Czytanki Mamy Anki

 

Screen Shot 2013-06-26 at 5.12.30 PM

„W Białymstoku żonę coś zakłuło w boku. Mąż jej zrobił okład z lnu i ułożył ją do snu.”

Z zazdrości mam ochotę w ogóle nie pisać o tej książce. Z zazdrości, że to nie ja wymyśliłam te rymowanki. Pani Eliza Piotrowska i ja mamy wiele wspólnego jeśli chodzi o proste, śmieszne i czasem kompletnie zwariowane rymowanki. „Książeczka Wycieczka” jej autorstwa to zbiór króciutkich, totalnie od czapy wierszyków o dużych i małych miastach i miasteczkach w Polsce. Starokrzepic nie ma ale się nie dziwię, jak tu coś dobrego napisać kiedy nazwa ma pięć sylab ale jest o Częstochowie, Opolu, Koluszkach i Lądku Zdroju. Moje dzieciaki uwielbiały te wierszyki. Do tej pory zresztą Kasia, której pamięci nie jeden słoń mógłby pozazdrościć, wyrecytuje coś o Kutnie czy Krakowie.

Czytanki Mamy Anki

 

Screen Shot 2013-06-25 at 7.10.10 PM

„Czesał czyżyk czarny koczek, czyszcząc w koczku każdy loczek. Po czym przykrył koczek toczkiem lecz część loczków wyszła boczkiem” – Wierszyki Łamiące Języki autorstwa Małgorzaty Strzałkowskiej.

Jeśli macie dość waszych dzieci i chcielibyście połamać im języki ze złości, ten i inne wierszyki na pewno wam w tym pomogą! Przeczytane, języki połamane i bardzo polecamy!

Czytanki mamy Anki

Screen Shot 2013-06-25 at 7.04.41 PM

 

Kolejna książeczka z naszej półki to “Najwyższa Góra Świata” Anny Onichimowskiej. Są to dość krótkie opowiadania – w sam raz na jedno poczytanie! Każde opowiadanie jest o innym dziecku i o jakimś problemie życiowym. My jesteśmy po kilku opowiadaniach i ja jestem zachwycona! Ładny język, nie za łatwy ale też do zrozumienia dla każdego dziecka. Pierwsze opowiadanie było o śmieci babci, drugie o miłości do zwierzaka, a trzecie o rozstaniu, rozdarciu między miłością do dziadka a tęsknotą za rodzicami za daleką granicą. Kiedyś miałam takie podobne opowiadania, ale były bardziej jawno-psychologiczne (Kaśka od razu zczaiła, że coś tam chcę przemycić), te są po prostu opowiastkami o dzieciach ale delikatnie opowiadają o tym jak -boli, jak się kocha, jak tęskni…Polecam!

Uważać na drzwi

DSC02169

Tym razem Chris nie pomylił drzwi i moje trzydzieste dziewiąte urodziny spędziliśmy w umiarkowanym szczęściu – dokładnie takim jak lubię. Dostałam prezenty, własnoręcznie robione kartki, buziaki i uściski, pyszną kolacje i mile spędziłam dzień z rodziną i przyjaciółmi. Ale rok temu było inaczej…

W Garmisch z zakupami ciuchowymi jest ciężko. Jak ktoś nie lubi wyglądać jak połowa miasta i ubierać się w C&A, albo wyglądać jak druga połowa i ubierać się w bawarskie dirndle i trachty, ma, że się tak wyrażę, lekko przerąbane. Właściwie to miał przerąbane do momentu, kiedy kilka lat temu otworzono u nas dwanaście metrów kwadratowych zwiewnego duńskiego romantyzmu w postaci sukienek, spódnic, sweterków i przesłodkich dodatków. Noa Noa to mój ulubiony sklep na naszej lokalnej Rodeo Drive, wciśnięty jest bezlitośnie miedzy sklep z urządzeniami do lepszego widzenia, a sklep z pobudzającą bielizną. Podczas kiedy sklep z okularami, lornetkami, goglami i nakładkami na kaski narciarskie budzi moje sporadyczne zainteresowanie, sklep z tego rodzaju bielizną interesuje mnie raczej negatywnie. Mogę sobie wyobrazić, że karminowy skrawek sztucznej, błyszczącej koronki w kształcie trójkąta przykrywający jakieś cztery centymetry kwadratowe ciała poniżej pępka…duuuużo poniżej pępka, pięknie komponuje się z biustonoszem, koniecznie w rozmiarze 70 D, w kolorze błękitu paryskiego. Do tego porannik uszyty z firanki w kolorze bananowym obszyty piórami jakiegoś chabrowego ptaka. Oto obrazek zmysłowej i sensualnej bawarskiej pani domu! Można by oczywiście wysunąć daleko idący wniosek, że przemawia przeze mnie zawiść i zazdrość okrutna. Koronki wszelkiego rodzaju, a sztucznego rodzaju tym bardziej, doprowadzają do dermatologicznie niebezpiecznych zadrapań a stringi powodują problemy z załatwianiem potrzeb fizjologicznych. Jeśli chodzi o górną zaś część ciała, przemysł bieliźniarski zdecydował, że kobiety z klatką piersiową siedmiolatki nie zasługują na jej zakrywanie…skrawki koronki, nawet tej w kolorze błękitu paryskiego można sobie ewentualnie samemu szydełkiem połączyć, sznurek dorobić i się tym czymś opasać. I tak nikt nie zwróci uwagi…

Tak więc sklep ideologicznie omijam szerokim łukiem z pogardą patrząc na chutliwe manekiny w bardzo nieobyczajnych pozach. Łuk szybko zawężam bo drzwi do rozpusty sąsiadują z udekorowanymi dwoma donicami z hortensjami, drzwiami do Noa Noa. W Noa Noa podoba mi się wszystko łącznie z panią sprzedawczynią. Wszechogarniające pastele i biel, aksamitne, delikatne kokardki, lekkie sukienki i zwiewne koszulki, miękkie baleriny i ciepłe wełniane szale. Kolory, materiały i wzory, do których chciałoby się przytulić. Podoba mi się bardzo dużo rzeczy, a niestety nie mogę sobie na wszystkie pozwolić…szczerze mówiąc na niewiele mogę sobie pozwolić. Tak więc najbliżsi mają z głowy zastanawianie się czym mnie obdarować na urodziny, imieniny, święta, dzień matki, dzień kucharki i sprzątaczki….

Rok temu oprócz kwiatów, własnoręcznie zrobionych kartek urodzinowych, pysznej kolacji, buziaków i uścisków, dostałam również śliczne pudełeczko w kolorze fuksji (pastele, pamiętacie?). Uśmiecham się wdzięcznie i zaglądam na Chrisa, który dumny, że zamiast odkurzacza i skrzynki na listy, kupił swojej kobiecie coś, z czego będzie zadowolona, co sprawi jej przyjemność, będzie mogła pójść i wybrać sobie najbardziej pastelową, najbardziej zwiewną sukienkę pod słońcem. Sukienkę taką jak lubi, taką, w której on sam lubi ją oglądać. Gdyby tylko wiedział dlaczego na jej twarzy maluje się zapytanie, między błąkającym się gdzieś jeszcze uśmiechem, coraz wyraźniej wyłania się powątpiewanie, głowa zaczyna lekko poruszać się z prawa na lewo…Dlaczego z lekkim niesmakiem wyciąga małą karteczkę z logo sklepu Heidi’s Dessous, podnosi powoli oczy i pyta: „Pomyliłeś drzwi, co?”

Asy przestworzy

DSC01860

 

Kilka dni temu dostałam obelgą w twarz. Pewien amerykański tata obrzucił mnie inwektywą z kategorii lotnictwa, że niby przejawiam zachowania rodzica-helikoptera. Dobrze, że miałam okulary słoneczne bo mój paraliżujący, bazyliszkowy wzrok uśmierciłby oskarżyciela. Co za niedorzeczność! Niby dlatego, że się interesuję co moje dzieci w szkole robią, że mnie do szału doprowadza, że siódmoklasistka napisała JEDNO marne wypracowanie w ciągu całego roku szkolnego, że jestem za wolnością słowa (tym bardziej mądrego słowa – o czym mowa tutaj), że jak widzę niesprawiedliwość i brak profesjonalizmu to nie mogę się powstrzymać od wygarnięcia komu trzeba? Dlatego jestem helikopterem? Gdyby wszyscy zajmujący się moimi dziećmi zachowywali się profesjonalnie i robili to, co do nich należy, nie musiałabym pyrkolić tymi swoimi śmigłami na ich głowami.

No ale zniewaga w sercu mem a w głowie została i czy się z tym określeniem zgadzam czy nie (a wiadomo, że nie), myśl ta drąży moje szare komórki i spać nie daje. Spać nie pozwolili mi również moi panowie w pewien sobotni poranek.

Od kilku dni Jasiek i Chris planowali wycieczkę na szczyt góry Kofel w Oberammergau. Wspinaczka jest w ramach przygotowań Jaśka do zdobycia Mount Everestu za 3 lata…właśnie tak! Jasiek postanowił, że w wieku jedenastu lat wejdzie na Mount Everest. Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko ślepo wierzyć (a o wierze też już było). Alpiniści czekali tylko na dobrą pogodę. No i w sobotę się zrobiła. Obudziła mnie rozmowa pod drzwiami sypialni, przy których nierozsądnie  znajduje się półka z butami…bo o butach mowa. Jasiek zapytał ojca swego w jakich butach może iść. Chris na to: „A w jakich chcesz?” Jasiek chciał w sandałach, na co ojciec jego radośnie przystał (wyżej wymieniony ojciec spacerował już kiedyś na dwóch tysiącach, w śniegu po kolana w Teva dżizuskach). Silnik odpaliłam. Śmigła helikoptera powolutku zaczęły się rozkręcać i już podrywałam się do startu kiedy usłyszałam dalszy ciąg rozmowy. „Chcesz bajgla z serem?” pyta zatroskany ojciec z kuchni, która również nierozważnie znajduje się po przeciwnej stronie sypialni (zresztą u nas wszystko jest jakoś tak niemądrze blisko siebie). Jasiek na to, że nie chce. Truskawki chce! Chris, po dwunastu latach ojcostwa wie, że poddawać się nie można tak od razu i tłumaczy Jasiowi, że przed taką wyprawą byłoby dobrze gdyby miał coś treściwszego w trzewiach swych. Jasiek chwilę pomilczał i grzecznie dodał: „No, thank you”. Helikopter natychmiast zmienił się w F16 i wypruł z sypialni bez nakrycia wierzchniego. No i zaczęło się! Janek, musisz coś zjeść, będziesz za chwilę głodny, a w lesie to tylko wiewiórkę możesz wtrząchnąć. Nie chce. Truskawki wystarczą. Truskawki są pyszne i zdrowe ale to za mało. No i w sandałach w góry, mowy nie ma. Skręcisz kostkę, wąż ci stopę odgryzie – buty górskie. Jasiek postraszony gadem, przystaje na obuwie górskie. I posmaruj się koniecznie kremem przeciwsłonecznych i bluzę zabierz. Nie potrzeba. Potrzebna bo jest wysoko, spocisz się wchodząc pod górę, a z górki będzie ci zimno. Podnoszę Jaśka plecak a ten tonę waży, zaglądam. Opasły wolumin „Jak przetrwać samemu w górach”, scyzoryk z przenośną pralką i salonem fryzjerskim, półkilogramowy worek nerkowców, kompas, zeszyt i ołówek. Jasiek przemyśl, może coś jest zbędne. Wszystko jest niezbędne! To może podziel się z tatą – ma większy plecak. Nie. Chusteczki macie? Plasterki? Odkażający żel? Telefon? Aparat? Chłopcy stoją grzecznie i przytakują głowami. Biegnę do łazienki po kolejna paczkę chusteczek, tym razem wilgotnych na wypadek gdyby coś trzeba było komuś podetrzeć. I słyszę szeptem wypowiadane przez Jasia zdanie: „Dad, I feel so sorry for you” (Współczuję ci tato) – dacie wiarę? To o mnie było…

A jeśli chodzi o porównania lotnicze, to ja bym szybowcem chciała być….

Garmischowe Atrakcje

DSC01817

Dzisiejszy post powstał dzięki Klubowi Polek Na Obczyźnie! Miałyśmy za zadanie napisać o miejscach gdzie można spędzić miło czas z dziećmi. U nas można bardzo miło, z dziećmi, z psami, z wózkami a i bez tego wszystkiego również można!

Dzisiaj zapraszam do mnie, w piękne, niemieckie Alpy! Mieszkamy tutaj już dwanaście lat, przeszliśmy wiele ścieżek i szlaków górskich, widzieliśmy nasze góry w śniegu, z strugach deszczu, podczas zachodu i wschodu słońca – nigdy nie wyglądają tak samo, nigdy się nie znudzą. Dzisiaj nasze ulubione miejsca, dla dzieci i dla rodziców. Zapraszam.

 1. Z górki na pazurki czyli wędrówka Alpspitze – Kreuzeck

To jest nasza ulubiona wycieczka górska. Nasze dzieci przemierzyły tę trasę w moim brzuchu, w nosidełkach, w połowie na rękacha czy plecach naszych, w nosidełkach plecakowych, a widziałam też odważnych, którzy zabierali tam wózki (koniecznie z dobrymi oponami). Wycieczkę rozpoczyna zapierający dech w piersiach wjazd wyciągiem Alpspitz na szczyt Osterfelderkopf (prawie 2000 m n.p.m). Dech zapierają widoki z gondoli jak również sama przejżdżka – szybka i na dużej wysokości. Ale kiedy przeżyjemy ten wjazd staniemy na szczycie z którego rozpościerają się cudowne widoki! Stamtąd czterdzieści pięć minut wędrówki w dół w otoczeniu przyrody takiej, że czasem mam zły w oczach. Po tym czasie docieramy do górnej stacji wyciągu Kreuzeck i zjeżdżamy w dół. A żeby dzieciakom się nie nudziło, cała droga to historia strasznego potwora, który został zakłęty w skale, dzieci słuchają opowieści, szukają zaklętych w skałach postaci psów, smoków i ludzi. Można powspinać się na wielkie skały czy odpocząć na huśtawkach.

Screen Shot 2013-06-14 at 8.08.41 AM

P1050658

 

2. Wąwóz Partnachklamm

 Przepiękny i tajemniczy wawóz wyżłobiony w skałach na głębokości prawie 80 metrów. Wzdłuż wąwozu prowadzi wąska ścieżka, którą to ścieżką można spacerować i podziwiać piękno i moc przyrody. Siła przepływającej tędy rzeki, jej potężny huk i niepowtarzalna potęga skał i wzburzonej wody sprawiają, że czujemy się jakby w innym wymiarze. Wąwóz piękny jest latem, ale zimą to jak spacer w krainie wiecznego lodu.

Screen Shot 2013-06-14 at 8.14.22 AM

DSC01230

3. Zamek Linderhof

 Zbudowany przez szalonego Ludwika II, moim zdaniem bardziej atrakcyjny niż słynny zamek Neuschwanstein, zamek w Linderhof jest przyjemną odskocznią od górskich wędrówek. Zamek można zwiedzić w środku i moim dzieciakom bardzo się podobało, ale najbardziej lubiły biegać po przepięknie zaprojektowanych ogrodach pełnych bajkowych kaskad wodnych i fontann. Zamek zaprojektowany jest w taki sposób, że z każdej części ogrodu podziwia się inną jego część. Bardzo miła popołudniowa wycieczka.

Screen Shot 2013-06-14 at 8.26.52 AM

4. Skansen w Glentleiten

 Wystarczy wyjechać kilka kilometrów z Garmisch a już znajdziemy się w innym świecie. Świecie starych, drewnianych domów, młynów i warsztatów kołodziejów i stolarzy. Na wielkim obszarze pięknie położonych łąk rozpościera się skansen Glentleiten. Można tam znaleźć budowle z 18-ego i 19-go wieku z pełnym wyposażeniem. Ogródki pełne kwiatów i ziół i piękne kolorowe pasieki produkujące zdrowy miód. W ogródkach można spotkać spacerujące kury, kaczki i gęsi a miedzy nimi przechadzają się pracownicy skansenu w strojach z epoki. Można zobaczyć jak wyrabia się masło, ba – samemu spróbować, wydłubać gwizdek z patyka, zrobić chleb i ulepić garnek. Świetna zabawa dla dzieci!

Screen Shot 2013-06-14 at 8.33.58 AM

5. Zugspitze

 Środek czerwca, w Garmisch +25, a ja zabieram zimowe buciory, kurtkę narciarską i…sanki! I na Zugpitze heja! W tym roku wciąż mamy mnóstwo śniegu na najwyższym szczycie niemieckich Alp. Na prawie trzy tysiące metrów można dostać się kolejką zębatą, która wtacza się pod górę przez czterdzieście pięć minut albo wariacko szybkim wyciągiem, który zabierze tylko osiem minut z cennego czasu a pozostawi niezapomniane przeżycia i troche spocone ze zdenerwowania dłonie. Widok ze szczytu jest niesamowity. Oczywiście niebo powinno być zupełnie bezchmurne bo wtedy rozpościerają się przed nami malownicze szczyty i tylko wtedy możemy poczuć się królami świata – kiedy wszystko co z dołu wielkie i niedostępne, teraz jest u naszych stop! A jeśli jeszcze na tych stopach są narty a w rękach kijki to pełnia szczęścia tuż tuż…

Screen Shot 2013-06-14 at 8.38.45 AM

P1030955

6. Eibsee – jezioro u podnóża Zugspitze

 Tuż u podnóża Zugspitze wciśnięte jest piękne, turkusowe jezioro Eibsee. To również jedno z naszych ulubionych miejsc. Dookoła jeziora można pójść na spacer, można przejechać rowerem, w jeziorze można popływać poruszając własnymi kończynami, jak również użyć do tego łódek czy kajaków. Obecność wysokich gór wokół większej części jeziora sprawia, że atmosfera jest trochę tajemnicza, dziwna cisza nastraja do odpoczynku i relaksu. Z dzieciakami można pokarmić kaczki, powspinać się na wszechobecne skałach i na łódce zrobić slalom między kilkoma rozsianymi po jeziorze wysepkami.

Screen Shot 2013-06-14 at 8.54.44 AM

7. Park Zdrojowy w Garmisch

Kiedy będziemy chcieli podleczyć chorobę wysokościową możemy wybrać się na przechadzkę po mieście i odwiedzić park zdrojowy w Garmisch. To pięknie (po niemiecku) utrzymany park poświęcony Michaelowi Ende – niemieckiemu pisarzowi, autorowi “Niekończącej się opowieści”. Tutaj można zobaczyć wielkiego żółwia z kwiatów i sprawdzić godzinę na kwiatowym zegarze. Moje dzieci uwielbiają ścieżkę zdrowych stop – ścieżka w szyszki, kamyczki, miękki piasek, twardy piasek, błotko, drewniane klocki, ceglane klocki – wszystko dla małych stópek. Latem wieczorami można posłuchać muzyki na żywo – od muzyki poważnej przez jazz aż do wojskowych orkiestr dętych z tak odległych krajów jak Panama.

IMG_4958

8. Bichlbach Mini Zoo

 Mamy piękne zoo w Monachium, bardzo ciekawe Alpejskie Zoo w Innsbrucku, ale ja chciałam o maleńkim, swojskim zoo w Bichlbach…tak wiem, że Bichlbach to już Austria ale ta część Austrii jest jak najbardziej moja bo spędzamy tam znaczną część naszego wolnego czasu. Wizytę w mini zoo można połączyć z wizytą w przepięknej dolinie u podnóża Zugspitze od strony austriackiej. Austriacy twierdzą, że to jest Sunny Side of Zugspitze (słoneczna strona Zugspitze) i kurcze….mają rację! W mini zoo zwierzaki spacerują ze zwiedzającymi, lamy gonią niegrzeczne dzieci, kury z kaczkami na spółkę zaczepiają maluchy w wózkach, kozy zjadają co tylko im pod brodę podejdzie a gdzieś pośród tych chodzących można zobaczyć zamknięte w klatce dziki, szopy i…małpy – nie wiadomo skąd, nie z tej bajki ale są!

IMG_8484

9. Balkon O’Connorów

Żeby wyleczyć bąble na stopach, zakwasy i dowiedzieć się ile kosztują mieszkania w Garmisch (na tym etapie na pewno będziecie chcieli tutaj zostać na zawsze)  zapraszamy na nasz balkon. Dzieciaki wasze pobawią się z naszymi a my wypijemy pyszną kawkę, a jak zapowiecie się wystarczająco wcześnie, może nawet jakieś ciacho ukręcę! Zapraszam!

Nie-wiara też czyni cuda…

DSC02136

Czy wierzę w możliwości moich dzieci? Czy wierzę w to, że dadzą sobie radę w różnymi przeciwnościami losu? Czy wiara moja jest na tyle silna, że jestem w stanie moimi czynami i słowami zapewnić moje dzieci, że w nie głęboko wierzę? Jeśli tak jest, czy wystarczająco im o tym mówię i czy wystarczająco one o tym wiedzą? Jeśli tak nie jest i wiary we mnie za mało, to czy powinnam ją, trochę sztucznie nawet, poddmuchać? Czy mam trochę na wyrost mówić im, że na pewno dadzą radę, że w nie głęboko wierzę i jestem przekonana, że wszystko się ułoży? Takie rzeczy słyszę z Ameryki! Z amerykańskich filmów, z gazet, z poradników, od amerykańskich nauczycieli i od amerykańskiej pani psycholog. Także od  dziesiątek znajomych amerykańskich rodziców, którzy powtarzają swoim dzieciom, że wierzą i są pewni, że zostaną pilotami mimo, że dzieci mają lęk wysokości i wymiotują na karuzeli, że zdobędą mistrzostwo świata w kombinacji alpejskiej mimo, że całe życie mieszkają w Teksasie czy, że będą śpiewkami operowymi, a mówiąc to wciskają sobie do uszu zatyczki.

Ja tak nie potrafię! To dobrze czy źle?

Jeśli jestem zbyt niewierząca w możliwości moich dzieci to pewnie jakoś to zaważy na ich przyszłości. Będą mniej pewne siebie, niechętnie będą podejmować nowe, nieznane wyzwania, sparaliżuje ich strach przed podejmowaniem ryzyka, niska samoocena, problemy w nawiązywaniu kontaktów a stąd tylko krok od ucieczki w narkotyki, w alkohol czy szpital psychiatryczny…

Jeśli jestem zbyt wierząca w możliwości moich dzieci, to pewnie to również jakoś zaważy na ich przyszłości. Jeśli będę upewniać Kasię, że sobie da radę na medycynie, a sobie nie da (bo tak naprawdę to od początku wiedziałam, że mogą być kłopoty – słaba z fizyki i chemii i boi się krwi) to Kasia będzie miała wyrzuty sumienia, że matka tak w nią wierzyła a jej się nie udało. Jeśli utrzymam w wierze Jaśka, że jest w stanie przepłynąć dziesięć długości basenu (ale wiem, że nie jest, bo wczoraj przepłynął zaledwie dwie długości) to się dziecko załamie i pomyśli, że zawiódł moje zaufanie w jego możliwości i potencjał. Niedoszła pani lekarz i niedoszły pływak będą również mieli niską samoocenę, niskie poczucie wartości a stąd tylko krok do ucieczki w narkotyki, alkohol czy szpital psychiatryczny…

Nie mam lub nie manifestuję wystarczającej wiary w swoje dzieci bo boję się, że stawiają sobie zbyt wysoką poprzeczkę, że polegną, że im się nie uda a wtedy będzie im przykro, smutno i ciężko. A dodatkowo będą myśleli, że to czy inne zadanie było do zrobienia bo przecież mama wierzyła, że im się uda, znaczy, że to oni są do kitu a nie zadanie zbyt ciężkie…przecież mama wierzyła…

Stopnie naszych dzieci są dostępne online. System oceniania procentowy, za test można otrzymać na przykład siedemdziesiąt procent ze stu. Potem się przelicza, że od dziewięćdziesięciu trzech procent do stu – dziecko dostaje A i tak dalej. Kasia matematycznym geniuszem nie jest,ale w tym półroczu pracowała ostro i na koniec roku wychodziło jej A. Czekała tylko na wyniki testu z całego półrocza. No i pewnego popołudnia Kasia sprawdza stopnie a tu z testu cyferka 29! Czyli, że 29 procent ze stu. No słabo. Ponieważ jestem po lekturze wielu mądrych ksiąg wiedziałam co powiedzieć zapłakanej Kasi – empatia, empatia i jeszcze raz empatia. Po empatii przyszła kolej na moją złość – bardzo głęboko schowaną – nikt jej nie znalazł. Przyszedł Chris i mówi, że to niemożliwe! Ja na to, że dlaczego nie. Może było bardzo trudne, może się nie skoncentrowała, może nie zrozumiała (a dziecko się nie zapyta przecież bo się wstydzi) może pomyliła plus z minusem…Zaczęłam pocieszać bidulkę i powiedziałam jej, że czasami tak się zdarza, że człowiek ma takie czarne dziury, że nic nie szkodzi, że B również przyjmiemy z otwartymi ramionami. I się pogodziłam delikatnie dziobana przez nieprzyjemne uczucie rozczarowania. Kasi nie przekonały moje pocieszenia i zapewnienia, że nie oddamy jej do domu dziecka. O jedenastej przyszła z płaczem, że źle się czuje, że ma taki słaby stopień i że jest jej przykro. Tym razem szargana poczuciem winy, że może się nie przyłożyliśmy do edukacji dziecka, że może powinna jakieś korki z matematyki, powiedziałam jej to samo co przedtem ale z większym przekonaniem. Kiedy siedziała na moich kolanach, dostałam maila od pana matematyka, że to był trudny tydzień dla niego i przeprasza za pomyłkę. Kasia dostała 29 punktów na 30 możliwych więc to oznacza, że ma dziewięćdziesiąt siedem procent i była najlepsza w klasie.

Kasi uśmiech – bezcenny, a przede mną jeszcze pewnie wiele takich lekcji!

P.S. Janka świeżutki wpis na Capital! Zapraszam!

Czytanki Mamy Anki

Początek tygodnia książkowy. Aneta, na swoim blogu, napisała o fajnych książkach. To i ja o ciekawej chciałam napisać bo właśnie skończyłam ją dzieciom czytać.

Jednak zanim o książce będzie, będzie o czytaniu. Dzięki moim dwujęzycznym wróżkom, które co i rusz wyczarowują nowe pomysły na utrzymanie dwujęzyczności u dzieci, które zasypują pomysłami, ulepszeniami i innowacjami w temacie czytania, nasze wieczorne Czytanki Mamy Anki (bardziej wyszukana odpowiedź na Rymowanki Mamy Anki) odbywają się regularnie. I z zapałem i z zainteresowaniem i z proaktywnym łażeniem za mną z książką i z „mamo, poczytasz?” Ja czytam i dzieci czytają. „Ja czytam” wychodzi nam znacznie lepiej i przyjmowane jest z większą ekscytacją niż „dzieci czytają”, ale „dzieci” również „czytają” i to ponoć całkiem nieźle, choć już z nieco bardziej wyważonym entuzjazmem. Za całe to kibicowanie i zagrzewanie do czytania, mówienia i pisania po polsku, wszystkim dziewczynom jestem bardzo wdzięczna – efekty widać i słychać!

Zdarzyło wam się, że wasze dzieci mijając bezdomnego pijaka zarzuciły was serią pytań na jego temat? Albo prawie słyszałyście ich myśli na temat niewidomej dziewczynki z laską i z psem-przewodnikiem. Pytały was kiedyś dzieci czy ta pani z sześciorgiem dzieci to jest szczęśliwa (bo na szczęśliwą nie wygląda)? Moje pytały…Czym są starsze, tym pytają mniej. Może dlatego, że więcej wiedzą, a może dlatego, że nie wypada pytać. A dlaczego nie wypada?

To pytanie zadali sobie, a następnie innym, Tomasz Kwaśniewski i Anna Bedyńska w książce Jedno Oko na Maroko. Książka ta, to zbiór wywiadów, wywiadów robionych głosem dziecka, wywiadów robionych z ludźmi, za którymi nie wypada się oglądać. Wywiad z człowiekiem bez nóg, z panem, który lubi na golasa sobie pochodzić czy z panem, który ma na imię Edyta. Wszyscy ci ludzie odpowiadają na zadane pytania nader szczerze i tak zwyczajnie, bez ideologii, bez napuszania się. Mnie najbardziej podobała się wywiad z księdzem. A ponieważ ogólnie znany jest mój stosunek do instytucji kościoła, to fakt, że króciutki wywiad zrobił na mnie wrażenie, o czymś świadczy!

Książka językowo jest bardzo prosta, ale powinno się ją czytać z rodzicami. Można porozmawiać, popytać i poodpowiadać. Ciekawie wypadło też czytanie na role…Nawet nastolatkę Kasię książka zainteresowała i obrodziła w długie dywagacje na temat wzrostu pani Wioli i braku pigmentu u pana Andrzeja. Bardzo polecam!

DSC02255