Do czego się przyzwyczaiłam…

DSC06816

Wpis ten powstał w ramach październikowego projektu klubowego… 

Pewnie przyzwyczajenie to nie jest kwestia wyboru czy decyzji – się przyzwyczaję i już – ale obrałam właśnie taką taktykę w sprawach przyzwyczajania się do rzeczy, których zmienić nie mogę. Przyzwyczajam się i już! Pamiętam jak czternaście lat temu, po przeprowadzce do Niemiec, dostawałam szału, że nie mogłam jak wszyscy normalni ludzie, w niedzielę, po mszy, wpaść do Tesco i spędzić tam reszty dnia. Wszystko zamknięte. To się przyzwyczaiłam i robiłam zakupy w sobotę, a w niedzielę szłam na spacer z dziećmi. Do tego, że mimo jako takiej znajomości niemieckiego, nie rozumiem ani słowa w narzeczu bawarskim, też się szybko przyzwyczaiłam. Uśmiech, kiwanie głową, wiarygodne „ja, ja…” i ignorowanie konsekwencji wynikających z niezrozumianej rozmowy. I jak się już do wszystkiego w Niemczech przyzwyczaiłam, przenieśliśmy się do Stanów.

Nie napiszę o przyzwyczajaniu się do śmieciowego, szybkiego jedzenia, styropianowego chleba, zbyt gazowanej wody, opasłych dzieci przed telewizorem i jeżdżenia samochodem do sąsiadki po drugiej stronie ulicy. Pewnie mieszkam w jakiejś lepszej Ameryce, bo mogę rowerem do sklepu, zdrowe i powolne jedzenie znajduję bez problemu, chleb upieczony w prawdziwej piekarni mogę dostać na co dzień, większość moich znajomych uprawia sport bardziej intensywnie niż ja (sprawę ułatwia im fakt, że nic nie uprawiam) a pozaszkolne zajęcia sportowe dla dzieci przerosły moje wszelkie oczekiwania. Taka Polska na przykład, musiałaby się sporo uczyć.

W ciągu ostatniego roku (i czternastu poprzednich mieszkając w małej Ameryce w Niemczech) przyzwyczaiłam się do kilku innych rzeczy…

Przyzwyczaiłam się do nadwiedzy amerykańskiej. Na początku byłam zdumiona, że nieustannie przebywam w towarzystwie wykształconych erudytów, którzy, jak z rękawa sypią szerokim obeznaniem na każdy temat. Z czasem okazywało się, że ktoś, kto dawał mi rady w temacie choroby Crohna mojego dziecka, jest jedynie kuzynem brata koleżanki z klasy, która zmarła w wieku dziewięćdziesięciu pięciu lat na Crohna zapewne, bo nie ze starości przecie. Sprzedający mi narty młodzieniec zachwala opisowo możliwości skrętu nart na różnych podłożach śnieżnych, a spytany, bezwstydnie przyznaje, że na nartach jeździ dwa razy w roku od jakichś trzech lat, w porywach, od czterech. Znajoma daje mi rady w temacie utrzymania dyscypliny w klasie, a przy kawie opowiada ochoczo o grupie wsparcia, do której uczęszcza. Grupa wsparcia dla rodziców z problemami utrzymania dyscypliny w wychowaniu dzieci. Przyzwyczaiłam się, dzielę każdą wypowiedź na pół i potakuję i się uśmiecham.

Przyzwyczaiłam się do amerykańskiej nadinterpretacji pozytywnego wzmacniania dzieci, nagradzania za oddychanie, przebieranie nogami w celu przemieszczania się czy reagowanie na własne imię. Nagrody za chodzenie do szkoły, za minimalny wysiłek umysłowy czy fizyczny, puchar za prawidłowe zapięcie butów narciarskich, wyróżnienie za zjedzone warzywa, laur za wyszorowane zęby i trofeum za zadanie domowe. Dla zbalansowania podkreślam błędy czerwonym długopisem, uświadamiam, że zęby nie moje i nie mnie boleć będzie jak się zepsują, że nauka to przywilej i że dopóki pod moim dachem są, pokój ma być posprzątany, zadanie domowe odrobione, a na nartach, na rowerze, w piłkę czy na łódce to dla zdrowia. Nie mojego wszakże.

Przyzwyczaiłam się też do pozornej chęci zawieranie bliższej znajomości. Jak powiesz Polakowi, że musimy się koniecznie zdzwonić, to szanse są spore, że w weekend spotkamy się na grillu. Amerykańskie „we HAVE to get together SOON” (że niby musimy się wkrótce spotkać) oznacza tylko tyle, że nie jesteś zupełnie obojętny rozmówcy, że może i on chciałby się spotkać, ale nie uczyni żadnego kroku w tę stronę, żadnego wysiłku, żadnego starania. I szanse, że spotkacie się w tym stuleciu są raczej marne. No chyba, że ma interes. Więc w zależności jak bardzo mi się chce spotkać z osobnikiem, albo nalegam na podanie przybliżonego roku spotkania, albo nie…

Przyzwyczaiłam się też do miłej obsługi w miejscach niemiłego przebywania. W bankach, urzędach, poczekalniach, kolejkach. To przyszło mi najtrudniej. Wychowana w rzeczywistości chłodno niemieckiej, czy też pasywno-agresywnej polskiej, nie mogłam sobie wyobrazić innych reakcji ludzi siedzących w małych, ciasnych pomieszczeniach, na niewygodnych, tanich krzesłach, przy zbyt niskich okienkach, otoczonych niezliczoną ilością szeleszczącego papieru i bombardowanych niezliczonymi pytaniami niedoinformowanych petentów. Jakaż inna może być reakcja niż irytacja czy rozdrażnienie? Nie wyobrażałam sobie, że można inaczej. Z niepokojem wchodziłam na pocztę bojąc się, że przypadkiem przekroczę żółty pas dyskrecji i Frau Wolf z okienka zmrozi mnie wzrokiem, czy też nie będę znała kodu pocztowego miasteczka na Wyspach Owczych i pani Krystyna wpadnie w uzasadniony szał. Ostatnio spędziłam kilka godzin w wydziale komunikacji. Wielu się ze mną zgodzi, że to jedno z najbardziej niebezpiecznych, po ZUSie, miejsc urzędowych. Pomyślałam, że to ostatnia szansa dla urzędników amerykańskich żeby pokazać mi, że są ludźmi z krwi, kości i zwojów nerwowych. I nie udało się. Nie pokazali. Poczułam się taka przyzwyczajona, taka zrelaksowana, straciłam czujność i zadzwoniłam do polskiego konsulatu. Błąd, żeby tak po miłej wizycie w amerykańskich urzędzie dzwonić do, jakby nie było, naszego urzędu. W dwa zdania mnie do pionu postawiono. Będzie się kiedyś do czego przyzwyczajać!

 

 

Wczoraj o rzeczach, do których nie może się przyzwyczaić pisała Gosia z Irlandii, jutro poczytajcie co Kaczkę w kuper uwiera. Zapraszamy!

Jesienny projekt dedykujemy akcji „AUTOSTOPEM DLA HOSPICJUM” – Przemek Skokowski wyruszył autostopem z Gdańska na Antarktydę, by zebrać 100 tys. zł. na Fundusz Dzieci Osieroconych oraz na rzecz dzieci z Domowego Hospicjum dla dzieci im. ks. E. Dutkiewicza SAC w Gdańsku. Na chwilę obecną brakuje 32 tys. Jeśli podoba Ci się nasz projekt, bardzo prosimy o wsparcie akcji dowolną kwotą.

Więcej info: https://www.siepomaga.pl/r/autostopemdlahospicjum

 

13 thoughts on “Do czego się przyzwyczaiłam…

  1. xpil Listopad 3, 2015 / 12:32 am

    Haha, polska biurokracja to wspaniały i bardzo wdzięczny temat 🙂 Unikam jak ognia, bo człowiek się czuje w takim urzędzie jak wróg publiczny numer jeden, ale czasem się, kurna, po prostu nie da. Tu opisałem jeden taki zabawny przypadek: http://xpil.eu/blog/2014/06/25/rzepka/

  2. Dorota Listopad 3, 2015 / 5:10 am

    Aniu, też myślę tak jak Ty, też mam taktykę przyzwyczajania się do tego na co wpływu nie mam. Po co sobie życie zatruwać i się denerwować? Lepiej poobserwować, w miarę szybko zrozumieć i przyzwyczaić się, inaczej na dłuższą metę się nie da.
    Pozdrowionka i buziaki!

    • aniukowepisadlo Listopad 4, 2015 / 5:16 pm

      Tak jets Dorotka, tak właśnie staram się robić. Nie zawsze wychodzi, ale staram się bardzo! Pozdrowionka!

  3. Basia Listopad 3, 2015 / 6:10 pm

    Super!Świetny pomysł z odwróceniem tytułu- nie będzie ,że tylko narzekamy:)

  4. benia Listopad 3, 2015 / 9:18 pm

    a ja niezwykle chętnie przyzwyczaiłam się do Tych Twoich notek:) (wiem , nie w kontekście ale jednak się cieszę, że tu/tam – cud mniemany – jednocześnie jestem ). dobry wieczór, według czasu warszawskiego. Czytam wszystkie wpisy z tchem zapartym. jestem tu u siebie na warszawskim Tarchominie a jednocześnie, dzięki tym wpisom, gdzieś tam dalej, w świecie. Za te relacje bardzo dziękuję i czekam na kolejne. pozdrawiam serdecznie . b.

    • aniukowepisadlo Listopad 4, 2015 / 5:14 pm

      benia, bardzo ci dziękuję za komplement. Tak miło usłyszeć, że komuś się moje pisanie podoba. Ja z czteroletnim zameldowaniem na Żoliborzu się kłaniam i pozdrawiam serdecznie!

  5. cieploicicho.wordpress.com Listopad 4, 2015 / 1:17 am

    Bardzo podoba mi się Twój sposób, styl pisania, taki łagodny 🙂 Przemiła lektura lekkiego pióra 🙂 Serdecznie pozdrawiam 🙂 Gonia

    • aniukowepisadlo Listopad 4, 2015 / 5:11 pm

      Gonia, bardzo ci dziękuję za przesympatyczny komplement! Jest mi niezmiernie miło…aż się czerwienię po cichutku!

      • cieploicicho.wordpress.com Listopad 4, 2015 / 8:29 pm

        Wiesz to jak z czytaniem książek, potrzebne jest to „coś” w stylu co przyciąga 🙂 I ja w Twoich postach to „coś” znajduję 🙂 a że jestem zupełnie nowa w temacie blogownia, tym bardziej cieszą mnie takie odkrycia jak Twój 🙂

      • aniukowepisadlo Listopad 5, 2015 / 1:40 pm

        Bardzo, bardzo mi miło…i rumieńcem się oblewam :-)!

  6. allochtonka Listopad 19, 2015 / 3:30 pm

    Super post! To się nazywa pozytywne podejście! 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s