hej ho, hej ho, do pracy by się szło…

SAMSUNG CSC

Zdjęcie wykonane przez koleżankę od pióra – Sylabę. Dzięki!

 

Co robi nauczyciel podczas przerwy na lunch? Niektórzy przygotowują lekcje, inni sprawdzają klasówki, jeszcze inni jedzą po prostu, a ja? A ja oglądam tyłki saudyjskich nastolatków!

Mam cudowną pracę, którą uwielbiam i każdego dnia z wielką chęcią dojeżdżam prawie godzinę (tutaj o tym) do przepięknego miasteczka Bristol aby nieść kaganek oświaty w postaci języka angielskiego do nieoświeconych potrzebujących. Tam właśnie uczę angielskiego a sama uczę się wszystkiego innego! Uczę się słuchać innych języków, uczę się salsy, uczę się cierpliwości, uczę się, że nie zawsze mi się udaje, że więcej nie wiem niż wiem o moich uczniach i krajach, z których pochodzą. Z radością widzę też, że potrafię, że jestem dobra w tym, co robię a wierzcie mi, że po latach „niepracy”, czy pracy za uśmiech kierownika, to jest cudowne uczucie. I uwielbiam wszystko i wszystkich w mojej pracy! A ponieważ uwielbiam, to opiszę po trosze. Dobrze byłoby gdyby udało mi się obiektywnie i politycznie poprawnie, ale bez mojego, subiektywnego spojrzenia, cynicznych obserwacji i stereotypowego przedstawiania bohaterów jakiż nudny byłby ten wpis! Więc sorry trochę…

W październiku pierwszy raz zaparkowałam pod uniwersytetem, na którego terenie i pod którego patronatem znajduje się moja szkoła. Zaparkowałam w miejscu dla mnie niedozwolonym i zarobiłam mandat w wysokości pięćdziesięciu dolarów. Dziś, jak panisko, mam czerwoną naklejkę z napisem „Faculty” (że w gronie jestem) i parkuję gdzie mi się podoba. Pierwszego dnia obserwowałam trzech nauczycieli uczących cztery różne przedmioty. Zrobiłam dwie kartki A4 notatek, głównie krytycznych i uznałam, że ja potrafię lepiej. Właściwie to najlepiej! Dzisiaj z pokorą i szacunkiem wchodzę na każdą lekcję i sama jestem po kilku obserwacjach i sama dostałam dwie kartki A4 notatek, głównie pozytywnych z wyjątkiem tego, że wchodzę w klasę (stoliki ustawione w podkowę) jakieś pół metra za głęboko! Na początku nie mogłam sobie dać rady z wymową imion moich uczniów, dziś nie mam z tym najmniejszego problemu (nie bez znaczenia jest fakt, że 50% moich Saudyjczyków ma na imię Mohamed). Bawarskie Gruess Gott zamieniłam na Wa-Aleikum- Salaam, bo tylko Saudyjczycy witają mnie swoim arabskim pozdrowieniem, cała reszta czyli mocna reprezentacja Chin, Korei Południowej, Meksyku, Kolumbii, trochę mniejsze reprezentacje Wenezueli, Ekwadoru i Gwatemali, Włoch i Japonii, oraz jedyny, ale za to całkiem niezgorszy, reprezentant Dominikany witają się po angielsku, albo wcale.

Zajęcia się poukładane tak, że w czasie czterotygodniowej sesji mam zajęcia z większością uczniów w szkole. I to bardzo mi się podoba, bo poznaję wszystkich uczniów, mam wszystkie poziomy i wszystkie przedmioty. Mam takich co znają słownictwo naukowe (bo po ostatniej sesji przechodzą na uniwersytet studiować fizykę kwantową, na przykład) dużo lepiej ode mnie, ale mam też takich, dla których trudno znaleźć najniższy poziom. Na ustnym egzaminie „wstępnym” mamy taką ściągę w postaci pytań, które stopniowo stają się coraz trudniejsze i wtedy łatwiej zdecydować o poziomie ucznia. Wchodzi Saudyjczyk, ja do niego „Good morning”. Nic. Speszony jest. Siada. Pierwsze pytanie na liście: „What is your name?” i jakieś dwadzieścia jeszcze przed nami. Stanęło na pierwszym pytaniu i tak zostało. I komu się trafił ten uczeń? Mnie oczywiście! Po miesiącu mój Mohamed ma urodziny. „Happy Birthday, Mohamed!” powiadam wchodząc do klasy. Szanowny jubilat na to: „Happy Birthday, Mohamed”. „Nie słodyczy moja, to są TWOJE urodziny i to JA tobie życzę Happy Birthday”, mówię do niego bardziej językiem ciała niż ustami, „Ty możesz powiedzieć DZIĘKUJĘ,” Mohamed na to: „Ty możesz powiedzieć DZIĘKUJĘ” Poddaję się. Odpowiadam z uśmiechem: „Dziękuję” i on też z uśmiechem „Dziękuję.” I miło jest!

Bardzo miło jest! Wcześniej kultura arabska była dla mnie zupełnie obca, teraz pochłaniam… Jak każdy Niearab, mam uprzedzenia, pamiętam o każdym ataku terrorystycznym, o wszystkich, którzy zginęli z rąk islamskich terrorystów i choć bardzo mi przykro z powodu utraty życia, nie wzbudziła we mnie niczego poza szczerym zdziwieniem wiadomość, która rozeszła się jak świeże bułeczki po szkole, że jakiś Amerykanin zadźgał dwóch arabskich studentów. Ale moich Saudyjczyków uwielbiam! Kłamią jak z nut, ściągają ze wszystkiego co się da, targują się o każde pół punktu, ale wszystko jest w miłej atmosferze, z uśmiechem i z wyznaniami miłości w sytuacjach wyjątkowych. Oddaję klasówki grupie „już-niżej-się-nie-da” i inny Mohamed podchodzi i pyta „dlaczego” pokazując palcem na swoje zero punktów. Powoli tłumaczę, na tablicy piszę, pantomimę odstawiam i mimo, że wiem, że najprawdopodobniej nie rozumie ani słowa, staram się wytłumaczyć, że w ćwiczeniu, w którym było trzeba wstawić jakiś zawód, do zdania „_________ leczy ludzi a ___________ lata samolotem” nie można wstawiać imion swoich kolegów z klasy. I uśmiecham się bo nic innego mi nie pozostaje w takiej sytuacji, a w zamian dostaję: „I love you, teacher!”. Cudownie! I zdarza się, że pięć razy proszę o powtórzenie zdania dziewczynę zawiniętą w trzy chusty i po pięciu razach, dalej nie słyszę co mówi. Zdarzyło się, że podczas dyskusji o autorytetach, uczeń z Chin wyszedł z klasy przeklinając Dalai Lamę i zdarzyło się upomnieć nastolatka z Ekwadoru żeby nie opowiadał o biednych ludziach posługując się rzeczownikiem „zwierzęta”. W większości jednak jest miło, sympatycznie, międzynarodowo, wielokulturowo, przyjaźnie i tolerancyjnie i relacje się zdarzają przeróżne nie wyłączając międzykontynentalnego całowania się po kątach.

W przerwie na lunch, wchodzi do mojej klasy grupka pięciu panów z hip hopem w słuchawkach za trzysta dolarów i grzecznie pytają czy mogą. Rozkładają swoje dywaniki do modlitwy i tak jakoś wypada, że kierunek ich modlitwy jest zawsze odwrotny do kierunku mojej twarzy i wiecznie oglądam markowe gumki od majtek wystających spod zbyt luźnych gaci czy, od czasu do czasu, wręcz częściowo obnażone saudyjskie tyłki…i smacznego lunchu pani nauczycielce życzymy! I uwielbiam…

8 thoughts on “hej ho, hej ho, do pracy by się szło…

  1. Apaczowa Marzec 8, 2015 / 7:50 pm

    Właśnie dzięki takim opowieściom mogę zajrzeć do świata, którego pewnie w rzeczywistości nie dane mi będzie poznać. Dziękuję Ci za to 🙂

    • aniukowepisadlo Marzec 8, 2015 / 9:10 pm

      Apaczowo…to ja dziękuję i wam, że czytacie i rzeczywistości, że mam o czym pisać…

  2. polkawnorwegii Marzec 9, 2015 / 6:58 pm

    Kochana!
    Umarłam i nie mogę powstać. Rozbawiłaś mnie do łez. U mnie w pracy mam kilka osób,które nie znają angielskiego. Ze względu, że większa część osób nim się posługuję również starają się nadrobić mówiąc „eksksjuzmiiiiii” albo mylą kitchen z chicken. Jest przy tym dużo zabawy i dużo śmiechu. Moja ulubiona kolezanka pochodzi z tajandii i nie za bardzo umie pisać mówi poprawnie natomiast nasz alfabet jest dla niej trudny i np. z rana dostaje smsa : Agata i have to lunch! także wiem przez co przechodzisz ale umówmy się gdyby było idealnie nie byłoby o czym opowiadać i z czego się śmiać!!!

    Pozdrawiam Ciepło!

    • aniukowepisadlo Marzec 9, 2015 / 7:03 pm

      dziękuję polkownorwegii…jeśli masz takie osoby w pracy, to wiesz o czym mówię! I ja sama nie rzadko byłam powodem chichotów – moje „niemieckie” koleżanki by ci naopowiadały więc wiem jak to jest z tamtej strony. Ale uwielbiam takie historyjki…i czyjeś i swoje :-)…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s