III Wojnę Światową uważam za zakończoną…

serce

To zdjęcie wrzuciłam na FB kiedy Niemcy grały przeciwko Stanom Zjednoczonym. I bez kitu, tak właśnie się czułam. Gdzieś w komentarzach pojawiło się takie stwierdzenie, że skoro mąż Amerykanin, dzieci amerykańskie, Stany będą moich krajem za chwilę, to powinnam machać amerykańską flagą zamiast niemieckiej. Nie machałam! Było mi trochę szkoda Brazylijczyków, którym Niemcy dokopali 5:0 w pierwszej połowie meczu, ale znienacka wypełzło gdzieś z zakamarków uczucie dumy, które samo mnie trochę zdziwiło. Ktoś niedawno stwierdził, że dzisiaj to pewnie będziemy Argentynie kibicować…”no przecież nie Niemcom, mordercom, mówiącym ohydnym językiem niemieckim”! I tu nagle jakieś uczucie mnie nieznajome dotychczas ubodło, że mi przykro, że ktoś tak o „moich” Niemcach mówi, że chciałabym stanąć w obronie, przytulić do wątłej piersi Joachima w zbyt ciasnej koszuli chciałabym…I tak refleksje nad swoją tożsamością wobec byłej Rzeszy zaczęłam snuć o trzeciej nad ranem dzisiaj…

Pamiętam niechęć do wszystkiego co niemieckie… Pamiętam jak na studiach nie chciałam uczyć się faszystowskiego języka, pamiętam jak słuchałam, z lekkim wstrętem, Chrisa, który opowiadał o cudownym bawarskim miasteczku, które odwiedził i się zakochał. Niemieckie i piękne? Nie może być! Pamiętam jak ktoś opowiadał o tym, że tak nienawidzi Niemców, że w U-Bahnie widzi żołnierzy Gestapo zamiast zwykłych pasażerów, jak ktoś wyjaśniał dlaczego bawarscy mężczyźni w podeszłym wieku noszą koszule z długim rękawem (ponoć mają wytatuowane numery SS)…Pamiętam jak mnie mroziło za każdym razem jak moja dwujęzyczna koleżanka mówiła do swojej córeczki „Hände hoch” kiedy chciała jej zdjąć koszulkę na basenie. Pamiętam jak kiedyś kupiłam na aukcji antyków piękny serwis do kawy, a ktoś obrzydził mi go momentalnie mówiąc, że pewnie jakaś esesmańska rodzina piła z niego kawę przed wysłaniem kilku tysięcy Polaków do gazu…i pamiętam też historię mojego dziadka, który cudem, uciekając z pociągu, uniknął pewniej śmierci w Oświęcimiu. I walczyłam… Chris twierdził zawsze, że prowadzę swoją prywatną trzecią wojnę światową z Niemcami…Zdaje się, że nastąpiło zawieszenie broni!

Przez ostatnie trzynaście lat Niemcy stały się moim domem, Bawarczycy stali się moimi sąsiadami, dentystami, paniami z okienka na poczcie, lekarzami i miłymi panami z warsztatu samochodowego. Nie wyobrażam sobie, a muszę i to szybko, jak to będzie otworzyć okno i nie zobaczyć gór, jak to będzie wejść do sklepu i powiedzieć „good morning” zamiast „Grüss Gott”, jak to będzie nie napić się najlepszego na świecie piwa po kilkugodzinnej wspinaczce górskiej, czy zawsze mieć pod ręką precla z masłem! Nigdy też nie powiem na półkę na buty inaczej niż Schuhschrank i zawsze będę wiedziała, co Chris ma na myśli kiedy opisuje, że coś jest gemütlich.

Może i po bandzie trochę pojadę, ale wszystko i tak sprowadza się do tego, że wybaczyłam wszystkim byłym faszystom z długimi czy krótkimi rękawami, w hełmach czy bez w momencie kiedy dzieci i wnuki tych faszystów uratowały życie mojego dziecka…całą resztę mam głęboko w dupie!

Pisząc to siedzę w ogródku i słyszę jak Kasia wydziera się na całe gardło „Deutschland!!” przygotowując się do meczu i bardzo, bardzo jestem zadowolona, że tak właśnie czuje i będę trzymać kciuki za drużynę niemiecką dziś wieczorem i kiedy w Stanach rozpakuję starannie opatulone filiżanki, z których najpewniej piła żona jakiegoś mordercy, usiądę przy oknie z widokiem na ocean i wypiję dobrą kawę…i z wielką przyjemnością to zrobię…

Nieprzyzwoite pluszaki…

DSC_0050

Dzisiaj o tym jak nie trzeba być dwujęzycznym dzieckiem żeby cudownie bawić się językiem i popełniać śmieszne gafy. Można nawet nie być moimi dziećmi żeby takim właśnie językowym cudakiem być. I Kasia z Głoski się ucieszy, bo o trzyipółlatku będzie, który nie dość, że mówi to jeszcze pięknie mówi…(tutaj Kasiu, puszczam ci oko, ale te zrobione z przecinków, kresek i nawiasów nie działają na moim blogu).

Mój bratanek Misiek…nawet chyba taką „na gębę” matką chrzestną jestem, bo z nami, do kościoła nie chodzącymi, w konkubinatach i z bandą nieślubnych dzieci, to nigdy nie wiadomo czy jesteśmy chrzestnymi czy nie. Wychowa to dziecko zgodnie z moralnymi prawdami, w poszanowaniu dla innych, w miłości bliźniego tak jak to wszyscy katolicy robią, czy też może w ofierze szatanowi złoży tak jak to my – niepraktykujący, acz wciąż „zarejestrowani” katolicy, robią? Pojechałam trochę…do rzeczy…

Jedziemy przez wioski podhalańskie, bydło rogate się ulicami poniewiera, rodzic i ciocia jakieś nie za bardzo artykułowane dźwięki wydają typu: „O! I masz! I co? Kurde, będziemy teraz stać! A niech to! No i patrz!” Siedzący z tyłu trzyipółletni Misiek pięknie wymawiając każde słowo mówi: „Zobaczcie jakie straszne zamieszanie robią te krowy na ulicy!” Zgodziłam się z Misiem i pochwaliłam go, że tak pięknie mówi i taki ładne zdanie ułożył. Dziecko, zdziwione bardzo, odpowiada: „Nie, nie tak pięknie…powiedziałem tylko, że krowy duże zamieszanie robią na ulicy!” I to jest facet świadomy swoich umiejętności! Pięknie mówi, składa długie, złożone zdanie, bawi się językiem, tak świadomie, tak dorośle…I pomyślałam sobie, że ciekawe, że zdziwił się, że go pochwaliłam. Bo ja chwalę moje dzieci jak usłyszę jakieś nowe polskie słówko, albo ładne zdanie po polsku. Ale czy chwalę dzieci, że piękne zdanie po angielsku ułożyły? No nie! A może powinnam? Ale to na post o chwaleniu…

Przyjaciółką wieloryba Gupka (bez „ł” – koniecznie i wypowiadane z ogromnym uczuciem i tkliwością) jest niezbyt atrakcyjna wiewiórka po przejściach. Wiewiórka i wieloryb spędzają noce z Misiem i kto wie, co robią kiedy Misiek zasypia. Misiek kocha swoje zwierzaki i nigdy złego słowa o nich nie powiedział. Wiewiórka nie miała jednak imienia. Tata Misia zapytał kiedyś o imię dla wiewiórki. Długo się Miś zastanawiał i w końcu z dumą ogłosił: „DZIWKA!” I pewnie myślicie, że rodzina patologiczna, że mięsem się w domu rzuca, że się nasłuchał oglądając nieodpowiednie filmy, że po knajpach się z ojcem włóczy, a matki rozmowy telefoniczne podsłuchuje. A tu nie…Okazało się, że to Dziwka Dziwką jest, bo jej się zdarzyło być rodzaju żeńskiego. Gdyby była wiewiórem, byłaby Dziwakiem! Czyż to nie jest piękne?! I logiczne!!

Jedziemy z Chrisem trasą Katowice – Częstochowa (dla niezorientowanych to trasa z przydrogowymi atrakcjami w postawi grzybów leśnych, jagód, malin i panienek w kabaretkach i skórzanych miniówkach). Cisza taka i nagle Chris równie piękną jak Miśka polszczyzną: „O, ile wiewiórek w tych polskich lasach!” I czar Miśkowej Dziwki prysł!

myśli przeprowadzkowe 16.06.14

…jest bardzo niewiele rzeczy, których nie lubi Chris, jedną z dwóch, które przychodzą mi do głowy to gołębie! No nie lubi gołębi i już! Od zawsze psioczył na te ptaki i już kompletnie nie może zrozumieć wschodnioeuropejskiej fascynacji tym ptakiem. Kiedy pierwszy raz przywiozłam Chrisa do Starokrzepic była tam poczta, sklep spożywczy i sklep z zaopatrzeniem dla gołębiarzy „Wszystko Dla Gołębi”…Wczoraj jechaliśmy do Polki i co rusz, mijaliśmy ciężarówki z wielkimi literami PZHGP Oddział Andrychów, Oddział Górki Dolne itd…Dopiero przy piątej ciężarówce wyjaśnili, że to Polski Związek Hodowców Gołębi Pocztowych!! Chris pokładał się ze śmiechu! Wytłumaczyłam, że się wywozi takie gołębie, się je wypuszcza, jedzie się do domu i się czeka żeby wróciły…Chris na to: „aaaa takie gołębie Hunger Games!!” Niech żyje PZHGP!

…co nam przypomniało jeden śmieszny skrót z Żoliborza. Biuro Obsługi Nad Grobami Obcokrajowców, w skrócie BONGO!

…NIE LUBIĘ…kierowców w Polsce! Chamstwo i głupota!! Nie mam słów, którmi mogłabym opisać jak mnie to mierzi, denerwuje, wkurwia totalnie! Za każdy razem jak z życiem uchodzę z jakiegoś wydawało by się, banalnego manewru drogowego, myślę sobie wtedy wrednie, że mam nadzieję, że ten idiota, a nie ja, wypełni statystyki śmiertelnych wypadków na polskich drogach…ręce z kierownicy opadają.

…LUBIĘ…polską bezinteresowność i spontaniczność…Pojechałam do „mojej” fryzjerki dzisiaj. Nawet nie piszę, że było super przyjemnie, że świetnie ścięła mi włosy. Gadałyśmy o życiu, o dorastaniu do pewnych decyzji, o wieku no i wydało się, że za trzy dni kończę lat czterdzieści. I w prezencie dostałam nową fryzurę! Byłam bardzo mile zaskoczona i taka trochę zakłopotana…nie chodzi o pieniądze oczywiście, ale o totalnie spontaniczny, przesympatyczny gest…i za to właśnie uwielbiam Naszych!!!

myśli przeprowadzkowe 14.06.14

lódka

…trzy i pół godziny zajęło spakowanie dziesięciu metrów kwadratowych trzynastu lat życia w Garmisch! Panowie zabrali wszystko co chcieliśmy i kilka rzeczy, których nie planowaliśmy, ale się zmieściły. Najważniejsze, że rower będzie w Rhode Island w tym samym czasie co ja! Zdaję sobie sprawę, że to całkiem niemądre, ale rower stał się wszystkim co mnie relaksuje…fryzjerem, masażystą, serialem czy butelką wina (i nie, z wina nie zrezygnowałam nawet na rzecz roweru) i narty pojechały i lampy robione przez brata Jurka Owsiaka i książki i zdjęcia! Szerokiej drogi kochane przedmioty!

…spakowana jestem też do Polski. Wyjeżdżamy jutro…Jadę, ale muszę przyznać, że trochę się obawiam…Obawiam się was, kochani rodacy…że będziecie marudzić, że jedziemy, że będziecie snuć czarne scenariusze, że już nie wrócę, że się zakocham w Ameryce, że się zasiedlę, osiedlę, nie daj Bóg polubię i umrę na obcej ziemi amerykańskiej. Obawiam się wciągania mnie w poczucie winy, wymagania ode mnie tego, że to ja będę was pocieszać i mówić, że wszystko będzie w porządku, że się zobaczymy, obawiam się, że to ja będę wasze łzy osuszać…a ja? A ja nie mam na to siły! Nie mam też ochoty kłamać że się nie osiedlę i nie zadomowię, bo ja chcę się zadomowić, osiedlić i polubić…nie chcę mieszkać w kraju, w którym czuję się obca i który mi się nie podoba. Zrobię wszystko żeby być tam szczęśliwą i żeby po kilku latach nazwać Rhode Island moim domem. Więc jeśli chcecie przychodzić na kawę ze smutną miną, z siąkającym nosem i z wyciągniętymi łapkami do grobowych przytulanek– nie zapraszam!

 

 

myśli przeprowadzkowe 12.06.14

DSC03391

 

…do szkoły na zakończenie roku wybrałam się w ślicznej, letniej sukience, bez rękawów (co za moment będzie miało znaczenie) i z aparatem w ręku. Zdjęć zrobiłam mało, bo przez większość czasu przeryczałam nie mając w co wysiąkać nosa…wydawało mi się, że to w końcu obcy ludzie no i tak się cieszą, że my do tego Rhode Island, to mi przecież w sercu żadnej dziury nie są w stanie zrobić…Podbiegłam po scenę zrobić zdjęcie dzieciom moim, podczołgała się do mnie nauczycielka pierwszej klasy – kobieta niezwykle mądra, koło siedemdziesiątki, specjalistka od czytania i od dzieci z problemami, spędziłam z nią wiele godzin na rozmowach, które nauczyły mnie wielu, bardzo ważnych rzeczy…no i ona podpełza i szepcze mi do ucha: „nie możecie wyjechać, ta szkoła nie będzie już taka sama bez was…” No to jak zaczęłam beczeć, to mi przeszło jak Chris przytaszczył indyjskie jadło wieczorem…

…patrzę na stół, na którym stoją bardzo skrupulatnie wybrane naczynia. Sercem wybierane, mózg wysłałam na kilkugodzinne wagary, wylicytowane na aukcjach, wyjechane 800 kilometrów, przepite litrami wina… Międzynarodowo jest! Przeważa Bolesławiec, za nim porcelana włoska z Nove, kupione gdzieś na internetowych aukcjach pastelowe miski z Francji, a na koniec niemiecki, prawdopodobnie używany przez jakąś nazistowską rodzinę serwisik do kawuni… I żeby mi tu Chris czy inny Amerykanin nie wyrzucał, że ja wciąż na drugiej wojnie światowej jestem…

…kiedy powiedziałam komuś, że wyjeżdżamy do Rhode Island, pierwsze co ktoś powiedział to, że TRUSKAWKI w Rhode Island są najlepsze w całych Stanach…i BARDZO się z tego cieszę i troszkę ciekawa jestem, bo to, co nam ostatnio zapodają niemiecki pola truskawkowe to, kochani, niebo w gębie…Coś im w tym roku sprzyja…słońce, wiatr czy inne pomoce, nie wiem, ale tegoroczne truskawki niemieckie są przepyszne! W Grainau wydają takie książeczki, na których stawia się stempelki i się zbiera punkty…3 kilo za friko już opędzlowaliśmy i się nie poddajemy…Niech się amerykańskie truskawki lepiej postarają, bo konkurencja silna!

myśli przeprowadzkowe 09.06.14

DSC05072

 

…ponieważ bardzo, naprawdę bardzo tęsknię za blogiem i za pisaniem, ponieważ w głowie kłębi mi się milion myśli, a ponieważ nie mam czasu na nic, wpadłam na pomysł cyklu „myśli przeprowadzkowe”. Będę tam psioczyć, narzekać, obserwować, chwalić się, chwalić innych, nawrzucam komu trzeba i rozczulę się milion razy… Myśli przeprowadzkowe będę zupełnie „od czapy”, nie będą trzymały się kupy, będą stylistycznie kulawe, gramatycznie niepełnosprawne i interpunkcyjnie nieprzytomne…możecie ich w ogóle nie czytać, ale ja się wypisać muszę bo „inaczej się uduszę”…

…góry wyglądają i pachną coraz bardziej intensywnie kiedy się wie, że każdy dzień zbliża nas do wyjazdu. Robię mnóstwo zdjęć jakby to miało mi pomóc zapamiętać każde zagłębienie w skale, każde wygięte drzewo, każdy krzak…Pogoda jakby na złość jest piękna, jest słonecznie, ciepło i czujemy się winni, że opuszczamy to miejsce. Na dzień wylotu, dwudziestego dziewiątego lipca zamawiam deszcz, temperaturę tylko trochę powyżej zera i żeby mi żaden szczyt zza chmur nie wyłaził…

…w zeszłą środę mieliśmy trochę wolnego czasu (ileż można pakować trzynaście lat swojego życia) i postanowiliśmy podciąć Jasiowi migdały! Trochę miał za duże, trochę mu przeszkadzały oddychać, mówić, spać, żyć…rach-ciach i po migdałach. Pierwszą rzecz jaką zauważyliśmy po operacji to fakt, że Jaś ma wyższy głos, jaki słodki…ale ja nie o tym…Ja o Polakach chciałam…że są w Garmisch, wiadomo, że pracują przy remoncie naszego szpitala, słychać bardzo dobrze. Odmiana „kurwy” i „pierdolić” przez przypadki, osoby i we wszystkich liczbach, roznosi się po Alpach echem dość głośnym i wydawać by się mogło, że no, taka rzeczywistość…Gdzieżby tam kobiecie, prawie czterdziestoletniej, przyszła do głowy możliwość usłyszenia komplementu, szczególnie z tych samych ust, co to przed chwilą kurwiły i pierdoliły…a jednak…Idę korytarzem szpitalnym, na środku stoi drabina, na drabinie dwóch wkręca żarówkę (z cyklu ilu Polaków potrzeba do wkręcania żarówki), mijam drabinę i słyszę: „a ta niezła, nie?”…Jak miło mi się zrobiło…no nasze, kochane chłopaki!

…ile metrów sześciennych potrzeba żeby spakować trzynaście lat? Stać nas na zaledwie dziesięć i taki test…co dla nas najważniejsze? Ustawiamy w pokoju w kolejności ważności. Pierwsze stoją rowery trzy! Narty! Afrykańska skrzynia, lampy z naszego mieszkania na Żoliborzu, świeczniki z maleńkiej wioski we Francji, książki, zdjęcia, a po nich…gumna do ścierania bo przypomina Kasi jak to pewnego dnia w pierwszej klasie przez przypadek starła „z” zamiast „a”. Ołówek, który Jasiek dostał od kolegi, który, jeszcze w przedszkolu wyjechał do Gruzji , a którego imienia nikt nie pamięta, krzesiwo – kto wie czy będzie czym ogień w Rhode Island rozpalić, starą ale „nie zużytą” gumę do żucia kupioną w galerii handlowej w Częstochowie przed premierą ostatniego Harrego Pottera…i mnóstwo innych, bardzo ważnych rzeczy…po co komu kurtki zimowe albo pięćset par butów…

 

Tak źle, tak niedobrze….

MVC-086F_3

Zza pudeł i kartonów, oblepiona taśmą klejącą i kurzem wyciągniętym spod łóżka, próbując sprzedać mieszkanie przez jeden telefon, a kupić dom przez drugi, pozbyć się jak największej ilości nagromadzonych pierdupli, pożegnać się z wyjeżdżającymi i zostającymi, sentymentalnie popatrzeć na góry, popocieszać płaczących nad naszym wyjazdem PROSZĘ….przypomnijcie mi jak to marudziłam, że nie mogę w tej strasznej niepewności, w zawieszeniu i „ z jedną nogą w górze”…przypomnijcie mi dlaczego powinnam być szczęśliwa!!!

Blogowo się zgłoszę jak się pozbieram trochę…

P.S. Zdjęcie pochodzi z naszej ostatniej przeprowadzki Żoliborz – Garmisch, 2001!

 

 

„Mam męża dupka”

IMG_2769

…czyli nauka życia w stylu amerykańskim…

Każdy wie jak to życie nie różami usłane, że to nie bajka, że w życiu różnie bywa i że raz na wozie, raz pod wozem…Na szczęście jest coś takiego jak czas, który, żeby nie zwariować od namiaru szczęścia i nieszczęścia reglamentuje nam i to dobre i to gorsze i uczy jak się z tym zmierzyć…A to chorobą uraczy, miłość pod nogi rzuci, niezdanym egzaminem zaskoczy, podwyżką, stratą pracy, wygraną na loterii, czy śmiercią bliskiej osoby…w porywach, własną śmiercią też potrafi w osłupienie delikwenta wprowadzić. A że człowiek to taki uczeń na trójkę z minusem, to różnie to bywa z tą nauką. A to się załamie nieudacznik jeden, a to zakocha na zabój, ślub weźmie i dzieci narodzi… Ja to wszystko na klatę mogę wziąć, nie ma sprawy, ale mam dzieci i dzieciom chciałabym przekazać to i owo. Chciałabym żeby uczyły się na moich błędach, żeby nie łaziły tymi samymi ścieżkami, bo matka tam już lazła i mówi, że dziury. Chciałabym żeby zdawały sobie sprawę, że każda podjęta decyzja w życiu ma swoje konsekwencje i że najpierw tę decyzję trzeba podjąć, a nie zawsze wybór jest łatwy i oczywisty. Chciałabym żeby miały jakiś przykład, jakiś wzór, z którego mogłyby korzystać, żeby było im po prostu łatwiej. Pewnie każdy by tak chciał. Wiadomo jednak, że każdy musi swoje własne błędy popełnić i jakąś naukę z tego wyciągnąć. Żadne dziecko, z racji swojej potrzeby bycia odrębną jednostką, nie będzie słuchało rodzica, który trąbi, żeby się uczyć, żeby nie pić alkoholu w podstawówce, żeby zawsze mieć ze sobą prezerwatywy, żeby zastanowić się nad wydolnością finansową przed zakupem domu, żeby jeść zdrowo, uprawiać sport i do kościoła chodzić… Okazuje się, że Amerykanie wynaleźli na to sposób – Cards of Life (w wolnym tłumaczeniu: karty do gry w życie). Jeden z lepszych pomysłów, o których słyszałam.

2.30…stoję na parkingu szkoły, dzwonek kończący zajęcia w szkole, dwie sekundy później Jasiek, jak spod ziemi, wyrasta przed samochodem (mam czasem takie podejrzenia, że on nie chodzi do szkoły, tylko stoi za drzewem i na dzwonek czeka…). Wesolutki, znowu piątka z czegoś, szóstka z czegoś innego i zjadł cały lunch. Jeden odhaczony…Po dziesięciu minutach wlecze się Kasia, wchodzi do samochodu, trzaska drzwiami i rzuca: „My husband is a craphead!” (w wolnym tłumaczeniu, że nic innego jak dupek z tego jej męża). Jako, że znamy się z Kasią nie od dziś, zwierzenia takie nie dziwią mnie specjalnie, ale pytam z grzeczności jak minął dzień. No i dowiaduję się, że mają taki przedmiot – Careers – na którym to przedmiocie uczą się…no życia wydaje się, że się uczą. Pan przyniósł karty, na których było napisane, że „skończyłeś studia, jesteś zadłużony na sto tysięcy dolarów” albo „mąż się z tobą rozwiódł i prosi o alimenty” albo „masz niepełnosprawne dziecko, potrzebujesz stałej opieki dla niego” lub „twoje roczne dochody wynoszą pięćdziesiąt tysięcy dolarów” czy „odziedziczyłeś po babci dom w Oklahomie”. No i się wybiera kilka takich kart i już – życie gotowe! Teraz należy podjąć decyzje co dalej. Są przy tym jakieś zasady gry. Nie wolno sprzedawać dzieci ani wymieniać męża, tudzież się go pozbyć na wieki… Każda decyzja i każdy kolejny krok musi być przemyślany i, co więcej, porównany z rzeczywistością. Jeśli masz niepełnosprawne dziecko to lepiej mieszkać gdzieś bliżej dużego miasta, bo do szpitala daleko z rozsypującego się rancza w Kolorado. Trzeba sprawdzić ile kosztuje dom, czy cię na niego stać, sprawdzić podatki w tym stanie, możliwość pracy dla męża pijaka i szkoły z podjazdem dla niepełnosprawnych. To wszystko trzeba udokumentować, przeliczyć, opisać i dostarczyć nauczycielowi, który oceni czy się nadajesz do życia, czy na próżno wszelkie starania. Kasia stwierdziła, że jej się nie powiodło. Wprawdzie jest specjalistką od komputerów i zarabia dużo, ale ma do spłacenie kredyt studencki, wynajmuje drogo dom, mąż – darmozjad nie pracuje i nie zamierza i jeszcze do tego czwórka dzieci – mówi Kasia. Chcąc rozładować trudną życiową sytuację pierworodnej, żartuję, że widocznie musicie się bardzo kochać z mężem skoro tyle potomstwa. Dziecko wczuło się w rolę i prycha, że chyba zwariowałam, bo jej jest tylko dwójka. Ta pozostała dwójka to dzieci jej wałkonia męża z poprzedniego małżeństwa, ale mówi, że kocha jak swoje. No, kolorowo nie jest…Po kilku dniach się pozbierała, sprzedała sportowy samochód męża, zainwestowała na giełdzie, zarobiła i wzięła czteroprocentowy kredyt na dom. Siedzi przed komputerem i planuje budżet miesięczny, patrzy na ceny w internetowym sklepie, zastanawia się nad kupnem skrzynki wina, rezygnuje i dodaje na głos, że bez wina może się obejść. Zatroskany kolega z klasy (żona – żołnierka na wojnie, jedno dziecko, żyje sobie jak pączek w maśle w bazie wojskowej w Japonii) odpowiada: „naucz te dzieci korzystanie z toalety, zaoszczędzisz na pieluchach, bo z czwórką dzieci na pewno będziesz potrzebowała wina!”. I życie…

P.S…i życie nas też zaskoczyło. Po ponad rocznych przygotowaniach do wyjazdu do Moskwy…do Moskwy nie jedziemy! Putinostan zostawiamy dla odważnych. Chris dostał pracę w Newport, Rhode Island, tak więc latem zaczyna się nasza przygoda za oceanem. Donosić wam będę…na wszystkich!

i po ramieniu i po pysku…

ania ania

Ostatnio jest do dupy. Wciąż nie wiemy co z nami będzie. W jakiej części świata powinnam sprawdzać szkoły dla dzieci, domy, pracę, pogodę? Pakować narty, czy raczej się ich pozbyć? Przypomnieć sobie cyrylicę, czy może poczytać Urban Dictionary? Nie wiem co mam mówić rodzinie w Polsce, znajomym w Niemczech, urzędom, lekarzom, ortodoncie…nie wiem nawet co mówić własnym dzieciom. Nic nie wiem. Europejscy podtrzymywacze na duchu się wykruszają, no bo ileż można pocieszać, przytulać i mówić, że wszystko będzie dobrze. Nawet zbiorowy optymizm ma swoje granice. W desperacji, zaczynam wydzwaniać do ludzi w Stanach, marudzić i odrywać ich od ważnych zajęć, takich jak chowanie się przed kolejnym tornadem na przykład. Nie podawajcie numerów waszych telefonów w komentarzach, bo zadzwonię! Włóczę się tak po dniach i tygodniach i wystawiam ramię do poklepywania! I kiedy ramię już boli od wystawiania, ni z stąd ni zowąd pojawią się klepacze!

Nauczycielką jestem rzadko, a szkoda, bo i uwielbiam i umiem…niewiele rzeczy umiem, ale nauczać i owszem! Jakiś kurs, może dwa, korki, zastępstwa i tyle…Niemcy, jeśli chodzi o uczenie się angielskiego, zachowują się tak jak Polacy, jakich pamiętam, ze szkół językowych w Warszawie. Nie ważne czy nauczyciel ma jakieś umiejętności metodyczne (celowo nie piszę wykształcenie, bo nie uważam, że to jest wyznacznikiem dobrej „obsługi” językowej), blade choćby pojęcie o swoim języku, zamiłowanie do uczenia, czy, w najgorszym wypadku, dobrej woli krztynę. Nie ważne, że jest po zawodówce, albo i bez. Ważne, że ma paszport z bardziej wypasionym orzełkiem, czy innym kangurkiem. Nawet moje niemieckie szkolne szefostwo doradzało żeby nie przyznawać się, że nie jestem natywna…Niemiec na poziomie moich uczniów nie jest w stanie rozpoznać mojego akcentu, a nie śmie przecież zapytać Frau O’Connor, czy czasami nie jest gdzieś ze wschodu. Nigdy z tej rady nie skorzystałam. Na każdej pierwszej lekcji mam tę samą zabawę…Podaje uczniom tekst o mnie i informuję, że są w nim trzy błędne informacje. Mają je znaleźć. ZAWSZE twierdzą, że informacja o tym, że jestem Polką jest nieprawdziwa! I nie, nie dlatego, że wyglądam, mówię czy zachowuję się jak Amerykanka…Po prostu im do niemieckiej głowy nie przyjdzie, że jakaś Polka może nauczyć ich, Uebermenschen, języka angielskiego. Ale jak już siedzą w sali, to nie uciekną przecież…Siedzą i oczy otwierają, bo Polka plan zajęć napisała sobie, każe im mieć coś do pisania, każe im okulary zabrać z domu, bo czasem przeczytamy coś, aparaty słuchowe nosić, bo zdarza się jakieś słuchanko, albo szaleństwo wzrokowo-słuchowe w postaci TedTalks. Kule i balkoniki przydają się czasami, bo Polka każe wstać i się przemieścić żeby a to partnera do ćwiczenia w parach zmienić, a to żeby przełamać niemiecką powściągliwość i zabawić się w jakąś totalnie „zwariowaną” grę językową. A przecież tak fajnie było siedzieć na zajęciach przez dziewięćdziesiąt minut, pić kawę i gadać o pierdołach, ale za to z panią z paszportem z kangurkiem w kieszeni. Chyba jednak ich przekonałam, bo od dwóch lat w każdy poniedziałek spotykam te same, moje ukochane, niemieckie paszcze…

Baerbel jest najstarsza… Dwa lata temu zadzwoniłam do sekretariatu szkoły i proszę o listę moich uczniów. Pytam również w jakim wieku są moi uczniowie żebym mogła przygotować się tematycznie. Pani oszczędnie w słowach informuje mnie, że „39”. Super, w moim wieku…będzie fajnie…po czym dodaje „geboren” (że się urodzili w trzydziestym dziewiątym roku)! Baerbel nie mówiła dużo, trzeba było wyciągać każde słowo, dobierać tematy, w których czuła się choć trochę komfortowo, po ćwiczeniach ze słuchu nie odzywała się w ogóle, mówiła z niesmakiem, że niczego nie rozumie. W ankietach pisała, że nie lubi zabaw, nie lubi pracy w parach, nie lubi pisania na tablicy, nie lubi TedTalks, nie lubi piosenek…Kiedy składaliśmy sobie życzenia świąteczne, wychodziła z sali pierwsza, nigdy nikogo nie przytuliła, nie skomplementowała ładnej torebki sąsiadki z prawej, czy pysznego urodzinowego ciasta sąsiadki z lewej strony. Ale nie z takimi dawałam sobie radę…jak uczeń nie jest narżnięty jak helikopter o ósmej rano, czy nie przeklina jedynym znanym mu słowem po polsku, daję radę…Tydzień temu, kiedy wszyscy już wyszli, Baerbel wróciła do klasy i powiedziała, że to była jej ostatnia lekcja. Ma operację biodra i nie wróci do wakacji. No a po wakacjach ma mnie tutaj nie być. Zaryzykowałam. Podeszłam do niej i przytuliłam sztywną ze strachu Baerbel. Rozpłakała się. I cudownym angielskim zaczęła mi dziękować za wszystko, ale głównie za to, że nigdy nie przełamała tylu swoich małych, niewygodnych dziwactw jak podczas moich zajęć. Ja też się popłakałam. Takie miłe klepnięcie w ramię…

Jestem u lekarza z Kasią. Lekarka ogląda skórę Kasi i nawija, że słyszała od znajomych, że jestem świetną nauczycielką, pyta co robimy na zajęciach, kiedy, o której, że się wybierze chyba. Ja się nakręciłam i opowiadam jak to fajnie u nas na tych zajęciach, jak miło, sympatycznie, ale przede wszystkim edukacyjnie i cud, miód, malina. Tak sobie z dzióbków spijamy, aż ona pyta z jakiej to części Stanów Zjednoczonych jestem. Ja na to, że spod Częstochowy – takie małe miasteczko między Nowym Jorkiem a Bostonem. Aha…i cisza, temat zamknięty! Klepniecie, ale raczej trochę wyżej niż w ramię…

Pomyślałam potem, i to jedyna optymistyczna myśl jaką mogłam z siebie wykrzesać wtedy, że znajomy pani doktor chwaląc mnie, nie wspomniał jednak, że jestem tylko Polką…Mam nadzieję, że dla tego kogoś nie miało to już znaczenia…

Językowe śmichy chichy

DSC03544

Ela z Dwujęzyczności pisała kiedyś o zabawie z przedrostkami. Pięknie bawiła się z synkiem w przelewanie, rozlewanie i podlewanie…Ja też często bawię się z dziećmi w przedrostki. Gdzie tylko popadnie…w samochodzie, przy śniadaniu, podczas zbiorowego mycia zębów…Oprócz wiadomych językowych korzyści, taki atak zabawą na dzieci ma również właściwości wojnozapobiegawcze. Zmienia temat! Nie wiem czy możecie sobie wyobrazić naszą łazienkę za dwadzieścia ósma rano z perfekcyjnym dziewięciolatkiem, który MUSI nałożyć żel na grzywkę, z nastolatką, która…no cóż…nastolatka wszystko MUSI! I z matką, która również MUSI jakoś podobnie do siebie ze zdjęcia na identyfikatorze wyglądać, inaczej ochrona nie przepuści… No i kiedy rzucę takim czasownikiem i rozkażę przedrostki dodać, od razu wszyscy przekierowują swoje myślenie na inne tory… Naczytałam się o tej metodzie przy wychowaniu dwulatków podczas ich okresu buntu i okazuje się, że działa w każdym wieku…Tak na marginesie, działa też na całkiem dorosłych mężczyzn…ale w sumie to oczywiste, nieprawdaż?

Kiedyś przy śniadaniu bawiliśmy się w przedrostki. Kasia dostała „czesać” i „jeść” – łatwizna. Jaśkowi dałam słowo Eli – lać. Kilka pierwszych podał bez problemu, pokazał lub wytłumaczył co to znaczy i git. Chcę wyciągnąć od niego „przelać” więc pokazuję na szklance z wodą, że leję tę wodę i „co się zaraz stanie, Jasiu?” Obserwuję z nadzieją usta Jasia, które układają się do spółgłoski „p” podczas gdy oczy robią się coraz bardziej okrągłe, bo ja wciąż LEJĘ tę wodę do szklanki. Jaś wreszcie wyrzuca z siebie: PPPPPanikować!!

Nauczycielki języka zgodzą się ze mną, że najlepszym sposobem na wybudzenie lekko apatycznych uczniów to szybkie, krótkie i intensywne, żeby nie powiedzieć nerwowe, ćwiczenia językowe. Jestem pewna, że metodyka ma jakąś nazwę na te ćwiczenia, ale widocznie przegadała te zajęcia. Ja, na własne potrzeby, nazwałam je „ping pong activities”. Są super sposobem na szybkie przywołanie towarzystwa do porządku, obudzenia śpiących księżniczek, wprowadzenie nowego tematu zajęć czy też na chwilowe przywrócenie autorytetu nauczyciela… W domu, z językiem polskim, robię to samo. Nalot na pokój, kuchnię, łazienkę i szybciutko: „odmień „dziesięć kurcząt” przez przypadki” albo „ja podaję przymiotnik, a ty stopień wyższy/przeciwieństwo” albo „ja podaję słowo, ty układasz zdanie nie krótsze niż pięć słów” i wszystko ma być ciach, ciach, szybciutko, dwa, trzy przykłady i można dalej obgryzać paznokcie lub smarować masłem chleb. Dzisiaj rano w przedpokoju siedzą i buty wiążą w skupieniu…Nalot. Janek – podaj numer od jeden do pięciu. Janek przezornie wybiera numer dwa. Dwa zdania złożone ze słowem „przeskakiwać”. Zrobione. Kasia – zdanie z wyrażeniem „wytrzeszcz oczu”. Nie wie co to takiego. Tłumaczę. Zdanie, poproszę. „Mama rzeczowo wytłumaczyła mi co oznacza nieznane mi dotąd wrażenie „wytrzeszcz oczu”. Pięknie! Pośpieszcie się kochani, bo się do szkoły spóźnimy…Kasia, słowo dla ciebie: „przekleństwo”. Kasia: „cholera”!