Wszyscy mamy źle w głowach…

…a myślałam, że tylko ja ale na szczęście okazuje się, że inni (głównie jednak inne) też. A zaczęło się pięknie. Z okazji, egzotycznego dla moich Amerykanek, Dnia Kobiet wybrałyśmy się na narty. Jak to zwykle z nimi bywa z dwuosobowej załogi zrobiła się w ciągu kilku kliknięć na Facebooku dziesięcioosobowa głośna wycieczka z pięknym, białym uzębieniem, kolorowymi kurtkami i nieodłączną butelką wody mineralnej w ręce. Na najwyższy szczyt Niemiec drogi prowadzą dwie, jedna to diabelski wyciąg, który pokonuje 2000 metrów w osiem minut. Drugi to ślimakowy pociąg, który wlecze się niecałe 2000 (zatrzymuje się niżej) czterdzieści pięć minut pod górkę i to niemal przez cały czas w skale więc klaustrofobicznie ciemno, ciepło i niewygodnie. Zaparkowałyśmy tuż pod diabelskim wyciągiem wyśmiewając mijanych mięczaków, którzy leźli na dworzec żeby spędzić czterdzieści pięć minut w ciemnościach egipskich z milionem innych mięczaków. Dobra…stoimy w kolejce, humory dopisują, pakujemy się do wagonu wyciągu, pan zamiast zamykać drzwi, przygląda się lince na której wisi wyciąg, w którym stoi trzydzieści osób, które będą pokonywać 2000 metrów w osiem minut. No i nagle pan mówi, że lina jest kaputt i że nie pojedziemy dzisiaj. Na pociąg trzeba. Dziwna sytuacja…w innym kraju, już nie wspomnę w jakim, podniósłby się raban, że jak to, że zapłacili, że niech ich wszystkich taki a taki chuj strzeli, że do kierownika pójdą i zdymisjonują ministra wyciągów…a tutaj posłuszni Niemcy, dziesięć Amerykanek, jedna Słowaczka, dwie Brytyjki, jedna Polka, Kanadyjka i Francuska wyszły w ciszy i spokoju z wagonu i powlekły się na wyśmiany wcześniej pociąg. Na dworcu okazało się, że bramka sprawdzająca bilety też jest kaputt i sprawdzali nam karnety ręcznie. Kiedy weszliśmy tą trzydziestką na peron, okazało się, że pociąg właśnie odjechał a następny będzie za pół godziny. Szybka narada, że pół godziny + 45 minut + następne 45 minut na dół + pół godziny na obowiązkowe Prosecco z okazji Dnia Kobiet i zostaje nam godzina na nartach bo wszyscy muszą się stawić o 14.30 po dzieci. No kiepsko to wygląda więc postanawiamy jechać z powrotem do Garmisch, na nasze stoki. Więc znowu leziemy z tymi nartami, kijkami, kaskami do zaparkowanych daleko samochodów, pakujemy się i jedziemy. Wypakowujemy się w Garmisch, leziemy do wyciągu z dalekiego parkingu bo przecież przyjechaliśmy już późno i nie ma miejsca blisko. Już prawie nikt z nikim nie rozmawia, jest gorąco i ciężko. W końcu jesteśmy w gondoli i jedziemy ale tylko przez chwilę bo wyciąg zwalnia i staje…kaputt? Widzę lekkie przerażenie w oczach mojej współgondolowej i hasło: „kurde, nie umrzemy od razu, za nisko jest.” Wreszcie gondola rusza i jedziemy. Dojechałyśmy, poszusowałyśmy, jeszcze na dwóch innych wyciągach przeżyłyśmy sekundy grozy i dobrze, że mamy gogle na całych twarzach bo miny nam nie raz zrzedły…Usiadłyśmy na kawkę i jakoś nikt nawet nie miał ochoty na Prosecco…cisza, dwie cisze aż tu nagle któraś zaczęła, że dobrze może, że nie wsiadłyśmy do tego Zugspitzowego wyciągu bo być może nas by tu nie było. I poszło…okazało się, że wszystkie tak samo jak ja mamy nawalone na punkcie umierania. I ciekawe, że nie boimy się śmierci, nie spluwamy trzy razy przez ramię i nie stukamy w niemalowane a rozmowa nasza byłaby dla podsłuchującego nielegalnie trochę makabryczna. No bo przecież nie powiedziała mężowi, że chyba jednak zmieniła zdanie i nie chce kupować tego domu w Teksasie, napisała list do mamy i zapisała go gdzieś, gdzie tylko ona wie, jutro urodziny syna i taki prezent, zamówiła z Boden ubrania za sto dolców i nie powiedziała mężowi…a z drugiej strony ten nagłówek w Stars&Stripes (wojskowa gazeta nasza), że zginęły robiąc to, co kochały. Jakiś kopczyk pewnie by nam zbudowali na Zugpspitzu, może pomniczek mały…my wykute z marmuru z nartami w ręce. Dzieci wjeżdżałyby na górę ze świeczkami i z małymi bukiecikami kwiatków. Spotykaliby się w rocznice i jeździli na nartach żeby nas uczcić. Zaczęłyśmy się zastanawiać czy to zdrowe czy nie…to jak mówimy o śmierci, jak oswajamy ją mocnymi słowami, żartując, przerysowując trochę, wyolbrzymiając? Czy igramy z losem czy po prostu mocno stoimy na ziemi i mamy świadomość, że wszystko się może zdarzyć? Nie wiem ale kamień spadł mi z serca, że nie jestem jedyną wariatką!

 

Ale widoki jakie…

 

gorki

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s