Naturalizacja – etap pierwszy…

DSC07542

Ooo..żeby tak ten duet startował, nie musiałabym się naturalizować…

W świetle ostatnich ruchów politycznych w Stanach, które idą oj…w bardzo złym kierunki, postanowiłam się włączyć. Postanowiłam narodowi, nieswojemu, acz po trosze już oswojonemu, pomóc. Zagłosuję w listopadowych wyborach prezydenckich. Nie jest istotne na kogo zagłosuję, bo nie będę głosować NA kandydata a PRZECIW kandydatowi. Temu co ma taki sam bałagan na czaszce jak i pod nią. Zostaję obywatelką Stanów Zjednoczonych. A mało co się nie wycofałam. Powód? Proces nadania obywatelstwa nazywają tutaj Naturalizacją! Choć się staram, nie znajduję sposobu żeby spojrzeć na to słowo pozytywnie. Jedyne z czym mi się kojarzy to służby ARCHEO z Seksmisji. Przepiłam, przegadałam, przetupałam krótkimi nóżkami i nie ma bata. Albo Trump, albo ja!

Żeby zostać obywatelem Stanów Zjednoczonych należy spełnić kilka warunków. Wkupne wynosi ponad dwa i pół tysiąca złotych. Dużo? Mało? Zależy jakim się jest desperatem. Szczerze powiedziawszy, spodziewałam się, że to mi coś odpalą. Trzeba też się zabezpieczyć kartą stałego pobytu, domem na kredyt, mężem Amerykaninem i z nim spłodzonymi dziećmi. Amerykaninem może zostać osoba z wyjątkowo dobrą pamięcią – podaj datę ostatniego przekroczenia granicy, przedostatniego przekroczenia granicy, wymień kraje, które odwiedziłeś w ostatnich pięciu latach… A ja jak przez mgłę pamiętam ostatni tydzień. Trzeba też być dobrym z matematyki – ile dni przebywasz na terenie USA? Nawet gdybym posłużyła się kalkulatorem i liczydłem, nie pamiętam daty przylotu przecież. No i najgorsze…pytanie o polityczną działalność i szeroko rozumianą przestępczość. Czy kiedykolwiek torturowałaś kogoś? Jeden nazwie to okazywaniem siostrzanej miłości poprzez przymusowe łaskotki gołymi stopami, inny torturami. Czy zmuszałaś kogokolwiek do współżycia? Żeby tak od razu zmuszaniem to nazywać, to nie wiem… Czy popełniłaś kiedykolwiek przestępstwo, za które nie zostałaś aresztowana? To ktoś się do tego przyznaje? Czy należałaś kiedykolwiek do zorganizowanej grupy oporu? Nie dali dodatkowej kartki na wypracowanie więc zaznaczyłam, że nie, ale… Całe życie byłam wichrzycielem. W wieku pięciu lat stworzyłam jednoosobową grupę opozycyjną przeciwko rządom rodzicielskim i uciekłam z domu z torbą pełną gotowanych jajek. Na studiach przeciwstawiłam się takiej jednej od Gramatyki Opisowej i jej traktowaniu studentów. W podstawówce założyłam bandę podwórkową. Podlegało mi pięć i pół jednostek (ta połówka to wysoce niesubordynowany dwulatek). Dostałam poplecznictwo mojego taty, który był autorem naszego hymnu, ale hersztowałam sama. Zbierałam, zawarty w regulaminie, napisanym przeze mnie oczywiście, haracz od członków nielegalnie gromadzących się w drewutni dziadka Janka. Bezprawnie wkraczaliśmy na prywatną posesję nieświadomej niczego sąsiadki i z mojego rozkazu dokonywaliśmy uprzątnięcia posesji, rąbania drewna, zbierania jajek od kur niosek, zakupu potrzebnych środków czystości i w przypadku przyłapania nas, szybkiego i bezgłośnego wycofania się z posesji. Wszystko bez zgody i przyzwolenia wspomnianej sąsiadki. Przyznać się Ameryce, czy nie? Nie przyznałam się. Kto wie, spostrzegą potencjał i nakażą zorganizować opozycję w przypadku niepomyślnych wyborów. Nie mam czasu na pierdoły.

Po kilku tygodniach od wysłania możliwie najszczerszych odpowiedzi, kazali się stawić. Znaczy, że łyknęli. Pobrali odciski palców, sprawdzili, czy oczy nie przeszczepione i zrobili zdjęcie. „Nie, proszę się nie uśmiechać. To nie zdjęcie na fejsbuk”. Ok, będę smutną Amerykanką.

 

Jak macie ochotę na więcej to tutaj etap drugi i etap trzeci.

Zima w Rhode Island…

 

DSC07626

Wpis powstał w ramach projektu Klubu Polek. Tam też możecie znaleźć sposoby na przetrwanie zim w innych krajach świata. 

Wyjeżdżając z kojarzących się wszystkim z siarczystą zimą Alp, walonki oddałam uchodźcom z ciepłych krajów, bieliznę z runa merynosów zamieniłam na koronki i sprzedałam na Ebayu jedyną prawdziwie ciepłą kurtkę. Kurtkę w kolorze szampana byłam kupiłam z okazji jakichś nieludzkich mrozów rok wcześniej, również na Ebayu. Szampański kolor okazał się walącym po oczach złotym i tak pomykałam wśród ubranych w praktyczny szary, czarny, w porywach granatowy Niemców dwie bawarskie zimy. Po co mi kurtka, złota nawet, w plażowym kurorcie, wśród łódek, jachtów i kajaków? Ano po zimę właśnie… Rok temu przeżyłam, dodam, że resztkami sił, najgorszą, najdłuższą, najzimniejszą i najbardziej wietrzną zimę w życiu. Bez ciepłej kurtki, choćby złotej…

W tym roku się przygotowałam. Oto co potrzeba żeby przetrwać zimę w Rhode Island.

Trzeba mieć cierpliwości ze dwa wory. Zima ciągnie się tutaj w nieskończoność. Co i rusz jakaś zawierucha, burza śnieżna, ślizgawica. Zawsze najgorsza w historii zim amerykańskich, zawsze radzą zaopatrzyć się w prowiant na wypadek zamknięcia sklepu na pół godziny, zawsze telewizor życzy powodzenia i bezpiecznej podróży. Czeka się w korku na niedostosowanego do warunków pogodowych kierowcę, który zapomniał wycieraczek z domu, stoi na środku drogi, choć mógłby na poboczu i skostniałymi łapkami bez rękawic odśnieża okna. Czekać trzeba na uczniów w szkole, bo Saudyjczyków trzeba telefonicznie przekonywać, że śnieg nie jest bezpośrednim zagrożeniem życia. Czeka się na pług śnieżny żeby odśnieżył ulicę, choćby tę główną, na spóźniony o tydzień wywóz śmieci i na autobus szkolny, który wypluje dzieci pod domem. Ale głównie czeka się na wiosnę. W bezruchu się czeka.

Stany, przynajmniej ten, w którym mieszkam, zapadają w stan odrętwienia zimowego. Większość osobników gatunku ludzkiego instaluje się przed różnego rodzaju sprzętem promującym bezruch, otacza się pożywieniem i kiśnie tak do wiosny. Nikt na spacery nie wychodzi, na sankach zmarzniętych dzieci pod górkę nie ciągnie, nikt nie rzuca się śnieżkami, nie chodzi na kije, biegówki, czy rakiety śnieżne. Na takie okoliczności należy się porządnie przygotować. Nie zawierać znajomości z sympatykami gnuśności, udekorować kanapy niewygodnymi poduchami zmniejszając powierzchnię do siedzenia, ustawić pół-nagą Chodakowską na każdym wygaszaczu ekranu i zawsze znaleźć jakiś powód żeby wyjść z domu. Można psu dużo wody podawać, żeby chciał wyjść co godzinę. Można nie znaleźć mleka w lodówce i pójść na piechotę, ku zdumieniu zaokiennych gapiów, do sklepu po owe mleko. Żeby zmusić innych do wyjścia, można ich, w ramach zabawy ma się rozumieć, wsadzić do samochodu, zasłonić oczy i wywieść w jakieś odległe miejsce. Następnie wysadzić, kazać wrócić do domu na piechotę obiecując czekające w piekarniku ciasteczka. Koniecznie niskokaloryczne, na mące orkiszowej i bez cukru. Wypróbowałam na własnych dzieciach – wróciły. Na nocleg wróciły, bo ciastkami nie były zachwycone.

FullSizeRender

Mieszkając w Stanach z dziećmi objętymi obowiązkiem szkolnym, należy się spodziewać częstych Dni Śnieżnych – dni niechodzenia do szkoły z powodu rzeczywistego śniegu lub zapowiedzi śniegu. Należy mieć przynajmniej trzy telefony, w tych jeden stacjonarny, należeć do pięciu szkolnych grup na FB, mieć Snapchat, WhatsApp i inne… W razie niebezpieczeństwa spowodowanego opadem, choćby najmniejszym, śniegu, szkoły są zamykane, a my powiadamiani jesteśmy, najczęściej w środku nocy, wszystkimi możliwymi kanałami. Oddział kuratorium dzwoni, dyrektor szkoły, koordynator autobusów szkolnych, druh naczelny harcerstwa, dyrygent orkiestry szkolnej i trener koszykówki. Dzwonią, że szkoły w okręgu zamknięte, dyrektor potwierdza, że nasza do okręgu zamkniętego należy, koordynator, że autobusy z tego okręgu kursować nie będą, druh, że ciasteczek harcerki sprzedawać nie mogą, dyrygent, żeby puzony źle reagują na wilgoć, a trener, że salę gimnastyczną ogrzać najpierw trzeba.

Amerykanie mieszkający w starych domach, czyli w Rhode Island wszyscy, mają ogrzewanie nadmuchowe z podłogi. Zimą jesteśmy wysuszeniu jak rodzynki. Żeby tego uniknąć, należy zakupić nawilżacz powietrza, posmarować się wazeliną od stóp i głów i nie ocierać się o siebie, bo się elektryzujemy i kopiemy aż iskry lecą. A dom stary, jedna iskierka i pożar gotowy. Dzienną dawkę witaminy C potroić, bo mimo, że szczepione, amerykańskie dzieci chorują bez przerwy i kichają na moje – zdrowe i nieszczepione. Kurtkę puchową trzeba jednak mieć. Koniecznie za tyłek, zapinaną ciasno pod szyję i z kapturem. Po przyznaniu się w duchu do nieprzemyślanej sprzedaży, odkupiłam na Ebayu moją ciepłą kurtę, tym razem w kolorze nie rzucającym się oczy. I to była jedna z lepszych decyzji tej zimy. Należy również obniżyć swoje oczekiwania narciarskie. Nie planować za dużo, nie zachwycać się przedwcześnie. Będzie daleko, drogo i do dupy. W przypadku sezonowych przypadłościach takich jak lodowate stopy, należy koniecznie mieć psa. Pies musi być sporej masy i w pozycji horyzontalnej zajmować sporą powierzchnię. Znakomicie nadaje się do ogrzewania stóp. Trzeba też mieć sklep z winami nieopodal i dobre towarzystwo. Szczególnie na święta.

IMG_5284

Choćby to miało oznaczać spore wydatki, skołowanie amerykańskiego Mikołaja porannym wylotem w Boże Narodzenie, pakowanie się w Wigilię, noc spędzoną na lotnisku w Waszyngtonie i tygodniowy, permanentny brak snu, święta koniecznie trzeba spędzić z bliskimi. A kiedy rodzina za oceanem, na ratunek przychodzą przyjaciele. I oni dla nas ratunkiem i my dla nich. Dla mnie, gdyby nie tegoroczne święta w gronie najbliższych przyjaciół, zima byłaby dużo dłuższa, bardziej mroźna i trudniejsza do przetrwania.

DSC07558

A…i jeszcze jedno…trzeba nosić ze sobą aparat, bo czasami, niespodziewanie, słońce będzie zachodziło w takich oto okolicznościach przyrody.

DSC07628

DSC07614

DSC07646

IMG_5583

 

 

 

 

 

 

dzień kobiet…

 

FullSizeRender

Dzień kobiet jest raczej przeciętny. Zazwyczaj kobiety wstają rano, chyba że były na nogach i na piersiach całą noc i wstać rano po prostu siły nie mają. Jak już wstaną to muszą kobiety się doprowadzić do porządku, chyba że im to lata, albo lat mają dwadzieścia i pięć. W innych przypadkach, kobiety muszą coś zakryć, coś uwypuklić, coś ścisnąć, coś dokleić, coś usunąć. Kobiety idą do kuchni i robią śniadanie. Czasem tylko robią, same nie jedzą, bo nie mają czasu. Kobiety czasem wychodzą do pracy. Czasem nie wychodzą, bo w pracy już są. Czasem całymi dniami przebywają z dorosłymi, czasem z dziećmi, często wręcz ze swoimi. Po pracy, kobiety są zmęczone, chyba, że są na prochach jakichś i zmęczenia nie czują. Kobiety robią zakupy w spożywczym, chyba że mają pełną lodówkę. Taka sytuacja jednak to rzadkość. Kobiety gotują, chyba że nie gotują, bo ktoś za nie to robi, albo są na diecie. Pierwsza sytuacja – mega fikcyjna, druga nie wyklucza gotowania dla reszty. Kobiety robią pranie, chyba że im nie zależy na białych bluzkach wrzuconych do pralki z farbującymi jeansami. Kobiety czasem czytają. Czasem swoim dzieciom do poduszki, rzadziej z przyjemnością. Kobiety czasem idą na spacer z przyjaciółką chyba, że przyjaciółki dziecko akurat chore jest i ta pójść nie może. Czasem wypiją lampkę wina. Często tego żałują następnego ranka. Dodatkowo, tak na boku, dokształcają się zawodowo, hodują pomidory, myją okna przynajmniej cztery razy w roku, chodzą do kościoła, rzadziej do kina, szukają tanich lotów na wakacje, pakują prezenty pod choinkę, zakładają koła gospodyń i ratują psy ze schroniska. Ale to tak od święta, bo w powszedni dzień kobiet, na pierdoły czasu przecież nie mają.

Od czasu do czasu zdarza się kobietom święto. Dzień kobiet. Jak mają szczęście to i kilka w życiu się przydarzy. Jak wtedy kiedy byłam mała i ósmego marca mama zapraszała koleżanki na likierek. Siedziały na zielonej rogówce i popijały likierek ukręcony w świetle księżyca z cukru i jajek od kur w wolnego wybiegu. Zwijały się ze śmiechu i zostawiały szminkę na brzegach kieliszków. Siedziałam jak wryta. Albo wtedy kiedy mój starokrzepicki chłopak przytaszczył mi bukiet kwiatów i dwie donice czegoś zielonego – jedną dla mojej mamy, drugą dla babci. Jakże one go wtedy uwielbiały. Wtedy kiedy siedziałam pół nocy susząc jogurt, bo potrzebny był jogurt bez jego jogurtowej substancji płynnych. Koło północy dodałam soku z pomarańczy, przed czwartą miodu, po szóstej posypałam migdałami. Rano jogurt był gotowy. Zaprosiłam na niebywale uroczyste, kobiece śniadanie moje amerykańskie koleżanki. Skończyło się wieczorową porą z pizzą na wynos i czerwonym winem z Aldi. Albo wtedy kiedy z grupą pięciu kobiet zjechałam po raz pierwszy czarną, oblodzoną trasą narciarską. Sama, bez instruktora, nie pługiem. Po jednym sznapsie. Jednym na każdą nogę. Sama też się na końcu przewróciłam i skręciłam nogę w kolanie. Zwiozły mnie na nartach zwijając się ze śmiechu. I wreszcie niedawny dzień kobiet kiedy to z jedną taką, moją ulubioną, po kądzieli kobietą pojechałam w amerykańskie miasto. Odwiecznym marzeniem moim było założyć suknię z cekinami, tiulami, falbanami i z dekoltem wielkim. I marzenie cyk, się spełniło. Marzeniem moim są też większe piersi w tym dekolcie, ale to raczej w kategorii science fiction, z naciskiem na fykszyn. Poszłyśmy do amerykańskiego, kiczowatego sklepy z błyszczącymi sukienkami, podszytymi tiulami w pastelach, z gorsetami na guziki, zamki i zatrzaski, o długościach różnych i w cenach idiotycznie wysokich. Założyłam taką jedną, piękną i TO był mój super fajny dzień kobiet!

Wszystkim wam życzę mnóstwa takich dni kobiet!

FullSizeRender-1

ze śmiercią w ramionach…

 

DSC07089

Urodziły się bliźnięta – powiedziały mi pielęgniarki na oddziale. Chłopcy. Jeden zdrów jak ryba, drugi niedomagał. Nie domagał tak bardzo, że został w szpitalu. Na długo został. Prawie pół roku. Na początku matka przychodziła codziennie. Mówiły pielęgniarki, że płakała. Która by nie płakała? Z czasem przychodziła rzadziej. Musiała się zająć zdrowym synkiem. Stan chorego się nie poprawiał. Wmawiała sobie, że się nie pogarszał, że będzie lepiej. Każda sobie tak wmawia. Lepiej nie było. Przestała przychodzić. Zostawiła zdjęcie. Na zdjęciu ona z kilkumiesięcznym, pięknym chłopczykiem, obok rowerek, taki do odpychania się,  w tle choinka i prezenty.

Kasia długo mieszkała na tym piętrze. Za długo. Piękny stary budynek w samym sercu Monachium. Wysokie sufity, piękne, zdobione, drewniane drzwi. Ogromne okna z szerokimi parapetami, na których można było wygodnie usiąść, poukładać książki, kartki z życzeniami powrotu do zdrowia i talerz z przywożonymi co drugi dzień, domowej roboty śląskimi. Pod oknem jej pierwszego pokoju przystanek metra, gołębie i pijące od rana, podejrzane towarzystwo. Z okna drugiego pokoju było widać McDonald’s. Kiedy miała już siłę jeść, biegałam na dół i przynosiłam jej frytki i inne niezdrowe przysmaki. Im więcej kalorii, tym lepiej. Tak mówili lekarze. Trzecie okno było najnudniejsze. Przyszpitalny ogródek. Pusty, bo w grudniu nikt nie wisi na zamarzniętych huśtawkach. Kilka dni przed wypisem trafiliśmy do czwartego pokoju z jednym, małym łóżeczkiem. W łóżeczku kwilący prawie bez przerwy chłopiec. Podeszłam bliżej. Pod kabelkami, wenflonami i rurkami płakało skurczone i smutne ciałko. Nacisnęłam guzik. Przyszła pielęgniarka. Powiedziała, że nic nie możemy zrobić, że kolejna dawka środków przeciwbólowych będzie podana za godzinę. Do tego czasu będzie płakał. Zapytałam czy mogę jakoś pomóc, czy mogę go przytulić. Przepisy szpitala nie pozwalały. Popłakałyśmy się obie.

Od rana, co chwilę, odwiedzali nasz pokój specjaliści. Dużo było poważnych słów, beznadziei w głosach, kiwania głowami. Ktoś otarł łzy. Po obiedzie pojawił się pielęgniarz z bujanym krzesłem. Pielęgniarz usiadł na krześle. Ktoś inny odłączył chłopca od kilku rurek i kabelków i włożył go w ramiona pielęgniarza. I tak siedział pielęgniarz całą noc i bujał się na krześle.

W ferworze porannych czynności przyłóżkowych, zabrakło pielęgniarkom ramion dla małego chłopca. Zapytałam, raczej z grzeczności, bo byłam pewna, że odmówią, czy mogę go wziąć na ręce. Tym razem nie odmówiły. Odłączyli od kilku nie podtrzymujących życie kabli i włożyli małego chłopca w moje ramiona. Był taki lekki i wiotki. To tak jakby trzymało się pusty kocyk, bez dziecka. Uspokoił się na moment. Przekręcił główkę w moją stronę i wtulił się jakby mocniej. A może mi się wydawało. Może tak bardzo chciałam żeby było mu troszkę lepiej w moich ramionach, że mi się tylko wydawało. Trzymałam w ramionach umierające niemowlę. Nad łóżeczkiem wisiało zdjęcie kobiety z pięknym chłopczykiem, obok rowerek, taki do odpychania.

Po śniadaniu wypisali nas ze szpitala. Zabrałam swoje nieumierające dziecko do domu. Wieczorem ubraliśmy choinkę. To były najpiękniejsze święta w moim życiu.

Ten tekst powstał po przeczytaniu tego tekstu i odwiedzinach Matki Jedynej na tym blogu…

 

Językowo o Polsce…

 

FullSizeRender

Nikt nawet nosa za drzwi nie wyściubi, tak zimno. Nie mogę patrzeć na taką wszechobecną rozlazłość. Cokolwiek zaproponuję, wydaje się za nudne, za trudne, wymagające wystawienia buta za drzwi. I tak gnuśniejemy. To napisałam taki prosty quiz z wiedzy o Polsce. Spodobał się. Zrobili. Wrzucam tutaj, może się komuś przyda. Można go dowolnie zmieniać i dodawać i odejmować. Jeśli ktoś ma ochotę, wyślę mailem w Wordzie. Tutaj nie załadowały się zdjęcia, mapy, a są fajne!

Ostatnie pytanie było o wspomnienia. W Kopalni Soli w Wieliczce były Soliludki. Nie myślałam, że będę pamiętać jak się nazywały te stworzenia. A pamiętali. Wejścio-wyjście w Centrum Nauki Kopernik to nie żaden przyrząd do mierzenie szybkości światła. Wejścio-wyjście to drzwi do tegoż centrum. Jedne drzwi. Służą za wejściowe i wyjściowe. I tak się nazwały. A Foka Krystyna? To foka nieboraczka, której nie udało się uratować helskim pracownikom akwarium morskiego. Miała w żołądku za dużo śmieci. To pamiętają…

 P.S. Bo mi piszą maile i gratulują, że mam takie dzieci mądre, że same zrobiły ten quiz. Są mądre i ja mądra, ale bez przesady. Mogły korzystać z książek i internetu. Taki „open book” quiz! Ja sama musiałam wszystko sprawdzić…dajcie spokój ludzie 🙂

Co wiesz o Polsce?

  1. Wypisz trzy największe miasta w Polsce, zaznacz je na mapie i wypisz ile mają ludności.
  1. Jaka jest najdłuższa rzeka w Polsce? Ile ma kilometrów? Gdzie się zaczyna? Gdzie kończy. Narysuj na mapie.
  1. Jak brzmi pełna nazwa naszego kraju?
  1. Co to za pomnik? Co upamiętnia?
  1. Kto jest prezydentem, a kto premierem Polski?
  1. Ile mamy przypadków w języku polskim? Wypisz je.
  1. Ile było rozbiorów Polski? W jakich latach? Na ile lat Polska zniknęła z mapy świata?
  1. Odmień przez przypadki rzeczowniki „orzeł” i „jagoda” w liczbie pojedynczej.
  1. Z jakiego obszaru Polski pochodzi ten strój? Napiszcie pięć zdań o tym stroju używając nazewnictwa z obrazków.
  1. Co to znaczy BAKAĆ, ZADEK, BZDYL, ŻYNIATY, GAZDA, RZYKAĆ, SIKAWICA? Z której gwary pochodzą te słowa?
  1. Kto był pierwszym prezydentem Polski?
  1. Kto śpiewa piosenkę „Chcemy być sobą”? Dokończ tekst piosenki: „I nie ma sprawy ________________________________________________.”
  1. Kto wygrał trzecią edycję Idola? Czy mamy jakiś utwór tego artysty? Jeśli tak, podaj tytuł.
  1. Kto był pierwszym i ostatnim królem Polski?
  1. Wymień trzech Polaków – laureatów nagrody Nobla i napisz za co tę nagrodę otrzymali?
  1. Co to jest Dąb Bartek? Napisz trzy zdania o Bartku.
  1. Wymień trzy dzielnice Warszawy. W której z nich mieszkaliśmy?
  1. Podaj wszystkie składniki na ciasto na pierogi (ciasto, nie farsz).
  1. Kto zginął w katastrofie polskiego samolotu w Smoleńsku w 2010 roku?
  1. Napiszcie co widzieliście w:

Kopalni Soli w Wieliczce –

Centrum Nauki Kopernik w Warszawie –

Na Helu –

 

 

 

Domowe sposoby na piersi…

Screen Shot 2016-02-10 at 6.55.36 AM

Nie ma dnia żeby coś mi nie dolegało. Jak nie kac, to rozdwajające się paznokcie, jak nie ból zęba, to depresja poporodowa – cholerstwo się ciągnie latami. A to skręcona noga, a to odrosty, arytmia, przypalona patelnia, zespół suchego oka, zaniki pamięci, zwiędła paprotka i siwe włosy. Zawsze mile widziane więc są porady szczególnie sprawdzone, szybkie, łatwe i domowej roboty. Więc kiedy zobaczyłam to zdjęcie gdzieś tam przez przypadek, pomyślałam, że warto zajrzeć. Wszystko jedno na co te pięć wspaniałych, domowych sposobów. Pewnie się przyda. Nie dziś, to jutro.

Screen Shot 2016-02-10 at 6.55.26 AM

Jest warzywo i nabiał. Jajko i ogórek. Warzywo dość pospolite, dostępne w mojej lodówce. Skutecznie gasi pragnienie i do tego ma mało kalorii. Jajko wiadomo, lecytyna, witaminy i aminokwasy. Zdrowie na talerzu. Czy na pewno na talerzu?

Screen Shot 2016-02-10 at 6.56.30 AM

Na końcu zobaczyłam ten obrazek i podpis, że te jajka z ogórkami to na zwisy piersiowe. Na obrazku powyżej widzicie państwo różne fazy zwisu, w kolejności raczej pesymistycznej. Ostatnia pierś szczególnie osowiała aż jej sutek wklęsł z przygnębienia. I podpis, że to już stan „poważny”. Smutno mi się zrobiło, ale też się zamartwiłam o swoje. Do którego obrazka pasują moje? Ile jajek i ogórków mam skonsumować? No cóż…moje nie nadają się do żadnej tabelki i żadnych porównań. Są niemierzalne, żeby nie powiedzieć nienamacalne. Ale na pielęgnację, choćby tylko skóry, w miejscu występowania piersi u innych kobiet, nigdy nie jest za późno ani za wcześnie. Czytam więc. Po pierwsze, nie jemy. Miksujemy żółtko i ogórek i taką mieszanką smarujemy nasze już-nie-tak-sterczące piersi. I rezultaty mają być po tygodniu. Jak po tygodniu, to i ja spróbuję. Kolorystycznie pasta nie zachęca. Mniemam, że trzeba się położyć płasko i pastę na piersi nanieść. Tak też zrobiłam. Zimna jak cholera. Ale tylko przez chwilę, bo wzięła się pasta i spłynęła przestrzeniami międzyżebrowymi. Znalazłam pastę gdzieś pod sobą i nałożyłam po raz drugi. Staram się nie oddychać. Ale piszą, że minimalnie należy trzymać pół godziny. Nie dam rady. Oddycham. Pasta spływa ponownie. I po zabiegu. W sumie jak nie ma co wisieć, to i sterczeć nic nie będzie. A może jednak zjeść było tę pastę.

Super Miska…

FullSizeRender

Puste ulice East Greenwich

 

Wczoraj odbębniliśmy Super Bowl– finałowy mecz o mistrzostwo w futbolu amerykańskim. Niedziela Super Miski to w Stanach prawie jak święto narodowe. Nie jest zupełnie jasne dlaczego nazwa taka kuchenna, ale w Super Misce wszystko jest super! Sport, emocje, pieniądze i Lady Gaga śpiewająca super amerykański hymn. Super były też drużyny. Jedną aż na mapie musiałam zlokalizować. Pantery z połączonych dwóch Karolin. Druga to znajomki z Denver, którzy ostatnio skopali naszym tyłki. Nasi to oczywiście Patrioci z Nowej Anglii, których zazdrośnicy oskarżają o wypuszczanie powietrza z piłek, plątanie kabli, o napuszczanie ufoków na drużyny przeciwne w celach inwigilacji i o inne jeszcze łajdactwa. A ja tam ich kocham i tyle…

Miłością ich darzę taką przynależnościową, bo się super na futbolu nie znam i właściwie to mnie super nie interesuje. Podczas pierwszej połowy poszłam z psem na spacer. Miasto w niedzielę futbolową to miasto duchów. Nasza normalnie tętniąca nocnym życiem Hauptstrasse, zupełnie pusta. Miałyśmy z Izabelą super wieczorny spacer z obwąchiwaniem drzwi każdego sklepu, zaglądaniem do pustych restauracji, studiowaniem godzin otwarcia ekologicznego Salonu Pięknego Paznokcia.

Dziecko na późny obiad zażyczyło sobie rosół z nie-kury. To zrobiłam i Super Miskę gorącego rosołu wchłonęłam zmarznięta po spacerze. Zrobiłam też kilka Super Misek przystawek i zamachnęłam na super sąsiadów żeby nam miski przyszli pomóc opróżnić. To przyszli. Z super dużą ilością takiego sobie wina.

Obtrąbiony w mediach koncert w połowie meczu też był super! Nie znający się na futbolu amerykańskim, jak sam przyznał w jednym wywiadzie, ukochany mój Chris Martin wyglądał super, jak zawsze zresztą, wykony miał zachwycające, po scenie poruszał się sprężyście, w lekkich podskokach. Na wypadek gdyby o futbolu kazali śpiewać, dobrał sobie Beyonce i jeszcze jednego co się pewnie zna, bo tutejszy. I we trójkę zrobili super występ. Trochę super krótki. Się rozsiadłam z winem, a tu koniec.

Druga połowa meczu się odbyła. Nie bardzo mogę się wypowiedzieć, czy było super, bo dobrze nie rozumiem o co chodzi. Nie obserwuję meczu, ale obserwuję reakcje graczy i po tym rozpoznaję kto wygrywa. Pomocna byłaby mimika twarzy, ale te zasłonięte super kaskami. Radzę sobie obserwując mowę reszty ciała. Jak wszyscy leżą na kupie, jeden z konikiem na koszulce (Denver) się wydostaje spod tej kupy i niezgrabnie kołuje tyłkiem, wywija rękami, albo przebiera nóżkami w miejscu, znaczy, że koniki zdobyły punkt. Jak wstaje i obrażony idzie w siną dal, od czasu do czasu przytupując nóżką, znaczy, że mu nie poszło. Walenie łapami po kaskach i stukanie się tymi kaskami jest mniej czytelne. Jakkolwiek to nielogiczne, wygląda na to, że to z radości. A jakże. Kiedy Jaś dostanie piątkę z matmy też walimy go wszyscy w czaszkę uprzednio zakładając mu kask ma się rozumieć. Dla bezpieczeństwa.

Super wieczór, super jedzenie, super towarzystwo i zwycięstwo mnie super cieszy. Bliżej mi sercem do denwerowskich koni niż do panter z obu Karolin. A w środku nocy przyszła super wiadomość. Z powodu śnieżycy nie idziemy do pracy, do szkoły i na inne zajęcia obowiązkowe. Wszystko Super Zamknięte!

A tu Flula, Niemiec w Stanach, o futbolu amerykańskim (po angielsku niestety):

 

 

Językowo…

FullSizeRender

rysunek pokazyjący różnicę między angielskim czasami z poważnej książki More Grammar Games, Cambridge Universit Press…

Zastanawiam się nieraz jaki wydźwięk ma dla mnie code switching, czyli naprzemienne używanie języków. Czy bardziej jest to niechlujstwo językowe, czy też pozytywna cecha charakterystyczna dwujęzyczności? Czy bardziej umiejętność wrażania myśli w dwóch, czasem trzech językach, czy nieumiejętność wyrażania w jednym? Czy jest to oznaka językowego zarozumialstwa, o czym gdzieś tam przeczytałam, czy może oznaka niepełnosprawności językowej, może lenistwa trochę, czy też może oznaka niezwykłej płynności językowej, umiejętności dobierania słowa, które najbardziej odpowiada wyrażanym emocjom, czy najbliższemu skojarzeniu?

Według niektórych językoznawców, jak Francois Grosjean na przykład, jestem dwujęzyczna. Byłam przez chwilę nawet trójjęzyczna. Grosjean nie przykłada wielkiej wagi do poziomu używanego języka, ani nie mierzy jego używalności w procentach, metrach, czy promilach. Kupuję trzy precle, wykłócam się o miejsce parkingowe, pozdrawiam sąsiada znaczy, że używam odpowiedniego obcego języka w odpowiedniej sytuacji społecznej. A ja ciągle mam z tym problem. Mam problem żeby nazywać siebie dwujęzyczną. I pewnie niesłusznie. Każde uczucie i to najgłębsze i to najczarniejsze jestem w stanie wyrazić i idiomem i wulgaryzmem walnę jak potrzeba i akademicko się wypowiem jak kto zagai. Akcentem nawet się nie zdradzę żem posiadaczką słowiańskiego aparatu fonacyjnego. Mimo to, zniżam głos i lekko się zawstydzam kiedy mówię, że jestem dwujęzyczna. Bo się wykułam czasowników nieregularnych na pamięć, bo tylko graficznie przedstawiona różnica między czasem Present Perfect i Present Perfect Continues do mnie przemówiła, bo palec do ust musiałam wkładać żeby zobaczyć gdzie się jakie głoski produkuje. Moje dzieci, w moim, w swoim również, mniemaniu są bezsprzecznie dwujęzyczne. I mimo, że mój angielski jest lepszy niż ich polski, mam poczucie, że one są bardziej dwujęzyczne niż ja. Dlaczego?

Ale ja nie o tym przecież…

Od kilka miesięcy nasza szkoła, a co za tym idzie i ja dostajemy w prezencie marokańskich uczniów. W prezencie, bo są przesympatyczni, zdolni, pracowici, skromni i prawdziwie dwujęzyczni. Albo i trójjęzyczni. Kilka miesięcy temu o Maroku wiedziałam tylko tyle, że jest. Teraz wiem więcej. Szczególnie jeśli chodzi o marokańską wielojęzyczność. Oczywiście wszystko zależy od tego w jakieś części kraju się mieszka, kim byli czy są rodzice i jaki status społeczny się do takiego ucznia przyplątał. Wszyscy moi uczniowie władają dwoma językami – arabskim i francuskim. Kilkoro z moich uczniów mówi też w języku berberyjskim, bardzo starym języku, który dopiero od niedawna został wprowadzony do szkół. Wcześniej język ten był głównie obecny w przekazach ustnych. Moi Marokańczycy nie potrafią czytać, ani pisać w języku berberyjskim, ale wymieniają go na pierwszym miejscu. Dla jednego to był pierwszy język, bo opiekowała się nim mówiąca w tym języku babcia, dla innego to język rodziny matki – prawie jak świętość. Dla innych to język ich dziadków, którzy nie chcą żeby berberyjski wgasł i zmuszają wnuczęta do posługiwania się tym językiem. Poza berberyjskim, wszyscy uczniowie z Maroka mówią w mieszkance arabsko-francuskiej. I tutaj dochodzę do sedna. Mówią w mieszkance. Snuję się za nimi po korytarzu, podsłuchuję, szpieguję w toalecie, jem kanapkę przy stoliku obok. I pytam i wypytuję i zadaję pytania. A dlaczego ten język teraz, a tamten za chwilę, ten w przerwie na papierosa, a tamten w przerwie na lunch? Pół zdania po francusku, drugie pół po arabsku, początek żartu po arabsku, koniec po francusku (sama zaczęłam słuchać ichniego jednoosobowego kabaretu, Gad Elmaleh, który przeniósł się do Stanów i opowiada o swoich językowych perypetiach). Odpowiedź jest taka sama, od wszystkich. Bo my z Maroka jesteśmy, tam wszyscy tak mówią, nic nam się nie miesza, nie czujemy, że czegoś nam brakuje. Jeśli nie potrafimy powiedzieć czegoś po arabsku, to pewnie dlatego, że potrafimy to samo powiedzieć po francusku i nie czujemy się słabsi w którymś języku, mniej płynni, mniej komfortowo…Każda odpowiedź na moje pytanie zaczyna się jednak od „a bo my z Maroka, w Maroku tak wszyscy…”. I to mi utkwiło i to mi się podoba.

Staram się jak mogę żeby stosować metodę OPOL (One Parent One Language), ML@H (Minority Language at Home), czy OFOL (One Flaszka One Language), ale nie zawsze wychodzi. Właściwie zawsze nie wychodzi. Code switching wydawał mi się zawsze porażką, pójściem na skróty, poddawaniem się. Delikatnie poprawiam, parafrazuję i tłumaczę na polski. Sama się pilnuję żeby nie wkładać słówek angielskich do polskich zdań. Nie poddaje się, walczę, ale czasem nie mam siły ani czasu walczyć, tłumaczyć, objaśniać, przytaczać dziesiątki przykładów. Czasem, szczególnie kiedy dzieci są nastolatkami i z tej racji właśnie mają wszystko w tyle, ważne jest, że chcą coś powiedzieć i usłyszeć odpowiedź. A może trzeba po marokańsku, zostawić, obserwować i podziwiać. Bo moje dzieci z „mieszanej językowo rodziny przecież są, w mieszanych rodzinach tak wszyscy…”

I tak sobie myślę, wracając do początku postu, czy to nie jest tak, że my, tacy podrabiani* dwujęzyczni czujemy się bardziej w obowiązku nie mieszać języków? Czy to nie jest tak, że ja traktuję polski i angielski jako dwa odrębne narzędzia, a moje dzieci jako jedno wielkie narzędzie, taki młot na przykład, którym są w stanie rozwalić wszystko? Czy to nie jest tak, że chcę mieć porządek językowy, bo nie czuję się tak zupełnie komfortowo w żadnym w tych języków (na przykład rozmowa o metodyce albo o chorobie mojego dziecka po polsku słabo mi idzie – wszystko na ten temat czytałam po angielsku)? Czy też może nie mam racji i angażuję niepotrzebnie moją piękną rozczochraną? Pomocy!

* czujecie, że to „podrabiane” to tylko taki amatorski środek stylistyczny, nie? Nie obraziłam nikogo, co?

Comfort Food…

FullSizeRender-2

Comfort food to po angielsku jedzenie na poprawę nastroju. Jedzenie takie przywołuje miłe wspomnienia i zabiera nas w nostalgiczną podróż do chwil, nierzadko z dzieciństwa, które kojarzą nam się z bezpieczeństwem, komfortem duchowym i spokojem. W wiadomo jakiej encyklopedii było napisane, że często takie jedzenie charakteryzuje się łatwością przygotowania i wysoką zawartością węglowodanów. Nie za bardzo czaję z tymi węglowodanami, ale z łatwością przygotowania się zgadzam. Przejdę nawet o poziom wyżej. Wyższy poziom łatwości przygotowania to nieprzygotowanie jedzenia. Według mnie, jedzenie na poprawę humoru to takie, którego nie musisz przygotować. Ktoś to zrobi za ciebie. I dla ciebie. Muszę tutaj zdementować pochlebne, acz nieprawdziwe, pogłoski jako żem druga Martha Stewart. W kuchni się nie realizuję. Gotować nie lubię. Umiem, bo jak coś robię, to lubię umieć i gotuję, bo zawsze jakieś otwory gębowe do zatkania się znajdą. Zdecydowanie wolę jednak jak ktoś to za mnie robi. Najlepiej żeby mama. Moje najbardziej komfortowe jedzenie to kluski tarte, zwane w moim domu kluskami szarymi żeby je odróżnić od klusek białych, czyli śląskich. Kluski tarte, koniecznie z sosem grzybowym i buraczkami. Jak byliśmy mali, mama przed podaniem kroiła nam te kluski na kawałki i rzucała łychę buraczków na kluski tak że się sos robił czerwony. Ślinianki mi już wariują… Za każdym razem kiedy jechałam z Niemiec do Polski, mama kazała meldować się pod Opolem żeby mogła wstawić wodę na kluski. Cieplutkie czekały na stole kiedy podjeżdżaliśmy pod dom. I tak usiadłam i jadłam i jadłam…

Życie na wsi było proste. Siało się zboże wiosną, zbierało latem, zawoziło się zboże do młyna, przywoziło mąkę, zawoziło mąkę do piekarza i przez cały rok, raz w tygodniu, miało się chleb. Co piątek cała wieś pachniała świeżym chlebem. Na rowerze zapylałam na koniec wsi do piekarza po cztery bochenki chleba – dwa na każdą stronę kierownicy. Babcia robiła krzyż na chlebie i kroiła kromkę. Mnie nie pozwolili kroić. Moje pajdy były niezgodne z dopuszczalnymi jednostkami miar dla ciepłego jeszcze bochna chleba. I dobrze. Dostawałam kromkę chleba z masłem i miodem od dziadkowych dziesięciu pszczół. Szczęście…

Bezy z przesadną ilością bitej śmietany stały się jedzeniem na poprawę humoru dzięki trzem pałom z rosyjskiego w ciągu jednej, czterdziestopięciominutowej lekcji. W czasach ciemnoty metodycznej takie rzeczy się zdarzały. Mnie częściej niż innym. Oddana klasówka – pała, niezapowiedziana poprawa spałowanej klasówki – druga pała, pyskówka w temacie niesprawiedliwego spałowania – trzecia pała. Pociągając smutnym, czerwonym od płaczu nosem, usiadłam z przyjaciółką pod płotem Zakładu Remontowo-Montażowego mojego taty. Po drodze kupiłyśmy bezy z przesadną ilością, lekko przykwaskowej bitej śmietany. Nie dało rady ugryźć. Można było tylko przycisnąć i czekać aż piana się osunie i wpadnie do ust. Do ust leżących pod płotem. Leżących ze śmiechu. Dostałyśmy takiej głupawki, że trzy pały z rosyjskiego poszły w zapomnienie. Dwie z matmy też. Kiedy teraz dostaję jakąś pałę od życia, wystarczy, że popatrzę na bezy z przesadną ilością bitej śmietany i mi lepiej. Nie kupuję. Do tego potrzebna mi moja przyjaciółka i płot.

Co zrobić kiedy nie ma mamy z kluskami, piekarnia w Starokrzepicach już nie istnieje, amerykańskie bezy są zupełnie nieśmieszne, a potrzeba poprawy nastroju jest? Pozostaje okrojone, skomercjalizowane, zredukowane do białej kulki awaryjne komfortowe jedzenie. Raffaello. Szybki, łatwo dostępny, nie wymagający żadnego wysiłku z mojej strony naprawczak. Uwielbiam tę białą masę otaczającą chrupiący migdał. Najbardziej jednak uwielbiam warstwę wierzchnią wiórek kokosowych. Każdą kulkę odpakowywałam z wielkim namaszczeniem, odwijałam papierek powoli żeby oderwało się jak najmniej śnieżnobiałych, delikatnych wiórek. W Niemczech wystarczyło wyskoczyć do Aldi po pudełeczko Raffaello i wieczór kończył się lepiej niż się był zaczął. W Stanach dopiero kilka dni temu natknęłam się na Raffaello. I z miejsca wmówiłam sobie depresję, zrobiło mi się tak smutno, że tylko jedzenie na poprawę humoru mogło mi pomóc. Trudny tydzień, trudny miesiąc, trudny rok za mną. Zasługuję na Raffaello. To i kupiłam. I rozwijam. Powoli i uroczyście. Przezroczysta folia przyjemnie szeleści, zaraz ukaże się kokosowa kulka. I będę ostrożna, nie pozwolę żeby choć jeden wiórek oderwał się od kulki. A co to? Pod spodem kulki ochronna folia aluminiowa. Po cholerę? Przed czym chroni kulkę Raffaello? Przed włamaniem? Napadem gorzkiej czekolady? Gwałtem napalonej mlecznej? Folia przyklejona do przezroczystego papierka. Przyklejona jakimś superglułem. Trzeba siły użyć. Pociągnąć trzeba. Pociągam i wszystkie wiórki rozsypują się po blacie kuchennym. Został łysy wafelek. To samo z drugim i piątym Raffaellem. I cały, sztucznie wygenerowany, zły nastrój zniknął. Pojawił się prawdziwy. Teraz tylko kluski mogą pomóc…

FullSizeRender

 

FullSizeRender-1

Janek w tarapatach…

IMG_3512_2_2

Janek wiedzie nierzucające się w oczy życie. Mało spostrzegawczy mieszkaniec naszego domu, czy gość przejezdny nawet nie zauważyłby obecność Janka. Sam się sobą zajmie, nakarmi się sam, higienę osobistą utrzyma, teorię względności Einsteina cichaczem przeczyta, gazetę niepostrzeżenie napisze, pogra w tajemnicy w koszykówkę, boczkiem nauczy się sterować jachtem i nic nikomu nie mówiąc zajmuje pierwsze miejsce w szkolnej olimpiadzie geograficznej. I taki mało wydarzony rodzic jak ja traci Janka z radaru, przestaje być czujny i pozwala zdrzemnąć się zmysłom swym rodzicielskim. Na szczęście Janek, w obawie, że się rodzicielsko zupełnie stępimy, odstawia jakąś konkretną szopkę od czasu do czasu.

Jak wtedy, na przykład, kiedy z jego powodu zamknięto na kilka minut całą bazę wojskową w Grafenwoehr. Łaził za mną po sklepie kwiląc słodko: „mogę to, mamo?”. Ja na to, że nie. Mogę to? Nie! A to? Nie! A to? Nie! Kontakt audialny był. Do czasu kiedy kontakt się urwał. Kilka minut bezskutecznych poszukiwań, kilka moich pół-omdleń, żandarmeria wojskowa zawiadomiona, wszystkie bramy zamknięte, wszystkie samochody wyjeżdżające sprawdzane. A Janek siedzi w kącie sklepu z zabawkami i pakuje po kieszeniach Playmobilowe ludziki.

Na przykład wtedy kiedy dostaliśmy telefon od żandarmerii (tak, znów policja!!), że dwóch nagusieńkich sześciolatków biega po bazie i jeden mówi, że ma takie samo nazwisko jak ja. Zwiali z placu zabaw. Ubrania zostawili w piaskownicy.

Albo wtedy kiedy chciałam zrobić dobre pierwsze wrażenie na gronie pedagogicznym i rodzicach pierwszoklasistów. Pierwszego dnia szkoły dzieci miały przynieść rysunek w temacie wakacyjnym. Byliśmy w Warszawie, Krakowie, na wsi, chodziliśmy po górach, smażyliśmy się na włoskiej plaży. Janek powinien być artystycznie przeinspirowany. Rysunku w domu nie sprawdziłam. Niech mnie zaskoczy. No i zaskoczył. Na rysunku, o którym dumnie opowiadał przed zdębiałymi rodzicami była skarpa i jakiś akwen wodny. W akwenie pijany w sztok Bawarczyk, martwy niestety. Między skarpą a akwenem, niesiony halnym, kolejny Bawarczyk, który za chwilę podzieli los pierwszego. Na skarpie ostatni, z nieproporcjonalnie wielkim kuflem piwa w dłoni. „A ten będzie ich ratował, tak?” – pyta z nadzieją w głosie, patrząc na mnie ukradkiem, nauczycielka. „Nie, jak wypije to też skoczy” – oznajmia autor obrazka . Aha! I ważny szczegół, wszyscy trzej mieli pod pachą szkockie dudy. Nawet ten martwy.

Janek rysować już nie lubi, nawet na plaży trudno go przekonać żeby zdjął koszulkę i jest pod ciągłym nadzorem telefonicznym. Poza tym, jest już starszy i głupoty mu nie w głowie.

Jesteśmy w poczekalni małego lotniska z okazji podarowanego mi, krajoznawczego lotu helikopterem. Lot trwał piętnaście minut. Pierwsze dwie podziwiałam widoki. Trzynaście kolejnych minut powstrzymywałam wymioty, bo bujało. Po wyjściu z helikoptera, zwymiotowała i podziękowałam za prezent. Janek grzebie w telefonie. W biurze obok słychać rozmowę.

– Szkielet dinozaura? A skąd to? To ty?

– Nie, myślałem, że to ty…

– Coś nie tak z naszą drukarką.

Spoglądam na Janka. Jego podejrzany uśmiech wymaga mojej interwencji. Zaciągam go w kąt, latarką po oczach, grożę cięciem racji żywieniowych. Złamał się, ale dopiero pod groźbą całkowitego zakazu konsumpcji truskawek. W miejscach publicznego oczekiwania Janek wyszukuje podłączonej do WiFi drukarki i na tę drukarkę wysyła zdjęcie. Zdjęcie, swojego autorstwa na szczęście, szkieletu dinozaura z muzeum w Denver. Z kiepsko ukrywaną dumą przyznaje, że udało mu się już w kilku miejscach. Co mi tam żandarmeria? Ja teraz na FBI czekam…

Miłość do truskawek i kawałek lata starokrzepickiego