Royal Wash z „wkładką”…

P1060375

(zdjęcie ma się nijak do treści, ale to jedno z miliona moich ulubionych)

Znacie na pewno wszyscy taką trochę oklepaną scenę z filmów, w której to niczego nie podejrzewająca osoba, śpiewając sobie pod nosem piosenkę wesołą, otwiera drzwi samochodu i wsiada. Mruczy do siebie grzebiąc w swojej damskiej torebce, przekręca kluczyki w stacyjne i nagle zza pleców słyszy: „Nie odwracaj się. Jedź!”. To mi się tak dzisiaj zdarzyło. Ale od początku…

Jutro przyjeżdża mama. Okna umyte, węże ogrodowe wyduszone, plan wizyty rozpisany i wydrukowany w trzech egzemplarzach, trawa skoszona i kwiaty bzu własnoręcznie rozwinięte żeby były na mamy przyjazd. Zostało tylko z dzieci brud zeskrobać i samochód umyć. Kiedy mieszkaliśmy w Niemczech, samochód porządnie sprzątałam raz w roku, na wakacjach w Polsce. Zazwyczaj domowo, za pomocą mojego brata. Miałam zabrać się za mycie i odkurzanie sama, ale jakaś wróżka podrzuciła mi darmowy bilecik do myjni samochodowej o wytwornej nazwie New England Car Wash. No to pojechałam. Podjechałam i jestem dziewiąta w kolejce. Za godzinę mam odebrać dziecko ze szkoły. W życiu nie dam rady. Nie potrafię jednak wyjechać z kolejki. Nie wykręcę. Po chwili jestem już szósta. Wróżka przyniosła Royal Wash czyli po królewsku, ful wypas. Umyją samochód, wytrą na sucho, woskiem natrą, odkurzą w środku i umyją okna. Mojemu bratu zajmuje to cały dzień z przerwą na obiad. Patrzę, czwarta jestem. Co widzę? Podjeżdża samochód pod myjnię, kierowca oddaje kluczyki dwóm panom z Ameryki Południowej, którzy w ciągu 60 sekund (sprawdziłam na trzech samochodach przede mną) odkurzają samochód! Cały! Łącznie z bagażnikiem. Następnie samochód wjeżdża do myjni. Totalnie bezdotykowej. Nie wydaje mi się żeby cokolwiek oprócz kilku kropel wody dotknęło samochodu. Następnie samochód wyjeżdża i wtedy napada na niego banda młodych dżentelmenów ze ściereczkami i spryskiwaczami. Panowie, z Ameryki Południowej oczywiście, poruszają odnóżami z niebywałą szybkością i sprawnością, po czym zostawiają kluczyki z stacyjce i bez słowa przechodzą do innego samochodu. Ja to wszystko obserwuję siedząc sobie na ławce. Obok mnie elegancka, starsza pani z Florydy. Jest wstrząśnięta marną jakością wykonanej pracy i ogólnym bylejactwem. Pyta, czy mam podobne zdanie. Staram się jak mogę nie krytykować więc odpowiadam, że rzeczywiście wydaje się, że w tak krótkim czasie trudno dokładnie odkurzyć samochód, ale to mój pierwszy raz w amerykańskiej myjni i nie chciałabym tak od razu oceniać. Może odkurzacz jest zaczarowany albo niewidzialne skrzaty pomagają. Zobaczę jak wsiądę. Pani nie łyka żartu i zdenerwowana mówi, że i tak będzie musiała odkurzyć w domu, że woli Florydę i że do widzenia. Banda wycierających mój samochód przeniosła się na samochód obok. Mój gotowy. Mrucząc po nosem piosenkę jakąś, wsiadam do samochodu, szukam przez chwilę telefonu w torebce damskiej, znajduję kluczyki na siedzeniu obok, wkładam do stacyjki, przekręcam. Zaglądam do lusterka i widzę. Widzę przerażoną twarz młodzieńca z Ameryki Południowej w czapce z daszkiem, szmatką w jednej i spryskiwaczem w drugiej ręce. „Are you taking me home?”* zapytał ostrożnie z pięknym południowym akcentem. Przylepieni do czystej szyby stoją jego koledzy i umierają ze śmiechu. A ja ze wstydu!

Przyjechałam do domu, zrobiłam inspekcję i wyciągnęłam swój odkurzacz. Jednak elegancka, starsza pani z Florydy miała rację!

*nie całkiem dokładnie tłumaczenie, ale brzmiało jakby powiedział: „Zabieracie mnie do domu, dobra kobieto?”

weekend w nie-winnej winnicy Marty

DSC06461

Z Garmisch nie było problemu. Jedno zdjęcie, choćby nieostre, kalendarz z wolnymi terminami i już goście się pchali drzwiami i oknami. Ze Stanami gorzej. Muszę się napracować, zdjęć narobić, naopisywać się żeby ktokolwiek chciał nas odwiedzić. I naprosić się muszę i ciast i wina naobiecywać. I udało się! Pierwsza grupa Polaków przyjeżdża za tydzień, ale o tym kiedy indziej. Dzisiaj nadal zachęcam i zapraszam, bo terminów wolnych mamy w brud! Trochę więcej do pooglądania, a mniej do poczytania dziś, ale nie ma co gadać, pięknie jest!

Po dwóch dniach spędzonych na wyspie Martha’s Vineyard, Janek w końcu zadał wszystkich pewnie nękające pytanie. To gdzie te winnice? Ano nie ma! Produkcja wina na wyspie skończyła się w 2008. Martha’s Vineyard, lub Noepe jak nazywali ją Indianie z plemienia Wampanoag zamieszkujący tę wyspę przed najazdem bogatych właścicieli statków, a z czasem wszystkich, którzy byli sławni lub mieli kasę. I tak jest do tej pory. Plebs przechadza się pomiędzy prywatnymi plażami, przeklina, że nie może zrobić zdjęcia z ogródka nad urwiskiem (bo prywatny ogródek i zastrzelą), żółknie z zazdrości mijając piękne wille i nie mniej piękne szopki na ekskluzywne narzędzia ogrodnicze, czy garaże na luksusowe samochody. Na szczęście wyspa dość duża to i się pospólstwo i krezusi zmieszczą.

Oak Bluffs to miasteczko tętniące życiem nocnym. Nie dość, że my pospólstwo, to jeszcze pospólstwo chodzące wcześnie spać. Nie sprawdziliśmy czy tętni, czy nie. Atrakcją tego miasteczka są tzw Gingerbread Houses – przesłodkie, kolorowe domeczki. Takie dla krasnoludków trochę…

 

DSC06341

DSC06346

DSC06347

DSC06527

DSC06529

DSC06349

DSC06345

 Edgartown natomiast to niezwykle eleganckie, mucha nie siada miasteczko z domami tylko i wyłącznie w bieli i szarościach. I żeby mi się za dużo kolorowych kwiatków po ogródku nie pałętało. Kolory zostawmy szaleńcom z Oak Bluffs. W Egdartown znajduje się najdziwniejsza dotychczas przeze mnie odwiedzona plaża – Katama Beach. Dziwna była ze względu na tajemnicza atmosferę wykreowaną przez niezwykle gęstą i „mokrą” mgłę. Po kilku minutach na plaży nasze włosy były zupełnie mokre. Wielkie walące w pagórkowatą, piaszczystą plażę fale pojawiały się nagle wybiegając z gęstej mgły. Jak z jakiegoś filmu, wydawało się, że zaraz z mgły wyłoni się ogromny żaglowiec z wojownikami gotowymi zaatakować. Jeszcze nigdy nie byłam na plaży w takich okolicznościach pogodowych. Super!

DSC06350

DSC06382

DSC06351

DSC06352

DSC06361

DSC06353

DSC06364

DSC06428

DSC06441

DSC06442

 

W Aquinnah widzieliśmy czerwone klify, balony na plaży i dwie martwe gęsi. Poza tym statki, stateczki, maleńkie łódki, wielki łodzie rybackie, jachty i inne jednostki pływające. Super pyszne jedzenie, ulubione chilijskie wino (wyspiarskiego nie dostaliśmy) i całkiem fajny weekend.

 

DSC06517

DSC06519

DSC06516

DSC06512

DSC06372

DSC06456

DSC06543

DSC06462

DSC06344

Top 5 „mojego” USA!

DSC00219 - Version 2

To jest moje ulubione miejsce w USA :-)! 

Poniższy wpis powstał w ramach majowego projektu Klubu Polki na Obczyźnie, w którym piszemy o naszych ulubionych miejscach w krajach, w których mieszkamy. Projekt potrwa do końca czerwca, zaglądajcie i czytajcie.

W Stanach mieszkam od niedawna i wybranie pięciu ulubionych miejsc to nie lada wyzwanie. Albo i nie. Jak się widziało dwadzieścia miejsc, to wystarczy tylko czasami obniżyć oczekiwania (jak się mieszkało w niemieckich Alpach, to się ma wysokie wymagania względem wszystkiego) i wybrać te pięć najlepszych. Nie będę ukrywać, że Stany to nie moje miejsce na ziemi. Jeszcze nie oswoiłam i być może nigdy nie oswoję. Sercem nie ogarniam i nawet nie specjalnie się staram. Są jednak miejsca, do których kawałek duszy się przylepia i jak mnie życie w tyłek kąsa, to wracam do tych miejsc piechotą, rowerem, samochodem, czy choćby myślami. Oto super piątka mojego niespełna rocznego pobytu w zaledwie kilku stanach Stanów Zjednoczonych.

 

 

Boston

Screen Shot 2015-04-27 at 13.09.40

Pierwszy raz byłam w Bostonie jeszcze w poprzednim stuleciu. Już wtedy Boston wysunął się na prowadzenie zrzucając Nowy Jork na drugie miejsce. Kiepska konkurencja, bo wtedy widziałam tylko NY, Boston i kilka wiosek w New Jersey – nie było z kim walczyć! Kiedy dowiedzieliśmy się, że jedziemy do Rhode Island, moje pierwsze pytanie było…ok, moje pierwsze pytanie było, czy nie ma tam jadowitych węży, ale drugie jak daleko z East Greenwich do Bostonu? Niedaleko. Uwielbiam Boston! Nie jestem z tych, co chodzą z przewodnikiem w ręku chociaż wszystko, co ważne politycznie i historycznie w Bostonie widzieliśmy i w pamięci aparatu utrwaliliśmy. Lubię chodzić i chłonąć, oglądać, zaglądać, powąchać. I obserwować ludzi lubię. Ludzie w Bostonie są młodzi, nawet jeśli już nie są studentami wielu znamienitych uczelni, wyglądają jak studenci, ubierają się jak studenci i zachowują się jak młodzi, beztroscy, weseli studenci. Wszędzie spotkać można kolektywną miłość mojego życia – biegaczy! Biegają sami, w parach, z dziećmi w wózkach, z dziećmi obok, przed i za. Biegają, jeżdżą na rowerach, łyżwach i rolkach w miejskim parku, Boston Commons, wzdłuż portu i na przepięknej i popularnej wśród turystów ulicy, Beacon Street, na której podczas śnieżyc ostatniej zimy można było również spotkać grupy zapalonych narciarzy biegowych.

Bostończyk nie byłby Bostończykiem gdyby na pięciu częściach garderoby, na torbie, plecaku, samochodzie i rowerze nie miał znaczków swoich ulubionych drużyn sportowych w tym najbardziej znanych Red Sox (baseball) i The Patriots (futbol amerykański). I na równi śmieszy mnie i szanuję fakt, że oddany fan Czerwonych Skarpet, Ben Affleck, podczas kręcenia zdjęć do filmu „Gone Girl”, odmówił założenia czapki ze znaczkiem New York Yankees – odwiecznych wrogów drużyny Nowej Anglii. Ja osobiście od niedawna dopiero odróżniam baseball od futbolu, a to dopiero po „naszej” wygranej w Super Bowl! Koszulki jeszcze nie mam!

Czyli, że Bostończyków lubię bardzo. Co jeszcze? Jeszcze takie jedno miejsce w porcie bostońskim, które uwielbiam. Ma wszystko. Wielkomiejskość w postaci wysokich szklanych budynków w sąsiedztwie starych, czekoladowych budynków, spokój i bujający się na lekkich falach błogostan wciśniętych prawie między domy łodzi i jachtów, lekko oddalony harmider miasta i ledwie słyszalne fale zatoki. Melanż wszystkiego fajnego!

Zwiedzając bostoński must-see – Old North Church – najstarszy kościół w Bostonie, natknęliśmy się na maleńki czekoladowy budyneczek. I dosłownie i kolorystycznie. Budynek z tych starszych i łatwo się nie poddających, bo zbudowany w 1712 roku przeżył śmierć wszystkich budynków wokół w tym sąsiada swego – dom, który był własnością Benjamina Franklina –współtwórcy Stanów Zjednoczonych. W heroicznym w swym staniu domu jest co? Maleńkie muzeum czekolady połączone z tycią drukarenką-muzeum z czasów kolonialnych. Panie ubrane w stroje z epoki przygotowują czekoladę do picia i do jedzenia w tradycyjny sposób łupiąc i rozcierając ziarna kakaowca. Zapach w muzeum najbardziej czekoladowy na świecie, a wystój i atmosfera zachwyca. Po drugiej stronie wąskiego korytarza usmarowany po uszy młodzieniec w pięknym narzeczu bostońskim uświadamia gapiom znaczenie drukowanego słowa i pokazuje harówkę pracujących tam drukarzy.

Moje podniebienie i mój żołądek uwielbiają jeszcze jedno miejsce w Bostonie. Europejskie nosy zawiodły nas do włoskiej ciastkarni, Mike’s Pastry, we włoskiej dzielnicy Bostonu, słynącej ze swoich cannoli – wielkich rur z kremem. A kremów dziesiątki! A posypek jeszcze więcej! A tłumy na ulicy stoją! Ale warto…oj warto!

 

DSC05934

Clough House (czekoladowy dom)

 DSC06277

Czekoladowa pani (Captain Jackson’s Historic Chocolate Shop)

DSC06280

Drukarnia (Printing Office of Edes and Gill)

DSC05967

Beacon Street

DSC05965

Beacon Street

DSC06291

Kawałek portu

DSC06290

Ulubione miejsce

DSC06295

Bostoński melanż

 

Screen Shot 2015-04-27 at 13.29.34

Ekstremalny fan drużyny futbolu amerykańskiego. A w drużynie Patriotów Polacy: Robuś Gronkowski i Stefek Gostkowski.

(źródło: absnews.com)

Block Island

Screen Shot 2015-04-27 at 13.35.15

Czy byliście kiedyś na Helu przed nalotem turystów? Pustki. Siedzi rybackie pozawieszane na zaryglowanych drzwiach smażalni ryb, boje rybackie niezbyt dekoracyjnie walają się po ogródkach piwnych i tylko autochtoni wiedzą jak nie umrzeć z głodu. To jakby tak oderwać Hel od lądu i popchnąć jakieś dwadzieścia kilometrów w morze, wtedy otrzymamy Block Island w połowie kwietnia. Przez większość roku wyspę zamieszkuje tylko tysiąc mieszkańców. Tamtejsza szkoła liczy sobie setkę uczniów w klasach 0-12. Na ląd mogą się dostać kursującym dwa razy dziennie promem. Latem liczba przebywających na wyspie dochodzi do trzydziestu tysięcy! To my jednak wiosną i jesienią pobędziemy. Wyspa wygląda jak wszystkie moje wyobrażenia Zielonego Wzgórza. Rozrzucone po wyspie domy, niektóre ogrodzone, niektóre cieszące się bezpłotową wolnością. Jest małe obozowisko lam, szkockich krów, żółwi i gigantycznych królików. Wszystkie ochrzczone i regularnie dokarmiane torebkami za dolara. Skaliste klify straszą nazwami i historią. Najpiękniejsze, prawie pięćdziesięciometrowe Mohegan Bluffs były miejscem nieszczęsnej śmierci grupy nieposłusznych Indian z plemienia Mohegan. Tragicznie, ale przynajmniej ostatnie widoki przez śmiercią mieli nie do pobicia. Na plażach piasek albo kamyki. Drobne, kolorowe kamienie zaokrąglone przez wodę wydają niesłychanie przyjemny dla ucha odgłos kiedy kolejna fala wyrzuca je na brzeg i zabiera z powrotem do wody. Ale najlepsza rzecz jaka nas spotkała na Block Island to wylegujące się na skałach foki. Widzieliśmy osiem przepięknych szarych fok w tym mamę z maluchem siedzących na skałach tuż przy plaży. Niesamowite doświadczenie!

Na promie podsłuchałam rozmowę dwóch babek. Jedna drugiej opowiada, że przeprowadza się na stałe na wyspę, sprzedała dom na lądzie. Druga mówi, że owszem lato na wyspie, ale zimą woli Florydę. Pierwsza na to, że i ona na Florydę wyskoczy na tydzień lub dwa, ale resztę czasu spędzam na wyspie bo „jak tu nie kochać Block Island”.

 

DSC06102

Wyspiarski kościół

DSC06123

Kamykowo-piaskowa plaża

DSC06100 (1)

Nie wiem co to, ale ładne…

DSC06114

Odpoczywająca foka…

DSC06132 (1)

Schody na klify – Mohegan Bluffs

DSC06169 (1)

Przepiękne drzwi do domu

 

 

 

National Mall w Waszyngtonie (Washington, District of Columbia ma się rozumieć)

 Screen Shot 2015-04-27 at 13.45.54

Wszyscy chyba słyszeli o amerykańskim patriotyzmie. Nie mówię tutaj o wielkiej polityce, tylko o takim widocznym patriotyzmie i miłości do kraju w wykonaniu zwykłej jednostki człowieczej. Flagi na koszulkach, przed domami, na domach, na samochodach, łzy w oczach podczas hymnu, recytowana lojalka przez rozpoczęciem lekcji w szkole i obowiązkowa wycieczka do Waszyngtonu żeby zapoznać się, czy też swoje dzieci z historią i kulturą kraju swego. Wszystko co ważne, piękne i historyczne znajduje się na National Mall (znalazłam tłumaczenie „Galeria Narodowa” ale czy ja wiem…park taki…). Wzdłuż i w sąsiedztwie głównej alei w National Mall znajdują się wspaniałe budowle o znaczeniu politycznym jak również największy na świecie kompleks muzeów należący do Smithsonian Institute. Kapitol, Biały Dom, pomnik Waszyngtona, pomnik Lincolna, Biblioteka Kongresu sąsiadują z Muzeum Historii Naturalnej, Narodowym Muzeum Indian Amerykańskich i galeriami sztuki z całego świata. Powaga najważniejszych w kraju federalnych budynków i historycznych pomników wydaje się być złagodzona przez sztukę, wielką sztukę i każdą sztukę. Bardzo mi się to połączenie podoba.

I nie z powodu amerykańskiego, czy jakiegokolwiek innego patriotyzmu, National Mall jest jednym z moich ulubionych miejsc, takim co to się dusza do niego przykleiła. A i w samym parku mam swoje ulubione zakątki. Moim ulubionym budynkiem jest Smithsonian Castle sąsiadujący z bardzo ciekawym, eklektycznym muzeum – Freer Sackler Galery. Smithsonian Castle to piękny, czerwonawy budynek trochę schowany w zieleni i tworzący z nią wspaniałe połączenie. Piękny budynek i piękny ogród za budynkiem. Latem zapach dziesiątek rodzajów kwiatów wmieszany w ciężkie, wilgotne powietrze może lekko zawrócić w głowie, ale można tę głowę oprzeć na ławce i odpocząć chwilę ciesząc oko pięknym ogrodem.

Po drugiej stronie „ulicy” jest inny ogród (National Galery of Art Sculpture Garden), większy, ze ścieżkami i wielką fontanną, która w gorące, letnie dni chłodzi zmęczonych turystów. Po całym parku rozsiane są rzeźby i instalacje, a wśród nich polski akcent – dziewczęta (Puellae), Magdaleny Abakanowicz. W najbardziej zacienionym rogu parku znajduje się moje kolejne ulubione miejsce – ławeczka naprzeciwko Chagalla i jego pięknej, kolorowej mozaiki. Drzewa skutecznie oddzielają mozaikę od ciekawych oczu i aparatów turystów więc jest ich tutaj niewielu. Udało mi się dwa razy w ciszy i spokoju popatrzeć na Orfeusza w zupełnej samotności.

A gdzie można siedzieć trzy godziny, gapić się na ściany i się nie nudzić. W moim ulubionym pokoju muzeum sztuki (National Galery of Art) – pokoju impresjonistów. Latem, kiedy powietrze jest ciężkie, wilgotne, a temperatury zbyt wysokie by zwiedzać pomniki, nie ma lepszego miejsca niż chłodne i ciche pokoje muzeum. Monet, Cezanne, Degas czy Amerykanka Mary Cassatte, którą się zachwyciłam. I tak siedziałam i było mi tak dobrze…

Mam dwa marzenia. Chciałabym kiedyś zobaczyć kwitnące drzewa wiśni przy Tidal Basin i chciałabym zobaczyć National Mall nocą. Nie ma wyjścia, muszę wrócić!

Screen Shot 2015-04-27 at 14.02.01

Kapitol  (źródło: washington.org)

DSC05408

Pomnik Waszyngtona w towarzystwie flag i moich dzieci

DSC05409

Widok na Pomnik Ofiar II Wojny Swiatowej i na Pomnik Lincolna

IMG_2039

Moje ulubione miejsce – Smithsonian Castle

IMG_1916

Park wypełniony sztuką (National Galery of Art Sculpture Garden)

IMG_1919

Magdalena Abakanowicz 

IMG_1918

Drugie ulubione – Marc Chagalle, Orphee

 

 

 

Vermont – Montpelier

Screen Shot 2015-04-27 at 14.17.39

O Vermont (a mogę nie odmieniać, bo mi się nie podoba „vermoncie”?) pisałam już wcześniej tutaj więc nie będę się powtarzać. Oznajmiam tylko, że miłość do Vermont mi nie przeszła i kocham i uwielbiam i nie mogę się doczekać kiedy pojadę tam jeszcze raz. Tym razem, mam nadzieję, jesienią żeby zobaczyć małe wzgórza i większe pagórki w ogniu czerwonych liści! No i po świeży syrop klonowy, oczywiście!

 

 

Plaże Rhode Island

Screen Shot 2015-04-27 at 14.20.41

Nie umiem pływać. Potwornie boję się wody sięgającej do pasa. I to takiej wody w basenie, spokojniej, przeźroczystej i bez pływających stworzeń. Morze, czy ocean, który od morza różni się tym, że mnie jeszcze bardziej przeraża, ma zwierzęta, nie ma chloru, ma niosące pewną śmierć fale i nie ma drabinki, przy której można warować. To co ja tak lubię ocean i plaże? Tak jak można siedzieć na szczycie Osterfelderkopf w Garmisch i gapić się na alpejskie szczyty godzinami, tak można siedzieć na plaży, na ciepłym piasku (w bezpiecznej odległości od wody) i gapić się na wodę, na fale i na daleki horyzont tak samo długimi godzinami. Ocean, jak góry ma moc, potęgę, która pokazuje jak wielka i okazała jest przyroda i gdzie jest nasze w niej miejsce. Ocean ma jeszcze jedną przewagę nad górami. Wartości dźwiękowe! Nie ma nic lepszego na skołowane myśli, albo ich kompletny brak, jak szum fal…i stopy zakopane w ciepłym pisaku. Piasek inny niż wszędzie. Miękki i drobny jak mąka ziemniaczana. I piasek też wydaje dźwięk – skrzypi między palcami. I tak siedzieć i słuchać mogłabym długo…Uwielbiam.

 

DSC06196

Moja ulubiona plaża (Second Beach, Newport)

DSC06263

Jeszcze pustki…

DSC06173

Plaża w Narragansett 

IMG_2205

Plaża ze słonecznymi nogami…

Ten projekt dedykowany jest Stowarzyszeniu Piękne Anioły. Jeżeli spodobał Ci się mój post, możesz wesprzeć Fundację dowolną kwotą. Więcej informacji na naszym blogu: http://klubpolek.pl/?page_id=1702

Taka zwyczajna sobota…

IMG_0236

Zapowiadała się zwyczajna, żeby nie powiedzieć nudna, sobota. Poruszać z rana zaspaną tkanką tłuszczową z obrzydliwie entuzjastyczną Chodakowską. Z jednym dzieckiem na mecz. Drugiemu sprała się cała garderoba i trzeba uzupełnić. Ogródek drze się z każdego kąta, że wody, nawozu, czy pielenia potrzebuje. Koło w rowerze popiskuje, należy zaradzić. Ciasto rumowe lekko się przypaliło. Na to wszystko wpada jeszcze Chris tranzytem z jednego lotniska na drugie i taszczy ze sobą dwie walizki dołączone do argentyńskiego oficera marynarki wojennej. No to rękawice ogrodowe z nieukrywaną radością w drący się kąt ogródka wrzuciłam, gałęzie z włosów usunęłam, Bolesławiec wyjęłam, spaleniznę ciasta lukrem polałam i przy stole zasiedliśmy. Po tym jak nieopatrznie zapytałam o flotę argentyńską i dowiedziałam się wszystkiego niepotrzebnego o wielu nieinteresujących mnie faktach, oficer powiedział: „Chciałbym się z wami podzielić pewną historią”.

W swoim ojczystym języku jest pewnie krasomówcą. Takim, co każde słowo waży na dwóch wagach. Nigdy nie używa tego samego przymiotnika w jednym zdaniu, nawet wielokrotnie złożonym. Nawet w sąsiednim zdaniu unika powtórek. Takim, który szuka najlepszego słowa oddającego myśli i natężeni emocji. Takim, który lubi opisy, ale niezbyt długie, wrzuci zabawny element w perfekcyjnym momencie, kiedy słuchacz z przejęciem czeka pierwszej łzy. Takim, który o prostych rzeczach opowiada z taką pasją i żarliwością, że wierzysz w każde słowo i delektujesz się każdym zdaniem.

Angielski nie był jego ojczystym językiem. I tylko tacy, którzy chcieli w innym niż swoim języku powiedzieć coś ważnego i nie mogli znaleźć słów, odpowiedników emocji, uczuć, bólu, strachu, szczęścia wiedzą jak czuł się Bruno opowiadając nam swoją historię po angielsku. I tylko tacy potrafią wyobrazić sobie kwieciste opisy, wyszukane synonimy, metafory i inne środki stylistyczne w jego prostych zdaniach. Ja potrafię.

– Wiesz, chcieliśmy mieć dzieci. Minęło siedem lat od ślubu, a dzieci nie było. Smutno było. Modliliśmy się. Chodziliśmy do lekarzy. Najlepszych w Buenos Aires. Okazało się, że to ja mam problem z tym…wiesz…z tą…

– Płodnością – podpowiadam, a Bruno uśmiecha się ciepło. Wie, że ma we mnie językowego krasnala.

– W końcu udało się i urodził się Nathaniel. Daliśmy mu tak na imię, bo to był dla nas dar od Boga. Nathaniel oznacza „dar od Boga”, wiesz? I już nie mogłem mieć więcej dzieci. Nigdy. Postanowiliśmy adoptować. Dostałem licencję na adopcję na trzy lata. Tysiące rozmów z psychologami. Wizyty pracowników socjalnych w domu. Chcieli wiedzieć jakimi jesteśmy rodzicami, ludźmi. Przecież dobrymi jesteśmy. Kończyła się licencja, a dziecka nie było. Przenieśli mnie w głąb kraju, do pracy. Daleko od Buenos, daleko od agencji adopcyjnej. Trzy tygodnie przed wygaśnięciem licencji, dostaję telefon.

– Jest dla pana dziewczynka, dziewięć miesięcy, proszę jutro po nią przyjechać.

– Jak to „po nią” – zdziwiłam się – tak od razu?

– A jak? – zdziwił się tym razem Bruno – Jest dziecko, trzeba ją zabrać do domu! Powiedziałem żonie. Płakała. Klękam na kolana. Pytam Boga, czy dobrze robimy. Czuję się z tym dobrze. Znaczy, że dobrze robimy. Jedziemy do Buenos Aires. Idziemy do tego miejsce, wiesz…

– Do Domu Dziecka – pomagam.

– Do Domu Dziecka. W łóżeczku leży śliczna dziewczynka. Nad nią trzy osoby. Lekarze.

– Proszę pana, ona ma HIV!

– Zabrałem ze sobą siostrę. Siostra jest lekarzem. Bardzo dobrym lekarzem. Podczas rozmowy siostra przegląda kartę dziewczynki. Nie mam nic przeciwko choremu dziecku. HIV jest do opanowania. Siostra mówi, że jest ok, damy radę. Lekarze z domu dziecka mówią, że ma żółtaczkę. Siostra mówi, że jest do wyleczenia. Damy radę. Lekarze mówią, że jest jeszcze ten…ta choroba…wiesz…co przenoszona, wiesz…sssyyyy…

– Kiła (syphilis)? – pytam

– Tak, kiła, bo wiesz jej mama była tą, jak ona się nazywa…

– Prostytutką? – pytam i oddycham ciężko.

– No tak, prostytutką! No przecież zdrowe, dobrze prowadzące się matki nie oddają swoich dzieci – mówi z przekonaniem Bruno – Siostra mówi, że z kiłą też damy radę. Do wyleczenia. Teraz musimy do sądu po podpis sędziego, z podpisem z powrotem do domu dziecka po dziecko, wieczorem mamy samolot do domu. Po drodze do sadu żona wpadła do najbardziej różowych sklepów w mieście. Wszystko było różowe, w koronkach, z falbankami, kwiatkami, motylami i księżniczkami. Ania, jaka ona była szczęśliwa! Wpadamy do sądu. To miała być formalność. Sędzia mówi, że nie podpisze! Dziecko obiecane innej parze, która odwiedza ją od urodzenia. Wpadam we wściekłość. Po co dzwoniliście? Po co przylecieliśmy? Może da się jeszcze coś zrobić? Zmienić czyjeś zdanie? Nie da się. Żona płacze. Ja się pytam gdzie do cholery ten Bóg? Przecież miało być dobrze. Żona płacze. Sędzia się tłumaczy, że to nieporozumienie. Pracownik społeczny za to zapłaci. Idę po kawę. Wracam do żony. Nie płacze. Mówi, że weszła sprzątaczka do pokoju i powiedziała, że Bóg ma plan i że będzie dobrze. Żona się uspokaja. Wchodzi sędzia z kartką.

– Może wybierzecie sobie państwo inne dziecko? – pyta sędzia.

– Jak to wybierzecie sobie inne dziecko? – wścieka się Bruno – mam zamknąć oczy i wybrać?

– Jak pan chce… – mówi sędzia.

– To co? To pierwsze z listy poproszę – cynicznie rzuca Bruno.

– Pierwsze nie można, już jest zaklepane. – spokojnie oznajmia sędzia.

– To drugie – wścieka się Bruno.

– Drugie może być – zaznacza coś na kartce sędzia.

– Ania, zobaczyłem czerwone, zapłakane oczy mojej żony. Taki dziwny moment. Wariactwo? A może nie! Możemy ją zobaczyć? Możemy. Jedziemy do domu dziecka. W łóżeczku leży maleńka, miesięczna dziewczynka. Lekarze mówią, że dopiero ją dostali i nie mają żadnych badań. Nie wiedzą czy i na co jest chora. Żona płacze, tuli dziewczynkę, mamy dwie godziny do samolotu. Jedziemy do sędziego. Po drodze wstępujemy do różowych sklepów po mniejsze ubranka. Ania, jakie szczęście na twarzy mojej żony!! Sędzia podpisuje. Jedziemy po małą.

Bruno wyciąga telefon i pokazuje kilka zdjęć roześmianej pięciolatki w najbardziej różowych sukienkach z największymi falbanami i kokardami. To ona. Maria. Zdrowa.

– No i teraz to muszę wierzyć w Boga, nie? – kończy Bruno!

A my siedzimy ze szczękami na stole. I nie, nie piszę tego z jakiejś duchowej potrzeby i nie, nie zmieni to mojego kwestionującego podejścia do wiary i sił wyższych. Po prostu cieszy mnie to, że niektórzy wierzą, wierzą i cyk – cud jest! Dobrze jest słyszeć o takich ludziach. I w ogóle dobrze jest słyszeć takie historie. Szczególnie w takie zwyczajne soboty…

 

 

Customer service dla zadka…

FullSizeRender

Na Stany mogłabym ponarzekać rzęsiście, ale jest jedna rzecz, na którą złego słowa nie powiem, uważam ją nawet za najlepszą na świecie – obsługa klienta! Gdziekolwiek się pojawiam jako klient niezadowolony, a pojawiam się wszędzie i często, bo jakość amerykańskich wyrobów pozostawia wiele do życzenia, obsługa klienta jest bez zarzutu. Zwroty towaru, reklamacje, wymiana – wszystko bez podawania przyczyn, tłumaczenia się, bez rachunków i kwitków trzymanych miesiącami w portfelu i pudeł tekturowych, w których towar był zakupiony. A do tego wszystko miło i z uśmiechem! Uwielbiam być niezadowolonym klientem w Stanach.

W sklepie rowerowym byliśmy już kilka razy. Obsługa odjazdowa! Znający się na rzeczy, pomocni i wyjątkowo dowcipni czterej panowie i pies. Pomarudziłam przy zakupie jednośladu, że nie takie amortyzatory, że za drogo, że siodełko za twarde, opony za szerokie. Wszystko wytłumaczyli podpierając się rzetelną wiedzą i nieznaną mi dotychczas rowerową literaturą. Machnęli ręką na fakt, że prawie przejechałam śpiącego psa sprawdzając oś skrętu, pozazdrościli przejechanych kilometrów alpejskich ścieżek rowerowych i dorzucili na pożegnanie „Auf Wiedersehen”, bo oni wszyscy w jednej pięćdziesiątej szóstej są Niemcami przecież. Dziś do sklepu wróciłam poutyskiwać na niewygodne siedzenie. I mój tyłek stał się klientem niezwykle skutecznej obsługi sklepu rowerowego (tak, przeczytałam to zdanie na głos i wiem jak to brzmi).

Wchodzę do sklepu z rowerem i pytam czy mogę go oprzeć o jakiś mebel.

– Nie, musisz go trzymać, najlepiej dwa cale nad ziemią.

Takie właśnie sarkastyczne poczucie humoru mają panowie. Zapytana w czym problem, odpowiadam, że po ostatniej przejażdżce nie mogłam usiąść przez dwa dni. Potrzebuję wygodnego siedzenia!

– Kupowanie siedzenia rowerowego to duże ryzyko – mówi pan – co pasuje tyłkowi jednego rowerzysty, drugiemu może nawet spowolnić przemianę materii na kilka dni.

– Może i ryzyko, ale ja się podejmę jednak. Poproszę wygodne, taką maleńką Ektorp poproszę.

Nie zajarzył, bo Ikea pod Bostonem – za daleko!

– A majki rowerowe z wkładką ma?

– Well….

No niby ma, ale nosi tylko w bardziej zacienionych lasach, bo głupio wygląda. W Niemczech i w Polsce na końcu każdej trasy rowerowej jest knajpa z piwem. Jak mam siedzieć na piwie w podpasce XXL na noc? Piwo nie smakuje!

– Well…taką wersję light mam, z wkładką higieniczną. Za to wyszczuplająca uda, ze spódniczką w komplecie i z kieszonką na drobne, na piwo ma się rozumieć.

– A gdzie boli najbardziej?

– Mmmmm….są dwa takie miejsca. Jedno to…yyyyy…taki…

– Aha, rozumiem. Wszyscy to mamy. Nie ma się czego wstydzić. Boli jak cholera.

Jestem pewna, że myśli o hemoroidach…

– Nie, to nie to. Jeszcze nie chociaż to pewnie kwestia czasu.

– Ależ gdzie tam. Ile masz lat? 32? 34?

– 41 za chwilę.

– No to jak nie ma do tej pory, to już nie będzie. Ale wyglądasz znacznie młodziej.

– Dziękuję. Mój mąż też tak twierdzi, ale TEŻ nosi okulary – wyostrza mi się humor. Chcę już te nieistniejące na razie hemoroidy zostawić w spokoju. – No mam takie kości w pośladkach, które bolą jak diabli kiedy długo jadę na rowerze.

– Kości w pośladkach? Hmmm…

Spojrzał bezwstydnie na mój zad. Kto zna mój tyłek, choćby z widzenia tylko, wie, że mały nie jest. Kościsty na pewno też nie! Skąd te kości w takim razie? Patrzy i myśli. Ja zawstydzona milczę. No ale w końcu musi zdiagnozować jeśli chcę mieć dobrze dobrane siodło.

– No to może to będzie dobre?

Podaje mi piękne czarne siodło. Miętoszę w dłoniach. Wydaje się doskonałe.

– A to drugie miejsce, które boli?

– Mam złamaną kość ogonową. I czasem boli bardzo.

– To jak ty siedzisz na tym rowerze?

– No przodem do kierunku jazdy. A jak inaczej?

Pokręcił głową, nakazał usiąść na rowerze. Popatrzył. Nakazał zejść. Podniósł siedzenie o jakieś trzy centymetry. Nakazał usiąść.

– Teraz nie będzie bolało.

Kupiłam sobie na wszelki wypadek wypasione, miękkie siodło, za które zapłaciłam 10% mniej, bo jestem niezadowolonym klientem, mogę oddać po dwóch tygodniach, nawet takie zdarte tyłkiem, dostałam mapy tras rowerowych i uchwyt do butelki, zanieśli mi rower do samochodu i pomachali na Auf Wiedersehen. Mój tyłek z obsługi klienta zadowolony jest bardzo! Pojechałam na próbę 10 kilometrów i nie boli. Nie ma to jak amerykańska szeroko pojęta obsługa klienta!

P.S. Ekonomię miałam przez dwa semestry tylko, więc późno do mnie dotarło, że może o to chodzi. Robimy rzeczy gównianej jakości – dajemy pracę. Rozbudowujemy niezbędną obsługę klienta – dajemy pracę. Ludzie i tak będę kupować, bo potrzebują żelazka, pralki, węża ogrodowego i kranu, a że im się popsuje po pół roku (albo po dwóch dniach) to dobrze, bo ludzie, którym daliśmy pracę zrobili już nowe. I się kręci…

Bazylia dla mniej bohaterskich…

IMG_3582

Takie ogłoszenie w gazecie lokalnej przeczytałam. Komitet do spraw działań wszelakich lokalnego liceum naszego prosi o przynoszenie sadzonek bylin szlachetniejszych w celu zrobienia ogródka ku pamięci pani Krystyny. Pani Krystyna była pracownicą liceum i przez kilka lat zmagała się z chorobą nowotworową. Walkę przegrała. Ale jakaż to była z niej chorująca?! Nigdy nie narzekała na swoje samopoczucie, zapytana, zawsze odpowiadała z szerokim uśmiechem, że czuje się znakomicie. Po porannej chemioterapii, przychodziła do szkoły i pracowała do późna wzbogacając duchowo obojętną młodzież. Nadała imię, czy raczej przezwisko, swojemu rakowi. Ani na moment się nie poddała. Nigdy się nie załamywała. Pocieszała wszystkich, nawet tych zdrowszych od siebie. Do końca walczyła, z uśmiechem, pełna energii, nadziei i wiary, że chorobę pokona. I liceum postanowiło, że należą jej się bratki za odwagę, krokusy za pozytywne podejście do życia, narcyzy za uśmiech i tulipany za męstwo (czy damstwo), rycerskość i bohaterstwo.

Ani nie znałam pani Krystyny, ani sama nie posiadam choroby nowotworowej (na razie, bo statystyki nie działają na moją korzyść) i pewnie nie mam prawa się wypowiadać, ale trochę mnie dziabnęło. Bo super jest być odważną i bohaterską, super jest mieć dystans do siebie, do choroby, do krótkiego życia i przedwczesnej śmierci. Super jest być pogodzoną z losem, duchowo poukładaną, przyjmującą wszystko co życie przyniesie z pokorą, zrozumieniem i spokojem. Za każdym razem kiedy czytam o takich kobietach, rozmawiam z takimi ludźmi, przepełnia mnie radość , że można i tak. Tacy ludzie są dla nas nadzieją i inspiracją. A wkurzyłam się, bo co z tymi mniej bohaterskimi.

Jaki byłby mój pierwszy wpis na blogu po otrzymaniu wiadomości o bliskim końcu mojego istnienia? Jaki byłby sms do mamy? Email do siostry? Czy z dumą ogoliłabym głowę podczas chemioterapii i wrzuciła kilka zdjęć na fejsbuk? Czy wymyśliłabym imię dla potwora w moim ciele? Czy byłabym waleczna do końca? Co z tymi, którzy się po prostu boją? Którzy nie chcą rozmawiać o swojej chorobie, bo ciężko przechodzi im przez gardło słowo rak, cierpienie, śmierć. Co z tymi, którzy potrafią tylko skulić się w kłębek i płakać cicho…albo zupełnie na głos rozrywając szpitalne szaty i waląc głową w ścianę? Z tymi, którzy nie potrafią wstać z łóżka po chemii, nie planują swojego pogrzebu, nie piszą inspirujących listów do swoich dzieci? Co z tymi, którzy nie chwytają byka za rogi, nie korzystają z każdej podarowanej im chwili, nie stają twarzą w twarz z kolejnym dniem i nie są pełni wiary i nadziei? Im się ogródek pod zakładem pracy nie należy!

Chyba nie da się bardziej nienawidzić pracy w ogródku niż ja jej nienawidzę, ale się zawzięłam i wykonałam ogródek ziołowy! Ku pamięci tych, którzy się boją, są smutni i nie mają siły się uśmiechać, pogodzić się z losem i inspirować innych. Stuletni płot przewrócił się już dwa razy, kręgosłup mi siadł przy kopaniu twardej, związanej korzeniami ziemi, wizytę pierwszego w tym roku węża o mało nie przypłaciłam zawałem serca, a wąż tylko dzięki swej zwinności nie stał się eko-nawozem pod bazylię i majeranek. Zakupiłam dziesięć worków ziemi z organicznym krowim łajnem i niech spróbuje nie wyrosnąć!! Ku czci tych, których nikt czcić nie zamierza!

hej ho, hej ho, do pracy by się szło…

SAMSUNG CSC

Zdjęcie wykonane przez koleżankę od pióra – Sylabę. Dzięki!

 

Co robi nauczyciel podczas przerwy na lunch? Niektórzy przygotowują lekcje, inni sprawdzają klasówki, jeszcze inni jedzą po prostu, a ja? A ja oglądam tyłki saudyjskich nastolatków!

Mam cudowną pracę, którą uwielbiam i każdego dnia z wielką chęcią dojeżdżam prawie godzinę (tutaj o tym) do przepięknego miasteczka Bristol aby nieść kaganek oświaty w postaci języka angielskiego do nieoświeconych potrzebujących. Tam właśnie uczę angielskiego a sama uczę się wszystkiego innego! Uczę się słuchać innych języków, uczę się salsy, uczę się cierpliwości, uczę się, że nie zawsze mi się udaje, że więcej nie wiem niż wiem o moich uczniach i krajach, z których pochodzą. Z radością widzę też, że potrafię, że jestem dobra w tym, co robię a wierzcie mi, że po latach „niepracy”, czy pracy za uśmiech kierownika, to jest cudowne uczucie. I uwielbiam wszystko i wszystkich w mojej pracy! A ponieważ uwielbiam, to opiszę po trosze. Dobrze byłoby gdyby udało mi się obiektywnie i politycznie poprawnie, ale bez mojego, subiektywnego spojrzenia, cynicznych obserwacji i stereotypowego przedstawiania bohaterów jakiż nudny byłby ten wpis! Więc sorry trochę…

W październiku pierwszy raz zaparkowałam pod uniwersytetem, na którego terenie i pod którego patronatem znajduje się moja szkoła. Zaparkowałam w miejscu dla mnie niedozwolonym i zarobiłam mandat w wysokości pięćdziesięciu dolarów. Dziś, jak panisko, mam czerwoną naklejkę z napisem „Faculty” (że w gronie jestem) i parkuję gdzie mi się podoba. Pierwszego dnia obserwowałam trzech nauczycieli uczących cztery różne przedmioty. Zrobiłam dwie kartki A4 notatek, głównie krytycznych i uznałam, że ja potrafię lepiej. Właściwie to najlepiej! Dzisiaj z pokorą i szacunkiem wchodzę na każdą lekcję i sama jestem po kilku obserwacjach i sama dostałam dwie kartki A4 notatek, głównie pozytywnych z wyjątkiem tego, że wchodzę w klasę (stoliki ustawione w podkowę) jakieś pół metra za głęboko! Na początku nie mogłam sobie dać rady z wymową imion moich uczniów, dziś nie mam z tym najmniejszego problemu (nie bez znaczenia jest fakt, że 50% moich Saudyjczyków ma na imię Mohamed). Bawarskie Gruess Gott zamieniłam na Wa-Aleikum- Salaam, bo tylko Saudyjczycy witają mnie swoim arabskim pozdrowieniem, cała reszta czyli mocna reprezentacja Chin, Korei Południowej, Meksyku, Kolumbii, trochę mniejsze reprezentacje Wenezueli, Ekwadoru i Gwatemali, Włoch i Japonii, oraz jedyny, ale za to całkiem niezgorszy, reprezentant Dominikany witają się po angielsku, albo wcale.

Zajęcia się poukładane tak, że w czasie czterotygodniowej sesji mam zajęcia z większością uczniów w szkole. I to bardzo mi się podoba, bo poznaję wszystkich uczniów, mam wszystkie poziomy i wszystkie przedmioty. Mam takich co znają słownictwo naukowe (bo po ostatniej sesji przechodzą na uniwersytet studiować fizykę kwantową, na przykład) dużo lepiej ode mnie, ale mam też takich, dla których trudno znaleźć najniższy poziom. Na ustnym egzaminie „wstępnym” mamy taką ściągę w postaci pytań, które stopniowo stają się coraz trudniejsze i wtedy łatwiej zdecydować o poziomie ucznia. Wchodzi Saudyjczyk, ja do niego „Good morning”. Nic. Speszony jest. Siada. Pierwsze pytanie na liście: „What is your name?” i jakieś dwadzieścia jeszcze przed nami. Stanęło na pierwszym pytaniu i tak zostało. I komu się trafił ten uczeń? Mnie oczywiście! Po miesiącu mój Mohamed ma urodziny. „Happy Birthday, Mohamed!” powiadam wchodząc do klasy. Szanowny jubilat na to: „Happy Birthday, Mohamed”. „Nie słodyczy moja, to są TWOJE urodziny i to JA tobie życzę Happy Birthday”, mówię do niego bardziej językiem ciała niż ustami, „Ty możesz powiedzieć DZIĘKUJĘ,” Mohamed na to: „Ty możesz powiedzieć DZIĘKUJĘ” Poddaję się. Odpowiadam z uśmiechem: „Dziękuję” i on też z uśmiechem „Dziękuję.” I miło jest!

Bardzo miło jest! Wcześniej kultura arabska była dla mnie zupełnie obca, teraz pochłaniam… Jak każdy Niearab, mam uprzedzenia, pamiętam o każdym ataku terrorystycznym, o wszystkich, którzy zginęli z rąk islamskich terrorystów i choć bardzo mi przykro z powodu utraty życia, nie wzbudziła we mnie niczego poza szczerym zdziwieniem wiadomość, która rozeszła się jak świeże bułeczki po szkole, że jakiś Amerykanin zadźgał dwóch arabskich studentów. Ale moich Saudyjczyków uwielbiam! Kłamią jak z nut, ściągają ze wszystkiego co się da, targują się o każde pół punktu, ale wszystko jest w miłej atmosferze, z uśmiechem i z wyznaniami miłości w sytuacjach wyjątkowych. Oddaję klasówki grupie „już-niżej-się-nie-da” i inny Mohamed podchodzi i pyta „dlaczego” pokazując palcem na swoje zero punktów. Powoli tłumaczę, na tablicy piszę, pantomimę odstawiam i mimo, że wiem, że najprawdopodobniej nie rozumie ani słowa, staram się wytłumaczyć, że w ćwiczeniu, w którym było trzeba wstawić jakiś zawód, do zdania „_________ leczy ludzi a ___________ lata samolotem” nie można wstawiać imion swoich kolegów z klasy. I uśmiecham się bo nic innego mi nie pozostaje w takiej sytuacji, a w zamian dostaję: „I love you, teacher!”. Cudownie! I zdarza się, że pięć razy proszę o powtórzenie zdania dziewczynę zawiniętą w trzy chusty i po pięciu razach, dalej nie słyszę co mówi. Zdarzyło się, że podczas dyskusji o autorytetach, uczeń z Chin wyszedł z klasy przeklinając Dalai Lamę i zdarzyło się upomnieć nastolatka z Ekwadoru żeby nie opowiadał o biednych ludziach posługując się rzeczownikiem „zwierzęta”. W większości jednak jest miło, sympatycznie, międzynarodowo, wielokulturowo, przyjaźnie i tolerancyjnie i relacje się zdarzają przeróżne nie wyłączając międzykontynentalnego całowania się po kątach.

W przerwie na lunch, wchodzi do mojej klasy grupka pięciu panów z hip hopem w słuchawkach za trzysta dolarów i grzecznie pytają czy mogą. Rozkładają swoje dywaniki do modlitwy i tak jakoś wypada, że kierunek ich modlitwy jest zawsze odwrotny do kierunku mojej twarzy i wiecznie oglądam markowe gumki od majtek wystających spod zbyt luźnych gaci czy, od czasu do czasu, wręcz częściowo obnażone saudyjskie tyłki…i smacznego lunchu pani nauczycielce życzymy! I uwielbiam…

Vermont…

FullSizeRender_2

Mapa Vermont w Naleśnikowni pokazująca skąd biorą się składniki używane w tej restauracji

– Gdzieś w innym życiu wzięliśmy ślub i mamy czwórkę dzieci.

– Mieszkamy w Vermont. Ja jestem burmistrzem.

– A ja robię dżemy.

– A ty robisz dżemy.

To rozmowa między Oliwią Pope a prezydentem Stanów Zjednoczonych – bohaterami mojego ulubionego ostatnio serialu “Skandal”. I tak się zastanawiałam co takiego jest w tym Vermont, że sam amerykański prezydent chciałby się tutaj przenieść, być burmistrzem i zajadać się domowymi dżemami. Przyjechaliśmy zobaczyć… Przyjechaliśmy też na narty jako że Stowe w Vermont to jeden z najbardziej popularnych kurortów narciarskich na wschodzie Stanów. Ale z nami, oczywiście nie może być „normalnie”… W telewizji powiedzieli, że ten tydzień jest najzimniejszym tygodniem od 143 lat! No przecież… Minus 31 stopni i silny wiatr skutecznie zniechęciły nas od odrywania przymarzniętych tyłków od metalowych wyciągów krzesełkowych ($85 za dzienny karnet i jedna gondola!!). Ten przeraźliwie zimny i nieco przepłacony stan rzeczy przekonał nas jeszcze bardziej, że nie ma to jak narty w Alpach, że kiedy tylko się da, wracamy do Niemiec. Przejedziemy się tylko po Vermoncie, pozwiedzamy i wyjedziemy kompletnie przekonani, że nigdy tutaj nie wrócimy. A tu niespodzianka…

Jesteśmy rozpuszczeni jak dziadowskie bicze najfajniejszą Europą jaką można było za niewielką kasę, z dwójką wiecznie małych dzieci zobaczyć. Piękne plaże Portugalii, najpiękniejsze na świecie hortensje gdzieś na stacji benzynowej niedaleko Genui i drące się z niebogłosy cykady w Toskanii. Przede wszystkim jednak, codzienne wzdychania do okna, w którym to jawił się najwyższy szczyt Niemiec, codziennie w innym świetle, codziennie w innym humorze. Tonące w kwiatach bawarskie i tonące w wypranej bieliźnie włoskie balkony. Chłodnoprzyjaźni Austriacy ustępujący pierwszeństwa i nigdy nie ustępujący, ale za to przeuroczy Włosi.

I tacy europejsko rozpieszczeni dotarliśmy do Vermont. I jeździmy i oglądamy i zakochuję się w tym stanie coraz bardziej. Wiele razy słyszałam, że Nowa Anglia to najpiękniejszy region Stanów i oczywiście, zgodnie z regionalnym patriotyzmem, zgadzam się bardzo, ale Vermont jest zupełnie inny od Rhode Island – jedynego stanu, który przejechałam wzdłuż i wszerz. Jeszcze za mało wiem i za mało znam żeby móc powiedzieć dlaczego, ale takie bycie i czucie tutaj w Vermont jest zupełnie inne. Ludzie wolniejsi, bardziej zrelaksowani, serdeczni, uśmiechnięci…ale nie tak na pokaz i bo tak wypada. Wydaje się, że tacy są bo…tacy są! I góry są (tak, po pół roku w Stanach, mam dość niewielkie oczekiwanie jeśli chodzi o „góry”) i wszędzie zielono i konie się pasą na śniegu i kudłate krowy jakieś. I wszystko jest stare, drewniane, upieczone z mąki od sąsiada i polane syropem klonowym z drzewa od cioci Wiesi. I gdyby kiedyś Garmisch miało nie wypalić, to się dżemów nauczę robić i zamieszkam w Vermont!

DSC06019

Walentynkowe dekoracje w Montpelier, stolicy Vermont

IMG_3362

Zamarznięte jezioro Champlain, Burlington 

FullSizeRender_3

Przyrządy do jedzenia naleśników

DSC06023

Przepiękny, zimowy kościół w Montpelier

IMG_3363

Po drugiej stronie jeziora, stan Nowy York

FullSizeRender_2-2

Kasia w sklepie klonowym

FullSizeRender_4

Bardzo spodobały mi się te lwy 

IMG_3364

Kompletnie zamarznięte jezioro 

IMG_3392

Stowe, VT

DSC06025

Trupy motyli w ramce. Zastanawiałyśmy się z Kasią nad pochodzeniem a tu nad nimi taka informacja, że „oczywiście te motyle były hodowlane i przeżyły całe swoje życie (że nie zakatrupili) – to w końcu Montpelier”

FullSizeRender_2-3

Foremki na cukierki klonowe i karmelki w sklepie z domowej roboty syropem klonowym

FullSizeRender

Jeszcze nie widzieliśmy łosia, ale jesteśmy pełni nadziei

FullSizeRender-2

Kawa czy herbata?

FullSizeRender-3

Przesłodkie te okiennice

FullSizeRender-4

I wszystko jasne…(termin wszelakich skarg minął wczoraj)

Co się dzieje w Hondzie, w Hondzie zostaje…

 FullSizeRender

Mam super pracę, opiszę kiedyś, bo jest o czym. Do tej super pracy muszę dojeżdżać. Samochodem, czterdzieści pięć, w porywach, sześćdziesiąt minut. I tak z dnia na dzień, poszerzyłam szeregi dojeżdżających do pracy Amerykanów. Stałam się częścią swoistej zakółkowej kultury. Mój samochód stał się moim biurkiem i stołem jadalnianym, lusterko samochodowe – lustrem łazienkowym, a wyśmiewane przeze mnie do niedawna, wysuwane z każdej dziury uchwyty na napoje, okazały się bardzo przydatne i to nie tylko na napoje. Z kawą ze Starbuck’sa mnie jeszcze nie zobaczycie, bo ja lubię dobrą w domu wypić, ale herbatę z sokiem malinowym w termosie mam! Woda z cytryną w uchwycie numer dwa stoi. Stary iPod z muzyką w kolejnym uchwycie i telefon w ostatnim, do którego mogę dosięgnąć bez odrywania kręgosłupa od ogrzewanego siedzenia. Dwie pomadki – jedna nawilżająca, druga w kolorze przedwcześnie dojrzałej brzoskwini. Krem do rąk, dwa nawet, na wypadek gdyby pierwszy wpadł pod siedzenie podczas nawilżania dłoni na światłach. Awaryjne perfumy, bo nigdy nie wiadomo kiedy człowiek się zdenerwuje i zapachnie nieprzyjaźnie. Jedna para butów na wysokim obcasie, z ceną jeszcze, bo okazji nie było żeby oderwać. Przewodnik po Rhode Island, bo jak się zgubię w ładnym miejscu, coś zobaczę przy okazji, ale żeby się nie zgubić mam nawigację. Drogę znam na pamięć, ale moja nawigacja służy mi do czegoś innego. To mój sposób na podtrzymywanie języka niemieckiego – nawigacyjna Heidi mówi do mnie po niemiecku – i jak tylko wrócimy do Niemiec, będę perfekcyjnie wymawiała cyferki, trzymała się prawego pasa i zjeżdżała na autostradę w najpiękniejszym Hochdeutschu!

I tak wsiadam codziennie rano o 7.15 do samochodu i zaczyna się przygoda! Bo ja naprawdę bardzo, bardzo lubię tę moją podróż codzienną! Rano siedzę wyprostowana, nie ruszam się za bardzo żeby nie pognieść wyprasowanych spodni, wschodzące słońce wali mi po oczach kiedy przejeżdżam przez stolicę naszego stanu. Po pracy leżę zrelaksowana na kierownicy, wygnieciona, głodna i kiedy dojeżdżam do Providence, zimą jest już ciemno, i przypomina mi się Warszawa i moje, dawno już zapomniane, wieczorne podróże z Placu Unii Lubelskiej na Żoliborz i fajnie jest… W czasie tej podróży zacieśniam kontakty z bliskimi (w Rhode Island można rozmawiać przez telefon prowadząc), dowiaduję się co w Polsce, w Niemczech i w innych zakątkach świata słychać. Kiedy już nikt nie chce ze mną gadać, rozmawiam z siedzącymi obok niewidzialnymi. Od zawsze rozmawiam ze sobą, często gestykulując przy tym zamaszyście i mimo, że zdaję sobie sprawę, że takich co mruczą do siebie po nosem w sklepie spożywczym się zabiera do takich specjalnych, mało rzucających się w oczy przechodniom miejsc, uwielbiam i nie przestanę! Dawniej trochę było mi głupio kiedy stojąc na światłach opowiadałam siedzącemu obok niewidzialnemu jak to padłam ofiarą nieporozumienia w banku, a ktoś z samochodu obok spoglądał na mnie podejrzliwie. Lekko speszona podnosiłam telefon do ucha, że niby rozmawiam…Teraz, mam to gdzieś! W Ameryce jestem, robię co chcę! Śpiewam też! A że nie potrafię, samotna jazda samochodem, to jedyny moment kiedy nikt nie cierpi z powodu mojego wybitnego nieposiadania talentu. Lubię nasze lokalne radio, bo mi mówi o korkach co dwie piosenki. Wszyscy inni współdojeżdżajacy też pewnie potrzebują wiadomości o korkach, bo zatrzymując się na światłach, widzę jak wszystkie głowy obok bujają się w rytm tej samej piosenki i wszyscy ruszają ustami tak samo jak ja – wszyscy śpiewamy „Don’t” razem z Edem! To niezwykle zbliża!

Podróż samochodem jest również edukacyjna. Z wielkich bilbordów można się dowiedzieć kto rozwiedzie cię najszybciej, kto skoryguje zmarszczki, zgryz i odnajdzie straconą wiarę w Boga. Bilbordy już ją znalazły i trzymają pod 866-FOR-TRUTH! Czasem i śmieszno jest, bo widząc ogłoszenia „When in Pain, Call Wayne” układam szybko polską wersję dla mojej przyjaciółki, lekarki w Garmisch – „Jeśli Coś Cię Boli, Zadzwoń do Oli” i pokładam się ze śmiechu na kierownicy, ale i straszno jest, bo na takiej samej Hondzie jak moja, na tylnej szybie białą farbą wypisane „R.I.P nasz kochany tato 1958-2014” i przeraża mnie potrzeba dzielenia się taką informacją.

Czasami zdarza mi się widzialny pasażer w postaci własnego dziecka na przykład. W drodze do Bostonu, postanawiam sprawdzić polską pamięć patriotyczną dziecka i nakazuję przypomnieć sobie polski hymn. Ja śpiewam jedną linijkę, dziecko drugą (pominę, bo bez znaczenia jest, fakt, że śpiewem tego nie powinno się nazywać). Dochodzimy do „marsz, marsz…” i cisza. Podpowiadam spółgłoskę „ddddd…”. I słyszę głośne „marsz, marsz DO PRZODU”! No przecież nie do tyłu…nie my przecież!

 

 

z okazji Dnia Gada (serio, dzisiaj!)

“Anya, sweetheart…you know what this is? Three snakes on a mouse trap!” * – słyszę od pana Złota Rączka z piwnicy. Stałam właśnie w pokoju umierania (o pokoju umierania) i o mało co nie zeszłam…

Dwa miesiące wcześniej…

Po tym jak przy każdej nadarzającej się okazji, informuję świat o mojej fobii wężowej. Po tym jak przy każdym napotkanym, wysuszonym na wiór zaskrońcu na ścieżkach górskich, muszą mnie cucić. Po tym jak prawdopodobnie jedyny pływający wąż w Eibsee postanowił odpocząć obok mojego koca piknikowego. Po tym jak przy każdej wizycie w zoo Chris ma rany cięte na bicepsach od moich paznokci wbijanych ze strachu. Po tym jak spadłam z roweru kiedy dotknął mnie przejechany przez moje przednie koło patyk, a ja myślałam, że to wąż i nie opanowałam dwuśladu. Z takim bagażem doświadczeń i emocji, dwa miesiące temu, w Maryland czy może w Wirginii poszliśmy w góry, mój przyjaciel, ja i trójka dzieciorów…Całą drogę dzieci robiły nam psikusy, że wąż pod lewą nogą, na gałęzi, pod liściem. Prześladowanie przybierało czasem formę bardziej fizyczną w postaci pocierania patykiem mojej nogi, ręki, szyi, powodując szereg mini ataków serca i salwy śmiechu zaraz po nich…No taka miła wycieczka w przyjacielskiej atmosferze… Zatrzymaliśmy się na ścieżce, gadamy sobie, niektórzy stojąc tyłem do kierunku marszu i wtedy Kasia, spokojnym głosem, oznajmia, że „uncle Jeff, wąż za tobą…” Akurat…tak jak tych dwadzieścia pięć poprzednich, bardzo śmieszne…Zaglądam gdzie chudy palec Kasi wskazuje i widzę wielkie, czarne bydle pełznące w poprzek szlaku! Żeśmy zauważyli śliczną grzechotkę na końcu ogona, żeśmy przestali oddychać na chwilę, żeśmy się lekko oddalili, zrobili zdjęcie potworowi czarnemu, odzyskaliśmy oddech i poszli żeśmy w milczeniu do domu… Okazało się, że to jeden z dwóch czy trzech gatunków grzechotnika żyjącego na tych terenach właśnie…jadowity przecie…Po początkowym szoku pomyślałam sobie, że ok, mam odhaczone bliskie spotkania z wężami na następne kilka lat.

Panowie robotnicy robią remont naszej ponad dwustuletniej piwnicy. Jakiś kabel naderwali i ogrzewania w niedzielny, rześki jak jasna cholera, poranek nie było. Z panem Złota Rączka przy telefonie poszłam do piwnicy szukać przyczyny naszych sinych warg. No i zobaczyłam coś! Mike Złota Rączka przywracał mi rytm serca przez telefon ciepłymi słowami, że to co zobaczyłam w rogu przy rurze jest pewnie nieżywe, na pewno niejadowite, ale rzeczywiście to może być wąż…Uciekłam z piwnicy, zabrałam dzieci na przymusowy spacer i kolację u znajomych, wypiłam dużo wina i późnym wieczorem wróciliśmy do wiejącego chłodem i ostatnim oddechem węża w piwnicy domu. Skumulowaliśmy się wszyscy w jednej sypialni, najdalej od piwnicy jak to tylko możliwe i…nie spałam całą noc obmyślając plan eksterminacji węża. Rozprowadzę śmiertelny gaz w piwnicy. Przykładem Szwajcarów, zbuduję schron przeciwatomowy z betonowymi drzwiami. Ciekawe czy węże boja się kotów? Dzieci chciały kota. A może psa się boją? Ja wolę psa. W jakiejś książce młodzieńczej czytałam o wężu w wentylacji. A moje łóżko przy otworze wentylacyjnym. Rzucę weń poduszką…i tak nie działa. Zadzwonię do poskramiaczy węży. Pewnie są zapalonymi działaczami na rzecz ochrony środowiska i każą się z nimi zaprzyjaźnić, podać sobie ogony i żyć w symbiozie. Spakuję jutro walizki i wsiądę w pierwszy samolot do Monachium! Nie będzie mnie Ameryka wężami straszyć!

Śniadanie zjedliśmy pod kocami przy otwartym, włączonym piekarniku. Dzieci wykopałam do ciepłej szkoły i czekałam na posiłki. Zjawili się wszyscy, w sumie pięciu chłopa. Pierwszy zjawił się Mike z defibrylatorem, na wypadek gdybym zaniemogła. Wszedł do piwnicy i z ulgą oznajmił, że to nie wąż, a trzy ogrodowe węże (nie te do podlewania, niestety) na pułapce na myszy. Super! Czyli, że mam węże (ogrodowy, czy boa dusiciel to wciąż wąż) i myszy! Boję się jeszcze krokodyli i oposów. Mike mówi, że krokodyli tutaj nie ma, a oposy są, ale chwilowo nie w mojej piwnicy. Przyjechał elektryk Mark zobaczyć, czy to on nie odciął ogrzewania przez przypadek. Nie odciął. Ale ręką machnął na trzy węże. Przyjechał pan od ściany działkowej, wytatuowany Joshua, który uwielbia węże, miał ich gniazdo pod schodami w domu i być może zabierze sobie moje trupy do domu. Przyjechał przesłodki Dan od ogrzewania, znalazł przyczynę sopli w nosie i podzielił się historią, jak to jego mama znalazła węża w pralce. Przyjechał John wężołap. W ciężkim narzeczu bostońskim powiadomił, że to normalne w takich starych domach, że węże jak myszy wchodzą do domu na jesień bo cieplej, że kotów się nie boją, psa też nie bardzo, nie zagazuje węży i mi też odradza. Poustawiał jakieś wnyki na dziczyznę, trutki i inne zniechęcanki. Mike pozatykał wszystkie widoczne dziury w murze, a niewidoczne zaklajstruje jakimś czymś w ramach remontu piwnicy. Mówi, że bunkra nie potrafi zbudować. Panowie serdecznie się pożegnali ze mną, każdy zostawił telefon na wypadek węża, myszy czy innego zwierza.

Dwie godziny później wchodzi Chris po czterodniowej nieobecności i pyta: „Jak ci minął weekend, kochanie?”

 

* „Ania (przez długie „J”) kochanie (Mike i ja – blisko ze sobą jesteśmy :-)!) wiesz co to jest? To są trzy ogrodowe węże (nie do podlewania) w pułapce na myszy”