Matką być…

DSC05156

Jedna lampka wina na szczęśliwą nogę, druga na tę matczyną, wiecznie kulejącą od poczucia winy, wiecznie zamaszyście stawianą przed tę drugą w geście dumy i wyróżnienia, że matką się jest, że się z łatwością wypluło łącznie ośmiokilowe ciała z otworu wielkości śliwki węgierki! Siedzę, piję i się zastanawiam…jak długo matką być mi przyjdzie…

Poszło szybko. Znalazłam perfekcyjne ogłoszenie o pracę, email wysłałam o dziewiątej rano, o drugiej przyszła odpowiedź, że fajnie, że im się podobam, że chcą rozmowę przez telefon. Zadzwonili, pogadaliśmy, jeszcze bardziej im się spodobałam i zaprosili na rozmowę na żywca. Dzieci miały dzień wolny…zorganizowałam im zajęcia rozpraszające od telewizora, koszykówkę (super!), park trampolinowy (do dupy!), lunch w pudełkach w lodówce, telefony naładowane…Wszystko jest, oprócz matki (ojca też nie ma chwilowo, sam ma piątkę dziecio-studentów pod opieką)… Matka pojechała pięćdziesiąt kilometrów dalej na rozmowę o pracę. Rozmowę o pracę, która będzie się odbywała pięćdziesiąt kilometrów od domu. Pięćdziesiąt kilometrów, dam radę, pomyślałam…to albo pół godziny jeśli mnie nie złapie policja, albo godzina jeśli pojadę jak się należy. Lubię być wcześniej więc niech będzie godzina. Dojechałam w czterdzieści pięć minut, nie było miejsca na parkingu, był policjant (wybory!), który, jak zaczęłam jęczeć z obcym akcentem, wpuścił mnie na parking dla kandydatów na radnych. Parkując prawie walnęłam w jego policyjny samochód, ale po słowiańsku zatrzepotałam rzęsami i zwiałam wciskając w spodnie wyłażącą, wykrochmaloną koszulę wizytową, którą kupiłam dziesięć lat temu na pewną rozmowę o pracę i założyłam….dzisiaj! Błyszczyk z pomadką mi się pomylił, paznokcie zapomniałam pomalować, a to taki ważny atrybut nauczycielski te paznokcie…może nie zauważą…lecę! Uniwersytet – piękny, atmosfera – bardzo młodzieżowa, moja szkoła – nowoczesna, ale z duszą, przyszła szefowa – profeska, ale coś tam w klatce piersiowej kołacze. Pyta o pierdoły, jak udało mi się porozumieć z uczniami, którzy nie mówili w żadnym ze znanych mi języków? Ręce mi lekko opadły, ale wytłumaczyłam. Jak wprowadziłabym czas Present Perfect? Maaatkoooo jedyna… na tysiąc sposobów mogę. Pani mówi, że się podoba i pyta czy mogę zaczynać od ósmej czterdzieści. Myślę logicznie tak: dziecko numer jeden, to bardziej niezorganizowane, wypchnę za drzwi na czas, dziecku numer dwa wszystko przygotuję, gwoździem na drzwiach wyryję, że „nie zapomnij plecaka” i naddojrzałe dziecko da radę czterdzieści pięć minut w domu zostać i wyjść na przystanek autobusowy (idąc tyłem, na rękach i pod wiatr to jakieś trzydzieści sekund od naszych drzwi). No przecież od dziesięciu lat wychowuję dziecko na człowieka samodzielnego, pewnego siebie, nie bojącego się wyzwań i nowych sytuacji. Człowieka rozumiejącego potrzeby drugiej osoby, w tym też kobiety, przepełnionego empatią do żeńskiej części rodziny, pamiętającego o otwieraniu drzwi kobietom, urodzinach, rocznicach ślubu i Dniu Kobiet…Znam swoje dziecko i wiem co mogę na jego dziesięcioletnie bary nawrzucać! Wrzucam więc pół godziny samotności i przekręcenia klucza w zamku…i mówię mojej przyszłej szefowej, że i owszem, jestem dyspozycyjna, że dzieci już duże, że je wychowałam na odpowiedzialne i samodzielne jednostki i że będę na czas! No to git! Witam w gronie wykładowców i takie tam pierdy…

W domu opowiadam dzieciom jak to się na mnie wreszcie poznali, jak to podreperowali samoocenę i delikatnie tłumaczę dziecku numer dwa co się zmieni (na dobre oczywiście, w ramach hasła: „szczęśliwa matka, szczęśliwe dziecko”). Dziecko mówi, że ok i milknie…A o tym, że zamilczało w temacie matki pracującej dowiem się później, bo dziecko numer dwa głównie milczy. Kolacja na stole, winko na szczęśliwą nóżkę wypite, a tu widzę minę nietęgą. I niedobrze się robi i wymiotować się chce słodkiej gębuni i jeść już nie będzie i gadać nie chce… Ciągnę za język i dowiaduję się, że ten ból brzucha to nie lody na trampolinie tylko wielki strach! Strach, że nie da rady, że nie zamknie drzwi, że ktoś się włamie, że to będzie jego wina, że nie lubi być sam w domu, że nie lubi wychodzić sam do szkoły, że będzie mu smutno, że cały dzień mu się schrzani, no i że tym wszystkim popsuje mamie radość z nowej pracy, że mamie będzie smutno…

Co robi normalna matka w takim momencie? Nie wiem! I szczerze powiedziawszy mało mnie interesuje co zrobiłaby Beata, Jolanta czy inna Super Niania… Powiedziałam, że jestem pewna, że moja szefowa zgodzi się żebym przyjeżdżała później, że aż tak bardzo nie potrzebuję pracy, że nie umieramy z głodu, że martwiłabym się o niego wiedząc, że on się martwi, że wtedy praca nie sprawiłaby mi takiej radości, że nie ma sprawy, że jak mnie nie chcą, znaczy, że tak miało być. Nie zastanawiając się pięć minut napisałam do mojej nowej szefowej, że nie mogę tak wcześnie rano i zapytuję czy są wciąż zainteresowani…I czekam…i piję resztkę wina z butelki…i nie zastanawiam się czy dobrze zrobiłam, bo to nie ma sensu…zrobiłam to co podpowiedział środek. Zastanawiam się tylko ile razy jeszcze tak będzie…

Jakieś dziesięć godzin później…

Podpisałam umowę o pracę! Na razie na zastępstwa, ale jest duże prawdopodobieństwo, że wkrótce na więcej… A Janek wyszedł na autobus dzisiaj rano, wrócił po minucie i oznajmił, że DA RADĘ!

W Wysokich Obcasach z głową do góry…

DSC05482

Nie chodzę w wysokich obcasach od kiedy zerwałam ścięgno Achillesa, ale napisałam do Wysokich Obcasów i wydrukowali! w ramach konkursu Agory „Polki bez granic” mój list ukazał się tutaj, proszę kliknąć i czytać i się zachwycać!!!

Na wypadek niedziałania linku, oto  mój list…

Kochana, piszesz, że jesteś zajęta, że ciężko ci idzie pisanie doktoratu i że cię studenci męczą. Dasz radę, kochana… Jeszcze dwa miesiące i wakacje. Piszesz też, że kolega Krzysia przeniósł się na Mokotów, że Krzyś bardzo to przeżywa i że chodzisz z nim na terapię. Wiem, jak ciężko patrzeć, jak dziecko tak cierpi. Przepraszasz, że list taki krótki, bo musisz pędzić na Żoliborz, bo pani Krysia zostawiła ci schab ze wsi – ten, który kupujesz od zawsze Pamiętam, że innego do ust nie włożysz. Pytasz, co u mnie? Jak emigracja?

Strasznie złożone to cholerstwo, wiesz?

Emigracja to machanie ręką Wiesz, na ile rzeczy ja się ręką namacham? Machnę ręką na to, ile cukru w płatkach śniadaniowych, bo przeczytałam już sześć innych etykiet, w obcym języku, wyobraź sobie, wyguglałam na maleńkim ekranie telefonu nieznane mi słowa i nie mam więcej czasu na lekturę kolejnego pudełka. A zanim znajdę panią Krysię z warzywami z jakiejś wsi, dzieciom konserwanty uszami będą wyłazić.

Machnę ręką na zdrowie psychiczne dzieci, na to, że im ciężko w szkole, machnę na to, że nie będą w ławce ze swoim najlepszym kolegą (bo kolega pięć tysięcy kilometrów dalej). Ciężko mi, ale podnoszę dziecko z podłogi, kiedy to leży i nie chce iść do szkoły i zawożę, bo wiem, że jak nie pójdzie dzisiaj, jutro będzie jeszcze trudniej

Aż mnie ręka boli od machania na mój dyplom magistra, o doktoracie nie wspomnę. Uczniowie mnie nie denerwują, bo ich po prostu nie mam. A jak mam, to ich rozpieszczam nieprawdopodobnie i nic nie jest w stanie mnie zdenerwować. Macham ręką na to, że pracuję za uśmiech dyrektora szkoły, odznakę wolontariusza roku, albo za trzysta euro za semestr.

Emigracja to demonstracja siły, takiej w stylu: „oj, jaka to ta nasza Ania dzielna”! Sama dojedzie z punktu A do punktu B, dużym samochodem, czytając znaki w innym języku, bez ważnego prawa jazdy nawet. Wiesz, że kupiłam farbę po niemiecku do „ściany nad moją głową”, bo nie wiedziałam, jak jest sufit? Oj, jak się wszyscy uśmiali A jak pochwalili, że sobie tak świetnie radę daję. Zakwestionowałam – w języku obcym, zaznaczę – metody nauczania pani od matematyki taka odważna jestem! Na fejsbuku wrzuciłam piętnaście zdjęć, jak to sama, żeby zaoszczędzić i pokazać, jaka jestem samodzielna, maluję cztery pokoje na raz. Jak to, mimo nieznajomości języka, przebrnęłam przez trzy szpitale z ciężko chorym dzieckiem sama, bez pomocy rodziny, z garstką przyjaciół i jedną nie-przyjaciółką. Jak to spakowałam całe swoje życie w dwa tygodnie i w dziesięć metrów sześciennych i przeniosłam je do jeszcze innego kraju – moc! Jak to rozpakowałam, zrobiłam ciasto i zaprosiłam sąsiadów – taka polska gościnność!

Emigracja to ja to doświadczenie, które przykleja się do mnie z każdej strony i które buduje mnie, moją świadomość, moją duszę. Emigracja to chyba jedyny bagaż, którego przybywa, a z którym jest mi coraz lżej. Muszę jakoś przeżuć niechęć do kraju, który historycznie powinnam nienawidzić. I przeżuwam i uczę się, i jest mi z tym coraz lepiej, coraz lżej… Dla mnie emigracja to elastyczność. Nie mogę sztywno trzymać się opinii, przekonań, stanowisk, które były moje, ważne i jedyne dziesięć, pięć, czy nawet dwa lata temu. Czasem sama się sobie dziwię, jak bardzo staję się elastyczna, mimo że jogę zaniedbuję od dłuższego już czasu. Emigracja to znajdowanie szczęścia w rzeczach, dla wielu błahych. Potrafię cieszyć się, że wreszcie kupiłam dobrą żarówkę, która zapali moją lampę przytaszczoną z Polski. Cieszę się, że dziecko dostało pierwsze zaproszenie na bal urodzinowy, że pani z piekarni mnie rozpoznaje, że dojechałam ze szkoły do domu bez nawigacji. Emigracja to wiecznie nowe doznanie wizualne. Moje oczy i dusza napychają się nowymi obrazami a to najwyższy szczyt Niemiec z okna pokoju, a to ocean za rogiem, a to najpiękniejsze kolory drzew jesienią w Nowej Anglii, a to rowerzysta Bawarczyk z papugą na ramieniu w środku miasta. I wreszcie dla mnie emigracja to chodzenie z polską głową do góry. Stałam się lekko patetyczna chyba, ale ja naprawdę jestem dumna, że reprezentuję sobą mój kraj, pełen cudownych zakątków, śmietników ze szczurami, cudownych, otwartych ludzi, złodziei rowerów, ciekawej historii i zagmatwanej polityki Fajnie jest być Polką na obczyźnie.

Kochana, więc jeśli zaproponują ci wyjazd za granicę, zadzwoń do mnie, wszystko ci opowiem.

z okazji Dnia Gada (serio, dzisiaj!)

“Anya, sweetheart…you know what this is? Three snakes on a mouse trap!” * – słyszę od pana Złota Rączka z piwnicy. Stałam właśnie w pokoju umierania (o pokoju umierania) i o mało co nie zeszłam…

Dwa miesiące wcześniej…

Po tym jak przy każdej nadarzającej się okazji, informuję świat o mojej fobii wężowej. Po tym jak przy każdym napotkanym, wysuszonym na wiór zaskrońcu na ścieżkach górskich, muszą mnie cucić. Po tym jak prawdopodobnie jedyny pływający wąż w Eibsee postanowił odpocząć obok mojego koca piknikowego. Po tym jak przy każdej wizycie w zoo Chris ma rany cięte na bicepsach od moich paznokci wbijanych ze strachu. Po tym jak spadłam z roweru kiedy dotknął mnie przejechany przez moje przednie koło patyk, a ja myślałam, że to wąż i nie opanowałam dwuśladu. Z takim bagażem doświadczeń i emocji, dwa miesiące temu, w Maryland czy może w Wirginii poszliśmy w góry, mój przyjaciel, ja i trójka dzieciorów…Całą drogę dzieci robiły nam psikusy, że wąż pod lewą nogą, na gałęzi, pod liściem. Prześladowanie przybierało czasem formę bardziej fizyczną w postaci pocierania patykiem mojej nogi, ręki, szyi, powodując szereg mini ataków serca i salwy śmiechu zaraz po nich…No taka miła wycieczka w przyjacielskiej atmosferze… Zatrzymaliśmy się na ścieżce, gadamy sobie, niektórzy stojąc tyłem do kierunku marszu i wtedy Kasia, spokojnym głosem, oznajmia, że „uncle Jeff, wąż za tobą…” Akurat…tak jak tych dwadzieścia pięć poprzednich, bardzo śmieszne…Zaglądam gdzie chudy palec Kasi wskazuje i widzę wielkie, czarne bydle pełznące w poprzek szlaku! Żeśmy zauważyli śliczną grzechotkę na końcu ogona, żeśmy przestali oddychać na chwilę, żeśmy się lekko oddalili, zrobili zdjęcie potworowi czarnemu, odzyskaliśmy oddech i poszli żeśmy w milczeniu do domu… Okazało się, że to jeden z dwóch czy trzech gatunków grzechotnika żyjącego na tych terenach właśnie…jadowity przecie…Po początkowym szoku pomyślałam sobie, że ok, mam odhaczone bliskie spotkania z wężami na następne kilka lat.

Panowie robotnicy robią remont naszej ponad dwustuletniej piwnicy. Jakiś kabel naderwali i ogrzewania w niedzielny, rześki jak jasna cholera, poranek nie było. Z panem Złota Rączka przy telefonie poszłam do piwnicy szukać przyczyny naszych sinych warg. No i zobaczyłam coś! Mike Złota Rączka przywracał mi rytm serca przez telefon ciepłymi słowami, że to co zobaczyłam w rogu przy rurze jest pewnie nieżywe, na pewno niejadowite, ale rzeczywiście to może być wąż…Uciekłam z piwnicy, zabrałam dzieci na przymusowy spacer i kolację u znajomych, wypiłam dużo wina i późnym wieczorem wróciliśmy do wiejącego chłodem i ostatnim oddechem węża w piwnicy domu. Skumulowaliśmy się wszyscy w jednej sypialni, najdalej od piwnicy jak to tylko możliwe i…nie spałam całą noc obmyślając plan eksterminacji węża. Rozprowadzę śmiertelny gaz w piwnicy. Przykładem Szwajcarów, zbuduję schron przeciwatomowy z betonowymi drzwiami. Ciekawe czy węże boja się kotów? Dzieci chciały kota. A może psa się boją? Ja wolę psa. W jakiejś książce młodzieńczej czytałam o wężu w wentylacji. A moje łóżko przy otworze wentylacyjnym. Rzucę weń poduszką…i tak nie działa. Zadzwonię do poskramiaczy węży. Pewnie są zapalonymi działaczami na rzecz ochrony środowiska i każą się z nimi zaprzyjaźnić, podać sobie ogony i żyć w symbiozie. Spakuję jutro walizki i wsiądę w pierwszy samolot do Monachium! Nie będzie mnie Ameryka wężami straszyć!

Śniadanie zjedliśmy pod kocami przy otwartym, włączonym piekarniku. Dzieci wykopałam do ciepłej szkoły i czekałam na posiłki. Zjawili się wszyscy, w sumie pięciu chłopa. Pierwszy zjawił się Mike z defibrylatorem, na wypadek gdybym zaniemogła. Wszedł do piwnicy i z ulgą oznajmił, że to nie wąż, a trzy ogrodowe węże (nie te do podlewania, niestety) na pułapce na myszy. Super! Czyli, że mam węże (ogrodowy, czy boa dusiciel to wciąż wąż) i myszy! Boję się jeszcze krokodyli i oposów. Mike mówi, że krokodyli tutaj nie ma, a oposy są, ale chwilowo nie w mojej piwnicy. Przyjechał elektryk Mark zobaczyć, czy to on nie odciął ogrzewania przez przypadek. Nie odciął. Ale ręką machnął na trzy węże. Przyjechał pan od ściany działkowej, wytatuowany Joshua, który uwielbia węże, miał ich gniazdo pod schodami w domu i być może zabierze sobie moje trupy do domu. Przyjechał przesłodki Dan od ogrzewania, znalazł przyczynę sopli w nosie i podzielił się historią, jak to jego mama znalazła węża w pralce. Przyjechał John wężołap. W ciężkim narzeczu bostońskim powiadomił, że to normalne w takich starych domach, że węże jak myszy wchodzą do domu na jesień bo cieplej, że kotów się nie boją, psa też nie bardzo, nie zagazuje węży i mi też odradza. Poustawiał jakieś wnyki na dziczyznę, trutki i inne zniechęcanki. Mike pozatykał wszystkie widoczne dziury w murze, a niewidoczne zaklajstruje jakimś czymś w ramach remontu piwnicy. Mówi, że bunkra nie potrafi zbudować. Panowie serdecznie się pożegnali ze mną, każdy zostawił telefon na wypadek węża, myszy czy innego zwierza.

Dwie godziny później wchodzi Chris po czterodniowej nieobecności i pyta: „Jak ci minął weekend, kochanie?”

 

* „Ania (przez długie „J”) kochanie (Mike i ja – blisko ze sobą jesteśmy :-)!) wiesz co to jest? To są trzy ogrodowe węże (nie do podlewania) w pułapce na myszy”

 

 

o domu…

DSC05566

 

Kto pisze o domu na blogu? Albo nikt, albo nie czytam uważnie…Ja napiszę bo się skurczybykowi należy, bo łazi za mną taki wpis, bo każda drewniana belka przymusza i przypiera do starych murów…

Mieliśmy miesiąc na znalezienie domu w pół obcym kraju, obcym stanie, obcym mieście, bez znajomych, bez kontaktów, bez wskazówek, bez porad. Za to z goniącymi terminami, niewielkimi możliwościami wyboru, z ograniczeniami finansowymi, dziesięcioma metrami sześciennymi życia z Niemiec, dwójką bezdomnych od połowy czerwca dzieci i z ogromnym wsparciem emocjonalnym ze strony rodziny i przyjaciół…Miesiąc temu wprowadziliśmy się do żółtego domu.

 

DSC05555

W 1757 roku drobny właściciel ziemski, Tomek Spencer za czterdzieści funtów ówczesnych kupił sobie ziemi kawałek. Znalazł dwóch budowniczych statków i nakazał im dom dla siebie zbudować. Chłopcy dom zbudowali i tak im się spodobał, że jeden z nich dom później od Tomka odkupił. A potem to ten temu sprzedał, a to tamten tamtemu w spadku zostawił, aż w końcu pewna rodzina z Europy łapę na nim położyła.

Przemądrzała europejska panienka wpadła do domu z batem w dłoni i dalej go tresować. A to niech tam się coś przesunie, przemieści, przemaluje, doklei, utnie, a niech tylko ja się za to zabiorę, przestawię, dobuduję, rozwalę i zaklajstruję…W końcu dom na służyć właścicielom, to ja mam się czuć dobrze w swoim domu, mamy go uklepać tak, żeby nam było w nim dobrze…A tu guzik prawda…Dom za bat mój chwycił i juści nim wywijać…

 

DSC05573

Coś jest w tym domu czego nie czułam w żadnym innym miejscu. Nasza czwórka razem wzięta na wielką duszę…oj, wielką ma, ale nasz dom ma większą. Dusza tego domu jest głębsza, głośniejsza i bardziej dominująca od naszej kolektywnej. Wydaje się, że to my służymy temu domowi, a nie on nam. My jesteśmy przechodnimi opiekunami czegoś bardzo wartościowego, drogocennego, trochę zadufanego w sobie, trochę próżnego…

O ponad dwustuletnie belki w sypialni walnęłam się już kilka razy tak, że mnie odrzuciło na dwustuletnią podłogę. Idąc z jednego końca domu na drugi jest albo pod górkę, albo biegusiem z górki. Niektóre lampy zapala się za pomocą metalowego łańcuszka uwieszonego przy lampie. Nie zapraszam wysokich państwa, bo czoło rozbiją w kilku miejscach. I najfajniejsze – pokój rodząco-umierający!!! Jest taki maleńki pokoik z najbardziej krzywą podłogą w całym domu i tam drodzy moi, chodziło się rodzić, albo umierać. Jak człowiek czuł, że potrzeba taka, że czas się pożegnać, zamykał się w pokoiku z krzywą podłogą i umierał sobie. Jak kobieta czuła że rozwarcie spore, szła i rodziła w krzywym kącie. Mam nadzieję, że nie zdarzyło się tak, że w tym samym czasie jedni umierali, inni rodzili. Byłoby lekko ciasno i lekko z górko-pod górkę… To będzie mój ulubiony pokój, tak mniemam…

DSC05560

Z domem dostaliśmy też ogród, który przypomina czarodziejki ogród, porośnięty bluszczem i pięknymi jesienią, krzakami i kota…Kot nazywa się Shadow i zachowuje się jak cień właśnie. Nie ma go, a jednak jest. Każdego dnia wyleguje się coraz to bliżej drzwi, przy próbie zbliżenia, ucieka kilka kocich skoków dalej i znowu się kładzie…Pewnie jakaś reinkarnacja Tomka Spencera…

Dom jak dom, a jednak nie. Wiemy już, że to nie jest dom naszych marzeń i nie mam zamiaru umierać w krzywym jego kącie, ale coraz bardziej jestem ciekawa jaki będzie jak się go oswoi, pogłaszcze, nakarmi i przytuli…

 

DSC05554

Dom jak dom, a jednak nie. Wiemy już, że to nie jest dom naszych marzeń i nie mam zamiaru umierać w krzywym jego kącie, ale coraz bardziej jestem ciekawa jaki będzie jak się go oswoi, pogłaszcze, nakarmi i przytuli…

 

DSC05572 - Version 3

Z okazji Bożego Narodzenia zrobiłam kilka zdjęć naszego zaczarowanego domu, który w tym świątecznym okresie wydaje się być jeszcze bardziej zaczarowany. Zapraszam zatem do mnie, na krzywe podłogi, niskie sufity, ciasto rumowe i dobrą herbatę…

DSC07382

DSC07363

DSC07351

DSC07386

DSC07369

DSC07355

DSC07375

DSC07349

DSC07396

DSC07345

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Językowe śmichy chichy

IMG_0499

 

Będę pisać i publikować, bo ciągle się zdarza, że któryś coś powie, ja zapomnę zapisać i ucieka…

Code switching (czyli zmiana kodu językowego czy „na nasze” mieszanie języków) ostatnio rozgościło się w naszym domu na dobre. Wszystko za sprawą prawie miesięcznego pobytu u mojego przyjaciela w „Marylandzie”, który to, niezwykle uzdolniony językowo, ale nie mający dużej styczności z polskim po tym jak wrócił z kilkuletniego pobytu w Polsce kilkanaście lat temu, miesza te dwa języki jak się patrzy… Moje dzieci, lekko wcześniej strofowane za takie mieszanki, rozbrykały się na dobre językowo i takie kwiatki wychodzą…

Kasia: „Does anyone have a papierek? I need to wypluć gumę”

I co robić, moje mądre językowe koleżanki? Po łapach, czy zostawić? Ja sama rozluźniłam się trochę jeśli chodzi o mieszkanie języków. Staram się pilnować, ale czasami po prostu się nie da…”Co dostałeś z science?” No bo jak mam zapytać? To nie jest „środowisko”, które mieliśmy w pierwszej klasie, to byłaby zniewaga dla „sajensa”. „Co dostałeś z tego przedmiotu, który łączy w sobie biologię, chemię i geografię?” Naturalnie!!! Zdaje mi się, że Sylaba pisała o tym kiedyś…bo ja mam problem z tymi kolacjami i obiadami, tak więc mówię, że „nie mam czasu teraz, bo robię dinner”. Kiedyś spróbowałam „obiad” robić, to mi powiedzieli, że obiad to zupa plus drugie danie u babci Irenki! I nigdy nie włożę buta do pięciosylabowej „półki na buty”, zawsze jest i będzie „Schuhschrank”! Jeszcze nie „jeździmy karem i nie mamy bołta na jardzie” więc się nie martwię…

W przerwie, przebłysk Katarzynowego poczucia humoru…Jesteśmy w sklepie. Kasia: „This is cool!”, ja: „Kaśka, po polsku!”, Kasia: „To jest troszkę zimne!”

I na koniec coś co mnie chwyciło za serce…Fajnie jest mieć dzieci, które mieszkały w różnych krajach, mają korzenie w różnych kulturach i pewnie dzięki temu są wyczulone na rzeczy, na które inni może nawet nie zwróciliby uwagi. Na parkingu przechodziliśmy obok samochodu, który miał naklejkę (no przecież!!) „Welcome to America, now speak English”  (witamy w Ameryce, teraz mów po angielsku). Kasia się oburzyła, że kraj imigrantów, a takie głupoty wypisują. „Będę mówiła w jakim języku mi się podoba” powiedziała i wskazując na samochód „and du bist eine grosses dupchen!” (miało być, że wielkim dupkiem/dupką jesteś), a następnie zmieniła język w swoim telefonie na niemiecki (polskiego nie ma!)!

Bumper sticker prawdę ci powie…

Screen Shot 2014-09-26 at 12.48.09 PM

 

Bumper sticker czy też naklejka na samochód proszę państwa, to tajemny sposób porozumiewania się Amerykanów. Z racji tego, że Amerykanie spędzają znaczną ilość czasu w pojazdach mechanicznych, a potrzebę komunikowania mają taką samą, jeśli nie większą niż inni, wymyślili naklejki na zderzaki. Samochody wielkie, zderzaki, ma się rozumieć, również, a mimo to rosnąca potrzebna komunikacji i przekazywania informacji o wszystkich użytkownikach pojazdu wymusiła rozprzestrzenianie się naklejek poza zderzak. Czasami naklejki nałażą na cały samochód. Zdarzyło mi się jechać za samochodem tylko dlatego, że nie zdążyłam przeczytać wszystkich wiadomości na jednych światłach.

Komunikacja polega na tym, że właściciel Hondy czy Toyoty, bo w Stanach każdy jest, był, albo będzie właścicielem samochodu tej marki, umiejscawia informacje o sobie oraz o pozostałych użytkownikach, z gatunku homo sapiens oraz innych podgatunków korzystających z dobrodziejstw przewozowych, na samochodzie i tym sposobem określa siebie i swoją rodzinę i przestawia się innym użytkownikom drogi. Obiorca wiadomości czyta, porównuje ze swoimi światopoglądami, które wiszą już na zderzaku, i buduje swoje zdanie, montuje opinię… Uśmiechnie się może, zajedzie drogę w geście dezaprobaty.

W Niemczech szczytem komunikowania się z innymi podróżującymi są równiutko ponaklejane na okno patykowe ludziki z imionami pod nimi, że w samochodzie jedzie Lea, Jonas i pies Fifi. Tutaj imion nie widziałam. Być może to byłoby już zbytnie obnażanie się, bo przecież naklejka z wiadomością, że należysz do grupy wsparcia dla nieszczęśników z wrośniętym paznokciem nie jest wiadomością zbyt prywatną. Oprócz nudnych wiadomości, że kierowca ma magistra z uniwersytetu A, a jego dzieci doktorat z uniwersytetu B, należy się również podzielić poglądami politycznymi, najlepiej stosując czarny pijar względem opozycji, upodobaniami religijnymi oraz zapewnić jadących obok, że JESUS LOVES nawet YOU, miłością do partnera (I serduszko MY WIFE), podnieść swoją samoocenę naklejką OJCIEC ROKU 2013, podzielić się danymi medycznymi, skłonnościami do używek czy postraszyć przejeżdżających dyskretną informacją o przynależności do NRA (związek popierający posiadanie broni).

Kasia i ja uwielbiamy czytać takie wiadomości! Z wielką ciekawością „zaglądam” do samochodu mijając go i sprawdzam jak wygląda „jestem w 1/23 Szwedem”, „ nie jestem wegetarianką” czy „myję wyłącznie prawą nogę”. Ciekawe jest jak szybko buduje się opinie patrząc na zderzaki samochód, jak inaczej patrzę na kogoś, kto chwali się, że uścisnął dłoń Sary Palin, a na kogoś kto właśnie wygrał z rakiem piersi. Czy to dobrze, czy źle? Nie wiem…

Co znalazłoby się na naszej Hondzie (tak, hipokryzja wyłazi uszami…)? Oświadczyłabym, że POLSKA RULEZ, Alpy bym nakleiła, trzy pary nart i jedną deskę, że Widera na Sołtysa Starokrzepic, że Dwujęzyczność Cię Zbawi, że Crohna mamy, usunięte migdały też można taśmą przymocować, znaczek grupy wsparcia dla kobiet z wysuniętą dolną szczęką, legitymację z ważną pieczątką związku Polskich Żon Amerykańskich Mężów, ostrzeżenie UWAGA BLOGUJĘ i żeby mnie do wody nie wrzucać, bo pływać nie umiem, że w środy mamy karate, a we wtorki wyprowadzamy psa sąsiadów. Na razie Honda nasza dziewicą naklejkową jest! I niech tak zostanie…

Mamy sąsiada. Pytam Chrisa czy go poznał, czy fajny, czy nam się będzie dobrze na spółkę przycinało żywopłot? Chris na to, że nie wie, nie poznał jeszcze, ale samochód przed domem ma naklejkę „Vote for Obama” czyli, że w porządku są! I od razu łatwiej się poszło z butelką wina do sąsiadów, się wypiło i się ugadało, że z żywopłotem poczekamy jeszcze z tydzień czy dwa…

 

Postscriptum…W niedzielę pojechałam odwiedzić stan, z którego to stanu nazwą mam problem fonetyczny. Raz na pięć uda mi się wypowiedzieć „Connecticut” poprawnie! Dobrze, że tam nie mieszkamy! Jadę sobie po jakimś mieście i mijam na pasie obok samochód, na zderzaku flaga Unii Europejskiej i flaga Polski. No ciepło mi się w dołku zrobiło, minęłam gościa, uśmiechnęłam się, poczułam się tak „u siebie”, bezpiecznie, że „nasi” są, że chcą pokazać, że są Polakami…oj miło, jak miło…I tak miło myśląca jadę sobie swoim pasem, a ten dupek jeden, kretyn, idiota do kwadratu, wyprzedza mnie przekraczając znacznie dozwoloną prędkość, zajeżdża drogę i hamuje przede mną…No oczywiście, typowy Polak!!! I było naklejki nalepiać?

nowe…

DSC05482

nowe

 

nowe liście

nowe ściany

nowe latające ryby

nowe szepty

nowy uśmiech

stop…

 

świeże małże

chrupkie słowa

sokiem ociekające sny

wytrawne twarze

słodsze jakby łzy

dość…

 

znajoma twarz

nieznana dłoń

parking blisko gdzieś nieba

widoczna ja

schowany ty

my…

 

nowy ty

i nowa ja

nowe nasze pobłogosławione

nowy zapach

nowy smak

zaczynam…

 

 

Rhode Islandowe Nawidzki i Nienawidzki cz. II

DSC05444

Wszystkie Nienawidzki, oprócz ostatniej, to takie pierdoły, czepianie się i szukanie dziury w początkowym stadium amerykańskiej transformacji. I czasownik „nienawidzić” jest zdecydowanie za mocny, no ale sama Nienawidzki Nienawidzkami nazwałam to jedziem…

Nienawidzę amerykańskiej pościeli z trzema poduszkami pod łeb (mam jakieś szeroko rozłażące się poczucie sprawiedliwości i pilnuję żeby co wieczór spać na innej poduszce co mnie strasznie męczy…) i pięcioma warstwami części mnie przykrywającej, którą to część moja polska dusza sprzątaczki musi codziennie rano doprowadzić do porządku, a co wyczynem jest nie lada, bo cholerstwo z trzy razy większe jest od powietrzni i tak dużego łóżka i się wetknać pod wierzchnią warstwę nie pozwala. Co się człowiek nałazi dokoła łóżka, to jego… Problem rozwiązałam dzisiaj kupując w Ikei (o Ikei będzie jeszcze, bo to moje największe przeżycie językowo-kulturowe od sześciu tygodni!!) Kustrutę, Alvine Kvistę i Strandkrypę oczywiście. Będę spać po europejsku!

Tyle się trąbi o ochronie środowiska, eco, bio, organic, że mleko od krowy karmionej piersią, mięso od rozgrzeszonego przed śmiercią kurczaka, pierze w poduszce od dobrze na tym zarabiającej gęsi i ser od owcy z doktoratem…Mieszkają matołki w przepięknym stanie, gdzie ocean, mnóstwo zieleni, natura piachem do domu włazi, a taki obrazek…Od ponad tygodnia jeżdżę samochodem po Jaśka do szkoły, wraz z trzydziestoma innymi mamami parkujemy pod szkołą pół godziny wcześniej i czekamy… Otwieram okna, włączam muzykę i czekam z tyłkiem przylepionym do ekologicznie skórzanego siedzenia mojego samochodu, albo wysiadam i tyłek wietrzę. Reszta? Wszyscy, dosłownie wszyscy, mają włączone silniki i się nawiewają klimatyzacją!! Przez pół godziny, trzydzieści raczej mało ekologicznych samochodów stoi pod szkołą i warczy…Nie pamiętam dokładnie ile minut można stać z zapalonym silnikiem w Niemczech, ale jakoś tak krótko! Ja nie jestem z tych co się do drzewa łańcuchami przykuwają, ale takie zachowanie doprowadza mnie do szału!!

I jeszcze jeden Nienawidzek w temacie klimatyzacji…klimatyzacja sama w sobie! Wariacki kraj to jest, w którym zabiera się swetry, szaliki, uszanki i walonki do muzeum, sklepu czy restauracji…Dawno tak nie zmarzłam jak siedząc przed ciepłymi obrazami Moneta w muzeum narodowym w Waszyngtonie. Naruszyłam przestrzeń osobistą kilku gości na ławce, przykryłam się rzeczami z torebki czyli mapą metra, pomadką i iPhonem, a i tak sopelek pod nosem się skrystalizował. Chyba, że te ekstremalne temperatury to jakaś akcja podnoszenia odporności narodowego organizmu…w taki wypadku, przepraszam…

Pierwszy raz bankomaty drive-thru (co się z samochodu tyłka nie rusza) widziałam w Marylandzie i się zaniepokoiłam stanem intelektualnym korzystających…Zaczęłam obserwować i okazało się, że mamy też piekarnie wjazdowe i apteki również…Przyobserwowałam sobie taki bank jeden pod naszym hotelem z jednym przelotnym bankomatem. Ósma rano, korek do bankomatu taki na pięć samochodów, pod bankomatem taka Ania (bo jestem pewna, że tak właśnie by mi się przytrafiło) podjechała trochę za blisko krawężnika, postanawia wycofać trochę, pani w samochodzie za nią lekko się zdenerwowała i nacisnęła na klakson, Ania się zreflektowała i ruszyła do przodu, zatrzymała się i kiedy otworzyła okno, okazało się, że ręka za krótka, otworzyła drzwi żeby wysiąść, drzwi lekko musnęły krawężnik, nic to…za Anią sznur samochodów, z włączonymi silnikami oczywiście, z pasażerami, którzy po to właśnie przyjechali do przelotnego bankomatu żeby było szybciej, a tu taki niefart! Z ciekawości zaglądam do banku…pusty parking, trzy wolne okienka z uśmiechniętymi twarzami i jeden bankomat przy drzwiach…bez ogonka oczekujących… No nie wiem co myśleć?

To były pierdoły…

Teraz prawdziwy Nienawidzek….

Nienawidzę, że nie jestem w Garmisch! Nienawidzę, że za oknem nie ma mojego, prywatnego Alpspitze. Nienawidzę, że jak się wychylę trochę z balkonu (nie mam nawet pieprzonego balkonu) to nie widzę najwyższego szczytu w Niemczech, który tylko czasami można podziwiać, ale wtedy kiedy można, zapiera dech w piersiach. Nienawidzę, że kiedy zawożę Jasia do szkoły nie widzę wdrapującego się po skałach wstającego słońca. Nienawidzę, że kiedy wychodzę z domu, nie czuję ostrego, górskiego powietrza, które włazi w każdą tkankę…chcę marudzić, że, jak zwykle, pogoda jest do kitu, chcę nie móc doczekać się pierwszego śniegu i pierwszych nart, chcę wkurzać się, że nie dostałam dobrej grupy na narty, chcę rano pojechać dwadzieścia kilometrów rowerem pod górkę, paść z wycieńczenia, a mieć szron na rzęsach, chcę dzieciom na przegryzkę kupić świeżego precla, napić się piwa z przyjaciółmi po kilkugodzinnej wycieczce górskiej, chcę pięć razy zejść do piwnicy po pranie, z praniem, po ogórki, z sałatką i do pralki, bo zapomniałam włączyć…chcę zadzwonić do domu i nie mówić „dobranoc” w porze mojego obiadu…tęsknię…bardzo…i nienawidzę tego stanu…

 

 

 

 

Rhode Islandowe Nawidzki i Nienawidzki cz. I

Screen Shot 2014-09-05 at 5.59.43 PM

O florze i faunie Stanów Zjednoczonych Dzikich Zwierząt będzie później ( post gotowy prawie), bo mi się kołaczą po głowie myśli poznawczo-porównawcze z krótkiego, acz intensywnego pożycia w moim nowym kraju i muszę, inaczej się uduszę, zapiję na śmierć, albo okaleczę, nieumyślnie oczywiście, współlokatorów moich…

Dyplomacji i poprawności politycznej nie jadam, więc będzie prostu z mostu, tego na zdjęciu…Nawidzki i Nienawidzki

Po amerykańkiemu, Nawidzki pierwsze…

Okazuje się, Amerykanie to też ludzie. Powiedziałabym nawet, że sortu lepszego niż znajome mi europejskie typy co poniektóre. Jestem pewna, że idiotów w tym kraju jest pod dostatkiem. Wystarczy spojrzeć na statystyki, od wyborów politycznych poczynając, przez zadziwiające upodobania w kwestii broni palnej, na świadomym wyborze niezdrowego stylu życia i radosnej akceptacji konsekwencji tegoż wyboru skończywszy. No i nie uważam, że wszyscy ci wariaci mają sądowy zakaz zbliżania się do mnie, więc wysnułam daleko optymistyczny wniosek, że nawet zawzięty Republikanin z nadwagą, w zaparkowanym czołgu z włączonym silnikiem przez pół godziny, z bagażnikiem wypełnionym ciężkim sprzętem bojowym potrafi być miły dla takiej „blondynki” jak ja. Bez kitu, jestem w Stanach sześć tygodni i jedyne co mi się przydarzyło to niecierpliwa kierowczyni, która mnie obtrąbiła (i to nie „u nas” a w jakimś dziadowskim Marylandzie) i wpychająca się bez kolejki nieprzyjemna rodzina, która po oględzinach i osłyszynach okazała się być Niemcami. Jak na razie wszyscy są niezwykle mili, uczynni i pomocni. A pomocy potrzebuję nieustannie. A to się zgubię, a to nie umiem nalać benzyny, a to pracy szukam, a to sera nie widzę chociaż wisi przed nosem, a to coś źle wymówię, a to się zgubię, a to się zgubię, a to się zgubię… Zawsze ktoś pomocną, amerykańską łapę wyciągnie. Ludzi tutaj bardzo lubię!

Uwielbiam pogodę…Zdaję sobie sprawę, że jak to z pogodą, się zmieni, ale póki co, jest bosko! Przez ostatnie sześć tygodni padało jeden cały dzień (i to nie „u nas” a w dziadowskim Marylandzie) i przeszło kilka szybkich, letnich burz. Pewnie, że jak się jest z Garmisch to każda pogoda, szczególnie letnia, jest lepsza niż nasza (czyt. do dupy), ale jakże lepiej się wstaje kiedy każdego dnia rano widzę czyste niebo w pięknym, błękitnym kolorze i słońce.

Uwielbiam, że jest zielono…Rhode Island wydaje się być gęsto porośnięte lasem, głównie liściastym. Drzewa są niesamowite! Stare, pokręcone, rozgałęzione na wszystkie świata strony, niezwykle liściaste i takie żywe…Drzewa mnie rozwalają, a to dopiero początek…jeszcze jesieni nie było…

Lubię to, że cały czas jest wiatr…że w samochodzie każdy wozi krzesła plażowe, że w każdym zakątku mojego samochodu jest pełno piachu z plaży, zupa z małży stała się moim ulubionym daniem, ludzie mówią z bardzo ciekawym akcentem, którego czasem nie rozumiem, ale słucham i się zachwycam, mam polski chleb i ogórki kiszone z polskiego sklepu w lodówce…

Nawidzków się jeszcze nazbiera, mam nadzieję, ale na koniec mój ulubiony Nawidzek… Kiedy przeprowadziliśmy się do Garmisch, zajęło mi kilka lat żeby poczuć się „u siebie”. Myślałam dotąd, że to normalne, że tak jest w każdym miejscu, że potrzeba czasu, przyjaciół, znajomych miejsc żeby poczuć się dobrze. I w Garmisch czuję się jak w domu i zawsze tak się będę czuła, ale zdarzyła się ciekawa rzecz. Nie wiem czy to Stany, czy to Rhode Island, czy to nasze gówienko – East Greenwich, ale czuję się tutaj bardzo dobrze, zaryzykuję stwierdzenie, że czuję się u siebie… Aż się zadumałam na moment kiedy to napisałam, bo nie chcę taka uczuciowo wyrywna być, ale tak właśnie się czuję. Oczywiście, że gubię się przechodząc przez ulicę, że nie rozpoznaję żadnego miejsca, znam sześć osób w tym swojego męża, ale jest mi znacznie łatwiej niż było w Garmisch na początku. I zastanawiam się czy to ja? Czy jestem bardziej dorosła, bardziej doświadczona życiem, czy to język i fakt, że mogę się dogadać? Jestem pewna, że znajomość języka znacznie ułatwia poczucie usiebości, ale czy aż tak bardzo? Czy może to kraj, miejsce? Bo Ameryka jakaś mniej „sztywna” mi się wydaje niż Niemcy, jakoś tak więcej wolno, nie czuję takiego paluszka uniesionego „oj, uważaj, Ania”…Czy mi się tylko wydaje? Czy może kolejna przeprowadzka ułatwia wiele? Ciekawa jestem co myślicie? Czy może prawda jest znacznie bardziej przyziemna… Nie karmię piersią jak trzynaście lat temu i mogę sobie wypić lampkę wina wieczorem!

Nienawidzki następnym razem żeby nie psuć piątkowego wieczoru…

myśli przeprowadzkowe 01.08.14 (21.00 czasu europejskiego)

photo

No to jesteśmy…w kraju moich dzieci, w kraju Chrisa, w kraju, o którym różnie się mówi…że gruby, że głupi, że wsadza nos w nieswoje sprawy, że wykorzystuje sojuszników, że je syfiaste jedzenie, pije płynny cukier, wali golizną po oczach, czy wręcz przeciwnie, naciąga kołdrę na purytańską głowę…

Może jestem za krótko, może jestem w złym miejscu, może mamy zbyt fajnych gospodarzy, może za dużo piję…nie wiem, ale na razie mnie się podoba!

Pogoda jest cudowna! Okolica urocza, kierowcy fantastyczni i wszędzie te uśmiechnięte gęby! Wszyscy są niezwykle mili, pomocni, uczynni i wiecznie uśmiechnięci…a że może to sztuczne uśmiechy…co mnie to obchodzi?! Wolę być obsługiwana przez sztucznie uśmiechniętą Sheryl niż szczerze skrzywionego Jarosława! I że chodników nie ma i że nikt na rowerze nie jeździ? U nas i chodniki są i ludzie na rowerach jeżdżą. Od trzech dni i ja jeżdżę, sama, z muzyką w uszach, piękną ścieżką rowerową wokół jeziora i jest mi tak super dobrze! I spotykam codziennie tych samych, pozdrawiających ludzi, na ścieżkę wyskakują zające z lasu (serio!), omijam gęsi jakieś dzikie i szare wiewiórki…Niech się wreszcie coś spieprzy, bo pomyślę nieopacznie, że ta Ameryka to rzeczywiście fajny kraj i odbiorą mi polski paszport z powodu niewydzielania żółci…

Jedyny minus tego błogiego stanu rzeczy to, i to nie wina Ameryki wcale, bezdomność obezwładniająca, włażąca do walizek, do głowy, do serca…z naciskiem na walizki jednak. Jeszcze nigdy nie było tak, że już i jeszcze nie mamy domu i to mnie trochę rozwala. Zaczynam opowiadać o jakiejś poduszce w zielone listki, którą mam „w domu” i okazuje się, że domu nie ma i nie wiem gdzie ta cholerna poduszka – wysłana, sprzedana czy podarowana…Ale…przejadę się na rowerze, założę wygniecioną sukienkę wyszarpaną z walizki, napiję się wina z przyjaciółmi i będzie git!