Piosenka antykoncepcyjna

zug2013

(ten post napisany był gdzieś pomiędzy Ulm i Wiesbaden, a zdjęcie z podróży jest)

 Antykoncepcja ukierunkowana na nią…kategoria: antykoncepcja muzyczna

Na początek wyjaśnienie terminu „piosenka antykoncepcyjna”. Posłużę się swoją własną definicją wynikającą z obserwacji faz księżyca, śluzu i poziomu estrogenu. Od czasu do czasu dopada męża mego, podobna do zwierzęcej, chęć zwabienia partnerki na pieśń godową. Nie wiadomo dlaczego uważa on, że śpiewać potrafi co oczywiście nie jest prawdą, ale jak tu takiemu rozanielonemu chłopakowi powiedzieć prawdę? Przecież dobiję człowieka. Więc wyje przeraźliwie, a ja uśmiecham się nieszczerze i kombinuję co by tu zrobić żeby mnie głowa rozbolała…czasem zaczynam walić nią o blat stołu – aż tak źle jest! Na szczęście z wiekiem tracę słuch co bardzo pomaga mi w udawaniu zachwytu i podziwu dla akrobacji głosowych Chrisa. Ale antykoncepcyjny nie jest zupełny brak talentu męża, a raczej repertuar przez niego wybierany. Chrisa gust muzyczny był i jest dla mnie wielką inspiracją. Wyszukuje bardzo ciekawych artystów i, co i rusz, przynosi jakiś dreszczogenny kawałek…Ale to tyczy się tylko i wyłącznie słuchania. Jeśli chodzi o pieśni godowe wykonywane otworem gębowym, wybór repertuaru jest żałosny. Na wiosnę zabrał się za własną interpretację jedynej znanej mi piosenki wielkanocnej „Here Comes Peter Cottontail” (dla nieangielskich – o króliku), następnie była faza muzyki country i o tym, że znów w siodle się jest  – „Back In the Saddle Again” (i nieeeee to nie Aerosmith, to Gene Autry). No i jedna z najbardziej skutecznych piosenek antykoncepcyjnych – Krzysztof Krawczyk i „ Zatańczysz ze mną jeszcze raz..” Ostatnio jednak politycznie się zrobiło…Oczy Europy do niedawna były zwrócone na wschód z powodu Pussy Riot. Zwrócone były szczególnie męskie oczy na szczególnie atrakcyjną część ciała dziewczyn. Chris oczywiście ma zakaz interesowania się klatką piersiową większą niż rozmiar A minus, ale ponieważ politycznie chciał się jakoś zbliżyć do opozycjonistów wybrał białoruski duet męski pod tytułem Rocker Joker (oto Rocker Joker na YouTube). No i śpiewa…myślę sobie, że bliższego kontaktu fizycznego niż przypadkowe dotknięcie dłoni przy podawaniu soli podczas obiadu długo nie będzie!

Antykoncepcja ukierunkowana na niego…kategoria: antykoncepcja wegetariańska

Chyba już wszyscy wiedzą, że katujemy się wegetarianizmem. Nie czuję, że się jakoś szczególnie poświęcam dla ideologii głoszonej przez wegetarian, ale że często się zdarza, że ideologia prowadzi do zawężenia mózgowego czy też emocjonalnego, a z czasem do ubezwłasnowolnienia umysłowego, należy się buntować! Ja, dla poprawienia kondycji umysłowej, buntuję się dwa razy w tygodniu przez pół godziny. Z różnych powodów. Wegetariańsko buntuje się raz w roku, w wakacje! Nie pociąga mnie szynka wielkanocna, której woń połączona z wodą świeconą unosi się z koszyczka po całym domu. Nie dostaję ślinotoku na myśl o naszej starokrzepickiej tradycji wtranżalania pieczonej kaczki po pasterce. Ale nie jestem w stanie wyobrazić sobie ogniska czy grilla bez zjedzenia kawałka śląskiej i wypicia Żywca! No weź zabij, ale nie! Przeciwny jawnożercom śląskiej Chris ogłosił, że do zbliżenia intymnego, wliczając nawet bardziej czuły pocałunek, może dość po upływie dwóch tygodni od mojego ostatniego kawałka śląskiej. Tak dla oczyszczenia organizmu. Dlatego właśnie jeżdżę na wakacje do polskiego grilllandu sama, a potem oszukuję Chrisa zwalając winę na brak umiejętności matematycznych. W duchu święta dziękczynienia zapytałam dzisiaj Chrisa czy byłby bardzo zły gdybym kiedyś spróbowała indyka. Powiedział, że nie! Od razu zaczęłam knuć plan, że wproszę się do kogoś na jakieś mięsne Thanksgiving i wreszcie, pierwszy raz w życiu, spróbuję indyka w towarzystwie innych, znanych mi już, dań! W tym roku się nie uda, menu ustalone, ale może za rok ktoś się nade mną zlituje i zaprosi, indykiem się podzieli. I taką smacznie rozmarzoną w mięsnych wizjach oddalił się mój mąż śpiewając na całe gardło: „szag za szagam, djeń za dniom k komunizmu my idjom, nje boimsja ni chuja, eto rodina maja”!

Gwiezdna czapka…

czapka 3

Jedna moja przyjaciółka wcisnęła mi kiedyś na głowę czapkę własnej roboty. Czapka z jakiejś nowozelandzkiej owcy, wyczesana na mokro i wypieszczona artystycznie. No i ta przyjaciółka popatrzyła na mnie i ni stąd, ni zowąd, wepchnęła nóż prosto w serce stwierdzając, że nie powinnam nosić czapek, bo to czapkom ujmę przynosi. A ja czapki uwielbiam! Nie tylko spełniają czapczaną rolę ogrzewającą i nie tylko mogą dodać tego, czego akurat potrzeba. A to powagi może piękny włoski kapelusz w kształcie wiaderka dodać, a to niepowagi niebieska czapka z pomponem. Czapka spełnia również zadanie ukrywacza braku higieny osobistej. Jak nie umyję rano włosów, a wyjść do ludzi trzeba, zakładam czapkę i wyglądam! Trzeba tylko uważać żeby przypadkiem nie zostać zaproszonym na herbatę z łapanki ulicznej do jakiegoś pomieszczenia, w którym czapek nie wypada nosić.

W sobotę poczułam nagłą potrzebę poszerzenia swojej czapkowej garderoby o jeszcze jedno nakrycie głowy tegoż rodzaju. Wybrałam się na zakupy! Ponieważ zaburzeniami pamięci jestem rodzinnie obciążona, zapomniałam sobie sama zabronić zakupów w sobotę! Dzikie tłumy! I wszyscy zdawali się polować na czapki właśnie! Na naszym Rodeo Drive, znanym również jako Chamonixstrasse, interesujących mnie sklepów jest sztuk cztery! W każdym kącie każdego sklepu koczują rodziny na zakupach. I to tylko te wielodzietne. Biwakują z wózkami, preclami, butelkami z wodą i sokiem marchewkowym, z psami, babciami na wózkach inwalidzkich i szwagrami ze świeżo kupionymi nartami kręcącymi się wokół własnej osi (ci szwagrowie, nie narty) i zrzucającymi ubrania z wieszaków (tymi nartami). Przy przebieralniach stoi rządek nieszczęśliwych, spoconych (bo przecież wiadomo, że w sklepie musi panować temperatura raczej tropikalna) i najbardziej niezainteresowanych jak tylko to możliwe mężczyzn z kupą ubrań przewieszonych przez wątłe ramiona, podających te ubrania szczebioczącym zza kotary partnerkom. Niemiecki naród męski jednak cierpliwy jest… Całe szczęście, że kupowałam czapkę, a nie barchanowe majtki, bo w przebieralni, dobrze się bawiącą czapkami odwiedziło mnie z niecierpliwym Entschuldigung tuzin kobiet z doczepionymi do siebie małoletnimi.

Przewidując, że tyłek wkrótce mi zmarznie i barchany przydadzą się jednak na bank, zajrzałam więc do sklepu z bielizną. Jako, że kobietą jednak jestem natychmiast zapomniałam o zabezpieczeniu mojego zatyla na zimę i ruszyłam w stronę falbanek i koronek. Takie wszystko piękne, seksowne i totalnie niepraktyczne na śnieg… Wśród piękności i niepraktyczność zauważam dziewczątko, wieku i postury mojej Kaśki. Oj, zgubiło się dziewczę, albo mamie kupuje prezent od ojca – pomyślałam… Ale na końcu ręki dziewczątka przyczepiona jakaś inna dłoń. Dłoń, okazało się, należała do chłopczątka postury i wieku mojej Kaśki z testosteronem w fazie prenatalnej. Zupełnie niekrępująca się niedojrzałość seksualna przechadza się swobodnie wśród stringów (czy może string – nie wiem, liczby mnogiej nie posiadam!) a chłopczątko sopranem szczebiocze, że „Das ist cool…und das ist auch nicht schlimm” pokazując palcem w czym dzieweczka wyglądałaby powabnie. Pewnie nie udało mi się ukryć mieszanki uczuć, która mną targała. Od tych, że moje dziecko może trzymać za rękę jakiegoś pryszczatego w jakimś innym sklepie z bielizną po takie, że kurcze, mój chłopak nigdy mnie nie zabrał do takiego miejsca… Para nieletnich spojrzała na mnie z wyraźnym politowaniem i współczuciem, że taka stara baba a też się chce do łóżka wystroić! Widocznie z powodu braku innych atutów musi…no bo oni to tutaj tylko dla podniesienia i tych wysokich lotów doznać erotycznych.

Wcisnęłam nową czapkę głębiej na oczy i do domu poczłapałam…W drzwiach wita mnie Chris: „Jaką fajną SOWIECKĄ czapkę masz!”

Jak widać na załączonym obrazku, za tydzień idę okulary kupić!

Dzień dziękisobiemówienia!

DSC03275

Jesień wkradła się do ogrodu, wlazła po ścianie na balkon, przymroziła pelargonie, zerwała wszystkie liście mojej niepłodnej glicynii i nieszczelnymi oknami wcisnęła się do domu! Odkręciła kaloryfery na trzy, zmieniła pościel na flanelową i wrzuciła nas wszystkich w tryb czekania… Koniec jesieni to czekanie. Czekamy na śnieg, na pierwsze narty, na święta, na nowy, koniecznie lepszy rok i na Thanksgiving…

Dzień Dziękczynienia to, po wigilii, moje ulubione święto! Późnojesienne, ale jeszcze nie zimowe, w kolorach żółto-czerwonych, o wytrawnych, intensywnych zapachach i mocnych sycących smakach. Znaczenie tego święta i tradycje z nim związane nie są bliskie sercu memu i z powodu braku tej „łączności” świętujemy je trochę po naszemu. Przede wszystkim nie z rodziną…świętujemy je ze znajomymi, od wielu lat tymi samymi, którzy, tak jak my, mieszkają z dala od swojej amerykańskiej rodziny. Dwie polskie baby starają się jak mogą żeby było jak w filmach, które widziały, jak w książkach, które czytały, jak z opowiadań, które słyszały. Chcemy żeby nasze dzieci miały coś bardzo amerykańskiego tutaj w Europie! Nie ma indyka, bo wszyscy to rybo-wegetarianie, z ciasta dyniowego zrezygnowałyśmy po kilku nieudanych próbach i chłopaki nie oglądają futbolu, bo strefy czasowe przeszkadzają…Ale jest miło, przytulnie, smacznie i rodzinnie…

Najważniejszym przekazem tego święta jest jednak bycie wdzięcznym. Muszę przyznać, że nie za bardzo nam to wychodzi… Co roku wymyślałam coś dla dzieci, żeby coś powiedziały, za coś komuś podziękowały, wzruszyły się nieco i zadumały. Jakoś nie wychodzi… A to dzieci się rozsypały po domu, a to za mało czasu, za dużo wina…szkoda trochę!

Nic tylko ja się za podziękowania zabiorę…Bogu i ojczyźnie najpierw…Ojczyźnie za to, że flaga łatwa do narysowania, orzeł jednak trochę za trudny, ale za to jak głowę przekręca na boki! Bogu za to, że zawsze jest kogoś za coś winić, psy na kimś wieszać i nadzieję w sprawach beznadziejnych w kimś pokładać. Wychowaniu w systemie za kopa w dupę takiego, że się odbijało przez długie lata. Za permanentne negatywne wzmocnienia, za promowanie zwyczajności i bylejakości i za wyrywanie zębów wraz z resztkami poczucia własnej wartości. Rodzinie za to, że robili wszystko żeby naprawić to, co spieprzył system. Przyjaciołom i miłościom mojego życia za to, że udawali, że system nie istnieje, Bóg to dobry dziadek z brodą, a ojczyznę trzeba wydymać. A wszystko to robione w głębokiej wierze w słuszność sprawy i w trosce o mnie oczywiście.

A ja chciałabym podziękować sobie! Egoistycznie i z naciskiem na „sobie”! Chciałam podziękować sobie za to, że nigdy się nie poddałam ani systemowi, ani Bogu, ani rodzinie! Jestem wdzięczna za swoje wybory i za niewybory! Za niewybór głupiej szkoły, do której zmusił mnie system i rodzina, za niewybór drogi duchowej i przynależności do czegoś, czego się brzydzę. Chcę podziękować sobie za to, że miałam odwagę skorzystać z danej nam, wprawdzie na lekko odsuwającej się dłoni, wolności wyboru i możliwości głośnego mówienia o owych wyborach. Dziękuję sobie za intuicję, która pozwala mi się otaczać cudownymi ludźmi. Za siłę do walki w słusznej sprawie. Za to, że nigdy nie jestem letnia – jak kocham, czy nienawidzę to tak, że boli. Za to, że zawsze mam siłę wstać, pomalować rzęsy, nałożyć pomadkę i powalczyć jeszcze trochę…

Ot takie egoistyczne, wpatrzone w siebie święto dziękczynienia…

O tożsamości narodowej…

JCO photo-20

O tożsamości ostatnio głośno to i ja chciałabym słówko dorzucić. Ja jak zwykle na końcu, jak emocje opadły, wszyscy pozbierali swoje notatki i ołówki i z pokoju konferencyjnego wyszli… Pozbierałam walające się po podłodze papierki, przeczytałam, wywaliłam do kosza i piszę co widzę, czuję i wiem…

Sama oczywiście nie mam problemu z identyfikacją swojej tożsamości, ale moje dzieci…już nie jestem taka pewna. W naszej małej, ale niezwykle zróżnicowanej co do poczucia tożsamości, społeczności amerykańskiej zdarzają się bardzo ciekawe reakcje kiedy zapyta się takiego małego czy trochę większego delikwenta kim jest, czy skąd jest. Ktoś mógłby zaryzykować durne stwierdzenie, że „co taki sześcio czy dziesięciolatek może wiedzieć o tożsamości”. W sumie może się fundamentalnie mylić jeśli chodzi o faktyczny stan przynależności narodowej, o czym za chwilę, ale jeśli chodzi o POCZUCIE tożsamości – mylić się nie może! Jego poczucie, jego tożsamość. Córka mojej przyjaciółki mieszkała przez trzy ze swoich pierwszych sześciu lat życia w Japonii. Kiedy straszna wiadomość dotarła do niej o tym, że jest Amerykanką, zaprzeczyła. Rodzice tłumaczyli, pokazali paszporty i drzewa genealogiczne – nic! Dziewczynka nie w ciemię bita i gdzieś koło dziesiątych urodzin dopuściła do świadomości, że kija nie ma – stuprocentową Amerykanką jest! Ale zawsze powtarzała rodzicom, że jak trzeba będzie się opowiedzieć po czyjejś stronie, to ona przejdzie na stronę Japonii. I takich przykładów znam jeszcze kilka…

Dziecko numer jeden Kasia – problemu nie ma. Urodzona w Polsce, matka – Polka, ojciec – zza oceanu, do Niemiec emocjami żadnymi nie pała…Nie ma problemu z powiedzeniem, że jest pół taka, pół taka. Janek natomiast kuleje….nieszczęśliwe urodził się w Niemczech. Mówi więc, znacznie mniej pewnie, że jest pół Polakiem, pół Amerykaninem. A co z Niemcami? No i zagwozdka… Z jakiegoś dziwnego powodu, którego nie zrozumiem nigdy, bo takie uczucia są mi po prostu obce, Janek czuje się związany emocjonalnie z Niemcami do tego stopnie, że zaczyna kombinować…”No trochę Niemcem też jestem…nie jesteś zła mamo, prawda?”

Poszłam na wycieczkę z dwoma klasami z naszej szkoły do instytutu meteorologicznego. Trzydzieścioro dziecka słucha co tam pani mówi o zagrożeniach globalnego ocieplenia. Pani czasem po niemiecku, czasem po angielsku…Zapytała o jakiś gatunek drzewa, które ponoć każde amerykańskie dziecko zna. Nasze nie znały. Pani zdziwiona zadaje pytanie za pytaniem… „Seid ihr alle Americaner” (Czy wy wszyscy Amerykanie?) – wszystkie trzydzieści łapek w górze. Zaraz potem „Seid ihr alle aus America” (czy jesteście z Ameryki) – zostały trzy chude łapki! Dla mnie szok! Dwa, prawie identyczne pytania, zadawane niejednokrotnie zamiennie, a jakie różne odpowiedzi… Prawie żadne dziecko nie mieszkało w Ameryce albo tego nie pamiętają, nie zarejestrowali, bo byli maluchami. To pokazuje jak labilne jest poczucie tożsamości u takich dziewięciolatków.

A na koniec historia osoby, która sobie w głowie poukładała sprawy tożsamości narodowej. Historia o ludziach mieszkających na pograniczu Czech i Polski, a wcześniej na ziemiach należących do Prus. Link do filmu pochodzi ze strony czeskiej telewizji lokalnej. W osiemnastej minucie pojawia się pani Ela i jej wnuczek. Posłuchajcie jak opowiadają o tożsamości. Potem pojawia się Maruszka (23-cia minuta) i bardzo podoba mi się jej pogodzenie się z przedziwną sytuacją tożsamościową…i z takim spokojem mówi, że „…bo jakoś podzielić muszę…serce mam czeskie, głowę niemiecką a papiery polskie”. I ja bym moim dzieciom życzyła, żeby kiedyś mogły tak podzielić siebie na części – jeśli taka będzie ich potrzeba…jeśli nie, to żeby po prostu były szczęśliwe z taką tożsamością jaką będą czuły.

 

Rodzinni święci..

Screen Shot 2013-11-02 at 22.47.20

Z okazji Wszystkich Świętych do kościoła nie idziemy, zresztą tylko z niewielu okazji chodzimy, a i to chyba się zmieni w świetle ostatnich doniesień prasowych. Na cmentarz niemiecki też dzieci nie zabieram – tutaj mógłby pogrzebać jakiś psycholog i pewnie by się czegoś dogrzebał, ale na potrzebę chwili powiem tyle, że nie czuję się emocjonalnie związana i tyle…

Jednak święto Wszystkich Świętych znaczy bardzo wiele dla wielu z nas…dla mnie również. Towarzyszy mi cały wachlarz emocji, od głębokiej tęsknoty do jakiegoś nadludzkiego spokoju i duchowej harmonii współistniejącej z wieczornymi rozpalonymi cmentarzami. Nie chciałabym żeby moje dzieci kojarzyły pierwszy dzień listopada z pohalloweenową konsumpcją słodyczy. Zorganizowałam więc wyjątkowe spotkanie rodzinne i zapytałam z kim, ze zmarłych członków rodziny chcieliby się spotkać, o co zapytaliby, co by im pokazali, o czym mogliby porozmawiać…

Na pierwszy ogień poszli dziadek John i pradziadek Janek, który był kołodziejem. Jasiek gloryfikuje dziadka Janka i uważa chyba, że to on wymyślił koło. Chciałby zapytać jak się robi koła i czy dziadek bardzo się bał kiedy uciekał z pociągu wiozącego go do obozu koncentracyjnego. No i czy mógłby opowiedzieć tę historię o dziewczynce, którą porwała czarownica, bo mama nie pamięta końca. Dziadka Johna – wynalazcę zasypaliby pytaniami o wszystkie rzeczy, które wymyślił i które do dziś służą nam wszystkim. Zapytaliby też jakim małym chłopcem była tata i czy dobrze się uczył!

Jako trzeci pojawił się dziadek Gienek – mój tata! Mówię o nim niewiele…nie byłam jeszcze na terapii…więc ze strzępków rozmów i moich mimochodnych wspomnień tak opowiadały o moim tacie… „zabralibyśmy go do bazy i pokazalibyśmy wszystko takie amerykańskie, lubiłby chipsy amerykańskie i może pozwoliłabyś nam jeść je z nim, zabralibyśmy go do szkoły, nic by nie zrozumiał, podobałby mu się nasz balkon i widoki, zabralibyśmy go w góry, ciekawe czy doszedłby na Kramer? Palił papierosy, pewnie nie dałby rady wejść tak wysoko…tata by mu pomógł…”

Rozwalili mnie totalnie. Ryczałam w łazience przez godzinę…

Tacy właśnie są ci moi sekularni humaniści…

Czy kruki słyszą?

DSC00627

Kiedy w domu z tradycjami muzycznymi, czy to muzyka poważna czy mniej poważna, mówi się o muzyce, słucha się, gra, śpiewa czy podryguje to nikt się nie dziwi. Wiadomo przecież, że jak słuchają to i grają i śpiewają i na muzyce się znają. I wszystkie jakieś bardziej wrażliwe są i przeżywają głębiej i wyczuleni na otaczający ich świat i bogatsze wnętrze mają i w ogóle tacy trochę nadludzie…

A co z innymi? Z takimi co nie śpiewają publicznie, bo ich wrażliwość przejawia się raczej w trosce o otaczające ich stworzenia żyjące, które zmuszone byłyby przypadkiem, czy też nie, przysłuchiwać się śpiewom? I nie grają na niczym…znaczy podejmują próby zawarcia związku z co rusz to innym instrumentem, ale szczęścia do związków instrumentalnych nie mają i przy rozwodzie zawsze najbardziej cierpi na tym instrument…Ryzykując przyjaźnie, omijają koncerty chóralne z daleka żeby czasem nie obudzić się z rozciętym na ławce kościelnej łukiem brwiowym. W operze byli raz i wrócili wypoczęci i wyspani. Czy tacy ignoranci muzyczni mogą w ogóle coś przeżywać, coś czuć i być wrażliwi na piękno świata? A mogą…

W naszym domu nic nie dzieje się bez muzyki…austriackie radio FM4, Trójka i radio iTunes kreują nasz gust muzyczny i zapodają najlepszą muzykę na świecie! Tańczymy, śpiewamy, szukamy informacji o artystach, i słuchamy, słuchamy, słuchamy…i mamy gęsią skórę na ciele całym, orgazmy audialne i popłaczemy sobie czasem i zatańczymy w parach czy w podgrupach…czasem sami…czasami bez okrycia wierzchniego… tak jak pewnego dnia kiedy to po przejażdżce rowerowej, zmyłam z siebie pot i błoto i w nieprzyzwoicie zwykłej bieliźnie dolnej zaczęłam w kuchni tańczyć do jakieś wariackiej muzyki…I tak pląsam sobie jak rusałka nie zwracając uwagi na otoczenie, a otoczenie, i owszem, uwagę na me pląsy zwróciło! Po przeciwnej stronie płotu na balkonie siedzą sobie w homoseksualnych objęciach moje nowe sąsiadki, popijając kawę i zagryzając papierosem podziwiają mój górny, niezagospodarowany korpus – bo tylko tyle na szczęście widzą…A mama zawsze mi mówiła żeby gęsto tkane firanki założyć!

Nie tylko homo sapiensom dostarczamy muzycznych przeżyć …Dzieci moje przechodzą przez kolejny, dość bolesny dla wszystkich, romans z instrumentami. Kasia pastwi się nad klarnetem, Jankowi za skórę zalazł saksofon! Pogoda piękna więc czemu nie podręczyć sąsiadów i nie pograć przy otwartych drzwiach balkonowych? Jasiek przygrywa w pokoju, my z Kasią w sąsiednim, zamknięte, z zatyczkami w uszach. Nagle wchodzi spokojnie Jasiek i oznajmia, że na balkonie wylądował kruk a następnie zwabiony saksofonowym koncertem, wszedł do środka, do pokoju i teraz tam stoi! Mniemamy, że kruk raczej o marnym słuchu stworzenie. Kto ma saksofonistę na małym metrażu, wie o czym mówię!

W sprawie emocji w języku…teraz ja!

DSC02497

O emocjach i dwujęzyczności, a także o emocjach w języku ogólnie, wiele się mówi wśród moich dwujęzycznych koleżanek. I wszystko co napisane, jest bardzo mądre, nowatorskie i wypływa z ogromnej wiedzy. Tu poniżej będzie, dla odmiany, moje, trochę odgrzewane, niezbyt mądre i na pewno nie wypływające z mojej na ten temat wiedzy…tak sobie zaobserwowałam przypadkiem…

Pamiętam dobrze kiedy Chris pierwszy raz powiedział mi, że mnie kocha. Powiedział to po angielsku. I romantycznie było i w ogóle. I ja tego dnia powiedziałam do niego “I love you” .  Ale dopiero po kilku dniach powiedziałam Kocham Cię. Ameryki nie odkrywam, wiadomo…łatwiej było mi wtedy powiedzieć po angielsku, bo to nie było zafarbowane takimi emocjami jak Kocham Cię. Dlatego moi licealiści rzucali mięsem typu “fuck you”, ale jak poprosiłam, żeby to samo powiedzieli po polsku, było trudniej… Teraz jest inaczej, jak mówię, że I Love You to I Love You i czuję to samo co, że kocham. I jak zaklnę po angielsku to wiem, że zaklęłam porządnie! Czyli, że wraz z innymi aspektami języka, uczymy się również emocji zawartych w słowach. Słowa, nawet te znane i używane, przybierają na wadze, puchną emocjami i stają się bardziej prawdziwe. Dzięki temu jedne bardziej cieszą, inne bardziej bolą…

Ale co jak sytuacja jest inna… Czy emocje płynące z sytuacji mogą wpłynąć na użycie języka w danym, konkretnym momencie? Ja tak mam non stop…Nie wspomnę o tym, że jak widzę śliczne maleństwo mojej amerykańskiej koleżanki, rozczulam się nad nim po polsku. Łażąc po górach i mijając psy zawsze zachwycam się „jakąś śliczną psiną” po polsku nawet jeśli nikt oprócz mnie tego nie rozumie. Tak pewnie ma wiele z nas używających na co dzień innego języka. Ale ja mam jeszcze inaczej…Rozmawiając z bliskimi mi obcojęzycznymi osobami, z którymi czuję się bardzo swobodnie, zaczynam najpierw myśleć po polsku, a chwilę potem wrzucam jakieś polskie wstawki typu: no właśnie/ oczywiście, że tak/ ale co ty człowieku? Poziom moich emocji w takich właśnie sytuacjach jest podwyższony, bo czuję się z ludźmi swobodnie, rozmawiamy o rzeczach, o których rozmawiałabym z Polakami. I te właśnie emocje wpływają na wybór języka w moim mózgu. Strasznie lubię analizować swoje własne wypowiedzi, nawet czasem podczas ich wypowiadania co powoduje, że często gadam bzdury…Czasami testuję sobie moich rozmówców – jak rzucę coś po polsku, znaczy, że mi człowiek bliższy, jak cała rozmowa jest po angielsku – sorry człowieku, ale przyjaciela we mnie nie masz!

To tyle o mnie…Ale jak można to wszystko wykorzystać i przenieść na poziom dwujęzyczności naszych dzieci? Kiedy Jasikowi źle na świecie i przychodzi do mnie i płacze, mówi po angielsku. Łatwiej mu, bo angielski jest jego dominującym językeim i wie (co ma ogromne znaczenie) że zrozumiem każde jego słowo. Kasia też rzadko powie, że się czegoś boi, raczej, że she is scared. Z pozytywnymi emocjami jest trochę inaczej, tutaj częściej słyszę język polski. Czy w takim razie mogą się dzieci moje nauczyć odczuwać polskie słowa bardziej? Jeśli tak, to jakich technik można by użyć żeby im to ułatwić? A może nie ułatwiać? Może zostawić? Bo jak się zacznę bawić emocjami dzieci, nawet w kręgu języka, to mogę coś schrzanić całkowicie…

Trzy tony szczęścia…

IMG_0586

Pisałam już wiele razy, że blog ten powstał jako terapia po bardzo ciężkim pobycie Kasi w szpitalu. Od tego czasu raz jest lepiej, raz gorzej ale JEST…i to naprawdę nie są puste słowa! Mimo, że moje wpisy są o wielu innych rzeczach, choroba Kasi zajmuje w moim życiu dużo, jak nie najwięcej miejsca…Nie byłoby więc fair gdybym o tym nie wspomniała.

Za każdym razem kiedy Kasia musi pójść do szpitala na kolejny wlew leku, testuję swoją cierpliwość i swoją wiarę. Wiarę we wszystko i we wszystkich! Za każdym razem kawałek mnie umiera kiedy wyobrażam sobie, że już kolejny raz to nie może nam się udać. Wystarczy kilka cyferek więcej lub kilka mniej i albo przewraca się całe nasze życie, albo siedzimy ze szczękami opadniętymi i nie możemy uwierzyć, że znów mamy szczęście…

Dwa miesiące temu wystraszyli nas zbyt wysokimi numerkami w pozycji piątej, a zbyt małymi w pozycji dziesiątej. Rok temu zdarzyła się taka sama sytuacja. Za dużo tam, za mało gdzie indziej! Rok temu poleciałyśmy do Stanów z nadzieją, że się poprawi…nie poprawiło się! Znów szpital, znów badania, znów nieprzespane noce, znów niewyobrażalny stres…Dlatego tak bardzo bałam się lotu do Stanów w tym roku…

Udało się! Znów się udało! Wczoraj dowiedzieliśmy się, że numerki się pozmieniały i wszystko jest w porządku. To niesamowite uczucie dostać taką wiadomość i nie przeszkadza nawet stukilowy kamień spadający na duży palec u nogi. Jest zupełnie zdrowa już rok i wiem, bo bywam, bo czytam, bo się interesuję, że to wielkie szczęście!

Ktoś mi powiedział,  że to nie szczęście, że zapracowaliśmy sobie na Kasi zdrowie. Dajemy jej leki, chodzimy do lekarza regularnie, staramy się żeby zdrowo się odżywiała, żeby uprawiała sport, żeby się nie stresowała, mamy dobre ubezpieczenie zdrowotne (nie pomijam, bo to nie jest bez znaczenia). Ale się nie zgadzam. Jest mnóstwo rodziców, którzy tak właśnie robią i tyle szczęścia nie mają. Wie o tym dobrze jedna bardzo bliska mi mama! My po prostu mamy szczęście!

Czasami wydaje mi się, że szczęścia jest na świecie jakaś określona ilość…powiedzmy trzy tony. Trzy tony na cały świat! Jeśli my w tym miesiącu mamy szczęście, znaczy to, że zabieramy szczęście komuś innemu. I to mnie boli mnie najbardziej. Przepraszam zatem wszystkich rodziców, którzy tego szczęścia w tym miesiącu nie  mają…Jeśli świadomość, że o nich wszystkich myślę i uronię kilka łez nie jest bez znaczenia, to niech wiedzą, że tak właśnie jest!

Dziś dla nas jest dobre, szczęśliwe, ale wiem, że szczęście może się odwrócić w każdej chwili…i nikomu tego nie życzę…

Więc jeżeli jesteście rodzicami chorego dziecka, a w tym miesiącu nie mieliście tyle szczęścia co ja, przepraszam, że wam je zabrałam. Jeśli jesteście rodzicami zdrowego dziecka, macie szczęście…

W sprawie prestiżu języka polskiego i Polski…teraz ja!

Screen Shot 2013-10-17 at 4.06.14 PM

Ela w swoim sprawozdaniu ze spotkania w Katowicach pisała, między innymi, o niskim prestiżu języka polskiego. O tym jak musimy o niego dbać, sprawić żeby nasze dzieci nie tylko umiały się nim posługiwać, ale kochały go i były dumne z tego, że mówią po polsku i są Polakami – tego tak dosłownie Ela nie napisała, ale jestem pewna, że się ze mną zgodzi. Faustyna u siebie zacytowała uczestniczkę dyskusji językowych w Paryżu: „Język, którego się nie kocha, umiera.” Pozytywnie nastawiona do życia Ela zmieniła to na „Język, który kochamy, żyje.” Sylaba dopisała piękny komentarz pod Elą…naprawdę cudowne mam te językowe koleżanki! Jest problem, jest sprawa – nie pierniczymy się, tylko do roboty! To ja też chciałabym dorzucić swoje dwa grosze w temacie poprawy prestiżu języka i propagowaniu dobrego obrazu języka i kraju.

Nie będzie o moich dzieciach, bo się nimi nachwaliłam już niemało. I nie będzie o tym, jak to ja się mocno staram zareklamować polską mowę i polską kulturę. Jak to molestowałam mailami pana z wydawnictwa Muchomor i w końcu przysłał mi ostatni w Polsce egzemplarz Pocztu Królów Polskich. Nie będzie o nieustannie propagującym język polski i Polskę Chrisku moim. I nie będzie też o tym jak co roku robię wigilię polską w naszej szkole, że opłatek nielegalnie (bo do kościoła nie chodzę) sprowadzam z północy Niemiec żeby amerykańskie dzieci nakarmić. Jak walczę żeby klasa Jasia wymawiała perfekcyjne Ś a nie SZ w „Wesołych Świąt”. I nie o tym jak w naszej kilkurodzinnej Polonii walczę o jasełka po polsku. W ogóle nie ma żadnej, w tym o czym napiszę, mojej zasługi. Nic a nic…Samo się zrobiło!

Będzie o tym jak szesnaście lat temu w Toruniu spotkałam grupę młodych zapaleńców, którzy przylecieli ze Stanów uczyć języka polskiego. Przez pierwszy miesiąc uczyli się języka i życia w naszym kraju. Jedynym moim wkładem była lekcja przekleństw w języku polskim – musieliśmy ich tego nauczyć żeby wiedzieli o czym młodzież szczebiocze, a nasza nauczycielka polskiego była zbyt dobrze wychowana żeby przeklinać na głos i studiować ortografię przekleństw – ja nie! Przyjechali, pouczyli rok w różnych liceach w Polsce, pożyli sobie Polską i pojechali. Nie dalej niż wczoraj na fejsbuku widzę jak dwóch panów „rozmawia” sobie w komentarzach pod jakimś zdjęciem…po polsku! Cudownie! A raczej „zajebiście” bo to właśnie słowo upodobali sobie bardzo! Poczułam, że coś tam zostało z tej naszej Polski, jakiś kawałek gdzieś im w sercu siedzi. Miło…

Siedzimy sobie na trawie na amerykańskich dożynkach, słyszę język polski, zagaduję i rozwija się bardzo ciekawa rozmowa. Do rozmowy włącza się mój amerykański przyjaciel i moim rozmówczyniom szczęka opada na trawnik. O moim przyjacielu z Bostonu pisałam już rok temu, kiedy to ostatni raz zamieniłam z nim kilka zdań po polsku, przed tamtym spotkaniem widziałam się z nim trzynaście lat temu w Warszawie. Nie ma chłop styczności z językiem polskim a jednak…jego polski jest cudowny! Się stara, podsłuchuje, powtarza, przeczyta to i owo, interesuje się sprawami naszego kraju, kulturą i muzyką polską. Jego ośmioletni syn nie tylko umie kilka słów po polsku, ale jak mogliście zauważyć na zdjęciach ze Stanów, na mecz baseballowy poszedł w koszulce z orłem! I to jest budowanie dobrego obrazu naszego kraju, sympatii do języka i do kultury.

A kobietki z trawnika? Siedzi sobie przesympatyczna pani w wieku pośrednim i rozmawia z trzyletnią dziewczynką po polsku. Widzę, że dziewczynka dwujęzyczna, bo babcia uczy ją jak się co nazywa, że trawka, że źdźbło, że dynia. Przytulam się do nich i zaczynamy przemiłą rozmowę. Pani z Krakowa, mieszka w Stanach od trzydziestu ośmiu lat. Mąż Amerykanin, dwójka dzieci i trzyletnia wnuczka. Oczywiście (chociaż nie zawsze oczywiste), jej polski bez skazy, mówi, że dzieci pięknie mówią po polsku, a teraz ona uczy wnuczkę. W piękny sposób i ona i jej siedząca obok siostra wypowiadały się o Polsce, o Polakach i tak sobie myślę, że właśnie dlatego, że mają takie podejście, w ich rodzinie język, a przede wszystkim polskość nie zaginie! I to nie był jakiś heroiczny patriotyzm z powstaniami i obozami w tle. Po prostu, fajnie jest! I tyle!

I na koniec mój prywatny szczękoopad. Na lotnisku w Londynie po raz pięćdziesiąty kontrolują nasz paszport i piękny Włoch o imieniu Paolo wita mnie po polsku! Może mama Polka? Nie! Okazało się, że podróżuje często do Polski i kocha nasz kraj. I nie dlatego, że się na rynku w Krakowie można uchlać i zdemolować kawiarenki. W Krakowie nie był, ani w Warszawie. Za to w Gorzowie Wielkopolskim. „Bo ja jestem fan Stal Gorzów!” I wszystko jasne!

Kolejny językowy wpis będzie o emocjach, bo emocji mam w cholerę ostatnio!

Ameryka – część trzecia i ostatnia

DSC03275

Będzie o stereotypach wykreowanych przeze mnie czyli o obiektywizmie mowy nie ma. Za te stereotypy mogą mnie rozstrzelać, a w najlepszym razie pójdę siedzieć, ale zaryzykuję,  bo się nałaziłam trochę dzisiaj to i posiedzieć mogę…

Najlepiej tworzy się stereotypy kiedy ma się sporo stereotypogennego materiału. A najlepiej taki materiał spotkać w dużych skupiskach zróżnicowanego społeczeństwa. A takie miejsce to lotnisko, a w moim przypadku trzy bo i Monachium, Londyn i Waszyngton. Moje ulubione zajęcie na lotniskach, dworcach, na ławce w mieście to obserwowanie ludzi. Jak chodzą, co mówią, w jakim języku mówią, jak są ubrani i czy się trzymają za ręce. Uwielbiam dedukować skąd są, gdzie i po co jadą i jaka jest ich historia. No i stąd tylko krok do uogólnień i generalizacji. Jadziem zatem…

Uwielbiam lotnisko w Monachium. Wszystko jest czyste, poukładane, nie zdążysz pomyśleć o półpełnym pęcherzu, a tu trzy toalety – do wyboru, do koloru.  Zgubić chciałby się człowiek, zapodziać się jak należy, ale skąd? Wszystko tak oznaczone, że nawet mało rozgarnięty Niemiec (no bo taka ich przypadłość już) się odnajdzie w mig i na czas się do samolotu stawi. Jednak serca brak…Wracając ze Stanów, Janek zawieruszył się gdzieś między kontrolą paszportów a halą odbioru bagażu, bo zobaczył tatę swego za szybą. Zboczył z drogi i podbiegł do szyby. Raban się zrobił bo niezaprogramowany po niemiecku Jaś zszedł z wyznaczonego strzałkami szlaku. Musiałam uspokoić funkcjonariuszy, zapewnić, że dziewięciolatki na ogół nie mają terrorystycznych zamiarów. I od razu poczułam się jak w domu! W Waszyngtonie za to po pysku walą otwartością, ochoczymi powitaniami i nie zawsze wysokich lotów, ale z serca chyba, uwagami. Pan sprawdzający nasze bilety był tak miły, uczynny i chętny do pomocy, że zdawało mi się, że mnie podrywa…płonne nadzieje, bo podrywał i mnie i moje dziecko i pięciu innych podróżnych.

Mówią, że Ameryka to miejsce wielu narodowości, wielu grup etnicznych i wielu języków. Śmiem twierdzić, że lotnisko w Londynie bije na głowę każdą, choćby najbardziej heterogeniczną ulicę w Nowym Jorku. A że wystaliśmy się w kolejkach jak nigdy w życiu, obejrzałam sobie wszystkich. Wesołą drużynę narodową kickboxingu z Czech, gdzie wszyscy wszystkich klepali po tyłkach, śmiali się i żartowali z innych stojących w kolejce. Wystraszeni życiem Rosjanie i patrzący w ziemię Niemcy – żeby tylko nie daj Boże nie uskutecznić jakiegoś kontaktu wzrokowego. Głośni Amerykanie w kowbojskich kapeluszach i plastikowych klapkach i wielożonne rodziny arabskie, które nie zwracają uwagi na nikogo oprócz siebie i na niczyje dzieci oprócz swoich. Kolejka w zygzak, więc kilka razy mijam wzrokowo przyjemnie wyglądającą dziewczynę. Przyglądam się i zauważam chustkę z Podhala wokół jej szyi. Nasza! I w tym momencie Janek ciągnący walizkę delikatnie zaczepia o jej walizkę. Z uśmiechem odwracam głowę chcąc przeprosić „naszą” i kto wie, może się zaprzyjaźnić, a tu napotykam wzrok mordercy i, przez szczękościsk, „nasza” cedzi: „careful”. A niech ją ta podhalańska chustka udusi!

Najciekawsza i najbardziej stereotypogenna obserwacja zdarzyła mi się na lotnisku w Waszyngtonie. Wyszliśmy z samolotu i do kontroli paszportowej. I dwie kolejki. Jedna dla swoich, druga dla reszty. My z okazji mojej zielonej karty jesteśmy apgrejdowani do kolejki autochtonów. Ale jakaś długa ta kolejka! Dłuższa niż kolejka zestresowanych podróżnych trzymających w spoconych dłoniach paszporty z wizami wystanymi w swoich krajach po nocy. Ale jakoś ciemniej w tej kolejce wizowej. Ciaśniej. Okazuje się, że „nasza” kolejka była znacznie krótsza, ale Amerykanie mają wyraźny problem z przekraczaniem swojej przestrzeni prywatnej i stoją jeden od drugiego tak daleko, że wizowych z dziesięciu by się zmieściło. A wizowi jak owieczki czarne ściśnięte i wystraszone. Od razu przypomniała mi się Sprawiedliwość Owiec, Leoni Swann i zaczęłam zastanawiać się, który to Melmoth Wędrowiec, Oletto, a która wystraszona to Panna Maple. Z zadumy wyrwał mnie uprzejmy głos pana kierującego ruchem autochtonów i… już byłam w Ameryce!

A jak na tym tle wypadłam ja i moje mieszane dziecko?  Jeśli ktoś mnie widział i obserwował na którymś z tych trzech lotnisk, poproszę o garść szczerych stereotypów.