Kajakiem przez strach…

Wakacje, rok 1990. Mam szesnaście lat. Z okazji niepozbierania się po śmierci taty, rodzice mojej przyjaciółki zabierają mnie na kolonie, na których są opiekunami. Jezioro Sławno, niedaleko Gniezna. Snuję się po terenie kolonii przytłoczona poczuciem obowiązku żałoby. Nie tańczę, nie oglądam się za chłopakami, zakrywam uszy słysząc żart i uczestniczę tylko w nudnych i smutnych grach, w których wiadomo – przegrywam. Tak na wszelki wypadek żeby jakieś wesołe „hura” mi się nie wymsknęło. Wynajmujemy z przyjaciółką kajaki. Ona ma kartę pływacką z tego powodu, że umie pływać. Ja z odwrotnego powodu, nie mam. I jedyne co mam do okazania to żałobny uśmiech. Wystarczył, bo kajaki nam wynajęli. Niesamowite ile nastolatka, nawet taka w żałobie, ma w wiary w swoje nieistniejące umiejętności pływackie. W połowie jeziora, zwabione urodą mojej przyjaciółki, podpłynęły do nas wypierdki jakieś. Zaciągnęli nasze kajaki do pływającej, drewnianej platformy i nań komplementami zwabili. Po zagaju o pogodzie, przeszli do podrywu. W latach dziewięćdziesiątych formą podrywu wakacyjnego było wrzucanie podmiotu podrywu do wody. Ani pochodzenie tej tradycji, ani przesłanki nie są mi znane. Wrzuca się w kolejności od najładniejszej. Gosia bezsprzecznie poszła na pierwszy ogień, a że było nas tylko dwie, ja na drugi. Pamiętam, że poinformowałam oprawców, że nie umiem pływać. Pamiętam, że słusznie zauważyli, że nie wypożyczyliby nam kajaków bez kart pływackich. Pamiętam, że Gosia krzyczała, że na bank utonę. Pamiętam, że spadałam w dół, w wodzie, widziałam nade mną machające nogi Gosi i oddalające się słońce. Pamiętam, że nie zrobiłam nic. Nie ruszyłam ani ręką, ani nogą. Pamiętam bardzo dobrze, że pomyślałam, że zaraz zasnę. Na zawsze. A teraz najlepsze…Maksymalna głębokość jeziora to trzy metry! Wyciągnęli mnie, pewnie po tym jak plecami walnęłam o dno, ale od tej pory nie miałam przyjemności przebywać w wodzie, która sięga wyżej niż ramiona. Kiedy woda jest na terenie szyi, przestaję oddychać i zaczynam się topić. Nie byłam też, jasna sprawa, sama w kajaku, a już na pewno nie na oceanie atlantyckim, choćby nawet w malutkiej zatoce tego oceanu, nie smagały mnie dotąd fale, choćby nawet powstałe w wyniku przepłynięcia drobnej jednostki pływającej. Do wczoraj…

Znowu do jogi powrócę, ale spędzam na jodze dwie godziny dziennie to jak mam nie wracać do jogi… Ćwiczyliśmy stanie na rękach. Ręce mam jak badylki. Pokryte tłuszczem, ale w środku badylki i do tego jeszcze z przeprostem łokcia. Przerażało mnie stanie na rękach. Nie wyobrażałam sobie jak takie łamliwie wyglądające patyki mogą utrzymać nie lada cielsko walczące z grawitacją. Chciałam zrezygnować, przyjść kolejnego dnia. Moja najwspanialsza na świecie nauczycielka powiedziała: „Wszystko, czego potrzebujesz, masz w środku. Masz mięśnie potrzebne do stania na rękach (i to nie są mięśnie ramion), masz siłę, masz energię. Nie pozwól żeby strach podejmował decyzje za ciebie. Masz wszystko co jest ci potrzebne.” Na rękach jeszcze nie stanęłam, ale stanę. Ta właśnie myśl zepchnęła mnie wczoraj, siedzącą w kajaku, do wody. Pierwszy raz od 1990 roku byłam w wodzie głębszej niż metr czterdzieści, sama, w plastikowym pudełku, które mogło się wywrócić, a ja utonąć. Oczywiście, że przeryczałam pierwsze dziesięć minut , bo Chris zapomniał sznurka, którym miałam w planie przywiązać się do jego kajaka. Okazał się niepotrzebny. Wszystko co było mi potrzebne, już miałam.

Dzień w wydziale…

Mike Keefe. Skradzione z intoon.com

Łatwo praktykować nauki jogi w ogrzewanym, przyjaznym i mniej lub bardziej pustym pomieszczeniu. Łatwo jest medytować w ciszy, w stanie spoczynku, choćby względnego, z olejkiem eukaliptusowym wmasowanym w dłonie. Łatwo jest ćwiczyć uważność w swojskim otoczeniu i w dość przewidywalnych warunkach. Ale wiadomo, że jak coś łatwe, to nie rozwija. Co gdyby tak spróbować w miejscu zupełnie nieznanym, przepełnionym nieznajomymi, najrozmaitszymi typami osobowości, miejsce, gdzie czas zdaje się nie być niczyją wartością, logika jakby za mgłą a święte, amerykańskie trzymanie dystansu fizycznego w miejscach publicznych wiotczeje? Pojechałam do DMV (Division of Motor Vehicles) żeby sprawdzić jak się tej jogi, medytacji i uważności nauczyłam. DMV to taki nasz wydziału komunikacji, ale naszego nie przypomina. Chyba, że ja z małej wsi jestem, co to tylko na niektórych mapach widnieje, a wiadomo, że jaka wieś, taki wydział komunikacji. Jak kto w Niemczech miał nieprzyjemność rejestrować samochód, to niemiecki TUV (z umlautem) już bardziej przypomina. Opiszę tutaj jak to się przewidująco do wizyty przygotowałam i jak to co całe przygotowanie o kant dupy rozbić można!

Pod budynek zajechałam piętnaście drogocennych moich minut wcześniej. Usiądę sobie półdupkiem na ławce przed wyjścio-wejście, oddech złapię, wejdę jako pierwsza, w porywach, druga, załatwię co trzeba i docenię zrywanie się z łóżka piętnaście minut wcześniej. Zamarłam. Przed budynkiem kolejka. Zaczęłam liczyć dziesiątkami, doszłam do dwóch setek, przeszłam jeszcze z pięćdziesiątkę i stanęłam w kolejce. Dowiedziałam się, że to kolejka po numerek do kolejki głównej.

Pół wieczoru gotowałam herbatę energetyczną. Wrzuciłam trzydzieści ziaren pieprzu na lepsze krążenie krwi, przeciwgrzybiczny cynamon, imbir na problemy gastryczne i infekcje wszelkiego rodzaju, goździki na dzień kobiet i kardamon na całe pozostałe zło. Dodałam łyżkę lokalnego miodu i mleka migdałowego. Uczta herbaciana miała być. Herbatę wyżłopałam w ciągu dziesięciu pierwszym klientów, a przed kolejnych dwieście czterdziestu chciało mi się sikać.

Techniki ćwiczenia uważności, znaczy majdfulnesu, są mi znane. Spostrzeganie siebie w „tu i teraz” wypadło tym razem tak sobie. Oddycham. Jakie powietrze wdycham? Ciężkie, lekko przepocone brakiem klimatyzacji, zastałe. A co ja czuję na swojej skórze? Nie przepuszczającą powietrza kurtkę przeciwdeszczową, bo miało padać, na gołych ramionach, bo miało być ciepło. A co ja takiego słyszę? Kolejne numery wzywane do okienka. Krzyki oburzenia z przywołaniem imienia świętego („Jezus, jaka kolejka!”), czy innej partykuły emfatycznej („what the fuck?”). Co moje oczy widzą? Przekrój społeczeństwa stanu Rhode Island. Wszelkiego rodzaju kształty, kolory skóry, zaburzenia neurotyczne, pojęcia dobrego gustu. Zaraz tam dobrego…gustu, po prostu…

Mówią, że medytować można wszędzie. Włożyłam słuchawki i słucham. Jedna, nic. Druga, nic. Mam różne medytacje, ale takiej do trzygodzinnej kolejki w dziale komunikacji nie mam. Znam jeszcze taką medytację na spłuczkę. Trochę ekscentryczna, ale sytuacja wymaga osobliwych rozwiązań. Relaksujesz się i czekasz na myśl. Jak przychodzi, łapiesz szelmę i do zwizualizowanej ubikacji ciach! Spuszczasz wodę, również wyimaginowaną, ma się rozumieć. Spuszczasz wszystkie myśli, dobre, złe, bez wyjątku. Po kilku minutach, moja wymyślona ubikacja, mimo, że przewidując potrzeby wybrałam rozmiar XXL, się zapchała.

Jeśli umiesz oddychać, umiesz praktykować jogę. Tak piszą. Zaczęłam od stóp. Poszło łatwo. Kręci się jakaś po czterdziestce na conversach. Może kamień w bucie? Może noga ze starości zdrętwiała? Żylaki może? Rozciąganie boczne już niekoniecznie. Wciąż mam opory przed publiczną drwiną. Joga dłoni odpada, pusty kubek po herbacie trzymam. Mięsnie Kegla? Pomysł jest, ale czy to joga jeszcze?

I kiedy już skończyły mi się wszelkie sposoby na powstrzymanie nadchodzącego cichaczem ataku szału, kiedy to już zaciskały się powoli moje dłonie w piąsteczki gniewu, kiedy to już miałam obwieścić rodzinie, że wypisuję się z tego kraju, pakuję manatki i łapię poranny samolot, dostałam wiadomość. Co robisz? Odpowiadam, że próbuję nie wybuchnąć w wydziale komunikacji. Mam za zadanie pomyśleć o kimś w samych superlatywach i wybrałam ciebie. Przez następne kilka minut będę myśleć o tobie. Same dobre rzeczy… – odpowiedziała mi wiadomość. Uśmiechnęłam się do siebie, a na ekranie pokazał się mój numerek.

Czasami sama sobie nie wystarczam…

 

Wywiady na Dzień Dziecka

Cztery lata temu zrobiłam z dziećmi serię wywiadów. Językowe  dwa i taki o życiu. Zupełnie o nich zapomniałam i dzisiaj mi się przypomniało. Fajnie jest takie robić od czasu do czasu. Można porównać, zobaczyć co ich interesuje, co już wcale nie. Informacja, że ryby nie lubili i nadal nie lubią pokazuje mi, że…nie umiem gotować dobrze :-)…a że z problemami poszliby do babci, fajnie usłyszeć… Z okazji Dnia Dziecka zapraszam na wywiady z moimi dziećmi.

 

  1. Wymieńcie swoje najlepsze cechy charakteru.

Kasia: Jestem szczera i mam dobry gust J

Jasiek: Potrafię rozwiązywać problemy i mam poczucie humoru

  1. A jaką cechę charakteru chcielibyście mieć, a nie macie, lub macie jej za mało.

Kasia: chciałabym być mniej wstydliwa

Jasiek: Jestem krótkocierpliwy J

  1. Gdybyś mógł/mogła nigdy więcej nie jeść jednego dania, które robię, co by to było?

Kasia: RYBA!

Jasiek: RYBA!

  1. A wasze ulubione danie robione przeze mnie?

Kasia: Zupa pomidorowa

Jasiek: Soczewica z ryżem

  1. Jakie, twoim zdaniem, byłoby wystarczające dla ciebie kieszonkowe? I na co byś je wydał/wydała?

Kasia: $5.00 tygodniowo i zbierałabym na samochód

Jasiek: $2.00 tygodniowo i zbierałbym na jakieś rzeczy do koszykówki

  1. Jak uważacie, mamy wystarczająco dużo pieniędzy? Jesteśmy bogaci czy biedni? Czy są jakieś potrzeby, których nie umiemy wam zapewnić

Kasia: Chciałabym żeby nasze ubezpieczenie zdrowotne było tańsze

Jasiek: Potrzeby – nie, wszystkie potrzeby mamy zapewnione i wydaje mi się, że mamy wystraczająco dużo pieniędzy

  1. Kiedy jesteś smutny/smutna co sprawia, że czujesz się lepiej?

Kasia: Izzy (pies)

Jasiek: sport i Izzy

  1. Co was szczególnie zasmuca?

Kasia: Ocieplenie klimatu, ogólnie Stany i opłaty za studia w tutaj

Jasiek: Prezydent

  1. Jak myślisz kto jest największym geniuszem wszech czasów?

Kasia: Nie wydaje mi się, że istnieje jeden człowiek, który jest mądrzejszy od innych.

Jasiek:  Nie wydaje mi się, że jest jeden – jest wielu mądrych i znaczących ludzi na świecie

  1. Gdybyś mógł/mogła być kimś/czymś kim nie jesteś, kto/co by to było?

Kasia: Chciałbym być psem

Jasiek: Piłką do kosza J

  1. Gdybyś mógł/mogła przemeblować i udekorować nasz dom, jak by wyglądał?

Kasia: zmieniłabym cały nasz dom, chciałabym mieć basen, mieszkalną piwnicę i garaż

Jasiek: Wyglądał by źle, bo ja się nie znam na takich rzeczach

  1. Twoja ulubiona książka.

Kasia: W zasadzie czytam tylko książki, które czytamy w szkole, ale bardzo podoba mi się Lot Nad Kukułczym Gniazdem

Jasiek: Seria Niefortunnych Zdarzeń, Lemony Snicket

  1. Czy oglądałeś/oglądałaś ostatnio film, który cię poruszył?

Kasia: Moonlight!!!!

Jasiek: Hidden Figures (Ukryte Działania)!!!

  1. Kogo najbardziej podziwiasz? I za co?

Kasia: Carrie Brownstein, aktorka, pisarka, muzyk, komik, dziennikarka. Podziwiam ją za to, że robi to wszystko i jest w tym bardzo dobra

Jasiek: Podziwiam profesjonalnych sportowców

  1. Jak myślisz, co jest w kosmosie?

Kasia: planety i duch psa Łajki

Jasiek: planety, gwiazdy, galaktyki, kurz itd…

  1. Co fajnego robiliśmy ostatnio całą rodziną?

Kasia: Kanada

Jasiek: wycieczka do Kanady

  1. Gdzie chciałbyś/chciałabyś pojechać na rodzinny weekend?

Kasia: do Japonii

Jasiek: do któregoś z krajów skandynawskich

  1. W jakim sporcie czujesz się najlepiej?

Kasia: w żadnym

Jasiek: koszykówka

  1. Dlaczego sport jest ważny dla ciebie?

Kasia: nie jest

Jasiek: bo poprawia zdrowie i jest fajny

  1. Z czego, co zrobiłeś/zrobiłaś jesteś najbardziej dumny/dumna?

Kasia: stopnie – As and Bs (Kasia: koniecznie mamo napisz As and Bs!), nauczyłam się grać na gitarze, SAMA!

Jasiek: Mistrzostwo naszego miasteczka w koszykówce

  1. Opisz najpiękniejsze miejsce na świecie.

Kasia: Eibsee (jezioro w Garmisch, Niemcy)

Jasiek: wysokie góry

  1. Ile czasu, według ciebie, powinno się spędzać przed komputerem?

Kasia: 1 godzina

Jasiek: 1 godzina

  1. Najbardziej ohydna rzecz, która przychodzi ci do głowy to:

Kasia: klatka schodowa w naszej szkole, pod którą mieszkają szczury

Jasiek: pleśń na jedzeniu

  1. Kto, z rodziny czy naszych przyjaciół jest ci najbliższy (oprócz rodziców i brata/siostry)?

Kasia: Maggie, babcia

Jasiek: babcia, Tommy

P.S. Maggie i Tommy to rodzeństwo J…ale mają szczęście!

  1. Co najbardziej denerwuje cię w dzisiejszym świecie?

Kasia: podziały w społeczeństwie

Jasiek: Trump

  1. Jedno wspomnienie z przedszkola.

Kasia: kiedyś wszyscy byliśmy przebrani za psy w przedszkolu i jedna pani dała nam takie ciasteczka, ja myślałam, że to są prawdziwe psie ciasteczka i że jest tam mięso i bardzo się bałam, że będę musiała je zjeść…

Jasiek: na przerwie wykopaliśmy z chłopakami dziurę w lesie żeby ktoś do niej wpadł

  1. Co podoba ci się w twojej szkole?

Kasia: widok z okiem na park

Jasiek: biblioteka, bo jest klimatyzowana (reszta szkoły nie jest)

  1. Gdybyś był/była niewidzialna przez jeden dzień, co byś robiła/robił?

Kasia: wkradłabym się do samolotów żeby podróżować darmo

Jasiek: straszyłbym ludzi

P.S. Za pierwszym razem kiedy ich zapytałam (pytałam oddzielnie) odpowiedzieli, że poszliby do lekarza. Zapytanie na mojej twarzy…Aha, „niewidzialny” a nie „niewidomy”…

  1. Ulubiony deserek.

Kasia: lody Magnum z orzechami

Jasiek: lody miętowe

  1. Co myślisz o Polsce i Polakach?

Kasia: są fajnie i mądrzy, ale nie wiem co się tam teraz dzieje politycznie – wariactwo!

Jasiek: Polacy są bardzo mili i szczerzy i tacy “no bullshit”

  1. Co jest najlepsze w mieszkaniu w Rhode Island?

Kasia: jest bardzo zielono i to, że tutaj adoptowaliśmy tutaj kota i psa

Jasiek: to że mieszkamy bardzo blisko boiska do koszykówki

  1. Gdzie chcielibyście być za dwa, trzy lata?

Kasia: na studiach

Jasiek: gdzieś w Europie

 

Głowa u fryzjera…

Absurdalny pomysł z odizolowaniem głowy od reszt ciała przyszedł mi u fryzjera. W Niemczech od drzwi powiadamiałam fryzjerów, że po niemiecku nie mówię. W obawie, że mówią po angielsku, przynosiłam polską gazetę i w ciszy i spokoju robiłam sobie prasówkę podczas gdy po niemiecku zajmowano się moją głową. W Stanach, zdekonspirowałam się bezmyślnie na pierwszej wizycie i teraz nie ma zmiłuj, muszę rozmawiać. Bo ja, moi drodzy, nie lubię rozmawiać u fryzjera. Źle znoszę, staję się werbalnie nieprzyjemna, nie wzbudzam sympatii. Pomijam oczywiście znajomą fryzjerkę z Polski (pozdrowienia dla pani Magdy), bo z nią owszem i to bardzo. Z innymi nie.

Nie wiem, czy tak jest wszędzie, ale w naszym salonie nie ma prasy. Taka sytuacja narzuca wymóg budowania relacji ze stylistą fryzur. Stylistka pracuje nad ową relacją od wejścia. Rzuca komplementem, że buty niczego sobie i za moją torebkę to by się dała tępym nożem pokroić. Upewniając mnie w słuszności wizyty, otwiera ze zdziwienia oczy, że włosy moje takie zaniedbane, takie siwe, takie długie i przesuszone. Przeprasza natychmiast za szczerość. Obiecuje, że się mną zajmie i zapewnia, że będę bardzo zadowolona z jej usług. Tak na wszelki, gdyby moje końcowe wrażenie było odmienne. Proponuje wodę z cytryną, lub mięta, kawę z mlekiem, koniecznie migdałowym, bo oni tutaj przecież krowim nie trują. Usiadłam, z torebki artykułu o treningu uważności (o ironio!) nie wyjęłam, bo już nie chciałam być większym niemilcem niż jestem i w słowotok pani fryzjerki się zatopiłam. Opowiadała o wszystkim co mnie nie interesuje. Paznokcie ma za długie, ale za długo pracuje żeby się nimi ktoś zajął, że Steve zadzwonił, ona nie odebrała, wysłał tekst do jej matki, matka z pretensjami do niej, ona się tłumaczy, że jechała samochodem a policja stała, bo na A95 zawsze stoją, tam za tą kawiarenką gdzie mają niebiańsko pyszną kawę, ale trzeba przyjechać pół godziny wcześniej, takie kolejki, nawet w tygodniu, nawet dżdżystą aurą też kolejki.

I tak myślę sobie jak byłoby fajnie gdyby można było odkręcić głowę od tułowia, ustawić mózg na jakiś Nie Przeszkadzać, zostawić u fryzjera, a reszta niech sobie kąpiel weźmie, na klawiaturze, metodą mnemotechniczną popisze, na spacer z psem pójdzie.

-Cześć Ania, gdzie głowa?

-U fryzjera. Twoja też?

-Nie, ja u dentysty zostawiłem. Ten ból i odgłos wiertła nie do wytrzymania.

– Jutro mam regulację brwi i tak się zastanawiam…

-Pewnie, że zostaw. Baby w tym salonie takie wścibskie. Nic tylko plotkują.

-No dobra, lecę po moją. Do ZOBACZenia!

-Hi hi…Buziaki…no może jednak jutro te buziaki…

-Ha ha ha…

Z wizji tej intrygującej wyrywa mnie „A co tam u dzieci? Ma pani dzieci, nie?”. Oj matko jedyna… Mam taki sposób na nudne rozmowy. Bardzo często żeby nie zasnąć, albo nie zanudzić intelektu na śmierć, analizuję język mojego rozmówcy. Sprawdzam w jakim czasie zbudował zdanie, ile razy użył danego łącznika, czy używa synonimów, różnorakich przymiotników itd. To niezawodny sposób na nudne spotkania w pracy, długie telefoniczne rozmowy z bankiem, monolog fryzjera. Kiedy zaś ja muszę coś mówić, próbuję urozmaicić swoje wypowiedzi. Jak długie zdanie uda mi się wypowiedzieć unikając zapowietrzenia się? Iloma przymiotnikami mogę opisać jakiś rzeczownik? Może powtórzyć informację dwa, trzy razy i sprawdzić czy odbiorca zauważy? W ciągu ostatnich trzech lat na pewno wiele razy poinformowałam stylistkę moich fryzur, że mam dzieci. Oczywiście nie wymagam, żeby pamiętała znaki zodiaku wszystkich dzieci swoich klientek, ale może warto się zastanowić nad jakimś scenariuszem rozmów podczas kolejnych wizyt i nie powtarzać pytań. No nie wiem…Tak proszę mojej pani stylistki fryzur, jestem mamą dwójki, urodzonych drogą naturalną, po trzech partych na łebka, w odstępnie czterech wiosen (takoż i zim, jesień i pór letnich), płcią różniących się od siebie dość znacząco dzieci.

–  Zapisać panią na kolejną wizytę?

– Tak, na rok dwa tysiące trzysta pięćdziesiąty szósty jak się nauka rozwinie na tyle, że będę mogła tylko moją głowę wam dostarczyć.

– Taka pani śmieszna, pani Aniu…

 

 

 

Pimpek…

Z Amerykanami w domu, w pracy, przy stole, na zakupach, na nartach i w łóżku spędziłam siedemnaście lat. Na początku dziwi się człowiek, że mleko zimne zamiast kompotu piją, że w rozciągniętych dresach publicznie się pokazują, wieszają flagi na kominie, traktorze, furtkach i na majtkach. Łażą w butach po domu i nie prasują T-shirtów. Z czasem powszednieją dziwności i okazuje się, że tak samo jak my zaczynają się odchudzać i po dwóch dniach rezygnują, wpinają tęczę w klapę, ale modlą się żeby ich dziecko nie było gejem i tak samo głupio głosują na prezydenta. I kiedy wydaje nam się, że znamy ich od podszewki, że nic nas nie zaskoczy, taka sytuacja…

Maggie poznała pana. I Maggie i pan w wieku średnim. Poznali się i pokochali. Pan miał psa. Pies był jamnikiem i wabił się Pimpek. Maggie pokochała Pimpka jak swojego. I tak się kochali dwa lata. Były święta z Pimpkiem pod choinką, Pimpek z jajkiem świątecznym w pysku i niezapomniane zdjęcie nagiej Maggie leżącej na łódce z papierosem w ręku, czytającej książkę. Jej nienaturalnie, jak na jej wiek, jędrne piersi zdawały się nie podlegać prawom grawitacji, a umięśnione plecy udekorowane były leżącym na nich Pimpkiem miziających ogonem jej bok. Pewnego dnia Maggie i pan od Pimpka przestali się kochać i przestali stanowić podstawową komórkę społeczną. Maggie nie zamierzała oddać Pimpka panu. Poszła do sądu i wygrała sprawę o opieką nad Pimpkiem. Pan od Pimpka z żalu wsiadł na statek i odpłynął. Maggie dostała oficjalne świadectwo adopcji Pimpka, które oprawione wisiało nam jej łóżkiem. I tak im było błogo kilka dobrych lat. Pewnego dnia Pimpek zmarł. I nie ma co ironizować, tragedia wielka, bo, że tak banałem rzucę, jak się zwierzę do domu zabiera, staje się takie zwierzę częścią rodziny. Maggie postanowiła jednak żałobę w czyn przekuć i wyprawić Pimpkowi pogrzeb jak się patrzy. A patrzyło się wielkimi gałami. W pięknym, wiosennym już ogrodzie zebrało się dwadzieścia i trochę osób i czworonogów w wieku bardzo różnym, w stanie umysłu również bardzo różnym. Na kilku sztalugach Maggie postawiła powiększone zdjęcia Pimpka z różnych etapów jego życia, wykopała dół, przybrała kwiatami i tkaniną jakąś purpurową. Do piersi tuliła piękną urnę z prochami Pimpka. Po ciepłym przywitaniu gości i podziękowaniu im za liczne przybycie, Maggie odwaliła mowę pogrzebową. A że Maggie niezła jest w te klocki, znakomicie wygłoszona mowa była dopracowana w szczegółach, przemyślana dokładnie, umajony licznymi zwrotami akcji! Maggie przytoczyła kilka epizodów z życia Pimpka, po jednym z każdej kategorii: smutne – jak to tęskniła za Pimpkiem kiedy czekała na papiery adopcyjne, zabawne – jak to Pimpek uwielbiał znosić kamienie do domu i próbował je zakopywać w dywanie, dramatyczne – jak to Pimpka rower prawie potrącił, melancholijne – jak to Pimpek wskoczył Maggie na kolana kiedy ona była w dołku i ryczała jak wół, oparł łapki na jej ramionach i przytulił swój długawy, jamniczy pyszczek do jej mokrego od łez policzka. Następnie Maggie odśpiewała bardzo ubogą w tekst (tylko tyle, że Pimpek kochany jest i że jest kochany bardzo…), muzycznie nieco bardziej różnorodną i czasowo przydługawą, ulubioną piosenkę Pimpka. Własnej roboty ma się rozumieć. Na koniec przeczytała list Julii do Romea w którym zamieniła imię „Romeo” na „Pimpek”. Tłum szalał w żałobie. Każdy z przybyłych poproszony był o przyniesienie kamienia. Pimpek uwielbiał kamienie i miał je również ze sobą w zaświaty zabrać. Każdy podchodził do dołu, w którym Maggie delikatnie umieściła urnę, i kładł kamień dla Pimpka po czym rzucał garść ziemi żegnając go na zawsze. Maggie poprosiła wszystkich żeby stanęli wokół grobu Pimpka i zawołali chórem coś w rodzaju „niech spoczywa w pokoju.” Następnie każdy z przybyłych miał wykrzyczeć imię swojego zmarłego pupila, po czym wszyscy znów chórem „niech mu ziemia lekką…” I tak pożegnali psa, członka rodziny, bezwarunkową miłość, wiernego przyjaciela… Na koniec Maggie zaserwowała gościom hot dogi. Tak z przymrużeniem załzawionego oka.

Pies Izabela jest bezsprzecznie członkiem naszej rodziny i kiedy nadejdzie czas, pogrzeb, bez wątpienia, będzie miała pierwszorzędny. Status kota jest pod znakiem zapytania ze względu na zmasowane ataki i niemożliwość przystosowania się do, w moim mniemaniu, niezbyt wysokich wymogów utrzymania higieny osobistej. Daliśmy jej czas do końca maja. Wracając do pogrzebu, ja tam kobieta ambitna jestem i uwielbiam konkurencję, szczególnie jeśli biega o imprezy, zjazdy i spotkania. U znajomych na imprezie świątecznej jest piękna choinka, u mnie będę dwie. Piękniejsze. Ktoś własnoręcznie pomaluje jajka, ja je z włóczki wydziergam. Ktoś kupi dobre wino, ja zrobię kurs sommelierski i prezentacje win świata. Niech tam zwierzęta długo żyją i niech im zdrowie służy, ale jak by co, to się śpiewem i recytacją nie zadowolę. Planuję biegi przez płotki z kuwetami pod pachą, konkurs dekorowania worków na odchody i tarzanie się w zdechłej rybie na czas. Zapraszam!

Wesołych…

Moja młodzież jakieś dziesięć lat temu

Chciałam napisać, pomysł nawet miałam, wydawał się znakomity. Przed pisaniem przeczytałam dwa posty. Oba dokładnie o tym, o czym chciałam pisać, oba w punk, na temat. Oba posty moje. Sprzed dwóch i trzech lat. Nic się nie zmieniło. Po co pisać nowe, jak stare dobre i aktualne. Wklejam oba i życzę Wam wszystkim wesolutkich świąt, kicających jajeczek, kolorowych kurczaków i ciepłej wody w sikawkach. I nie zrażajcie się melancholią i wielkanocnym przygnębieniem moich postów. Radujcie się! Wszak zmartwychwstał!

Kwiecień 2014

Uparł się, że na święta chce do domu. Lekarze twierdzili, że powinien zostać w szpitalu. Obawiali się o jego osłabione serce. Żona prosiła żeby został. Obraził się na żonę. Że nie będzie leżał w szpitalnym łóżku w czasie świąt. I tak się nim nikt w święta nie zajmie. Że jak ma leżeć, to przecież w domu może. Obraził się, że go ona nie chce w domu. Głupi. Przecież chciała. Jak to święta bez męża? Pewnie, że chciała. W weekend odpoczywał w domu. Leżał i bolała go głowa. Czasami mniej, czasami bardziej. W poniedziałek postanowił iść do pracy. Tyle roboty jeszcze przed świętami. Bez niego nie dadzą sobie rady. Żona w kuchni robiła kanapki jemu do pracy. On wyszedł przed dom. Upadł i zmarł.

Święta były i owszem. Ktoś przyniósł bigos, ktoś inny sernik. Wszyscy byli ubrani na czarno. Było tych czarnych sporo przy stole. Ktoś wpychał żonie łyżkę rosołu. Ktoś zabrał dzieci na długi spacer. Bardzo cichy spacer. Nikt nie wie jak rozmawiać o śmierci w Wielkanoc. Ani w żadne inne święta. Poszli do kościoła. Dziewczyna na złość nie odmówiła żadnej modlitwy. Wypchali ją do komunii. Chłopiec poszedł za nią. Były jakieś plotki o Jezusie, który ponoć zmartwychwstał czy coś. Bez echa przeszły te plotki. To nie dotyczyło ich rodziny. U nich takie czary się nie dzieją. U nich jest normalnie.

Odtąd jego rodzina nie lubiła Wielkanocy. Nie żeby się zupełnie odcięli. Dzieci jajko pomalowały. Z koszykiem się poszło do kościoła. W lany poniedziałek z uśmiechniętą twarzą waliło się tanimi perfumami. Kiedy pojawiły się małe dzieci to i nawet weselej się zrobiło. Co roku zdjęcia z jajem i w ślicznej sukience były. Baranka z masła żona ulepiła. Sernik ukręciła i nawet w gardle jej nie stanął. Ale klimat się osadził i został na zawsze…

Kwiecień 2015

Jak ci ukochany pies Pimpek ucieknie w pole jedenastego listopada, to Święto Niepodległości już zawsze będzie ci się kojarzyło z lataniem w gumofilcach po polu! Jak cię facet zostawi w Walentynki, to co roku przemalowujesz wszystkie serca na czarno i strzelasz z łuku zza roku kamienicy w ściskające się pary. Jak spędziłaś Wigilię w szpitalu przy łóżku chorego dziecka, to każdy kolejny opłatek łamie się jakby bardziej. Jak ci członek rodziny, taki ojciec na przykład, odejdzie w przedświąteczny poniedziałek, to na długie lata jajka wielkanocne mają szarawy kolor, a baranek w koszyczku jakiś smutnawy.

Potem pojawiły się dzieci i Wielkanoc na kilka kolejnych lat stała się kolorowa, z kicającymi pastelowymi królikami i kurczakami w nienaturalnych kolorach wydalającymi jajka w sreberkach. W lata parzyste było zaglądanie sobie do wózków w starokrzepickim kościele i przeważnie sztuczne chwalenie różowych falbanek na sukienkach i antenek na berecikach. W nieparzyste, dogłębna analiza Polonii bawarskiej w zatłoczonym kościele w Monachium.

Od kościoła odcięliśmy się dawno, a ja jestem marną i zupełnie niezasłużoną duchową ostają naszej agnostycznej komórki społecznej, ale świętości mi brakuje. Jak się człowiek kościołem, drogą krzyżową i ciemnicą otoczy, to i gorzkie żale robią się mniej gorzkie. I w Polsce i na Bawarii świętość świąt włazi drzwiami i oknami nawet jeśli laickie drzwi zaryglowane, a świeckie okna dechami zabite. I dobrze mi tak było. Mogłam się swobodnie buntować przeciwko kościołowi i obyczajom katolickim, dyskutować nad ukrzyżowanym i krzyżującymi, ale w sobotnie południe brałam nasz wegetariański koszyczek i ciągnęłam towarzystwo do kościoła. Dla mnie to polski obyczaj, tradycja i część polskiej kultury, którą staram się przekazać dzieciom. I zgadza się, książkowy przykład hipokryzji, ale mam to gdzieś. Robię tak jak mi środek, czy jakiś amerykański „gut” podpowiada. A subtelna bawarska, czy czasem lekko nadmuchana polska demonstracja wiary i pobożności nie przeszkadzała wcale.

Dziś Wielki Piątek, a u mnie w domu dwaj wytatuowani panowie naprawiają dwustuletnią ścianę słuchając Scorpionsów zamiast męki pańskiej. Dzieci w ogródku grają w naziemną wersję quidditcha zwaną w mugolskim świecie Lacrosse zamiast oglądać Pasję i malować jajka. I kartka na drzwiach TJMaxx z napisem, że w niedzielę nieczynne, przypomina o tym żeby dzień święty święcić, wszystko jedno jak, byle po sklepach nie łazić! Alleluja!

 

Pierwszy dzień…

Ten wpis powstał w ramach wiosennego projektu Klubu Polki na Obczyźnie. Mój pierwszy dzień w nowym kraju wydarzył się 16 lat temu. Przyleciałam do Garmisch-Partenkirchen w Bawarii. To wszystko co pamiętam z moich pierwszych dwudziestu czterech godzin na obczyźnie…

Na lotnisku w Warszawie pożegnała mnie przyjaciółka, autorka zdjęcia. Lotnisko, jak widać raczej puste, obsługa na pogaduchach. Ja mam na sobie lniany mundurek w stylu Mao Zedong, w jednolitym, biegunkowym kolorze, nie zakłóconym żadnymi dodatkami i mam też całkiem niezły tyłek. Dziecko płci żeńskiej, mimo, iż trudno rozpoznać, nie umiejące jeszcze chodzić, mimo, iż w wieku dwunastu miesięcy powinno, siedzi w wózko-plecaku z najmodniejszego wtedy Mothercare. Wózko-plecak oprócz tego, że kosztował fortunę, to podczas metamorfozy z wózka w plecak, łydki dziecka zgniatał odcinając doń dopływ krwi. Dobrze się za to prowadził, mało miejsca zajmował i chwilowo pozwalał mieć wolne ręce, bo jak widać dziecko łapki wyciąga nawet na zdjęciu. Ze zdjęcia wynika jeszcze, jak się dobrze białej kartce przyjrzeć, że Ameryka wtedy mlekiem i miodem płynąca była, rząd miał gest i BUSINESS CLASS ONLY zafundował.

Po godzinnej, samochodowej podróży z lotniska w Monachium do Garmisch, dotarliśmy do tymczasowego zakwaterowania. Ładne. Jasne, pojemne, z bawarskimi meblami, pierzynami pod sufit, lśniącym parkietem, obok stacja paliw Agip, z tyłu szumiąca moczopędnie rzeczka. Wokół góry. Ponoć. Tak mówi mąż, bo leje jak z cebra, zimno, że kijami można się prać i mgła leży na ulicy. Typowy lipiec w Garmisch. Góry widzę tylko na malunkach na sąsiednim budynku. Mam nadzieję, że z pamięci nie rysowali i że od czasu do czasu je widać. Kasia płacze. Płakała też cały lot. Jest albo zbyt zmęczona, albo za bardzo wyspana. Jest albo głodna, albo przejedzona. Nudzi jej się albo przestymulowana. Ja po Aviomarinie ledwie się na nogach trzymam i zgadywać nie będę. Chris krząta się po obcym mieszkaniu, otwiera nie te półki, wyciąga nie te produkty. Ja marzę o tej pierzynie pod sufit. Na kolacje ryba, ryż i kolba kukurydzy. I moje pierwsze, lokalne piwo bawarskie. Kasia – niejadek opróżnia talerz. Walczy z wyślizgującą się z rączek kolbą kukurydzy. Jest remis. Zjada też znienawidzą rybę. Znaczy płakała z głodu. Mam ochotę na deser. Mam też ochotę na spanie, ochotę przekląć siarczyście i ochotę wrócić do domu. Najlepiej natychmiast. Chris przynosi migdałowe Magnum ze stacji paliw Agip. Przy deserze opowiada o tym jak tutaj pięknie, że nasze prawdziwe mieszkanie już tuż-tuż, że musi dużo pracować, ale ja sobie świetnie dam radę, że muszę do Ikei do Austrii podskoczyć (jak się później okazało z tysiąc razy), ale fajnie, bo paszportów nie sprawdzają na granicy. Taki bajer. Muszę do urzędu (nie trzeba mówić, że do tysiąca urzędów), na kurs niemieckiego, koniecznie wejść na Wank, koniecznie zobaczyć Eibsee, poznać kolegów z pracy. Świetni ludzie. Patyczek po Magnum wywalam do nie tego co trzeba kosza na śmieci i idę do łóżka. Płaczę w poduszkę.

Rano budzą mnie promienie słońca. Pachnie kawą. Znaczy, że się Chris zapoznał ze sprzętem kuchennym. Idzie po świeże, chrupiące bułki na śniadanie. Od tego dnia, codzienny jego rytuał. Kasia uwielbia bułki. Przebiera pulchnymi nóżkami siedząc na wysokim krześle i dłubie paluchem w bułce. Później nazwała to „wyskubanko”. Wychodzę na balkon. Na dole rzeczka szumi i stymuluje pęcherz. A wyżej góry… Cały horyzont zajęty górami. Podeszczowe, czyste powietrze sprawia, że wyglądają nierzeczywiście blisko, ostro, prawdziwie. Zniewalają wzrok, odbierają oddech. Wierzchołki przysypane śniegiem. Typowy lipiec w Garmisch. No miał rację, że pięknie… Odwracam się i widzę Kasię na końcu korytarza. Stoi z rączkami po bokach, w jednej bułka, chwieje się na boki, ale podnosi gołą stopę i stawia do przodu, potem drugą, kolejny krok, kolejny i idzie…

Lista do Seattle…

Przed wylotem do Seattle zrobiłam dzieciom plan zajęć na cały tydzień. Wisi na drzwiach wyjściowo-wejściowych i oczy się o niego potykają. Ponoć wszystko idzie zgodnie z planem (piszę z pokoju hotelowego). Tutaj notka dla zainteresowanych: mini post na temat kalendarza w temacie dwujęzyczności tutaj. Zapraszam. Kalendarz jest bardzo nakazujący, nie wspomina o przyjemnościach, nie wylicza ani duchowych ani fizycznych rozrywek. Pakując się, na walizce znalazłam plan zajęć dla mnie zrobiony przez moje dzieci. Nie ma kuwet, czapek na uszy bo zimno, odkurzania i matematyki. Są same duże przyjemności i małe uciechy. Moje dzieci są lepszymi dziećmi niż ich matka mamą z tego wychodzi. Chyba że dzieci są takie, bo matka tak wychowała, wtedy brawo ja! To jedziemy z listą…

widok z okna naszego centrum konferencyjnego

TAKE LOTS OF PHOTOS było napisane. To też wzięłam. A było czego brać. Seattle jest niezwykle ciekawym miastem. Pogoda jest w kratkę z przewagą kraty deszczowej. Jakaż natomiast radość kiedy na kilka minut, niespodziewanie wyjdzie słońce. Szklane budynki odbijają się w sobie nawzajem, odbijające się również obłoki płynnie suną w oknach i szklanych ścianach, woda ze szmaragdowego przybiera niebieski kolor. Atmosfera miasta – NIESAMOWITA! Wydaje się, że zziębnięci ludzie szukają ciepła i kolorów w ubiorze, w wyborze używek rozweselających, w muzyce na ulicach, śpiewie, na pełnym życia, kolorów, zapachów targu rybnym i w tysiącach restauracji, kafejek, barów i stoisk z pysznym, na oczach ludzia robionym jedzeniu. Na targu rybnym jadłam najsmaczniejszą w życiu kanapkę z lekko zwęglonym łososiem. Repeta leży obok mnie kiedy to piszę.

Chuhuly Garden 

BUBBLE BATH…no nie lubię. Uważam to za stratę czasu i nawet moje ćwiczenie uważności na gnuśnienie w kąpiel bąbelkowej nie pomoże.

Space Needle

NAILS…U nóg zawsze pomalowane, u dłoni tylko w bardzo ważnej sprawie. Seattle zaliczyłam do kategorii ekscytujące, nie ważne.

ryby na targu 

DRINK WINE… w Rhode Island nie można kupić alkoholu w sklepie spożywczym. Są od tego oddzielne, alkoholowe. Myślę, że to zmniejsza konsumpcję alkoholu przeciętnego Amerykanina. Amerykanin kiedy ma zrobić dodatkową pracę kończynami dolnymi, woli nie pić. A ja spacery lubię. Przespacerowałam się do drogerii po plastry na bąbla na nodze, a tam w drogerii wino, do tego moje ulubione. Jak tu nie pić wina jak stoi między plastrami a podpaskami. Oprzeć się nie można.

mokra uliczka w Seattle

AND COFFEE…W marcu 1971 roku założony w Seattle pierwszy Starbucks. Od tego czasu otwierają chyba co kwartał nowy, bo ma się wrażenie, że kupujesz kawę w jednym, robisz dwa łyki, a trzeci łyk robisz mijając kolejny Starbucks. Na dobrą sprawę można przejść całe miasto bezustannie siorbiąc Starbucksową, kawę jak kto lubi.

zdjęcia pożaru w Seattle w 1889 roku, w którym spaliło się dosłownie całe miasto

TEA…no właśnie. W Stanach ogólnie jest słabo z dobrą herbatą. Nawet z niedobrą też jest problem. Przywiozłam swoją lawendową i kupiłam wodę gotowaną do niej. W Starbucks ma się rozumieć.

Chuhuly Garden 

MAKE SOME FRIENDS…Iluż ja ludzi poznałam…żeby tam od przyjaciele, nie powiedziałabym (z wyjątkiem jednego przypadku), ale poznałam bardzo ciekawych ludzi na konferencji. Wszyscy bardzo inteligentni, inspirujący pasjonaci języka i jego nauczania. Niesamowite jest to jakiego kopa może dać autor książki, której nie przeczytałam, jak mocno potwierdzić moje przekonania dydaktyczne dyrektor programowy nieznanej mi organizacji. Ile inspiracji może przynieść pięciominutowa rozmowa z wysuszoną jak śliwka nałęczowska specjalistką od szkolenia nauczycieli. Jak się można intelektualnie zakochać w językoznawczyni z ciężkim słowackim akcentem. Uważam to za zaszczyt, że mogę poznać, posłuchać, otrzeć się ramieniem o takich ludzi.

DON’T FORGET TO MEDITATE…nie zapomniałam. I nie zapomniałam też dzwonić do dzieci każdego dnia, czasem razy dwa nawet…się chwali i poklepuję się po plecach.

GET SOME SLEEP…rozmiar królewski łóżka zobowiązuje. Spałam. Sama. Dużo i spokojnie. Bez innych jednostek ludzkich, psich czy kocich, skaczących po mnie i z braku myszy przynoszących nocą w hołdzie hałaśliwe, kocie zabawki pod nos.

CONFIDENCE…napisane dużymi literami, znaczy, że ważne! No coż…chyba z tym mam najgorzej. Trudno czuć się pewną siebie w sali samych pewnych siebie uczestników, zadających pytania, które wprawdzie przyszły mi do głowy, ale głowy nie opuściły. Trudno czuć się pewną siebie kiedy wielu z przedstawiających oszałamia wiedzą, językiem, znajomością tematu, charyzmą. Trudno czuć się pewną siebie i wypytywać o możliwości pracy, współpracy, kooperacji i koprodukcji. Kursu asertywności nie zaliczyłam. Trudno czuć się pewną siebie kiedy czas niepewny, praca niepewna, mózg niepewny i serce nie nadąża. Doniesiono mi , że na niepewną nie wyglądam. Może ze mną już tak źle, że nie jestem pewna, że jestem choć ciut pewna siebie…

DON’T FORGET…jak miałabym zapomnieć o konferencji jak sześć tysięcy uliczników biega po mieście z identyfikatorami TESOL. Na pierwszą moją konferencję, i jedyną jeśli mnie dziurawa jak sito pamięć nie myli, dojechałam rowerem. Była w hotelu pięć minut od mojego domu i dotyczyła budżetu rad szkolnych w szkołach ministerstwa obrony US w Europie. Bardzo zawężony temat, toteż i grono, a przede wszystkim entuzjazm był wielce zawężony. Moje zaangażowanie było również minimalne. Nic poza tym żeby się od Włoszek wywiedzieć gdzie fajne buty można kupić, mnie nie interesowało. Na konferencji TESOL wręcz przeciwnie. Wszystko mnie interesował. Aż za bardzo. Interesujących mnie tematów było zdecydowanie zbyt wiele, prelegenci w większości znakomici, słuchacze zaangażowani, a ja zasłuchana po uszy. Mam głowę pełną pomysłów i poprawek do tych pomysłów. Mam tylko nadzieję, że pamięć nie zawiedzie i że notatki dobre.

TedTalks w klasie…trochę się chyba zakochałam w panu…

STAY AWAT FROM CALIFORNIA…nikt, łącznie z autorem tego punktu nie mam pojęcia co to znaczy. No ale do Kalifornii było daleko, więc zaznaczam, że zrobiłam…

WATCH OUT ON FLOATING BRIGDES…z aż dwoma znakami zapytania. Nie zaznaczam, bo mostu takiegoż nie widziałam więc i uważać nie było potrzeby.

HAVE FUN WITH THE POLISH LADY…no właśnie…Polish Lady. Znalazłam taką jedną przez Internet, przed wylotem do Seattle. Poznałam pierwszego dnia i pokochałam od pierwszego wejrzenia. Myślę, że to właśnie ona była punktem głównym tej konferencji. Cudowna, ciepła, otwarta, niezwykle mądra życiowo i profesjonalnie, pełna pomysłów, ochoty do pracy i takiego zbalansowanego entuzjazmu. Była moją towarzyszką pokarmową, słuchaczem i bardzo ciekawym gadaczem. Przegadałyśmy wiele godzin zwiedzając miasto, pijąc wino i gorącą herbatę w pokoju hotelowym. Polish Lady jest inspiracją, drzwiami do nowych możliwości i pomysłów, kimś kogo podziwiam i bardzo szanuję! I myślę, że będzie o niej jeszcze głośno!

Chuhuly Garden 

EAT GOOD and EXPENSIVE FOOD…okazuję się, że good wcale nie jest expensive w Seattle. Opinie są takie, że Seattle słynie z dobrego, różnorodnego, lokalnego i zdrowego jedzenia. Opinia raczej w punk. Jedzenie pyszne!! Spałzowałam weganizm na tydzień i wyjadłam mieszkańcom Seattle wszystkie ryby. Nigdzie ryby nie smakowały tak dobrze jak tam. Łosoś z Alaski, który pewnie na płetwach sam przychodzi do restauracji i się na talerz rzuca był wyśmienity. Libański lancz ostatniego dnia – niebo w gębie! Jedzenie jest zdecydowanie jedną z atrakcji Seattle.

Dodatkowo poczytałam książkę w łóżku, spędziłam przemiły wieczór barowy ze znajomą sprzed stu lat, znalazłam jogę na kaca (tak, jest taka!!), nie zgubiłam klucza do pokoju hotelowego i pobiłam rekord w przedstawianiu się i tłumaczeniu się z akcentu, skąd jestem, skąd się czuję, że jestem, dlaczego mnie tam nie ma i kiedy tam będę… Jeśli ktoś organizuje konferencję, poproszę o zaproszenie. Dobra jestem w te klocki!

 

 

 

 

Kalendarz…

Taki właśnie kalendarz zrobiłam dla dzieci kiedy wyjeżdżałam na tygodniową konferencję do Seattle. Wiadomo, kalendarz po to żeby dzieci nie poszły bez butów, czy głodne do szkoły, żeby dobytek czworonożny nie był zmuszony zjadać właścicieli, żebym ich wszystkich zobaczyła w dobrym zdrowiu i żeby mogła przejść przez dom nie potykając się o kanapki na podłodze i majtki na poręczy schodów. Kalendarz dla dzieci taki na wtedy kiedy nas nie ma, ale też na wtedy kiedy jesteśmy. Myślę, że przyda się i podczas naszej obecności. To świetne, pod warunkiem, że macie coś, czego mnie brak – czas, niedzielne, wspólne zadanie dla was i dla dzieci. Można pokolorować, wspólnie ustalić kto co robi i fajnie jest odfajkowywać poszczególne zadanie kiedy już są skończone. My co sobotę rano robimy menu na cały tydzień. Graficznie, bardzo nieapetyczne, ale spełnia swoją rolę. Robię zakupy tylko tych produktów, które są mi potrzebne, dzieci nie marudzą, że jakaś obiad – niespodzianki. Siedzieli z nami w sobotę i krwią kontrakt obiadowy podpisały. Jako rodzina wegetariańska łatwiej jest nam również ustalić proporcje i rodzaje potrzebnych do życia produktów. No i kalendarz, jak i menu są po polsku. Powtarzające się słowa w kalendarzu są łatwiejsze do zapamiętania, zarówno ich znaczenie jak i pisownia. Dzieci poznają słownictwo, którego powinny używać na co dzień. Można zamiast pojedynczych słów, pisać zdania. Można dzieci zaangażować i nakazać im te zdania samodzielnie napisać. Można wydrukować zdania na karteczkach, kazać przeczytać i przykleić w odpowiednich miejscach, na wcześniej przygotowanych szablonie kalendarza. Można wpisać tylko część zdania i pozwolić dzieciom zgadywać i wpisać resztę. Tak samo można zrobić w ramach jednego słowa, ćwicząc pisownię. Wszystko zależy od wieku waszych dzieci, umiejętności językowych i naszej, rodziców, motywacji. Taka świetna polska przekąska, którą trudno przeoczyć. Polecam.