Ooo..żeby tak ten duet startował, nie musiałabym się naturalizować…
W świetle ostatnich ruchów politycznych w Stanach, które idą oj…w bardzo złym kierunki, postanowiłam się włączyć. Postanowiłam narodowi, nieswojemu, acz po trosze już oswojonemu, pomóc. Zagłosuję w listopadowych wyborach prezydenckich. Nie jest istotne na kogo zagłosuję, bo nie będę głosować NA kandydata a PRZECIW kandydatowi. Temu co ma taki sam bałagan na czaszce jak i pod nią. Zostaję obywatelką Stanów Zjednoczonych. A mało co się nie wycofałam. Powód? Proces nadania obywatelstwa nazywają tutaj Naturalizacją! Choć się staram, nie znajduję sposobu żeby spojrzeć na to słowo pozytywnie. Jedyne z czym mi się kojarzy to służby ARCHEO z Seksmisji. Przepiłam, przegadałam, przetupałam krótkimi nóżkami i nie ma bata. Albo Trump, albo ja!
Żeby zostać obywatelem Stanów Zjednoczonych należy spełnić kilka warunków. Wkupne wynosi ponad dwa i pół tysiąca złotych. Dużo? Mało? Zależy jakim się jest desperatem. Szczerze powiedziawszy, spodziewałam się, że to mi coś odpalą. Trzeba też się zabezpieczyć kartą stałego pobytu, domem na kredyt, mężem Amerykaninem i z nim spłodzonymi dziećmi. Amerykaninem może zostać osoba z wyjątkowo dobrą pamięcią – podaj datę ostatniego przekroczenia granicy, przedostatniego przekroczenia granicy, wymień kraje, które odwiedziłeś w ostatnich pięciu latach… A ja jak przez mgłę pamiętam ostatni tydzień. Trzeba też być dobrym z matematyki – ile dni przebywasz na terenie USA? Nawet gdybym posłużyła się kalkulatorem i liczydłem, nie pamiętam daty przylotu przecież. No i najgorsze…pytanie o polityczną działalność i szeroko rozumianą przestępczość. Czy kiedykolwiek torturowałaś kogoś? Jeden nazwie to okazywaniem siostrzanej miłości poprzez przymusowe łaskotki gołymi stopami, inny torturami. Czy zmuszałaś kogokolwiek do współżycia? Żeby tak od razu zmuszaniem to nazywać, to nie wiem… Czy popełniłaś kiedykolwiek przestępstwo, za które nie zostałaś aresztowana? To ktoś się do tego przyznaje? Czy należałaś kiedykolwiek do zorganizowanej grupy oporu? Nie dali dodatkowej kartki na wypracowanie więc zaznaczyłam, że nie, ale… Całe życie byłam wichrzycielem. W wieku pięciu lat stworzyłam jednoosobową grupę opozycyjną przeciwko rządom rodzicielskim i uciekłam z domu z torbą pełną gotowanych jajek. Na studiach przeciwstawiłam się takiej jednej od Gramatyki Opisowej i jej traktowaniu studentów. W podstawówce założyłam bandę podwórkową. Podlegało mi pięć i pół jednostek (ta połówka to wysoce niesubordynowany dwulatek). Dostałam poplecznictwo mojego taty, który był autorem naszego hymnu, ale hersztowałam sama. Zbierałam, zawarty w regulaminie, napisanym przeze mnie oczywiście, haracz od członków nielegalnie gromadzących się w drewutni dziadka Janka. Bezprawnie wkraczaliśmy na prywatną posesję nieświadomej niczego sąsiadki i z mojego rozkazu dokonywaliśmy uprzątnięcia posesji, rąbania drewna, zbierania jajek od kur niosek, zakupu potrzebnych środków czystości i w przypadku przyłapania nas, szybkiego i bezgłośnego wycofania się z posesji. Wszystko bez zgody i przyzwolenia wspomnianej sąsiadki. Przyznać się Ameryce, czy nie? Nie przyznałam się. Kto wie, spostrzegą potencjał i nakażą zorganizować opozycję w przypadku niepomyślnych wyborów. Nie mam czasu na pierdoły.
Po kilku tygodniach od wysłania możliwie najszczerszych odpowiedzi, kazali się stawić. Znaczy, że łyknęli. Pobrali odciski palców, sprawdzili, czy oczy nie przeszczepione i zrobili zdjęcie. „Nie, proszę się nie uśmiechać. To nie zdjęcie na fejsbuk”. Ok, będę smutną Amerykanką.
Jak macie ochotę na więcej to tutaj etap drugi i etap trzeci.





















