Dzień jak co dzień

DSC07057

Lancz nauczycielski.

– Słyszeliście o włamaniu do domu hodowcy marihuany? – zapytał On – nauczyciel i hodowca bardzo dozwolonej, medycznej marihuany.

– A gdzie? – zapytała Ona – nauczycielka i wierna słuchaczka sążnistych opowieści nauczyciela-hodowcy o etapach wzrostu rośliny, o krótkim czasie żniw i zupełnie niesprawiedliwych podatkach nakładanych przez władze stanowe.

– Ano za rogiem… – odpowiada on pałaszując do znudzenia już smaczną kanapkę z mozzarellą, pomidorem malinowym, odrobiną octu balsamicznego i dwoma listkami bazylii – i słuchaj jakie jełopy z tych włamujących się.

– A kim są włamywacze? – zapytała Ona rozpakowując swoją kanapkę. Ona nie lubi rutyny. Każdego dnia przynosi inną kanapkę. A to z grillowanym bakłażanem, to z serem feta posypanym świeżą miętą, a to śmierdzącą na całą szkołę kanapkę z tuńczykiem, rzadziej kanapkę z mięsem. Aspiruje do bycia wegetarianką.

– Jacyś smarkacze, którzy podsłuchali gdzieś, że facet hoduje marihuanę w piwnicy i w nocy włamali się do niej. Ale słuchaj jakie matoły… – lekko zniecierpliwiony On próbował ciągnąć dalej.

– Ale gdzie za rogiem? Newport? Providence? – dopytywała się Ona próbując upchać tuzin liści sałaty między dwa małe kawałki pieczywa.

– No jak to gdzie? Warwick przecież! – rzekł zdziwiony jej niewiedzą nauczyciel. Każdy przecież wie, że jak się pali, kogoś gwałcą, mordują czy topią, to w Warwick.

– No i dlaczego takie jełopy z tych włamywaczy? – zapytała Ona. Udało jej się upchnąć sałatę, zostało jeszcze awokado do zapakowania i można spokojnie jeść.

– Ziele nie było dojrzałe! Na tym etapie w ogóle nie działa – poinformował otwierając pudełko z ogórkami i z oburzeniem dodał– amatorszczyzna!

A ogórki to on robił wyborne. Obrane i pokrojone w kostkę mieszał z cebulą uprzednio pokrojoną w piórka, zalewał mieszanką białego octu winnego z cukrem. Zostawiał na noc. I dzielił się nimi ze wszystkimi. Smakują wyśmienicie.

– Gość usłyszał, że coś się dzieje w piwnicy, wziął pistolet i zastrzelił jednego włamywacza – ciągnął dalej On kończąc kanapkę i zabierając się za ogórki. – Jak tam dzisiaj ogórki, Ania?

– Dziś spakują jeszcze lepiej niż wczoraj – odpowiedziałam. Nigdy nie mówi kiedy przyniesie ogórki w zalewie więc czasami nie pasują do mojego lunchu. Tak właśnie było dzisiaj. Miałam sałatkę z pomidora i ogórka z sosem figowym. No ale darowanemu koniowi wiadomo…

– I wiecie co? Gościa aresztowali! – nauczyciel rozłożył ręce w geście niezrozumienia decyzji władzy.

– A za co? – zapytała totalnie zdziwiona Ona oblizując palce z resztek awokado po tym jak po mistrzowsku umieściła je między dwoma kawałkami pełnoziarnistego chleba.

– No ciekawe za co można aresztować człowieka, który zabił szesnastoletniego, nieuzbrojonego chłopca? – zapytałam żartem wahając się widelcem między moich figowy a jego ogórkiem w occie.

Oboje spojrzeli na mnie wielkimi rhodeislandowymi oczami. Przestali grzebać w kanapkach, przestali rzuć, wydawało się, że przestali oddychać…

– No co ty Anio (z kraju, w którym żeby zabić trzeba mieć broń, żeby mieć broń trzeba mieć pozwolenie, żeby mieć pozwolenie trzeba się nieźle nagimnastykować. Trzeba mieć jeszcze powód żeby chcieć odebrać komuś życie, powód musi być jakiś potężny, na przykład trzeba mieć coś bardzo cennego w piwnicy, może gromadkę swoich dzieci w śmiertelnym niebezpieczeństwie, a nie kilka doniczek ziela) ty nasz głuptasku! Nasza amerykańska świeżynko ty! Zabił bo mu ktoś wlazł na jego teren prywatny. Ale nie o to chodzi (nie o TO chodzi, ludzie!). Aresztowali go bo miał pozwolenie na dwanaście doniczek, a doniczek miał czternaście. Rozbój w biały dzień, nie prawdaż?!

Wyszłam. Tyle rzeczy do skserowania jeszcze.

 

 

Bolerko…

FullSizeRender

mama, mój maleńki brat i ja

Na lekcjach w szkole przerabiamy wykłady z antropologii. Tematem tego miesiąca są więzy społeczne a konkretnie podział systemów pokrewieństwa. Na co to komu, nie wiem, ale czegóż to ja się nie dowiem o więziach, żeby nie powiedzieć więzieniach pokrewieństwa. Studiujemy pokrewieństwa patry- i matrylinearne, wygrzebujemy jakieś przykłady plemion afrykańskich i rozkminiamy kto pięścią w stół wali i kogo trzeba było po piętach całować. Sprawdzamy lineaże swoje i zdumiewamy się nad tym, że jakby problemu nie ugryźć, to więzy krwi są najtrwalsze. Nie ma to jak babki, ciotki i siostry cioteczne…

Dzwonię do mamy mojej – Ireny. U mamy siostra jej rodzona – Barbara. Informuję mamę i ciocię, bo obie po drugiej stronie słuchawki, że sukienkę mam już na wesele. Na wesele, co to na nie do ojczyzny we wrześniu zawitam. Oj poruszenie wywołałam kreacją. A jaka to sukienka? A jaki materiał? Kolor? Dlaczego z brązowym? Przecież mi nie do twarzy. Na czym to się utrzyma (przecież nie ma na czym)? Czy nie za zimno mi będzie? A buty już mam do sukienki? A może bym zdjęcie przysłała?

To ja w te pędy w sukienkę się wbiłam. Na wdechu, proszę ja was, bo nie ma to jak optymizm rozmiarowy. Na dziecko krzyknęłam by przyszło filtry na zdjęcie nałożyć.

W tym samym czasie siostry Irena i Barbara okulary na nosy założyły, laptop ze skrzyni wyjęły, zmiętą kartkę z instrukcją zalogowania się dłonią na stole rozprasowały, coś tam nacisnęły, palcem wskazującym powolutku się na fejsbuku zalogowały, wiadomość ode mnie znalazły i patrzą.

„No ładna ta sukienka.”

„No bardzo ładna.”

„No bardzo ładnie w niej wyglądasz, dziecko!”

„Możesz spokojnie w niej na wesele iść!”

„Mamo, a nie wyglądam grubo?” – pytam.

„No co ty, dziecko? Gdzie ty grubo wyglądasz?! Szczupła jesteś!” – obie wykrzyknęły.

„Za ty za głupoty wygadujesz. Gdzie niby gruba?”

„No Baśka, fajnie wygląda, nie?” – mama upewnia się, że nie chwali mnie po znajomości…

„No pewnie, że fajnie wygląda…co za głupoty plecie, że gruba…” – strofuje mnie w trzeciej osobie ciocia.

„Ania, tylko popraw sobie tam pod pachą, bo ci się brzeg sukienki zawinął.” – zauważyła mama.

„No właśnie, jak wkładałaś sukienkę pewnie ci się zawinął. Popraw sobie.” – przytaknęła mamie ciocia.

„Nie zawinął się. To moja skóra po pachą! Dlatego pytam czy nie wyglądam grubo.”

„Jaka skóra pod pachą? To nie skóra, dziecko! To się sukienka zawinęła.”

„Weź odwiń sobie…”

„No niech sobie odwinie i zrobi nowe zdjęcie…powiedz jej Irka, niech sobie odwinie.”

„Mamo, ciociu, to jest moja gruba pacha! Powiększcie sobie zdjęcie!” – próbuje je przekrzyczeć.

„Baśka, jak to się powiększa? No nie umiem tego powiększyć. Może tutaj…O…mam! Co ona wygaduje? Przecież to sukienka…”

„Ty wiesz co? Może rzeczywiście to jej pacha…No tak jej trochę wyłazi…” – zapomniały się, że słyszę wszystko…

„A komu nie wyłazi jak tak stoi z rękami w dół? Wszystkim wyłazi…”

„No ale wyłazi, nie? Zobacz Basia…wyłazi…”

„No wyłazi, ale Irka powiedz jej, że dobrze wygląda…”

„Ania, a co ty masz za bandaż na ręce?” – mama próbuje zmienić temat.

„Chciałam te pachy zmniejszyć właśnie, zaczęłam robić pompki i coś mi w łokciu poszło…” – tłumaczę.

„No tak, no tak…przestań dziecko z tymi pompkami już…”

„Czyli jednak to pacha tak wyłazi…” – słyszę mamę szepcącą do cioci.

„A wiesz co, dziecko? Kup sobie bolerko! Zakryjesz i będzie po sprawie!” – pada z drugiej strony słuchawki.

I kto mnie tak pocieszy jak nie krwią związane?

FullSizeRender

Z lekkim zakłopotaniem (spowodowanym pachą) wstawiam zdjęcie. Bolerko potrzebne, nie?

Wracam po lecie…

IMG_6590

 

Kolejne lato prawie za nami. Pogoda na to zupełnie nie wskazuje (temperatura odczuwalna dzisiaj – plus 43 stopnie). To raczej liczne maile ze szkoły wskazują, papiery w skrzynce pocztowej do podpisania, listy, wnioski, podania i instrukcje. To raczej sklepy pełne dyń, puchowych kurtek i świeczek o zapachu indyka w śliwkach. To raczej kalendarz wskazuje na lata koniec. Niestety…

Ameryka do gusty mi nie przypada. Czym bardziej czuję się tutaj jak w domu, tym bardziej ten dom mi nie odpowiada i tym bardziej czekam na wyprowadzkę. I nie, nie wszystko jest do kitu. To jest naprawdę fajne miejsce. Uwielbiam otwartych, ciekawych ludzi i możliwości jakie daje ten kraj. Ale to nie jest moja bajka. Ja chcę do domu, do Europy. Jesienią chcę, wiosną chcę, zimą chcę najbardziej. A latem nie chcę! Bardzo nie chcę! Lato w Rhode Island to trzymiesięczna, nieprzerwana beztroska. I żeby nie było, chodzę do pracy, z wyjątkiem dwutygodniowego urlopu, codziennie, nie mam sprzątaczki ani kucharza, ani ogrodnika. Mam dwoje nastolatków w domu, zapalenie zatok co dwa tygodnie i sama depiluję sobie nogi. Ale i tak jest beztrosko.

Latem wszyscy nabierają innego tempa. Wszystko jest wolniejsze, opalone, wyluzowane, z piaskiem w majtkach i drinkiem w dłoni. Żywię się głównie wodą z cytryną i mięta. Zrobiłam się totalnie amerykańska i nie rozstaję się z kubkiem termicznym. Nawadniam się co kilka minut. Jem najsłodsze pod słońcem arbuzy i homary za 20 zeta. Kupuję pudełko mozzarelli, siadam pod krzakiem swoich pomidorów, obok doniczki z bazylią i jem. Wstaję po piątej i idę z psem na spacer. W parku jest cicho, rosa prawie paruje, podczas odpływu białe, dostojne czaple dosypiają jeszcze stojąc w czarnym, odpływowym błocie, Izzy goni wyrwane ze snu zające, a ja popijam pierwszą kawę.

W samochodzie, w pościeli, w książkach, we włosach, w wypracowaniach moich uczniów, wszędzie jest piasek. I już nie przeszkadza mi, nie mierzi. Uwielbiam! To taki znak, że jest lato i że mieszkamy nad oceanem. Obawiam się trochę o pralkę – nie jestem pewna ile piachu może taka znieść. Nigdy przedtem nie mieliśmy tylu kostiumów kąpielowych, bikini, spodenek do pływania. Mamy takie pod kolor klapek, w zależności od natężenia słońca, kierunku wiatru i nachylenia plaży. Desek do pływania nie wyciągamy z samochodu, kajaki stoją pod drzwiami a kamizelki ratunkowe suszą się na płocie.

Uwielbiam ogniska w naszym ogródku z piankami znad ognia i polepionymi później spodniami, krzesłami i psami sąsiadów. Uwielbiam koncerty na ulicy, ulicznych grajków w Bostonie, sztuczne ognie i pikniki. Przestałam już nawet robić zdjęcia wyprzedzającym mnie na Harleyach parom w wieku i posturze raczej nie motorowej, w krótkich gatkach, z wielkim, owłosionym brzuchem na wierzchu, w poniemieckich kaskach i z wielką flagą amerykańską. Kicz nad kiczami. Uśmiecham się…

I wszystko jedno czy zostajemy tutaj jeszcze na krótko, czy na długo i wszystko jedno dokąd się przeprowadzimy, lato w Rhode Island jest i będzie moim ulubionym latem. I wrócę tutaj skądkolwiek będzie trzeba i pójdę na moją ulubioną plażę i siądę na piasku i w ocean będę się gapić. Długo…

 

Jeszcze…

FullSizeRender

Jeszcze mi się plaża nie znudziła, jeszcze wszystkie liście zielone i przymocowane do drzew, jeszcze klimatyzacja nawiewa chłodne powietrze pod letnie sukienki, jeszcze przeklinam turystów w kilometrowych korkach i dzieci nawet o szkole nie myślą. Jeszcze oddycham latem…

Ale nie można! Nie dają się nacieszyć do końca. W sklepach kurtki puchowe, kozaki i dynie na Halloween. Rodzina zaprasza na Dzień Dziękczynienia, a znajomi pytają o to pyszne ciasto co to na świąteczną imprezę rok temu zrobiłam. Dzieci do sklepów nawet nie wchodzą, bo tam straszą zeszytami, piórnikami i nowiutkimi plecakami za 9.99. Na targu sprzedają lokalną kukurydzę, a pan z warsztatu zapytał czy chcę zimowe opony zamówić. Jeszcze dwa tygodnie poczekajmy, choćby tydzień, jeszcze chwilkę…

Naturalizacja – etap trzeci i ostatni…

FullSizeRender

Łazili za mną, czarowali amerykańską otwartością, podrzucali najsłodsze kolby kukurydzy i zbyt czekoladowe lody. Dali pracę, wprawdzie źle wyliczyli dojazdy i tłukę się samochodem dwie godziny dziennie, ale za to zaproponowali taką podwyżkę poczucia własnej wartość, że dojazdy nie wadzą. Dorzucili plaże, ocean i na koniec dowalili moje ulubione plus dwadzieścia sześć, bezchmurne niebo i lekki wietrzyk, tak na wszelki żeby się nie pocić zbytnio. Żebym tylko przyjęła to obywatelstwo, żebym tylko się zgodziła, żebym tylko zasiliła ich szeregi. No i zgodziłam się w końcu i kilka dni temu zostałam obywatelką Stanów Zjednoczonych. Coś tam poprzysięgałam, że jak w razie draki, broń w dłoń, hełm na łeb i bij zabij. No nie wiem, bo ja raczej z tych co zwieją, ale myślę sobie, że dopóki moi Amerykanie nie zaatakują moich Polaków, lub na odwrót, i nie będę musiała stawać po czyjejś stronie, będzie dobrze.

Roboty mi za to przybyło. Co dwa obywatelstwa, to nie jedno. Polityką dwóch krajów zająć się trzeba. Dwa zdania na temat sobie wyrobić. Choćby proste zdania, sam podmiot i orzeczenie, ale wyrobić sobie trzeba. Orientować się trzeba w geografii aż dwóch państw, pechowo Stany niemałe i obawiam się, że mi życia nie starczy na orientację. Trzeba nauczyć się narzekać na dwa fronty. Na Polskę już sporo jest do narzekania, a teraz jeszcze Stany i co rusz coś nie halo. I podczas dwóch hymnów wypada się popłakać i żonglować dwoma paszportami w zależności od długości kolejki na lotnisku, nie jednego, a dwóch prezydentów mieć w głębokim poważaniu, nie znać się na nie jednym, a dwóch systematach podatkowych, kibicować dwóm drużynom narodowym. Nie wiem, czy nie za dużo sobie na głowę wzięłam. Słowo się jednak rzekło to i trza kobyłce u płota stanąć.

A tak serio…stałam w pokoju pełnym ludzi, którzy tak jak ja przyjmowali obywatelstwo amerykańskie. W różnym wieku, nierzadko starsi ludzie, którzy ze łzami w oczach wypowiadali słowa przysięgi i podczas kiedy ja ruszałam tylko ustami (dla dobra słuchaczy) im łamał się głos kiedy głośno i wyraźnie śpiewali hymn Stanów Zjednoczonych. Nie wiem z jakich powodów przyjmowali obywatelstwo, nie wiem, czy było im łatwo dotrzeć do tego momentu czy czekali na tę chwilę wiele lat. Nie wiem co to dla nich oznacza, może lepszą pracę, większe poczucie wartości, może możliwość sprowadzenia rodziny, ale dotarło do mnie, że dla niektórych otrzymanie obywatelstwa amerykańskiego nie było pewnikiem tak jak dla mnie, nie było kolejnym etapem życia, kolejnym zadaniem papierkowym. Dla niektórych to był bardzo ważny moment w życiu i jedyne co ja, trochę zbyt zarozumiała, trochę zbyt harda, mogę zrobić, to ukłonić się w pas. To się kłaniam niniejszym.

P.S. Z powodu wakacji, żniw i sianokosów, zawieszam pisanie na jakiś czas. Wrócę opalona, z udarem słonecznym i głową pełną nowych, poudarowych wpisów.

Wspaniałego lata wszystkim życzę!

FullSizeRender (1)

Naturalizacja – etap drugi…

DSC06764

Zdałam. Inaczej być nie mogło. Obkułam się z każdej wojny i z każdej odnogi trójdzielnej władzy amerykańskiej. Do pokoju zaprosił mnie miły pan w wieku średnim. Się rozsiadłam, grzywkę poprawiłam, pan o coś zapytał, ja przypadkiem odpowiedziałam. Sześć razy tak odpowiedziałam i okazało się, że egzamin zdałam. Pytam żartobliwie, czy to była rozgrzewka, bo ja jestem gotowa? Pan, zupełnie bez poczucia humoru, odpowiada, że nie. No ale ja się nie wykazałam… Miałam przygotowaną anegdotę o Aleksandrze Hamiltonie, wyćwiczone sposoby mnemotechniczne zapamiętywania ważnych dat no i wykład połączony z prezentacją, prawie choreograficzną, na temat wojowniczych plemion indiańskich Rhode Island. Niedosyt czuję.

Okazało się, że ten egzamin to pestka w porównaniu z tym co mnie czekało. Na początek zapytał o amerykański pesel. Numer ma dziewięć cyferek. Nawet do głowy mi nie przyszło żeby go zapamiętać. Powiedziałam figlarnie, że to ten numer, na który pan właśnie patrzy (ma przed sobą wszystkie moje dokumenty). A tu u pana krucho z dowcipem. Następnie zapytał czy wyjeżdżałam za granicę w ostatnich trzech latach. Dwa lata tutaj w Stanach mam z głowy – kraj taki wielki, że za granicę za cholerę wyjechać się nie da. Został mi jeden rok w Europie. No to jadę jak leci…do Polski sobie skoczyłam raz, czy dwa, rowerem do Austrii co drugi dzień, zimno było w Garmisch, to do Włoch pojechaliśmy. Niewykluczone, że do Szwajcarii chyba tak mi się wydaje prawdopodobnie…. i być może przez Lichtenstein w jedną stronę, ale zdaje się, że się zdrzemnęłam i nie wiem, czy się liczy. Pan wertuje mój paszport. Czy na pewno gaduło, nie była pani jeszcze gdzieś? O, zagadki sobie przygotował. Nie lubię! Pewnie chce mnie podejść, gnida jedna? Nie, nie byłam. Na pewno? W żadnym innych kraju? Nie – odpowiadam pewnie. Nie będzie mnie tu jakiś urzędzina podchodził od tyłu. Pokiwał głową i przeszedł do kolejnych pytań.

Czy ma pani jakieś dokumenty udawadniające, że mieszka pani z małżonkiem, że wasze małżeństwo nie jest zawarte tylko w celu uzyskanie obywatelstwa, że to nie szwindel? Szwindel, powiada pan? To drogi panie, byłoby mistrzostwo szwindla! I jakaż wielka pańska arogancja, miły panie. Dla obywatelstwa, dobrego jak każde inne, siedzę z chłopem osiemnaście lat, zbliżyłam się fizycznie przynajmniej dwa razy z czego pojawiła się dwójka, dorosłych już prawie dzieci, bujam się za nim z kraju do kraju, domy kupuję i psa przygarniam. Wszystko dla obywatelstwa rzecz jasna. To ja się pytam pana jaki to dokument, oprócz tych dziesięciu, które ma przed sobą, usunąłby podejrzenie przekrętu? Pan na to, że jakiś rachunek za prąd czy coś takiego… Ano skoro rachunek za prąd gwarantuje ciągłość pożycia małżeńskiego, to nic tylko lampy wszystkie w domu palić, prodiże i farelki włączać!

A w tym paszporcie to się dopatrzył weekendowego wypadu do Londynu. Zapomniałam. Na koniec pogratulował i czekam na datę przysięgi teraz…

Nie strzelać…

IMG_5465

Wpis ten powinien być oznaczony jakimś trójkątem, kluczykiem, czy innym kwadratem, który ostrzega czytających przez obrazami budzącymi silne emocje (głównie obrzydzenie) i opisuje wypaczone formy życia społecznego. Uprasza się o nieczytanie tego teksu z pełnym żołądkiem ze względu na opisy scen obrzydliwych właśnie.

Do łamania prawa zakazującego chodzenia z psem bez smyczy jestem już przyzwyczajona. Mam kilka przygotowanych odzywek o różnym natężeniu w zależności od stopnia agresji uwagi czyniącego. W ostatnich tygodniach jednak moja aktywność kryminalna w tej kwestii zmalała. Przygotowuję się do nabycia obywatelstwa kraju, w którym rzeczonego psa bez smyczy puszczam więc i muszę na chwilę zejść do podziemia. Ale, że amatorszczyzną jedzie ode mnie na kilometr, więc o błąd nie trudno.

Pojechałam z psem nad zatokę. Znaku, że psa na smyczy trzeba, umyślnie nie zauważyłam i zaparkowałam obok dwóch samochodów typu sedan. Wysiadam ja, szczęśliwy pies prawie wyskakuje prze zamknięte okno i słyszę ja ci taką uwagę: „teraz nam wszystkie ten pies wystraszy”. W tym momencie powinnam się była grzecznie zwinąć. Ale nie, nie byłabym sobą. Przeszłam obok otwartych okien zapewniając głośno psa, że to będzie wyborny spacer. Kątem oka zauważyłam, że oboje państwo w oknach mają na sobie odzież maskującą, a na bagażniku ponaklejane Donaldy Trumpy są. Czy to może wzbudziło mój niepokój? Nie! Aktualnie właśnie uczę się do egzaminu, że konstytucja gwarantuje Amerykanom prawo do zgromadzeń i do wyrażania opinii. To się ci dwoje zgromadzili i wyrażają swoją opinię na tematy polityczne oklejając tymi opiniami samochód. Nic mi do tego. Pies po kilku krokach postanawia się wypróżnić. Część wypróżnienia nastąpiła w krzakach czego nie byłam w stanie wygrzebać, a drugą część przywlekła na ścieżkę. Izzy je trawę. Trawy tej nie trawi więc trawa w kale się znajduje. Może mięśnie odbytnicze już nie te? Może trawę ciężko tyłkiem „uciąć”? Nie wiadomo. Kuca więc Izzy i się męczy wydalając trawę. Błaga mnie oczami o pomoc. Wyciągam więc jedyny worek na psie odchody jaki mam w kieszeni i zakładam na dłoń jak rękawicę. Uzbrojona w rękawicę, dusząc się podchodzącym coraz wyżej śniadaniem, wyciągam trawę z odbytu psa czym uszczęśliwiam zwierzę, które w euforii zostawia jeszcze kilka rozbryzgów stolca wokół. Z powodu braku worków na odchody oraz z powodu ich konsystencji, rozbryzgów nie zbieram – jeże też paskudzą i nikt po nich nie sprząta. Z załzawionymi oczyma, przełykając intensywnie ślinę, kontynuuję spacer i zapominam o całej sprawie. Wracam, patrzę, stoją dwie osoby. Jedna bardziej żeńska choć w kurtce męskiej – w kolorach ziemi, liści i kory, w nosie kolczyki – lekko licząc z pięć – kruczo czarne odrosty, przepalona słońcem i nikotyną twarz i papieros w dłoni. Druga osoba raczej męska choć nie za bardzo. Można rzec mniej żeńska. W jednobarwnym, szarym kombinezonie, w czapce na oczy. Również z papierosem. Męska osoba w dłoni trzyma wędkę. Żeńska trudny do określenia tobołek. Kłaniam się grzecznie państwu z rana. A państwo spluwa na parkingowy żwirek i tako rzecze…”Wiesz młoda („młodą” dopisałam dla podniesienia grozy w wypowiedzi…) że spisaliśmy twoje numery rejestracyjne?”. Pytam grzecznie z jakiego powodu tak się fatygowali. Oni na to, że „bo pies nawalił na ścieżkę uczęszczaną”. Widzieli przez lornetkę. Ło jak się we mnie zagotowało i już miałam wyjechać z odzywką numer pięć, że ich pety rozkładają się kilka lat na żwirze, a kupa Izzy w porywach do tygodnia, że pomagałam psu z problemami z wypróżnieniem, że pewnie i tak tego nie zrozumieją, bo mają zgoła inne zamiary co do zwierząt, że odrosty postarzają, a Trump jest głupi. Ale przypomniały mi się statystyki. W Stanach odnotowuje się ponad 12,000 zabójstw z broni palnej rocznie. Dziennie (słownie DZIENNIE!)  w strzelaninach ginie 91 mieszkańców Stanów Zjednoczonych, około sześćdziesiąt przypadków to samobójstwa, dwadzieścia to porachunki gangów i handlarzy narkotyków, a około dziesięciu to zbrodnie w afekcie. I tak patrzę na tę parę, wzburzenie zdecydowanie jest, co w tobołku – nie wiem. Co jak oni są tymi dziesięcioma co w afekcie? Mam jeszcze kilka rzeczy do zrobienia w życiu. Podziękowałam za poinformowanie mnie o spisaniu numerów rejestracyjnych i dodałam, że na policję poczekam w domu.

Dom ogarnęłam, wodę na kawę wstawiłam, ciasto cukrem pudrem poprószyłam, a policji jak nie ma, tak nie ma.

 

o przyjaźni słówko…

P1050654

…to ta od ciastek i od wszystkiego co najlepsze…

Nie lubię patetycznych cytatów, wzniosłych mott i egzaltowanych maksym życiowych. Nie powiem, czasem trafiają w sedno i zbierają do kupy moje własne myśli nieuczesane. Czasem zamiast w sedno, trafiają w jakieś banały i językowe pokraki. A może trafiają w moje rozkolebane ego, bo mi głupio, że sama na takie motto nie wpadłam…no jak kto woli… Postanowiłam się z cytatami i mottami rozprawić. Rozprawię się w temacie przyjaźni na obczyźnie. O przyjaźni, nawet tej na obczyźnie, już chyba wszystko zostało napisane, a najpiękniej zrobiły to moje koleżanki blogerki w ramach projektu Klubu Polki na Obczyźnie. To i ja kilka słów dołożę…

 

Screen Shot 2016-04-25 at 9.08.36 PM

…że przyjaciół trudno znaleźć, jeszcze trudniej zostawić a niemożliwym jest o nich zapomnieć…

Pamiętam jak przeprowadziliśmy się do Niemiec. Co tam do Niemiec. W Bawarii zamieszkaliśmy, która według wielu jest najmniej przyjaznym landem w Niemczech. Byłam jednak zdeterminowana i trochę nieświadoma dobrze ukrywanej, bawarskiej niechęci do przyjezdnych. Stroiłam się codziennie i szłam z dzieckiem w wózku szukać przyjaciół. Na plac zabaw, bo tam najłatwiej. Miałam wprawę, bo w taki sposób zarwałam już jedną przyjaciółkę. Taką na zawsze. Chodziłam tak dobry rok, codziennie i nic. Przyjaciółki nie znalazłam. Nigdy nie zaprzyjaźniłam się z żadną Niemką. Moją pierwszą bratnią duszą w Niemczech była Amerykanka. No ale jak tu ponarzekać Amerykance jak u nich wszystko zawsze great i wonderful chyba, że jest tragedia rodzinna, wtedy jest tylko OK. Ja potrzebowałam swoich. Szukałam dalej.

 

Screen Shot 2016-04-25 at 9.35.12 PM

…że przyjaciele jak gwiazdy, nie zawsze widać, a jednak są…

Wolałabym te gwiazdy w bezchmurną noc jednak. Wolałabym je widzieć. Najtrudniej jest w święta kiedy nie ma obok nikogo bliskiego. Najtrudniej jest kiedy w życiu coś się chrzani. Wiadomo, że pogadać można, ale nie na balkonie w pelargoniach, nie w ogródku na kocu odganiając się od komarów. Wolałabym żeby przyjaciel wyczytał z oczu, że jest do dupy niż szukał w głosie w słuchawce kiedy u niego pora obiadu a ja dopiero wstaję. Wolałabym pójść na spacer i nic nie mówić niż gadać z głosem zza oceanów. Wolałabym te wszystkie gwiazdy mieć u siebie na tapczanie z lampką wina w dłoni.

 

Screen Shot 2016-04-25 at 9.46.10 PM

…że są trzy typy przyjaciół a jeden z nich to typ przyczynowy…

I nie mam nic przeciwko temu i mnóstwo mam takich. Żeby ich od razu przyjaciółmi nazywać to nie, ale dobrzy znajomi, z którymi miło spędza się czas na jakiś temat. W Stanach o takich nie trudno. Powierzchowne znajomości są tutaj bardzo częste. Mam znajomych od psa. I bardzo intymnie, szczerze i dogłębnie rozmawiamy na temat szczepień przeciw kleszczom i nieregularnych wypróżnień. I psa przygarną kiedy nie mam z kim zostawić i weterynarzem się podzielą. Natomiast, że Kasia się do biologii nie przykłada już ich nie obchodzi. To obgadam z inną grupą znajomych. I poklepiemy się po ramieniu i łzę otrzemy jak trzeba i nieco fałszywie pogratulujemy sukcesu dziecka w zawodach balonowych. Ale, że po antydepresantach mam suchość w ustach już im nie opowiem. To z tematycznie inną grupą obgadam.

 

Screen Shot 2016-04-25 at 9.06.59 PM

...że markotno jest kiedy czujesz, że przyjaciel się oddala…

Nie rozmawiamy już kilka miesięcy. Nie myślę o niej kiedy zobaczę coś śmiesznego. Nie wystukuję numeru kiedy jest mi smutno. Kiedy w końcu rozmawiamy, to o dupie Maryni, pogodzie i wyborach prezydenckich. Zdarza się. Rozmijamy się życiowo. Bo daleko, bo czasu nie ma, bo dzieci płaczą, mąż o zupę się dopomina. Pisać nie bardzo lubi, połączenia drogie, a Internet w komórce kiepski. Ano szkoda, że cię tu nie ma, że tak daleko mieszkasz, nie przyjeżdżasz… Ano szkoda…

 

Screen Shot 2016-04-25 at 10.21.20 PM

…że lepiej w ciemności z przyjacielem niż po widoku samemu…

W ciemności, po butelce domowej roboty nalewki, z górki, z rowerem, śpiewając po polsku na bawarskiej wiosce. I nakazuje mężowi swojemu żeby mnie odwiózł w środku nocy do domu. I żeby rower koniecznie do samochodu się zmieścił bo mi się rano przyda.

 

Screen Shot 2016-04-25 at 10.32.24 PM

…że przyjaźni to taka dziwna rzecz. Wybierasz osobę i mówisz „ta się nada” i już masz…

I to mi się podoba na obczyźnie. Szczególnie kiedy wiesz, że nie zagrzejesz tam miejsca. Nie jesteś wybredna, nie przebierasz. Żyjesz. A tu ciach, ktoś podchodzi, zagada, spodoba się, coś tam kliknie i już – znajomość się wykłuła. Czasami myślę, że z wieloma z moich znajomych tutaj za granicą nie zaprzyjaźniłabym się gdybym nie była w delikatnej potrzebie, gdybym nie była otwarta na nowe przyjaźnie, gdybym nie szukała, potrzebowała do ludzi, gdybym nie chciała. A chcę…

 

Screen Shot 2016-04-25 at 10.15.00 PM

…że przyjaciel to taki, z którym podzielisz się ostatnim ciasteczkiem…

No i wreszcie jakiś cytat do rzeczy. Nie mogę jeść ciastek z Amerykankami. Te zawsze muszą mnie zniechęcić gadaniem o tym jak to nie powinny tego ciastka zjeść, jak to im w biodra pójdzie, albo jak to dzisiaj sobie wyjątkowo pozwolą, zjadły już taczkę trawy na lunch to teraz ciastko mogą, ale tylko kawałek, ociupinkę…Odechciewa mi się ciastka jeść. Trzeba sobie znaleźć taką przyjaciółkę, która ciastko ze smakiem zje, palce po lukrze obliże i dokroi jeszcze jeden kawałek. Ja taką mam…

 

A tak na serio to bardzo trudno jest pisać o przyjaźni żeby nie zabrzmieć nienaturalnie i nieoryginalnie. Każdy piszący coś tam o przyjaźni napisał, przebąknął i nadmienił i zawsze brzmi tak samo. Sentymentalnie i pompatycznie. A może po prostu prawdziwie…no jak to woli… Bo przyjaźń to rzecz prawdziwa. I wszystko jedno, czy zawierana na placu zabaw, w dyskotece, pod kościołem, czy na obczyźnie. Wszystko jedno, czy tej samej płci, po tej samej stronie sztandaru, w kominiarce, czy w sutannie, mówiąca w obcym języku, czy nie mówiąca wiele. Wszystko jedno, czy to stara, zakurzona, odmłodzona, świeżutka i jeszcze ekscytująca, przerwana na chwilę, czy może na zawsze. Jeśli się spotka przyjaciela, to się po prostu wie. Ja wiem…za każdym razem…

 

Provincetown

thumb_DSC07973_1024

Mam dwie koleżanki. Moje koleżanki są małżeństwem, mają syna i niewidomego psa. Właśnie przez psa się poznałyśmy. Mój pies okazała się świetną przewodniczką niewidomego psa koleżanek. Mój pies chodziła i szczekała, a tamten pies chodziła za głosem mojego. Jako, że my tu wciąż świeżynki, wszyscy moi nowi znajomi obsługują nas turystycznie. Od lesbijskich koleżanek dowiedziałam się, że jednym takim super miejscem w Nowej Anglii, które muszę koniecznie odwiedzić to Provincetown, w Massachusetts. Provincetown znajduje się w najwęższej części, wyglądającego jak ramię chwalącego się bicepsami osiłka, półwyspu Cape Cod. O Cape Cod pisałam już wcześnie –tutaj…oj jak mi się tam podobało! Więc kiedy koleżanki lesbijki poradziły się w półwysep zagłębić, z chęcią na tę propozycję przystałam.

Zaprzyjaźnione homoseksualne małżeństwo zapowiedziało żeby pojechać wiosną, latem nie ma co się wybierać. Provincetown w latach siedemdziesiątych stało się ulubionym miejscem letniego odpoczynku dla osób w innych miejscach na ziemi uchodzących za inne. Kobiety kochające kobiety, mężczyźni kochający mężczyzn, wyżej wymienieni kochający i mężczyzn i kobiety. Czasami jednocześnie. Kobiety kochające męskie stroje, mężczyźni kochające szpilki, szminki i szale rodzaju boa. Wszyscy kochający czuć się swobodnie i bez skrępowania, kochający dobrą zabawę, pyszne jedzenie i piękne plaże. Plaże otwarte, jak nigdzie indziej, do północy! Dowiedziałam się, że lato jest tematycznie posegregowane. Jeden weekend dla lesbijek z dziećmi, następny dla gejów z owłosieniem na klacie, kolejny dla transwestytów z psami. Ponieważ trudno byłoby się wpasować w jakiś temat latem, pojechaliśmy teraz, bo ma być normalnie. Było super normalnie. Po ulicach przechadzają się pary wszelkich konfiguracji i w każdym wieku trzymając się za ręce i przytulając się. W ogródkach pracują uśmiechający się do przechodniów eleganccy panowie, a sklep ze starociami obsługują dwie wciąż w sobie zakochane starsze panie. Wszyscy są nieprzeciętnie mili, mają gdzieś typową amerykańską personal space, klepią się po plecach (i nie tylko) i zwracają się do rozmówców per kochanie i śliczności ty moje. Jedzenie zdrowe, świeże, z różnych zakątków świata i przepyszne!

Providence to również miasto artystów. W maleńkim miasteczku aż roi się od galerii, wystaw i różnego rodzaju sztuki wychodzącej na ulice. Domy udekorowane obrazami, w ogrodach dziwaczne stwory z metalu i drewna, uliczni grajkowie na każdym rogu i kosze na śmieci w kolorowe malowidła. Do tego wszystkiego ocean, który sam w sobie stanowi część sztuki wdzierając się przez okna, na balkony i w mało atrakcyjne przejścia między domami.  W sklepach ze starociami cuda i dziwy!

Providence to też miasteczko przepełnione historią. To tutaj zatrzymał się Mayflower, statek z pierwszymi osadnikami. Wprawdzie osadnikom coś Provincetown do gustu nie przypadło i postanowili popłynąć nieco dalej, do Plymouth, ale to Provincetown było ich pierwszym przystankiem w podróży na nowy ląd.

Podoba mi się taka mieszanka historii, niezobowiązującej, acz wysokich lotów, sztuki, różowych piór boa obok indyjskich kadzidełek, zachodów słońca na pięknych plażach, ekskluzywnych kabrioletów zaparkowanych obok starych, pomalowanych na zielono damek. Na lunch weszliśmy do całej w fioletach knajpki na kanapkę, niebo w gębie swoją drogą. Spotkaliśmy tam penisy, pochwy i jędrne piersi z tajemniczą dziurką w miejscu sutka. Wszystko w czekoladzie. Ciemnej lub białej, do wyboru. Na pięknej drewnianej półce, po cztery dziewięćdziesiąt za małego i osiem dziewięćdziesiąt za dużego penisa.

 

thumb_DSC07930_1024

 

thumb_DSC07933_1024

thumb_DSC07926_1024

thumb_DSC07903_1024

thumb_DSC07986_1024

thumb_DSC07988_1024

thumb_DSC07999_1024

thumb_DSC07978_1024

thumb_DSC07906_1024

thumb_DSC07983_1024

thumb_DSC07979_1024

thumb_DSC08006_1024

thumb_DSC07982_1024

thumb_DSC08004_1024

thumb_DSC07931_1024

thumb_DSC07995_1024

thumb_DSC07932_1024

thumb_DSC07940_1024

thumb_DSC07993_1024

 

thumb_DSC07928_1024

thumb_DSC07937_1024

 

 

thumb_DSC07943_1024

thumb_DSC07942_1024

thumb_DSC07994_1024

 

 

 

Językowe rymowanki mało zdolnej mamy Anki…

IMG_8640

Staram się jak mogę. A mogę niewiele. Czasu brak. Dziecięcej chęci brak. Motywacji brak. Potrzeby brak. Przecież rozumieją jak mówię do nich po polsku. Przecież Polaków wokół jak na lekarstwo. Lekarstwo w kroplach i do tego gorzkie. Przecież nie wiadomo kiedy z kuzynostwem się spotkają, a jak się spotkają to i piłkę pokopać i w grę jakąś na komputerze zagrać można bez języka. Pomidorówkę i naleśniki się jakoś wyjęczy u babci, a na pytania, nawet pytania otwarte, zawsze można odpowiedzieć, że „nie wiem”. Po kolejnym wykładzie o tym jak ważne jest żeby mówili po polsku, po spektakularnym strojeniu kilkugodzinnego focha, dwustronnego proszę ja was, towarzystwo się otrząsnęło i do roboty wzięło. A robota iście przyjemna, czego młodzież nie była świadoma przed podejściem do zadania. Po zapoznaniu się z zadaniem, no sami zobaczcie…

W małym mieście tuż nad wodą

mieszka Polka bystra, zwinna

nie przejmuje się urodą choć bezsprzecznie wręcz powinna

 

Uczy w szkole, pisze w domu

pali ciasta w piekarniku

możesz znaleźć sól w herbacie lub garść cukru w bulioniku

 

Gdy jest smutna płacze cicho

i do szuflad pisze wiersze

gdy wesoła to na skrzydłach śle uśmiechy swe najszczersze

 

W domu dwójka dzieci rządzi

i czarniawa wielka psica

jest i tata, który kuchci i do pracy co dzień kica

 

Panna ma szesnaście wiosen

i fryzurę co rusz zmienia

gra na cytrze, na pianinie i o filmie ma marzenia

 

W jej pokoju wiatr w kominku

wydmuchuje wszelkie smutki

po północy jeszcze nie śpi bo jej dzień jest wciąż za krótki

 

Panicz lat dziesięć ma i dwa

i przystojny nie z tej ziemi

zna się nieco na fizyce, astronomii i biochemii

 

W wolnych chwilach sport uprawia

taki co się z kijem biega

i do kosza piłki wrzuca taki zdolny ten kolega

 

Czasem w życiu z gór widokiem

budzą się o każdym świcie

i po szlakach górskich truchtem by odpocząć gdzieś na szczycie

 

Czasem w życiu się plażują

i nadmorski tlen wdychają

leczą skóry oparzenia, worki piasku w butach mają

 

Najważniejsze by do przodu,

by ciekawym życia być

żeby mieć ochotę zmieniać i o wielkich rzeczach śnić

 

Zainspirowały mnie wpisy Eli o trochę zwariowanych, pisanych przez dzieci książeczkach i o rymowankach. No o napisałam całkiem głupawy wierszyk – rymowankę. I pocięłam na kawałki. Pierwsze ćwiczenia polegało na tym, że dzieci miały znaleźć rymujące się wyrazy. A że sprytne są, to czytały tylko ostatnie wyrazy w zdaniu. Następnie musiały ułożyć wiersz w jako takiej logicznej kolejności – no i tutaj musiały już przeczytać całość. Ostatnie ćwiczenie polegało na wymyśleniu innych rymujących się słów. No i tak im właśnie poszło. Polecam! Super fajna zabawa się okazała…

FullSizeRender

P.S. Tłumaczenie Kasi pisma:

jest mi winna

kuchniku

słowa pierwsze

dziedzica

przeznaczenie

trutki (moje ulubione)

na Demi (Levato)

?

picie

trzymają

życzyć