Dzień z życia…

To przy okazji, z okazji zbliżającego się Halloween

Dzień z życia normalnej rodziny kablami do ładowarek połączonej ze sobą.

Żeby się w dialogach nie pogubić, proponuję legendę:

Czat rodzinny będzie w kolorze zielonym. 

Czat małżonków będzie w kolorze czerwonym, bo jest najgorętszy. Nie, nie z tego powodu.

Czat matki z córką w kolorze różowym, a z synem, w niebieskim.

7.29 (zaczynam o 7.30). Parking pod moją szkołą.

Ja: Jestem już. Cholerne korki. Dzieci w autobusie, kot w szafie, mam nadzieję, że drzwi się nie zamkną. Mam sajgon dzisiaj, nie odpowiadam na wiadomości do pierwszej. Miłego dnia!

Chris: Ja też mam sajgon, nie odpowiadam na wiadomości do trzeciej i od trzeciej dziesięć do piątej. Po drodze do domu kupię najpotrzebniejsze rzeczy – chleb i wino. Miłego dnia.

Ja: Nie piję w tym tygodniu.

Mąż: Się okaże…

Córka: Maaaaamoooo!! Nie zakręciłaś dobrze mojej butelki z wodą. Wylała się. Cały plecak mokry, książki i ubrania na wuef. Ale wiocha!

Ja: Bardzo mi przykro. Jutro sama zakręcisz, wtedy się nie wyleje. A dziś musisz sobie poradzić.

Córka: Wiem, mamo…ale co ja teraz zrobię? Dobra, lecę na psychologię.

7.59 (lekcje zaczynam o 8.00)

Przeglądam ankiety moich uczniów z pytaniem co im się podoba na moich zajęciach, czego chcieliby mniej. Mam tylko dwóch uczniów, ale ankiety anonimowe są. Jeden chce więcej gramatyki, drugi mniej. Jeden chce więcej gier, drugi mniej. Jeden pisze, że lubi konwersacje (chyba z samym sobą, gdzieś bardzo głęboko w środku), drugi mówić nie lubi. Jasno z tego wynika, że robię wszystko jak należy. Nie zmieniam planu lekcji. Zmierzam do klasy.

Córka: Mamo, siedzę w łazience pod suszarką do rąk i suszę notatki. Super jest!

Ja: Nie ma cię na lekcji?

Córka: Psycholożka (tzn. nauczycielka od psychologii, a wiemy, że to nie to samo) mnie zwolniła. Mogę nie iść na wuef?

Ja: Ile razy nie byłaś w tym miesiącu?

Córka: Tyle ile było lekcji. Zawsze coś mi wyskoczy. Okres, Crohn, skręcona kostka.

Ja: To idziesz!

Córka: Nie idę. Spodenki i koszulka są mokre!

Ja: Ok, nie idź.

13.00. Przerwa na lancz.

Syn: Cześć. Na wuefie piłka uderzyła mnie w oba kciuki. Trochę bolą. 

Ja: Jezu! Dobrze się czujesz, dziecko? Bardzo boli? Byłeś u pielęgniarki? Nauczycielowi powiedziałeś? Co powiedział? Sine są? Spuchnięte? Tata wie? Mężu wiesz?

Syn: Tak.

Córka: Było ci niedobrze. Jak było, masz złamanie z przemieszczeniem. 

Syn: Mamo, boli mnie bardzo. Czy ty albo tata możecie po mnie przyjechać? Palce są spuchnięte i sine i nie mogę nimi ruszać. 

Ja: Bidulku mój. Już piszę do taty. 

Mąż: Wszystko będzie ok. To nic poważnego.

Ja: Jaś mówi, że go bardzo boli, ma spuchnięte, sztywne, krew się leje, niedobrze mu, na bank złamane. 

Syn: Wszystko w porządku tato. 

Syn: Mamo, boli…

Mąż: Przecież pisze, że wszystko w porządku. 

Ja: Do mnie pisze co innego. Ja uczę i mam ZERO dni urlopu. Możesz ty? 

Mąż: A może to poczekać do wieczora?

Córka: Mamo, on tak tylko mówi, że wszystko w porządku. Pamiętasz jak zbagatelizowałyśmy i trzeba było szyć mu palec? 

Ja: Nie może! 

Mąż: OK

2.30. Córka w drodze do domu, panowie w przychodni, ja ciągle w klasie z bardzo niekontaktową grupą dwóch Chińczyków.

Mąż: Jesteśmy w przychodni. Godzina czekania. Palce nie wyglądają tak źle.

Ja: Super, ale dobrze,że poszliście. Uspokoimy się. 

Córka: Nie umiem otworzyć drzwi? Nie działa! Nic nie działa?

Mąż: Spróbuj przyciągnąć.

Córka: Ciągnę.

Mąż: Porządnie.

Córka: ROBIĘ PORZĄDNIE!! Nie da się. Może ktoś się włamał. 

Mąż: Spróbuj pociągnąć jeszcze raz. 

Córka: Mamo, tata na mnie krzyczy. 

Mąż: Albo wejdź oknem. 

Ja: Dziecko mówi, że na nią krzyczysz.  

Córka: Dobra, wchodzę. 

Mąż: Kochanie, będzie dobrze. Wchodź. Bardzo cię kocham!

Córka: Jestem, ale gazem śmierci. Co jak wybuchnie?

Mąż: Co? Gaz? Spokojnie. Zobacz, czy kuchenka wyłączona. 

Córka: Wyłączona. Wygląda ok. Śmierdzi. A co jak wybuchnie? Co jak pies i kot zachorują? Co jak ja umrę?

Mąż: Dobra, dzwonię po kogoś. 

Córka: Mamo, boję się!

Syn: Mamo, gdzie tata? Poszedł gdzieś a mnie już wołają!

Ja: Nie bój się, nic nie wybuchnie!!! Czekaj na gościa!

Mąż: Zaraz ktoś przyjedzie. Chyba Jasia zawołali. Nie ma go. 

Pół godziny później.

Mąż: Jest już ktoś?

Córka: Tak.

Córka: Mamo, wielki taki facet. Trochę dziwnie. 

Mąż: I co?

Ja: Nie martw się. Na wszelki miej psa blisko. 

Córka: Poszedł już. Zakręcił coś. Powiedział, że już działa. Dałam mu wszystkie moje pieniądze. $135. Zostawił fakturę. 

Mąż: Jezu!

Ja: Jezu! 

Mąż: Mamy wyniki prześwietlenia. Ma wybite palce. Trzeba je nastawić. Jedziemy do szpitala.

Ja: Dobra, nie jadę dzisiaj na jogę. Jadę do domu. Za dużo się dzieje.

Córka: Mamo, trochę jeszcze śmierdzi. To ok?

Ja: Dziecko mówi, że śmierdzi gazem. A co jak wybuchnie?

Mąż: Jedź na jogę!

Mąż: Nie wybuchnie!

4.30. Wychodzę z pracy.

Ja: I co?

Córka: Nie śmierdzi.

Mąż: Czekamy na kolejne prześwietlenia. W przychodni, przez pomyłkę, dali nam wyniki jakiegoś siedemdziesięciolatka ze złamanym biodrem. 

Mąż: Jedziesz na jogę? 

Córka: Czy możesz kupić mi jogurt w Whole Foods jak będziesz na jodze?

Ja: Nie jadę.

Ja: Nie będę dzisiaj.

Córka: Co? Ale ty kochasz jogę. Jedź! 

Mąż: Jedź. Damy sobie radę. Palce nie wybite. Jeden trochę złamany. Palec unieruchomić i podawać ibuprofen. 

Ja: Nie jadę. 

Ja: Ale was kocham bardziej. Jadę do domu. Obierz proszę ziemniaki na kolacje.

Mąż: Co robimy na kolację?

Syn: Mamo, co na kolację! Głodny jestem. 

Ja: Ziemniaki.

Ja: Ziemniaki.

Mąż: Wstąpię po drodze po wino.

Ja: Wstąp!

Córka: Dlaczego zawsze ja?

 

 

 

 

 

14 thoughts on “Dzień z życia…

  1. Edyta Tkacz Październik 18, 2017 / 2:11 am

    Ależ to jest cudowna historia. Uśmiałam się. I ten mąż, który wie, co najbardziej potrzebne w domu 🙂

  2. Dorota Październik 18, 2017 / 4:16 am

    I jak my dawniej żyliśmy bez tych wszystkich „komunikatorów”?
    A swoją drogą, wesoło macie 😀

    • aniukowepisadlo Październik 22, 2017 / 2:18 pm

      Nie wiem jak żyliśmy…w niewiedzy chyba. Na pewno spokojniej, nie?

  3. Ania z Osobiedlamnie Październik 18, 2017 / 9:16 am

    Dobre:)
    Nie chce się wierzyć, gdy się czyta, że to można przeżyć. I tak co któryś dzień. Albo co drugi nawet:) Mam taki post u siebie, i jak tylko do niego wracam, mam zadyszkę.
    Zawsze mówię, że trzeba siebie samego chwalić i doceniać za to, co robimy na co dzień, za te małe i wielkie wyzwania. Za te zakłócenia rytmu serca. I za ten uśmiech, który i tak udaje nam się potem nad tym winem z siebie wykrzesać:)

    • aniukowepisadlo Październik 22, 2017 / 2:21 pm

      Prawda! Na szczęście między jednym takim a drugim jest choć 24 godziny względnego spokoju. No i wino jest!

  4. m. Październik 19, 2017 / 6:56 pm

    Się uśmiałam!!!

    Jesteście cudni!

  5. Ada Październik 21, 2017 / 11:09 am

    Ale sie usmialam 🙂
    Pozdrawiam!

    • aniukowepisadlo Październik 22, 2017 / 2:22 pm

      Na zdrowie!! Czytaj i się śmiej :-)! Po to jest! Pozdrawiam!

  6. Viola Październik 24, 2017 / 1:58 am

    Zmeczylam sie od samego czytania hehehehe. Dobrze ze palec tyko troche zlamany bo mogl byc bardzo zlamany. PS. powodzenia w sprzedazy domu.

    • aniukowepisadlo Październik 25, 2017 / 4:40 pm

      Dziękuję! Dom ciągle nasz a polec ciągle się zrasta. Ale będzie lepiej…musi :-)!

  7. Sylaba Październik 24, 2017 / 10:04 pm

    Nie ma to jak dobry cyrk. 🙂 Współczucia cierpiącemu. I cierpiącej, tej od ziemniaków.

    • aniukowepisadlo Październik 25, 2017 / 4:45 pm

      Ta od ziemniaków nieprzerwanie cierpi kiedy ma coś zrobić w kuchni, a ten od palca ma się coraz lepiej. Dziękuję!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s