hej ho, hej ho, do pracy by się szło…

SAMSUNG CSC

Zdjęcie wykonane przez koleżankę od pióra – Sylabę. Dzięki!

 

Co robi nauczyciel podczas przerwy na lunch? Niektórzy przygotowują lekcje, inni sprawdzają klasówki, jeszcze inni jedzą po prostu, a ja? A ja oglądam tyłki saudyjskich nastolatków!

Mam cudowną pracę, którą uwielbiam i każdego dnia z wielką chęcią dojeżdżam prawie godzinę (tutaj o tym) do przepięknego miasteczka Bristol aby nieść kaganek oświaty w postaci języka angielskiego do nieoświeconych potrzebujących. Tam właśnie uczę angielskiego a sama uczę się wszystkiego innego! Uczę się słuchać innych języków, uczę się salsy, uczę się cierpliwości, uczę się, że nie zawsze mi się udaje, że więcej nie wiem niż wiem o moich uczniach i krajach, z których pochodzą. Z radością widzę też, że potrafię, że jestem dobra w tym, co robię a wierzcie mi, że po latach „niepracy”, czy pracy za uśmiech kierownika, to jest cudowne uczucie. I uwielbiam wszystko i wszystkich w mojej pracy! A ponieważ uwielbiam, to opiszę po trosze. Dobrze byłoby gdyby udało mi się obiektywnie i politycznie poprawnie, ale bez mojego, subiektywnego spojrzenia, cynicznych obserwacji i stereotypowego przedstawiania bohaterów jakiż nudny byłby ten wpis! Więc sorry trochę…

W październiku pierwszy raz zaparkowałam pod uniwersytetem, na którego terenie i pod którego patronatem znajduje się moja szkoła. Zaparkowałam w miejscu dla mnie niedozwolonym i zarobiłam mandat w wysokości pięćdziesięciu dolarów. Dziś, jak panisko, mam czerwoną naklejkę z napisem „Faculty” (że w gronie jestem) i parkuję gdzie mi się podoba. Pierwszego dnia obserwowałam trzech nauczycieli uczących cztery różne przedmioty. Zrobiłam dwie kartki A4 notatek, głównie krytycznych i uznałam, że ja potrafię lepiej. Właściwie to najlepiej! Dzisiaj z pokorą i szacunkiem wchodzę na każdą lekcję i sama jestem po kilku obserwacjach i sama dostałam dwie kartki A4 notatek, głównie pozytywnych z wyjątkiem tego, że wchodzę w klasę (stoliki ustawione w podkowę) jakieś pół metra za głęboko! Na początku nie mogłam sobie dać rady z wymową imion moich uczniów, dziś nie mam z tym najmniejszego problemu (nie bez znaczenia jest fakt, że 50% moich Saudyjczyków ma na imię Mohamed). Bawarskie Gruess Gott zamieniłam na Wa-Aleikum- Salaam, bo tylko Saudyjczycy witają mnie swoim arabskim pozdrowieniem, cała reszta czyli mocna reprezentacja Chin, Korei Południowej, Meksyku, Kolumbii, trochę mniejsze reprezentacje Wenezueli, Ekwadoru i Gwatemali, Włoch i Japonii, oraz jedyny, ale za to całkiem niezgorszy, reprezentant Dominikany witają się po angielsku, albo wcale.

Zajęcia się poukładane tak, że w czasie czterotygodniowej sesji mam zajęcia z większością uczniów w szkole. I to bardzo mi się podoba, bo poznaję wszystkich uczniów, mam wszystkie poziomy i wszystkie przedmioty. Mam takich co znają słownictwo naukowe (bo po ostatniej sesji przechodzą na uniwersytet studiować fizykę kwantową, na przykład) dużo lepiej ode mnie, ale mam też takich, dla których trudno znaleźć najniższy poziom. Na ustnym egzaminie „wstępnym” mamy taką ściągę w postaci pytań, które stopniowo stają się coraz trudniejsze i wtedy łatwiej zdecydować o poziomie ucznia. Wchodzi Saudyjczyk, ja do niego „Good morning”. Nic. Speszony jest. Siada. Pierwsze pytanie na liście: „What is your name?” i jakieś dwadzieścia jeszcze przed nami. Stanęło na pierwszym pytaniu i tak zostało. I komu się trafił ten uczeń? Mnie oczywiście! Po miesiącu mój Mohamed ma urodziny. „Happy Birthday, Mohamed!” powiadam wchodząc do klasy. Szanowny jubilat na to: „Happy Birthday, Mohamed”. „Nie słodyczy moja, to są TWOJE urodziny i to JA tobie życzę Happy Birthday”, mówię do niego bardziej językiem ciała niż ustami, „Ty możesz powiedzieć DZIĘKUJĘ,” Mohamed na to: „Ty możesz powiedzieć DZIĘKUJĘ” Poddaję się. Odpowiadam z uśmiechem: „Dziękuję” i on też z uśmiechem „Dziękuję.” I miło jest!

Bardzo miło jest! Wcześniej kultura arabska była dla mnie zupełnie obca, teraz pochłaniam… Jak każdy Niearab, mam uprzedzenia, pamiętam o każdym ataku terrorystycznym, o wszystkich, którzy zginęli z rąk islamskich terrorystów i choć bardzo mi przykro z powodu utraty życia, nie wzbudziła we mnie niczego poza szczerym zdziwieniem wiadomość, która rozeszła się jak świeże bułeczki po szkole, że jakiś Amerykanin zadźgał dwóch arabskich studentów. Ale moich Saudyjczyków uwielbiam! Kłamią jak z nut, ściągają ze wszystkiego co się da, targują się o każde pół punktu, ale wszystko jest w miłej atmosferze, z uśmiechem i z wyznaniami miłości w sytuacjach wyjątkowych. Oddaję klasówki grupie „już-niżej-się-nie-da” i inny Mohamed podchodzi i pyta „dlaczego” pokazując palcem na swoje zero punktów. Powoli tłumaczę, na tablicy piszę, pantomimę odstawiam i mimo, że wiem, że najprawdopodobniej nie rozumie ani słowa, staram się wytłumaczyć, że w ćwiczeniu, w którym było trzeba wstawić jakiś zawód, do zdania „_________ leczy ludzi a ___________ lata samolotem” nie można wstawiać imion swoich kolegów z klasy. I uśmiecham się bo nic innego mi nie pozostaje w takiej sytuacji, a w zamian dostaję: „I love you, teacher!”. Cudownie! I zdarza się, że pięć razy proszę o powtórzenie zdania dziewczynę zawiniętą w trzy chusty i po pięciu razach, dalej nie słyszę co mówi. Zdarzyło się, że podczas dyskusji o autorytetach, uczeń z Chin wyszedł z klasy przeklinając Dalai Lamę i zdarzyło się upomnieć nastolatka z Ekwadoru żeby nie opowiadał o biednych ludziach posługując się rzeczownikiem „zwierzęta”. W większości jednak jest miło, sympatycznie, międzynarodowo, wielokulturowo, przyjaźnie i tolerancyjnie i relacje się zdarzają przeróżne nie wyłączając międzykontynentalnego całowania się po kątach.

W przerwie na lunch, wchodzi do mojej klasy grupka pięciu panów z hip hopem w słuchawkach za trzysta dolarów i grzecznie pytają czy mogą. Rozkładają swoje dywaniki do modlitwy i tak jakoś wypada, że kierunek ich modlitwy jest zawsze odwrotny do kierunku mojej twarzy i wiecznie oglądam markowe gumki od majtek wystających spod zbyt luźnych gaci czy, od czasu do czasu, wręcz częściowo obnażone saudyjskie tyłki…i smacznego lunchu pani nauczycielce życzymy! I uwielbiam…

Zmartwychwstała Chustka…

DSC06003

 

Czy ktoś pamięta blog „Chustki”? Bardzo przeżywałam kiedy odeszła…Wczoraj oglądałam film o niej, o jej Nie Mężu i o Jasiu…Pachniało latem i duchotą, pod palcami dało się odczuć ich skórę i wodę zza łódki…Film nominowany do Oskara. Pewnie inne krótkie dokumenty też piękne, też ważne, też poruszające i ważne tematy i dusze oglądaczy, ale ten jest taki…mój…

Joanna

 

 

Vermont…

FullSizeRender_2

Mapa Vermont w Naleśnikowni pokazująca skąd biorą się składniki używane w tej restauracji

– Gdzieś w innym życiu wzięliśmy ślub i mamy czwórkę dzieci.

– Mieszkamy w Vermont. Ja jestem burmistrzem.

– A ja robię dżemy.

– A ty robisz dżemy.

To rozmowa między Oliwią Pope a prezydentem Stanów Zjednoczonych – bohaterami mojego ulubionego ostatnio serialu “Skandal”. I tak się zastanawiałam co takiego jest w tym Vermont, że sam amerykański prezydent chciałby się tutaj przenieść, być burmistrzem i zajadać się domowymi dżemami. Przyjechaliśmy zobaczyć… Przyjechaliśmy też na narty jako że Stowe w Vermont to jeden z najbardziej popularnych kurortów narciarskich na wschodzie Stanów. Ale z nami, oczywiście nie może być „normalnie”… W telewizji powiedzieli, że ten tydzień jest najzimniejszym tygodniem od 143 lat! No przecież… Minus 31 stopni i silny wiatr skutecznie zniechęciły nas od odrywania przymarzniętych tyłków od metalowych wyciągów krzesełkowych ($85 za dzienny karnet i jedna gondola!!). Ten przeraźliwie zimny i nieco przepłacony stan rzeczy przekonał nas jeszcze bardziej, że nie ma to jak narty w Alpach, że kiedy tylko się da, wracamy do Niemiec. Przejedziemy się tylko po Vermoncie, pozwiedzamy i wyjedziemy kompletnie przekonani, że nigdy tutaj nie wrócimy. A tu niespodzianka…

Jesteśmy rozpuszczeni jak dziadowskie bicze najfajniejszą Europą jaką można było za niewielką kasę, z dwójką wiecznie małych dzieci zobaczyć. Piękne plaże Portugalii, najpiękniejsze na świecie hortensje gdzieś na stacji benzynowej niedaleko Genui i drące się z niebogłosy cykady w Toskanii. Przede wszystkim jednak, codzienne wzdychania do okna, w którym to jawił się najwyższy szczyt Niemiec, codziennie w innym świetle, codziennie w innym humorze. Tonące w kwiatach bawarskie i tonące w wypranej bieliźnie włoskie balkony. Chłodnoprzyjaźni Austriacy ustępujący pierwszeństwa i nigdy nie ustępujący, ale za to przeuroczy Włosi.

I tacy europejsko rozpieszczeni dotarliśmy do Vermont. I jeździmy i oglądamy i zakochuję się w tym stanie coraz bardziej. Wiele razy słyszałam, że Nowa Anglia to najpiękniejszy region Stanów i oczywiście, zgodnie z regionalnym patriotyzmem, zgadzam się bardzo, ale Vermont jest zupełnie inny od Rhode Island – jedynego stanu, który przejechałam wzdłuż i wszerz. Jeszcze za mało wiem i za mało znam żeby móc powiedzieć dlaczego, ale takie bycie i czucie tutaj w Vermont jest zupełnie inne. Ludzie wolniejsi, bardziej zrelaksowani, serdeczni, uśmiechnięci…ale nie tak na pokaz i bo tak wypada. Wydaje się, że tacy są bo…tacy są! I góry są (tak, po pół roku w Stanach, mam dość niewielkie oczekiwanie jeśli chodzi o „góry”) i wszędzie zielono i konie się pasą na śniegu i kudłate krowy jakieś. I wszystko jest stare, drewniane, upieczone z mąki od sąsiada i polane syropem klonowym z drzewa od cioci Wiesi. I gdyby kiedyś Garmisch miało nie wypalić, to się dżemów nauczę robić i zamieszkam w Vermont!

DSC06019

Walentynkowe dekoracje w Montpelier, stolicy Vermont

IMG_3362

Zamarznięte jezioro Champlain, Burlington 

FullSizeRender_3

Przyrządy do jedzenia naleśników

DSC06023

Przepiękny, zimowy kościół w Montpelier

IMG_3363

Po drugiej stronie jeziora, stan Nowy York

FullSizeRender_2-2

Kasia w sklepie klonowym

FullSizeRender_4

Bardzo spodobały mi się te lwy 

IMG_3364

Kompletnie zamarznięte jezioro 

IMG_3392

Stowe, VT

DSC06025

Trupy motyli w ramce. Zastanawiałyśmy się z Kasią nad pochodzeniem a tu nad nimi taka informacja, że „oczywiście te motyle były hodowlane i przeżyły całe swoje życie (że nie zakatrupili) – to w końcu Montpelier”

FullSizeRender_2-3

Foremki na cukierki klonowe i karmelki w sklepie z domowej roboty syropem klonowym

FullSizeRender

Jeszcze nie widzieliśmy łosia, ale jesteśmy pełni nadziei

FullSizeRender-2

Kawa czy herbata?

FullSizeRender-3

Przesłodkie te okiennice

FullSizeRender-4

I wszystko jasne…(termin wszelakich skarg minął wczoraj)

Zielone Pomarańcze w PRLu

SizeRender

Wspomnienia z PRLu Anety Górnickiej-Boratyńskiej z opracowaniem graficznym Bohdana Butenko w książce „Zielone Pomarańcze czyli PRL dla dzieci” to super fajna książka dla starszych dzieci…i ich rodziców…a także dla ich cudzoziemskich współmałżonków. Historyjki są bardzo ciekawe, fajnie napisane, z odniesieniem do czasów dzisiejszych. O trzepaku przed blokiem, o talonach i kartach, kolejkach i rajstopach na święta, Niewidzialnej Ręce i saturatorach. Jeśli chodzi o mnie, nie do wszystkiego mogę się odnieść – mieszkałam na wsi i Hofflandu na oczy nie widziałam, ale to też okazja żeby „dopowiedzieć” dzieciom o czymś „swoim”. Używam tekstów do nauki polskiego (pisałam tutaj) i działa! Dzieci są zainteresowane i chcą czytać po polsku! I o to chodzi!!

Pan Pierdziołka…

Prawie pół roku po przeprowadzce zabieram się za języki moich dzieci. Niemiecki słyszą tylko w mojej samochodowej nawigacji, polski coraz mniej słyszalny również… Znalazłam nauczycielkę niemieckiego i przyjeżdża raz w tygodniu na godzinę – jest super i mam nadzieję, że sprawi, że dzieci polubią w końcu ten język. Polskim zajmę się sama. Zamówiłam książki z Polski i będę dzieci męczyć bardziej profesjonalnie, ale zanim dojdą, pomęczę je tym, czym mam. Czytamy Zielone Pomarańcze czyli PRL dla dzieci i przyznam, że idzie nam bardzo dobrze. Opowiadanie są krótkie, ale słownictwo, szczególnie dla Jasia, nie jest proste. Podchodzę do tekstów tak jak potrafię  – tak jak uczę angielskiego. Wprowadzam temat, szukamy znajomego słownictwa, wprowadzam nowe słowa z tekstu, układamy zdania ze słowami, odmieniamy przez przypadki, czytamy tekst i robimy jedno lub dwa ćwiczenia „po”. I tak jesteśmy już pod koniec książki. Z pisaniem po polsku – muszę zakombinować, bo dzieci nie lubią i pisanie idzie im najgorzej. Dzisiaj było tak:

Wybrałam wierszyk z Pierdziołka mojego ulubionego, wybrałam słowa, które mogłyby być nowe, nakazałam zbudować zdania, a potem napisać historyjkę z punktu widzenia bohatera wierszyka! I oto wyniki! Janek powinien popracować nad kaligrafią, oboje nad odmianą, ja muszę przestać przeklinać przy dzieciach i walić w nich wałkiem.

 

FullSizeRender-5

FullSizeRender-4

FullSizeRender-3

FullSizeRender-1

FullSizeRender-6

FullSizeRender-2

Co się dzieje w Hondzie, w Hondzie zostaje…

 FullSizeRender

Mam super pracę, opiszę kiedyś, bo jest o czym. Do tej super pracy muszę dojeżdżać. Samochodem, czterdzieści pięć, w porywach, sześćdziesiąt minut. I tak z dnia na dzień, poszerzyłam szeregi dojeżdżających do pracy Amerykanów. Stałam się częścią swoistej zakółkowej kultury. Mój samochód stał się moim biurkiem i stołem jadalnianym, lusterko samochodowe – lustrem łazienkowym, a wyśmiewane przeze mnie do niedawna, wysuwane z każdej dziury uchwyty na napoje, okazały się bardzo przydatne i to nie tylko na napoje. Z kawą ze Starbuck’sa mnie jeszcze nie zobaczycie, bo ja lubię dobrą w domu wypić, ale herbatę z sokiem malinowym w termosie mam! Woda z cytryną w uchwycie numer dwa stoi. Stary iPod z muzyką w kolejnym uchwycie i telefon w ostatnim, do którego mogę dosięgnąć bez odrywania kręgosłupa od ogrzewanego siedzenia. Dwie pomadki – jedna nawilżająca, druga w kolorze przedwcześnie dojrzałej brzoskwini. Krem do rąk, dwa nawet, na wypadek gdyby pierwszy wpadł pod siedzenie podczas nawilżania dłoni na światłach. Awaryjne perfumy, bo nigdy nie wiadomo kiedy człowiek się zdenerwuje i zapachnie nieprzyjaźnie. Jedna para butów na wysokim obcasie, z ceną jeszcze, bo okazji nie było żeby oderwać. Przewodnik po Rhode Island, bo jak się zgubię w ładnym miejscu, coś zobaczę przy okazji, ale żeby się nie zgubić mam nawigację. Drogę znam na pamięć, ale moja nawigacja służy mi do czegoś innego. To mój sposób na podtrzymywanie języka niemieckiego – nawigacyjna Heidi mówi do mnie po niemiecku – i jak tylko wrócimy do Niemiec, będę perfekcyjnie wymawiała cyferki, trzymała się prawego pasa i zjeżdżała na autostradę w najpiękniejszym Hochdeutschu!

I tak wsiadam codziennie rano o 7.15 do samochodu i zaczyna się przygoda! Bo ja naprawdę bardzo, bardzo lubię tę moją podróż codzienną! Rano siedzę wyprostowana, nie ruszam się za bardzo żeby nie pognieść wyprasowanych spodni, wschodzące słońce wali mi po oczach kiedy przejeżdżam przez stolicę naszego stanu. Po pracy leżę zrelaksowana na kierownicy, wygnieciona, głodna i kiedy dojeżdżam do Providence, zimą jest już ciemno, i przypomina mi się Warszawa i moje, dawno już zapomniane, wieczorne podróże z Placu Unii Lubelskiej na Żoliborz i fajnie jest… W czasie tej podróży zacieśniam kontakty z bliskimi (w Rhode Island można rozmawiać przez telefon prowadząc), dowiaduję się co w Polsce, w Niemczech i w innych zakątkach świata słychać. Kiedy już nikt nie chce ze mną gadać, rozmawiam z siedzącymi obok niewidzialnymi. Od zawsze rozmawiam ze sobą, często gestykulując przy tym zamaszyście i mimo, że zdaję sobie sprawę, że takich co mruczą do siebie po nosem w sklepie spożywczym się zabiera do takich specjalnych, mało rzucających się w oczy przechodniom miejsc, uwielbiam i nie przestanę! Dawniej trochę było mi głupio kiedy stojąc na światłach opowiadałam siedzącemu obok niewidzialnemu jak to padłam ofiarą nieporozumienia w banku, a ktoś z samochodu obok spoglądał na mnie podejrzliwie. Lekko speszona podnosiłam telefon do ucha, że niby rozmawiam…Teraz, mam to gdzieś! W Ameryce jestem, robię co chcę! Śpiewam też! A że nie potrafię, samotna jazda samochodem, to jedyny moment kiedy nikt nie cierpi z powodu mojego wybitnego nieposiadania talentu. Lubię nasze lokalne radio, bo mi mówi o korkach co dwie piosenki. Wszyscy inni współdojeżdżajacy też pewnie potrzebują wiadomości o korkach, bo zatrzymując się na światłach, widzę jak wszystkie głowy obok bujają się w rytm tej samej piosenki i wszyscy ruszają ustami tak samo jak ja – wszyscy śpiewamy „Don’t” razem z Edem! To niezwykle zbliża!

Podróż samochodem jest również edukacyjna. Z wielkich bilbordów można się dowiedzieć kto rozwiedzie cię najszybciej, kto skoryguje zmarszczki, zgryz i odnajdzie straconą wiarę w Boga. Bilbordy już ją znalazły i trzymają pod 866-FOR-TRUTH! Czasem i śmieszno jest, bo widząc ogłoszenia „When in Pain, Call Wayne” układam szybko polską wersję dla mojej przyjaciółki, lekarki w Garmisch – „Jeśli Coś Cię Boli, Zadzwoń do Oli” i pokładam się ze śmiechu na kierownicy, ale i straszno jest, bo na takiej samej Hondzie jak moja, na tylnej szybie białą farbą wypisane „R.I.P nasz kochany tato 1958-2014” i przeraża mnie potrzeba dzielenia się taką informacją.

Czasami zdarza mi się widzialny pasażer w postaci własnego dziecka na przykład. W drodze do Bostonu, postanawiam sprawdzić polską pamięć patriotyczną dziecka i nakazuję przypomnieć sobie polski hymn. Ja śpiewam jedną linijkę, dziecko drugą (pominę, bo bez znaczenia jest, fakt, że śpiewem tego nie powinno się nazywać). Dochodzimy do „marsz, marsz…” i cisza. Podpowiadam spółgłoskę „ddddd…”. I słyszę głośne „marsz, marsz DO PRZODU”! No przecież nie do tyłu…nie my przecież!

 

 

Kryzys czy siła?

DSC02923

Czterdziestoletnia Barbara zgoliła głowę na zero i przespała się z panem z siłowni. No nie spała, bo trudno się zasypia na stojąco, w przebieralni. Postała sobie tak z mięśniakiem jeszcze ze trzy razy, zaczęła zapuszczać włosy i się z siłowni wypisała. Wariatka – powiedzieli…odbiło starej babie, zachciewa się romansu. Kryzys wieku średniego! Świętobliwa i co niedzielę przystępująca do komunii świętej Justysia z dobrego domu zostawiła dzieci mężowi i uciekła. Sama. I do nikogo uciekła. Na stosie spalić wyrodną matkę, która dzieciątka biedne zostawia, serca nie ma i matką nie powinna się nazywać! Kryzys wieku średniego, rozum biedaczce odebrało! Szczęśliwa poniekąd w małżeństwie i sama o tym święcie przekonana Bernadeta zakochuje się, zdradza męża, rozpieprza dwie rodziny, wraca z podkulonym ogonem, po konsylium rodzinnych, najbliżsi postanawiają przygarnąć zagubioną owieczkę i wyleczyć ją z poważnego przypadku kryzysu wieku średniego. Wciąż się leczy…Krystyna odchowała dzieci, jesienią zgrabiła liście w pięknym ogrodzie, zawekowała wyhodowane w nim owoce i odeszła od zdziwionego męża. Że też jej się chciało w tym wieku? I co ona teraz tak sama? A tak dobrze miała…może jej przejdzie ten kryzys… A Wioleta wciąż się waha. Waży za i przeciw, liczy przyszłe wyrzuty sumienia, pielęgnuje obawy, obserwuje swoje reakcje. I nic z tym nie zrobi. I bardzo dobrze. Ocali rodzinę. Dzieci na porządnych ludzi wychowa. Męża pochowa za czterdzieści lat, sama zejdzie zaraz po nim i pochwali się świętemu Piotrowi, że kryzys wieku średniego jej nie dopadł.

Gdzie się nie obejrzę, ktoś od kogoś odchodzi, ktoś się z myślami bije, ktoś coś rozwala. I pod każdym obrazkiem podpisane: „kryzys wieku średniego”! Nienawidzę określenia „kryzys wieku średniego”! Sam „wiek średni” przyprawia mnie o mdłości i skraca oddech. A teraz weź dołóż do tego jeszcze „kryzys” i depresja gotowa… Definicja kryzysu to walka, zmaganie się z czymś (no z życiem przecież), pod presją czasu (no bo przecież wiek średni nie trwa wiecznie – za chwilę zacznie się wiek mniej średni i szansa kryzysu przejdzie koło nosa). Dodatkowo, z kryzysem w parze, często idą określenia takie jak nagłość, urazowość i przeżycia negatywne! Pomijam już, że dla słabszych duchem optymistów, definicja ta brzmi jak życie po prostu. W dzisiejszych czasach prawie wszystko robi się pod presją czasu, zawsze jest z czym się pozmagać, powalczyć o coś, a jak się walczy, to zawsze się w mordę dostanie, choćby przypadkiem…Chodzi mi o słowo „kryzys”. Bo kryzys przechodzący delikwent czuje, że coś z nim nie jest w porządku, zepsuł się, powinien się taki delikwent w mysiej norze schować, na kolanach wokół ołtarza trzy razy i do końca życia w piersi się bić…

A co jak Barbarze zabrakło odwagi żeby powiedzieć mężowi, że ona chce na stojaka z ogoloną głową? A Justyna miała dość chodzenia w berecie moherowym za mężem do pierwszej ławki. Chciała założyć mini, pomalować usta na zajeczerwony kolor i zobaczyć jak to jest pobyć sama, ale się bała przyznać, bała się ludzi…A co jak Bernadeta użyła rozluźnionego już mięśnia sercowego zgodnie z jego przeznaczeniem i się zakochała…tak po prostu? Krystyna doszła do wniosku, że wygodnie to tylko w dresach może być, a Wioleta nauczy swoje trzy córki, że nie warto walczyć o rzeczy, które mogą spaprać życie i wszystkie trzy do nieba pójdą!

Zmiany…wybory…a czy to źle, że się zmieniamy? Że życie doświadcza nas w różny sposób i te doświadczenia zmieniają sposób w jaki widzimy siebie i to co nas otacza czy tych, którzy nas otaczają? Czy to źle, że chcemy więcej? Że chcemy czegoś innego? W wielu wypadkach źle, nawet bardzo źle. Nie pochwalam zdrady, czy zostawiania dzieci – jestem pewna, że to niezwykle traumatyczne przeżycie dla wszystkich. Rozwalone rodziny, złość, ból, łzy, w tym wszystkim zagubione dzieci… I czasem można wszystko naprawić i pewnie czasem może być nawet lepiej, ale czasem nie można naprawić albo lepiej nie jest…I to jest tragedia, bez wątpienia.

Ale jak kobieta chce zawalczyć o sobie, zacząć nieskończone studia, zmienić pracę, zeskoczyć z samolotu, „wyjść” z niewygodnego, czy nawet bardzo wygodnego małżeństwa, spróbować czegoś o czym zawsze marzyła to źle? A jak jeszcze robi to teraz kiedy dzieci od piersi się odczepiły, same kupę i kanapkę sobie zrobią, męża nauczyła gdzie ręczniki a gdzie chochelki leżą to źle? Jestem pewna, że żadna decyzja Barbary czy Bernadety nie była ani łatwa ani nieprzemyślana. Jestem przekonana, że każda nie przespała kilku nocy i wylała wiadro łez niejednokrotnie nawet niezauważone przez małżonka.

Powiedziałabym raczej, że taka decyzja, nawet jeśli bardzo zła, to koniec kryzysu. Teraz trzeba wziąć się do roboty i coś z tą decyzją zrobić. Być może coś dobrego z tego wyniknie. I powiedziałabym, że to nie kryzys wieku średniego a raczej siła wieku średniego. A siła, jak to siła, zmienia rzeczy stan…

Pieprzona tęsknota…

Screen Shot 2015-01-04 at 3.46.42 PM

Znalazłam email do mojej przyjaciółki. Napisałam do niej we wrześniu. Napisałam, że tęsknię za domem. Napisałam, że owszem, wszystko jest w porządku, że każda normalna kobieta, żona, matka, feministka i kura domowa, widząca szklankę w połowie pełną i nawet ta, która szklanki nie widzi wcale, bo pesymizm przysłonił prawe oko powinna być szczęśliwa…nawet taka powinna… A ja nie byłam i nie jestem…

A matka powinna szczęściem dzieci żyć przecież. Dzieci chodzą do najlepszych szkół w Rhode Island. Najlepszych pod względem akademickim i najlepszych, jak się matce, ojcu i dzieciom nawet wydaje, pod względem społecznym. Dzieci przyjęte do dość hermetycznego środowiska zostały z otwartymi ramionami. Nie mogą pochwalić się ojcem senatorem i matką chirurgiem plastycznym, ale po oczach walą swoją wielkoświatowością, że do Austrii rowerem jeździli, że i w Londynie, w Paryżu, w Wiedniu, w Rzymie i Warszawie pizzę jedli, co dla dość jednolitego i nieruszającego się zbyt wiele tutejszego społeczeństwa jest atrakcją na miarę opadającej szczęki. I tak łapią przyjaciół na doświadczenia życiowe, trzy języki i trudne do wymówienia imiona. I jak tylko Janek przestanie chodzić w wiązanych ręcznie muchach do szkoły, a koszulkę na wuef z New York Yankees zamieni na Red Sox (bo to tak jakby pokazał się w koszulce Wisły Kraków na Głównym w Warszawie) będzie dobrze! Zdrowotnie dzieci opanowane również. Mamy jednych z najlepszych lekarzy w kraju dla Kasi i dobre ubezpieczenia – niczego więcej w Stanach nie potrzeba. Chris ma pracę i w zależności od ilości wypitego alkoholu, raz mówi, że super, raz, że się nie nadaje…no ale kto tak nie ma?! Ja mam pracę! Wymarzoną! Uwielbiam i wiem co robię i wydaje się (i studentom i szefostwu), że nawet bardzo dobrze wiem co robię! Dom, może nie wymarzony, ale odwężony chwilowo i terapeutyczny. Bo nie lepszej terapii dla perfekcjonisty, który zawsze musi mieć równo i pod kątem jak przewracające się żelazko przy każdej próbie postawienia go na desce do prasowania lub konieczność zdecydowania, czy obrazki na ścianie mają wisieć równolegle do linii sufitu, sofy czy podłogi, bo to trzy zupełnie nie równoległe do siebie linie. I ogród czarodziejski jest gdzie można się wyłożyć na leżaku w cieniu starych drzew, wąchać bez i patrzeć na hortensje, ale kto mnie zna to wie, że jedyne o czym marzę to brak ogrodu, po prostu!

A ja nie jestem szczęśliwa… A ja tęsknię… A ja chcę do domu…

Chcę wstać o szóstej rano i zobaczyć dwa metry śniegu pod drzwiami i zadzwonić do śpiącego jeszcze hałsmajstra żeby przyjechał odśnieżyć, bo dzieci do szkoły muszę dotransportować. Chcę żeby ochrzanił mnie sepleniący Herr Stehr w bawarskich narzeczu, że gumowa kierownica mojego roweru naruszyła biel zewnętrznej elewacji domu. Chcę stać w godzinnej kolejce w Tengelmann w Sylwestra z marchewką i szampanem w dłoni słuchając cichego, grzecznego narzekania kolejkowiczów i obserwowania obsługi sklepu nic z tą sytuacją nie robiącej. Chcę nie móc niczego kupić w niedziele i święta. Chcę żeby fryzjerka się do mnie nie odzywała przez dwie godziny grzebania w moich włosach. Chcę czekać na wtorek rano żeby zobaczyć co tam w Tschibo będzie w tym tygodniu…

Chcę gór za oknem, gór na balkonie, hortensji, która padnie po dwóch tygodniach, ukradzionego z ogródka sąsiadki bzu, oszronionego owłosienia twarzy, barchanowych majtek do kolan…chcę z przykrością odmówić kolejnej imprezy, bo nie ma już miejsca w kalendarzu…chcę czekać i umierać ze strachu na Jaśka śmigającego między drzewami i zobaczyć go pokrytego śniegiem, bez rękawicy, z rozpiętą kurtką (znaczy, że się wywalił pięć razy), ale z uśmiechem od ucha do ucha…chcę w wigilię rano jeździć po Garmisch i dzielić się opłatkiem z przyjaciółmi…chcę w Sylwestra wdrapać się z pochodniami na Almhuette i oglądać Garmisch z góry…chcę pokłócić się z Chrisem o to, czy lepszy śnieg w Austrii, czy u nas…chcę po kłótni wsiąść na rower i jechać dziesięć kilometrów pod górę tak szybko i mocno, że aż braknie tchu…chcę wiedzieć (i praktycznie tę wiedzę wykorzystać od czasu do czasu), że mogę wsiąść do samochodu i po ośmiu godzinach być w domu, w Polsce…chcę znowu poczuć, że jestem u siebie, że wiem gdzie idę i po co idę i wszystko to bez GPSa… I wiem, że dom tam gdzie rodzina, że jak dzieci dobrze się czują, to ja też powinnam, że mam się poświęcać dla ogólnie pojętego „dobra” komórki społecznej, ale ja po prostu, zwyczajnie, egoistycznie, interesownie i wyłącznie na własny użytek tęsknię za domem…

Przychodzi baba do lekarza…

FullSizeRender

Na fejsbuku mam swój prywatny kalendarz adwentowy, w który to dzisiaj napisałam: „Kalendarz Adwentowy, dzień 15 – w ten piękny dzień zafundowałam sobie wizytę u amerykańskiego ginekologa. Historia warta opisania na blogu.”

No to piszę dopóki pamiętam, bo jak się za chwilę dowiecie demencja starcza połączona z nadwyrężeniem umysłowych spowodowanym nadużywaniem różnego rodzaju używek, robi swoje…

Zaczęło się miesiąc temu, kiedy to wyguglowałam sobie hasło „ginekolog w East Greenwich” i zadzwoniłam do kilku miejsc, w których dowiedziałam się, że nowych narządów rozrodczych nie przyjmują. Po kilku telefonach moim narządom się poszczęściło i termin miałam na dzisiaj. Wczoraj wieczorem zaglądam do kalendarza i jest…że w poniedziałek, że o osiemnastej, nie ma natomiast miejsca, nazwiska ani numeru telefonu! Zapomniałam zapisać. Wyguglowałam znów „ginekolog w East Greenwich” i zaczęłam dzwonić. Mogłam po prostu zapytać, czy „przepraszam, ale wydaje mi się, że mam wizytę dzisiaj w państwa przychodni, czyż nie?”, ale nie…ja musiałam opowiedzieć historię życia i początków demencji, po czym dowiedziałam się dwa razy, że nie, moje narządy nie są zapisane na wizytę. Za trzecim razem się udało, potwierdziłam, że adres to: 1407 South County TRAIL, przygotowałam się na wszystkie strony i pół godziny przed wizytą wpisałam do nawigacji 1407 South County ROAD! Po piętnastu minutach coś mi podejrzanie zbyt dziewiczo się zrobiło, natura za bardzo drzwiami się pcha. Nic to, Chris zawsze powiada żeby nie panikować a okolicznościami przyrody oczy sycić. Sycę ile mogę, ale ciężko jest, bo ciemno wokół. Dojeżdżam w końcu do ciemności numer 1470 i nic, żadnego ginekologa! Dzwonię po pomoc, pomoc mi mówi, że się pomyliłam i że geograficznie jestem na drugim końcu miasta. Na szczęście miasto małe i spóźniona dwadzieścia minut dojeżdżam na miejsce. Zziajana dowiaduję się, że:

  • nie mam paszportu
  • polski dowód się nie liczy jako dowód tożsamości, bo w obcym języku jest
  • moje prawo jazdy amerykańskie jest ważne tylko kiedy pokazywane jest z nieliczącym się z tego samego powodu co polski dowód, niemieckim prawem jazdy
  • wojskowy dowód tożsamości właśnie stracił datę ważności…

Mam jeszcze kartę członkowską niemieckiego Tschibo, amerykańskiego Kohl’s i stacji BP – nie przydały się. Że aż tyle potrzeba moim jajnikom, to nie wiedziałam! Gębę mam godną zaufania chyba, bo przeszłam do kolejnego etapu rozmowy z niezbyt rozgarniętą pielęgniarką, czy kimś mi na pielęgniarkę wyglądającym. Dzieci mam? Mam. Urodzone w terminie? Jedno trzy tygodnie wcześniej? Czyli w którym tygodniu – pyta pracownica gabinetu ginekologicznego? Odpowiadam, że w Europie książkowa ciąża trwa 40 tygodni, czyli….zawieszam…. Ona na to, że tutaj też, czyli, że w trzydziestym szóstym tygodniu……Ok, niech będzie…Janek nadrobi, bo był tydzień później. Gdzie Katarzyna urodzona? W Polsce. Jak to? Przecież mieszkaliśmy w Niemczech. Ano tak jakoś wyszło…ludzie się przemieszczają i takie tam…Janek w Polsce? Nie, w Niemczech! No to już przesada żeby tak się przemieszczać (widziałam kilka razy takie naklejki na samochodach „I don’t leave Rhode Island”, że nie wyjeżdżam z Rhode Island…i nie czytam też i nie oglądam i nie myślę…). Potem pytania o aktywność seksualną, preferencje, ilość partnerów i wreszcie poprzedzone ostrzeżeniem „teraz zadam kilka pytań” pytanie, które zgięło mnie w pół: „do you enjoy doing things?” (i nie wiem jak inaczej to przetłumaczyć jak tylko „czy sprawia ci przyjemność robienie rzeczy” ) – bez kontekstu, bez wstępu. Pytam jakie rzeczy ma pani na myśli. Pani na to, że wszystkie. Kiedy przestałam się śmiać powiedziałam, że nie lubię prasowania, ale poza tym, to chyba wszystko. Zanotowała.

Zaprowadziła mnie do pokoiku z metalowym fotelem ginekologicznym takim, który widziałam ostatni raz ponad dwadzieścia lat temu u ginekologa w Krzepicach. Nie ma USG, przygotowanych fiolek na mój materiał genetyczny, sprzętu tajemnego zapakowanego w sterylne woreczki, dwóch ekranów żeby z kilku perspektyw oglądać swoje wnętrze, ani bukietu świeżych róż  pod kolor kaszmirowego sweterka mojej pani ginekolog z Garmisch. Nie oceniam. Nie wszystkim się z nieba leje, trzeba zaufać umiejętnościom, w Ameryce w końcu jestem! I taka zrelaksowana, rozluźniona siadam z gołym tyłkiem na fotelu i czekam. Nagle gaśnie światło. Ciemność. Ktoś puka.

– jest tu ktoś?

– no ja jestem przecież

– światło jest na fotokomórkę, musiała pani BARDZO spokojnie siedzieć. Denerwuje się pani?

– skądże znowu, droga pani…czym tu się denerwować?

– jestem doktor Goldman, bardzo mi miło, sprawdza sobie pani regularnie sznureczek?

– COOOOOO??

– no i po czterdziestce pani jest, mammografię proponuję…no ale jak oni to zrobią? No nic, zobaczymy, niech próbują…

Potem już było z górki…

and Why i Dlaczego und Warum…

scan002

 

Dzisiaj, w ramach projektu Klubu Polki na Obczyźnie piszemy o tym jak znaleźliśmy się tutaj gdzie jesteśmy…Piszemy razem z Chrisem….Wprawdzie obie historie są o tym samym i mają sens oddzielnie, to dwujęzyczni najbardziej z tego skorzystają. Miłego czytania!

A real treat (or a bitter bite :-)!) for English speakers who wanted to get to know my blog. I took part in a project by Klub about how I ended up where I am, and I asked Chris to join me. Our story in two languages…They both make sense and are about the same thing, but, of course, the bilinguals will have the greatest advantage. Enjoy!

 

 

 

No i nie dostałam się na anglistykę i stoję codziennie na obskurnym przystanku w Krzepicach narzekając na beznadziejne życie studentki Administracji Publicznej. Stoję na przystanku, zajadamy drożdżówki z pobliskiego sklepu, dopinam pod szyję płaszcz w jodełkę, znaleziony w babcinej szafie i przeklinam gestykulując soczyście na kretynkę od rachunkowości w parze z idiotą od prawa konstytucyjnego. Wsiadam do autobusu i wysiadam godzinę później żeby w cierpieniach i mękach przeżyć jakoś te dwa lata i spróbować jeszcze raz…

And I was assigned to teach English in the town of Krzepice, but upon arrival had to go by bus to Czestochowa one day to receive a work visa when I noticed this very intriguing young woman with very short hair and an unusual coat gesticulating wildly and with great animated passion to her colleagues at the local bus stop. I was smitten instantly and gazed at her for many minutes, wondering who she was, what she was doing and where she was going. Alas, I lost sight of her in Czestochowa and thought she was gone forever…

Do Krzepic przyjechał nejtyw spiker – Amerykanin z krwi i gości. Ponoć chodzi po mieście w sandałach (w zimie!!) i zajada surową marchewkę! Poszłyśmy do niego na korepetycje, na konwersacje…Matko jedyna, jaki przystojny ten nejtyw! I jak pięknie mówi po angielsku! I dłonie ma piękne! I głos! I po polsku mówi. Kazał nam pisać pamiętnik…pisać żeby lepiej mówić…ciekawe…ale będziemy pisać! I będziemy przychodzić na korki, dwa razy w tygodniu…No i zakochałam się!

And then a few weeks later this same lovely young woman materialized at my doorstep asking if I might be willing to give advanced English lessons to her and her friend! What good fortune! How could I possibly say no? The drudgery of teaching primitive English to mostly bored and apathetic teenagers every day was compensated by regular conversations with someone who was a real intellect and had a true desire to learn. My platonic infatuation grew through the entire year of our lessons.

Na studia się dostałam, zostanę nauczycielką języka angielskiego. Chris wyjeżdża do Stanów, pewnie na zawsze…Przed wylotem daję mu mój pamiętnik, tylko niech go przeczyta nie wcześniej niż w samolocie! Pewnie nigdy się już nie zobaczymy więc raz kozie śmierć! Niech się dowie…

Who would have thought?! She actually had feelings for me the whole time that I had feelings for her! Yet, I was restraining myself the whole time and playing the ethically responsible role of teacher in this situation…and alas, I’m on my way to another year-long assignment somewhere else. No time to act, no privacy, no right moment to share my feelings…

Dzień przed jego wylotem, spotykamy Chrisa przypadkowo, pijemy herbartę…zostaję z nim na chwilę sama, mówi, że przeczytał w nocy mój pamiętnik… MATKO….palę się ze wstydu…on dodaje, że musimy pogadać…super…będzie pewnie nauczycielska gadka, że on jest nauczycielem, ja tylko jego byłą uczennicą, że to tylko zauroczenie, że znajdę kogoś bardziej odpowiedniego… Chcę się zapaść się pod ziemię…Na szczęście już nie będziemy dzisiaj sami…

Awkward moments before what might be long and permanent goodbyes. Any opportunity to express myself in private (in an era before email and cell phones). Unfortunately, not a chance. This can only be solved over time with old fashioned mail…

Dostaję list od Chrisa, że po raz pierwszy zobaczył mnie na przystanku. Byłam w babcinym płaszczu w jodełkę…

I could finally tell her in a letter about my infatuation with her before she even knew who I was!

Chris mieszka w Wilnie, przyjeżdża do mnie co dwa tygodnie…Wilno – Białystok – Warszawa – Częstochowa…co dwa tygodnie! Kocha, czy co?

In Lithuania for probably a year, 10 hours by bus from the woman who just might be the love of my life. Will it work out or no?

Pojechaliśmy pociągiem na weekend do Garmisch, w Alpy! Chris zna to miejsce bardzo dobrze, pracował tutaj wcześniej i zakochał się w Garmisch. Pokazał mi wszystkie piękne zakątki, wypiliśmy niemieckie piwo, zjedliśmy niemieckie przysmaki i zdecydowaliśmy, że kiedyś musimy tutaj zamieszkać…z dziećmi…

I take her on my two weeks of leave from Vilnius to my favorite place in the world – Garmisch-Partenkirchen in the Bavarian Alps, a place where time stands still and makes you think philosophically about everything. The landscape puts everything in perspective and humbles everyone.

Mieszkamy w Warszawie…razem! Kończę studia, pracuję w szkole…Chcemy wziąć ślub. W Polsce – koszmar biurokracyjny. Jedziemy do Stanów, może tam się uda! Zabieram ze sobą paszport ze stempelkiem „dwa tygodnie z amerykańskim narzeczonym”, dwie srebrne obrączki, kupioną w Domach Centrum srebrną spódnicę, golę głowę…Udało się! Jesteśmy małżeństwem!

It would have been nice to marry in Poland but the Polish bureaucracy made it impossible (any 20-year-old starting the legal process would be post-menopausal before getting a permit to marry a foreigner in this country, at least without a bribe…the corruption is staggering. Is this really a place I want to spend the rest of my life?). We get married in the States.

Prawie dwa lata po ślubie rodzi się Kaśka. Nie jest łatwo. Coraz mniej lubimy Warszawę. Coraz częściej rozmawiamy o wyjeździe, coraz częściej pojawia się Garmisch w rozmowach…

42-square metres is fine for a couple, but a tough space to raise a family in when there are few career prospects for advancement (and as a foreigner you start understanding all the profanity…the salary is fair, but not good enough to buy a Renault Clio on credit. Future here? Probably not)….

Kasia kończy rok, Chris dostaje pracę w Garmisch. Jedziemy! Nie jest łatwo…nic mi się nie podoba! Sklepy zamknięte w niedzielę, niemiecki trudniejszy niż mi się wydawało, ludzie jacyś tacy nieprzyjemni, Chris ciągle w pracy, często w Stanach, ja sama z małych dzieckiem…tylko te góry takie coraz bardziej mi się podobają…Ale nic to, my tylko tutaj na dwa lata, a potem zobaczymy…Polska, Stany, Wielka Brytania…tylko, że te góry takie fajne….

A dream come true – a job in the Alps with a real salary and serious long-term prospects. Ania suffering in a new environment where she is now the foreigner, hyper-sensitive to everything and going through the ordeals of a young mother with a young child…

Trzynaście lat później, dołączył do nas Janek, mamy mieszkanie z widokiem na Alpy, narty na nogach, albo rower pod tyłkiem, setki kilometrów górskich ścieżek w nogach, grupę cudownych przyjaciół i…Chris dostaje pracę w…Moskwie!

Now 13 years later – a real equilibrium. Our perfect family of four now owns an apartment in the most idyllic town in the Alps. Alas, my job status won’t allow me to stay forever, even thought I would like to. What is the next step? Apply frantically to any new US government jobs where they will take me as a tenured bureaucrat.   2013 – I am offered a job in Moscow!

Pół roku później, po tym jak dzieci mówią „priwjet” wchodząc do domu, wszystkie papiery podpisane, dom wirtualnie umeblowany, telefon, z podsłuchem ma się rozumieć, podłączony, pan Putin postanawia popsuć nam plany…Do Moskwy nie jedziemy! To gdzie?

Snowden, Iranian nuclear enrichment sanctions, Syria conflict, Majdan, Crimea invasion, diplomatic intrigues, sanctions against Moscow, no guarantees for safety in Russia. A frantic search for any other civil service jobs that I can escape to other than Russia, which would have been a fascinating job but a horrible existence for the family…

Od sierpnia jesteśmy w Rhode Island. Najmniejszym i najbardziej przypominającym mi Europę stanie. Na chwilę? Na zawsze? Nie wiadomo…

I never would have thought that we would end up in Rhode Island, a small quirky state with a fascinating history, good schools and, just perhaps, a mix of things that will keep my little family happy for the indefinite future.