weekend w nie-winnej winnicy Marty

DSC06461

Z Garmisch nie było problemu. Jedno zdjęcie, choćby nieostre, kalendarz z wolnymi terminami i już goście się pchali drzwiami i oknami. Ze Stanami gorzej. Muszę się napracować, zdjęć narobić, naopisywać się żeby ktokolwiek chciał nas odwiedzić. I naprosić się muszę i ciast i wina naobiecywać. I udało się! Pierwsza grupa Polaków przyjeżdża za tydzień, ale o tym kiedy indziej. Dzisiaj nadal zachęcam i zapraszam, bo terminów wolnych mamy w brud! Trochę więcej do pooglądania, a mniej do poczytania dziś, ale nie ma co gadać, pięknie jest!

Po dwóch dniach spędzonych na wyspie Martha’s Vineyard, Janek w końcu zadał wszystkich pewnie nękające pytanie. To gdzie te winnice? Ano nie ma! Produkcja wina na wyspie skończyła się w 2008. Martha’s Vineyard, lub Noepe jak nazywali ją Indianie z plemienia Wampanoag zamieszkujący tę wyspę przed najazdem bogatych właścicieli statków, a z czasem wszystkich, którzy byli sławni lub mieli kasę. I tak jest do tej pory. Plebs przechadza się pomiędzy prywatnymi plażami, przeklina, że nie może zrobić zdjęcia z ogródka nad urwiskiem (bo prywatny ogródek i zastrzelą), żółknie z zazdrości mijając piękne wille i nie mniej piękne szopki na ekskluzywne narzędzia ogrodnicze, czy garaże na luksusowe samochody. Na szczęście wyspa dość duża to i się pospólstwo i krezusi zmieszczą.

Oak Bluffs to miasteczko tętniące życiem nocnym. Nie dość, że my pospólstwo, to jeszcze pospólstwo chodzące wcześnie spać. Nie sprawdziliśmy czy tętni, czy nie. Atrakcją tego miasteczka są tzw Gingerbread Houses – przesłodkie, kolorowe domeczki. Takie dla krasnoludków trochę…

 

DSC06341

DSC06346

DSC06347

DSC06527

DSC06529

DSC06349

DSC06345

 Edgartown natomiast to niezwykle eleganckie, mucha nie siada miasteczko z domami tylko i wyłącznie w bieli i szarościach. I żeby mi się za dużo kolorowych kwiatków po ogródku nie pałętało. Kolory zostawmy szaleńcom z Oak Bluffs. W Egdartown znajduje się najdziwniejsza dotychczas przeze mnie odwiedzona plaża – Katama Beach. Dziwna była ze względu na tajemnicza atmosferę wykreowaną przez niezwykle gęstą i „mokrą” mgłę. Po kilku minutach na plaży nasze włosy były zupełnie mokre. Wielkie walące w pagórkowatą, piaszczystą plażę fale pojawiały się nagle wybiegając z gęstej mgły. Jak z jakiegoś filmu, wydawało się, że zaraz z mgły wyłoni się ogromny żaglowiec z wojownikami gotowymi zaatakować. Jeszcze nigdy nie byłam na plaży w takich okolicznościach pogodowych. Super!

DSC06350

DSC06382

DSC06351

DSC06352

DSC06361

DSC06353

DSC06364

DSC06428

DSC06441

DSC06442

 

W Aquinnah widzieliśmy czerwone klify, balony na plaży i dwie martwe gęsi. Poza tym statki, stateczki, maleńkie łódki, wielki łodzie rybackie, jachty i inne jednostki pływające. Super pyszne jedzenie, ulubione chilijskie wino (wyspiarskiego nie dostaliśmy) i całkiem fajny weekend.

 

DSC06517

DSC06519

DSC06516

DSC06512

DSC06372

DSC06456

DSC06543

DSC06462

DSC06344

Top 5 „mojego” USA!

DSC00219 - Version 2

To jest moje ulubione miejsce w USA :-)! 

Poniższy wpis powstał w ramach majowego projektu Klubu Polki na Obczyźnie, w którym piszemy o naszych ulubionych miejscach w krajach, w których mieszkamy. Projekt potrwa do końca czerwca, zaglądajcie i czytajcie.

W Stanach mieszkam od niedawna i wybranie pięciu ulubionych miejsc to nie lada wyzwanie. Albo i nie. Jak się widziało dwadzieścia miejsc, to wystarczy tylko czasami obniżyć oczekiwania (jak się mieszkało w niemieckich Alpach, to się ma wysokie wymagania względem wszystkiego) i wybrać te pięć najlepszych. Nie będę ukrywać, że Stany to nie moje miejsce na ziemi. Jeszcze nie oswoiłam i być może nigdy nie oswoję. Sercem nie ogarniam i nawet nie specjalnie się staram. Są jednak miejsca, do których kawałek duszy się przylepia i jak mnie życie w tyłek kąsa, to wracam do tych miejsc piechotą, rowerem, samochodem, czy choćby myślami. Oto super piątka mojego niespełna rocznego pobytu w zaledwie kilku stanach Stanów Zjednoczonych.

 

 

Boston

Screen Shot 2015-04-27 at 13.09.40

Pierwszy raz byłam w Bostonie jeszcze w poprzednim stuleciu. Już wtedy Boston wysunął się na prowadzenie zrzucając Nowy Jork na drugie miejsce. Kiepska konkurencja, bo wtedy widziałam tylko NY, Boston i kilka wiosek w New Jersey – nie było z kim walczyć! Kiedy dowiedzieliśmy się, że jedziemy do Rhode Island, moje pierwsze pytanie było…ok, moje pierwsze pytanie było, czy nie ma tam jadowitych węży, ale drugie jak daleko z East Greenwich do Bostonu? Niedaleko. Uwielbiam Boston! Nie jestem z tych, co chodzą z przewodnikiem w ręku chociaż wszystko, co ważne politycznie i historycznie w Bostonie widzieliśmy i w pamięci aparatu utrwaliliśmy. Lubię chodzić i chłonąć, oglądać, zaglądać, powąchać. I obserwować ludzi lubię. Ludzie w Bostonie są młodzi, nawet jeśli już nie są studentami wielu znamienitych uczelni, wyglądają jak studenci, ubierają się jak studenci i zachowują się jak młodzi, beztroscy, weseli studenci. Wszędzie spotkać można kolektywną miłość mojego życia – biegaczy! Biegają sami, w parach, z dziećmi w wózkach, z dziećmi obok, przed i za. Biegają, jeżdżą na rowerach, łyżwach i rolkach w miejskim parku, Boston Commons, wzdłuż portu i na przepięknej i popularnej wśród turystów ulicy, Beacon Street, na której podczas śnieżyc ostatniej zimy można było również spotkać grupy zapalonych narciarzy biegowych.

Bostończyk nie byłby Bostończykiem gdyby na pięciu częściach garderoby, na torbie, plecaku, samochodzie i rowerze nie miał znaczków swoich ulubionych drużyn sportowych w tym najbardziej znanych Red Sox (baseball) i The Patriots (futbol amerykański). I na równi śmieszy mnie i szanuję fakt, że oddany fan Czerwonych Skarpet, Ben Affleck, podczas kręcenia zdjęć do filmu „Gone Girl”, odmówił założenia czapki ze znaczkiem New York Yankees – odwiecznych wrogów drużyny Nowej Anglii. Ja osobiście od niedawna dopiero odróżniam baseball od futbolu, a to dopiero po „naszej” wygranej w Super Bowl! Koszulki jeszcze nie mam!

Czyli, że Bostończyków lubię bardzo. Co jeszcze? Jeszcze takie jedno miejsce w porcie bostońskim, które uwielbiam. Ma wszystko. Wielkomiejskość w postaci wysokich szklanych budynków w sąsiedztwie starych, czekoladowych budynków, spokój i bujający się na lekkich falach błogostan wciśniętych prawie między domy łodzi i jachtów, lekko oddalony harmider miasta i ledwie słyszalne fale zatoki. Melanż wszystkiego fajnego!

Zwiedzając bostoński must-see – Old North Church – najstarszy kościół w Bostonie, natknęliśmy się na maleńki czekoladowy budyneczek. I dosłownie i kolorystycznie. Budynek z tych starszych i łatwo się nie poddających, bo zbudowany w 1712 roku przeżył śmierć wszystkich budynków wokół w tym sąsiada swego – dom, który był własnością Benjamina Franklina –współtwórcy Stanów Zjednoczonych. W heroicznym w swym staniu domu jest co? Maleńkie muzeum czekolady połączone z tycią drukarenką-muzeum z czasów kolonialnych. Panie ubrane w stroje z epoki przygotowują czekoladę do picia i do jedzenia w tradycyjny sposób łupiąc i rozcierając ziarna kakaowca. Zapach w muzeum najbardziej czekoladowy na świecie, a wystój i atmosfera zachwyca. Po drugiej stronie wąskiego korytarza usmarowany po uszy młodzieniec w pięknym narzeczu bostońskim uświadamia gapiom znaczenie drukowanego słowa i pokazuje harówkę pracujących tam drukarzy.

Moje podniebienie i mój żołądek uwielbiają jeszcze jedno miejsce w Bostonie. Europejskie nosy zawiodły nas do włoskiej ciastkarni, Mike’s Pastry, we włoskiej dzielnicy Bostonu, słynącej ze swoich cannoli – wielkich rur z kremem. A kremów dziesiątki! A posypek jeszcze więcej! A tłumy na ulicy stoją! Ale warto…oj warto!

 

DSC05934

Clough House (czekoladowy dom)

 DSC06277

Czekoladowa pani (Captain Jackson’s Historic Chocolate Shop)

DSC06280

Drukarnia (Printing Office of Edes and Gill)

DSC05967

Beacon Street

DSC05965

Beacon Street

DSC06291

Kawałek portu

DSC06290

Ulubione miejsce

DSC06295

Bostoński melanż

 

Screen Shot 2015-04-27 at 13.29.34

Ekstremalny fan drużyny futbolu amerykańskiego. A w drużynie Patriotów Polacy: Robuś Gronkowski i Stefek Gostkowski.

(źródło: absnews.com)

Block Island

Screen Shot 2015-04-27 at 13.35.15

Czy byliście kiedyś na Helu przed nalotem turystów? Pustki. Siedzi rybackie pozawieszane na zaryglowanych drzwiach smażalni ryb, boje rybackie niezbyt dekoracyjnie walają się po ogródkach piwnych i tylko autochtoni wiedzą jak nie umrzeć z głodu. To jakby tak oderwać Hel od lądu i popchnąć jakieś dwadzieścia kilometrów w morze, wtedy otrzymamy Block Island w połowie kwietnia. Przez większość roku wyspę zamieszkuje tylko tysiąc mieszkańców. Tamtejsza szkoła liczy sobie setkę uczniów w klasach 0-12. Na ląd mogą się dostać kursującym dwa razy dziennie promem. Latem liczba przebywających na wyspie dochodzi do trzydziestu tysięcy! To my jednak wiosną i jesienią pobędziemy. Wyspa wygląda jak wszystkie moje wyobrażenia Zielonego Wzgórza. Rozrzucone po wyspie domy, niektóre ogrodzone, niektóre cieszące się bezpłotową wolnością. Jest małe obozowisko lam, szkockich krów, żółwi i gigantycznych królików. Wszystkie ochrzczone i regularnie dokarmiane torebkami za dolara. Skaliste klify straszą nazwami i historią. Najpiękniejsze, prawie pięćdziesięciometrowe Mohegan Bluffs były miejscem nieszczęsnej śmierci grupy nieposłusznych Indian z plemienia Mohegan. Tragicznie, ale przynajmniej ostatnie widoki przez śmiercią mieli nie do pobicia. Na plażach piasek albo kamyki. Drobne, kolorowe kamienie zaokrąglone przez wodę wydają niesłychanie przyjemny dla ucha odgłos kiedy kolejna fala wyrzuca je na brzeg i zabiera z powrotem do wody. Ale najlepsza rzecz jaka nas spotkała na Block Island to wylegujące się na skałach foki. Widzieliśmy osiem przepięknych szarych fok w tym mamę z maluchem siedzących na skałach tuż przy plaży. Niesamowite doświadczenie!

Na promie podsłuchałam rozmowę dwóch babek. Jedna drugiej opowiada, że przeprowadza się na stałe na wyspę, sprzedała dom na lądzie. Druga mówi, że owszem lato na wyspie, ale zimą woli Florydę. Pierwsza na to, że i ona na Florydę wyskoczy na tydzień lub dwa, ale resztę czasu spędzam na wyspie bo „jak tu nie kochać Block Island”.

 

DSC06102

Wyspiarski kościół

DSC06123

Kamykowo-piaskowa plaża

DSC06100 (1)

Nie wiem co to, ale ładne…

DSC06114

Odpoczywająca foka…

DSC06132 (1)

Schody na klify – Mohegan Bluffs

DSC06169 (1)

Przepiękne drzwi do domu

 

 

 

National Mall w Waszyngtonie (Washington, District of Columbia ma się rozumieć)

 Screen Shot 2015-04-27 at 13.45.54

Wszyscy chyba słyszeli o amerykańskim patriotyzmie. Nie mówię tutaj o wielkiej polityce, tylko o takim widocznym patriotyzmie i miłości do kraju w wykonaniu zwykłej jednostki człowieczej. Flagi na koszulkach, przed domami, na domach, na samochodach, łzy w oczach podczas hymnu, recytowana lojalka przez rozpoczęciem lekcji w szkole i obowiązkowa wycieczka do Waszyngtonu żeby zapoznać się, czy też swoje dzieci z historią i kulturą kraju swego. Wszystko co ważne, piękne i historyczne znajduje się na National Mall (znalazłam tłumaczenie „Galeria Narodowa” ale czy ja wiem…park taki…). Wzdłuż i w sąsiedztwie głównej alei w National Mall znajdują się wspaniałe budowle o znaczeniu politycznym jak również największy na świecie kompleks muzeów należący do Smithsonian Institute. Kapitol, Biały Dom, pomnik Waszyngtona, pomnik Lincolna, Biblioteka Kongresu sąsiadują z Muzeum Historii Naturalnej, Narodowym Muzeum Indian Amerykańskich i galeriami sztuki z całego świata. Powaga najważniejszych w kraju federalnych budynków i historycznych pomników wydaje się być złagodzona przez sztukę, wielką sztukę i każdą sztukę. Bardzo mi się to połączenie podoba.

I nie z powodu amerykańskiego, czy jakiegokolwiek innego patriotyzmu, National Mall jest jednym z moich ulubionych miejsc, takim co to się dusza do niego przykleiła. A i w samym parku mam swoje ulubione zakątki. Moim ulubionym budynkiem jest Smithsonian Castle sąsiadujący z bardzo ciekawym, eklektycznym muzeum – Freer Sackler Galery. Smithsonian Castle to piękny, czerwonawy budynek trochę schowany w zieleni i tworzący z nią wspaniałe połączenie. Piękny budynek i piękny ogród za budynkiem. Latem zapach dziesiątek rodzajów kwiatów wmieszany w ciężkie, wilgotne powietrze może lekko zawrócić w głowie, ale można tę głowę oprzeć na ławce i odpocząć chwilę ciesząc oko pięknym ogrodem.

Po drugiej stronie „ulicy” jest inny ogród (National Galery of Art Sculpture Garden), większy, ze ścieżkami i wielką fontanną, która w gorące, letnie dni chłodzi zmęczonych turystów. Po całym parku rozsiane są rzeźby i instalacje, a wśród nich polski akcent – dziewczęta (Puellae), Magdaleny Abakanowicz. W najbardziej zacienionym rogu parku znajduje się moje kolejne ulubione miejsce – ławeczka naprzeciwko Chagalla i jego pięknej, kolorowej mozaiki. Drzewa skutecznie oddzielają mozaikę od ciekawych oczu i aparatów turystów więc jest ich tutaj niewielu. Udało mi się dwa razy w ciszy i spokoju popatrzeć na Orfeusza w zupełnej samotności.

A gdzie można siedzieć trzy godziny, gapić się na ściany i się nie nudzić. W moim ulubionym pokoju muzeum sztuki (National Galery of Art) – pokoju impresjonistów. Latem, kiedy powietrze jest ciężkie, wilgotne, a temperatury zbyt wysokie by zwiedzać pomniki, nie ma lepszego miejsca niż chłodne i ciche pokoje muzeum. Monet, Cezanne, Degas czy Amerykanka Mary Cassatte, którą się zachwyciłam. I tak siedziałam i było mi tak dobrze…

Mam dwa marzenia. Chciałabym kiedyś zobaczyć kwitnące drzewa wiśni przy Tidal Basin i chciałabym zobaczyć National Mall nocą. Nie ma wyjścia, muszę wrócić!

Screen Shot 2015-04-27 at 14.02.01

Kapitol  (źródło: washington.org)

DSC05408

Pomnik Waszyngtona w towarzystwie flag i moich dzieci

DSC05409

Widok na Pomnik Ofiar II Wojny Swiatowej i na Pomnik Lincolna

IMG_2039

Moje ulubione miejsce – Smithsonian Castle

IMG_1916

Park wypełniony sztuką (National Galery of Art Sculpture Garden)

IMG_1919

Magdalena Abakanowicz 

IMG_1918

Drugie ulubione – Marc Chagalle, Orphee

 

 

 

Vermont – Montpelier

Screen Shot 2015-04-27 at 14.17.39

O Vermont (a mogę nie odmieniać, bo mi się nie podoba „vermoncie”?) pisałam już wcześniej tutaj więc nie będę się powtarzać. Oznajmiam tylko, że miłość do Vermont mi nie przeszła i kocham i uwielbiam i nie mogę się doczekać kiedy pojadę tam jeszcze raz. Tym razem, mam nadzieję, jesienią żeby zobaczyć małe wzgórza i większe pagórki w ogniu czerwonych liści! No i po świeży syrop klonowy, oczywiście!

 

 

Plaże Rhode Island

Screen Shot 2015-04-27 at 14.20.41

Nie umiem pływać. Potwornie boję się wody sięgającej do pasa. I to takiej wody w basenie, spokojniej, przeźroczystej i bez pływających stworzeń. Morze, czy ocean, który od morza różni się tym, że mnie jeszcze bardziej przeraża, ma zwierzęta, nie ma chloru, ma niosące pewną śmierć fale i nie ma drabinki, przy której można warować. To co ja tak lubię ocean i plaże? Tak jak można siedzieć na szczycie Osterfelderkopf w Garmisch i gapić się na alpejskie szczyty godzinami, tak można siedzieć na plaży, na ciepłym piasku (w bezpiecznej odległości od wody) i gapić się na wodę, na fale i na daleki horyzont tak samo długimi godzinami. Ocean, jak góry ma moc, potęgę, która pokazuje jak wielka i okazała jest przyroda i gdzie jest nasze w niej miejsce. Ocean ma jeszcze jedną przewagę nad górami. Wartości dźwiękowe! Nie ma nic lepszego na skołowane myśli, albo ich kompletny brak, jak szum fal…i stopy zakopane w ciepłym pisaku. Piasek inny niż wszędzie. Miękki i drobny jak mąka ziemniaczana. I piasek też wydaje dźwięk – skrzypi między palcami. I tak siedzieć i słuchać mogłabym długo…Uwielbiam.

 

DSC06196

Moja ulubiona plaża (Second Beach, Newport)

DSC06263

Jeszcze pustki…

DSC06173

Plaża w Narragansett 

IMG_2205

Plaża ze słonecznymi nogami…

Ten projekt dedykowany jest Stowarzyszeniu Piękne Anioły. Jeżeli spodobał Ci się mój post, możesz wesprzeć Fundację dowolną kwotą. Więcej informacji na naszym blogu: http://klubpolek.pl/?page_id=1702

Swędząca noga…

scan085

Jak ja bym chciała niektóre sprawy olać, odpuścić i dać im święty spokój… Nie potrafię. Coś w środku nie pozwala mi rezygnować z rzeczy, na których naprawdę mi zależy. Walczę, obijam się o ściany, o innych czasem też się obijam. Taka pokaleczona wśród pokaleczonych co robię? Wstaję i walczę dalej. Z duchami, z nieobecnymi, z niemymi. A ponoć czasem nie warto. Ponoć czasem trzeba odpuścić. Mówią, że błogosławieństwem jest umiejętność rozpoznawania rzeczy, na które nie mamy wpływu i im podziękować i spasować. Daru tego mi nie dano, ani z mądrością wiekową i doświadczeniem życiowym w pakiecie nie przyszło. Przyszła natomiast inspiracja. Niespodziewanie. Od niespodziewanie poukładanej osoby.

Dwa tygodnie temu w drodze do Bostonu z Dzieckiem Numer Jeden. Nasze dość częste podróże do Bostonu stają się okazją do pogadania. I gadamy. O wszystkim. Wszystko idzie gładko dopóki nie wchodzę na tereny prywatne mojego dziecka. Wtedy jest ciężko… Najpierw przedmowa w formie śmiesznych historyjek jak to się kochałam w Maćku, czy Bolku w pierwszej klasie liceum, jakie to rozterki przeżywałam, wiersze pisałam. Po wprowadzeniu tematu, obnażając totalny brak umiejętności dyplomacji, walę prosto z mostu.

– A ty Kasiu, masz chłopaka?

– Mamo, jesteś okropna. A nie przyszło ci do głowy, że może mam dziewczynę.

Kasia ma lekką (!!!!) obsesję na punkcie poprawności politycznej, broni wszelkich odchyłów od szerokorozumianej normalność, jest bardziej feministyczna niż nasza Kazia Szczuka i głośno sprzeciwia się każdemu rodzajowi dyskryminacji. Się poprawiam szybko co by nie stracić kontaktu.

– Ależ nie mam nic przeciwko. Interesujesz się dziewczynami?

– Nie mamo, nie interesuję się, ale weź to pod uwagę…

– Ok, to jeszcze raz. Masz chłopaka?

– No jest taki jeden.

Serce mi wali. Ile powie? Jak bardzo mi ufa? Jak bliski mamy kontakt? Ale luz…żeby nie przesadzić z zainteresowaniem.

– Fajnie…. A jaki jest?

I tu zaczyna się seria bardzo męczących pytań, jednowyrazowych odpowiedzi z długimi, dwuznacznymi spojrzeniami.

– A czym się interesuje?

– Wszystkim…

– Jaką lubi muzykę?

– Taką normalną…

– Jak ma na imię?

– Nie powiem, bo zaczniesz go śledzić?

– Na jaką literę?

– Nie powiem.

– Na „B”? Bruce?

– Mamo!!!

– Dobrze się uczy?

– Maaamoooo!!

Po tysiącu takich pytań i takich odpowiedź, jestem spokojna. Skrzyni na wiano nie muszę jeszcze malować. Ale super! Zakochała się. Dowiaduje się jak to jest, jakie to uczucie. Motyle w brzuchu i takie tam… Zostawię w spokoju.

Dzisiaj. W drodze do Bostonu. Zbierałam się z tydzień żeby zapytać o Chłopaka. Nie było okazji. A to najpierw ochrzan się należał za skarpetki na środku pokoju, a to za marne –A z angielskiego.

– Jak ci się układa z tym chłopakiem?

– Nie układa się.

Matko! Jest źle! Teraz muszę stanąć na wysokości macierzyńskiego zadania. Zraniona pewnie. Trzeba pocieszyć, ale nie za bardzo. Empatia, ale nie wpychanie w depresję. Nie zapomnieć powiedzieć, że się rozumie, sparafrazować wypowiadane w bólu zdania, dodać choćby mały gest fizyczny – przytulenie, tudzież poklepanie po ramieniu. Ciężkie dni przed nami, odpuszczę obowiązki domowe, niech w spokoju przejdzie żałobę.

– Coś się stało? Chcesz pogadać?

– Nic się nie stało.

– Powiedział ci coś przykrego?

– Nie.

– Coś zrobił?

– Nie.

– Znalazł sobie inną dziewczynę?

– Nie.

– Co się więc stało?

– Nic się nie stało.

– Jak to nic? Dwa tygodnie temu byłaś zakochana, dzisiaj już nie?

– Nie.

– Przestał ci się podobać?

– Tak

– Tak po prostu? Bez powodu?

– Tak.

– Nie rozumiem, dziecko…

– Wiesz jak to jest jak czasami swędzi cię noga?

– Wiem. I co?

– Swędzi cię noga, ale nie masz czasu jej podrapać, nie? Po chwili przestaje cię swędzieć, nie? No to tak właśnie z nim było. Przestał mnie swędzić!

A mnie cholera tyle nóg swędzi! I wciąż się drapie…

 

Taka zwyczajna sobota…

IMG_0236

Zapowiadała się zwyczajna, żeby nie powiedzieć nudna, sobota. Poruszać z rana zaspaną tkanką tłuszczową z obrzydliwie entuzjastyczną Chodakowską. Z jednym dzieckiem na mecz. Drugiemu sprała się cała garderoba i trzeba uzupełnić. Ogródek drze się z każdego kąta, że wody, nawozu, czy pielenia potrzebuje. Koło w rowerze popiskuje, należy zaradzić. Ciasto rumowe lekko się przypaliło. Na to wszystko wpada jeszcze Chris tranzytem z jednego lotniska na drugie i taszczy ze sobą dwie walizki dołączone do argentyńskiego oficera marynarki wojennej. No to rękawice ogrodowe z nieukrywaną radością w drący się kąt ogródka wrzuciłam, gałęzie z włosów usunęłam, Bolesławiec wyjęłam, spaleniznę ciasta lukrem polałam i przy stole zasiedliśmy. Po tym jak nieopatrznie zapytałam o flotę argentyńską i dowiedziałam się wszystkiego niepotrzebnego o wielu nieinteresujących mnie faktach, oficer powiedział: „Chciałbym się z wami podzielić pewną historią”.

W swoim ojczystym języku jest pewnie krasomówcą. Takim, co każde słowo waży na dwóch wagach. Nigdy nie używa tego samego przymiotnika w jednym zdaniu, nawet wielokrotnie złożonym. Nawet w sąsiednim zdaniu unika powtórek. Takim, który szuka najlepszego słowa oddającego myśli i natężeni emocji. Takim, który lubi opisy, ale niezbyt długie, wrzuci zabawny element w perfekcyjnym momencie, kiedy słuchacz z przejęciem czeka pierwszej łzy. Takim, który o prostych rzeczach opowiada z taką pasją i żarliwością, że wierzysz w każde słowo i delektujesz się każdym zdaniem.

Angielski nie był jego ojczystym językiem. I tylko tacy, którzy chcieli w innym niż swoim języku powiedzieć coś ważnego i nie mogli znaleźć słów, odpowiedników emocji, uczuć, bólu, strachu, szczęścia wiedzą jak czuł się Bruno opowiadając nam swoją historię po angielsku. I tylko tacy potrafią wyobrazić sobie kwieciste opisy, wyszukane synonimy, metafory i inne środki stylistyczne w jego prostych zdaniach. Ja potrafię.

– Wiesz, chcieliśmy mieć dzieci. Minęło siedem lat od ślubu, a dzieci nie było. Smutno było. Modliliśmy się. Chodziliśmy do lekarzy. Najlepszych w Buenos Aires. Okazało się, że to ja mam problem z tym…wiesz…z tą…

– Płodnością – podpowiadam, a Bruno uśmiecha się ciepło. Wie, że ma we mnie językowego krasnala.

– W końcu udało się i urodził się Nathaniel. Daliśmy mu tak na imię, bo to był dla nas dar od Boga. Nathaniel oznacza „dar od Boga”, wiesz? I już nie mogłem mieć więcej dzieci. Nigdy. Postanowiliśmy adoptować. Dostałem licencję na adopcję na trzy lata. Tysiące rozmów z psychologami. Wizyty pracowników socjalnych w domu. Chcieli wiedzieć jakimi jesteśmy rodzicami, ludźmi. Przecież dobrymi jesteśmy. Kończyła się licencja, a dziecka nie było. Przenieśli mnie w głąb kraju, do pracy. Daleko od Buenos, daleko od agencji adopcyjnej. Trzy tygodnie przed wygaśnięciem licencji, dostaję telefon.

– Jest dla pana dziewczynka, dziewięć miesięcy, proszę jutro po nią przyjechać.

– Jak to „po nią” – zdziwiłam się – tak od razu?

– A jak? – zdziwił się tym razem Bruno – Jest dziecko, trzeba ją zabrać do domu! Powiedziałem żonie. Płakała. Klękam na kolana. Pytam Boga, czy dobrze robimy. Czuję się z tym dobrze. Znaczy, że dobrze robimy. Jedziemy do Buenos Aires. Idziemy do tego miejsce, wiesz…

– Do Domu Dziecka – pomagam.

– Do Domu Dziecka. W łóżeczku leży śliczna dziewczynka. Nad nią trzy osoby. Lekarze.

– Proszę pana, ona ma HIV!

– Zabrałem ze sobą siostrę. Siostra jest lekarzem. Bardzo dobrym lekarzem. Podczas rozmowy siostra przegląda kartę dziewczynki. Nie mam nic przeciwko choremu dziecku. HIV jest do opanowania. Siostra mówi, że jest ok, damy radę. Lekarze z domu dziecka mówią, że ma żółtaczkę. Siostra mówi, że jest do wyleczenia. Damy radę. Lekarze mówią, że jest jeszcze ten…ta choroba…wiesz…co przenoszona, wiesz…sssyyyy…

– Kiła (syphilis)? – pytam

– Tak, kiła, bo wiesz jej mama była tą, jak ona się nazywa…

– Prostytutką? – pytam i oddycham ciężko.

– No tak, prostytutką! No przecież zdrowe, dobrze prowadzące się matki nie oddają swoich dzieci – mówi z przekonaniem Bruno – Siostra mówi, że z kiłą też damy radę. Do wyleczenia. Teraz musimy do sądu po podpis sędziego, z podpisem z powrotem do domu dziecka po dziecko, wieczorem mamy samolot do domu. Po drodze do sadu żona wpadła do najbardziej różowych sklepów w mieście. Wszystko było różowe, w koronkach, z falbankami, kwiatkami, motylami i księżniczkami. Ania, jaka ona była szczęśliwa! Wpadamy do sądu. To miała być formalność. Sędzia mówi, że nie podpisze! Dziecko obiecane innej parze, która odwiedza ją od urodzenia. Wpadam we wściekłość. Po co dzwoniliście? Po co przylecieliśmy? Może da się jeszcze coś zrobić? Zmienić czyjeś zdanie? Nie da się. Żona płacze. Ja się pytam gdzie do cholery ten Bóg? Przecież miało być dobrze. Żona płacze. Sędzia się tłumaczy, że to nieporozumienie. Pracownik społeczny za to zapłaci. Idę po kawę. Wracam do żony. Nie płacze. Mówi, że weszła sprzątaczka do pokoju i powiedziała, że Bóg ma plan i że będzie dobrze. Żona się uspokaja. Wchodzi sędzia z kartką.

– Może wybierzecie sobie państwo inne dziecko? – pyta sędzia.

– Jak to wybierzecie sobie inne dziecko? – wścieka się Bruno – mam zamknąć oczy i wybrać?

– Jak pan chce… – mówi sędzia.

– To co? To pierwsze z listy poproszę – cynicznie rzuca Bruno.

– Pierwsze nie można, już jest zaklepane. – spokojnie oznajmia sędzia.

– To drugie – wścieka się Bruno.

– Drugie może być – zaznacza coś na kartce sędzia.

– Ania, zobaczyłem czerwone, zapłakane oczy mojej żony. Taki dziwny moment. Wariactwo? A może nie! Możemy ją zobaczyć? Możemy. Jedziemy do domu dziecka. W łóżeczku leży maleńka, miesięczna dziewczynka. Lekarze mówią, że dopiero ją dostali i nie mają żadnych badań. Nie wiedzą czy i na co jest chora. Żona płacze, tuli dziewczynkę, mamy dwie godziny do samolotu. Jedziemy do sędziego. Po drodze wstępujemy do różowych sklepów po mniejsze ubranka. Ania, jakie szczęście na twarzy mojej żony!! Sędzia podpisuje. Jedziemy po małą.

Bruno wyciąga telefon i pokazuje kilka zdjęć roześmianej pięciolatki w najbardziej różowych sukienkach z największymi falbanami i kokardami. To ona. Maria. Zdrowa.

– No i teraz to muszę wierzyć w Boga, nie? – kończy Bruno!

A my siedzimy ze szczękami na stole. I nie, nie piszę tego z jakiejś duchowej potrzeby i nie, nie zmieni to mojego kwestionującego podejścia do wiary i sił wyższych. Po prostu cieszy mnie to, że niektórzy wierzą, wierzą i cyk – cud jest! Dobrze jest słyszeć o takich ludziach. I w ogóle dobrze jest słyszeć takie historie. Szczególnie w takie zwyczajne soboty…

 

 

Customer service dla zadka…

FullSizeRender

Na Stany mogłabym ponarzekać rzęsiście, ale jest jedna rzecz, na którą złego słowa nie powiem, uważam ją nawet za najlepszą na świecie – obsługa klienta! Gdziekolwiek się pojawiam jako klient niezadowolony, a pojawiam się wszędzie i często, bo jakość amerykańskich wyrobów pozostawia wiele do życzenia, obsługa klienta jest bez zarzutu. Zwroty towaru, reklamacje, wymiana – wszystko bez podawania przyczyn, tłumaczenia się, bez rachunków i kwitków trzymanych miesiącami w portfelu i pudeł tekturowych, w których towar był zakupiony. A do tego wszystko miło i z uśmiechem! Uwielbiam być niezadowolonym klientem w Stanach.

W sklepie rowerowym byliśmy już kilka razy. Obsługa odjazdowa! Znający się na rzeczy, pomocni i wyjątkowo dowcipni czterej panowie i pies. Pomarudziłam przy zakupie jednośladu, że nie takie amortyzatory, że za drogo, że siodełko za twarde, opony za szerokie. Wszystko wytłumaczyli podpierając się rzetelną wiedzą i nieznaną mi dotychczas rowerową literaturą. Machnęli ręką na fakt, że prawie przejechałam śpiącego psa sprawdzając oś skrętu, pozazdrościli przejechanych kilometrów alpejskich ścieżek rowerowych i dorzucili na pożegnanie „Auf Wiedersehen”, bo oni wszyscy w jednej pięćdziesiątej szóstej są Niemcami przecież. Dziś do sklepu wróciłam poutyskiwać na niewygodne siedzenie. I mój tyłek stał się klientem niezwykle skutecznej obsługi sklepu rowerowego (tak, przeczytałam to zdanie na głos i wiem jak to brzmi).

Wchodzę do sklepu z rowerem i pytam czy mogę go oprzeć o jakiś mebel.

– Nie, musisz go trzymać, najlepiej dwa cale nad ziemią.

Takie właśnie sarkastyczne poczucie humoru mają panowie. Zapytana w czym problem, odpowiadam, że po ostatniej przejażdżce nie mogłam usiąść przez dwa dni. Potrzebuję wygodnego siedzenia!

– Kupowanie siedzenia rowerowego to duże ryzyko – mówi pan – co pasuje tyłkowi jednego rowerzysty, drugiemu może nawet spowolnić przemianę materii na kilka dni.

– Może i ryzyko, ale ja się podejmę jednak. Poproszę wygodne, taką maleńką Ektorp poproszę.

Nie zajarzył, bo Ikea pod Bostonem – za daleko!

– A majki rowerowe z wkładką ma?

– Well….

No niby ma, ale nosi tylko w bardziej zacienionych lasach, bo głupio wygląda. W Niemczech i w Polsce na końcu każdej trasy rowerowej jest knajpa z piwem. Jak mam siedzieć na piwie w podpasce XXL na noc? Piwo nie smakuje!

– Well…taką wersję light mam, z wkładką higieniczną. Za to wyszczuplająca uda, ze spódniczką w komplecie i z kieszonką na drobne, na piwo ma się rozumieć.

– A gdzie boli najbardziej?

– Mmmmm….są dwa takie miejsca. Jedno to…yyyyy…taki…

– Aha, rozumiem. Wszyscy to mamy. Nie ma się czego wstydzić. Boli jak cholera.

Jestem pewna, że myśli o hemoroidach…

– Nie, to nie to. Jeszcze nie chociaż to pewnie kwestia czasu.

– Ależ gdzie tam. Ile masz lat? 32? 34?

– 41 za chwilę.

– No to jak nie ma do tej pory, to już nie będzie. Ale wyglądasz znacznie młodziej.

– Dziękuję. Mój mąż też tak twierdzi, ale TEŻ nosi okulary – wyostrza mi się humor. Chcę już te nieistniejące na razie hemoroidy zostawić w spokoju. – No mam takie kości w pośladkach, które bolą jak diabli kiedy długo jadę na rowerze.

– Kości w pośladkach? Hmmm…

Spojrzał bezwstydnie na mój zad. Kto zna mój tyłek, choćby z widzenia tylko, wie, że mały nie jest. Kościsty na pewno też nie! Skąd te kości w takim razie? Patrzy i myśli. Ja zawstydzona milczę. No ale w końcu musi zdiagnozować jeśli chcę mieć dobrze dobrane siodło.

– No to może to będzie dobre?

Podaje mi piękne czarne siodło. Miętoszę w dłoniach. Wydaje się doskonałe.

– A to drugie miejsce, które boli?

– Mam złamaną kość ogonową. I czasem boli bardzo.

– To jak ty siedzisz na tym rowerze?

– No przodem do kierunku jazdy. A jak inaczej?

Pokręcił głową, nakazał usiąść na rowerze. Popatrzył. Nakazał zejść. Podniósł siedzenie o jakieś trzy centymetry. Nakazał usiąść.

– Teraz nie będzie bolało.

Kupiłam sobie na wszelki wypadek wypasione, miękkie siodło, za które zapłaciłam 10% mniej, bo jestem niezadowolonym klientem, mogę oddać po dwóch tygodniach, nawet takie zdarte tyłkiem, dostałam mapy tras rowerowych i uchwyt do butelki, zanieśli mi rower do samochodu i pomachali na Auf Wiedersehen. Mój tyłek z obsługi klienta zadowolony jest bardzo! Pojechałam na próbę 10 kilometrów i nie boli. Nie ma to jak amerykańska szeroko pojęta obsługa klienta!

P.S. Ekonomię miałam przez dwa semestry tylko, więc późno do mnie dotarło, że może o to chodzi. Robimy rzeczy gównianej jakości – dajemy pracę. Rozbudowujemy niezbędną obsługę klienta – dajemy pracę. Ludzie i tak będę kupować, bo potrzebują żelazka, pralki, węża ogrodowego i kranu, a że im się popsuje po pół roku (albo po dwóch dniach) to dobrze, bo ludzie, którym daliśmy pracę zrobili już nowe. I się kręci…

Włoskie wspomnienia…

P1030092

Od jutra ma być wiosna wiec dziś pobiadolę trochę. Zimno mi i słońca potrzebuję. Jest zimno szaro i ciągle pada i ciągle wieje. Przeliczyłam na skostniałych paluchach miesiące. Od pół roku jest mi nieustannie zimno. Bawarskie kapcie żywcem sczesane z alpejskich owieczek przecierają się już na haluksach, a moje uparte spanie au naturel odbija się katarem i zatokami. Potrzebuję słońca, ciepła, wiosny! A ciepłe słońce wiosną kojarzy mi się z Włochami, które kocham miłością bezwarunkową. Wystarczyło przekroczyć Brenner Pass, a już człowiek zdejmował barchanowe majty i uszanki i odkurzał okulary słoneczne. To Włochy dziś powspominam i smutnym nosem posiąkam. Italia, a konkretnie jedno z moich ulubionych włoskich zakątków – Cinque Terre! Pięć miasteczek położonych na wybrzeżu, na północ od miasteczka La Spezia. My zadekowaliśmy w Levanto i dalej przemieszczaliśmy się pociągiem. Jedne z fajniejszych wakacji… Powzdycham trochę nad tymi pięknymi zdjęciami i kocykiem się nakryję…

 

P1030109

P1030053

P1030037

P1030139

P1030093

P1030140

…i lody oczywiście…

P1030232

Bazylia dla mniej bohaterskich…

IMG_3582

Takie ogłoszenie w gazecie lokalnej przeczytałam. Komitet do spraw działań wszelakich lokalnego liceum naszego prosi o przynoszenie sadzonek bylin szlachetniejszych w celu zrobienia ogródka ku pamięci pani Krystyny. Pani Krystyna była pracownicą liceum i przez kilka lat zmagała się z chorobą nowotworową. Walkę przegrała. Ale jakaż to była z niej chorująca?! Nigdy nie narzekała na swoje samopoczucie, zapytana, zawsze odpowiadała z szerokim uśmiechem, że czuje się znakomicie. Po porannej chemioterapii, przychodziła do szkoły i pracowała do późna wzbogacając duchowo obojętną młodzież. Nadała imię, czy raczej przezwisko, swojemu rakowi. Ani na moment się nie poddała. Nigdy się nie załamywała. Pocieszała wszystkich, nawet tych zdrowszych od siebie. Do końca walczyła, z uśmiechem, pełna energii, nadziei i wiary, że chorobę pokona. I liceum postanowiło, że należą jej się bratki za odwagę, krokusy za pozytywne podejście do życia, narcyzy za uśmiech i tulipany za męstwo (czy damstwo), rycerskość i bohaterstwo.

Ani nie znałam pani Krystyny, ani sama nie posiadam choroby nowotworowej (na razie, bo statystyki nie działają na moją korzyść) i pewnie nie mam prawa się wypowiadać, ale trochę mnie dziabnęło. Bo super jest być odważną i bohaterską, super jest mieć dystans do siebie, do choroby, do krótkiego życia i przedwczesnej śmierci. Super jest być pogodzoną z losem, duchowo poukładaną, przyjmującą wszystko co życie przyniesie z pokorą, zrozumieniem i spokojem. Za każdym razem kiedy czytam o takich kobietach, rozmawiam z takimi ludźmi, przepełnia mnie radość , że można i tak. Tacy ludzie są dla nas nadzieją i inspiracją. A wkurzyłam się, bo co z tymi mniej bohaterskimi.

Jaki byłby mój pierwszy wpis na blogu po otrzymaniu wiadomości o bliskim końcu mojego istnienia? Jaki byłby sms do mamy? Email do siostry? Czy z dumą ogoliłabym głowę podczas chemioterapii i wrzuciła kilka zdjęć na fejsbuk? Czy wymyśliłabym imię dla potwora w moim ciele? Czy byłabym waleczna do końca? Co z tymi, którzy się po prostu boją? Którzy nie chcą rozmawiać o swojej chorobie, bo ciężko przechodzi im przez gardło słowo rak, cierpienie, śmierć. Co z tymi, którzy potrafią tylko skulić się w kłębek i płakać cicho…albo zupełnie na głos rozrywając szpitalne szaty i waląc głową w ścianę? Z tymi, którzy nie potrafią wstać z łóżka po chemii, nie planują swojego pogrzebu, nie piszą inspirujących listów do swoich dzieci? Co z tymi, którzy nie chwytają byka za rogi, nie korzystają z każdej podarowanej im chwili, nie stają twarzą w twarz z kolejnym dniem i nie są pełni wiary i nadziei? Im się ogródek pod zakładem pracy nie należy!

Chyba nie da się bardziej nienawidzić pracy w ogródku niż ja jej nienawidzę, ale się zawzięłam i wykonałam ogródek ziołowy! Ku pamięci tych, którzy się boją, są smutni i nie mają siły się uśmiechać, pogodzić się z losem i inspirować innych. Stuletni płot przewrócił się już dwa razy, kręgosłup mi siadł przy kopaniu twardej, związanej korzeniami ziemi, wizytę pierwszego w tym roku węża o mało nie przypłaciłam zawałem serca, a wąż tylko dzięki swej zwinności nie stał się eko-nawozem pod bazylię i majeranek. Zakupiłam dziesięć worków ziemi z organicznym krowim łajnem i niech spróbuje nie wyrosnąć!! Ku czci tych, których nikt czcić nie zamierza!

Taka sobie alleluja…

swieta 2

Jak ci ukochany pies Pimpek ucieknie w pole jedenastego listopada, to Święto Niepodległości już zawsze będzie ci się kojarzyło z lataniem w gumofilcach po polu! Jak cię facet zostawi w Walentynki, to co roku przemalowujesz wszystkie serca na czarno i strzelasz z łuku zza roku kamienicy w ściskające się pary. Jak spędziłaś Wigilię w szpitalu przy łóżku chorego dziecka, to każdy kolejny opłatek łamie się jakby bardziej. Jak ci członek rodziny, taki ojciec na przykład, odejdzie w przedświąteczny poniedziałek, to na długie lata jajka wielkanocne mają szarawy kolor, a baranek w koszyczku jakiś smutnawy.

Potem pojawiły się dzieci i Wielkanoc na kilka kolejnych lat stała się kolorowa, z kicającymi pastelowymi królikami i kurczakami w nienaturalnych kolorach wydalającymi jajka w sreberkach. W lata parzyste było zaglądanie sobie do wózków w starokrzepickim kościele i przeważnie sztuczne chwalenie różowych falbanek na sukienkach i antenek na berecikach. W nieparzyste, dogłębna analiza Polonii bawarskiej w zatłoczonym kościele w Monachium.

Od kościoła odcięliśmy się dawno, a ja jestem marną i zupełnie niezasłużoną duchową ostają naszej agnostycznej komórki społecznej, ale świętości mi brakuje. Jak się człowiek kościołem, drogą krzyżową i ciemnicą otoczy, to i gorzkie żale robią się mniej gorzkie. I w Polsce i na Bawarii świętość świąt włazi drzwiami i oknami nawet jeśli laickie drzwi zaryglowane, a świeckie okna dechami zabite. I dobrze mi tak było. Mogłam się swobodnie buntować przeciwko kościołowi i obyczajom katolickim, dyskutować nad ukrzyżowanym i krzyżującymi, ale w sobotnie południe brałam nasz wegetariański koszyczek i ciągnęłam towarzystwo do kościoła. Dla mnie to polski obyczaj, tradycja i część polskiej kultury, którą staram się przekazać dzieciom. I zgadza się, książkowy przykład hipokryzji, ale mam to gdzieś. Robię tak jak mi środek, czy jakiś amerykański „gut” podpowiada. A subtelna bawarska, czy czasem lekko nadmuchana polska demonstracja wiary i pobożności nie przeszkadzała wcale.

Dziś Wielki Piątek, a u mnie w domu dwaj wytatuowani panowie naprawiają dwustuletnią ścianę słuchając Scorpionsów zamiast męki pańskiej. Dzieci w ogródku grają w naziemną wersję quidditcha zwaną w mugolskim świecie Lacrosse zamiast oglądać Pasję i malować jajka. I kartka na drzwiach TJMaxx z napisem, że w niedzielę nieczynne, przypomina o tym żeby dzień święty święcić, wszystko jedno jak, byle po sklepach nie łazić! Alleluja!

 

Wesołych Świąt!

 

 

Muzykalna Foka

DSC05778

Poniższy post powstał w ramach projektu „BAJKI TYSIĄCA I JEDNEJ POLKI” Klubu Polki na Obczyźnie, który dedykowany jest Karince oraz jej siostrze Ali. Dziewczynki aktualnie nie mają możliwości by podróżować, dlatego zabieramy je w baśniową podróż po świecie z dziecięcych snów. Posłuchajcie!

Istnieje mapa bez krańców świata – są na niej wszystkie kontynenty, miasteczka i wsie, ale jako że zawieruszyła się w bibliotecznym dziale baśni, nabyła magicznych cech: jeśli się na niej stanie, potrafi porwać ze sobą w najbardziej odległe miejsce. Byli tacy, którzy próbowali przedostać się mapą na skróty na Wielką Rafę Koralową u brzegów Australii, na szczyty Himalajów, a nawet do sklepu obuwniczego dwie przecznice dalej. Te próby jednak kończyły się fiaskiem, bo żaden ze śmiałków nie odkrył, że na wyprawę mogą wybrać się tylko dzieci. Czternastoletnia Ala i jej ośmioletnia siostra Karina poznały także inny sekret mapy – nie da się nią podróżować w pojedynkę. Dziewczynki dobrze wiedzą, że trzeba razem usiąść na wygniecionym papierze i mocno złapać się za ręce i dopiero wtedy otworzy się przed nimi droga. Dokąd tym razem? Jak zwykle tam, gdzie ktoś na tę dwójkę będzie czekał. Tak jak tutaj.

 Bajka 27.

Fale uderzały o skalisty brzeg rozpryskując się na milion kryształowych kropel. Ocean nie był w dobrym humorze. Swoim gniewem i siłą odstraszał nawet najbardziej odważnych turystów chcących przespacerować się słynnym Cliff Walk – wijącą się nad urwiskiem ścieżką z zapierającymi dech w piersiach widokami na ocean. Zostali tylko nieliczni spacerowicze naciągający kaptury na głowy i robiący pospiesznie zdjęcia rozgniewanemu oceanowi. Po drugiej stronie zatoki, na małej piaszczystej plaży przechadzał się tam i z powrotem niespełna jedenastoletni chłopiec. Niespokojnie spoglądał a to w głąb oceanu, a to w niebo, a to nerwowo włączał i wyłączał ogromną latarkę, którą trzymał w dłoni. Wydawał się nie przejmować silnym wiatrem i wielkimi falami, które raz po raz zabierały kawałek, i tak niewielkiej, plaży. Coś innego trapiło chłopca.

DSC05897

Dziewczynki przysnęły na niezbyt wygodnej mapie. Trzymając się za ręce, z plecakami pod głowami spały już kilka godzin. To była bardzo długa podróż, a i wczorajszy dzień był męczący i pełen wrażeń. Po ciężkim dniu w szkole, dziewczynki zastały w domu tajemniczą wiadomość od dawnych znajomych. Ala bardzo dobrze pamięta dzień spędzony w górach z Kasią, a Karina aż się zaczerwieniła lekko, kiedy Ala przypomniała siostrze jak to razem z Jasiem rysowali i rzucali się pluszakami.

– To było dawno i Jaś mnie nawet nie już pamięta – speszyła się Karinka.

– Takiej pięknej dziewczynki jak ty nie zapomina się tak łatwo – odpowiedziała bardzo poważnie siostra.

Kasia i Jaś pisali, że potrzebują pomocy i żeby natychmiast przyleciały.

– Ale dokąd? – zapytała Karinka

– Piszą, że do Rhode Island. Nie wiem, gdzie to jest. Zaraz sprawdzę – zainteresowała się Ala.

– „Rhode Island jest najmniejszych stanem Stanów Zjednoczonych” – Ala czyta na głos wiadomości, które znalazła w internecie.

– Pewnie dlatego nie miałyśmy pojęcia gdzie to jest. Czytaj dalej – odparła Karinka

– „Stan ten jako pierwszy zniósł niewolnictwo i tutaj właśnie odbyła się pierwsza parada z okazji 4 lipca” – kontynuuje Ala.

– A jakie to święto 4 lipca? – zapytała Karinka

– To amerykańskie Święto Niepodległości! Słuchaj dalej… „Klimat umiarkowany, nadmorski” –

– Hurraaaa!!! Jedziemy na plażę! Ty czytaj a ja poszukam stroju kąpielowego – krzyknęła Karinka i zniknęła w szafie

DSC06039

Dziewczynki obudził dość silny podmuch wiatru. Otworzyły oczy i usiadły trzymając się trochę mocniej za ręce. Wiatr wiał mocno i mapą bujało na wszystkie strony. Pod nimi rozpościerał się ogrom oceanu z falami wyższymi od taty…ba, wyższymi nawet niż ich dom, a może nawet niż szkoła. W oddali widać było skaliste wybrzeże, port z bujającymi się z boku na bok wielkimi statkami i maleńkimi łódkami, skaczącymi jak pajacyki. Dziewczynki dostrzegły migające światełko. Skierowały latającą mapę w kierunku światła i dopiero, kiedy były już całkiem blisko zauważyły, że to chłopiec stojący na plaży macha latarką i daje im znaki.

DSC05896

Piasek na plaży zamortyzował lądowanie i po chwili dzieci padły sobie w ramiona.

– Jesteśmy w Rhode Island, prawda? Wiem wszystko na temat tego stanu – pochwaliła się Ala.

– Nie, nie wiesz jednej, bardzo ważnej rzeczy – zaśmiał się Jasiek – ale o tym później. Jesteśmy w jednym z większych miast w tym stanie – Newport. To piękny kurort letni z mnóstwem atrakcji, pięknymi kolonialnymi zabudowaniami i osiemnastowiecznym portem. Ale nie poprosiłem was tu po to, żeby opowiadać o mieście. Potrzebujemy waszej pomocy

– Gdzie Kasia? – zapytała Ala

– Kasię zobaczymy później. Nie mamy czasu. Wskakujmy na waszą mapę i opowiem wam po drodze.

– Ale na mapie, musimy się wszyscy trzymać się za ręce – oznajmiła głośno Karinka po czym spojrzała rezolutnie na Jasia.

– Oczywiście, że musimy – uśmiechnęła się tajemniczo Ala – w drogę!

 

Screen Shot 2015-03-25 at 8.17.08 PM

 Źródło: Wikipedia

Screen Shot 2015-03-25 at 8.18.28 PM

 Źródło: Huffingtonpost

Mapa uniosła się i trzymające się za ręce dzieci, unoszone podmuchami wiatru oddalały się od plaży. Jaś opowiedział dziewczynkom o tym, że Kasia jest wolontariuszką w stacji ratowania morskich zwierząt. Do stacji trafiła dorosła foka, która zaplątała się w rybackie sieci. Mimo, że pracujący tam ludzie opiekują się foką bardzo dobrze, foka nie chce jeść, wygląda na bardzo smutną i wciąż próbuje wydostać się z basenu, w którym musi zostać dopóki nie wydobrzeje. Pracownicy podejrzewają, że ta foka to mama i chce koniecznie wydostać się, żeby odszukać swoje dziecko.

– Foki często wygrzewają się na skałach wystających z wody. Bardzo to lubią. – tłumaczy Jaś.

– Naprawdę? Czy można takie foki oglądać? – zapytała zaciekawiona Karinka.

– Tak – odpowiedział Jaś – w wielu nadbrzeżnych parkach są tabliczki informujące o tym, żeby zachować ciszę, bo na skałkach mogą wypoczywać foki.

– Ja chcę zobaczyć! – krzyknęła Karinka

– Być może będziesz miała okazję – powiedziała domyślająca się wszystkiego Ala.

Jaś opowiadał dalej o tym, jak wydawało mu się wczoraj, że widział coś szarego, ruszającego się na jednej z wystających z wody skał.

– Od razu pomyślałem o was – powiedział Jaś – Po pierwsze, co trzy pary oczu, to nie jedna, a po drugie łatwiej jest zauważyć coś tak małego jak foka, lecąc bezsilnikową mapą nad wodą niż płynąc hałaśliwym kutrem po wodzie.

– Ja mam najlepszy wzrok na świecie – oświadczyła Karinka i aż zmrużyła oczy wytężając wzrok.

– A co zrobimy jeśli znajdziemy małą foczkę? Przecież to dzikie zwierzę. Nie pozwoli nam się zbliżyć – zapytała Ala

– No właśnie nie wiem… – odpowiedział zasmucony Jaś.

 DSC06043

Wiatr i fale nie ułatwiały poszukiwań. Dzieci wytężały wzrok i przyglądały się każdej wystającej z wody skale, każdej szarej plamce na wodzie. Karinka od czasu do czasu przecierała zmęczone oczy. Robiło się chłodno, Ala założyła siostrze sweterek i pocałowała ją w czoło.

– Nie zasłaniaj! Szukam foczki!– obruszyła się Karinka.

Ala i Jaś uśmiechnęli się do siebie, ale jakoś tak smutno. Wydawało się, że myślą o tym samym. Może Jasiowi wydawało się, że widział samotną fokę? Może nigdy się nie znajdzie? Może czas wracać do domu?

– Tam, tam, tam…tam na skale!! – wykrzyknęła Karinka i wskazała palcem na wysoką skałę z maleńką ciemną kropeczką na samym jej czubku.

Screen Shot 2015-03-22 at 5.21.58 PM

 Źródło: Wikipedia

Dzieci skierowały się w stronę skały i czym bardziej zbliżały się do niej, tym bardziej ciemna kropeczka zaczynała przypominać fokę.

– Musiała wystraszyć się wysokich fal i wspięła się tak wysoko. Teraz boi się zeskoczyć – pomyślał na głos Jaś.

– Musimy być bardzo ostrożni – dodała Ala.

Mapa z dziećmi na pokładzie podleciała bardzo blisko skały. Na czubku skały leżała trzęsąca się, wystraszona foczka. Była maleńka, szara w ciemne plamki. Jej czarne oczy patrzyły z nadzieją na trójkę dzieci na zaczarowanej mapie. Jaś pierwszy ruszył z pomocą. Wyciągnął rękę, ale foczka cofnęła się.

– Uważaj, spadnie! – szepnęła Karinka

– Ja spróbuję – powiedziała Ala i delikatnie wyciągnęła obie dłonie w stronę foczki.

Foka powąchała dłonie Ali, ale cofnęła się jeszcze dalej.

– Co teraz? Ona nas się boi – zaniepokoił się Jaś.

Karinka pochyliła się i zaczęła mruczeć coś pod nosem. Jaś i Ala przysłuchiwali się uważnie. Karinka nuciła cichutko „Na zboczach gór biały śnieg nocą lśni i nietknięty stopą trwa”. Foczka spojrzała na dziewczynkę i poruszała śmiesznymi wąsikami. Karinka zaczęła nucić śmielej.

– Kraina Lodu? Nie wierzę! – szepnęła Ala.

Karinka, nie przerywając nucenia uśmiechnęła się do siostry i wyciągnęła obie ręce w stronę foki. Ku zdumieniu całej trójki, foczka przesunęła się bliżej i Karinka wzięła ją na ręce. Dzieci odetchnęły z ulgą. Karinka nie przestawała nucić, zdjęła swój sweterek i otuliła trzęsącą się wciąż małą foczkę. Foczka usadowiła się wygodnie w ramionach dziewczynki, przymknęła oczy i zasnęła.

– No przecież każdy lubi piosenki z Krainy Lodu. Nawet foki! – powiedziała dumnie Karinka.

Kiedy dotarli do stacji morskiej, wiatr uspokoił się nieco i słońce zaczęło przedzierać się zza chmur. Na brzegu basenu dla uratowanych fok, czekała już Kasia.

– Uratowana foka ma się coraz gorzej. Udało wam się? – zapytała Kasia, ale nie czekała już na odpowiedź, bo zauważyła czarny nosek i ruchome wąsy wystające z kolorowego zawiniątka w ramionach Karinki.

– Dziękuję Karinko – powiedziała Kasia – uratowałaś tę małą foczkę.

– To nie ja, to Elsa z Krainy Lodu ją uratowała! – odpowiedziała Karinka i delikatnie wypuściła foczkę do basenu gdzie czekała na nią stęskniona mama. Foczym przytulankom i całusom nie było końca.

Wiatr zupełnie się uspokoił i na niebie pojawiło się piękne słońce. Cała czwórka siedziała teraz na plaży opróżniając piknikowy kosz smakołyków. Słońce zachodziło i zbliżał się czas, żeby się pożegnać. Dziewczynki były już prawie gotowe do wylotu, kiedy to Ala przypomniała sobie o czymś.

– Jaś, obiecałeś, że powiesz mi coś o Rhode Island o czym nie wyczytałam w internecie – zapytała Ala.

– Wiesz, kto był założycielem kolonii Rhode Island? – zapytał Jaś

– Oczywiście, że wiem! Roger Williams! – powiedziała z dumą Ala.

– Brawo – zaklaskał w dłonie Jaś – a wiesz, że jestem jego potomkiem?!

– Serio? – zapytała Ala.

– Roger Williams miał sześcioro potomstwa, każde z nich miało sześcioro potomstwa. Szacuje się, że około dwa miliony Amerykanów to jego potomkowie – wtrąciła się Kasia.

– Ale jak fajna ekipa te dwa miliony Amerykanów – odpowiedział Jaś i cała czwórka zaśmiała się głośno.

 

DSC05541

Jeśli macie ochotę poczytać dzieciom lub sobie inne bajki naszych klubowiczek, zapraszamy na stronę Klubu.

Jajecznica dla Laney…

FullSizeRender3FullSizeRender2FullSizeRender1

 

Mój dom rodzinny nie był domem pisarzy i złotoustych gawędziarzy, ale domowe, swojskie bajki były zawsze. Mój tata kładł się z nami i wyładowywał swoje frustracje z zakładu przemysłowo-montażowego opowiadając nam bajki o słoniach na przykład, któryś któregoś wkurzył, ktoś się obraził, jeden słoń drugiego orzeszkiem ziemnym przekupił i się sprawa po polsku załatwiła. Tata, nie radził sobie ze zwierzęcymi imionami i tak mieliśmy słonicę Hankę z kadr i słonia Bronka z działu technicznego. Na końcu zawsze Hanka dostawała goździk w trąbę, a Bronek pięć pieczątek na podaniu o dreblinki. Dziadek Janek natomiast uderzał w struny sentymentalne. Moja ulubiona bajka dziadka Janka, to bajka o sierocie o imieniu cotygodniowo zmienianym w zależności od trendów panujących. Dziewczynkę więził babsztyl jakiś w starokrzepickim lesie aż do dnia kiedy to drwal przemieszczający się motorem marki Komar w kolorze błękitnego nieba uratował dziecię. Komar koniecznie musiał mieć bagażnik, który miał taką metalową klapkę, ale tylko w bajce, bo w rzeczywistości właśnie takowej klapki było brak. A klapka jest ważna. Kiedy wiedźmy nie było w domu, drwal zaparkował Komar pod rozwalającą się, pokrytą mchem chatą, kopem wywalił lichawe drzwi i wyniósł na rękach biedactwo. I wtedy bajka zaczynała robić się interaktywna, bo dziadek mój do detali nie przykładał wagi i na tendencjach w modzie i fryzurach się nie znał. Wtedy wkraczałam ja! I żeby nic nie zmieniał od wczoraj i żeby pamiętał każdy najmniejszy nawet szczególik. Żeby pamiętał że dziewczynka miała blond loki i że dwa warkocze wyglądają znacznie bardziej dramatycznie niż jeden, podarte, od zmywania klepiska na kolanach, rajstopy, brak obuwia i fartuchosukienka w wyblakłe, już prawie niewidoczne różyczki – dowód na to, że noszona była przez tuzin innych nieszczęśnic, które niewątpliwie skończyły swój żywot w żołądku babki-kanibalki.

Dziewczynka siada na Komara, a tu niefart taki – w tyłek uciska ją metalowa klapka. Drwal zdejmuje swój czarny beret – bo każdy drwal nosi przecież paryski, czarny beret – i wkłada go pod szanowny tyłek pasażerki. Zawozi do domu, żona woła „olaboga, coś ty mi tu przyniósł, stary?” i zabiera dziewczynkę do kąpieli. Niemal czułam zapas mydła i ciepło pary unoszącej się w skromnie, acz ze smakiem urządzonej łazience. W tym czasie drwal wsiada na komara i jedzie do sklepu kupić wyprawkę. I tutaj znów musiało być po mojemu, siedem par majtek (przeliczone, bo pranie robiło się raz w tygodniu), spodnie „zwykłe”, spodnie „od święta”, cztery sukienki, czerwony płaszczyk i beret – subtelnie podany symbol dozgonnej przyjaźni między uratowaną sierotą a drwalem o wielkim sercu. Wszystko to, zapakowane w szary papier, zmieściło się na bagażniku Komara pod metalową klapką – symbolem fizycznego cierpienia dziewczynki w drodze do lepszego życia. Ubrana w nowiutką sukienkę z rozpuszczonymi, lekko mokrymi jeszcze włosami, dziewczynka zasiada do pierwszego w swoim życiu porządnego posiłku. Dostaje jajecznicę! Najbardziej perfekcyjną jajecznicę jaką można sobie kulinarnie wyobrazić. Z jaj od najszczęśliwszych kur z bardzo wolnego wybiegu, nie za bardzo ścięta, ale też nie lejąca się na widelcu. Porcja perfekcyjnie pokrywająca środek talerza tak, że zmieściła się jeszcze pajda posmarowanego żółtym masłem chleba, ale tak żeby w żadnym wypadku pajda nie dotykała jajecznicy! I pełne szczęście! Potem już z górki, szkoła, studia, dziewczynka zostaje lekarzem i pewnego dnia do szpitala przywożą babę-kanibalkę. Mimo, że targają dziewczynką mieszane uczucia, gniew i chęć zemsty, dobre serce wygrywa i dziewczynka ratuje życie pożerającej małe dziewczynki babie!

I jak to się ma do zdjęć niefotogenicznego psa! Ano się ma…Adoptowaliśmy psa. Dziewięciomiesięczna Laney Janina (Jan+Katarzyna)! Mieszaniec labradora i jamnika (tak, wiem – psia kamasutra)! Jest cudowna i już ją wszyscy kochamy, ale ja bym chciała kupić jej czerwony płaszczyk, beret i zrobić jej najlepszą na świecie jajecznicę. A Laney jest…psem i sobą po prostu. Ale też uratowaną blondyneczką w podartych rajstopach. Boi się wszystkiego, nie chce nosić naszej różowej obroży, nie smakują jej psie ciasteczka w kształcie serduszek i kosteczek, wygodniejsze od mojego łóżko stoi nieruszone i nie możemy jej wykąpać w pachnącym lawendą, organicznym szamponie, bo się panicznie boi skromnie, acz z gustem urządzonej łazienki. Wiem, że to pierwsze dni, że będzie lepiej, ale tak sobie pomyślałam dzisiaj, że może drwalowa dziewczynka nienawidziła beretów, nie do twarzy było jej w czerwonym i miała alergię na jajka…i dół złapałam!