takie tam…

FullSizeRender-4

Teodor przyczaił się przy krzaku pomidorów. Czekając na swoją ofiarę skubnął wypielęgnowanego, dojrzałego pomidora i rzucił nim o ziemię. Kwaśne. Teodor nie lubił kwaśnych pokarmów. Spojrzał za siebie i skontrolował ustawienie swojego biało-czarnego ogona. Wszystko było na miejscu. Pozostało tylko czekać. Izabela wybiegła z domu tanecznym krokiem. Nie pobiegła zbyt daleko, zatrzymała ją bowiem smycz. Na końcu smyczy był człowiek, bez okularów, ze spowolnionym, zmęczeniem i późną porą, refleksem. Człowiek wyjął telefon i poluźnił uchwyt smyczy. Tylko na to czekał Teodor. Bezczelnie przejechał pazurkiem po leżącej obok cegle dając tym samym znać o swojej obecności. W Izabeli wzburzyła się krew i duchy myśliwskich przodków przejęły kontrolę nad jej biernym, na co dzień, usposobieniem. Różowymi, plastikowymi grabkami zgrabiałam właśnie rodzinę wysuszonych węży w piaskownicy, kiedy ze snu wybudził mnie cuchnący skunksem człowiek bez okularów. I tak tuż przed północą, po raz kolejny, wykonaliśmy serię kąpieli usuwających smród, przeklinając na przemian Teodora i Izabelę…

…pracę swoją uwielbiam, a i praca się odwzajemnia. Odwzajemnia się najwyższymi ocenami w ankietach uczniów (opłaca się kupować polskie ptasie mleczko i rozdawać uczniom „bez powodu”), znakomitymi wynikami wyhodowanych przeze mnie poliglotów, tortami na zakończenie semestru, zaproszeniami na wakacje na Dominikanę jak również, sporadycznymi, ale się zdarzającymi, propozycjami matrymonialnymi (z pełną wiedzą pytającego, jak również z ignorancją tejże wiedzy, że w związku małżeńskim już jestem). Nigdy nie miałam żadnych problemów z dyscypliną w klasie, targowaniem się o stopnie, docinkami, brakiem szacunku itd. Wychodzę z założenia, że jak się od początku ustali zasady i się je konsekwentnie egzekwuje, problemów nie będzie. I wredna jestem jak trzeba i łzy mnie chińskie, brazylijskie, a tym bardziej saudyjskie (tym bardziej, bo najczęstsze i najlepiej udające prawdziwe) nie ruszają. Ale za to jest sprawiedliwie i za kratki za korupcję na pewno nie pójdę. Ale się pomyliłam. Znalazł się taki jeden co mnie złamał. Nazwijmy go Piotrek, bo Piotrek to takie typowe saudyjskie imię. Piotrka od trzech miesięcy uczę jak pisać wypracowania. A Piotrek się opiera. Codziennie dwie godziny ja mu łopatą wiedzę do łba, a on spycharką do wiedzy tę wiedzę z łba wywala. I niechby wywalał godząc się przy tym z konsekwencjami, ale Piotrek się nie godzi. I prosi i błaga i wymaga i szantażuje i szkaluje i straszy i odgraża się. Posądził mnie o uprzedzenie do swojej nacji. Zjednoczona fejsbukiem i snapczatem Arabia Saudyjska stanęła po mojej stronie. Pomruczał trochę pod nosem i się nie poddał. Oskarżył mnie o uprzedzenie indywidualne, do jednostki własnej, Piotrkowej. No i nie mogę przecież udowodnić, że nie jestem uprzedzona do Piotrka stawiając mu pałę z wykrzyknikiem za odpowiedź „Rozdział 5” na pytanie „Która część przeczytanej książki wywarła na tobie największe wrażenie i dlaczego”. Piotrek prosi o pół punktu chociaż. Krew się we mnie gotuje, tłumaczę, pokazuję półstronicowe wypowiedzi kolegów z klasy i mówię, że nie. Idzie na skargę do dyrektorki. Nic nie wskórał. Wraca, zakłada kaptur na głowę i nie gada do mnie do końca dnia. Jakoś nie przeżywam za bardzo. Zbieram komórki do pudełka, bo tak się składa, że jakiś ważny mecz piłki nożnej jest. Z Piotrkiem walka wręcz. Wygrywam. Po pięciu minutach Piotrek oznajmia, że pęcherz wzywa. Nie zauważam jak zabiera komórkę z pudełka, ale zauważam, że nie ma go piętnaście minut. Wstawiam nieobecność i oznajmiam mu ten fakt kiedy wraca i w języku piotrkowym ogłasza, że strzelili gola. Piotrek staje nade mną i krzyczy i bluźni i złorzeczy. Nie udaje mi się opanować sytuacji. Piotrek nie reaguje na nic. Z klasy wyprowadza go kolega. Przez jedną, króciutką chwilkę nie czułam się bezpieczna. W głowie stereotyp o Piotrkach? Być może, ale nic na to uczucie nie poradzę. Jest i już. Jak znajdą kiedyś moje zwłoki w zatoce to nie zwalajcie tego na moją nieumiejętność pływania. Piotrek może nie mieć alibi…

…nie zabiły mnie mrozy siarczyste, nie dały rady upały, nie wykończył mnie ten, czy ów system. Wykończył mnie wirus, grypy jak mniemam. Mniemam sobie tak sama, bo do lekarza się nie odważyłam. Po roku pobytu w Stanach, opinie o lekarzach mam raczej średnią, w porywach nawet kiepską. Żeby sobie zaoszczędzić dalszych rozczarowań, postanowiłam leczyć się sama. Do apteki się udałam. Z Polski jestem więc na medycynie się znam jak nikt inny. Ot tak, z przynależność narodowej. Znam swoje objawy więc powinno być łatwo. A nie było właśnie. Czytam wszystkie składniki leków, pot się ze mnie leje, drgawki mam. Jest szansa, że leki te stłumią objawy grypy, ale na pewno zniszczą wątrobę, żołądek i mózg! Wychodzę bez leków. Nie będę się leczyć trucizną. Jednak po dwunastu godzinach omamów słuchowych i wzrokowych spowodowanych gorączką, wracam do apteki. Herbata, olejki, miód i cebula nie zadziałały. Do apteki poszłam z psem na smyczy, bo zna drogę do domu. Poszłam w dresach i koszulce kibica Patriotów, z poprzedniego dnia. Nie miałam siły się przebrać. Kupiłam halucynogenne leki i wróciłam do domu. Nie wiem jak wróciłam, dobrze, że pies wiedział. Po tych lekach ludzie umierają we śnie. Konkretnie w moim śnie. Dwa dni się zalewałam łzami. Za każdym razem kiedy zamykałam oczy, ktoś umierał. Po kilku dniach się polepszyło i pojawiły się sny o wężach. W kwiecistej sukience, różowymi grabkami zgrabiam wyschniętą na wiór rodzinę węży, w składzie mama i siedmioro potomstwa, w piaskownicy moich dzieci. I robię to z wielką ulgą. Ulga, że nie żyją ma się rozumieć. Na lekach czuję się lepiej (jak nie zamykam oczu, nikt nie umiera i węży brak) i chodzę do pracy i do ortopedy. Do ortopedy, bo mi ręka ze stawu wyskoczyła trochę. Czekam pół godziny, wchodzę do gabinetu, czekam kolejne dziesięć minut. Wpada mój wysoki, blond ortopeda o niebieskich, przeszywających oczach. Zauważa, że straciłam głos. Informuję go, że mam jakiś wirus i przepraszam. Od cofa się pod ścianę, oznajmia, że mnie nie dotknie, bo jak zachoruje, to go żona zabije i nakazuje mi podnieść ramiona, przenieść do boku, za siebie, opuścić, dziękuje i mówi, że widzi poprawę i że do zobaczenia za sześć tygodni. Wychodzi. Nie więcej niż minuta. Stoję i uwierzyć nie mogę. Przez moment myślałam, że to żart. Ale się myliłam…

…ostatni dzień na plaży. Z kaszlem i gorączką. Nie odpuściłam. Ciepło, pusto i spokojnie. Ostatnie w tym roku śniadanie, ostatnie usuwanie piachu z przestrzeni międzypalcowych, ostatnie suszenie mokrych majtek, ostatnie nakładanie kremu ochronnego, ostatnie plażowe selfie z Kaśką (ale za to jakie!). Kapelusz schowany w piwnicy, klapki z ręcznikami poskładane w kostkę. Piasek z samochodu odkurzony. Do maja…

 FullSizeRender-2 FullSizeRender-3 FullSizeRender-1 FullSizeRender-5

Multi-me…

DSC06813

Multitasking – umiejętność wykonywania wielu czynności, zadań jednocześnie, zdolność koncentrowania się na wielu rzeczach na raz; wielozadaniowość

(źródło: Uniwersytet Warszawski – Nowe Wyrazy)

Wychowałam się na wsi, na czterohektarowym, zupełnie niezmechanizowanym gospodarstwie rolnym. Jednozadaniowość była jedyną potrzebną nam zadaniowością. Podczas wykopków trzeba było przesunąć koszyk, zebrać tyle ziemniaków ile się w dłoni mieściło, otrzepać je z ziemi i do koszyka wrzucić. Po kolei. Można było obgadać sąsiadki, co to nie przyszły na pole pomóc w wykopkach, mimo, że u nich się przy żniwach pomagało – niewdzięcznice jedne! Obgadywać pojedynczo, w kolejności od kościoła w stronę cmentarza. Na pierzajce usta zajęte były przyśpiewkami, a ręce pierzem, a pasąc krowy można było różaniec zmówić.

Nie wiem kiedy zaczęłam traktować multitasking jak konkurencję sportową. Pamiętam jaka byłam dumna z siebie kiedy to kilka dni po powrocie ze szpitala, z przyssaną do piersi żarłoczną potworą skończyłam ważne tłumaczenie. Robiłam tylko dwie rzeczy, karmiłam i stukałam w klawiaturę. Do głowy mi nie przyszło, że kilkanaście lat później matki będą robić to samo plus słuchać ebooka o dobrodziejstwach piątego języka w niemowlęctwie, plus rozmawiać przez skypa z ciocią Krysią, plus wrzucać zdjęcia narodzonego na Instagram, plus robić Chodakowską na dolne partie ciała. Wkrótce okazało się, że posiadanie dzieci, rozmnażanie się przeszkadzaczy elektronicznych i dziwne pragnienie zrobienia wszystkiego szybko i naraz, po to żeby jak najszybciej skończyć i zabrać się za kolejną rzecz sprawiły że doszłam do mistrzostwa, w swoim przedziale wiekowym ma się rozumieć, w robieniu kilku rzeczy naraz.

W samochodzie mam zakład kosmetyczny . Gdzie tak długo jak w samochodzie mam ręce i nogi lekko unieruchomione? Nigdzie! Można maseczkę na dłonie i stopy nałożyć, wysuszyć pomalowane paznokcie, w korku spiąć włosy, rozpuścić je w kolejnym korku, zmienić zdanie i znów je spiąć. Wszyscy, którzy mają Viber są notorycznie molestowani moimi telefonami. Stąd wiem co się dzieje w kraju, gdzie syryjscy uchodźcy przedostają się przez zasieki ksenofobii, jakiej marki zegarek nosi nasz nowy prezydent, kto z kim ma dziecko i ile księdzu na tacę wypada wrzucić. Szkoła Jasia przysyła mi zawiadomienia o pracy domowej, w korku przeczytam, zadzwonię do domu sprawdzę czy zrobione, podąsam się trochę na czwórkę plus Kaśki, o której dowiem się z wiadomości przesłanej mi na maila. Podąsam się, a zanim dojadę do domu, przejdzie mi. Zjadam podwieczorek, zmywam makijaż na ostatnich światłach i do domu wchodzę świeża i najedzona. Gotowa do wykonywania nowych zadań. Gotując obiad, oglądam polskie seriale, na spacerze z psem, ku uciesze obserwujących, ćwiczę wykroki do przodu. W parku dla psów chodzę z notatnikiem i zbieram informacje o weterynarzach, domach psiej opieki, szczotkach do psich zębów i szamponach do psiej sierści. Na weekendowych wycieczkach sprawdzam wypracowania, co często kończy się wymiotami, ale nic to, przepiję wodą i dalej sprawdzam. Mycie okien z telefonem między uchem a ramieniem kończy się bólem szyi. Robię wtedy jogę przepytując dziecko z francuskich czasowników. W poczekalniach czytam gazety, robię zdjęcia przepisom na zupę, odpowiadam na maile i potajemnie ćwiczę mięśnie Kegla. I dumna jestem z siebie niesłychanie…

Kilka dni temu, grając z dzieckiem moim w koszykówkę, coś mi w nodze strzeliło. Ścięgno Achillesa się odezwało. Podeszły wiek właścicielki ścięgna też. Musiałam usiąść na jakiś czas. Nieruchomo. Z kostką w zamrażalce. I tak mi się przypomniało jak to było kiedy zerwałam to ścięgno kilka lat temu. Jak to jedyna wielozadaniowość na jaką mnie było stać to od momentu zasygnalizowania przez mózg konieczności uregulowania potrzeby fizjologicznej moim zadaniem było zatrzymanie dziesiątego odcinka trzeciego sezonu Downton Abbey, założenie buta ortopedycznego, pozbieranie rzuconych w złości kul i dojście do ubikacji cały czas utrzymując kontrolę nad wypełnionym po brzegi pęcherzem. I zatęskniłam trochę za takim mało-zakresowym multitaskingiem…

Jak ja kocham lato tutaj…

IMG_4508

Lato w Alpach rozpoczynało się na początku czerwca i kończyło również na początku czerwca. Ledwo człowiek zdążył ze schowków, pawlaczy i piwnic poprzynosić krótkie gatki i czapki z daszkiem, a już zaczynało padać. Krem przeciwsłoneczny opłacało się kupować tylko na spółkę z trzema wielodzietnymi rodzinami. Ci bardziej cierpliwy, albo bez środków, którzy spędzali lato w górach, zostali od czasu do czasu znienacka zaskoczeni jednym słonecznym półdniem. Ale zanim wygrzebali się spod koców i znaleźli okulary słoneczne mające ochronić przyzwyczajone do szarości i półmroku oczy, słońce zachodziło i mgła zasnuwała dolinę. Szczęśliwie, położenie Garmisch pozwalało zmarzniętym, przykurczonym ciałom ogrzać się po trzech godzinach jazdy na południe pod włoskim, nieprzerwanie słonecznym niebem. Taki hyc za miedzę! Choćby na kilka godzin, na kilka promieni. I tylko tak dało się przeżyć alpejskie lato.

Lato w Rhode Island jest nie do przebicia! Jak się zaczęło, skończyć się nie może. Deszcz, żeby czasem zbytnio nie pomieszać nikomu szyków, pada w nocy. Cicho, przelotnie i nie rzucając się nikomu ani w oczy, ani w uszy. Słońce do obrzydzenia wstaje codziennie rano, o tej samej porze i zachodzi posłusznie za tym samym dachem o porze jak najbardziej odpowiedniej. Nie trzeba się zastanawiać nad planami „a co jak będzie padać” na weekend. Nie będzie. Będzie pięknie, ciepło i słonecznie. Nie trzeba się zastanawiać, czy czasem nie będzie dzieciom chłodno o siódmej rano na przystanku autobusowym do szkoły. Nie będzie. Kiedyś w radio ogłosili, że może zdarzyć się burza w ciągu dnia. Publika się widać na tę wiadomość oburzyła, przesłała zażalenie i burzy nie było. Na wszelki wypadek kupiłam parasol. Od czerwca leży w samochodzie, jeszcze z ceną. Witamina D wyłazi wszystkim uszami, dzieci z przerośniętymi błonami pławnymi, wypasione rosnącymi na łeb na szyję pomidorami z ogródka. Na kremy ochronne mam abonament, a dzieci i tak jakby trochę przysmażone. Duża wilgotności powietrza spowodowała zmianę stanu skupienia moich włosów. Są znacznie bardziej skupione. Włosy jak na studniówce, po wałkach i piankach. I uwielbiam, bo wstaję, biorę prysznic i są jak wiatrem czesane.

Nie lubię w Stanach tego, że wszystko jest ponaglane, skrócone, w pośpiechu, czy w proszku. Szybki lunch, krótka wiadomość, pośpieszna rozmowa telefoniczna, pięciominutowa wizyta sąsiadki, kawa na stojąco, jajka w kartoniku. Ale latem wszystko zwalnia trochę. Duszne powietrze wydaje się spowalniać wskazówki zegarów. A to jeden z drugim zatrzyma się na chwilę, porozmawia nieco dłużej, piwo wolniej wypije, motyla poobserwuje. Na plaży już w ogóle czas jakby płynął inaczej. Nikt się nie śpieszy, nie spogląda na zegarek. Nikomu nie przeszkadza, że piasek w majtkach i w kanapce. Nikt się nie żali, że parasol porwany przez wiatr o mało nie wbił się w opalające się ciało sąsiadki, że mewa ukradła przekąskę, a haczyk łowiącego ryby amatora wbił się w piętę dziecka. Uwielbiam też dojrzałe, egzotyczne owoce, najpyszniejszą na świecie kukurydzę i moją ulubioną zupę z tutejszych małży. Wszystko powoli z lampką białego, schłodzonego wina.

Z psem lato jest jeszcze bardziej ciekawe. Codziennie chodzę do parku, gdzie wolno, bez smyczy biegają psy, w porywach do dwudziestu sztuk. Mój pies szuka zajęcy i innych poruszających się z szybkością światła zwierząt, a ja szukam psa. W krzakach, w bagnisku, pod mostami. I uczę się, że nie muszę, że pies przychodzi do mnie za każdym razem.. Ale z psim szukaniem jest tak, że jak tak szuka to w końcu coś znajdzie. W naszym ogródku mieszka skunks Teodor. Widzieliśmy go już kilka razy, on nas też, ale szanujemy swoją przestrzeń osobistą i koegzystujemy. Mój pies nie poszanował przestrzeni Teodora i dostał w twarz. Tak więc piękną letnią noc spędziliśmy na polewaniu psa sosem pomidorowym. Sześć puszek pomidorów. A potem jeszcze cztery razy szamponem o zapachu migdałów i wanilii. Teodor nie dał się wykurzyć z ogródka, ale pies trzyma się od niego z daleka.

Wieczorne ogniska z pieczeniem pianek, cotygodniowe koncerty w parku, jedzenie z objazdowych samochodów, rower i sałatka z ogródka na lunch, odgłos latarni morskiej i maleńkie łódki kołyszące się na brzegu naszej miejskiej przystani. Takie lato uwielbiam…

Tak jak w Garmisch nie mogłam się doczekać zimy, tak dzisiejszy widok kilku liści na trawniku zasmucił mnie bardzo. Do następnego lata jeszcze tyle czasu…

FullSizeRender

A tak czasami kończą się letnie wieczory. To czarne to pachnąca migdałami i wanilią Izzy.

I jeszcze raz „rok temu”…

DSC06001

Nie wiem, czy to niemieckie powiedzenie, czy tylko w Niemczech usłyszane, że nowe miejsce można nazwać domem jak się przemieszkało w nim wszystkie pory roku. No i nadejszła ta wiekopomna chwila i dla mnie. Przemieszkałam. Odchodzące lato, piękną, ognistą jesień, najzimniejszą z zimnych zimę, spóźnialską wiosnę i znów lato, piękne, gorące, z piaskiem we włosach, solą z oceanu na skórze i najpiękniejszą opalenizną w życiu. Rok temu dzisiaj właśnie dojechaliśmy do Rhode Island. Rok temu wysiedliśmy z samochodu do takiego widoku. Zapach ryb, zielska pływającego tuż pod powierzchnią wody. Odgłos lekkich fal chlapiących o pomosty, które niebezpiecznie kołysały się pod moimi stopami. Duszny i ciężki wiatr przynosił z okolicy nowe zapachy. Zapach słonej wody zmieszany ze smażonym krabem z pobliskiej restauracji. Krzyki mew mieszały się z cichą gitarą siedzącego na pomoście muzyka-wędrowcy. I po roku jest tak samo. Krzyki mew mieszają się ze smażonymi krabami, a wędrowny muzyk cuchnie rybami…Rozpoczynamy kolejny rok w Rhode Island. Najprawdopodobniej ostatni po tej stronie oceanu. Sama jestem ciekawa mojego wpisu za rok. O czym będzie i skąd? Nie mogę się doczekać.

Na razie jednak, wspomnienia. Dzisiaj zapraszam na nasz pierwszy rok w Stanach w obiektywie. Różnym obiektywie. I ustawki z dobrym aparatem i szybkie zdjęcia telefonem. I jak to ze zdjęciami – złodziejami dusz – za każdym stoi historia, emocje i…fotograf.

IMG_2064

Pierwsze zdjęcie po wyjściu z samochodu w East Greenwich, Rhode Island. To trochę jak z pierwszymi zdjęciami imigrantów na Ellis Island. Za sto lat to zdjęcie wisiało będzie na ścianie w pokoju moich prawnuków. 

DSC05566

Nasz historyczny dom, o którym tutaj. Czasem nienawidzę, czasem uwielbiam, ale na pewno nigdy nie zapomnę.

DSC05465

DSC05463

Pierwszy dzień szkoły. Nowy kraj, nowa szkoła, nowe twarze. Nie zazdrościłam dzieciom. Na początku Jankowi nie było łatwo, ale dał radę. Kaśka poszła jak po swoje…bez buta!

IMG_4153

Tak wyglądają plaże we wrześniu. Pięknie i pusto. Siedzę i pieję ze szczęścia. Za każdym razem. Ocean ma coś w sobie, czego nic innego w sobie nie ma…

IMG_2551

IMG_2547

Cała Nowa Anglia się tym chwali. Najpiękniejsza jesień w Stanach. Się zgadzam. I nie mogę doczekać się kolejnej. 

DSC05630

Potrzebowałam gór, spaceru z zadyszką, widoku, przestrzeni… Znaleźliśmy. Nie Alpy, ale oczy i dusza nakarmione. Nie do syta, ale nie burczy.

DSC05778

Macierzyńska dygresja…Ponieważ na początku mają tylko siebie, zaprzyjaźnili się. Nastolatka ze stworzeniem młodszym, i do tego bratem jeszcze – nie do pomyślenia w innych okolicznościach. 

DSCF9067

IMG_4585

Mam pracę. Cudowną. Podoba mi się wszystko i podobać się nie przestaje. Wstaję o 5.30 (ok, po trzech budzikach, o 5.45) i jestem w domu o 17.00, dzieci o chlebie i wodzie, psu nawet chleba pożałowali, wodę chlipie. Ale pracy nie oddam. Nikomu. Za nic w świecie!

IMG_3081

Pierwsze Boże Narodzenie w Stanach. Bez rodziny, bez przyjaciół, bez śniegu…Nigdy więcej!

DSC06012

W Stanach trochę śniegu oznacza paraliż narodowy! Miasto duchów z zakazem wychodzenia, wyjeżdżania, głębszego oddychania zimnym powietrzem. To również oznacza całodzienne siedzenie przed telewizorem, pod kocem, z malinową herbatą i domowej roboty ciastkami. Może być!

IMG_3418

Narty! Szczęście ponad wszystko! Może trochę za daleko, za drogo, za nisko, ale, przede wszystkim, za zimo! Maaatko, jak zimno!!!

IMG_3551

Nasz pierwszy pies. Chyba wtedy zakochałam na umór w idei czworonogiego towarzysza domowego. Musieliśmy oddać Laney po trzech tygodniach – pogryzła dwunogich towarzyszy. Myślałam, że pęknie mi serce.

DSC06319

Na wiosnę czekaliśmy długo. Za długo. Z wiosną przyszedł nowy rower, nowe miejsca, nowe ścieżki. A także kontuzja ramienia i kilka granatowych guzów na nogach. Guzy znikają, amputację ramienia odłożono na później, a ja głupia dalej bez kasku.

DSC06798

Ogródek jakby na złość wynagradza moje ogródka ignorowanie a to pomidorem, a to ziołem wonnym, a to najpiękniejszymi na świecie piwoniami. 

IMG_3599

Dzieci wzięły się za sport. Nowy, dziwny. Lacrosse. W kasku i ochraniaczach i siatką jakby na motyle. Pięć razy w tygodniu po dwie godziny. Nie ma zlituj! 

IMG_3989

Trochę niespodziewanie odwiedziła mnie mama. Przesadziła pomidory w bardziej nasłonecznione miejsce, wyprasowała prześcieradła z gumką, zrobiła kluski śląskie, zupę pomidorową i pojechała do domu. Kiedy opowiadam jej teraz przez telefon o zgubionej skarpecie, mama pyta: „a w tej szufladzie na górze sprawdziłaś?”. Uwielbiam, że zna mój dom, ulicę i wie gdzie zgubione skarpety mogą się poniewierać.

IMG_4508

IMG_4500

Znaleźliśmy plażę, na której nie ma ludzi…o siódmej rano. Moje ukochane śniadania na plaży. Cisza, pustki, kawa i ciasto drożdżowe. Chcę każdy taki weekend do końca życia!

IMG_4201

Koniec roku szkolnego. Przeżyli. Nabrali pewności siebie (w końcu w kraju najbardziej pewnych siebie jesteśmy) i wtopili się w społeczeństwo. Dokładnie w moje czterdzieste pierwsze urodziny  odebrałam ze szkoły świeżo upieczonego gimnazjalistę i uczennicę drugiej klasy liceum. Na ciacho poszliśmy!

IMG_4272

DSC06874

Długo wyczekiwana, przez dzieci szczególnie, wizyta przyjaciół z Garmisch. Z wielu powodów to była bardzo ważna wizyta, ale przede wszystkim pokazaliśmy dzieciom, a dzieci nam, że przyjaźń nie znika, nie wietrzeje i że jak się bardzo czegoś chce, to się da!

IMG_4155

Nie poddaję się. Walczę. Polski podaję łyżkami, z posypką i z polewą czekoladową. Żeby tylko połknęli. Czasami oblizują się i cmokają z zachwytu, a czasami krztuszą się i kaszlą. Nie popuszczam. Jeszcze nie.

IMG_4538

Narty w piwnicy, buty do wspinaczki po górach za małe więc się za żeglarstwo zabrał. Opalony, podtopiony razy kilka, z wysypką na tyłku od mokrych majtek, ale przeszczęśliwy! Mam żeglarza w domu. Ja, ta co pływać nie umie. 

IMG_4582

IMG_4567

Od kliku tygodni mamy psa. Rozważna i romantyczna panna Izabella (Izzy). Dostojna sześciolatka. Lubi się wylegiwać w ogródku, z piwkiem ma się rozumieć, uwielbia ludzi, psy i koty. Te ostatnie głównie jeść. Nie lubi deszczu i brudnych łap. Już ją uwielbiamy, a będzie jeszcze gorzej!

 

Z historyczną wizytą w Plymouth

DSC06994

W poniedziałek sprawdzili przybrzeżne wody i doszli do wniosku, że dobre są i zeszli na ląd i zobaczyli pola kukurydzy i małe strumienie i zdecydowali, że miejsce to będzie dobre na siedlisko. Wydawało się, że to było najlepsze miejsce jakie mogli znaleźć, a sytuacja w jakiej się znaleźli zmusiła ich do zaakceptowania takiej decyzji […] 15 grudnia rzucili kotwicę przy owym miejscu […]”*. I tak oto brytyjscy osadnicy znaleźli się w na ziemi amerykańskiej, w Plymouth, w 1620 roku.

Pojechaliśmy zobaczyć. Skansen, replika wioski brytyjskich osadników, nie powalił nas, ale pewnie dlatego, że co w Stanach najstarsze, w Europie ledwie na początku historycznej menopauzy. Fajne było to, że można było na osadniczym krześle usiąść, poduchy z osadniczego łóżka przetrzepać, patykiem w rozpalonym ognisku pogrzebać i z ludźmi z epoki porozmawiać. A w role osadników aktorzy weszli bardzo rzetelnie. Nie dali się zwieść pytaniom turystów o pochodzenie podejrzanie nie amerykańskiego akcentu i o gaże aktorskie. Po krótkiej rozmowie przy palenisku, czy przy płocie, zabierali się za pielenie grządek, dojenie kóz i cerowanie skarpet.

 

DSC07017

 

DSC07024

 

 

 

DSC07020

 

 

Ciekawszą częścią skansenu była rekonstrukcja wioski indiańskiej plemienia Wampanoag. Plemię to zamieszkiwało tereny Nowej Anglii. Na początku stosunki z przybyłymi Anglikami układały się poprawnie. Po pewnym czasie jednak się Indianie połapali, że Anglicy chcą ich z ziemi wykopać i zaczęli się awanturować. No i tak się awanturowali, że o mało ich wszystkich nie wybito. Zwiali na pobliskie wyspy. Mnie najbardziej podobało się to, że panowie-opowiadacze w skansenie nie byli aktorami. To potomkowie Indian z plemienia Wampanoag, dla których strojenie się w skórzane majtki, malowanie twarzy i opowiadanie o historii plemienia to nie tylko sposób na życie, ale również część ich historii i kultury. Opowiadają o sobie, o swojej historii, o przodkach, o rodzinie. Jeden z nich pochwalił się, że za rok otwarta zostanie pierwsza szkoła podstawowa dla dzieci z plemienia Wampanoag. Był tak cudownie skromny i dumny jednocześnie opowiadając o tym, że jego dzieci będą uczyły się języka, kultury i historii plemienia. Super było go posłuchać. Uwielbiam takie perełki.

 

DSC07006

DSC07009

DSC07013

DSC07015

Zanim zapodam jeszcze jedną, zgoła inną, perełkę w temacie osadników, słowo o autorze cytatów. Cytat na początku wpisu to moje kompletnie liberalne tłumaczenie fragmentu, lekko nudnego, dzieła Williama Bradforda „Of Plymouth Plantation”. Pan Bradford przybył z innymi osadnikami na sławnym statku Mayflower i postawił sobie za punkt honoru żeby opisać każde wydarzenie z pierwszych dwudziestu lat podboju Ameryki. Skrupulatnie i ze szczegółami. Teraz, po wizycie w Plymouth, przeczytałam fragmenty dziennika z wielką przyjemnością, ale na studiach miałam odciski na powiekach od czytania.

Ów Bradford opisał pewne wstydliwe dla osadników zdarzenie. A mianowicie „[…] był sobie młodzieniec imieniem Thomas Granger. Był on pachołkiem szlachetnego jegomościa z Duxbury, miał 16 czy też 17 lat. […] Tego roku młodzieńca przyłapano i oskarżono o sodomię z kobyłą, krową, dwiema kozami, pięcioma owcami, dwoma cielakami i z jednym indykiem. […] Thomas został przyłapany podczas sprośnych wyczynów z kobyłą”. Rozpoczęto dochodzenie, przyprowadzono świadków i ofiary, ale z opisu Bradforda dowiadujemy się, że biednemu młodzieńcowi nie było łatwo rozpoznać ofiary. Szczególnie owce wydawały się wyjątkowo do siebie podobne. Zboczeńca postawiono przed sądem i „stracony został 8 września 1642 roku”. Zanim go jednak stracono „kobyła, krowa i inne mniej dostojne zwierzęta zostały stracone na oczach młodzieńca […]”.

W skansenie po ogródkach przechadzały się owce, kury, kozy i inne mniejsze zwierzęta. Kobyłki ani krów nie było. Tak na wszelki…

*Bardzo „wolny” przekład w całości mojego autorstwa.

Źródło: Fragmenty Of Plymouth Plantation by William Bradford z The Norton Anthology of American Literature.

 

 

Providence na sobotę…

DSC06074

To że uwielbiam Boston, wiecie. Do Bostonu jednakowoż jedna godzina jazdy jak w mordę strzelił jest. Trzeba było coś bliżej znaleźć. Coś co ładne jest, nie za duże żeby butów nie zedrzeć na chodzeniu, nie za ładne żeby Bostonowi konkurencji nie robić, ale wystarczająco przyjemne dla oka żeby się człowiekowi chciało tyłek do przegrzanego samochodu wsadzić i kawałek podjechać. No i znalazło się – Providence. Stolica mojego stanu. Miasto do niedawna traktowane po macoszemu przez snobistyczne społeczeństwo Rhode Island. Trochę takie gówienko co go patykiem raczej dotykać nie należy. Przemysłowe, zaniedbane, w niektórych miejscach wręcz obskurne, z nadmierną ilością najeźdźców z różnych części świata nie zachęcało ani turystów, ani potencjalnych mieszkańców. Ale ktoś się zabrał za pijar i się pozmieniało. Skoncentrowano się na zasobach intelektualnych i artystycznych miasta. W Providence znajduje się jedna z najsławniejszych w Stanach szkół artystycznych – Akademia Sztuk Pięknych Rhode Island. Po ulicach włóczą się kolorowo wystrojeni wariaci z obrazami, glinianymi dzbankami i ręcznie dzierganymi makatkami pod pachą. Rozsiadają się na trawnikach, parkach, chodnikach i malują, dziergają i haftują. Obok nich zasiadają studenci renomowanej uczelni Brown University ze stosami książek i notatek. Od kilku lat Providence jest na pierwszym miejscu w rankingu najbardziej przyjaznych miast dla par homoseksualnych (i to damskich). Dlaczego właśnie tak jest? Nie wiadomo! Drugie miejsce w subiektywnych rankingu na miasto najbardziej atrakcyjnych mieszkańców (wpadam tam często żeby utrzymać nas na tej zacnej pozycji). Się miasto wyrobiło. I przyjazne jest, artystyczne, z mózgiem wielce intelektualnym i z duszą towarzyską . Co piątek organizowane są koncerty na trawie, słynne ogniska na rzece przyciągają wielu turystów, uliczni grajkowie zabawiają przechodniów a liczne kawiarenki i niezwykle ciekawe (nie tylko ze względu na pozycje w menu) restauracyjki zachęcają do chapsnięcie czegoś małego. Uwielbiam tak sobie siedzieć i patrzeć i obserwować i wymyślać ludzkie historie. A materiału do przemyśleń pod dostatkiem. A do tego wszystkiego miejscowe lotnisko przekierowało się na międzykontynentalne i od czerwca samoloty kursują z Providence do Frankfurtu. A lotnisko dziesięć minut ode mnie więc zapraszam kochani do Providence i do mnie!

 

DSC06078

 

DSC06946

DSC06081

DSC06948

DSC06929

IMG_0723

DSC06594

 

 

Rok temu…

IMG_0665

Rok temu, dzisiaj właśnie, ostatni raz widziałam moje Alpy. Ostatni raz spojrzałam na mój ukochany Alpspitze, który przez trzynaście poprzednich lat zachwycał mnie swoją okazałością i surowym pięknem. Każdego ranka. W każdej ze swoich odsłon. Najpiękniejszy wydawał mi się po kilku (a czasem i kilkunastu) dniach nieobecności, za chmurami, za deszczem, za śnieżycami. Wtedy wyglądał na bardziej dostojny, nieosiągalny i majestatyczny. A przejrzystość powietrza sprawiała, że widać było każdą szczelinę, każde zagłębienie. Ostatni raz widziałam całe pasmo moich Alp w bocznym lusterku samochodu mojej przyjaciółki, która odwoziła nas na lotnisko.

Niemcy, Garmisch, to nawet nie mój dom. Nawet dobrze nie mówię po niemiecku. Nie mam zbyt wielu niemieckich znajomych no i jeszcze ciągle gdzieś tam z kącików przymózgowej przestrzeni historycznej dobiegają ciche, acz słyszalne, odgłosy wojenne. A mimo to, tam chciałabym wrócić, żyć, zestarzeć się i zgasnąć. To jest moje ukochane miejsce na ziemi i tam chcę…

DSC04882

Tęsknię za tyloma rzeczami. Tęsknię za tym nieuchwytnym, nie do opisania uczuciem bycia w środku Europy, bycia częścią wielu krajów na raz, nienależenia do żadnego i należenia do każdego z nich. Tęsknię do poczucia bycia częścią lekko zwariowanego, ale chyba pozytywnego melanżu. Ten świat znam i rozumiem. Tęsknię za byciem „u siebie”.

Tęsknię za niemieckim porządkiem. Za niemiecką powściągliwością, szczerymi, nieszczęśliwymi i niezadowolonymi twarzami. Tęsknię za wolniejszym życiem. Za niedzielą z zamkniętymi sklepami. Za weekendami z rodziną zamiast na boisku szkolnym. Tęsknię za znajomymi gębami. Nie gębami przyjaciół, za którymi tęsknię niewypowiedzianie bardzo, ale za tymi z ulicy. Za panem z apteki, który wiedział po co przychodzę i od drzwi witał mnie łamaną angielszczyzną. Za panią z ekologicznej piekarni, która, nie wiadomo dlaczego, uważała, że skoro nie mówię w lokalnej gwarze, chleb mi się nie należy. A jeśli już, to wczorajszy. I ten z kminkiem, którego nie lubię. Tęsknię za jedynym bezdomnym w Garmisch, który przypadkiem był moim sąsiadem i zawsze pogadaliśmy o polityce, o której ja nie mam zielonego pojęcia. Pewnie dlatego tyle gadaliśmy. Za Grekami z warzywniaka, którzy dorzucali marchewkę do moich zakupów i wiadomo jak to się dla nich skończyło. Za lekko zniewieściałym, niepokojąco wyglądającym panem z H&Mu, który rano rozwieszał bluzeczki z falbankami, a wieczorami, jak bezduszny rzeźnik, dzielił kotletami w Tengelmannie.

IMG_0991

Tęsknię za pustymi ścieżkami górskimi o siódmej rano, o dziewiątej i dwunastej też pustymi, za ławką pod drzewem, za paśnikami dla saren. Za tymi dziwnymi basenikami z drewna z brudną wodą co to ma wyleczyć z każdej choroby. Za piwem na mecie każdej wycieczki górskiej. Tęsknię za kryształkami soli pod palcami, które zawsze usuwałam z precli, bo mi precle były za słone. Za biało-niebieskimi serwetkami przy talerzu Spaetzli. Tęsknię za moją damką, którą pewien młody człowiek wyłowił dla mnie ze śmietnika, dorobił holenderską kierownicę, siedzenie od mercedesa i na której w sukienkach i w apaszkach paradowałam po mieście. Tęsknię za moim balkonem, który był kwintesencją relaksu, oazą spokoju i lekiem na wszelkie zło. Tęsknię za alpejskim powietrzem. Tym co włazi do mózgu przez nos i usta i odświeża i oczyszcza i przewietrza zatęchłe myśli. Tęsknię za stokami. Za nartami. Za nartami tęsknię najbardziej. Za tym bliskim do błogostanu uczuciem kiedy stoi się na brzegu stoku, dokoła nieskończenie piękna biel, cisza i krystaliczny, zgrzytliwy i srebrzysty dźwięk śniegu. Albo cisza padającego śniegu kiedy tak się stoi i czeka na ten pierwszy ruch, na pierwszy zjazd…

IMG_0623

Obiecuję sobie, że jeszcze tylko rok, jeszcze tylko dwanaście miesięcy i muszę wrócić. Może na wakacje, może na dłużej, może na zawsze…nie wiem, ale muszę pooddychać, posmakować, dotknąć. Muszę do domu…

Słomiana matko-wdowa

FullSizeRender-2

Słomiana została takową na caluteńkie dziewięć dni. Dzieci wysłała do Kolorado po przygodę i po górskie powietrze. Kryz poleciał zrobić rekonesans i dość do wniosku, że woli dzikie plaże od kultury wysokich lotów, homogeniczne społeczeństwo od eklektycznego i pół godziny dojazdu do pracy od dwóch godzin w korku (oboje dostaliśmy propozycje pracy w D.C).

Podczas gdy rodzina była zajęta podejmowaniem życiowych decyzji i oddychaniem rozrzedzonym powietrzem, Słomianą pozostawili na pastwę losu i samej siebie. Pierwszy raz w życiu. Czego się Słomiana o sobie dowiedziała?

Dowiedziała się, że sukces w nauczaniu języka angielskiego nie zależy od motywacji ucznia, zaangażowania nauczyciela, metod i przygotowanych materiałów. Zależy od pełnego żołądka i zaspokojenia w temacie używek. W moich klasach, siedemdziesiąt procent uczniów to Saudyjczycy. W czasie Ramadanu od świtu do zmierzchu nie wkładają niczego do ust. To się tyczy jedzenia, picia, papierosów, od których moi uczniowie są uzależnieni, oraz pasty do zębów na przykład. Mam więc zmęczonych, rozdrażnionych, marudzących uczniów z nieświeżym oddechem leżących na ławkach, pod ławkami, snujących się po korytarzach, zdezorientowanych, niechętnym do robienia czegokolwiek cieni muzułmańskich. Uwielbiam uczyć, ale uczenie półprzytomnych nastolatków nie należy do łatwych zajęć.

Słomiana dowiedziała się też, że podczas nieobecność dzieci, bardzo łatwo przychodzi jej łamanie zasad. Każdy posiłek jadła przed telewizorem. A normalnie jest tak:

– Mamo, możemy zjeść śniadanie przed telewizorem?

– Czyżby was anioł stróż opuścił? Nie ma mowy!

– A może kolacje, bo chcemy film dokończyć?

– Nie!

– To może chociaż kanapki?

– Nie, nie i jeszcze raz nie!

A sobie powiedziałam wyraźne „tak”! I było super!

Dowiedziałam się też, że jestem w stanie spędzić dziesięć godzin przed wspomnianym telewizorem wstając jedynie po jedzenie i za potrzebą rozkminiając system penitencjarny Stanów Zjednoczonych (mój nowy ulubiony „Orange Is the New Black”). Dziesięć godzin na tyłku! Bez kitu!

Jakkolwiek niegroźne jest mówienie do siebie, tudzież do kwiatków i warzyw na własnej posesji (zdjęcie pomidorów dowodzi, że konwersacja z nimi daje spektakularne rezultaty – codziennie taka garść), mówienie do siebie w miejscach publicznych może wzbudzić zainteresowanie współbylców.

FullSizeRender-1

Trzeba Słomianej też wiedzieć, że skoro nie ma do kogo po pomoc zadzwonić, należy na rower zakładać kaski i ochraniacze. Albo rower prowadzić. Poślizgnęłam się na mokrym piachu i ze wstrząśniętym i zmieszanym mózgiem do domu musiałam sama dojechać.

I jeszcze, że jak się ugotuje kilogram ziemniaków, to trzeba je potem jeść przez kolejny tydzień. Można też śpiewać na głos do woli, nikt nie zakleja ust taśmą. Tańczyć też można, ale koniecznie trzeba zasłonić żaluzje. Dowiedziała się też Słomiana, że samej się wygodniej śpi, ale dużo mniej przyjemnie pije wino. I to wino właśnie zadecydowało. Zadzwoniła i nakazała wrócić. I są!

P.S. Ja wiem, że z tego wynika, że piję wino z dziećmi, ale nie. Przysięgam!

FullSizeRender

 

Tylko piach…

DSC06928

To zdjęcia zrobione było w 2000 roku gdzieś na żoliborskim placu zabaw. Moje dziecko panicznie bało się piasku. Zabrałam ją stamtąd w góry, strzegłam przed piaskownicami jak oka w głowie, ale przed przeznaczeniem nie można uciec.

Ilość piasku w naszym obejściu przewyższa wszystkie inne ilości. Ilość piasku przerasta ilość węży (na kilogramy przeliczam), komarów, wiewiórek, krówek z polskiego sklepu, kurzu pod meblami i ilość wina nawet. Ilość piasku przekracza dozwolone normy pozaplażowe i choć Beata Kozidrak już dawno przestrzegała, że „tylko piach, suchy piach”, zbagatelizowaliśmy. No to mamy.

Mamy trzy rodzaje piasku:

  1. Piasek Żółtasek – najlepiej wychodzi na zdjęciach, znakomicie nadaje się do złuszczania martwego naskórka. Po jednokrotnym prysznicu z użyciem mydła, zmywa się w stu procentach (bez mydła skuteczność kąpieli maleje o kilkanaście procent). Nawet w dziadowskich, amerykańskich pralkach, piasek spiera się z ubrań i bębna nie zatyka. W małych ilościach, przenoszonych w niedomytych błonach pławnych kończyn górnych, nadaje się do spożycia w sałatkach i sosach – idealnie imituje sól.
  1. Piasek Symulant – nie wychodzi na zdjęciach, bo nikt mu zdjęć nie robi. Gruboziarnisty, ordynarny i wyjątkowo prostacki piasek z kupy kamiorów nazwej plażą. Piasek najczęściej przenoszony jest w spodenkach kąpielowych i w zakamarkach anatomicznych. Dłuższe spodenki z siatkową wkładką nieuważnych gołowąsów oraz przestrzeń międzypośladkowa znakomicie nadają się do transportu. Dłuższe obcowanie naskórka z tymże piaskiem powoduje bolesne otarcia, zaczerwienienia i podrażnienia skóry oraz solenne obietnice omijania plaży z daleka. Do spożycia się nie nadaje, w pralce robi dużo hałasu i skraca żywotność suszarki do ubrań.
  1. Piasek Salt and Pepper – niewyobrażalnie drobny jasnożółty piasek z dodatkiem czarnym jak węgiel kryształków. Tak na oko, w proporcjach trzy do dziesięciu. Z plaży przynoszony jest w uszach, włosach i pod powiekami. Z włosów, nawet dwa razy mytych, przedostaje się na poduszki, z poduszek do układu oddechowego użytkowników poduszek. Wszyscy zatem zejdziemy na odmę płucną. Na skórze zostaje na zawsze chyba, bo po dwóch tygodniach znajduję jeszcze czarne kryształki w różnych zgięciach i zaułkach. Można go spokojnie, acz z niedomycia przecież, nie złośliwie, dosypać do każdego pożywienia – nikt się nie zorientuje. Z majtek się nie spiera więc radzi się białych na plażę nie nosić.

W ostatnim tygodniu podwoiła mi się w domu liczba dzieci. Dwójka dojechała z Kolorado gdzie piasek do piaskownicy kupuje się w sklepie. Naszym piaskiem zachwycone. Wszystkimi trzema rodzajami. Moje dzieci się zaraziły zachwytem. Piasek, w ilościach nadmiernych, przynoszony był z plaży w ręcznikach, w książkach, w muszelkach, klapkach, majtkach i kapeluszach. Albo po prostu, bez kontrabandy, w wiaderkach i pudełkach po kanapkach. Obserwowałam chłopców na plaży. Do wody. Z wody. Tarzać się w piasku. Do wody gdzie fale wlewają wodę, z piaskiem ma się rozumieć, do majtek. Z wody. Biegiem (czyli z „rozpryskiwaniem” piasku po swoich plecach i twarzach leżących) na ręcznik. Zakopać się w ciepłym piasku, bo zimno. Zjeść coś. Napić się. Do wody. Z wody. Tarzać się w piasku itd. (ja naprawdę nie mam nic do facetów, ale czy ten obrazek nie daje do myślenia?). I takie właśnie dzieci w panierce, pakują się do samochodu i do zagrody się pchają.

Z powodu posiadania jednego stanowiska myjącego, trójkę uwalonych piaskiem, czekających na swoją kolej, trzeba było jakoś zatrzymać w ogródku. Stałam więc przy drzwiach z wężem ogrodowych i odpędzałam od drzwi. Do dnia kiedy zaczęli się tarzać w skoszonej, acz niezgrabionej, trawie.

Całej czwórki nie ma już cztery dni, pojechały szkodę robić w Kolorado, a ja dopiero dzisiaj skończyłam wynosić worki z piaskiem z domu i z samochodu. W pościeli, w szufladzie ze sztućcami, w grach planszowych, w kominku… Ilość piasku w naszym domu przewyższa inne ilości, oprócz jednej. Ilości radochy!

Bobby is back again!

DSC06916

Jest noc. Ciemna noc, choć między złowieszczo wyglądającymi chmurami, ukazuje się od czasu do czasu świetliste oblicze księżyca w pełni. Gdzieś między bujającymi się na niespokojnych falach zatoki żaglówkami, a zatopionej w głębokim śnie, jeszcze niedawno tętniącej wieczornym życiem, ulicy, bez większej wyobraźni nazwanej Główną, jest ogród. Zaczarowany. Ogród tonący w dosadnie soczystej zieleni drzew, krzewów i krztuszący się niemal odurzającą mieszkanką zapachów kwiatów i ziół. Strzeliste, przekwitłe już dawno, krzewy bzu spowite w miłosnym uścisku z zachłannie oplatającym je bluszczem…nigdy tego cholerstwa nie potrafię wyplątać, a trujące ci to dziadostwo jak jasny gwint i swędzi mnie skóra potem przez miesiąc… Kropelki rosy na dawno nie przycinanej trawie błyszczą jak maleńkie diamenty odbijając światło księżyca…no nie ma kto trawy skosić. Jak ja się nie wezmę, to już nikt tego nie zrobi… Na środku ogrodu otoczona zielenią, ukryta przed ciekawskimi oczami ulicznych gapiów, mała polanka, do której prowadzą stare, kamienne schodki obrośnięte dookoła mchem. Polanka otulona malinowym chruśniakiem, splątanymi dziko gałęziami glicynii i krzakami bukszpanu. Z góry opiekuńczo otacza ją rozłożystymi gałęziami morwa biała, której spadające bladoróżowe owoce układają się jak puzzle na ciemnozielonej trawie…a jak nie pograbię i tak poleży kilka dni w ciepełku i wilgoci, to daje pierwsza klasa… Oprócz spadających owoców morwy i dochodzącego z oddali odgłosu latarni morskiej, ogród zatopiony jest w ciszy. Jakby spał. Oddycha powoli, równomiernie. Nawet mieszkający w krzakach stary skunks szanuje tę ciszę, przechodzi się bezszelestnie, od czasu do czasu, wzdłuż płotu, jakby był na warcie nocnej, jakby to on był odpowiedzialny za spokój w pogrążonym w ciszy nocnej ogrodzie…co rusz mnie skurczybyk wystraszy, ale walczyć nie będę, wiadomo dlaczego… Do równomiernego oddechu śpiącego ogrodu dołącza jeszcze jeden oddech. Spokojny, miarowy oddech zatopionej w głębokim śnie kobiety. Biała lniana, ozdobiona koronkami koszula spowija jej powabne, kobiece kształty…ha, Chodakowska, a koszulę widziałam w TJ Maxx tydzień temu… Jej długie, ciemne włosy spadają na odkryte ramiona, dłonie, jak do modlitwy, złożone przy twarzy dodają jej dziecięcego uroku. Kobieta śpi na wojskowej pryczy…mój sentyment do wojska spotęgował jeszcze obejrzany wczoraj American Sniper… Beżowy materiał zamocowany na drewnianym, solidnym szkielecie, napina się lekko pod ciężarem jej ciała…ale nie za bardzo się napina…Złożone dłonie służą jej za poduszkę, a ciepły, letni wiatr za koc. W jednej chwili nad śpiącą kobietą pojawia się tajemnicza postać. Odziana w czerń postać staje tuż nad nią. Choć niewielkiej postury, w świetle księżyca, postać budzi przerażenie. Na głowie ma czarną, wysoką przyłbicę z zasłoną spuszczoną na twarz. Na plecach, długa, czarna peleryna falująca na wietrze. W ręce siekiera z czerwonym trzonem…kupiłam w amerykańskiej Castoramie do drzewa na ognisko i nie działa… Nienagannie naostrzone ostrze siekiery błyszczy w świetle księżyca. Postać stoi nieruchoma choć wydaje się, że gotowa jest do ataku. Nagle zrywa się silniejszy wiatr. Peleryna unosi się i odkrywa klapki japonki…no nie wiem skąd te klapki…oddech postaci staje się szybszy i głębszy. Postać powoli, z namaszczeniem wręcz, podnosi rękę, w której znajduje się narzędzie nieuniknionej zbrodni. Drugą ręką powoli unosi do przyłbicy i odsłania zasłonę… Bobby!.. Zachrypniętym, zatrważającym głosem odzywa się następująco: „Cześć Sąsiadko!”

Budzę się z krzykiem w oblanej porannym słońcem sypialni. Na łóżku, bez lnianej koszuli. Zasłony lekko falują przy otwartym oknie. No tak, wszystko jasne, Bobby się mści za ostatni wpis! Mam przerąbane! Siekierą!