Dzień w wydziale…

Mike Keefe. Skradzione z intoon.com

Łatwo praktykować nauki jogi w ogrzewanym, przyjaznym i mniej lub bardziej pustym pomieszczeniu. Łatwo jest medytować w ciszy, w stanie spoczynku, choćby względnego, z olejkiem eukaliptusowym wmasowanym w dłonie. Łatwo jest ćwiczyć uważność w swojskim otoczeniu i w dość przewidywalnych warunkach. Ale wiadomo, że jak coś łatwe, to nie rozwija. Co gdyby tak spróbować w miejscu zupełnie nieznanym, przepełnionym nieznajomymi, najrozmaitszymi typami osobowości, miejsce, gdzie czas zdaje się nie być niczyją wartością, logika jakby za mgłą a święte, amerykańskie trzymanie dystansu fizycznego w miejscach publicznych wiotczeje? Pojechałam do DMV (Division of Motor Vehicles) żeby sprawdzić jak się tej jogi, medytacji i uważności nauczyłam. DMV to taki nasz wydziału komunikacji, ale naszego nie przypomina. Chyba, że ja z małej wsi jestem, co to tylko na niektórych mapach widnieje, a wiadomo, że jaka wieś, taki wydział komunikacji. Jak kto w Niemczech miał nieprzyjemność rejestrować samochód, to niemiecki TUV (z umlautem) już bardziej przypomina. Opiszę tutaj jak to się przewidująco do wizyty przygotowałam i jak to co całe przygotowanie o kant dupy rozbić można!

Pod budynek zajechałam piętnaście drogocennych moich minut wcześniej. Usiądę sobie półdupkiem na ławce przed wyjścio-wejście, oddech złapię, wejdę jako pierwsza, w porywach, druga, załatwię co trzeba i docenię zrywanie się z łóżka piętnaście minut wcześniej. Zamarłam. Przed budynkiem kolejka. Zaczęłam liczyć dziesiątkami, doszłam do dwóch setek, przeszłam jeszcze z pięćdziesiątkę i stanęłam w kolejce. Dowiedziałam się, że to kolejka po numerek do kolejki głównej.

Pół wieczoru gotowałam herbatę energetyczną. Wrzuciłam trzydzieści ziaren pieprzu na lepsze krążenie krwi, przeciwgrzybiczny cynamon, imbir na problemy gastryczne i infekcje wszelkiego rodzaju, goździki na dzień kobiet i kardamon na całe pozostałe zło. Dodałam łyżkę lokalnego miodu i mleka migdałowego. Uczta herbaciana miała być. Herbatę wyżłopałam w ciągu dziesięciu pierwszym klientów, a przed kolejnych dwieście czterdziestu chciało mi się sikać.

Techniki ćwiczenia uważności, znaczy majdfulnesu, są mi znane. Spostrzeganie siebie w „tu i teraz” wypadło tym razem tak sobie. Oddycham. Jakie powietrze wdycham? Ciężkie, lekko przepocone brakiem klimatyzacji, zastałe. A co ja czuję na swojej skórze? Nie przepuszczającą powietrza kurtkę przeciwdeszczową, bo miało padać, na gołych ramionach, bo miało być ciepło. A co ja takiego słyszę? Kolejne numery wzywane do okienka. Krzyki oburzenia z przywołaniem imienia świętego („Jezus, jaka kolejka!”), czy innej partykuły emfatycznej („what the fuck?”). Co moje oczy widzą? Przekrój społeczeństwa stanu Rhode Island. Wszelkiego rodzaju kształty, kolory skóry, zaburzenia neurotyczne, pojęcia dobrego gustu. Zaraz tam dobrego…gustu, po prostu…

Mówią, że medytować można wszędzie. Włożyłam słuchawki i słucham. Jedna, nic. Druga, nic. Mam różne medytacje, ale takiej do trzygodzinnej kolejki w dziale komunikacji nie mam. Znam jeszcze taką medytację na spłuczkę. Trochę ekscentryczna, ale sytuacja wymaga osobliwych rozwiązań. Relaksujesz się i czekasz na myśl. Jak przychodzi, łapiesz szelmę i do zwizualizowanej ubikacji ciach! Spuszczasz wodę, również wyimaginowaną, ma się rozumieć. Spuszczasz wszystkie myśli, dobre, złe, bez wyjątku. Po kilku minutach, moja wymyślona ubikacja, mimo, że przewidując potrzeby wybrałam rozmiar XXL, się zapchała.

Jeśli umiesz oddychać, umiesz praktykować jogę. Tak piszą. Zaczęłam od stóp. Poszło łatwo. Kręci się jakaś po czterdziestce na conversach. Może kamień w bucie? Może noga ze starości zdrętwiała? Żylaki może? Rozciąganie boczne już niekoniecznie. Wciąż mam opory przed publiczną drwiną. Joga dłoni odpada, pusty kubek po herbacie trzymam. Mięsnie Kegla? Pomysł jest, ale czy to joga jeszcze?

I kiedy już skończyły mi się wszelkie sposoby na powstrzymanie nadchodzącego cichaczem ataku szału, kiedy to już zaciskały się powoli moje dłonie w piąsteczki gniewu, kiedy to już miałam obwieścić rodzinie, że wypisuję się z tego kraju, pakuję manatki i łapię poranny samolot, dostałam wiadomość. Co robisz? Odpowiadam, że próbuję nie wybuchnąć w wydziale komunikacji. Mam za zadanie pomyśleć o kimś w samych superlatywach i wybrałam ciebie. Przez następne kilka minut będę myśleć o tobie. Same dobre rzeczy… – odpowiedziała mi wiadomość. Uśmiechnęłam się do siebie, a na ekranie pokazał się mój numerek.

Czasami sama sobie nie wystarczam…

 

4 thoughts on “Dzień w wydziale…

  1. Viola Czerwiec 10, 2017 / 3:45 am

    Czyli jak w Zootopii hahhahaha. U mnie na szczescie tak zle nie jest.

  2. Viola Czerwiec 10, 2017 / 6:17 pm

    Wpisz sobie DMV zootopia full sloth scene. NIe chce ci tutaj zasmiecac linkami.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s