Dzienniczek z Polski

P1060858

Oto jak moje dzieci opisywały swoje wakacje w Polsce. Ostatnie trzy dni jakoś nam umknęły, a i Kasia trochę pod koniec się wyluzowała pisarsko. Dla językowo zainteresowanych, pisałam to, co mówiły mi dzieci. U Kasi słowo w słowo. Z Jaśkiem było tak, że kiedy mówił po polsku pisałam to co mówi, ale często nie znał słowa i pytał mnie. Pytał o słowo, ale też o całą wypowiedź, na przykład: „Mamo, jak powiedzieć I was happy to see the chickens?” Część jego wypowiedzi, głównie słownictwo jest z moja pomocą, ale starałam się jak najmniej zmieniać. Wydaje mi się, że mimo, że język dzieci jest dość prostu i nie mają jakiegoś wyszukanego słownictwa, nie jest źle. Jak uważacie?

7 lipca, niedziela 2013

Kasia: Po bardzo długiej podroży dostaliśmy pyszną zupę pomidorową!

Jasia: Bardzo, bardzo dużo komarów!

8 lipca, poniedziałek

Kasia: Pojechaliśmy do cioci Małgosi i jedliśmy smaczne lody i bawiliśmy się z dzieciakami w chowanego! Mama i ja byłyśmy u fryzjera. Mama w nowej fryzurze wygląda jak jurorka z polskiego XFactor, a moja lepiej niż wcześniej.

Jasiek: Z babcią poszliśmy na dwa spacerki. Jeden na truskawki a drugi nad rzekę.

9 lipca, wtorek

Kasia: Dzisiaj byliśmy w Krzepicach na zakupach a potem pojechaliśmy na imprezkę do Sylwii. Poszliśmy też na cmentarz zapalić świeczki na grobach dziadków.

Jasiek: Na cmentarzu była stara studnia. Wyciągałem wodę w wiadrze do podlewania kwiatków.

10 lipca, środa

Jasiek: przyjechaliśmy do Kudowy Zdrój. Podobał mi się ogród muzyczny w parku zdrojowym. W ogóle Kudowa jest piękna.

Kasia: Długo jechaliśmy samochodem do Kudowy, ale wstąpiliśmy do Decathlonu, a tam było bardzo dużo rozmaitych rzeczy.

11 lipca, czwartek

Kasia: Pojechaliśmy do Czech do Miasta Skalnego. Te skały były intrygujące. I zjedliśmy Trydelniki – słodkie, czeskie chlebki.

Jasiek: Pojechaliśmy do parku i te skały wyglądały bardzo dziwnie. Jedne były w kształcie twarzy Indianina, a inna w kształcie mostu, słoni, widelca.

12 lipca, piątek

Kasia: Byliśmy w Kaplicy czaszek. Były tam przerażające czaszki, kości rąk i nóg i zobaczyliśmy różnicę miedzy czaszką Polaka, Mongoła i Tatara. Byliśmy również w skansenie i zrobiłam kilka zdjęć.

Jasiek: Poszliśmy do Kaplicy Czaszek gdzie było bardzo dużo przerażających kości. Najbardziej przerażające było że było ich tak dużo. W skansenie podobała mi się drewniany wiatrak. Zaliczyliśmy też dość łatwą ścieżkę zdrowia w parku w Kudowie.

13 lipca, sobota

Kasia: Jechaliśmy z Kudowy do Starokrzepic. Byliśmy w galerii handlowej i cieszyłam się bo było dużo sklepów. Widzieliśmy również finalistkę z XFactora. Kupiłam sobie buty i obudowę na mój iPod Touch.

Jasiek: Byliśmy w centrum handlowym i odwiedziliśmy mój ulubiony sklep – Decathlon. W domu mój kuzyn Mateusz i ja bawiliśmy się na trampolinie.

14 lipca, niedziela

Jasiek: Bawiliśmy się na trampolinie i graliśmy w piłkę. I wypuściliśmy psa i bawiliśmy się z nim.

Kasia: Nic nie robiliśmy!

15 lipca, poniedziałek

Jasiek: Bawiliśmy się z psem i pojechaliśmy do kina. Poszliśmy też na spacer. Postanowiliśmy pójść dalej bez wiedzy rodziców-szukali nas rowerem i odtąd nie możemy chodzić sami na ulicę sami.

Kasia: Byliśmy w kinie i chodziliśmy po galerii. Zjadłam lody o smaku białej czekolady, byliśmy w Empiku i kupiliśmy książki Martyny Wojciechowskiej.

17 lipca, środa

Jasiek: Zostaliśmy w domu i się bawiliśmy z Mateuszem. Zrobiliśmy tor przeszkód na placu zabaw i rzucaliśmy się balonami z wodą.

Kasia: Zostaliśmy cały dzień w Starokrzepicach. Było nudno, ale znaleźliśmy własne sposoby na zabawę. Aha, i mama pozwoliła mi prowadzić samochód. Fajnie było ale trochę się bałam.

18 lipca, czwartek

Jasiek: Byliśmy na targu i kupiliśmy kurczęta, a kiedy tam byliśmy, widzieliśmy bardzo dużo innych ptaków, warzyw i ubrań. Chcieliśmy kupić kaczki, ale wszystkie były duże więc kupiliśmy kurczęta. Moje kurczęta mają na imię Piotr i Russell, Mateusza kurczak ma na imię Baxter. Byliśmy też w zoo w Opolu i widzieliśmy bardzo dużo zwierząt, ale trochę było nudno bo byliśmy w tym zoo chyba ze sto razy.

Kasia: Rano pojechaliśmy na targ i kupiliśmy kurczęta. Moje dwa kurczęta mają na imię Carmelita i Teodor. Po obiedzie pojechaliśmy do zoo. Fajnie było obserwować małpki i foki. Zrobiłam dużo zdjęć.

19 lipca, piątek

Kasia: Rano opiekowaliśmy się kurczętami, zrobiliśmy im zagrodę, dawaliśmy pić i jeść. Chudy, czarny kurczaczek to jest Carmielita a taki, który wygląda jak wiewiórka w paski, to Teodor. Potem pojechaliśmy do Krakowa żeby odwieźć Mateusza i odwiedzić rodzinę.

Jasiek: Bawiliśmy się z kurczętami i Piotrek zasnął na moich kolanach. Potem pojechaliśmy do Krakowa. U Mateusza graliśmy na jego Play Station, zjedliśmy kolację i poszliśmy spać. Chciałem spać w moim śpiworze ale mama powiedziała, że nie mogę.

20 lipca, sobota

Kasia: Pojechaliśmy do Ojcowa. Zwiedziliśmy park, zamki, jaskinie. Podobała mi się jaskinia, w której schował się pan Łokietek. Obiad zjedliśmy w restauracji, w której mieli przepyszne pierogi ruskie i zupę pomidorową. Wieczorem zrobiliśmy ognisko w ogródku i piekliśmy chlebki bo nie jemy kiełbasy.

Jasiek: Cała sobotę chodziliśmy w Ojcowie. Kilka z tych skał wyglądało bardzo ciekawie na przykład Maczuga Herkulesa. Dużo chodziliśmy po górkach aż zaczęły mnie boleć nogi chociaż nie byłem wcale zmęczony. Kiedy wróciliśmy do domu, graliśmy w badmintona i puszczaliśmy bańki mydlane.

21 lipca, niedziela

Kasia: Mam 13 lat! Obudziliśmy się u wujka Marka w Krakowie, a po śniadaniu pojechaliśmy do babci. Droga do babci była dość krótka, a jak wróciliśmy, miałam imprezę. Dostałam dużo fajnych prezentów na przykład torbę na basen i naszyjnik z literą K od babci. Mama ciągle pytała jak się czuję jak 13 –stolatka, ale czuję się tak samo. Mam katar i kaszel ale to chyba nie ma nic wspólnego z tym, że mam 13 lat.

Jasiek: Musieliśmy się pożegnać z Mateuszem i jego rodziną i przyjechaliśmy do Starokrzepic. Ucieszyłem się na widok na kurcząt. Wszystkie były zdrowe i trochę większe. Kasia miała urodziny i dostała prezenty od wszystkich.

22 lipca, poniedziałek

Kasia: Imprez ciąg dalszy. Było dużo dzieci, ale tylko jedna dziewczyna była w mniej więcej w moim wieku. Pokazaliśmy im kurczęta ale to chyba nie był dobry pomysł bo Baxter ma skaleczoną nóżkę a Russell stoi i śpi. Mam nadzieję, że wyzdrowieją. Mamy nauczkę żeby nie bawić się za dużo z nimi. Zrobiliśmy też nowy film o dwóch dziewczynkach, które poszły na pole i zabił je troll. Film wyszedł nam dobrze.

Jasiek: Było bardzo dużo dzieci u nas na Kasi urodzinach. Kręciliśmy film na łące i w lesie i wyszedł bardzo fajnie. Ja grałem trolla i miałem wszystkich zabić. Wszystkie dzieci bawiły się kurczętami i myślę, że to nie był dobry pomysł bo kiedy wszyscy poszli, jeden kurczak był chory a drugi był kulawy. Babcia Marysia boi się, że kurczęta umrą.

23 lipca, wtorek

Jasiek: Kurczęta żyją! To był najfajniejszy dzień wakacji w Polsce. Pojechaliśmy na kajaki. Było super fajnie! Ja płynąłem z Michałem – mojej mamy kuzynki synem. Czasami było trudno ponieważ było wiele dziwnych korzeni i drzew. Czasami było trochę łatwiej bo rzeka była szeroka i pusta. Podczas przerw pływałem sobie w rzece. Wydaje mi się, że my mieliśmy najlepszą drużynę, byliśmy najsilniejsi i Michał studiuje sport i umie dobrze prowadzić kajak. Moja mama i Kasia ciągle wpływały w korzenie lub w drzewa i nie mogły wypłynąć. Nawet jeśli to był mój pierwszy raz na kajakach, bardzo mi się podobało i załapałem to bardzo szybko!

Kasia: Byliśmy na kajakach. Bardzo mi się podobało i to był mój pierwszy raz. Na początku było trudno bo nie wiedziałam co robić, ale później było już łatwiej. Płynęliśmy 12 kilometrów i trasa była czasami wąska a czasami szeroka, czasami było płytko, czasami głęboko, czasami była kręta czasami całkiem prosta. Byłam z mamą w kajaku i nie mogłyśmy się dogadać i zawsze ja miałam rację a ona nie, chociaż mama myślała, że to ona ma rację. Na tej trasie były różne korzenie i krzaki, w które to przeszkody zawsze wpadałyśmy i nie mogłyśmy wypłynąć. Podczas naszych przystanków Jasiek i ja pływaliśmy w rzece w ubraniach!

24 lipca, środa

Kasia: Bardzo bolały mnie ręce po kajakach. Pojechaliśmy z mamy kuzynką do Częstochowy. Sylwia pokazała nam miejsce swojej pracy – szkołę specjalną. Było tam dużo różnych interesujących rzeczy, które pomagają w nauce i rehabilitacji i stymulacji chorych dzieci. Byliśmy w Biedronce w myśl polskiej reklamy „My Polacy tak mamy, po plaży do Biedronki” i kupiliśmy rzeczy na obiad. Po obiedzie wyruszyliśmy do kina. Kupiliśmy bilety i poszliśmy na zakupy do Empiku i różnych innych sklepów. Następnie poszliśmy do kina, a po kinie na pizzę. Wróciliśmy do mieszkania Sylwii i graliśmy w karty.

Jasiek: Dziwnie było mi bo w ogóle nie bolały mnie ręce po kajakach. I właśnie wtedy kiedy skończyłem o tym myśleć, musieliśmy iść do mojej matki chrzestnej Sylwii. Musieliśmy jechać do Częstochowy do jej mieszkania i tam pożegnaliśmy się z mamą. Kiedy weszliśmy do jej mieszkania, położyliśmy nasze rzeczy w pokoju, w którym mieliśmy zostać. Poszliśmy do kina zobaczyć jaki film chcemy zobaczyć i wybraliśmy „Uniwersytet Potworny”. Musieliśmy bardzo długo chodzić po mieście żeby czekać na rozpoczęcie filmu. Film nie był najfajniejszy, ale był ok. Po filmie poszliśmy do restauracji, w której byliśmy rok temu i tam zjedliśmy pizzę. Kiedy skończyliśmy jeść, wróciliśmy do mieszkania i graliśmy w karty. Potem poszliśmy spać. Zasnąłem na podłodze w śpiworze ale obudziłem się na łóżku.

25 lipca, czwartek

Jasiek: Kiedy obudziliśmy się, pojechaliśmy do centrum handlowego autobusem. W galerii spotkaliśmy mamę a ja kupiłem prezenty dla Tommiego i dla taty. Wróciliśmy do Starokrzepic gdzie dowiedziałem się, że moja gra wreszcie się załadowała – po czterech dniach i trzech nocach!

Kasia: Miałam sen, że Jasiek spał u Sylwii w wannie ale tak naprawdę spaliśmy razem na wielkim łóżku. Skoro nie mogliśmy pójść do Planetarium (było zamknięte), pojechaliśmy do centrum handlowego i tam spotkaliśmy się z mamą. Zrobiliśmy zakupy i wróciliśmy do domu. Mama kupiła nam fajną książkę z mapami.

27 lipca, sobota

Kasia: Kupiliśmy po śniadaniu miętówki w Krzepicach (mama mówi, że to talarki miętowe) i jak wracaliśmy wstąpiliśmy do cioci Małgosi i przypadkowo zostaliśmy tam dłużej niż chcieliśmy. Kiedy wróciliśmy był już w domu wujek Jacek, ciocia Gosia, Emilka i Michaś – to moje najbliższe kuzynostwo. Michaś jest słodki i przypomina mi Jasia kiedy był w jego wieku. Po kolacji pojechaliśmy na festyn w Krzepicach. Koło Gospodyń Wiejskich ze Starokrzepic miało budkę z goframi i pierogami. Zjadłam 6 pierogów ruskich. Na festynie były też różne atrakcje i mnóstwo jedzenia. Było jakieś religijne przedstawienie i taka pani śpiewała, ale zbyt głośno. Zauważyliśmy z Jasiem pana, który oglądał przedstawienie, ale kiedy śpiewali piosenki entuzjastycznie machał rękami i kręcił tyłkiem.

Jasiek: Rano pojechaliśmy do cioci Małgosi i bawiliśmy się dziećmi. Bardzo długo tam zostaliśmy, dopóki powiedziałem mamie, że musimy już jechać bo wujek Jacek z rodziną już przyjechał. Kiedy przyjechaliśmy do domu, oni już tam byli. Jacek, Kasia i ja oraz moja kuzynka Emi i mój kuzyn Michaś pojechaliśmy na festyn, gdzie Kasia zjadła 6 pierogów. Wcześniej rano Kasia narysowała plakat zachęcający do kupna tych pierogów. Bo babcia je robiła i jej klub je sprzedawał. Ja zjadłem watę cukrową.

28 lipca, niedziela

Kasia: Pojechaliśmy do Warszawy. Odwiedziliśmy naszych znajomych i mojego kolegę Karola, a potem poszliśmy do Centrum Nauki Kopernik. Przez 5 godzin oglądaliśmy ich super interesujące wystawy. Moje ulubiona rzecz to Mind Ball gdzie siłą fal mózgowych przepychasz piłeczkę do bramki – raz wygrałam, dwa razy przegrałam bo za dużo myślałam. Mieszkaliśmy w fajnym hotelu, w którym była klimatyzacja co było baaaaaardzo ważne bo było czterdzieści stopni na zewnątrz. Nasz pokój był bardzo luksusowy i można było słuchać telewizji w łazience.

Jasiek: Pojechaliśmy do Warszawy i podróż była długa, po drodze kupiliśmy miętówki, które były bardzo dobre. Te miętówki po 15 minutach już zniknęły z pudełka bo ja zjadłem połowę a dziewczyny drugą połowę. Kiedy przyjechaliśmy do hotelu, nasz pokój był najfajniejszym pokojem hotelowym w moim życiu. Potem pojechaliśmy do domu Karolka gdzie graliśmy w Monopol. Później pojechaliśmy z Karolkiem i jego rodzicami do Centrum Nauki Kopernik czyli takie muzeum gdzie można wszystko dotykać i były rzeczy do zrobienia. Gdyby ktoś szukał informacji o tym centrum w tym dzienniczku, to to nie jest najlepsze miejsce – nie pamiętam już wielu rzeczy! Ale najbardziej podobało mi się nauka rozpalania ognia. Wtedy właśnie zdecydowałam, że chciałbym mieć krzesiwo!

29 lipca, poniedziałek

Kasia: Rano pojechaliśmy klimatyzowanym autobusem do metra, metrem do Karola a potem od Karola nieklimatyzowanym autobusem do Łazienek. W tym autobusie nieszczęśliwie usiedliśmy z tyłu obok silnika – nie było fajnie! W Łazienkach mieliśmy woreczki z różnymi orzechami i karmiliśmy wiewiórki, nornice, myszy i ptaki. Fajnie było ponieważ te zwierzęta były tak oswojone, że podchodziły do nas i zabierały jedzenie z ręki. Karmiliśmy też takie małe ptaszki, które siadały nam na dłoniach i jadły okruszki ciastkowe. Pojechaliśmy na obiad do centrum handlowego bo tam była klimatyzacja. Zjedliśmy obiad i poszliśmy do Empiku, do sklepu sportowego i do sklepu zoologicznego. W tym sklepie bardzo mi się spodobała jeden mały kameleon i płaszczki.

Jasiek: Dzisiaj poszliśmy do takiego parku, który nazywa się Łazienki. Karol dał nam orzeszki dla różnych zwierząt w parku i je karmiliśmy. Później pod koniec parku były takie malutkie ptaszki, które siadały na ręce i jadły okruszki. I raz udało mi się, że aż dwa ptaszki wylądowały na mojej ręce. W autobusie tam i z powrotem było bardzo duszno i gorąco aż pot mi kapał z głowy i było tak gorąco aż mi się chciało zemdleć. Potem pojechaliśmy do Karolka gdzie graliśmy w Monopol, potem mama przyszła i powiedziała, że musimy jechać do hotelu.

30 lipca, wtorek

Jasiek: Kupiłem sobie krzesiwo, ale przed tym wydarzeniem opowiem o Planetarium i stadionie piłkarskim. Rano poszliśmy do Planetarium gdzie widać całe niebo i kosmos na suficie a pan o tym opowiada. Oglądaliśmy również całą galaktykę i jeszcze kilka innych. Potem pan pokazał nam film, który nie był aż tak interesujący jak inne rzeczy. Poszliśmy też na stadion narodowy gdzie widziałem krzesła, ale nie weszliśmy do środka bo nie mieliśmy czasu. W drodze do Starokrzepic weszliśmy do Decathlonu gdzie kupiłem krzesiwo. Wieczorem wróciliśmy do Starokrzepic a tam niespodzianka – urodził się mały kotek! Kiedy pooglądałem kotka, wypróbowałem moje krzesiwo i było super!

Kasia: Mamy małego kotka. Jest śliczny! Mama i mały kotek śpią w krzakach, nie wiem czy nie będzie im za zimno.

31 lipca, środa

Jasiek: Bardzo długo robiliśmy z wujkiem klatkę dla naszych kurcząt. Pojechaliśmy do sklepu po gwoździe i po siatkę. Wujek pozwolił mi ciąć drewno i wbijać gwiździe młotkiem. Kiedy skończyliśmy robić całe, babcia powiedziała nam, że jest za duże ale to właśnie takie chciała babcia….ach ta babcia. Teraz kurczęta mają super fajną klatkę i z niej nie uciekają…chociaż Piotrek czasem zwiewa. Nie wiem jak on to robi bo nie widziałem żadnej dziurki. Poszliśmy na łąkę i każdy z nas zrobił ognisko!

1 sierpnia, czwartek

Jasiek: Dzisiaj bawiliśmy się balonami wodnymi. Rzucaliśmy się nimi. Dostałem tylko dwa razy w każdej grze bo ciągle się chowałem i uciekałem od balonów. W nikogo też nie rzuciłem bo nie chciałem ryzykować podejścia bliżej wiaderka.

Fajnie się czyta i ogląda Kasi zdjęcia. Jak ciastko do kawy! Zapraszam na Kasia Foto Blog

Językowe (i nie tylko) wspomnienia z wakacji

Przed wakacjami i w ich trakcie pisałam, a jeszcze więcej mówiłam o tym, że dzieci piszą pamiętniki z wakacji, a Kasia robi dziennik fotograficzny. Pamiętniki z wakacji miały za swój główny cel ćwiczenie języka polskiego. Początkowo, jak sami przeczytacie, wypowiedzi były krótkie i pobieżne. Dzieci niechętnie mówiły mi co pisać (ja pisałam, oni mówili – tylko pod takim warunkiem się zgodzili), nie chciało im się po prostu i wydawało im się to trochę sztuczne, wymuszone. Po jakimś czasie jednak, wypowiedzi stawały się dłuższe i bardziej rozbudowane. Można powiedzieć, że to dzięki temu, że ich polski stawał się coraz lepszy. Pewnie tak, ale wydaje mi się, że zaczęło ich to bawić. Przypominanie sobie co się działo tego dnia, a czasem i dwa dni temu. To trochę jak przeżywanie tego dnia na nowo. Pisały, czy raczej dyktowały mi osobno więc czasem, informacje powtarzają się, ale i tak są ciekawe jeśli macie czas i ochotę je czytać.

Zanim jednak opublikuję ich pamiętniki, zapraszam na Kasi pamiętnik fotograficzny, a zanim zobaczycie zdjęcia, śmieszna anegdota w wykonaniu autorki tychże fotografii.

Dzieciaki spędziły dwa dni ze swoją ciocią w mieście świętym – Częstochowie. To coroczna atrakcja wakacyjna, którą oboje uwielbiają! Atrakcji w Częstochowie niespodziewanie wiele, a jedną z nich jest przejazd tramwajem (który Jasiek i tak nazywa S-Bahnem). Sieć linii tramwajowych w Częstochowie nie zachwyca…linia jest jedna! Ale za to co w tramwaju?! Muniek Staszczyk z T.Love z Częstochowy jest, a że bohaterów narodowych, sławnych pisarzy czy naukowców nie mamy zbyt wielu, Muńka zaszczyt taki kopnął, że zapowiada kolejne przystanki tramwajowe. Jak pan Staszczyk mówi to chyba każdy logopeda w Polsce wie, więc pewnie stąd to nieporozumienie. Przecież nie stąd, że dzieci do kościoła nie chodzą, na świętych się nie znają. I nie stąd, że rodzice bardzo liberalni i tematów tabu w domu nie ma. No więc dzieci moje w tramwaju jadą, integrują się ze społeczeństwem, chłoną język polski, pot i zaduch, a tu nagle Muniek obwieszcza, że następny przystanek – Aleja Najświętszej Marii Panny. Na to Kasia: „Co? Aleja Najświętszej Marihuany?”

Jeśli nie jesteście przerażeni naszą zdemoralizowaną rodziną, zapraszam na Kasi Photo Blog z tegorocznych wakacji w Polsce – same nagie zdjęcia kurcząt w bardzo nieprzyzwoitych pozach!

Gdyby się nie otworzyło, to może tak:

http://flickr.com/gp/31198290@N08/yw45NA/

Spodnie u kardiologa

DSC01949

Podczas wizyty w opisywanym w Powakacyjnych Zmianach sklepie, w którym zaatakowały mnie odwrotnie poruszające się ruchome schody, kupiłam sobie na wyprzedaży spodnie. Charakterystyczna wyprzedażowa, wielka, czerwona metka przyciągnęła mój wzrok i chwilę później spacerowałam z parą czarnych spodni za jedyne 10 Euro! I tyle…

Wydawać by się mogło, że w dzisiejszych czasach pracodawcy nie przejmują się zbytnio stanem zdrowia swoich pracowników. Jednakowoż, Chrisa przyszły i, daj Boże, doszły pracodawca jest wręcz obsesyjnie zainteresowany stanem zdrowia całej naszej rodziny. Od czterech miesięcy zbiera skrzętnie wszelakie badania naszej krwi, poranne mocze, wieczorne kały, prześwietlenia lewego płuca i prawej nerki. Sprawdzają czy aby nie jesteśmy zarażeni jakimś bawarskim wirusem piwno-kiełbasianym i czy aby na pewno Chrisa negatywne dioptrie nie są pozytywnymi. Wstępnie zażądano EKG serca od wszystkich członków rodziny powyżej pięćdziesiątego roku życia. Ale, albo statystycznie im nie pasowało, bo wyszło, że u nas tylko Chris, albo doszli do wniosku, że polskiemu sercu lata liczyć należy podwójnie, bo nakazali zrobić EKG również sercu memu. Z powodów obciążeń genetycznych, kardiolog nie jest mi obcy. Co dwa lata odwiedzam wypasiony gabinet sztucznie opalonego dr. Feder i co dwa lata naprzykrzam się swoim wciąż zdrowym sercem i ciężko zarobionymi, nie byle jakimi pieniędzmi. Doktor Piórko musi mieć jednak nadmiar ciężko zarobionych, nie swoich pieniędzy, bo traktuje mnie jak wrzód na dupie. Znów ta idiotka co nie chce niespodziewanie umrzeć w wieku trzydziestu dziewięciu lat jak jej tata. I znów kurde zdrowa! Poprosiłam, żeby coś tam napisał po angielsku, w którym to języku mówi znakomicie zaznaczając przy tym wyższość British English nad ozorem amerykańskim. No i wydało się po co jest mi to EKG potrzebne. Ileż to było śmiechu, szyderstwa, zadawania tego samego pytania w pięciu znanych dr. Piórkowi językach, ironii i drwin z tego, że rząd amerykański troszczy się o zdrowie nie tylko swoich pracowników, ale również ich rodzin i żywego dobytku. Dla mnie samej to również zagadka, ale będąc częścią rządu amerykańskiego przez jakiś już czas, przyzwyczaiłam się do niepraktycznych nakazów, niedorzecznych decyzji i absurdalnych rozkazów. Drażni mnie natomiast nieprofesjonalne zachowanie doktora Piórka, a raczej doktora Oskubanego z Najbardziej Przyległego do Kupra Najbardziej Sponiewieranej Gęsi Domowej Piórzyska! I taka nabuzowana, strzelając po drodze focha i rzucając jakimś niewybrednym epitetem, w stylu „danke”, wyszłam przeklinając w myślach dr. Piórka i całą jego gęsią świtę. Wyniosła i z poczuciem godności, że nie dałam się sprowokować (głównie dlatego, że mój niemiecki nie jest wystarczająco dobry żeby kogoś zmieszać z błotem) wyszłam z wypasionego gabinetu żeby przejść przed dwie ulice, wstąpić do piekarni, przejść, zatrzymując się przy nowościach kosmetycznych, po lokalnej galerii handlowej, zjechać zatłoczoną winą (pełną niezwykle rozbawionych ludzi) na parking i przyjechać do domu. Jak dobrze było wejść do domu, do swoich…dzieci czekały na mnie z „i jak było?”, z opakowaniami po jogurcie na stole, rozlanym sokiem w kuchni i z głodnymi dziobami czekającymi  na pyszne, świeże, wystane w długiej kolejce pieczywo. No i jeszcze z uwagą spostrzegawczej Kasi: „Byłaś w tych spodniach mamo? Bo wisi ci metka na tyłku!”.

Czas na chude lata…

IMG_2935

Mogłabym zaryzykować pesymistyczne stwierdzenie, że niewiele w życiu mi wychodzi. A czym bardziej coś mi nie wychodzi, tym bardziej chcę żeby mi wychodziło. Wtedy, rzecz jasna, dziadostwo nadal nie wychodzi. No i czym dłużej szarpię się z tym czy owym dziadostwem, no cóż…tym bardziej bolą ręce od tej szarpaniny! Od poszukiwania długoterminowej, dobrze by było żeby, płatnej i przynoszącej satysfakcję pracy, nie tylko ręce bolą – już cała cierpię. Od patrzenia w lustro na marne próby wyrzeźbienia jakiejkolwiek sylwetki, oczy me krwawią. Ręce bolą od wieloletnich prób utrzymania przy życiu wisterii na moim balkonie, a mózg od prób zapamiętania polskiej nazwy – słodlin i glicynia.

Kilka lat temu doszłam do, prawdopodobnie, mylnego wniosku, że swoistym „być albo nie być” gospodyni domowej jest ciastko drożdżowe. Udane ciasto drożdżowe, ma się rozumieć. Przez wiele lat bolały mnie nadgarstki od wyrabiania ciasta, a resztę rodziny żołądki od przymusowego kosztowania moich wypieków…tych raczej z kategorii „nie być”. Co rusz ktoś o dobrym sercu i mający na względzie moją samoocenę, dostarczał mi magiczny przepis, który „nie może się nie udać”. Okazywało się, że i juści, może…Widocznie jednak św. Sabina (patronka gospodyń domowych) uznała, że czas podwyższyć mój status społeczny wśród piekących ciasta. Z charakterystycznym dla mnie entuzjazmem kuchennym, aczkolwiek w skupieniu wielkim– bo każdy wie, że z wypiekami żartów nie ma – ciasto piętnaście minut w dłoniach miętosiłam, dwie godziny cierpliwie odczekałam, wymiętosiłam jeszcze odrobinę i na czas z piekarnika wyjęłam. Ciasto drożdżowe, mili państwo, z malinami i białą czekoladą wyszło mi znakomicie! Wyrośnięte jak na sterydach i przepyszne! Udała mi się jeszcze jedna rzecz – chociaż na tym polu sukcesów mam wiele – zjadłam całą drożdżówkę sama!

Ten, kto mieszka w Niemczech, a do tego w nieopamiętaniu jakimś wybrał Deutsche Telekom na swojego operatora telekomunikacyjnego, wie, że to bardzo specyficzna firma z nietypowym podejściem do klienta. Mam wrażenie, że obsługujący klientów są specjalnie szkoleni w kierunku odsyłania klientów z kwitkiem, a czasem i bez owego kwitka. Przez wiele lat moje rozmowy z wybitnie negatywną obsługą klienta DT, przebiegały mniej więcej tak:

A: Dzień dobry, nie moglibyście mi państwo w czymś pomóc?

DT: Nie, nie moglibyśmy. A w czym?

A: Noooo, Internet nie działa

DT: Nie wiem dlaczego, ale nawet gdybym wiedział, nie mógłbym pani pomóc.

A: A może wie pan kto może pomóc?

DT: Nie wiem.

A: A czy mógłby pan mi jeszcze doradzić w temacie taryf i połączeń międzynarodowych?

DT: Nie, ja nie mogę.

A: A jest ktoś, kto mógłby.

DT: Nie, nie ma i nie wydaje mi się żeby kiedykolwiek był.

A: A może ja się niejasno wyrażam (bo po niemiecku). Czy jest może ktoś, kto mógłby ze mną po angielsku

DT: Nie, nie wyraża się pani niejasno i nikogo takiego nie ma. Czy mogę pani jeszcze w czymś niepomóc?

A: Nie, dziękuję.

DT: A ja nie dziękuję, nie życzę miłego dnia i do niewidzenia! Aha, dostanie pani rachunek za poradę – 10 Euro. Proszę uiścić.

W końcu nerwy moje nie wytrzymały, pomalowałam usta czerwoną szminą – dla odstraszenia, założyłam sztuczny biust za 160 złotych z Intimissini, sukienkę w kwiaty i poszłam do punktu informacyjnego DT…teraz kiedy to piszę, się zastanawiam do kogóż to chciałam się upodobnić…Wpadłam i od drzwi, że Internet nie działa. Chcę nowy. Dzisiaj. Pan poklikał, powiedział, że jakieś dwie skrzynki nie działają, ja na to, że chcę nowe. Dzisiaj. Zniknął za firanką i wrócił ze skrzynkami. Chcę rozmawiać z Polską za darmo, ze Stanami też i płacić niższy abonament. OK, mówi pan, a Australia może też być za darmo? Ma pani tam kogoś? Nie mam, ale znajdę sobie kogoś, może być! Aha i nie będę płacić 10 Euro za poradę. Ok, już anuluję wysyłanie rachunku! Wychodząc potknęłam się o szklany stolik, nie widziałam go, bo cały czas miałam okulary przeciwsłoneczne. Internet jest i działa, a z Polakami i Amerykanami za darmo gaworzyć będę.

Tak sobie pesymistycznie myślę, że wyczerpałam limit pomyślności i fortunnych wydarzeń na dłuższy czas. Teraz czeka mnie siedem chudych lat!

Powakacyjne zmiany

P1060858

Jesteśmy w domu! Polskie wakacje zakończone, a przed nami kilka tygodni wakacji w domu. Cztery tygodnie w Polsce spędziliśmy ciekawie i intensywnie. Dzieci zwiedziły Adrspach – zaczarowane miasto skalne w Czechach, zadumały się głęboko nad kostnymi pozostałościami po mieszkańcach Kudowy Zdrój w Kaplicy Czaszek, szczękając zębami zwiedziły Grotę Łokietka (i przy okazji dowiedziały się, kto to król Łokieć), przeszły przez Bramę Krakowską w Ojcowie i podziwiały Maczugę Herkulesa. Pływały kajakami i taplały się w brunatnej wodzie Małej Panwi. Na krzepickim targu kupiliśmy pięć kurcząt za dwadzieścia złotych polskich, dzieci zbudowały im klatkę, karmiły, poiły i uczyły manier przez kolejne trzy tygodnie. Sprawdziliśmy co się zmieniło na naszym ukochanym Żoliborzu, policzyliśmy nowe knajpki i place zabaw. Przekręciliśmy każde pokrętło i przycisnęliśmy każdy przycisk w Centrum Nauki Kopernik w Warszawie. Obejrzeliśmy niebo nad Warszawą w Planetarium, pokarmiliśmy ptaki i wiewiórki w Łazienkach i z moją wyraźną niechęcią zwiedziliśmy Stadion Narodowy.

Przeżyliśmy również dość trudną tym razem podróż do domu. Pod Wrocławiem wpadliśmy w sam środek okropnej burzy. Wiatr rzucał samochodem po całej ulicy. Zrobiło mi się niedobrze ze strachu i chlipiąc cichutko żeby nie obudzić dzieci, wpatrywałam się w dwa nikłe światełka samochodu przede mną i jakoś się udało, ale wesoło nie było. Przetrwaliśmy również trzy niemieckie korki, które różnią się od innych korków tym, że są zazwyczaj bez powodu. Dojeżdża się do ogona korkowego, stoi się przez godzinę, zaczyna się powoli ruszać, potem coraz szybciej i nagle jedzie się normalnie. Śladów wypadku, zwężenia drogi, robót drogowych brak…bezzasadny korek niemiecki po prostu.

Przyjeżdżam do domu oczekując ukojenia, spokoju i powrotu do jako takiej stabilizacji. A tu zmiany panie, zmiany…Pomijam zmiany w pozycji świeczników na stole, zmiany w stanie czystości niektórych zakątków domowych, zmianę pościeli na świeżą i zmianę stanu ukwiecenia balkonowego – żeby nie było wątpliwości z bogatego ukwiecenia w raczej marny. Zmiany zaszły również w samym pozostawionym samopas małżonku, który oświadczył w sypialni kiedy światła już zgasły i spać pora przyszła, że „honey, I think I’m vegan!” W wolnym tłumaczeniu oznacza to, że cokolwiek w pocie czoła, aczkolwiek z miłością i wiarą w dobrodziejstwo różnorodnej diety lacto-ovo-pesco wegetariańskiej przygotuję a będzie to coś zawierało jakiekolwiek ilości nabiału, jajek czy nagle znienawidzonej ryby, będzie to coś mile podziękowane i niezjedzone. Po jedenastogodzinnej podróży daleka byłam od wyrozumiałości i dyplomacji więc wyszeptałam Chrisowi na całe gardło, że może nawet listki z moich balkonowych pelargonii zjadać, ale my nie rezygnujemy z serów, mleka, jajek i ryby. Przymusowy kompromis został jednak osiągnięty w postaci jednego jajka tygodniowo, dwóch porcji sera i żadnej indoktrynacji dzieci.

Zmiany domowe mogę ogarnąć, ale jak mi się otoczenie bez pytania zmienia, to mam problem…głównie z równowagą. Rano wybrałam się z Katarzyną na zakupy nabiałowe ponieważ małżonek naiwnie myślał, że co z oczu to i z pamięci smakowej i nabiału nie zakupił. Przy okazji deficytu mleka, wylazł też deficyt bielizny damskiej. Wchodzimy więc do sklepu, w którym znajdują się schody ruchome, wiadomo, jedne w górę, drugie w dół. Zbliżam się do schodów, dzwoni Jasiek. Rozmawiam i idę. Wchodzę na schody, coś nie tak, nogi mi się poplątały, nie poddaję się, walczę, dalej się przewracam na boki i depczę sobie sama po palcach. Zaglądam na Kasię, a ta już zwija się ze śmiechu. Okazało się, że zmienili kierunki schodów, te co były w górę, teraz są w dół i odwrotnie. I weź tu człowieku z radością wracaj do domu…

Z rodziną tylko na kajaki…

DSC02649

Jasiek i Kasia na kajaki pojechali z „babci Marysi siostry córki córki synem i z siostry córki syna dziećmi” – i przysięgam na złamany paznokieć, że te koneksje rodzinne są prawdziwe. Dość długo zajęło mi ich tłumaczenie tym bardziej, że „babci Marysi siostry córki syna dzieci” w ogóle nie były moim dzieciom znane i że te dzieci to wcale nie dzieci a dorosła już panna i dorosłość doganiający młody człowiek. „Babci Marysi siostry córki córki syn” znany jest moim dzieciom, ale widywany zbyt rzadko i z pamięci uciekający. Do młodej grupy pasjonatów sportów wodnych dołączyły również Babci Marysi Siostry Córki Córka i Babci Marysi Drugiej Siostry Córki Córka oraz Babci Marysi Córki Córka czyli ja! I taką oto rodzinną gromadą wsiedliśmy do czterech kajaków i w dół rzeki Mała Panew popłynęliśmy.

Janek płynął ze studentem AWFu, świeżo po letnim obozie sportów wodnych, Kasia z mającą wysokie mniemanie o swoich umiejętnościach kajakarskich, przekonaną o swej tężyźnie fizycznej i wrodzonym talencie sportowym, przepełnioną optymizmem, energią i wigorem (pobudzoną mocną kawą i przekarmioną reklamowanymi bio complexami) mną! Wigoru i energii starczyło mi na pierwsze dwa machnięcia wiosłem. Poziom optymizmu i wiary w siebie malał proporcjonalnie do rosnącego dobrego nastroju pozostałych uczestników wycieczki obserwujących nasze poczynania. Jakże się oni zanosili od śmiechu kiedy raz po raz wypływałyśmy z Kasią z przybrzeżnych krzaków i spod zwalonych do rzeczki drzew oblepione liśćmi, z gałęziami we włosach i komarami między zębami. Same już z Kasią zaczęłyśmy obstawiać ileż to kilometrów nadrobiłyśmy płynąc po rzece gęstym zygzakiem, od brzegu do brzegu a czasem i pod prąd. Naszą trasę można by porównać do gry komputerowej, w której dostaje się punkty pokonując różne przeszkody. Na bank zdobyłybyśmy najwyższy poziom w grze takowej! Przekonanie o sportowym talencie okazało się kompletnie niczym nie poparte, tężyzny fizycznej mi brak chyba, że słowo „tężyzna” kojarzy wam się ze słowem „tęgi” – synonimicznym ze słowem „pokaźnej tuszy” czy „rozrośnięty”, a umiejętności kajakarskie nabyte podczas jedynego w moim życiu obozu harcerskiego nie zdołały się uaktywnić tego dnia.

Okazało się również, że w prowadzeniu kajaka przydatna jest umiejętność rozróżniania kierunków i to tylko tych dwóch – prawego i lewego. Jakoś tak nieszczęśliwie tej konkretnej umiejętności nie posiadam. Potwierdzić to może Chris i jego bezgraniczna miłość do nawigacji samochodowej, która zastąpiła mnie z przekręcaną do kierunku jazdy mapą i mnie mówiącą Chrisowi gdzie ma skręcić (nota bene jestem pewna, że GPS uratował dziesiątki małżeństw przed rozwodem). Kasia, dla ułatwienia, nazwała „w prawo” – czerwone, a „w lewo” – zielone i było, że „dwa razy czerwone mamo…ok, teraz zielone”. Niewielką przeszkodą był fakt, że wiosło było z obu stron w kolorze pomarańczowym.

Dzień Kajakabył  jednym z radośniejszych dni ostatnich lat – dawno tak się nie uśmiałam z siebie i z innych….ale częściej z siebie. Wycieczka udała się pod każdym względem – udane obcowanie z moimi dziećmi, z dalszą rodziną i z przyrodą. Janek był tak dumny z siebie i z tego, że płynął ze swoim starszym kuzynem, że nie był w stanie wydusić z siebie ani jednego słowa przez cztery godziny. Dzieci pływały w ubraniach w brunatnej, pełnej gałęzi, ryb i innych żyjątek rzece i taplały się w przybrzeżnym błocie. Mamy już plany na następne wakacje, zbierzemy większą ekipę a ja poćwiczę kierunki!

Na straganie w dzień pielgrzymkowy

IMG_2936

Pewnego deszczowego przedobiadu zabrakło w domu jajka, makaronu czy innej bułki tartej. Między nogi wepchnęłam starą bordową damkę, machnęłam ręką na kompletnie niewyjściowy strój w formie fiołkowych dresów z zielonkawych napisem na lewej nogawce, żółtej kurtki przeciwdeszczowej oraz różowych kroksów dwa numery za dużych. W takim stroju podwórkowym wyjechałam na wieś. Zziajana, podjeżdżam pod górkę kościoła naszego miejscowego, a tu z dala do uszu moich dobiegają znajome dźwięki pielgrzymkowej pieśni. Wyjaśnić muszę, że nasza wieś szczęśliwie znajduje się na szlaku pielgrzymkowym na Górę częstochowską Jasną….szczęśliwie dla pielgrzymów tam idących, ma się rozumieć. Usłyszawszy pielgrzymkową piosnkę, przycisnęłam na pedały damki bordowej i do sklepu spożywczego dotarłam na bezdechu i z rozwianym włosem. Wyjaśnić tutaj muszę, że mimo, iż do pielgrzymów pretensji nie mam, że w dość osobliwy sposób demonstrują swoje przywiązanie do kościoła, że blokują wszystkie (dwie) dojazdowe drogi do Częstochowy, że nabijają kabzę wątpliwie moralnego klasztoru częstochowskiego i że się strasznie w mieście szarogęszą…pretensji nie mam. Ale jak pięćdziesiąt utykających, spoconych i mocno skoncentrowanych na sobie pielgrzymów wpadnie do pokoiku z półkami wypełnionymi towarem, zwanego inaczej sklepem spożywczym i stanie w kolejce przede mną, to już pretensje mam. Głównie jednak do siebie, że dałam się im wyprzedzić. I dlatego właśnie na te pedały bordowej damki przycisnęłam.

Jakże się rozczarowałam brakiem swojej przewidywalności i wiary w nadprzyrodzone możliwości przemieszczania się niektórych pielgrzymów, kiedy to na schodach sklepowych zobaczyłam przybyłe jako saport uczestniczki pielgrzymki. Rozmawiały one żywo z Bogusławem O. Wyjaśnić tutaj należy, że Bogusław O. należy do prężnie działającego w mojej wsi zespołu prewencyjnego, mającego swoją siedzibę na schodach sklepu spożywczego. Działacze tej grupy zajmują się profilaktyką odwadniania się organizmu.  Zapobiegawczo dostarczają organizmowi duże ilości płynów uniemożliwiając w ten sposób niebezpieczne wysuszenie swoich wnętrzności, w szczególności zaś wątroby. Mocno nawodniony Bogusław O. soczyście dyskutował z dwoma, wyżej wymienionymi paniami o Bogu. Głównie na temat jego nieistnienia i że k…. on ma to wszystko w d…. i że h… (liczba mnoga) nie księża i że tylko „naga prawda” nas wyzwoli! Zdziwiłam się w nieco, że mimo intensywnego nawadniania, Bogusławowi O. zostały jeszcze szczątki wątpliwego, z tego co pamiętam, poczucia humoru, bo wiadomo, że słowo „naga” nie wystąpiło tutaj jako synonim „bez upiększeń” czy „nieudawany”. W końcu Bogusław O. znajdował się w obecności płci zmęczonej, uduchowionej, skrajnie nim niezainteresowanej ale jakby nie było, płci pięknej. Więc i o nagości należało wspomnieć – a nuż zadziała…

Wpadłam do sklepu i biegnąc prosto do kasy złapałam bułkę tartą, makaron i jajka. Udało się! Jestem trzecia! Za mną jakaś młoda para, których twarzy dla dobra mojej wyobraźni wolałabym nie pamiętać. Rozmowa:

– co jutro robimy?

– nie wiem

– może na basen?

– nieeee bo wszyscy mnie tam znają i będą chcieli ze mną gadać, pić, sama wiesz…

– no to co?

– może nad jezioro, będziemy tam sami…

– eeeee…

– bo ja chciałbym być z tobą sam żeby cię podotykać

– znowu?????

Zapłaciłam i wychodzę. W drzwiach stoją dwie uczestniczki pielgrzymki, młodsza wyraźnie poruszona rozmową z Bogusławem O. Starsza otacza ją ramieniem i pociesza: „nie martw się, ON będzie osądzony!” Wychodzę i wskakuję szybko na bordową damkę bo piosnka pielgrzymkowa pobrzmiewa coraz głośniej. Bogusław O. odrywa się od rozmowy z innymi członkami grupy prewencyjnej i drze się w moją stronę: „Aaaaaaniaaaaa, a ty, jak zawsze PIĘKNA!”

Odtąd jeżdżę do sklepu codziennie, a nuż mnie znów coś miłego spotka!

 

 

Się nie uda…

 

DSC02152

Tak jak wspomniałam, internet w Starokrzepicach reglamentowany jest w sposób nader tajemniczy. Nie dość, że częściej go nie ma niż jest, to nieszczęśliwie jest dostępny tylko dla kilku stron. I tutaj Fejsbuk i mój bank wygrały konkurs popularności. Sytuacja bankowa podczas pobytu w Polsce jest niezwykle ważna biorąc pod uwagę moje szerokie plany zakupowe więc wdzięczna jestem, że Wszechmogący Internet właśnie tę stronę wybrał sobie na faworytkę. Fejsbuk też jest mi potrzebny żeby nie stracić kontaktu ze światem, który preferuje ten sposób kontaktowania się z innymi. Plany miałam, że popiszę na blogu, podzielę się przemyśleniami…nie uda się! Popisać mogę przyszłościowo, na sierpień ale publikować nie będę bo się strona moja nie otwiera, a ja nie tylko opublikować chciałabym ale poczytać i poodpisywać na ewentualne i zawsze mile widziane komentarze. Tak więc pisać będę do szuflady, a publikować w sierpniu. I tym oto optymistycznym akcentem, żegnam się z wami i przypomnę się w sierpniu!

Świadectwa wakacyjne

IMG_0237

Minęły już trzy tygodnie od zakończenia roku szkolnego a ja nie pochwaliłam się świadectwami dzieci moich. Świadectwa moich dzieci są różne. Jasiek deklaruje, że rok szkolny minął mu pod znakiem oświecenia jego własnej twórczości pisarskiej. Pod koniec roku szkolnego, Janek miał swój tomik poezji – całkiem niezły trzeba przyznać – i rozpoczął pisanie gazetki Capital, którą szczęśliwcy czytający w języku obcym mogą znaleźć tutaj. Kasi zeznania względem roku minionego są mniej optymistyczne. Może być dlatego, że nauczyciele w naszej „middle school” nie starają się dorównać nawet nazwie szkoły – nie są nawet średni…są do kitu! Każdy jeden! A może dlatego, że przechodzi przez trudny okres niedołęstwa nastoletniego i…trudno nawet dokończyć to zdanie…i wszystko jasne! Stając twarzą w twarz z faktem, że nie wrócą już nigdy do tej szkoły, dzieci posumowały szkołę pozytywnie, że mała, że sami znajomi, wszyscy o wszystkich wszystko wiedzą i że łatwo dostać same piątki! Za łatwo…Być może będą musiały odszczekać te szydercze wypowiedzi bo wygląda na to, że przeprowadzka do kraju wiecznego lodu przeciąga się nieco! Świadectwa moich dzieci tracą na optymizmie kiedy zaczynamy mówić o przyjaźniach…Co roku pięćdziesiąt procent przyjaciół bliższych i dalszych – ale wszyscy są bliscy bo klasy małe – wymienia się na grupę przyszłych przyjaciół, którzy za dwa, trzy lata również staną się byłymi przyjaciółmi. Ten rok jest trudniejszy niż poprzednie bo wszyscy bliscy przyjaciele znikają jeden po drugim. Na razie widzę spokój, akceptację i pogodzenie się z faktem, ale wiem, że to nie potrwa długo…szykuję się na długie godziny tłumaczenia, pocieszania i przytulania.

Minęły już trzy tygodnie wakacji…Pierwszy tydzień – pogoda iście wakacyjna! Każdy dzień spędziliśmy na basenie. Na śniadanie jedliśmy mrożone płatki śniadaniowe, na lunch zupę pomidorową z kostkami lodu, a na kolację lodowe risotto z kawałkami mrożonych warzyw. Spaliśmy nago bez kołder! Tydzień drugi – pogoda właściwa dla letniego Garmisch! Lało cały tydzień przy temperaturach raczej marcowych. Każdy dzień był podzielony na pół, pół na pływanie kryte, pół na oglądanie filmów. Janek przepłynął swój pierwszy kilometr, obejrzeliśmy Forresta Gumpa i Chłopca w Pasiastej Piżamie. Wymieniliśmy też zmarłe kwiatki na balkonie na nowe. Tydzień trzeci – pogoda wymarzona! Dwadzieścia cztery stopnie i czyste, klarowne powietrze. W tym tygodniu pokonaliśmy dobrych kilkadziesiąt kilometrów i wiele z tych kilometrów pod górę. Kasia pokonała czarną trasę w parku linowych. Jasiek skończył w piątek dziewięć lat. Spędził ten dzień ze swoimi trzema przyjaciółmi – dwóch z nich prawdopodobnie nigdy nie zobaczy. Spędził ten dzień robiąc to, co Jaś lubi najbardziej – wspinając się na szczyt kolejnej góry! Kasia spędziła trzy dni ze swoją przyjaciółką, którą poznała kiedy miały trzynaście miesięcy i do siódmego roku życia były nierozłączne. Do tego czasu utrzymują kontakt LISTOWNY (wiecie…papier, długopis) i kiedy się widzą to jakby skończyły rozmowę dwie minuty temu i kontynuują dalej.

Minęły już trzy tygodnie i czas do Polski…wszystko spakowane i gotowe. W planie mamy kajaki, wizytę starych żoliborskich śmieci, zwiedzanie Gór Stołowych i zakup ptactwa domowego. Dwoje kacząt i taka sama liczba kurcząt. Imiona wybrane i drobiowa strona na Instagramie założona. Ptactwo ma być wychowane na wolne, niezjadliwe jednostki zwierzęce, niezależne, walczące o niepodległość kulinarną, które szczęśliwie dożyje…znając niewegetariańską część naszej rodziny, pewnie tylko naszego wyjazdu!

Jako, że internet w Starokrzepicach jak reglamentowany w sposób dość tajemniczy, nie wiem kiedy się pojawię i w jakim stanie psychicznym. Mam plan żeby doładować Językowo bo Grosjean już nieźle mnie sponiewierał intelektualnie….

Miłych wakacji życzę wszystkim!