Lecim…

DSC07456

 

W świąteczny poranek, kiedy wszystkie amerykańskie dzieci rozpakowują prezenty, ja pakuję. Szczoteczki do zębów, walonki, i uszanek sztuk cztery. Pies dwa razy przeżegnany, wysłany na służbę. Lecimy do Kolorado. Na dwa razy. Jakby poskładać te dwa loty i dodać czekanie na lotniskach, doleciałabym do Warszawy i jeszcze na Żoliborz bym się dotłukła. Autobusem. Z przesiadką. Ale nic, nie przeżyję kolejnych czteroosobowych świąt. Wątroba nie ta.

Lotnisko w Providence jest bardzo swojskie! Wygląda tak, jakby mieszkańcy Rhode Island wybudowali je dla siebie. Obsługa zna się z kościoła, z plaży, ze sklepu spożywczego. Pasażerów jak na lekarstwo. A jak są, to swoi. To i pogadać można, postać przy schodach, odwiedzić koleżankę w okienku innych linii lotniczych, pobawić się z psem policyjnym. A niech się tylko pasażer zjawi. Czerwony dywan, honory, pokłony i dozgonna wdzięczność. Przejście przez kontrolę bezpieczeństwa to jak gra wstępna. Lekkie rozbieranko bez pośpiechu, bez nacisku. Lekkie dotykanko, nieszybko, subtelnie, w niebieskich, gumowych rękawiczkach.

A co tam pani wiezie w tym dziwnie zapakowanym pudełku?

(Dzieci kilka godzin wcześniej: „Mamo, tylko nie mów po polsku na lotnisku, że masz tam BOMBKĘ ze wzorkiem łowickim, aresztują nas.”)

A nic takiego, proszę pana, szklany prezent dla przyjaciółki.

A to się przyjaciółka ucieszy, to wesołych pani i pani przyjaciółce życzymy.

Samolot się zgubił gdzieś w waszyngtońskiej mgle i się spóźnił. Całe trzy godziny. Ale jakież to były miłe trzy godziny. Spacery po pustym lotnisku, pozdrowienia i życzenia wesołych świąt z każdego kąta, wizyty w pustych i lśniących toaletach, trzy dobre kawy i drugie śniadanie. Jajecznica miód-malina. W Waszyngtonie luksusów jakby mniej. Na obiad wypiłam przepyszne piwo ze świątecznymi przyprawami, kupiłam dwie gazety i udaję, że czytam. A okiem ciekawskim obserwuję. Amerykanie gromadzą się przy stacjach ładowanie telefonów. I co ciekawe jest, zostawiają swoje urządzenia na stoliczkach i pilnują ich stojąc wokół. I rozmawiają. Tak normalnie, jak ludzie. Jak ludzie bez telefonów. Niektórzy w piżamach. I w kapciach góralskich. Niektórzy gotowi na stok, w butach snowboardowych. Jedna mama zapomniała Chodakowską rano zrobić i z dziećmi pajacyki ćwiczy. W przejściu. Niektórzy w czapkach Mikołaja, kostiumach elfów, czy sukienkach sowieckich śnieżynek. Wszyscy uśmiechnięci, składają sobie życzenia, ustępują miejsca, podnoszą upuszczone bagaże. Lotniska to jedno z moich ulubionych miejsc, a w święta jeszcze bardziej…

Nadchodzi czas pakowania się na pokład samolotu. A tutaj zagwozdka jakaś. Pasażerowie podzieleni na tajemnicze grupy. My – grupa numer cztery. Myślę sobie, że pewnikiem Amerykanie przeszli szkolenie Lufthansy w temacie szybszego pakowania pasażerów na pokład. Podzielili ludzi na grupy, od końca samolotu żeby się nie przepychać i sprawnie zasiadać. Każdy na karcie pokładowej, wielkimi cyframi, ma napisane do jakiej grupy należy. Osobne kolejeczki dla każdej grupy. Pięknie. Logicznie. Po niemiecku. Pudło. Okazuje się bowiem, że nie wiadomo skąd te grupy, bo nie według miejsca usiadku. Tak więc przeciskać się trzeba, nawiązać bliski i nie zawsze przyjemny kontakt fizyczny z pasażerami. Ktoś przebąknął, że trzeba było dodatkowo dopłacić żeby wcześniej wejść na pokład. No nie mogę w to uwierzyć. Kto chciałby zapłacić za to żeby wejść wcześniej do samolotu mimo, że samolot wcześnie nie odleci i mimo, że ma się wyznaczone miejsce. Bujdy chyba. A jeśli to prawda, to wiem dlaczego my byliśmy w grupie czwartej.

Ale to nie popsuło mi lot. Brak słuchawek popsuł. Siedziała przede mną jakaś nawalona redbulem matka z sześciolatką. Miała ze sobą wydrukowaną Brytannikę w formie pytań i przez cały lot przepytywała swoje dziecko z tej Brytanniki. Głośno. Za głośno. A jaki stan zaczyna się na A, ma trzy sylaby, najmniejszy przyrost naturalny, kuraka w godle i sąsiaduje ze stanem na Ce? Sześciolatka zgodnie ze swoimi zainteresowaniami odpowiada „jednorożec”! Na każde pytanie. Próbuję czytać. Czytam właśnie artykuł o powodach nadmiernego zbierania się tkanki tłuszczowej na brzuchu. W artykule piszą, że przyczyną jest stres, szczególnie jeśli chodzi o tłuszcz żeński. A ja tu siedzę i bez mojej zgody stresuję się durnej baby gadaniem i czuję wręcz jak, z każda minutą, tłuszcz się namnaża. A lot czterogodzinny. Nie wytoczę się. Na drogę powrotną kupię słuchawki.

A w Kolorado czekał na nas śnieg, minus piętnaście, kominek, pierniki i dobre towarzystwo…

5 thoughts on “Lecim…

  1. olaola Grudzień 26, 2015 / 9:40 pm

    Uwielbiam:))

  2. Ania z Osobiedlamnie Grudzień 28, 2015 / 10:15 am

    Czekam na ciąg dalszy….i zazdroszczę Providence…wzdycham do niego od lat, choć nigdy tam nie byłam. A lotnisko z dywanami, niespiesznością znam z Montany, choć bez piżam:) Pozdrawiam międzyświątecznie:)

    • aniukowepisadlo Grudzień 28, 2015 / 4:29 pm

      Dziękuję za pozdrowienia, Aniu. Do Providence nie wzdychaj, tylko przylatuj. I obiecaj, że dasz znać, to się spotkamy!!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s