Nie-wiara też czyni cuda…

DSC02136

Czy wierzę w możliwości moich dzieci? Czy wierzę w to, że dadzą sobie radę w różnymi przeciwnościami losu? Czy wiara moja jest na tyle silna, że jestem w stanie moimi czynami i słowami zapewnić moje dzieci, że w nie głęboko wierzę? Jeśli tak jest, czy wystarczająco im o tym mówię i czy wystarczająco one o tym wiedzą? Jeśli tak nie jest i wiary we mnie za mało, to czy powinnam ją, trochę sztucznie nawet, poddmuchać? Czy mam trochę na wyrost mówić im, że na pewno dadzą radę, że w nie głęboko wierzę i jestem przekonana, że wszystko się ułoży? Takie rzeczy słyszę z Ameryki! Z amerykańskich filmów, z gazet, z poradników, od amerykańskich nauczycieli i od amerykańskiej pani psycholog. Także od  dziesiątek znajomych amerykańskich rodziców, którzy powtarzają swoim dzieciom, że wierzą i są pewni, że zostaną pilotami mimo, że dzieci mają lęk wysokości i wymiotują na karuzeli, że zdobędą mistrzostwo świata w kombinacji alpejskiej mimo, że całe życie mieszkają w Teksasie czy, że będą śpiewkami operowymi, a mówiąc to wciskają sobie do uszu zatyczki.

Ja tak nie potrafię! To dobrze czy źle?

Jeśli jestem zbyt niewierząca w możliwości moich dzieci to pewnie jakoś to zaważy na ich przyszłości. Będą mniej pewne siebie, niechętnie będą podejmować nowe, nieznane wyzwania, sparaliżuje ich strach przed podejmowaniem ryzyka, niska samoocena, problemy w nawiązywaniu kontaktów a stąd tylko krok od ucieczki w narkotyki, w alkohol czy szpital psychiatryczny…

Jeśli jestem zbyt wierząca w możliwości moich dzieci, to pewnie to również jakoś zaważy na ich przyszłości. Jeśli będę upewniać Kasię, że sobie da radę na medycynie, a sobie nie da (bo tak naprawdę to od początku wiedziałam, że mogą być kłopoty – słaba z fizyki i chemii i boi się krwi) to Kasia będzie miała wyrzuty sumienia, że matka tak w nią wierzyła a jej się nie udało. Jeśli utrzymam w wierze Jaśka, że jest w stanie przepłynąć dziesięć długości basenu (ale wiem, że nie jest, bo wczoraj przepłynął zaledwie dwie długości) to się dziecko załamie i pomyśli, że zawiódł moje zaufanie w jego możliwości i potencjał. Niedoszła pani lekarz i niedoszły pływak będą również mieli niską samoocenę, niskie poczucie wartości a stąd tylko krok do ucieczki w narkotyki, alkohol czy szpital psychiatryczny…

Nie mam lub nie manifestuję wystarczającej wiary w swoje dzieci bo boję się, że stawiają sobie zbyt wysoką poprzeczkę, że polegną, że im się nie uda a wtedy będzie im przykro, smutno i ciężko. A dodatkowo będą myśleli, że to czy inne zadanie było do zrobienia bo przecież mama wierzyła, że im się uda, znaczy, że to oni są do kitu a nie zadanie zbyt ciężkie…przecież mama wierzyła…

Stopnie naszych dzieci są dostępne online. System oceniania procentowy, za test można otrzymać na przykład siedemdziesiąt procent ze stu. Potem się przelicza, że od dziewięćdziesięciu trzech procent do stu – dziecko dostaje A i tak dalej. Kasia matematycznym geniuszem nie jest,ale w tym półroczu pracowała ostro i na koniec roku wychodziło jej A. Czekała tylko na wyniki testu z całego półrocza. No i pewnego popołudnia Kasia sprawdza stopnie a tu z testu cyferka 29! Czyli, że 29 procent ze stu. No słabo. Ponieważ jestem po lekturze wielu mądrych ksiąg wiedziałam co powiedzieć zapłakanej Kasi – empatia, empatia i jeszcze raz empatia. Po empatii przyszła kolej na moją złość – bardzo głęboko schowaną – nikt jej nie znalazł. Przyszedł Chris i mówi, że to niemożliwe! Ja na to, że dlaczego nie. Może było bardzo trudne, może się nie skoncentrowała, może nie zrozumiała (a dziecko się nie zapyta przecież bo się wstydzi) może pomyliła plus z minusem…Zaczęłam pocieszać bidulkę i powiedziałam jej, że czasami tak się zdarza, że człowiek ma takie czarne dziury, że nic nie szkodzi, że B również przyjmiemy z otwartymi ramionami. I się pogodziłam delikatnie dziobana przez nieprzyjemne uczucie rozczarowania. Kasi nie przekonały moje pocieszenia i zapewnienia, że nie oddamy jej do domu dziecka. O jedenastej przyszła z płaczem, że źle się czuje, że ma taki słaby stopień i że jest jej przykro. Tym razem szargana poczuciem winy, że może się nie przyłożyliśmy do edukacji dziecka, że może powinna jakieś korki z matematyki, powiedziałam jej to samo co przedtem ale z większym przekonaniem. Kiedy siedziała na moich kolanach, dostałam maila od pana matematyka, że to był trudny tydzień dla niego i przeprasza za pomyłkę. Kasia dostała 29 punktów na 30 możliwych więc to oznacza, że ma dziewięćdziesiąt siedem procent i była najlepsza w klasie.

Kasi uśmiech – bezcenny, a przede mną jeszcze pewnie wiele takich lekcji!

P.S. Janka świeżutki wpis na Capital! Zapraszam!

Czytanki Mamy Anki

Początek tygodnia książkowy. Aneta, na swoim blogu, napisała o fajnych książkach. To i ja o ciekawej chciałam napisać bo właśnie skończyłam ją dzieciom czytać.

Jednak zanim o książce będzie, będzie o czytaniu. Dzięki moim dwujęzycznym wróżkom, które co i rusz wyczarowują nowe pomysły na utrzymanie dwujęzyczności u dzieci, które zasypują pomysłami, ulepszeniami i innowacjami w temacie czytania, nasze wieczorne Czytanki Mamy Anki (bardziej wyszukana odpowiedź na Rymowanki Mamy Anki) odbywają się regularnie. I z zapałem i z zainteresowaniem i z proaktywnym łażeniem za mną z książką i z „mamo, poczytasz?” Ja czytam i dzieci czytają. „Ja czytam” wychodzi nam znacznie lepiej i przyjmowane jest z większą ekscytacją niż „dzieci czytają”, ale „dzieci” również „czytają” i to ponoć całkiem nieźle, choć już z nieco bardziej wyważonym entuzjazmem. Za całe to kibicowanie i zagrzewanie do czytania, mówienia i pisania po polsku, wszystkim dziewczynom jestem bardzo wdzięczna – efekty widać i słychać!

Zdarzyło wam się, że wasze dzieci mijając bezdomnego pijaka zarzuciły was serią pytań na jego temat? Albo prawie słyszałyście ich myśli na temat niewidomej dziewczynki z laską i z psem-przewodnikiem. Pytały was kiedyś dzieci czy ta pani z sześciorgiem dzieci to jest szczęśliwa (bo na szczęśliwą nie wygląda)? Moje pytały…Czym są starsze, tym pytają mniej. Może dlatego, że więcej wiedzą, a może dlatego, że nie wypada pytać. A dlaczego nie wypada?

To pytanie zadali sobie, a następnie innym, Tomasz Kwaśniewski i Anna Bedyńska w książce Jedno Oko na Maroko. Książka ta, to zbiór wywiadów, wywiadów robionych głosem dziecka, wywiadów robionych z ludźmi, za którymi nie wypada się oglądać. Wywiad z człowiekiem bez nóg, z panem, który lubi na golasa sobie pochodzić czy z panem, który ma na imię Edyta. Wszyscy ci ludzie odpowiadają na zadane pytania nader szczerze i tak zwyczajnie, bez ideologii, bez napuszania się. Mnie najbardziej podobała się wywiad z księdzem. A ponieważ ogólnie znany jest mój stosunek do instytucji kościoła, to fakt, że króciutki wywiad zrobił na mnie wrażenie, o czymś świadczy!

Książka językowo jest bardzo prosta, ale powinno się ją czytać z rodzicami. Można porozmawiać, popytać i poodpowiadać. Ciekawie wypadło też czytanie na role…Nawet nastolatkę Kasię książka zainteresowała i obrodziła w długie dywagacje na temat wzrostu pani Wioli i braku pigmentu u pana Andrzeja. Bardzo polecam!

DSC02255

Pogodowo podejrzana

DSC01860

Czasami człowiek czuje, że zmiana jest blisko. Wewnętrzne głosy donoszą o zbliżającym się czymś ważnym. Człowiek wtedy tłucze się po domu poddenerwowany, chrząka, burczy, czasami przepije zdenerwowanie herbatą miętową, a to skubnie czekolady Milki, a to ogórka kiszonego uszczknie na deser popijając zeń wodą. A czasami rewolta przychodzi niepostrzeżenie. Żyje sobie człowiek swobodnie, nieświadomy zbliżających się przewrotów w bycie swoim, aż tu pewnego dnia otwiera człowiek przekrwione banalnym życiem oczy i co widzi? Rewolucję widzi! W jednym momencie, cały jego świat zostaje przewrócony do góry nogami. Nic już nie tak samo. Czy odnajdzie się po szoku? Czy dojdzie do siebie? Czy pogodzi się ze zmianą?

Do deszczu chyba już wszyscy się przyzwyczaili. Do niskich temperatur również. Kaloryfery włączone „na ful” w czerwcu już nikogo nie dziwią. Nikt nawet specjalnie nie narzeka, że musi z piwnicy przytaszczyć garderobę zimową. Pogodziła się ludność, że zamiast grilla, pali się w kominkach, że podłogę trzeba ścierać trzy razy dziennie, że pies śmierdzi mokrym psem, że parasole nie nadążają wysychać, światło zapalamy o czwartej popołudniu, a na balkon wychodzi się sprawdzić czy pelargonie nie przemarzły. I jakoś ten mokry, kulący się z zimna człowiek asymiluje się z tą sytuacją, upodabnia się do szarej aczkolwiek przewidywalnej i niezmiennej, żeby nie powiedzieć bezpiecznej w swym występowaniu pogody.  Aż tu pewnego dnia dostaje obuchem w łeb! Najpierw nie może otworzyć przyzwyczajonych do ciemności oczu. Przez półotwarte powieki widzi smugę światła dochodzącą z okna po przeciwnej stronie łóżka. Nie jest pewien czy do światła powiniem się zbliżyć czy raczej od niego uciekać. Chwila…znajomego walenia, stukania, pukania, szumu czy nawet szmeru padającego deszczu nie słyszy. Ktoś wyłączył deszcz, włączył słońce i od tej chwili wszystko jest inne…

Z niedowierzaniem sprawdziłam wszystkie trzy strony meteorologiczne, wszędzie słońce i ciepło, odświeżyłam wszystkie trzy…bez zmian, słońce i ciepło. Zmieniłam wyłożoną poprzedniego dnia na podłodze garderobę szkolną dla dzieci. Oderwałam metki od nie noszonych w tym roku koszulek z krótkim rękawem. Dzieci myślały, że to Prima Aprilis! Wyczyściłam zakurzone okulary słoneczne i wśród zachwytów pogodowych i planów na upalne popołudnie zawiozłam dzieci do szkoły. „Zaczynam nowe życie” – pomyślałam…jak pomyślałam, tak zrobiłam – zdjęłam pościel do prania. Obwiesiłam balkon dawno niewietrzoną pościelą, przytaszczyłam na balkon kiszące się w piwnicy pranie, oznajmiłam kwiatom balkonowym, że czas się brać do roboty i postanowiłam pojechać za zakupy rowerem. Kurtkę puchową zamieniłam na kompletnie przemakalny sweterek koloru wiosennego różu, niedbale narzuciłam zwiewną apaszkę i czerwone podróbki Uggsów zamieniłam na czerwona nie-podróbki Conversów. Rower typu holenderka znaleziony na śmietniku rok temu zachęcająco czekał na mnie pod domem. Z miękkiego siodełka wycisnęłam resztki wody, skrzywiłam się na widok przygniłego trochę koszyka wiklinowego, który to niefrasobliwie zostawiłam na deszczu, zdziwiłam się zadowalającą ilością powietrza w oponach i pognałam do miasta. Przejażdżka była przednia. Wszystkie ptaki zdawały się śpiewać dla mnie, niedobitki kałuż kurczyły się w okamgnieniu a błyszczące od deszczu, mokre jeszcze liście bujały się lekko na wiosennym wietrze. Słońce grzało mi w plecy i niechętnie wchodziłam do sklepu w obawie przed zmarnowaniem każdej chwili w słońcu. Kupiłam, co miałam kupić, wychodzę, a tu co? Słońce ktoś wyłączył i przytaszczył zza gór ogromne szarobure chmurzyska. Krople w chmurzysku tylko czekają żeby się wydostać. Różowy sweterek zapięłam niemodnie pod szyję, apaszkę zacisnęłam na krtani i popędziłam do domu. W połowie drogi spadła mi na nos kropla deszczu, za moment całe wiadro. Ptaki przestały kwilić, a ucieszone kałuże zaczęły przybierać na wadze. Mokre pościele musiałam suszyć na włączonych kaloryferach, pranie zataszczyłam do piwnicy a ze szkoły odebrałam zziębnięte dzieci. Sprawdziłam wszystkie trzy strony z prognozą pogodny – słońce i ciepło. Na kolejne dni również. Dzisiaj rano piękne słońce i ciepło ale dzisiaj nie dam się już nabrać – jestem podejrzliwa.

P.S. Dla tych, którzy chcą komentować, a nie chcą zostawiać adresów mailowych, zmieniliśmy i już nie trzeba. Zapraszam do komentowania.

Wszyscy jesteśmy Kumaréami!

Witam wszystkich w nowej odsłonie starego bloga! Buty przed drzwiami zdejmować należy należy bo się nasprzątałam trochę. Herbata? Kawa? Ciastko? Zapraszam! 

DSC02108

Czasem w życiu tak jest, że potrzebujemy pomocy. Jak niedomagamy fizycznie, wybieramy się do lekarza, jeśli szwankujemy psychicznie, szukamy pomocy gdzie indziej. Czasami wystarczy rozmowa z przyjaciółką, która popatrzy na problem z innego życiowego kąta, zada niewygodne pytania i jak mamy szczęście, pomoże znaleźć rozwiązanie. Czasami trzeba pójść dalej i wywalić swoje flaki przed kimś, kto się wewnętrznymi flakami zajmuje zawodowo. Kiedy mamy problem z cieknącą rurą, dzwonimy po hydraulika, kiedy włosy za długie, idziemy do fryzjera, kiedy wody płodowe odchodzą, dzwonimy do położnej, a kiedy śmierć w oczy zagląda, biegniemy po księdza. Prawie w każdym polskim samochodzie dynda św. Krzysztof – tak na wszelki wypadek samochodowy. Kiedy zapodzieją się klucze lub dokument jakiś ważny, wznosimy nasze wołania do św. Antoniego, kiedy bolą nas dziąsła do św. Apolonii, a kiedy szczęśliwie jesteśmy młodymi dziewicami pomocy szukamy u Agnieszki Rzymianki (nie wnikam jakiej pomocy). Kiedy sprawy nie mają się ciekawie i kiedy brakuje żywych pomagierów czy świętych patronów, zostają jeszcze instancje wyższe, do których z byle czym zwracać się nie wypada. I tutaj do koloru, do wyboru i żeby nie wszyscy do jednego bo ciasno się robi. Jest hinduski Brahman i jego boscy koledzy, Jezus, Buddha, Allah, Bogini słońca Amaterasu i zastępy świętych krów, węży, ptaków i wszelkiego zwierza innego. Wszystkie te postaci są dla nas! Modlimy się do nich, składamy ofiary, przeklinamy nieprzyjazne a bratamy się z przychylnymi nam duchami i wtedy gdy potrzebujemy pomocy lub wsparcia i wtedy gdy jesteśmy wdzięczni za dobrodziejstwa nam dane. Wszystkie te postaci służą również jako rzeźbiarze losu, architekci przeznaczenia naszego. Zawsze można powiedzieć, że Bóg tak chciał, stało się za sprawą świętego drzewa prawdy czy kierował nami anioł stróż. Wydaje się, że każdy z nas potrzebuje jakiegoś przywódcy duchowego, czegoś potężniejszego niż my sami, kogoś, komu można zawierzyć nasze nadzieje i obawy, kogoś kogo można winić za nieszczęścia i dziękować za wszelakie ziemiopłody. Tak się wydaje…ale czy tak naprawdę jest?

Pewien filmowiec z Nowego Jorku, podróżnik i poszukiwacz duchowy przeprowadził bardzo ciekawego eksperyment społeczny. Postanowił przeistoczyć się w hinduskiego guru – Kumaré i udowodnić, że wiara w przewodników duchowych, w nadmożliwości ludzkie mentorów religijnych często uznających siebie jako wcielenia boskie, to ślepa wiara we własne wyobrażenia o tej osobie, a czasem dowód na głupotę osoby weń wierzącej. Zaserwował siebie jako placebo religijne (niestety nie ja wymyśliłam te określenie, a Washington Post) dla osób poszukujących odpowiedzi na ważne życiowe pytania, potrzebujących pomocy, przewodnictwa życiowego i wsparcia. Film przez jakiś czas jest totalną ironią zagubionego społeczeństwa i trochę w podły sposób pokazaniem, jak ze wszech miar potrzeba nam kogoś do naśladowania i jak łatwo dajemy się nabić w butelkę. Jednak podczas swojego eksperymentu autor niepostrzeżenie zaczyna pomagać ludziom, zaczyna mieć na nich pozytywny wpływ i naucza ich jak znaleźć w sobie guru, jak pomóc sobie samemu, jak szukać i znajdować odpowiedzi, jak utrzymać się na powierzchni, jak żyć! Nadchodzi też dzień wyjawienia swojej prawdziwej tożsamości i reakcji uczniów i hołdowników guru. Jak sam mówi o swoim filmie, to film „o największym kłamstwie (…) i największych prawdach (…)”. Polecam, naprawdę wszystkim polecam!

Moja niewierząca przyjaciółka powiedziała kiedyś, że zazdrości wierzącym. Bez wiary człowiek zostaje sam, sam podejmuje decyzje, sam jest za nie odpowiedzialny, sam ponosi konsekwencje, czasem gorzkie. Sam też za wszystko się obwinia. Jest także jedynym adresatem swoich sukcesów, odbiorcą szczęścia i sobie tylko zawdzięcza powodzenie. Wie ponadto, że ma w sobie siłę i moc do dalszego życia i zmian na lepsze. Z Bogiem czy bez, z Dalai Lamą, Jezusem czy sami z sobą, jestem pewna, że mamy więcej „niebieskiego światła” w sobie niż jesteśmy w stanie sobie wyobrazić.