ale te grzecznie śpią do ósmej i chodzą, czy też lecą, spać po zapadnięciu zmroku. Poza tym, ich śpiew jest tak nieustanny i tak przyjemny, że stały się już elementem ciszy. To nasze podwórko. A za płotem? A za płotem i jeszcze kilkoma innymi płotami – park. Nie wiem czy narodowy, czy bardziej lokalny, ale park. Park ciszy. Chodzę tam często na spacer z psem. Wspinając się pod górę słyszę tylko swój oddech i nieobcięte pazury psa stukające o skały. I szum morza. I tak przez godzinę, lub dwie. Od czasu do czasu pokaże się jakaś zwinna kózka, która skacze po skałach bezszelestnie jakby te były miękką, puszystą trawą. Przygłuchawy już chyba pies nawet nie zauważa jej obecności. Czasem mijamy stado owiec, które w bezruchu, w zupełnej ciszy łypią na nas ślepiami zdziwione, że ktoś w ogóle tędy przechodzi.

Na plażach wciąż pustki. Turystów brak, a dla tubylców za zimno. Codziennie odwożę dziecko do szkoły. W drodze do domu zatrzymuję się na plaży, włażę na samotnie stojącą wieżę ratowniczą i słucham morza i ciszy. Czasami medytuję, czasami po prostu siedzę i nie mogę wyjść z oniemienia, że jest tak bezgłośnie. Nadsłuchuję i czekam na dźwięk wyprodukowany przez człowieka, pojazd, lub zwierzę choćby jakieś. A tu nic. Cisza.

Cisza to taka dziwna sprawa. Wszyscy pragniemy chwili spokoju, ale kiedy trwa zbyt długo, staje się niepokojąca, trochę niewygodna. Upłynie jeszcze wiele cichych chwil zanim się do niej przyzwyczaję, zanim się z nią oswoję. Zanim piórkiem przestanę niepotrzebnie machać.

 

Przybylcy…

Minął prawie miesiąc od naszego przyjazdu na Kretę. Wiemy gdzie kupić chleb, jak dojechać do szkoły i jak zlewać przepisy drogowe. Wciąż jednak nie jesteśmy tubylcami. Jesteśmy przybylcami co widać, słychać i czuć. A jak poznać takiego przybylca? Jak nas rozpoznać na Krecie? Ano tak…

Dla kogoś z Nowej Anglii, przedtem z Alp, a jeszcze przedtem z szarej Warszawy, zima na Krecie to wczesne lato. Temperatura waha się od 10 stopni w nocy do 18 w ciągu dnia. Miłym dodatkiem jest piękne słońce i przyjemny wiatr. Deszcz się zdarza, ale w ilościach rozsądnych i nie smaga po twarzy do krwi jak w Rhode Island. Dla Greków natomiast to środek zimy i ubierają się oni jak na zimę przystało. Podczas gdy my śmigamy w dwóch warstwach lekkiej odzieży, oni w puchowych kurtkach, butach do kolan i czapkach z pomponem. W mieście z daleka można poznać naszych. Z krótkim rękawem, w klapkach – na bank Amerykanin i prawie na pewno ze wschodniego wybrzeża.

Przyjeżdżając ze Stanów gdzie wszyscy są uprzejmi, uśmiechają się, pozdrawiają nawet nieznajomych i zagadują przy każdej okazji, można zapomnieć jak jest gdzie indziej. Wchodzę więc do każdego sklepu, poczekalni, na pocztę ze szczerym uśmiechem i głośnym „kalimera” (dzień dobry), uśmiecham się do ludzi, z którymi łapie kontakt wzrokowy na ulicy, przepraszam kiedy chcę przejść, czy kiedy przypadkiem musnęłam kogoś torebką. Utrzymuję zdrową odległość w kolejkach, nie pcham się, przepuszczam w drzwiach. I co? I stoję trzymając te drzwi przez pół godziny, włażą przede mnie do kolejki, nikt się nie uśmiecha, jak mnie zdzieli parasolem, nikt nie przeprasza. Uprzejmość moja umrze wkrótce śmiercią naturalną.

W tutejszej Ikei, a Ikea tutejsza to historia na osobny wpis, jesteśmy klientami specjalnej troski. Witają mnie po imieniu, (nie, nie przesadzam!!), a że mogę kupować bez greckiego podatku VAT i w związku z tym mam tysiąc papierków ze sobą, kasjerzy chowają się po kątach i unikają mojego, poekscytowanego możliwością kupienia kolejnego HEMNES, wzroku. Wpadam do sklepu z wypiekami na twarzy i już wiadomo, że to wyposzczony meblowo przybylec.

Od miesiąca śpię na materacu, od dwóch w nieswoich łóżkach. Pod pretekstem sprawdzania wszystkich materacy, w każdym sklepie z meblami, ucinam sobie drzemki, wyciągam się wygodnie, odpoczywam. A że obsługa klienta daleka jest od, atakującej od drzwi i łażącej za tobą do samego wyjścia, obsługi klienta w Stanach, nikt mi nie przeszkadza.

Jestem jedyną osobą na wsi, która prowadza psa na smyczy i nosi ze sobą woreczki na odchody. Kobiety z maluchami na rękach w popłochu uciekają myśląc chyba, że jedyne zwierzę, które potrzebuje smyczy, to jakiś potwór zjadający greckie dzieci. Przechadzam się zatem przez wieś z psem wkurwiając wszystkie zamknięte za płotem lokalne Burki, które szczekają i rzucają się w furii na furtki i bramy. Hałas ten, z kolei, powoduje nagłe poruszenie w, pałętających się wszędzie, gromadkach kóz i owiec oraz głośne gdakanie domowego drobiu. Takie to spustoszenie w kreteńskiej faunie robimy my – przybylcy.

I jeszcze…

– robię zdjęcia drzewom obwieszonym cytrynami i pomarańczami. Wszystkim i o każdej porze dnia. Wrzucam na FB i na Instagram.

– zatrzymuję się przy każdym bezpańskim psie i kocie i dzwonię do domu zapytać, czy możemy przygarnąć. Odpowiedź jest zawsze taka sama. Nie możemy.

– literuję, często z pomocą palca wskazującego, na głos każdy napis, każdą nazwę sklepu, każdy szyld. Czasochłonne, ale warto. Satysfakcja gwarantowana. Ubaw dla przechodniów również.

– wpadam w dziką radość na widok Lidla, Intimissimi, czy Marks and Spancer. Robię zdjęcia i wrzucam na Instagram.

– czekam na zielone światło przechodząc przez ulicę. To nic nie daje. Na zielonym też jest niebezpiecznie.

– nie jem jagnięciny. Serio, to mnie wyróżnia. Kiedy informuję w restauracji, że nie jem mięsa (mam serce i nie straszę weganizmem), odpowiedź jest zazwyczaj taka: „nic nie szkodzi, mamy jagnięcinę”.

Ale… wyprzedzam na podwójnej ciągłej, mam przy sobie gotówkę, piję mocną, grecką wódkę jeszcze przed trzynastą, a na stole na stałe zagościły oliwki. A to dopiero początek.

 

 

 

Kreteńska herbata na wszystko…

…czwartek, pierwszego lutego obudziłam się w pustej jeszcze sypialni, na drugim końcu świata, zamiast słońcem, zlana potem, zamiast ekscytacją, rozpalona gorączką. Najdłuższa grypa w moim życiu spowolniła przeprowadzkę, odebrała chęć do zwiedzania nowych miejsc, próbowania nowych potraw, poznawania nowych ludzi. Wypróbowałam wszelkie leki medycyny konwencjonalnej, naturalnej, chińskiej, czarnoksięstwa i elementy okultyzmu. Bez rezultatów. Pomaga jedynie sen, odpoczynek i cierpliwość – aktualnie deficytowe przymioty. Jedna z najbardziej dokuczliwych objawów choroby to zatokowy ból głowy. Od leków przeciwbólowych boli mnie żołądek i czuję, że się uzależniam więc zasięgnęłam rady lokalnych znachorów. Przynieśli dwie torby, jakieś dwadzieścia kilogramów, pomarańczy i Diktamo – górską, ziołową herbatę z Origanum Dictamnus.

Origanum Dictamnus (dittery of Crete, hop majoram, δίκταμο) to wieloletnia roślina płożąca występująca prawie wyłącznie w górach Krety. Kwitnąca na różowo roślina z rodziny mięty (z tej samej rodziny pochodzą majeranek, bazylia, oregano) o znaczniej grubszych, niż mięta, i pokrytych meszkiem liściach. Można ją znaleźć w trudno dostępnych dla ludzi górskich szczelinach, na urwiskach skalnych i w wąwozach. Z powodu coraz większej popularności, za sprawą właściwości leczniczych, a coraz częściej też zastosowania w gastronomii, i tym samym obawy o wyginięcie, w 1997 Origanum Dictamnus znalazło się na liście roślin zagrożonych.

Według mitologii greckiej to Zeus podarował tę drogocenną roślinę swojemu miejscu urodzenia – Krecie. Greccy filozofowie, Hipokrates i Arystoteles pisali o origanum dictamnus jako o roślinie pomagającej przy problemach z układem pokarmowym, infekcjach i na różnego rodzaju rany. Odkrywcami właściwości zioła były kozy, które zajadały się nim kiedy były ranne, czy niedomagały w inny sposób. Grecy kozie zachowanie przyuważyli i skorzystali z mądrości, czy raczej instynktu zwierzęcego. Współczesna medycyna naturalna podkreśla zalety naparu z suszonych liści Origanum Dictamnus przy bólach menstruacyjnych, bólach gardła, przeziębieniach. Moi greccy dobroczyńcy, którzy podarowali mi zebraną w górach roślinę przekonują o leczniczych właściwościach przy nadciśnieniu i bólach głowy. Piję od kilku dni codziennie. Herbata ma smak szałwii a jeśli ktoś nie lubi takiego smaku, można dosłodzić miodem, albo zmienić smak dodając laskę cynamonu. Mnie smakuje! A czy pomaga? Nie wiem. Raz dziennie mam atak bólu głowy, ale zawsze można powiedzieć, że bez naparu miałabym ze trzy. I tego się będę trzymać. A was, kiedy mnie odwiedzicie, poczęstuję herbatką dictamus i wszystkie dolegliwości miną jak ręką odjął.

Houdini…

 

Zanim się obudziłam w tej słońcem oblanej sypialni było tak…

Jak człowiek nie wie kiedy zaatakuje go chora, to ja podpowiem. W najmniej odpowiednim momencie. Zachorowałam na grypę. Kiedy? Dwanaście godzin przed wylotem. Zjadłam cały, dwumiesięczny zapas homeopatii w godzinę i nic. Przyszedł czas na amerykańską aptekę. Kupiłam syrop na kaszel. Nie było napisane, że lecząc się na kaszel, trzeba mieć betonowy żołądek. Wypiłam duszkiem przesadnie słodki, tonący w konserwantach syrop i resztę dnia spędziłam nad muszlą klozetową. Z reklamówką uwiązaną u szyi pojechałam na lotnisko a ze mną sześć walizek, dwoje dzieci, przestraszony kot, obojętny po lekach uspokajających pies, dwie klatki, trzy kocyki, cztery miski i przenośna kuweta. Był też, nielecący z nami, ojciec dzieciom. Szczęście, że był – bez niego poleglibyśmy. Na lotnisku okazało się, że wypasiona klatka dla psa nie ma certyfikatów, wojskowych atestów i innych pozwoleń. Jest zbyt wygodna i niewystarczająco plastikowa. Niebiosa zesłały Walmart po sąsiedzku i rzutem na taśmę wskoczyliśmy do samolotu z nową klatką. Nikt się nie spodziewał, że klatka będzie grała drugoplanową rolę całej wyprawy. Oskarowa, główna rola przypadnie Izabeli.

Musicie państwo wiedzieć, że lot wojskowy jest inny niż loty komercyjne. Było tyle miejsca, że spaliśmy każdy na swoim własnych trzyfotelowym siedzeniu. Po dziesięciu minutach rozmowy, poznałam dwóch przyszłych sąsiadów, załatwiłam Kasi wolontariat, znalazłam opiekę nad psem w razie wyjazdu i umówiłam się na wizytę do lekarza. Obsługa samolotu bardziej wyluzowana, bardziej rozmowna. Mieliśmy dwa postoje, jednej w Hiszpanii, drugi we Włoszech. Oba lotniska to wojskowe lotniska amerykańskie z mieszaną, lokalno-amerykańską obsługą. Żadnej spinki, żadnego sprawdzania, stania w kolejkach, sztywnego, oficjalnego traktowania. Biwakowaliśmy w słońcu, na trawniku przed budynkiem terminalu. Samolot parkuje dwieście metrów od budynku, zbieramy manatki z pokładu i wychodzimy na piknik. Taśmą z luku bagażowego wywożą nasze zwierzęta, ładują na wózek, podwożą pod budynek, my odbieramy i na trawkę. Tak przynajmniej jest z bardziej karnymi zwierzętami. Nasz pies jest inny. Okazało się, że Izzy ciężko znosi niewolę i na dodatek posiada nadprzyrodzone siły.

Hiszpania. Opuszczamy samolot i maszerujemy pilnowani przed wojskowych po płycie lotniska gdy nagle przez megafon słyszę swoje nazwisko i dużo, nieznanych mi słów w języku hiszpańskim. Odwracam się i na taśmie bagażowej widzę stojącą dumnie Izzy na postronku. Hiszpański żołnierz wyławia mnie ze szpaleru i prowadzi do psa. Izzy, kiedy tylko mnie zauważa, wyrywa się trzymającej ją pani i gna ignorując wszystkie zasady bezpieczeństwa obowiązujące na płycie lotniska. Jakaż była szczęśliwa kiedy mnie dopadła. Biegnąca za nią, zdyszana pani oznajmiła, że nasz pies to Houdini. Klatka w całości, drzwi otwarte, psa nie ma. Zwaliłam na wątpliwą jakość walmartowej klatki, bo przecież wiedziałabym gdybyśmy mieli psa iluzjonistę.

Włochy. Ten sam samolot. Ta sama odległość od budynku lotniska. Ta sama sytuacja. Tylko język obcy inny. Słabo mi się zrobiło widząc Izzy omijającą w szaleńczym tempie koła zaparkowanego samolotu. Houdini – powiedział pan z pięknym włoskim uśmiechem. Drzwi otwarte. Nie ma śladów w(y)łamania.

Włochy – odsłona druga. Po pikniku na ziemi włoskiej, pożegnaliśmy psa i stanęliśmy w kolejce do wyjścia. I znów moje nazwisko pobrzmiewa z megafonu. I że znów o psa chodzi. Zabierają mnie do pomieszczenia ze zwierzętami. Wszystkie inne psy w klatach, Izzy na zewnątrz merda ogonem ze szczęścia. Tym razem wyciągnęła drzwiczki klatki z zawiasów. Zębami, bo ślady krwawej walki z metalowymi drzwiami zostały na klatce. Panowie przynieśli opaski zaciskowe typu „takim to ni cholery, nie da rady” i zacisnęli na drzwiach.

Włochy – odsłona trzecia i ostatnia na szczęście. Maszerujemy na pokład samolotu. Jest już ciemno, ale przy ogonie samolotu widzę naszą klatkę i kilka osób mocujących się z nią. I znów megafon i znów moje nazwisko. Biegnę na ratunek. Izzy jednym kłapnięciem paszczy przegryzła opaskę i otworzyła drzwi. Zaproponowałam, że zabiorę ją na pokład. Powiedzieli, że jest podejrzenie, że rozkmini wyjście awaryjne. Samochodem na sygnale dowieźli drut metalowy i zadrutowaliśmy klatkę. I jakem żywa, nie zafunduję już nigdy psu takiej podróży.

P.S. Kot, o którego martwiłam się bardziej, przespał dwadzieścia godzin nie zmieniając swojej pozycji w klatce.

Myśli przeprowadzkowe…

Chwilę po tym jak kot skoczył mi na głowę, a pies wlazł na kolana ze strachu przed przeprowadzkową wizytą u weterynarza 

***

Musi być ci bardzo smutno. Na pewno nie możesz doczekać się wyjazdu. Martwisz się o dzieci, prawda? Jesteś gotowa na nową przygodę? Jak ty sobie dajesz ze wszystkim radę? Żal ci wyjeżdżać? Zaczynasz wszystko od nowa – musisz być podekscytowana! Zaczynasz wszystko od nowa – musisz być przerażona!

Smutna. Podekscytowana. Zatroskana. Szczęśliwa. Przestraszona. Niespokojna. Wszyscy pytają, zgadują, domyślają się. I mają rację. Powinnam jakaś być. Powinnam coś czuć. A ja nic. Zawiesiłam się emocjonalnie.

Rok 2018 zaczął się dla mnie i dla mojej rodziny wielkimi zmianami, ogromną rewolucją. To, jak na razie, największa w moim życiu przeprowadzka, z ogromnymi zawirowaniami, nieco skomplikowana logistycznie i teoretycznie niezwykle emocjonalna. Zmieniam kontynent, klimat, jadę do kraju, w którym nie byłam nawet na wakacjach. Pierwszy raz nie znam języka, ani nawet alfabetu, kraju, w którym będę musiała zamówić meble i porozmawiać z lekarzem mojego dziecka. Po raz pierwszy wraz z krajem zmieniam pracę, na zupełnie inną i kompletnie mi nieznaną. Postawiłam sobie również cel na następne kilka lat. Zupełnie nowy, zupełnie inny i kompletnie mi nieznany. Za osiem miesięcy odwiozę, a raczej odlecę, dzieci do szkół, tysiące kilometrów od domu. Nie przyjdą codziennie ze szkoły, nie usiądą i nie zjedzą mojej pomidorowej czy naleśników. Będę mamą na odległość. Pierwszy raz wyjeżdżam z kraju, który zmienił tak wiele we mnie i w moim życiu, w którym poznałam tylu niesamowitych, ciekawych, otwierających oczy i serce ludzi. Po raz pierwszy też wyjeżdżam z kraju, o którym wiem, że nie chciałabym już nigdy w nim mieszkać na stałe.

To wszystko musi budzić jakieś emocje, musi prowokować jakieś przemyślenia, powodować, że coś odczuwam. A tu pustka. Znieczulica przeprowadzkowa. Być może tak się bronię, żeby nie zapłakać się na śmierć, nie ekscytować za bardzo – to też niezdrowe, nie mieć zbyt wielkich oczekiwań, nadziei, nie zamartwiać się i nie tęsknić na zapas. A może to przeczulica? Może wszystko odczuwam naraz? Smutek i radość, tęsknotę i oczekiwanie, ulgę i jakiś balast. Może wydaje mi się, że nie czuję nic, podczas gdy czuję wszystko. Naraz. Za bardzo.

Włączam wiadomości i czuję ulgę, że nie będę musiała oglądać niektórych twarzy na co dzień. Ale zdaje sobie sprawę, że od głupiej, i krzywdzącej wielu ludzi, polityki nie ucieknę, nawet do Grecji. Patrzę na ocean i już tęsknię za szumem fal, ale zaraz przypominam sobie, że na Krecie jest piękna plaża dziesięć minut piechotą od mojego domu. W środku nocy budzą mnie setki czarnych scenariuszy wyjazdu moich dzieci do szkół, niewyobrażalna za nimi tęsknota i ogromna pustka. Budzę się, słyszę i widzę jak bardzo oboje są szczęśliwi, że mają taką możliwość, jaka to dla nich przygoda, jak bardzo nie mogą się doczekać i jak oczekują, że będę z nich dumna. Przytulam na pożegnanie najbliższą mi tutaj osobę i szlocham w jej ramie, ale wierzę i wiem, że nasze drogi się jeszcze spotkają. Jeśli tylko jest wola, wszystko jest możliwe. I tak nalewam do szklanki jedno uczucie, wylewam drugie i szklanka jakby pusta.

I mam takie marzenie. Chciałabym zamknąć oczy, zasnąć i obudzić się pierwszego lutego w tonącej w słońcu, choć wciąż jeszcze pustej, sypialni, w małej miejscowości Stavros, na największej greckiej wyspie, na drugim końcu świata. Niech to się już skończy. Chyba, że dopiero wtedy wszystko się zacznie…

Wesołych Świąt

 

Wigilia. Najważniejsza część Bożego Narodzenia. Jak co roku będę tęsknić za Starokrzepicami, za kolejką do łazienki, za zapachem palonego węgla. Będę tęsknić za kapustą babci, za wigilijnym jeżdżeniem po wsi z opłatkiem i wizytą na cmentarzu u taty. Za rok wszystko będzie już tak jak ma być.

Życzę wam wszystkim wspaniałych, rodzinnych świąt, odpoczynku od codziennej gonitwy, wytchnienia, ciepłej rozmowy, miłego spotkania. W nowym roku życzę wam spełnienia marzeń, pogody ducha i miłości do wszystkich, ale przede wszystkim do siebie!

Wesołych Świąt

Ania

Kalendarz adwentowy

Poprzednie trzy lata, zamykałam FB na okres adwentu i staczałam się w bezkres przygnębienia (nie całkiem bezkres, bo kres bezkresu następował tuż po świętach). Powodów nigdy nie brakowała, ale największy był ten, że nie ma mnie w domu, choć moje pojęcie domu jest nieco bardziej złożone. Łatwo nie było żeby nie powiedzieć, że bywało chujowo. W tym roku jest inaczej. Nie zamykam FB z powodów zawodowych, ale wykorzystam to do zebrania mojego pobytu w Stanach w kalendarz adwentowy. Dwadzieścia cztery zdjęcia, które coś pokazują, coś znaczą, coś przypominają. Trzy lata i cztery miesiące w Rhode Island w dwadzieścia cztery dni. Zapraszam w piątek na fejsbukową stronę!