Szwedzka terapia

Po ostatnim depresyjnym wpisie, przejęta rodzina i przyjaciele założyli fundację na rzecz poprawienia mojego stanu psychicznego, a pieniądze zebrane zostały przeznaczone na moją terapię! Mimo, że w ciężkiej depresji jestem, lubię brać sprawy w swoje ręce i postanowiłam sama się wyleczyć. Opróżniłam więc konto fundacji i w ramach samoterapii (pewnie takie słowo nie istnieje, ale na zasadzie wyrazu „samoobrona” utworzyłam taki właśnie rzeczownik) wybrałam się na zakupy do Ikei. Nie czekam na zapracowanych urzędników amerykańskich, rozpoczęłam procedury upiększające pokój dzieci. Maskirowka – to znacznie lepsze słowo opisujące to, co robię z ich pokojem. Kupiłam zasłony (materiał kupiłam i szyć będziem…to znaczy Magda moja będzie bo również martwi się o moje zdrowie psychiczne). Kupiłam nowy dywan, doniczki, lampkę i oprawki na zdjęcia. Na Święto Pracy przyjeżdża do mnie przyjaciółka z Polski, która charakteryzuje się „niezdrowym” (jej własne słowa) stosunkiem do porządku. Może nie zauważy niepomalowanych ścian, a skupi się na kolorowych zasłonach. 

Ikea. Biorąc pod uwagę zasobność portfela przeciętnego Bawarczyka, w porównaniu z przeciętnym portfelem Polaka, powinniśmy mieć jedną Ikeę na stu mieszkańców Bawarii – i tak na pewno wszystko by wykupili. Ale nieeee…niech wszyscy kupują malowane szafy, skrzynie i wieszaki zrobione z rogów ukatrupionych jeleni i nozdrzy zaszlachtowanych dzików, a do Ikei trzeba zaiwaniać sto kilometrów (dodam, że do granicy włoskiej mamy tylko 70 kilometrów). Okazuje się, że nie jest bezpiecznie jechać do Ikei z depresyjną kobietą w wieku przedmenopauzowym – nikt się nie zgłosił, więc pojechałam sama. W trakcie ponad godzinnej podróży postawiłam kontynuować samoteriapię i zaczęłam rozprawiać się z jednym z podpunktów, a mianowicie z moją niewiedzą. Jako, że audiobooków na tematy językowe, a w szczególności na temat dwujęzyczności, jak na lekarstwo, postanowiłam zaczerpnąć trochę wiedzy z dyskusji na ten temat. Niejeden powiedziałby, że trudno dyskutować jadąc w samochodzie w pojedynkę. Okazuje się, że wystarczy mieć trochę chorej wyobraźni i słuchawkę…Od kiedy wdałam się w publiczną dyskusję na temat dwujęzyczności w pewnej grupie społecznościowej,  definicja dwujęzyczności nie opuszcza mnie ani na chwilę. Wygrzebałam starych przyjaciół, Swaina, Krashena i Ellisa, a także zakupiłam książkę nowego znajomego Grosjeana, zasiadłam do samochodu a ze mną moje językowe koleżanki (dla wszystkich was dziewczyny starczyło miejsca – samochód amerykański!) i tak przez sto kilometrów dyskutowałyśmy sobie o dwujęzyczności. Dziwnie się jakoś wszystkie ze mną zgadzały, ale widocznie siła przekonywania mnie nie opuściła w czasie tej trudnej choroby depresyjnej. Gdyby jednak ktoś z przejezdnych, czy stojących na światłach  kierowców zastanawiał się, dlaczego ja tak ustami i rękami rozmawiam, wkładam sobie do ucha jedną słuchawkę i że niby przez telefon rozmawiam (bo to nie jest pierwsza dyskusja, kilka razy jechałam sama do Polski – to dopiero był maraton!). Kiedyś pan z MediaMarktu poinformował mnie, że już nie robią zestawów głośnomówiących w takiej formie, więc albo kwalifikuję się do mandatu za słuchanie muzyki podczas jazdy albo jakieś inne służby mną się wkrótce zajmą. I to było w drodze do Ikei, w drodze powrotnej zabrałam inne koleżanki i rozmawiałyśmy nad wyższością zakupów na targu nad zakupami w Tengelman.

I jakaś zdrowsza jestem…

I jeszcze językowo trochę…Kilka tygodni temu oglądałyśmy z Kasią niemiecką wersję Idola, która po niemiecku nazywa się Deutschland Sucht Den Superstar (Niemcy szukają gwiazdy, nawet super gwiazdy). Kasia podczas oglądania zawsze sarkastycznie dodaje, że „Deutschland muss noch einen superstar suchen” (że oj ci Niemcy jeszcze muszą szukać…). No i ostatnio ci kandydaci na super gwiazdy śpiewali niemiecki piosenki. Dziewcze moje twierdzi, że niemiecki język jakiś taki nie piosenkowy i że wydaje się, że śpiewają o duperelach. Pomyślałam sobie, że może jest przyzwyczajona do piosenek po angielsku i że teksty śpiewane po angielsku brzmią jakoś tak „normalnie”. Znalazłam jej polecony przez kogoś występ Cezika, pod tytułem: „Wniosłe treści obcych pieśni”. Że niby po angielsku to taki ważny przekaz mają te piosenki? Nowe słownictwo? „Balety” i „tasować”, a dzieci chodzą po domu i drą się: „Miło poznać, to jest szalone!” I polski wieczór kulturalny mamy!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s