T.Love w Austrii

Co rano Nokia budzi mnie o tej samej porze swoim ohydnym sygnałem, którego zmienić nie potrafię. Kiedy otwieram oczy prawie słyszę w moim mózgu ten słynny dźwięk budzącego się do pracy Maca. Przez niedomknięte drzwi widzę stróżkę światła z kuchni znaczy, że Chris pije kawę i dezinformuje się przy wiadomościach CNN. Bardzo powoli zwlekam się z łóżka i przekraczam magiczny próg sypialni, w której jeszcze ciągle panuje wczoraj, jest spokojnie, bezpiecznie i światło po oczach nie wali. Jak tylko noga przekroczy próg to jakby przejście do innego wymiaru…Zaprogramowano mnie żeby pójść do łazienki, siła halogenów i zimnej wody otwiera mi oczy – muszę przyznać, że wraz ze wzrostem ilości skóry na i nad powiekami jest to coraz trudniejsze. Strzałeczka programatora przeskakuje na kuchnię i co dzień moje ręce wykonują te same ruchy, kawa dla mnie, sok dla dzieci, nogą zamknę lodówkę, językiem posmaruje chleb masłem, jedną ręką nasypuje płatki, drugą zamykam lunch boxy. W tym czasie Chris za łachy wyciąga dzieci z łóżek i sadza przy stole więc kiedy ja przynoszę śniadanie do stołu, dwa kudłate łby jeżą na stole i nie ma gdzie postawić miski z płatkami. Następny program to zająć się sobą w dni pracujące albo zająć się sobą w dni niepracujące. Różnica tylko czasowa bo jak nie pracujące to równie dobrze mogłabym za przykładem moich znakomitych amerykańskich koleżanek jechać do szkoły w UGGsach i spodniach od pidżamy. Bycie Polką jednak zobowiązuje więc i lekki makijaż i spodnie jakieś ewentualnie…Po odwiezieniu dzieci do szkoły strzałeczka programatora przeskakuje na kolejny programy w zależności czy to poniedziałek czy środa ale programy dniowe są identyczne i wykonywane tak samo mechanicznie. Tydzień Świstaka poproszę!

No właśnie, bo czasami atakuje nas weekend…Otwieram oczy i za kija nie mogę sobie przypomnieć jaki dzisiaj dzień, dlaczego nie obudziła mnie Nokia, jaki mój następny program, dlaczego światło w kuchni nie pcha się szparą do sypialni. No i dotarło do mnie, że to weekend (wcześniejszy bo amerykańscy nauczyciele muszą uzupełnić „dzienniki”) i że nie bardzo wiem co mam robić jak nie mam strzałeczki przesuwającej się po programach.

Nakłamałam Chrisowi zaraz z rana, że bardzo się cieszę, że mamy wolne, że nie mamy planów, że cały dzień przed nami i że możemy robić wszystko, co tylko nam do głowy przyjdzie. Ale w mojej niespokojnej i porządku łaknącej głowie już kłębią się myśli co by tu zaprogramować dla całej rodziny. Może na narty? Ale gdzie? Tu za dużo ludzi, tam za mało śniegu. Trzeba zrobić zestawienie…Ale może pozałatwiać niezałatwione sprawy, pocztę, bank, zakupy…Samochód brudny, w piwnicy bałagan, ciasteczka by się przydały. Ok, mam! Chris, ty skoczysz po chleb, kup precelki na drogę do Austrii, dzieci – szybko śniadanie i ubierać się na narty. Po nartach, ja piekę ciasteczka, Chris załatwia sprawy, następnie spontanicznie Chris gra z dziećmi w jakąś grę planszową, ja w niespodziewanym przypływie weny będę pisać blog, następnie wymyślimy coś na kolację (odruchowo zrobimy przygotowane już i zamrożone pierogi) i spędzimy romantyczny wieczór od dwudziestej pierwszej do dziesiątej dwadzieścia bo na rano mam cały program zaplanowany…Jednak mieszkanie w bardzo poukładanym kraju robi swoje.

I jak tak otworzyłam te oczęta to od razu przyszedł mi do głowy wers z T.Love „takie zwykłe masz ciało takie szare, takie nudne są dni bo takie same” więc puściałam na ful, a stąd już tylko krok do Chrisa ulubionej piosenki T.Love „Polish Boyfriend”. Posłuchaliśmy kilka razy obu wersji językowej, dzieciaki obśmiały wymowę angielską i teraz taka scenka…siedzimy na wyciągu w alpejskim miasteczku w Austrii, śnieg wali w gęby nasze, wokół cała Holandia na ferie przyjechała a Chris na krzesełku za mną drze się na całe gardło (nie umiejące śpiewać gardło): „I am a Polish boyfriend, yes yes yes, I am”. Spontan dnia!

A na koniec, z życie szkoły…jeszcze echa Jaśkowej seks afery nie przebrzmiały do końca a już prawie byłam wzywana do szkoły po raz drugi. Tym razem w sprawie córki ale wciąż w tych samych okolicach anatomicznych. A mianowicie, Kasia powiedziała swoim dwóm kolegom, którzy nie mają sióstr (i nie mogą tego sprawdzić), że osobniki płci żeńskiej nie produkują gazów jelitowych aż do osiągnięcia pełnego rozwoju płciowego. Udało ich się zatrzymać w drodze do pani od biologii. Nie ma to jak chore na Crohna dziecko w domu!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s