Dzień jak co dzień

DSC07057

Lancz nauczycielski.

– Słyszeliście o włamaniu do domu hodowcy marihuany? – zapytał On – nauczyciel i hodowca bardzo dozwolonej, medycznej marihuany.

– A gdzie? – zapytała Ona – nauczycielka i wierna słuchaczka sążnistych opowieści nauczyciela-hodowcy o etapach wzrostu rośliny, o krótkim czasie żniw i zupełnie niesprawiedliwych podatkach nakładanych przez władze stanowe.

– Ano za rogiem… – odpowiada on pałaszując do znudzenia już smaczną kanapkę z mozzarellą, pomidorem malinowym, odrobiną octu balsamicznego i dwoma listkami bazylii – i słuchaj jakie jełopy z tych włamujących się.

– A kim są włamywacze? – zapytała Ona rozpakowując swoją kanapkę. Ona nie lubi rutyny. Każdego dnia przynosi inną kanapkę. A to z grillowanym bakłażanem, to z serem feta posypanym świeżą miętą, a to śmierdzącą na całą szkołę kanapkę z tuńczykiem, rzadziej kanapkę z mięsem. Aspiruje do bycia wegetarianką.

– Jacyś smarkacze, którzy podsłuchali gdzieś, że facet hoduje marihuanę w piwnicy i w nocy włamali się do niej. Ale słuchaj jakie matoły… – lekko zniecierpliwiony On próbował ciągnąć dalej.

– Ale gdzie za rogiem? Newport? Providence? – dopytywała się Ona próbując upchać tuzin liści sałaty między dwa małe kawałki pieczywa.

– No jak to gdzie? Warwick przecież! – rzekł zdziwiony jej niewiedzą nauczyciel. Każdy przecież wie, że jak się pali, kogoś gwałcą, mordują czy topią, to w Warwick.

– No i dlaczego takie jełopy z tych włamywaczy? – zapytała Ona. Udało jej się upchnąć sałatę, zostało jeszcze awokado do zapakowania i można spokojnie jeść.

– Ziele nie było dojrzałe! Na tym etapie w ogóle nie działa – poinformował otwierając pudełko z ogórkami i z oburzeniem dodał– amatorszczyzna!

A ogórki to on robił wyborne. Obrane i pokrojone w kostkę mieszał z cebulą uprzednio pokrojoną w piórka, zalewał mieszanką białego octu winnego z cukrem. Zostawiał na noc. I dzielił się nimi ze wszystkimi. Smakują wyśmienicie.

– Gość usłyszał, że coś się dzieje w piwnicy, wziął pistolet i zastrzelił jednego włamywacza – ciągnął dalej On kończąc kanapkę i zabierając się za ogórki. – Jak tam dzisiaj ogórki, Ania?

– Dziś spakują jeszcze lepiej niż wczoraj – odpowiedziałam. Nigdy nie mówi kiedy przyniesie ogórki w zalewie więc czasami nie pasują do mojego lunchu. Tak właśnie było dzisiaj. Miałam sałatkę z pomidora i ogórka z sosem figowym. No ale darowanemu koniowi wiadomo…

– I wiecie co? Gościa aresztowali! – nauczyciel rozłożył ręce w geście niezrozumienia decyzji władzy.

– A za co? – zapytała totalnie zdziwiona Ona oblizując palce z resztek awokado po tym jak po mistrzowsku umieściła je między dwoma kawałkami pełnoziarnistego chleba.

– No ciekawe za co można aresztować człowieka, który zabił szesnastoletniego, nieuzbrojonego chłopca? – zapytałam żartem wahając się widelcem między moich figowy a jego ogórkiem w occie.

Oboje spojrzeli na mnie wielkimi rhodeislandowymi oczami. Przestali grzebać w kanapkach, przestali rzuć, wydawało się, że przestali oddychać…

– No co ty Anio (z kraju, w którym żeby zabić trzeba mieć broń, żeby mieć broń trzeba mieć pozwolenie, żeby mieć pozwolenie trzeba się nieźle nagimnastykować. Trzeba mieć jeszcze powód żeby chcieć odebrać komuś życie, powód musi być jakiś potężny, na przykład trzeba mieć coś bardzo cennego w piwnicy, może gromadkę swoich dzieci w śmiertelnym niebezpieczeństwie, a nie kilka doniczek ziela) ty nasz głuptasku! Nasza amerykańska świeżynko ty! Zabił bo mu ktoś wlazł na jego teren prywatny. Ale nie o to chodzi (nie o TO chodzi, ludzie!). Aresztowali go bo miał pozwolenie na dwanaście doniczek, a doniczek miał czternaście. Rozbój w biały dzień, nie prawdaż?!

Wyszłam. Tyle rzeczy do skserowania jeszcze.

 

 

Wracam po lecie…

IMG_6590

 

Kolejne lato prawie za nami. Pogoda na to zupełnie nie wskazuje (temperatura odczuwalna dzisiaj – plus 43 stopnie). To raczej liczne maile ze szkoły wskazują, papiery w skrzynce pocztowej do podpisania, listy, wnioski, podania i instrukcje. To raczej sklepy pełne dyń, puchowych kurtek i świeczek o zapachu indyka w śliwkach. To raczej kalendarz wskazuje na lata koniec. Niestety…

Ameryka do gusty mi nie przypada. Czym bardziej czuję się tutaj jak w domu, tym bardziej ten dom mi nie odpowiada i tym bardziej czekam na wyprowadzkę. I nie, nie wszystko jest do kitu. To jest naprawdę fajne miejsce. Uwielbiam otwartych, ciekawych ludzi i możliwości jakie daje ten kraj. Ale to nie jest moja bajka. Ja chcę do domu, do Europy. Jesienią chcę, wiosną chcę, zimą chcę najbardziej. A latem nie chcę! Bardzo nie chcę! Lato w Rhode Island to trzymiesięczna, nieprzerwana beztroska. I żeby nie było, chodzę do pracy, z wyjątkiem dwutygodniowego urlopu, codziennie, nie mam sprzątaczki ani kucharza, ani ogrodnika. Mam dwoje nastolatków w domu, zapalenie zatok co dwa tygodnie i sama depiluję sobie nogi. Ale i tak jest beztrosko.

Latem wszyscy nabierają innego tempa. Wszystko jest wolniejsze, opalone, wyluzowane, z piaskiem w majtkach i drinkiem w dłoni. Żywię się głównie wodą z cytryną i mięta. Zrobiłam się totalnie amerykańska i nie rozstaję się z kubkiem termicznym. Nawadniam się co kilka minut. Jem najsłodsze pod słońcem arbuzy i homary za 20 zeta. Kupuję pudełko mozzarelli, siadam pod krzakiem swoich pomidorów, obok doniczki z bazylią i jem. Wstaję po piątej i idę z psem na spacer. W parku jest cicho, rosa prawie paruje, podczas odpływu białe, dostojne czaple dosypiają jeszcze stojąc w czarnym, odpływowym błocie, Izzy goni wyrwane ze snu zające, a ja popijam pierwszą kawę.

W samochodzie, w pościeli, w książkach, we włosach, w wypracowaniach moich uczniów, wszędzie jest piasek. I już nie przeszkadza mi, nie mierzi. Uwielbiam! To taki znak, że jest lato i że mieszkamy nad oceanem. Obawiam się trochę o pralkę – nie jestem pewna ile piachu może taka znieść. Nigdy przedtem nie mieliśmy tylu kostiumów kąpielowych, bikini, spodenek do pływania. Mamy takie pod kolor klapek, w zależności od natężenia słońca, kierunku wiatru i nachylenia plaży. Desek do pływania nie wyciągamy z samochodu, kajaki stoją pod drzwiami a kamizelki ratunkowe suszą się na płocie.

Uwielbiam ogniska w naszym ogródku z piankami znad ognia i polepionymi później spodniami, krzesłami i psami sąsiadów. Uwielbiam koncerty na ulicy, ulicznych grajków w Bostonie, sztuczne ognie i pikniki. Przestałam już nawet robić zdjęcia wyprzedzającym mnie na Harleyach parom w wieku i posturze raczej nie motorowej, w krótkich gatkach, z wielkim, owłosionym brzuchem na wierzchu, w poniemieckich kaskach i z wielką flagą amerykańską. Kicz nad kiczami. Uśmiecham się…

I wszystko jedno czy zostajemy tutaj jeszcze na krótko, czy na długo i wszystko jedno dokąd się przeprowadzimy, lato w Rhode Island jest i będzie moim ulubionym latem. I wrócę tutaj skądkolwiek będzie trzeba i pójdę na moją ulubioną plażę i siądę na piasku i w ocean będę się gapić. Długo…

 

Naturalizacja – etap trzeci i ostatni…

FullSizeRender

Łazili za mną, czarowali amerykańską otwartością, podrzucali najsłodsze kolby kukurydzy i zbyt czekoladowe lody. Dali pracę, wprawdzie źle wyliczyli dojazdy i tłukę się samochodem dwie godziny dziennie, ale za to zaproponowali taką podwyżkę poczucia własnej wartość, że dojazdy nie wadzą. Dorzucili plaże, ocean i na koniec dowalili moje ulubione plus dwadzieścia sześć, bezchmurne niebo i lekki wietrzyk, tak na wszelki żeby się nie pocić zbytnio. Żebym tylko przyjęła to obywatelstwo, żebym tylko się zgodziła, żebym tylko zasiliła ich szeregi. No i zgodziłam się w końcu i kilka dni temu zostałam obywatelką Stanów Zjednoczonych. Coś tam poprzysięgałam, że jak w razie draki, broń w dłoń, hełm na łeb i bij zabij. No nie wiem, bo ja raczej z tych co zwieją, ale myślę sobie, że dopóki moi Amerykanie nie zaatakują moich Polaków, lub na odwrót, i nie będę musiała stawać po czyjejś stronie, będzie dobrze.

Roboty mi za to przybyło. Co dwa obywatelstwa, to nie jedno. Polityką dwóch krajów zająć się trzeba. Dwa zdania na temat sobie wyrobić. Choćby proste zdania, sam podmiot i orzeczenie, ale wyrobić sobie trzeba. Orientować się trzeba w geografii aż dwóch państw, pechowo Stany niemałe i obawiam się, że mi życia nie starczy na orientację. Trzeba nauczyć się narzekać na dwa fronty. Na Polskę już sporo jest do narzekania, a teraz jeszcze Stany i co rusz coś nie halo. I podczas dwóch hymnów wypada się popłakać i żonglować dwoma paszportami w zależności od długości kolejki na lotnisku, nie jednego, a dwóch prezydentów mieć w głębokim poważaniu, nie znać się na nie jednym, a dwóch systematach podatkowych, kibicować dwóm drużynom narodowym. Nie wiem, czy nie za dużo sobie na głowę wzięłam. Słowo się jednak rzekło to i trza kobyłce u płota stanąć.

A tak serio…stałam w pokoju pełnym ludzi, którzy tak jak ja przyjmowali obywatelstwo amerykańskie. W różnym wieku, nierzadko starsi ludzie, którzy ze łzami w oczach wypowiadali słowa przysięgi i podczas kiedy ja ruszałam tylko ustami (dla dobra słuchaczy) im łamał się głos kiedy głośno i wyraźnie śpiewali hymn Stanów Zjednoczonych. Nie wiem z jakich powodów przyjmowali obywatelstwo, nie wiem, czy było im łatwo dotrzeć do tego momentu czy czekali na tę chwilę wiele lat. Nie wiem co to dla nich oznacza, może lepszą pracę, większe poczucie wartości, może możliwość sprowadzenia rodziny, ale dotarło do mnie, że dla niektórych otrzymanie obywatelstwa amerykańskiego nie było pewnikiem tak jak dla mnie, nie było kolejnym etapem życia, kolejnym zadaniem papierkowym. Dla niektórych to był bardzo ważny moment w życiu i jedyne co ja, trochę zbyt zarozumiała, trochę zbyt harda, mogę zrobić, to ukłonić się w pas. To się kłaniam niniejszym.

P.S. Z powodu wakacji, żniw i sianokosów, zawieszam pisanie na jakiś czas. Wrócę opalona, z udarem słonecznym i głową pełną nowych, poudarowych wpisów.

Wspaniałego lata wszystkim życzę!

FullSizeRender (1)

Naturalizacja – etap drugi…

DSC06764

Zdałam. Inaczej być nie mogło. Obkułam się z każdej wojny i z każdej odnogi trójdzielnej władzy amerykańskiej. Do pokoju zaprosił mnie miły pan w wieku średnim. Się rozsiadłam, grzywkę poprawiłam, pan o coś zapytał, ja przypadkiem odpowiedziałam. Sześć razy tak odpowiedziałam i okazało się, że egzamin zdałam. Pytam żartobliwie, czy to była rozgrzewka, bo ja jestem gotowa? Pan, zupełnie bez poczucia humoru, odpowiada, że nie. No ale ja się nie wykazałam… Miałam przygotowaną anegdotę o Aleksandrze Hamiltonie, wyćwiczone sposoby mnemotechniczne zapamiętywania ważnych dat no i wykład połączony z prezentacją, prawie choreograficzną, na temat wojowniczych plemion indiańskich Rhode Island. Niedosyt czuję.

Okazało się, że ten egzamin to pestka w porównaniu z tym co mnie czekało. Na początek zapytał o amerykański pesel. Numer ma dziewięć cyferek. Nawet do głowy mi nie przyszło żeby go zapamiętać. Powiedziałam figlarnie, że to ten numer, na który pan właśnie patrzy (ma przed sobą wszystkie moje dokumenty). A tu u pana krucho z dowcipem. Następnie zapytał czy wyjeżdżałam za granicę w ostatnich trzech latach. Dwa lata tutaj w Stanach mam z głowy – kraj taki wielki, że za granicę za cholerę wyjechać się nie da. Został mi jeden rok w Europie. No to jadę jak leci…do Polski sobie skoczyłam raz, czy dwa, rowerem do Austrii co drugi dzień, zimno było w Garmisch, to do Włoch pojechaliśmy. Niewykluczone, że do Szwajcarii chyba tak mi się wydaje prawdopodobnie…. i być może przez Lichtenstein w jedną stronę, ale zdaje się, że się zdrzemnęłam i nie wiem, czy się liczy. Pan wertuje mój paszport. Czy na pewno gaduło, nie była pani jeszcze gdzieś? O, zagadki sobie przygotował. Nie lubię! Pewnie chce mnie podejść, gnida jedna? Nie, nie byłam. Na pewno? W żadnym innych kraju? Nie – odpowiadam pewnie. Nie będzie mnie tu jakiś urzędzina podchodził od tyłu. Pokiwał głową i przeszedł do kolejnych pytań.

Czy ma pani jakieś dokumenty udawadniające, że mieszka pani z małżonkiem, że wasze małżeństwo nie jest zawarte tylko w celu uzyskanie obywatelstwa, że to nie szwindel? Szwindel, powiada pan? To drogi panie, byłoby mistrzostwo szwindla! I jakaż wielka pańska arogancja, miły panie. Dla obywatelstwa, dobrego jak każde inne, siedzę z chłopem osiemnaście lat, zbliżyłam się fizycznie przynajmniej dwa razy z czego pojawiła się dwójka, dorosłych już prawie dzieci, bujam się za nim z kraju do kraju, domy kupuję i psa przygarniam. Wszystko dla obywatelstwa rzecz jasna. To ja się pytam pana jaki to dokument, oprócz tych dziesięciu, które ma przed sobą, usunąłby podejrzenie przekrętu? Pan na to, że jakiś rachunek za prąd czy coś takiego… Ano skoro rachunek za prąd gwarantuje ciągłość pożycia małżeńskiego, to nic tylko lampy wszystkie w domu palić, prodiże i farelki włączać!

A w tym paszporcie to się dopatrzył weekendowego wypadu do Londynu. Zapomniałam. Na koniec pogratulował i czekam na datę przysięgi teraz…

Nie strzelać…

IMG_5465

Wpis ten powinien być oznaczony jakimś trójkątem, kluczykiem, czy innym kwadratem, który ostrzega czytających przez obrazami budzącymi silne emocje (głównie obrzydzenie) i opisuje wypaczone formy życia społecznego. Uprasza się o nieczytanie tego teksu z pełnym żołądkiem ze względu na opisy scen obrzydliwych właśnie.

Do łamania prawa zakazującego chodzenia z psem bez smyczy jestem już przyzwyczajona. Mam kilka przygotowanych odzywek o różnym natężeniu w zależności od stopnia agresji uwagi czyniącego. W ostatnich tygodniach jednak moja aktywność kryminalna w tej kwestii zmalała. Przygotowuję się do nabycia obywatelstwa kraju, w którym rzeczonego psa bez smyczy puszczam więc i muszę na chwilę zejść do podziemia. Ale, że amatorszczyzną jedzie ode mnie na kilometr, więc o błąd nie trudno.

Pojechałam z psem nad zatokę. Znaku, że psa na smyczy trzeba, umyślnie nie zauważyłam i zaparkowałam obok dwóch samochodów typu sedan. Wysiadam ja, szczęśliwy pies prawie wyskakuje prze zamknięte okno i słyszę ja ci taką uwagę: „teraz nam wszystkie ten pies wystraszy”. W tym momencie powinnam się była grzecznie zwinąć. Ale nie, nie byłabym sobą. Przeszłam obok otwartych okien zapewniając głośno psa, że to będzie wyborny spacer. Kątem oka zauważyłam, że oboje państwo w oknach mają na sobie odzież maskującą, a na bagażniku ponaklejane Donaldy Trumpy są. Czy to może wzbudziło mój niepokój? Nie! Aktualnie właśnie uczę się do egzaminu, że konstytucja gwarantuje Amerykanom prawo do zgromadzeń i do wyrażania opinii. To się ci dwoje zgromadzili i wyrażają swoją opinię na tematy polityczne oklejając tymi opiniami samochód. Nic mi do tego. Pies po kilku krokach postanawia się wypróżnić. Część wypróżnienia nastąpiła w krzakach czego nie byłam w stanie wygrzebać, a drugą część przywlekła na ścieżkę. Izzy je trawę. Trawy tej nie trawi więc trawa w kale się znajduje. Może mięśnie odbytnicze już nie te? Może trawę ciężko tyłkiem „uciąć”? Nie wiadomo. Kuca więc Izzy i się męczy wydalając trawę. Błaga mnie oczami o pomoc. Wyciągam więc jedyny worek na psie odchody jaki mam w kieszeni i zakładam na dłoń jak rękawicę. Uzbrojona w rękawicę, dusząc się podchodzącym coraz wyżej śniadaniem, wyciągam trawę z odbytu psa czym uszczęśliwiam zwierzę, które w euforii zostawia jeszcze kilka rozbryzgów stolca wokół. Z powodu braku worków na odchody oraz z powodu ich konsystencji, rozbryzgów nie zbieram – jeże też paskudzą i nikt po nich nie sprząta. Z załzawionymi oczyma, przełykając intensywnie ślinę, kontynuuję spacer i zapominam o całej sprawie. Wracam, patrzę, stoją dwie osoby. Jedna bardziej żeńska choć w kurtce męskiej – w kolorach ziemi, liści i kory, w nosie kolczyki – lekko licząc z pięć – kruczo czarne odrosty, przepalona słońcem i nikotyną twarz i papieros w dłoni. Druga osoba raczej męska choć nie za bardzo. Można rzec mniej żeńska. W jednobarwnym, szarym kombinezonie, w czapce na oczy. Również z papierosem. Męska osoba w dłoni trzyma wędkę. Żeńska trudny do określenia tobołek. Kłaniam się grzecznie państwu z rana. A państwo spluwa na parkingowy żwirek i tako rzecze…”Wiesz młoda („młodą” dopisałam dla podniesienia grozy w wypowiedzi…) że spisaliśmy twoje numery rejestracyjne?”. Pytam grzecznie z jakiego powodu tak się fatygowali. Oni na to, że „bo pies nawalił na ścieżkę uczęszczaną”. Widzieli przez lornetkę. Ło jak się we mnie zagotowało i już miałam wyjechać z odzywką numer pięć, że ich pety rozkładają się kilka lat na żwirze, a kupa Izzy w porywach do tygodnia, że pomagałam psu z problemami z wypróżnieniem, że pewnie i tak tego nie zrozumieją, bo mają zgoła inne zamiary co do zwierząt, że odrosty postarzają, a Trump jest głupi. Ale przypomniały mi się statystyki. W Stanach odnotowuje się ponad 12,000 zabójstw z broni palnej rocznie. Dziennie (słownie DZIENNIE!)  w strzelaninach ginie 91 mieszkańców Stanów Zjednoczonych, około sześćdziesiąt przypadków to samobójstwa, dwadzieścia to porachunki gangów i handlarzy narkotyków, a około dziesięciu to zbrodnie w afekcie. I tak patrzę na tę parę, wzburzenie zdecydowanie jest, co w tobołku – nie wiem. Co jak oni są tymi dziesięcioma co w afekcie? Mam jeszcze kilka rzeczy do zrobienia w życiu. Podziękowałam za poinformowanie mnie o spisaniu numerów rejestracyjnych i dodałam, że na policję poczekam w domu.

Dom ogarnęłam, wodę na kawę wstawiłam, ciasto cukrem pudrem poprószyłam, a policji jak nie ma, tak nie ma.

 

Provincetown

thumb_DSC07973_1024

Mam dwie koleżanki. Moje koleżanki są małżeństwem, mają syna i niewidomego psa. Właśnie przez psa się poznałyśmy. Mój pies okazała się świetną przewodniczką niewidomego psa koleżanek. Mój pies chodziła i szczekała, a tamten pies chodziła za głosem mojego. Jako, że my tu wciąż świeżynki, wszyscy moi nowi znajomi obsługują nas turystycznie. Od lesbijskich koleżanek dowiedziałam się, że jednym takim super miejscem w Nowej Anglii, które muszę koniecznie odwiedzić to Provincetown, w Massachusetts. Provincetown znajduje się w najwęższej części, wyglądającego jak ramię chwalącego się bicepsami osiłka, półwyspu Cape Cod. O Cape Cod pisałam już wcześnie –tutaj…oj jak mi się tam podobało! Więc kiedy koleżanki lesbijki poradziły się w półwysep zagłębić, z chęcią na tę propozycję przystałam.

Zaprzyjaźnione homoseksualne małżeństwo zapowiedziało żeby pojechać wiosną, latem nie ma co się wybierać. Provincetown w latach siedemdziesiątych stało się ulubionym miejscem letniego odpoczynku dla osób w innych miejscach na ziemi uchodzących za inne. Kobiety kochające kobiety, mężczyźni kochający mężczyzn, wyżej wymienieni kochający i mężczyzn i kobiety. Czasami jednocześnie. Kobiety kochające męskie stroje, mężczyźni kochające szpilki, szminki i szale rodzaju boa. Wszyscy kochający czuć się swobodnie i bez skrępowania, kochający dobrą zabawę, pyszne jedzenie i piękne plaże. Plaże otwarte, jak nigdzie indziej, do północy! Dowiedziałam się, że lato jest tematycznie posegregowane. Jeden weekend dla lesbijek z dziećmi, następny dla gejów z owłosieniem na klacie, kolejny dla transwestytów z psami. Ponieważ trudno byłoby się wpasować w jakiś temat latem, pojechaliśmy teraz, bo ma być normalnie. Było super normalnie. Po ulicach przechadzają się pary wszelkich konfiguracji i w każdym wieku trzymając się za ręce i przytulając się. W ogródkach pracują uśmiechający się do przechodniów eleganccy panowie, a sklep ze starociami obsługują dwie wciąż w sobie zakochane starsze panie. Wszyscy są nieprzeciętnie mili, mają gdzieś typową amerykańską personal space, klepią się po plecach (i nie tylko) i zwracają się do rozmówców per kochanie i śliczności ty moje. Jedzenie zdrowe, świeże, z różnych zakątków świata i przepyszne!

Providence to również miasto artystów. W maleńkim miasteczku aż roi się od galerii, wystaw i różnego rodzaju sztuki wychodzącej na ulice. Domy udekorowane obrazami, w ogrodach dziwaczne stwory z metalu i drewna, uliczni grajkowie na każdym rogu i kosze na śmieci w kolorowe malowidła. Do tego wszystkiego ocean, który sam w sobie stanowi część sztuki wdzierając się przez okna, na balkony i w mało atrakcyjne przejścia między domami.  W sklepach ze starociami cuda i dziwy!

Providence to też miasteczko przepełnione historią. To tutaj zatrzymał się Mayflower, statek z pierwszymi osadnikami. Wprawdzie osadnikom coś Provincetown do gustu nie przypadło i postanowili popłynąć nieco dalej, do Plymouth, ale to Provincetown było ich pierwszym przystankiem w podróży na nowy ląd.

Podoba mi się taka mieszanka historii, niezobowiązującej, acz wysokich lotów, sztuki, różowych piór boa obok indyjskich kadzidełek, zachodów słońca na pięknych plażach, ekskluzywnych kabrioletów zaparkowanych obok starych, pomalowanych na zielono damek. Na lunch weszliśmy do całej w fioletach knajpki na kanapkę, niebo w gębie swoją drogą. Spotkaliśmy tam penisy, pochwy i jędrne piersi z tajemniczą dziurką w miejscu sutka. Wszystko w czekoladzie. Ciemnej lub białej, do wyboru. Na pięknej drewnianej półce, po cztery dziewięćdziesiąt za małego i osiem dziewięćdziesiąt za dużego penisa.

 

thumb_DSC07930_1024

 

thumb_DSC07933_1024

thumb_DSC07926_1024

thumb_DSC07903_1024

thumb_DSC07986_1024

thumb_DSC07988_1024

thumb_DSC07999_1024

thumb_DSC07978_1024

thumb_DSC07906_1024

thumb_DSC07983_1024

thumb_DSC07979_1024

thumb_DSC08006_1024

thumb_DSC07982_1024

thumb_DSC08004_1024

thumb_DSC07931_1024

thumb_DSC07995_1024

thumb_DSC07932_1024

thumb_DSC07940_1024

thumb_DSC07993_1024

 

thumb_DSC07928_1024

thumb_DSC07937_1024

 

 

thumb_DSC07943_1024

thumb_DSC07942_1024

thumb_DSC07994_1024

 

 

 

Naturalizacja – etap pierwszy…

DSC07542

Ooo..żeby tak ten duet startował, nie musiałabym się naturalizować…

W świetle ostatnich ruchów politycznych w Stanach, które idą oj…w bardzo złym kierunki, postanowiłam się włączyć. Postanowiłam narodowi, nieswojemu, acz po trosze już oswojonemu, pomóc. Zagłosuję w listopadowych wyborach prezydenckich. Nie jest istotne na kogo zagłosuję, bo nie będę głosować NA kandydata a PRZECIW kandydatowi. Temu co ma taki sam bałagan na czaszce jak i pod nią. Zostaję obywatelką Stanów Zjednoczonych. A mało co się nie wycofałam. Powód? Proces nadania obywatelstwa nazywają tutaj Naturalizacją! Choć się staram, nie znajduję sposobu żeby spojrzeć na to słowo pozytywnie. Jedyne z czym mi się kojarzy to służby ARCHEO z Seksmisji. Przepiłam, przegadałam, przetupałam krótkimi nóżkami i nie ma bata. Albo Trump, albo ja!

Żeby zostać obywatelem Stanów Zjednoczonych należy spełnić kilka warunków. Wkupne wynosi ponad dwa i pół tysiąca złotych. Dużo? Mało? Zależy jakim się jest desperatem. Szczerze powiedziawszy, spodziewałam się, że to mi coś odpalą. Trzeba też się zabezpieczyć kartą stałego pobytu, domem na kredyt, mężem Amerykaninem i z nim spłodzonymi dziećmi. Amerykaninem może zostać osoba z wyjątkowo dobrą pamięcią – podaj datę ostatniego przekroczenia granicy, przedostatniego przekroczenia granicy, wymień kraje, które odwiedziłeś w ostatnich pięciu latach… A ja jak przez mgłę pamiętam ostatni tydzień. Trzeba też być dobrym z matematyki – ile dni przebywasz na terenie USA? Nawet gdybym posłużyła się kalkulatorem i liczydłem, nie pamiętam daty przylotu przecież. No i najgorsze…pytanie o polityczną działalność i szeroko rozumianą przestępczość. Czy kiedykolwiek torturowałaś kogoś? Jeden nazwie to okazywaniem siostrzanej miłości poprzez przymusowe łaskotki gołymi stopami, inny torturami. Czy zmuszałaś kogokolwiek do współżycia? Żeby tak od razu zmuszaniem to nazywać, to nie wiem… Czy popełniłaś kiedykolwiek przestępstwo, za które nie zostałaś aresztowana? To ktoś się do tego przyznaje? Czy należałaś kiedykolwiek do zorganizowanej grupy oporu? Nie dali dodatkowej kartki na wypracowanie więc zaznaczyłam, że nie, ale… Całe życie byłam wichrzycielem. W wieku pięciu lat stworzyłam jednoosobową grupę opozycyjną przeciwko rządom rodzicielskim i uciekłam z domu z torbą pełną gotowanych jajek. Na studiach przeciwstawiłam się takiej jednej od Gramatyki Opisowej i jej traktowaniu studentów. W podstawówce założyłam bandę podwórkową. Podlegało mi pięć i pół jednostek (ta połówka to wysoce niesubordynowany dwulatek). Dostałam poplecznictwo mojego taty, który był autorem naszego hymnu, ale hersztowałam sama. Zbierałam, zawarty w regulaminie, napisanym przeze mnie oczywiście, haracz od członków nielegalnie gromadzących się w drewutni dziadka Janka. Bezprawnie wkraczaliśmy na prywatną posesję nieświadomej niczego sąsiadki i z mojego rozkazu dokonywaliśmy uprzątnięcia posesji, rąbania drewna, zbierania jajek od kur niosek, zakupu potrzebnych środków czystości i w przypadku przyłapania nas, szybkiego i bezgłośnego wycofania się z posesji. Wszystko bez zgody i przyzwolenia wspomnianej sąsiadki. Przyznać się Ameryce, czy nie? Nie przyznałam się. Kto wie, spostrzegą potencjał i nakażą zorganizować opozycję w przypadku niepomyślnych wyborów. Nie mam czasu na pierdoły.

Po kilku tygodniach od wysłania możliwie najszczerszych odpowiedzi, kazali się stawić. Znaczy, że łyknęli. Pobrali odciski palców, sprawdzili, czy oczy nie przeszczepione i zrobili zdjęcie. „Nie, proszę się nie uśmiechać. To nie zdjęcie na fejsbuk”. Ok, będę smutną Amerykanką.

 

Jak macie ochotę na więcej to tutaj etap drugi i etap trzeci.

Zima w Rhode Island…

 

DSC07626

Wpis powstał w ramach projektu Klubu Polek. Tam też możecie znaleźć sposoby na przetrwanie zim w innych krajach świata. 

Wyjeżdżając z kojarzących się wszystkim z siarczystą zimą Alp, walonki oddałam uchodźcom z ciepłych krajów, bieliznę z runa merynosów zamieniłam na koronki i sprzedałam na Ebayu jedyną prawdziwie ciepłą kurtkę. Kurtkę w kolorze szampana byłam kupiłam z okazji jakichś nieludzkich mrozów rok wcześniej, również na Ebayu. Szampański kolor okazał się walącym po oczach złotym i tak pomykałam wśród ubranych w praktyczny szary, czarny, w porywach granatowy Niemców dwie bawarskie zimy. Po co mi kurtka, złota nawet, w plażowym kurorcie, wśród łódek, jachtów i kajaków? Ano po zimę właśnie… Rok temu przeżyłam, dodam, że resztkami sił, najgorszą, najdłuższą, najzimniejszą i najbardziej wietrzną zimę w życiu. Bez ciepłej kurtki, choćby złotej…

W tym roku się przygotowałam. Oto co potrzeba żeby przetrwać zimę w Rhode Island.

Trzeba mieć cierpliwości ze dwa wory. Zima ciągnie się tutaj w nieskończoność. Co i rusz jakaś zawierucha, burza śnieżna, ślizgawica. Zawsze najgorsza w historii zim amerykańskich, zawsze radzą zaopatrzyć się w prowiant na wypadek zamknięcia sklepu na pół godziny, zawsze telewizor życzy powodzenia i bezpiecznej podróży. Czeka się w korku na niedostosowanego do warunków pogodowych kierowcę, który zapomniał wycieraczek z domu, stoi na środku drogi, choć mógłby na poboczu i skostniałymi łapkami bez rękawic odśnieża okna. Czekać trzeba na uczniów w szkole, bo Saudyjczyków trzeba telefonicznie przekonywać, że śnieg nie jest bezpośrednim zagrożeniem życia. Czeka się na pług śnieżny żeby odśnieżył ulicę, choćby tę główną, na spóźniony o tydzień wywóz śmieci i na autobus szkolny, który wypluje dzieci pod domem. Ale głównie czeka się na wiosnę. W bezruchu się czeka.

Stany, przynajmniej ten, w którym mieszkam, zapadają w stan odrętwienia zimowego. Większość osobników gatunku ludzkiego instaluje się przed różnego rodzaju sprzętem promującym bezruch, otacza się pożywieniem i kiśnie tak do wiosny. Nikt na spacery nie wychodzi, na sankach zmarzniętych dzieci pod górkę nie ciągnie, nikt nie rzuca się śnieżkami, nie chodzi na kije, biegówki, czy rakiety śnieżne. Na takie okoliczności należy się porządnie przygotować. Nie zawierać znajomości z sympatykami gnuśności, udekorować kanapy niewygodnymi poduchami zmniejszając powierzchnię do siedzenia, ustawić pół-nagą Chodakowską na każdym wygaszaczu ekranu i zawsze znaleźć jakiś powód żeby wyjść z domu. Można psu dużo wody podawać, żeby chciał wyjść co godzinę. Można nie znaleźć mleka w lodówce i pójść na piechotę, ku zdumieniu zaokiennych gapiów, do sklepu po owe mleko. Żeby zmusić innych do wyjścia, można ich, w ramach zabawy ma się rozumieć, wsadzić do samochodu, zasłonić oczy i wywieść w jakieś odległe miejsce. Następnie wysadzić, kazać wrócić do domu na piechotę obiecując czekające w piekarniku ciasteczka. Koniecznie niskokaloryczne, na mące orkiszowej i bez cukru. Wypróbowałam na własnych dzieciach – wróciły. Na nocleg wróciły, bo ciastkami nie były zachwycone.

FullSizeRender

Mieszkając w Stanach z dziećmi objętymi obowiązkiem szkolnym, należy się spodziewać częstych Dni Śnieżnych – dni niechodzenia do szkoły z powodu rzeczywistego śniegu lub zapowiedzi śniegu. Należy mieć przynajmniej trzy telefony, w tych jeden stacjonarny, należeć do pięciu szkolnych grup na FB, mieć Snapchat, WhatsApp i inne… W razie niebezpieczeństwa spowodowanego opadem, choćby najmniejszym, śniegu, szkoły są zamykane, a my powiadamiani jesteśmy, najczęściej w środku nocy, wszystkimi możliwymi kanałami. Oddział kuratorium dzwoni, dyrektor szkoły, koordynator autobusów szkolnych, druh naczelny harcerstwa, dyrygent orkiestry szkolnej i trener koszykówki. Dzwonią, że szkoły w okręgu zamknięte, dyrektor potwierdza, że nasza do okręgu zamkniętego należy, koordynator, że autobusy z tego okręgu kursować nie będą, druh, że ciasteczek harcerki sprzedawać nie mogą, dyrygent, żeby puzony źle reagują na wilgoć, a trener, że salę gimnastyczną ogrzać najpierw trzeba.

Amerykanie mieszkający w starych domach, czyli w Rhode Island wszyscy, mają ogrzewanie nadmuchowe z podłogi. Zimą jesteśmy wysuszeniu jak rodzynki. Żeby tego uniknąć, należy zakupić nawilżacz powietrza, posmarować się wazeliną od stóp i głów i nie ocierać się o siebie, bo się elektryzujemy i kopiemy aż iskry lecą. A dom stary, jedna iskierka i pożar gotowy. Dzienną dawkę witaminy C potroić, bo mimo, że szczepione, amerykańskie dzieci chorują bez przerwy i kichają na moje – zdrowe i nieszczepione. Kurtkę puchową trzeba jednak mieć. Koniecznie za tyłek, zapinaną ciasno pod szyję i z kapturem. Po przyznaniu się w duchu do nieprzemyślanej sprzedaży, odkupiłam na Ebayu moją ciepłą kurtę, tym razem w kolorze nie rzucającym się oczy. I to była jedna z lepszych decyzji tej zimy. Należy również obniżyć swoje oczekiwania narciarskie. Nie planować za dużo, nie zachwycać się przedwcześnie. Będzie daleko, drogo i do dupy. W przypadku sezonowych przypadłościach takich jak lodowate stopy, należy koniecznie mieć psa. Pies musi być sporej masy i w pozycji horyzontalnej zajmować sporą powierzchnię. Znakomicie nadaje się do ogrzewania stóp. Trzeba też mieć sklep z winami nieopodal i dobre towarzystwo. Szczególnie na święta.

IMG_5284

Choćby to miało oznaczać spore wydatki, skołowanie amerykańskiego Mikołaja porannym wylotem w Boże Narodzenie, pakowanie się w Wigilię, noc spędzoną na lotnisku w Waszyngtonie i tygodniowy, permanentny brak snu, święta koniecznie trzeba spędzić z bliskimi. A kiedy rodzina za oceanem, na ratunek przychodzą przyjaciele. I oni dla nas ratunkiem i my dla nich. Dla mnie, gdyby nie tegoroczne święta w gronie najbliższych przyjaciół, zima byłaby dużo dłuższa, bardziej mroźna i trudniejsza do przetrwania.

DSC07558

A…i jeszcze jedno…trzeba nosić ze sobą aparat, bo czasami, niespodziewanie, słońce będzie zachodziło w takich oto okolicznościach przyrody.

DSC07628

DSC07614

DSC07646

IMG_5583

 

 

 

 

 

 

Językowo o Polsce…

 

FullSizeRender

Nikt nawet nosa za drzwi nie wyściubi, tak zimno. Nie mogę patrzeć na taką wszechobecną rozlazłość. Cokolwiek zaproponuję, wydaje się za nudne, za trudne, wymagające wystawienia buta za drzwi. I tak gnuśniejemy. To napisałam taki prosty quiz z wiedzy o Polsce. Spodobał się. Zrobili. Wrzucam tutaj, może się komuś przyda. Można go dowolnie zmieniać i dodawać i odejmować. Jeśli ktoś ma ochotę, wyślę mailem w Wordzie. Tutaj nie załadowały się zdjęcia, mapy, a są fajne!

Ostatnie pytanie było o wspomnienia. W Kopalni Soli w Wieliczce były Soliludki. Nie myślałam, że będę pamiętać jak się nazywały te stworzenia. A pamiętali. Wejścio-wyjście w Centrum Nauki Kopernik to nie żaden przyrząd do mierzenie szybkości światła. Wejścio-wyjście to drzwi do tegoż centrum. Jedne drzwi. Służą za wejściowe i wyjściowe. I tak się nazwały. A Foka Krystyna? To foka nieboraczka, której nie udało się uratować helskim pracownikom akwarium morskiego. Miała w żołądku za dużo śmieci. To pamiętają…

 P.S. Bo mi piszą maile i gratulują, że mam takie dzieci mądre, że same zrobiły ten quiz. Są mądre i ja mądra, ale bez przesady. Mogły korzystać z książek i internetu. Taki „open book” quiz! Ja sama musiałam wszystko sprawdzić…dajcie spokój ludzie 🙂

Co wiesz o Polsce?

  1. Wypisz trzy największe miasta w Polsce, zaznacz je na mapie i wypisz ile mają ludności.
  1. Jaka jest najdłuższa rzeka w Polsce? Ile ma kilometrów? Gdzie się zaczyna? Gdzie kończy. Narysuj na mapie.
  1. Jak brzmi pełna nazwa naszego kraju?
  1. Co to za pomnik? Co upamiętnia?
  1. Kto jest prezydentem, a kto premierem Polski?
  1. Ile mamy przypadków w języku polskim? Wypisz je.
  1. Ile było rozbiorów Polski? W jakich latach? Na ile lat Polska zniknęła z mapy świata?
  1. Odmień przez przypadki rzeczowniki „orzeł” i „jagoda” w liczbie pojedynczej.
  1. Z jakiego obszaru Polski pochodzi ten strój? Napiszcie pięć zdań o tym stroju używając nazewnictwa z obrazków.
  1. Co to znaczy BAKAĆ, ZADEK, BZDYL, ŻYNIATY, GAZDA, RZYKAĆ, SIKAWICA? Z której gwary pochodzą te słowa?
  1. Kto był pierwszym prezydentem Polski?
  1. Kto śpiewa piosenkę „Chcemy być sobą”? Dokończ tekst piosenki: „I nie ma sprawy ________________________________________________.”
  1. Kto wygrał trzecią edycję Idola? Czy mamy jakiś utwór tego artysty? Jeśli tak, podaj tytuł.
  1. Kto był pierwszym i ostatnim królem Polski?
  1. Wymień trzech Polaków – laureatów nagrody Nobla i napisz za co tę nagrodę otrzymali?
  1. Co to jest Dąb Bartek? Napisz trzy zdania o Bartku.
  1. Wymień trzy dzielnice Warszawy. W której z nich mieszkaliśmy?
  1. Podaj wszystkie składniki na ciasto na pierogi (ciasto, nie farsz).
  1. Kto zginął w katastrofie polskiego samolotu w Smoleńsku w 2010 roku?
  1. Napiszcie co widzieliście w:

Kopalni Soli w Wieliczce –

Centrum Nauki Kopernik w Warszawie –

Na Helu –

 

 

 

Super Miska…

FullSizeRender

Puste ulice East Greenwich

 

Wczoraj odbębniliśmy Super Bowl– finałowy mecz o mistrzostwo w futbolu amerykańskim. Niedziela Super Miski to w Stanach prawie jak święto narodowe. Nie jest zupełnie jasne dlaczego nazwa taka kuchenna, ale w Super Misce wszystko jest super! Sport, emocje, pieniądze i Lady Gaga śpiewająca super amerykański hymn. Super były też drużyny. Jedną aż na mapie musiałam zlokalizować. Pantery z połączonych dwóch Karolin. Druga to znajomki z Denver, którzy ostatnio skopali naszym tyłki. Nasi to oczywiście Patrioci z Nowej Anglii, których zazdrośnicy oskarżają o wypuszczanie powietrza z piłek, plątanie kabli, o napuszczanie ufoków na drużyny przeciwne w celach inwigilacji i o inne jeszcze łajdactwa. A ja tam ich kocham i tyle…

Miłością ich darzę taką przynależnościową, bo się super na futbolu nie znam i właściwie to mnie super nie interesuje. Podczas pierwszej połowy poszłam z psem na spacer. Miasto w niedzielę futbolową to miasto duchów. Nasza normalnie tętniąca nocnym życiem Hauptstrasse, zupełnie pusta. Miałyśmy z Izabelą super wieczorny spacer z obwąchiwaniem drzwi każdego sklepu, zaglądaniem do pustych restauracji, studiowaniem godzin otwarcia ekologicznego Salonu Pięknego Paznokcia.

Dziecko na późny obiad zażyczyło sobie rosół z nie-kury. To zrobiłam i Super Miskę gorącego rosołu wchłonęłam zmarznięta po spacerze. Zrobiłam też kilka Super Misek przystawek i zamachnęłam na super sąsiadów żeby nam miski przyszli pomóc opróżnić. To przyszli. Z super dużą ilością takiego sobie wina.

Obtrąbiony w mediach koncert w połowie meczu też był super! Nie znający się na futbolu amerykańskim, jak sam przyznał w jednym wywiadzie, ukochany mój Chris Martin wyglądał super, jak zawsze zresztą, wykony miał zachwycające, po scenie poruszał się sprężyście, w lekkich podskokach. Na wypadek gdyby o futbolu kazali śpiewać, dobrał sobie Beyonce i jeszcze jednego co się pewnie zna, bo tutejszy. I we trójkę zrobili super występ. Trochę super krótki. Się rozsiadłam z winem, a tu koniec.

Druga połowa meczu się odbyła. Nie bardzo mogę się wypowiedzieć, czy było super, bo dobrze nie rozumiem o co chodzi. Nie obserwuję meczu, ale obserwuję reakcje graczy i po tym rozpoznaję kto wygrywa. Pomocna byłaby mimika twarzy, ale te zasłonięte super kaskami. Radzę sobie obserwując mowę reszty ciała. Jak wszyscy leżą na kupie, jeden z konikiem na koszulce (Denver) się wydostaje spod tej kupy i niezgrabnie kołuje tyłkiem, wywija rękami, albo przebiera nóżkami w miejscu, znaczy, że koniki zdobyły punkt. Jak wstaje i obrażony idzie w siną dal, od czasu do czasu przytupując nóżką, znaczy, że mu nie poszło. Walenie łapami po kaskach i stukanie się tymi kaskami jest mniej czytelne. Jakkolwiek to nielogiczne, wygląda na to, że to z radości. A jakże. Kiedy Jaś dostanie piątkę z matmy też walimy go wszyscy w czaszkę uprzednio zakładając mu kask ma się rozumieć. Dla bezpieczeństwa.

Super wieczór, super jedzenie, super towarzystwo i zwycięstwo mnie super cieszy. Bliżej mi sercem do denwerowskich koni niż do panter z obu Karolin. A w środku nocy przyszła super wiadomość. Z powodu śnieżycy nie idziemy do pracy, do szkoły i na inne zajęcia obowiązkowe. Wszystko Super Zamknięte!

A tu Flula, Niemiec w Stanach, o futbolu amerykańskim (po angielsku niestety):