Narciarski prysznic

Screen Shot 2013-12-09 at 16.16.21

Taki prysznic na przykład…dla ludzi, którzy nie zostali pobłogosławieni rodzicielstwem taki prysznic to zwyczajna, codzienna przyjemność, czasem nawet obowiązek lub coś na co tacy szczęśliwcy nie zwracają większej uwagi. Z cichego pokoju, z uporządkowanej kuchni, pachnącej egzotycznymi potrawami, z sypialni w bielach i beżach wchodzą do łazienki. Wchodzą spokojnie, pewnym krokiem, nie skradają się cichaczem oglądając się za siebie w obawie, że za nimi kilka par wielkich oczu zagląda i tylko czeka na ciche tyknięcie zamykanych drzwi. Nie wiedzą ci szczęśliwcy jak to jest w stresie polać się pianką do golenia zamiast mydłem, ogolić rękę zamiast nogi i zmyć makijaż pastą do zębów. A i tak, z doświadczenia i z badań statystycznych wynika, że prysznic to dopiero drugi po załatwianiu swoich potrzeb fizjologicznych najbardziej atrakcyjny czas dla spragnionych uwagi swoich rodziców dzieci. Wydawać by się mogło, że z wiekiem i z przyrostem szarych komórek, takie naloty łazienkowe stają się rzadsze. Wydawać by się mogło, że nastolatki, które same dopominają się głośno i wyraźnie prywatności, będę w stanie zrozumieć, a w porywach może nawet odwzajemnić, potrzebę prywatność łazienkowej. No nie… Dzieci, jakby nie było z mojej osobistej macicy wylazły i wiele im można wybaczyć, ale żeby chłop świeżo po pięćdziesiątce, broniący jak lew swojej „private space” Amerykanin nie poszanował zamkniętych drzwi do łazienki to nie wiem…w łbach się poprzewracało!

Ale zanim o prysznicu, to słówko jeszcze o poletnim, rodzinnym zaniku komórek mózgowych. Komórek mózgowych odpowiedzialnych za funkcjonowanie zimowe, a szczególnie za poczynania związane z pierwszym wyjściem na narty!  Nie wiem czy tylko w mojej rodzinie jest tak, że po lecie nikt nie pamięta, że zimą nosimy rękawiczki, że jest ich zazwyczaj dwie, tak do pary, żeby pasowało do liczby rąk na przykład? Że jak na narty jedziemy, to i narty trzeba zabrać, żeby było łatwiej zapamiętać, też każdy ma po dwie, a snowboard jest jeden, na obie nogi, tak dla kontrastu. Piątek wieczór, wszystko ustalone – Chris z dziećmi jedzie rano na narty do Austrii, przeziębiona matka zostaje i haruje…to znaczy, leczy się w domu. W delirium gorączkowym wymyśliłam sobie, że wezmę gorący prysznic, zrelaksuję się i pójdę wcześniej spać, a prawie dorosłe już dzieci i na pewno dorosły już mąż przygotują wszystko na narty. Żeby nie było, że tak im w ciemno ufam…tydzień wcześniej robiliśmy ćwiczenia poligonowe w temacie narty i snowboard. Podstawy takie…gdzie od pięciu lat trzymamy kaski? Ile kasków należy na głowę założyć? Że buty snowboardowe nie wepną się we wiązania nart, że jeansy się nie nadają, a okulary słoneczne nie zastąpią gogli.  No więc stoję, jak mnie Bóg stworzył pod prysznicem naiwnie myśląc, że tym razem, wyjątkowo mi się uda, a tu wpada jedno dziecko z rajstopami w kolorze grafitowym. Mówi, że nie chce, bo chłopcy w rajstopach nie chodzą, kalesony i inne rodzaju takiego też nie, bo cisną w butach, mówi, że bez. Gdyby to się nie zdarzało co roku, od pięciu lat, może i pokusiłabym się o jakieś wytłumaczenie. Zamiast tego, pokazałam palcem drzwi. Ciepła woda rozgrzewa moje plecy i jest mi bardzo przyjemnie. Wpada druga znajoma gęba…że kolor bluzy nie pasuje do koloru kurtki. Ale kurtka przecież będzie zapięta po szyję, bo zima jest – no tak, dochodzi do nastoletniej głowy. Głowa i reszta ciała wychodzą. Nagle zamiast przyjemniej, ciepłej wody dostaje lodem w ciekłej postaci po plerach. Chris zmywa a jak zmywa w kuchni to woda w łazience zmienia temperaturę…na ujemną! Nie będę drobiazgowa, pomyślałam, zacisnę zęby i poczekam jak umyje ten cholerny garnek! Znów wrzątek na klatę, znaczy, że wyciera garnek, mam chwilę przed myciem kolejnego! Włazi znowu głowa w kasku i goglach i mówi, że głupio trochę, że kask czarny a gogle białe. Mówię, że super jest, a głowa na to, że przymierzy te z poprzedniego roku, dokładnie te same, które podczas ćwiczeń poligonowych były za duże i za czarne. Zamykam oczy i…dostaję strumieniem zimnej wody po twarzy. Drugi garnek się myje…zastanawiam się co było na obiad i w ilu garnkach gotowałam. Odsuwam się spod strumienia i czekam. Wchodzi chłopczyna powiedzieć, że buty narciarskie są za duże. A skarpety ciepłe włożyłeś człowieku? Nie! Wychodzi po skarpety. Odliczam do dziesięciu…ciepła woda jest! Czekam aż pojawi się kolejna głowa w drzwiach  w czapce, w kasku, w koronie… Nikogo nie ma. Ostrożnie, z pewną dozą niepewności sięgam po mydło i nieśmiało zaczynam delektować się czymś tak zwykłym jak prysznic. W łazience parówka, jest ciepło i przyjemnie. Nagle otwierają się drzwi, cała para natychmiast ucieka z łazienki i wsuwa się wielka głowa w jeszcze większym, czarnym kasku i goglami na połowie twarzy. „Aniukha (taką mam ksywkę w domu), gdzie moje kalesony na narty?”

Dobrze o Polsce!

DSC01077

Z takim porządnym poślizgiem wypowiem się Dobrze o Polsce…Co by tu powiedzieć żeby nie skłamać? Żartuję oczywiście…odnoszę się tutaj do kilku już postów Eli Ławczyc na temat mówienia dobrze o Polsce! Wszystkimi odnóżami podpisuję się pod projektem i zgadzam się z tym o czym było już na wielu blogach i forach, że przedstawianie dzieciom pozytywnego obrazu Polski na pewno poprawi ich stosunek do kultury i języka a tym samym poprawi samą jakość tego języka! Zadałam dzieciom pracę pisemną pewnego razu. Mieli napisać dobrze o Polsce! Oto owoce ich ciężkiej pracy.

Gdyby Jasiek był psem, byłby Border Collie (po polsku jak?) to taki pies z lekkim ADHD, który zawsze musi mieć coś do roboty, jakieś zadanie, jakiś projekt do wykonania, jakiś cel. Ale byłby takim psem z defektem, który nie dosłuchuje do końca poleceń, nie zadaje pytań kiedy tych poleceń nie rozumie (bo jak pies pyta, nie błądzi…) i wykonuje polecenia tylko takie, które mu odpowiadają. Tak więc Janek niedosłyszał, że miało być po polsku, niedopytał i napisał to, co mu się wydawało że mu psia matka napisać nakazał. Wykonał zadanie w pięć minut, w zębach przyniósł kartkę i z wywieszonym językiem czekał na kolejne. Mogłabym również tłumaczyć, że wyjątkowo nabazgrał , że zazwyczaj pisze ładnie i że pisał w weekend, a wiadomo, że w weekend paluszki posłuszeństwa odmawiają, ale nie…Wyjątkowo zdarza się, że pisze ładnie, wtedy zaczynamy się martwić. To co tutaj widzicie, to jego „normalne” pismo…widać, że szlaczków w amerykańskiej szkole nie ćwiczą. Tak więc Jasiek twierdzi, że Polacy to inteligentni ludzie, wyrozumiali, wyluzowani, radośni i weseli. Dodał jeszcze, że w Polsce mamy produkty wysokiej jakości…muszę przyznać, że obserwacja dość ciekawa.

Screen Shot 2013-12-06 at 16.51.51

Katarzyna natomiast musiała mieć do jakiś poważniejszy interes typu wsparcie finansowe lub podwózka, bo się postarała. W podgrupy nawet się zabawiła! I jak wam się podoba? Gdyby jakiś tłumacz angielsko polski potrzebował kiedyś pomocy, Kasia służy kreatywnością…determined mindset od dzisiaj tłumaczymy jako „spięcie dupy”! No i koniecznie musimy ustalić termin na nowe święto – Marzenki! Czekam na propozycje!

 

Screen Shot 2013-12-06 at 16.53.18

Piosenka antykoncepcyjna

zug2013

(ten post napisany był gdzieś pomiędzy Ulm i Wiesbaden, a zdjęcie z podróży jest)

 Antykoncepcja ukierunkowana na nią…kategoria: antykoncepcja muzyczna

Na początek wyjaśnienie terminu „piosenka antykoncepcyjna”. Posłużę się swoją własną definicją wynikającą z obserwacji faz księżyca, śluzu i poziomu estrogenu. Od czasu do czasu dopada męża mego, podobna do zwierzęcej, chęć zwabienia partnerki na pieśń godową. Nie wiadomo dlaczego uważa on, że śpiewać potrafi co oczywiście nie jest prawdą, ale jak tu takiemu rozanielonemu chłopakowi powiedzieć prawdę? Przecież dobiję człowieka. Więc wyje przeraźliwie, a ja uśmiecham się nieszczerze i kombinuję co by tu zrobić żeby mnie głowa rozbolała…czasem zaczynam walić nią o blat stołu – aż tak źle jest! Na szczęście z wiekiem tracę słuch co bardzo pomaga mi w udawaniu zachwytu i podziwu dla akrobacji głosowych Chrisa. Ale antykoncepcyjny nie jest zupełny brak talentu męża, a raczej repertuar przez niego wybierany. Chrisa gust muzyczny był i jest dla mnie wielką inspiracją. Wyszukuje bardzo ciekawych artystów i, co i rusz, przynosi jakiś dreszczogenny kawałek…Ale to tyczy się tylko i wyłącznie słuchania. Jeśli chodzi o pieśni godowe wykonywane otworem gębowym, wybór repertuaru jest żałosny. Na wiosnę zabrał się za własną interpretację jedynej znanej mi piosenki wielkanocnej „Here Comes Peter Cottontail” (dla nieangielskich – o króliku), następnie była faza muzyki country i o tym, że znów w siodle się jest  – „Back In the Saddle Again” (i nieeeee to nie Aerosmith, to Gene Autry). No i jedna z najbardziej skutecznych piosenek antykoncepcyjnych – Krzysztof Krawczyk i „ Zatańczysz ze mną jeszcze raz..” Ostatnio jednak politycznie się zrobiło…Oczy Europy do niedawna były zwrócone na wschód z powodu Pussy Riot. Zwrócone były szczególnie męskie oczy na szczególnie atrakcyjną część ciała dziewczyn. Chris oczywiście ma zakaz interesowania się klatką piersiową większą niż rozmiar A minus, ale ponieważ politycznie chciał się jakoś zbliżyć do opozycjonistów wybrał białoruski duet męski pod tytułem Rocker Joker (oto Rocker Joker na YouTube). No i śpiewa…myślę sobie, że bliższego kontaktu fizycznego niż przypadkowe dotknięcie dłoni przy podawaniu soli podczas obiadu długo nie będzie!

Antykoncepcja ukierunkowana na niego…kategoria: antykoncepcja wegetariańska

Chyba już wszyscy wiedzą, że katujemy się wegetarianizmem. Nie czuję, że się jakoś szczególnie poświęcam dla ideologii głoszonej przez wegetarian, ale że często się zdarza, że ideologia prowadzi do zawężenia mózgowego czy też emocjonalnego, a z czasem do ubezwłasnowolnienia umysłowego, należy się buntować! Ja, dla poprawienia kondycji umysłowej, buntuję się dwa razy w tygodniu przez pół godziny. Z różnych powodów. Wegetariańsko buntuje się raz w roku, w wakacje! Nie pociąga mnie szynka wielkanocna, której woń połączona z wodą świeconą unosi się z koszyczka po całym domu. Nie dostaję ślinotoku na myśl o naszej starokrzepickiej tradycji wtranżalania pieczonej kaczki po pasterce. Ale nie jestem w stanie wyobrazić sobie ogniska czy grilla bez zjedzenia kawałka śląskiej i wypicia Żywca! No weź zabij, ale nie! Przeciwny jawnożercom śląskiej Chris ogłosił, że do zbliżenia intymnego, wliczając nawet bardziej czuły pocałunek, może dość po upływie dwóch tygodni od mojego ostatniego kawałka śląskiej. Tak dla oczyszczenia organizmu. Dlatego właśnie jeżdżę na wakacje do polskiego grilllandu sama, a potem oszukuję Chrisa zwalając winę na brak umiejętności matematycznych. W duchu święta dziękczynienia zapytałam dzisiaj Chrisa czy byłby bardzo zły gdybym kiedyś spróbowała indyka. Powiedział, że nie! Od razu zaczęłam knuć plan, że wproszę się do kogoś na jakieś mięsne Thanksgiving i wreszcie, pierwszy raz w życiu, spróbuję indyka w towarzystwie innych, znanych mi już, dań! W tym roku się nie uda, menu ustalone, ale może za rok ktoś się nade mną zlituje i zaprosi, indykiem się podzieli. I taką smacznie rozmarzoną w mięsnych wizjach oddalił się mój mąż śpiewając na całe gardło: „szag za szagam, djeń za dniom k komunizmu my idjom, nje boimsja ni chuja, eto rodina maja”!

Gwiezdna czapka…

czapka 3

Jedna moja przyjaciółka wcisnęła mi kiedyś na głowę czapkę własnej roboty. Czapka z jakiejś nowozelandzkiej owcy, wyczesana na mokro i wypieszczona artystycznie. No i ta przyjaciółka popatrzyła na mnie i ni stąd, ni zowąd, wepchnęła nóż prosto w serce stwierdzając, że nie powinnam nosić czapek, bo to czapkom ujmę przynosi. A ja czapki uwielbiam! Nie tylko spełniają czapczaną rolę ogrzewającą i nie tylko mogą dodać tego, czego akurat potrzeba. A to powagi może piękny włoski kapelusz w kształcie wiaderka dodać, a to niepowagi niebieska czapka z pomponem. Czapka spełnia również zadanie ukrywacza braku higieny osobistej. Jak nie umyję rano włosów, a wyjść do ludzi trzeba, zakładam czapkę i wyglądam! Trzeba tylko uważać żeby przypadkiem nie zostać zaproszonym na herbatę z łapanki ulicznej do jakiegoś pomieszczenia, w którym czapek nie wypada nosić.

W sobotę poczułam nagłą potrzebę poszerzenia swojej czapkowej garderoby o jeszcze jedno nakrycie głowy tegoż rodzaju. Wybrałam się na zakupy! Ponieważ zaburzeniami pamięci jestem rodzinnie obciążona, zapomniałam sobie sama zabronić zakupów w sobotę! Dzikie tłumy! I wszyscy zdawali się polować na czapki właśnie! Na naszym Rodeo Drive, znanym również jako Chamonixstrasse, interesujących mnie sklepów jest sztuk cztery! W każdym kącie każdego sklepu koczują rodziny na zakupach. I to tylko te wielodzietne. Biwakują z wózkami, preclami, butelkami z wodą i sokiem marchewkowym, z psami, babciami na wózkach inwalidzkich i szwagrami ze świeżo kupionymi nartami kręcącymi się wokół własnej osi (ci szwagrowie, nie narty) i zrzucającymi ubrania z wieszaków (tymi nartami). Przy przebieralniach stoi rządek nieszczęśliwych, spoconych (bo przecież wiadomo, że w sklepie musi panować temperatura raczej tropikalna) i najbardziej niezainteresowanych jak tylko to możliwe mężczyzn z kupą ubrań przewieszonych przez wątłe ramiona, podających te ubrania szczebioczącym zza kotary partnerkom. Niemiecki naród męski jednak cierpliwy jest… Całe szczęście, że kupowałam czapkę, a nie barchanowe majtki, bo w przebieralni, dobrze się bawiącą czapkami odwiedziło mnie z niecierpliwym Entschuldigung tuzin kobiet z doczepionymi do siebie małoletnimi.

Przewidując, że tyłek wkrótce mi zmarznie i barchany przydadzą się jednak na bank, zajrzałam więc do sklepu z bielizną. Jako, że kobietą jednak jestem natychmiast zapomniałam o zabezpieczeniu mojego zatyla na zimę i ruszyłam w stronę falbanek i koronek. Takie wszystko piękne, seksowne i totalnie niepraktyczne na śnieg… Wśród piękności i niepraktyczność zauważam dziewczątko, wieku i postury mojej Kaśki. Oj, zgubiło się dziewczę, albo mamie kupuje prezent od ojca – pomyślałam… Ale na końcu ręki dziewczątka przyczepiona jakaś inna dłoń. Dłoń, okazało się, należała do chłopczątka postury i wieku mojej Kaśki z testosteronem w fazie prenatalnej. Zupełnie niekrępująca się niedojrzałość seksualna przechadza się swobodnie wśród stringów (czy może string – nie wiem, liczby mnogiej nie posiadam!) a chłopczątko sopranem szczebiocze, że „Das ist cool…und das ist auch nicht schlimm” pokazując palcem w czym dzieweczka wyglądałaby powabnie. Pewnie nie udało mi się ukryć mieszanki uczuć, która mną targała. Od tych, że moje dziecko może trzymać za rękę jakiegoś pryszczatego w jakimś innym sklepie z bielizną po takie, że kurcze, mój chłopak nigdy mnie nie zabrał do takiego miejsca… Para nieletnich spojrzała na mnie z wyraźnym politowaniem i współczuciem, że taka stara baba a też się chce do łóżka wystroić! Widocznie z powodu braku innych atutów musi…no bo oni to tutaj tylko dla podniesienia i tych wysokich lotów doznać erotycznych.

Wcisnęłam nową czapkę głębiej na oczy i do domu poczłapałam…W drzwiach wita mnie Chris: „Jaką fajną SOWIECKĄ czapkę masz!”

Jak widać na załączonym obrazku, za tydzień idę okulary kupić!

Dzień dziękisobiemówienia!

DSC03275

Jesień wkradła się do ogrodu, wlazła po ścianie na balkon, przymroziła pelargonie, zerwała wszystkie liście mojej niepłodnej glicynii i nieszczelnymi oknami wcisnęła się do domu! Odkręciła kaloryfery na trzy, zmieniła pościel na flanelową i wrzuciła nas wszystkich w tryb czekania… Koniec jesieni to czekanie. Czekamy na śnieg, na pierwsze narty, na święta, na nowy, koniecznie lepszy rok i na Thanksgiving…

Dzień Dziękczynienia to, po wigilii, moje ulubione święto! Późnojesienne, ale jeszcze nie zimowe, w kolorach żółto-czerwonych, o wytrawnych, intensywnych zapachach i mocnych sycących smakach. Znaczenie tego święta i tradycje z nim związane nie są bliskie sercu memu i z powodu braku tej „łączności” świętujemy je trochę po naszemu. Przede wszystkim nie z rodziną…świętujemy je ze znajomymi, od wielu lat tymi samymi, którzy, tak jak my, mieszkają z dala od swojej amerykańskiej rodziny. Dwie polskie baby starają się jak mogą żeby było jak w filmach, które widziały, jak w książkach, które czytały, jak z opowiadań, które słyszały. Chcemy żeby nasze dzieci miały coś bardzo amerykańskiego tutaj w Europie! Nie ma indyka, bo wszyscy to rybo-wegetarianie, z ciasta dyniowego zrezygnowałyśmy po kilku nieudanych próbach i chłopaki nie oglądają futbolu, bo strefy czasowe przeszkadzają…Ale jest miło, przytulnie, smacznie i rodzinnie…

Najważniejszym przekazem tego święta jest jednak bycie wdzięcznym. Muszę przyznać, że nie za bardzo nam to wychodzi… Co roku wymyślałam coś dla dzieci, żeby coś powiedziały, za coś komuś podziękowały, wzruszyły się nieco i zadumały. Jakoś nie wychodzi… A to dzieci się rozsypały po domu, a to za mało czasu, za dużo wina…szkoda trochę!

Nic tylko ja się za podziękowania zabiorę…Bogu i ojczyźnie najpierw…Ojczyźnie za to, że flaga łatwa do narysowania, orzeł jednak trochę za trudny, ale za to jak głowę przekręca na boki! Bogu za to, że zawsze jest kogoś za coś winić, psy na kimś wieszać i nadzieję w sprawach beznadziejnych w kimś pokładać. Wychowaniu w systemie za kopa w dupę takiego, że się odbijało przez długie lata. Za permanentne negatywne wzmocnienia, za promowanie zwyczajności i bylejakości i za wyrywanie zębów wraz z resztkami poczucia własnej wartości. Rodzinie za to, że robili wszystko żeby naprawić to, co spieprzył system. Przyjaciołom i miłościom mojego życia za to, że udawali, że system nie istnieje, Bóg to dobry dziadek z brodą, a ojczyznę trzeba wydymać. A wszystko to robione w głębokiej wierze w słuszność sprawy i w trosce o mnie oczywiście.

A ja chciałabym podziękować sobie! Egoistycznie i z naciskiem na „sobie”! Chciałam podziękować sobie za to, że nigdy się nie poddałam ani systemowi, ani Bogu, ani rodzinie! Jestem wdzięczna za swoje wybory i za niewybory! Za niewybór głupiej szkoły, do której zmusił mnie system i rodzina, za niewybór drogi duchowej i przynależności do czegoś, czego się brzydzę. Chcę podziękować sobie za to, że miałam odwagę skorzystać z danej nam, wprawdzie na lekko odsuwającej się dłoni, wolności wyboru i możliwości głośnego mówienia o owych wyborach. Dziękuję sobie za intuicję, która pozwala mi się otaczać cudownymi ludźmi. Za siłę do walki w słusznej sprawie. Za to, że nigdy nie jestem letnia – jak kocham, czy nienawidzę to tak, że boli. Za to, że zawsze mam siłę wstać, pomalować rzęsy, nałożyć pomadkę i powalczyć jeszcze trochę…

Ot takie egoistyczne, wpatrzone w siebie święto dziękczynienia…

O tożsamości narodowej…

JCO photo-20

O tożsamości ostatnio głośno to i ja chciałabym słówko dorzucić. Ja jak zwykle na końcu, jak emocje opadły, wszyscy pozbierali swoje notatki i ołówki i z pokoju konferencyjnego wyszli… Pozbierałam walające się po podłodze papierki, przeczytałam, wywaliłam do kosza i piszę co widzę, czuję i wiem…

Sama oczywiście nie mam problemu z identyfikacją swojej tożsamości, ale moje dzieci…już nie jestem taka pewna. W naszej małej, ale niezwykle zróżnicowanej co do poczucia tożsamości, społeczności amerykańskiej zdarzają się bardzo ciekawe reakcje kiedy zapyta się takiego małego czy trochę większego delikwenta kim jest, czy skąd jest. Ktoś mógłby zaryzykować durne stwierdzenie, że „co taki sześcio czy dziesięciolatek może wiedzieć o tożsamości”. W sumie może się fundamentalnie mylić jeśli chodzi o faktyczny stan przynależności narodowej, o czym za chwilę, ale jeśli chodzi o POCZUCIE tożsamości – mylić się nie może! Jego poczucie, jego tożsamość. Córka mojej przyjaciółki mieszkała przez trzy ze swoich pierwszych sześciu lat życia w Japonii. Kiedy straszna wiadomość dotarła do niej o tym, że jest Amerykanką, zaprzeczyła. Rodzice tłumaczyli, pokazali paszporty i drzewa genealogiczne – nic! Dziewczynka nie w ciemię bita i gdzieś koło dziesiątych urodzin dopuściła do świadomości, że kija nie ma – stuprocentową Amerykanką jest! Ale zawsze powtarzała rodzicom, że jak trzeba będzie się opowiedzieć po czyjejś stronie, to ona przejdzie na stronę Japonii. I takich przykładów znam jeszcze kilka…

Dziecko numer jeden Kasia – problemu nie ma. Urodzona w Polsce, matka – Polka, ojciec – zza oceanu, do Niemiec emocjami żadnymi nie pała…Nie ma problemu z powiedzeniem, że jest pół taka, pół taka. Janek natomiast kuleje….nieszczęśliwe urodził się w Niemczech. Mówi więc, znacznie mniej pewnie, że jest pół Polakiem, pół Amerykaninem. A co z Niemcami? No i zagwozdka… Z jakiegoś dziwnego powodu, którego nie zrozumiem nigdy, bo takie uczucia są mi po prostu obce, Janek czuje się związany emocjonalnie z Niemcami do tego stopnie, że zaczyna kombinować…”No trochę Niemcem też jestem…nie jesteś zła mamo, prawda?”

Poszłam na wycieczkę z dwoma klasami z naszej szkoły do instytutu meteorologicznego. Trzydzieścioro dziecka słucha co tam pani mówi o zagrożeniach globalnego ocieplenia. Pani czasem po niemiecku, czasem po angielsku…Zapytała o jakiś gatunek drzewa, które ponoć każde amerykańskie dziecko zna. Nasze nie znały. Pani zdziwiona zadaje pytanie za pytaniem… „Seid ihr alle Americaner” (Czy wy wszyscy Amerykanie?) – wszystkie trzydzieści łapek w górze. Zaraz potem „Seid ihr alle aus America” (czy jesteście z Ameryki) – zostały trzy chude łapki! Dla mnie szok! Dwa, prawie identyczne pytania, zadawane niejednokrotnie zamiennie, a jakie różne odpowiedzi… Prawie żadne dziecko nie mieszkało w Ameryce albo tego nie pamiętają, nie zarejestrowali, bo byli maluchami. To pokazuje jak labilne jest poczucie tożsamości u takich dziewięciolatków.

A na koniec historia osoby, która sobie w głowie poukładała sprawy tożsamości narodowej. Historia o ludziach mieszkających na pograniczu Czech i Polski, a wcześniej na ziemiach należących do Prus. Link do filmu pochodzi ze strony czeskiej telewizji lokalnej. W osiemnastej minucie pojawia się pani Ela i jej wnuczek. Posłuchajcie jak opowiadają o tożsamości. Potem pojawia się Maruszka (23-cia minuta) i bardzo podoba mi się jej pogodzenie się z przedziwną sytuacją tożsamościową…i z takim spokojem mówi, że „…bo jakoś podzielić muszę…serce mam czeskie, głowę niemiecką a papiery polskie”. I ja bym moim dzieciom życzyła, żeby kiedyś mogły tak podzielić siebie na części – jeśli taka będzie ich potrzeba…jeśli nie, to żeby po prostu były szczęśliwe z taką tożsamością jaką będą czuły.

 

Rodzinni święci..

Screen Shot 2013-11-02 at 22.47.20

Z okazji Wszystkich Świętych do kościoła nie idziemy, zresztą tylko z niewielu okazji chodzimy, a i to chyba się zmieni w świetle ostatnich doniesień prasowych. Na cmentarz niemiecki też dzieci nie zabieram – tutaj mógłby pogrzebać jakiś psycholog i pewnie by się czegoś dogrzebał, ale na potrzebę chwili powiem tyle, że nie czuję się emocjonalnie związana i tyle…

Jednak święto Wszystkich Świętych znaczy bardzo wiele dla wielu z nas…dla mnie również. Towarzyszy mi cały wachlarz emocji, od głębokiej tęsknoty do jakiegoś nadludzkiego spokoju i duchowej harmonii współistniejącej z wieczornymi rozpalonymi cmentarzami. Nie chciałabym żeby moje dzieci kojarzyły pierwszy dzień listopada z pohalloweenową konsumpcją słodyczy. Zorganizowałam więc wyjątkowe spotkanie rodzinne i zapytałam z kim, ze zmarłych członków rodziny chcieliby się spotkać, o co zapytaliby, co by im pokazali, o czym mogliby porozmawiać…

Na pierwszy ogień poszli dziadek John i pradziadek Janek, który był kołodziejem. Jasiek gloryfikuje dziadka Janka i uważa chyba, że to on wymyślił koło. Chciałby zapytać jak się robi koła i czy dziadek bardzo się bał kiedy uciekał z pociągu wiozącego go do obozu koncentracyjnego. No i czy mógłby opowiedzieć tę historię o dziewczynce, którą porwała czarownica, bo mama nie pamięta końca. Dziadka Johna – wynalazcę zasypaliby pytaniami o wszystkie rzeczy, które wymyślił i które do dziś służą nam wszystkim. Zapytaliby też jakim małym chłopcem była tata i czy dobrze się uczył!

Jako trzeci pojawił się dziadek Gienek – mój tata! Mówię o nim niewiele…nie byłam jeszcze na terapii…więc ze strzępków rozmów i moich mimochodnych wspomnień tak opowiadały o moim tacie… „zabralibyśmy go do bazy i pokazalibyśmy wszystko takie amerykańskie, lubiłby chipsy amerykańskie i może pozwoliłabyś nam jeść je z nim, zabralibyśmy go do szkoły, nic by nie zrozumiał, podobałby mu się nasz balkon i widoki, zabralibyśmy go w góry, ciekawe czy doszedłby na Kramer? Palił papierosy, pewnie nie dałby rady wejść tak wysoko…tata by mu pomógł…”

Rozwalili mnie totalnie. Ryczałam w łazience przez godzinę…

Tacy właśnie są ci moi sekularni humaniści…

Czy kruki słyszą?

DSC00627

Kiedy w domu z tradycjami muzycznymi, czy to muzyka poważna czy mniej poważna, mówi się o muzyce, słucha się, gra, śpiewa czy podryguje to nikt się nie dziwi. Wiadomo przecież, że jak słuchają to i grają i śpiewają i na muzyce się znają. I wszystkie jakieś bardziej wrażliwe są i przeżywają głębiej i wyczuleni na otaczający ich świat i bogatsze wnętrze mają i w ogóle tacy trochę nadludzie…

A co z innymi? Z takimi co nie śpiewają publicznie, bo ich wrażliwość przejawia się raczej w trosce o otaczające ich stworzenia żyjące, które zmuszone byłyby przypadkiem, czy też nie, przysłuchiwać się śpiewom? I nie grają na niczym…znaczy podejmują próby zawarcia związku z co rusz to innym instrumentem, ale szczęścia do związków instrumentalnych nie mają i przy rozwodzie zawsze najbardziej cierpi na tym instrument…Ryzykując przyjaźnie, omijają koncerty chóralne z daleka żeby czasem nie obudzić się z rozciętym na ławce kościelnej łukiem brwiowym. W operze byli raz i wrócili wypoczęci i wyspani. Czy tacy ignoranci muzyczni mogą w ogóle coś przeżywać, coś czuć i być wrażliwi na piękno świata? A mogą…

W naszym domu nic nie dzieje się bez muzyki…austriackie radio FM4, Trójka i radio iTunes kreują nasz gust muzyczny i zapodają najlepszą muzykę na świecie! Tańczymy, śpiewamy, szukamy informacji o artystach, i słuchamy, słuchamy, słuchamy…i mamy gęsią skórę na ciele całym, orgazmy audialne i popłaczemy sobie czasem i zatańczymy w parach czy w podgrupach…czasem sami…czasami bez okrycia wierzchniego… tak jak pewnego dnia kiedy to po przejażdżce rowerowej, zmyłam z siebie pot i błoto i w nieprzyzwoicie zwykłej bieliźnie dolnej zaczęłam w kuchni tańczyć do jakieś wariackiej muzyki…I tak pląsam sobie jak rusałka nie zwracając uwagi na otoczenie, a otoczenie, i owszem, uwagę na me pląsy zwróciło! Po przeciwnej stronie płotu na balkonie siedzą sobie w homoseksualnych objęciach moje nowe sąsiadki, popijając kawę i zagryzając papierosem podziwiają mój górny, niezagospodarowany korpus – bo tylko tyle na szczęście widzą…A mama zawsze mi mówiła żeby gęsto tkane firanki założyć!

Nie tylko homo sapiensom dostarczamy muzycznych przeżyć …Dzieci moje przechodzą przez kolejny, dość bolesny dla wszystkich, romans z instrumentami. Kasia pastwi się nad klarnetem, Jankowi za skórę zalazł saksofon! Pogoda piękna więc czemu nie podręczyć sąsiadów i nie pograć przy otwartych drzwiach balkonowych? Jasiek przygrywa w pokoju, my z Kasią w sąsiednim, zamknięte, z zatyczkami w uszach. Nagle wchodzi spokojnie Jasiek i oznajmia, że na balkonie wylądował kruk a następnie zwabiony saksofonowym koncertem, wszedł do środka, do pokoju i teraz tam stoi! Mniemamy, że kruk raczej o marnym słuchu stworzenie. Kto ma saksofonistę na małym metrażu, wie o czym mówię!

W sprawie emocji w języku…teraz ja!

DSC02497

O emocjach i dwujęzyczności, a także o emocjach w języku ogólnie, wiele się mówi wśród moich dwujęzycznych koleżanek. I wszystko co napisane, jest bardzo mądre, nowatorskie i wypływa z ogromnej wiedzy. Tu poniżej będzie, dla odmiany, moje, trochę odgrzewane, niezbyt mądre i na pewno nie wypływające z mojej na ten temat wiedzy…tak sobie zaobserwowałam przypadkiem…

Pamiętam dobrze kiedy Chris pierwszy raz powiedział mi, że mnie kocha. Powiedział to po angielsku. I romantycznie było i w ogóle. I ja tego dnia powiedziałam do niego “I love you” .  Ale dopiero po kilku dniach powiedziałam Kocham Cię. Ameryki nie odkrywam, wiadomo…łatwiej było mi wtedy powiedzieć po angielsku, bo to nie było zafarbowane takimi emocjami jak Kocham Cię. Dlatego moi licealiści rzucali mięsem typu “fuck you”, ale jak poprosiłam, żeby to samo powiedzieli po polsku, było trudniej… Teraz jest inaczej, jak mówię, że I Love You to I Love You i czuję to samo co, że kocham. I jak zaklnę po angielsku to wiem, że zaklęłam porządnie! Czyli, że wraz z innymi aspektami języka, uczymy się również emocji zawartych w słowach. Słowa, nawet te znane i używane, przybierają na wadze, puchną emocjami i stają się bardziej prawdziwe. Dzięki temu jedne bardziej cieszą, inne bardziej bolą…

Ale co jak sytuacja jest inna… Czy emocje płynące z sytuacji mogą wpłynąć na użycie języka w danym, konkretnym momencie? Ja tak mam non stop…Nie wspomnę o tym, że jak widzę śliczne maleństwo mojej amerykańskiej koleżanki, rozczulam się nad nim po polsku. Łażąc po górach i mijając psy zawsze zachwycam się „jakąś śliczną psiną” po polsku nawet jeśli nikt oprócz mnie tego nie rozumie. Tak pewnie ma wiele z nas używających na co dzień innego języka. Ale ja mam jeszcze inaczej…Rozmawiając z bliskimi mi obcojęzycznymi osobami, z którymi czuję się bardzo swobodnie, zaczynam najpierw myśleć po polsku, a chwilę potem wrzucam jakieś polskie wstawki typu: no właśnie/ oczywiście, że tak/ ale co ty człowieku? Poziom moich emocji w takich właśnie sytuacjach jest podwyższony, bo czuję się z ludźmi swobodnie, rozmawiamy o rzeczach, o których rozmawiałabym z Polakami. I te właśnie emocje wpływają na wybór języka w moim mózgu. Strasznie lubię analizować swoje własne wypowiedzi, nawet czasem podczas ich wypowiadania co powoduje, że często gadam bzdury…Czasami testuję sobie moich rozmówców – jak rzucę coś po polsku, znaczy, że mi człowiek bliższy, jak cała rozmowa jest po angielsku – sorry człowieku, ale przyjaciela we mnie nie masz!

To tyle o mnie…Ale jak można to wszystko wykorzystać i przenieść na poziom dwujęzyczności naszych dzieci? Kiedy Jasikowi źle na świecie i przychodzi do mnie i płacze, mówi po angielsku. Łatwiej mu, bo angielski jest jego dominującym językeim i wie (co ma ogromne znaczenie) że zrozumiem każde jego słowo. Kasia też rzadko powie, że się czegoś boi, raczej, że she is scared. Z pozytywnymi emocjami jest trochę inaczej, tutaj częściej słyszę język polski. Czy w takim razie mogą się dzieci moje nauczyć odczuwać polskie słowa bardziej? Jeśli tak, to jakich technik można by użyć żeby im to ułatwić? A może nie ułatwiać? Może zostawić? Bo jak się zacznę bawić emocjami dzieci, nawet w kręgu języka, to mogę coś schrzanić całkowicie…

Trzy tony szczęścia…

IMG_0586

Pisałam już wiele razy, że blog ten powstał jako terapia po bardzo ciężkim pobycie Kasi w szpitalu. Od tego czasu raz jest lepiej, raz gorzej ale JEST…i to naprawdę nie są puste słowa! Mimo, że moje wpisy są o wielu innych rzeczach, choroba Kasi zajmuje w moim życiu dużo, jak nie najwięcej miejsca…Nie byłoby więc fair gdybym o tym nie wspomniała.

Za każdym razem kiedy Kasia musi pójść do szpitala na kolejny wlew leku, testuję swoją cierpliwość i swoją wiarę. Wiarę we wszystko i we wszystkich! Za każdym razem kawałek mnie umiera kiedy wyobrażam sobie, że już kolejny raz to nie może nam się udać. Wystarczy kilka cyferek więcej lub kilka mniej i albo przewraca się całe nasze życie, albo siedzimy ze szczękami opadniętymi i nie możemy uwierzyć, że znów mamy szczęście…

Dwa miesiące temu wystraszyli nas zbyt wysokimi numerkami w pozycji piątej, a zbyt małymi w pozycji dziesiątej. Rok temu zdarzyła się taka sama sytuacja. Za dużo tam, za mało gdzie indziej! Rok temu poleciałyśmy do Stanów z nadzieją, że się poprawi…nie poprawiło się! Znów szpital, znów badania, znów nieprzespane noce, znów niewyobrażalny stres…Dlatego tak bardzo bałam się lotu do Stanów w tym roku…

Udało się! Znów się udało! Wczoraj dowiedzieliśmy się, że numerki się pozmieniały i wszystko jest w porządku. To niesamowite uczucie dostać taką wiadomość i nie przeszkadza nawet stukilowy kamień spadający na duży palec u nogi. Jest zupełnie zdrowa już rok i wiem, bo bywam, bo czytam, bo się interesuję, że to wielkie szczęście!

Ktoś mi powiedział,  że to nie szczęście, że zapracowaliśmy sobie na Kasi zdrowie. Dajemy jej leki, chodzimy do lekarza regularnie, staramy się żeby zdrowo się odżywiała, żeby uprawiała sport, żeby się nie stresowała, mamy dobre ubezpieczenie zdrowotne (nie pomijam, bo to nie jest bez znaczenia). Ale się nie zgadzam. Jest mnóstwo rodziców, którzy tak właśnie robią i tyle szczęścia nie mają. Wie o tym dobrze jedna bardzo bliska mi mama! My po prostu mamy szczęście!

Czasami wydaje mi się, że szczęścia jest na świecie jakaś określona ilość…powiedzmy trzy tony. Trzy tony na cały świat! Jeśli my w tym miesiącu mamy szczęście, znaczy to, że zabieramy szczęście komuś innemu. I to mnie boli mnie najbardziej. Przepraszam zatem wszystkich rodziców, którzy tego szczęścia w tym miesiącu nie  mają…Jeśli świadomość, że o nich wszystkich myślę i uronię kilka łez nie jest bez znaczenia, to niech wiedzą, że tak właśnie jest!

Dziś dla nas jest dobre, szczęśliwe, ale wiem, że szczęście może się odwrócić w każdej chwili…i nikomu tego nie życzę…

Więc jeżeli jesteście rodzicami chorego dziecka, a w tym miesiącu nie mieliście tyle szczęścia co ja, przepraszam, że wam je zabrałam. Jeśli jesteście rodzicami zdrowego dziecka, macie szczęście…