Seksapil ze słomą w butach…

DSC04103

Uświadamiał mnie ostatnio taki jeden, że atrakcyjność fizyczna to nie to, co na zewnątrz, a to co kobieta ma w sobie. Takie uniwersum kobiece…Bardzo mi taka definicja na rękę jest, bo jedyne co mam, to jako taki środek… Zgodzicie się ze mną jednak, że od czasu do czasu i nawet ten środek trzeba w sklecony naprędce, domowej roboty seksapil okutać. A to jakiś tusz w rzęsy natkać, a to koronkę do majtek doszyć, a przy okazji comiesięcznego nieuchylania się od małżeńskich obowiązków nawet i owłosienie w sposób mniej lub bardziej bolesny usunąć.

Więc i ja się staram od czasu do czasu przyozdobić wnętrze. Niestety wygląda na to, że jakie warunki, taki seksapil…u mnie same falstarty. A to wystroje się w obcisłą spódnicę i w sklepie z lustrami zauważę, że świecę tyłkiem, bo się spódnica na szwie rozeszła była…A to narzucę gryzącą w tyłek koronkową bieliznę, po czym dowiaduje się, że domniemany odbiorca z dużą wadą wzroku, nie ma akurat szkieł kontaktowych na sobie…

Pierwszy raz poczułam się fizycznie atrakcyjna…w kościele! Od mojej cioci zza zachodniej granicy dostałam błyszczące, błękitne pończochy samonośne… Być może ciocia przysłała te pończochy jako część kostiumu na karnawał, nie wiem, nie poinformowała. I taka przejęta tym, że dla modlących się wokół mnie, jestem grzeczną dziewczynką w rajstopkach w kolorze obłoczków, a pod spódnicą grzesznica przebrzydła w samych majtach, poszłam do komunii przez samiutki środek kościoła i przez samiutki środek kościoła pończoszki nieprzyzwoicie zjechały do kolan przyjmując funkcję podkolanówek…

Najbardziej spektakularnym jednak falstartem był pomysł na bardzo seksowny prezent dla męża mojego na walentynki, trzynaście lat temu. Z koleżanką postanowiłyśmy dać naszym facetom album z naszymi zdjęciami, zdjęcia z kategorii „akt” miały być…Zadanie atelier fotograficznego pełniły drzwi między zagraconym pokojem a niedomytą kuchnią. Na drzwiach zawisło trochę za wąskie, białe prześcieradło z gumką. Miałyśmy w co się ubrać i z czego się rozebrać, czym co zasłonić i, wtedy jeszcze, co odsłonić. W tym samym pokoju bawiły się niczego nieświadome półtoraroczne latorośle nasze. Koleżanka, psycholożka, rozgrzeszyła nas szybko przekonując, głównie siebie, że nie zafundujemy im żadnej traumy emocjonalnej. Zdjęcia zrobiłyśmy, wysłałyśmy do wywołania (trzynaście lat temu – fotografia analogowa) aż do Stanów, bo w naszej wsi wszyscy się, i swoje zdjęcia, znają. Zdjęcia przyszły i z przerażeniem odkryłyśmy, że na każdym zdjęciu tuż obok naszych półnagich ciał w niezbyt zgrabnych, w założeniu powabnych, pozach leży: ludzik Fisher Price, gumowa kaczka, cztery klocki Lego…Na niektórych , w rogu można było rozpoznać pulchniutką nóżkę Kasi odzianą w różową antypoślizgową skarpetkę! Dobrze, że niedługo po Walentynkach mamy Prima Aprilis!

W celach kusząco-wabiących zakupiłam bluzkę na jedno ramię spadającą. Wystroiłam się w nią kilka dni temu i w miasto ruszyłam. Biegam po sklepach, bankach i pocztach i czuję się niezwykle atrakcyjnie. No, myślę sobie, czterdzieści lat na karku a jakoś się trzymam…i ramię kuszące jest i torebka na zgiętym nienaturalnie przedramieniu i kolczyk dyndający…Wchodzę do samochodu w celu przemieszczenia się na drugi koniec miasta– no i masz…natury łajzy nie oszukasz…Gdzieś się w drzwiach zaczepiłam i się biustonosz rozpiął! I nic by się nadzwyczajnego nie stało gdyby nie fakt, że z powodu powabnej bluzki założyłam taki samonośny, samoprzylepny biustonosz bez ramiączek…Na chodniku wylądował.

Chyba jednak skupie się na wnętrzu…

Rozprawka ze świętami…w tle…

IMG_2621

Uparł się, że na święta chce do domu. Lekarze twierdzili, że powinien zostać w szpitalu. Obawiali się o jego osłabione serce. Żona prosiła żeby został. Obraził się na żonę. Że nie będzie leżał w szpitalnym łóżku w czasie świąt. I tak się nim nikt w święta nie zajmie. Że jak ma leżeć, to przecież w domu może. Obraził się, że go ona nie chce w domu. Głupi. Przecież chciała. Jak to święta bez męża? Pewnie, że chciała. W weekend odpoczywał w domu. Leżał i bolała go głowa. Czasami mniej, czasami bardziej. W poniedziałek postanowił iść do pracy. Tyle roboty jeszcze przed świętami. Bez niego nie dadzą sobie rady. Żona w kuchni robiła kanapki jemu do pracy. On wyszedł przed dom. Upadł i zmarł.

Święta były i owszem. Ktoś przyniósł bigos, ktoś inny sernik. Wszyscy byli ubrani na czarno. Było tych czarnych sporo przy stole. Ktoś wpychał żonie łyżkę rosołu. Ktoś zabrał dzieci na długi spacer. Bardzo cichy spacer. Nikt nie wie jak rozmawiać o śmierci w Wielkanoc. Ani w żadne inne święta. Poszli do kościoła. Dziewczyna na złość nie odmówiła żadnej modlitwy. Wypchali ją do komunii. Chłopiec poszedł za nią. Były jakieś plotki o Jezusie, który ponoć zmartwychwstał czy coś. Bez echa przeszły te plotki. To nie dotyczyło ich rodziny. U nich takie czary się nie dzieją. U nich jest normalnie.

Odtąd jego rodzina nie lubiła Wielkanocy. Nie żeby się zupełnie odcięli. Dzieci jajko pomalowały. Z koszykiem się poszło do kościoła. W lany poniedziałek z uśmiechniętą twarzą waliło się tanimi perfumami. Kiedy pojawiły się małe dzieci to i nawet weselej się zrobiło. Co roku zdjęcia z jajem i w ślicznej sukience były. Baranka z masła żona ulepiła. Sernik ukręciła i nawet w gardle jej nie stanął. Ale klimat się osadził i został na zawsze…

A wszystkim, którym nic nie zakłóciło przeżywania lub przetrwania Świąt Wielkanocnych życzę miłego przeżywania, czy też przetrwania tego szczególnego dla nas wielu czasu. Wesołych Świąt, kochani!

Londyn cz. 2 – Londyn językowy

DSC04412

 

Ciekawe czy to tylko moja przypadłość…Mieszkam w kraju, którego językiem nie za bardzo się posługuję i nawet nie mam za bardzo ochoty zmienić ten, przyznam, że dość kłopotliwy czasami stan rzeczy… Nie przysłuchuję się więc ludziom w autobusie, w sklepie, w poczekalni. Zazwyczaj mam słuchawki na uszach i słucham muzyki mając wszystko głęboko w tyle… Ale zupełnie inaczej sprawy się mają kiedy jestem w kraju, którego język rozumiem (spokojnie można na palcach jednej ręki policzyć…na trzech palcach…), nawet zupełnie inaczej sprawy się mają kiedy jestem w dużym mieście, w którym szanse na spotkanie osoby mówiącej innym językiem są duże…Tak się dzieje kiedy jestem w Stanach, kiedy odwiedzamy Genewę, czy nawet Monachium…Ale to co się działo w Londynie, tego nawet moja językowa dusza nie była w stanie przetrawić…przeżarła się i padła…Z każdego kącika, z każdych drzwi, każdego okna, z każdego kosza na śmieci inny język. Kasię bardzo takie rzeczy interesują i co rusz szarpała mnie za rękaw: „mamo, co to za język?”, „mamo, słowacki! rozumiem wszystko!” „mamo, czeski chyba…” „mamo, dwujęzyczni!!” Miód na moje serce…Kasia zauważa dwujęzyczne rodziny, dzieci, dorosłych i analizuje i porównuje…kto jest kim, ile mówią w domu, do jakiej szkoły chodzą i tak dalej. Jest mi bardzo miło, że jednak to moje marudzenie o dwujęzyczności, to ciągłe zwracanie uwagi na ludzi mówiących dwoma językami, nie wpada jednym uchem, a wypada drugim. Coś jednak w tej kudłatej głowie zostaje…I głowa się interesuje, ma świadomość, że z jednej strony jest „inna”, kilkujęzyczna, kilkukulturowa i jak to Kasia zawsze podkreśla, że nie lubi kiedy ktoś pyta skąd jest, a z drugiej strony „inna”, ale pomiędzy takimi samymi „innymi”. Sama zauważyła, że wielu ludzi, którym się przysłuchiwałyśmy mieszało języki (code-switching) i zastanawiałyśmy się nad plusami i minusami takiego zjawiska. I a propos mieszania języków to mamy taką obserwację: wszyscy mieszkają! Jakąkolwiek parę, czy grupę ludzi wyhaczyłyśmy, wszyscy mieszają języki, tak pięknie, tak gładko, bez zatrzymywania się, bez zastanawiania się (mój code-switching często jest bardzo świadomy, po tym jak nie wiem/nie pamiętam/nie pasuje mi słowo w jednym języku, świadomie, po krótkiej pauzie używam w innym). W swojej, dla mnie, nienaturalności, ten spotkany w Londynie code-switching brzmiał bardzo naturalnie…

Zauważyła też, że czyta częściej napisy, znaki i ostrzeżenia…No nie tak całkiem, bo kilka razy wleźli tam gdzie było napisane żeby nie włazić. Jasno z tego wynika (bo moje dzieci nigdy nie złamałyby prawa przecież), że mieszkając w Niemczech i nie za bardzo posługując się językiem niemieckim, dzieci nie są przyzwyczajone do czytanie znaków i ostrzeżeń typu „nie włazić”. I włażą i w głowę się pacną, nogę złamią, zęba stracą.Taki minus multikulti…Proponuję badania nad podatnością dzieci dwujęzycznych na wypadki uliczne…

Wyłapywała Polaków (co nie jest trudne w Londynie) i sztucznie głośno mówiła po polsku, żeby oni zauważyli, że my też z Polski…Duma patriotyczna mnie rozpierała, że jednak dziecko się identyfikuje i to w taki pozytywny sposób…rozpierała mnie i rozpierała, aż pękła w końcu zostawiając po sobie trochę niezręcznego rozglądania się na boki w stylu „to nie moje dziecko”…Przechodziliśmy obok grupy polskich nastolatków czekających na pociąg. Kasia szczebiocząc do tej pory po angielsku, nagle przeskakuje na polski. Nikt nie zwraca uwagi. Stajemy obok, Kasia głośno: „patrz mamo, Polacy”. No widzę, fajnie, że przyjechali pozwiedzać Londyn, do fajnej szkoły pewnie chodzą. Nikt nie reaguje…Podjeżdża pociąg. Nie nasz. Kasia podniesionym głosem (bo pociąg hałasuje): „GO POLSKA!!” Polska grupa się przygotowuje, żeby uważać na dziurę. Nikt nie reaguje. Kasia nabiera powietrza w usta, pociąg się zatrzymuje i następuje całkiem przyjemna cisza. Wtedy ona wydziera się na całe gardło: PIEROGI!! Wszyscy zwrócili na nas uwagę oprócz, oczywiście, polskiej grupy, która zajęta była uważaniem na dziurę…no chyba, że pierogów nie lubią!

Londyn cz. 1 – Londyn ludzki

DSC04390

Wieś się do miasta wybrała… Pozbierali dziesięć kilo hamozi na głowę, złapali za ogon tani irlandzki samolot i do Londynu polecieli. W Londynie wiadomo – londyńczycy! I to chyba najlepsze określenie ludzi mieszkającym w tym mieście…Anglików dosłuchaliśmy się niewielu. I albo się Anglicy uczą obcych akcentów żeby napędzać propagandę o zbyt dużej ilość imigrantów, albo to nie propaganda, a prawda. Ci śpieszący się gdzieś, biegnący, czekający na autobus, obsługujący bramki w metrze, wpuszczający nas dwójkami na London Eye i zamiatający spod naszych butów śmieci…ci wszyscy bardzo mnie interesowali. Nie wiem czy Fidrygauka szeptała w metrze, czy szeptów słuchała, ale moje wszystkie zmysły były w stanie najwyższej gotowości za każdym razem kiedy wchodziliśmy do metra. To takie miejsce, gdzie każdy się na chwilę zatrzymuje, postoi trochę, usiądzie przy odrobinie szczęścia, paznokcie sprawdzi, w głowę się podrapie. I można takiego ktosia poobserwować, podejrzeć co czyta, podsłuchać czego słucha, wyczytać z twarzy, o czym z żoną rano przy śniadaniu rozmawiał, a o czym zapomniał wspomnieć. Janek to dziecko mieszkające w swoim umyśle i mało które bodźce z zewnątrz do niego dochodzą, ale Kaśka i ja działamy bardzo podobnie…nasze obserwacje i rozmowy na temat ludzi i ich zachowań ciągnęły się godzinami…

I taka obserwacja…Nastolatki można od siebie odróżnić. Różni ich długość włosów na przykład. W Niemczech wydaje się, że długość damskich włosów, w pewnym przedziale wiekowym, jest wyliczana z jakiegoś wzoru matematycznego i bardzo rygorystycznie przestrzegana. Dodatkowo do wyboru są tylko dwie fryzury: włosy spięte wysoko w kok (po niemiecku, dokładnie, bez jednego zwisającego kosmyka)– to w dni powszednie, lub rozpuszczone, podzielone na trzy części (1/3 na plecach i po 1/3 po każdej stronie twarzy) – to fryzura na niedziele i święta…Nastolatki różnią się też garderobą…niby normalne, ale nie u nas. U nas wszystkie panienki chodzą w brudno zielonych kurtach typu „parka”, w wersji zimowej – z jakimś zmarłym zwierzęciem wokół kaptura, a w wersji jesiennej i wiosennej – na wegetariańsko. Kobiety postnastoletnie w Londynie mają makijaż, są uśmiechnięte i noszą kolorowe torebki…nigdy w życiu nie widziałam tylu kolorowych torebek…Ja zabrałam ze sobą moją najbardziej „szaloną” torebkę w szaro-wymiotozielone kropy i się wyróżniałam…nudą!

Ale najbardziej zaskoczyła nas wszystkich życzliwość londyńczyków. Wszyscy byli niesłychanie mili, przyjaźni, pomocni i uczynni. Kilka razy zdarzyło nam się, że widząc nas kręcących się wokół własnej osi podchodził ktoś i oferował pomoc. Największe wrażenie wywarli na mnie panowie przy bramkach w metrze…Mają tam takie szersze bramki dla kłopotliwych klientów (a to z wózkiem, na wózku, a to mu nie działa bilet, a to Chris z Jasiem na jeden bilet przechodzącą i inni tacy upierdliwcy) i tam stoi taki i pomaga, wysłuchuje i otwiera i zamyka tę bramkę…i zawsze i przy każdej bramce jegomość uśmiechnięty, wesoły, sypie żartami jak z rękawa, pomoże, doradzi…Byliśmy pod wrażeniem i zaczęliśmy już podejrzewać, że oni wszyscy na jakichś prochach są…I tacy uśmiechnięci, dopieszczeni informacją i naładowani pozytywną energią spacerujemy, puszczamy oczka do merdających ogonami psów, machamy do przebijającego się przez chmury słońca, uśmiechamy się na widok brudzących londyński chodnik gołębi i wtedy… wyrasta przed nami taki chłopek roztropek i kopa gołąbkowi modremu i drugiemu kulawemu kopa. I odezwał się: ”te pierdolone gołębie jebane…zatłuc je wszystkie w cholerę…” To pewnie jakiś turysta, nie?

Klub Polki na Obczyźnie…

Post jest częścią bardzo ciekawego projektu Klubu Polki na Obczyźnie. Przepraszam za jednodniowy poślizg i zapraszam!

Ania w Deutschlandzie

Najpierw zakochałam się w języku! Wtedy nośnikiem języka angielskiego był dla mnie Modern Talking (proszę nie oceniać, po nich był Depeche Mode). Widać, już wtedy interesowała mnie dwujęzyczność, bo wiadomo, że to niemieckie chłopaki i pewnie śpiewali z akcentem i z błędami w wymowie… Szkoły pokończyłam, języka mnie nauczyli i w międzyczasie napatoczył się inny, bardzo przystojny nośnik języka angielskiego. Tak pięknie mówił po tym angielsku, że się oddałam nieprzyzwoicie i nośnik stał się moim mężem. Mówił też niepoprawnie po polsku, co wzbudziło we mnie instynkty nauczycielskie i naumiałam nośnika. Ten w miłosnym rewanżu oświecił mnie, że w języku rosyjskim nie ma czystej głoski „ł” i że mimo, że byłam finalistką olimpiady języka, bo innego nie było, rosyjskiego, to po rosyjsku brzmię źle…no nic, taka edukacja…

Język angielski – cyk, jest! Mąż Amerykanin – cyk! Dziecko – jest! Brak perspektyw na dalsze życie w Polsce – cyk! Chęć zmian na lepsze – jest! Gotowi do wyjazdu, gotowi żeby zrobić użytek z języka, gotowi żeby wyjechać do…Niemiec!

I tak prawie trzynaście lat temu trafiliśmy do Garmisch, do Amerykańskiej bazy wojskowej. Niby Niemcy, a jednak nie za bardzo…Praca, szkoła, urzędy – po angielsku. Rodzenie dzieci i inne ekscytujące wizyty lekarskie – po naszemu, beznadziejnemu niemiecku. Przyjaciele – po polsku i po angielsku. Nie jestem dumna z tego, że nie mówimy dobrze po niemiecku i w sumie niewiele mnie usprawiedliwia. Zawsze traktowałam język niemiecki tylko jako narzędzie do komunikowania się. Emocjonalnie nie jestem związana z tym językiem i być może dlatego idzie mi ciężko…Jest jeszcze teoria komediowa. Ja po prostu chcę zabawiać ludzi opowieściami o moich niedociągnięciach językowych, potknięciach, a czasem wręcz upadkach na pysk (nasza sztandarowa anegdota językowa: Zwei Wochen Tot!)!

Dzieci moje mówią…mówią za dużo i czasem od rzeczy. Częściej słychać w domu język angielski, co mnie denerwuje, boli, zasmuca…Po odpowiedniej dawce wyzwisk i szantaży usłyszeć można całkiem niezły polski. I poczytać potrafią i napiszą co nieco…I wiem ile to kosztuje pracy, cierpliwości i czasu żeby dziecko zachwyciło się książką po polsku, pomruczało pod nosem polską piosenkę, pochwaliło się w szkole zdjęciami pradziadka, czy bezbłędnie napisało kilka trudnych słów.

Mieszkamy w Niemczech, mówimy po niemiecku i rosyjsku, kłócimy się po polsku i angielsku, myślimy….najczęściej nie myślimy, śnimy…zależy o kim, jemy niemieckie precle i włoski makaron, pijemy francuskie wino, jeździmy japońskim samochodem, na amerykańskich nartach, śpimy w szwedzkiej pościeli i słuchamy nowozelandzkiej muzyki…Jesteśmy…no cóż, tacy zwyczajni.

 

Dwujęzyczne śmichy chichy

IMG_3616

O tym jak to walczę żeby dzieci mówiły po polsku i jak to nie zawsze mi wychodzi…

Jasiek zakłada nową koszulkę i okazuje się, że rękawy są ciasnawe. Prosi więc, po angielsku, żeby mu rozciągać rękaw, co też czynię. Mówię, „bardzo proszę”, Jasiek na to „thank you”. Nie poddaję się i pytam po polsku czy może tak być, Janek na to: „może, but can you do the other one?” (czy mogę drugi rękaw).

A ponieważ krótkocierpliwa jestem (słowo wymyślone przez kilkuletniego Jasia) więc rzucam z nieukrywaną złością: „czy ty możesz do mnie po polsku mówić?”

Jasiek na to: „Use your anger, mom! The sleeves are still very tight!” (Użyj swojego gniewu, mamo. Rękawy wciąż są ciasne). Niestety po angielsku powiedział…

Czasami i ręce i rękawy mi opadają…

Adaptacja – Sracja!

DSC01954

Niemiecki psycholog William Stern definiuje inteligencję jako umiejętność adaptacji do nowych warunków.  W takim razie, przepraszam państwa, że tak od razu,  w trzeciej linijce, ale…inteligenta jestem niesłychanie! Do zmian adaptuję się szybko!

Takie zmiany pogodowe na przykład…

Rano jestem  na trzech tysiącach metrów, na nartach. Wysłany futerkiem kask, rękawice, oddychająca, lecz nie przepuszczająca bielizna, gogle z chroniącą przed zimnym powietrzem gąbką i skarpety utrzymujące stałą temperaturę stóp! Po południu stoję na bosaka na balkonie, w bikini i drę się na dwóch półnagich dziewięciolatków żeby nie kopali gumowego konika sąsiadki!

Zmiany bliższego otoczenia też łykam…

W walce z depresją marcową posłużyłam się pędzlem i farbą. Mam pokój w dwóch kolorach. Jeden kolor – super, drugi – tragedia! Miał być spokojny, stonowany fiolet, na którym to kolorze nasza wielka mapa wyglądałaby dostojnie i zachęcająco. Teraz zieleń stepów syberyjskich żre się z jaskrawym fioletem i jeśli do czegoś zachęca, to tylko do pozbycia się z żołądka ostatniego posiłku. I co? Nic! Siedzę w tym ametystowym fiolecie i się adaptuję!

Zmiany (teoretyczne) dalszego otoczenia, w małym palcu mam…

Gdyby ktoś chciał się przenieść do Stanów i szukałby swojego miejsca na amerykańskiej ziemi, dobrej szkoły i domu, zapraszam do mnie! Znam chyba wszystkie okręgi szkolne na wschodnim wybrzeżu, w Kalifornii, na Hawajach i na Alasce. Wiem jak daleko jest z każdego miejsca w Stanach do najbliższego wyciągu narciarskiego, lotniska międzynarodowego i do najbliższej siedziby Polonii. A jeśli ktoś Stanami gardzi, a nie straszne mu wyzwania, na pamięć znam moskiewskie osiedla dla pracowników ambasady, znam nazwisko nauczyciela czwartej klasy w moskiewskiej szkole międzynarodowej i imiona dzieci pani woźnej…Jestem gotowa na każdą zmianę, każdą ewentualność, na każdy klimat i każdą odległość.

Na własne potrzeby wymyśliłam też adaptację do „niezmian”… i tutaj nie idzie mi już tak dobrze…

Jak tu się przyzwyczaić do tego, że NIC się nie zmienia, że każde święta w Garmisch wydają nam się ostatnie, że każde wakacje trzeba spędzić intensywnie biegając po wszystkich wzniesieniach, bo to przecież ostatnie nasze wakacje w Alpach? Ktoś mógłby powiedzieć, że to całkiem zgodne z carpe diem, „żyj jakbyś jutro miał umrzeć” i takie tam…ale bez kitu, ileż można łapać każdy dzień? Mam już pełny wór dni i zakwasy od łapania. I NICZEGO nie można zaplanować, bo pewnie nie będzie nas tutaj w maju, wrześniu, styczniu…Bez sensu kupować nowy dywan, malować przedpokój, sadzić kwiatki na balkonie… Bez sensu szukać pracy, prać zasłony i zaprzyjaźniać się…Jak tu się zaadaptować do niekończącej się „niezmiany” i wyczekiwania na kolejny krok? Noga moja obuta, podniesiona i tylko czekam na kierunek marszu i rozkaz…i tak czekam dziesięć lat…

Czego oczy moje nie widzą, to ecie-pecie…

Screen Shot 2014-03-14 at 16.10.18

Jako, że wygrało mi się ostatnio, tekst ten nie bierze udziału w konkursie Fidrygauki. Zapraszam jednak do czytania i głosowania na moje znakomite koleżanki (i kolegów?)! W tym miesiącu tematy są dwa, które BARDZO trudno połączyć…Mój – „czego oczy moje nie widzą, tego po prostu nie ma” i temat Moe – „pofrunęła między chmury, wrzeszcząc ECIE-PECIE” No to sru…

Pomysł na mój temat narodził się z potrzeby nadania tytułu pewnej drobiowej historii, która oczywiście jest, wprawdzie daleką, metaforą do życia ssaków naczelnych…

To, że kury nie należą do najmądrzejszych zwierząt podwórkowych, każdy może zaobserwować. Łażą po obejściu, w swoje własne odchody wdeptują, wydziobią następnie co lepsze z tych odchodów u swoich koleżanek, zjedzą, robakiem dopchają, polezą kawałek dalej, wypróżnią się ponownie i tak cały dzień…Okazuje się jednak, że u kur, szczególnie u młodzieży drobiowej, zachodzą jakieś minimalne procesy myślowe…Kiedy byłam mała, mieliśmy kurczęta, trzymaliśmy je humanitarnie w dużej klatce na wolnym powietrzu. Elegancka klateczka, zrobiona z równiutkich sztachet, z wejściem w postaci furtki zamykanej na haczyk metalowy. Kilka razy dziennie przesuwało się tę klatkę na świeżą trawkę, żeby kurczęta mogły zafajdać kolejną połać podwórka. Wieczorem należało kurczęta przetransportować do kurnika. I to było zadanie dla dzieci, bo małe i zwinne. Do klatki się wcisną i szybciutko kurczęta połapią. Za każdym razem kiedy wchodziłam do klatki część kurcząt biegała jak szalona we wszystkich kierunkach – dla zmyłki chyba – a część wciskała głowy między sztachety i stała w bezruchu! Na początku bardzo mi się to podobało, bo łatwo można było je wyłapać…takie głuptasy, które „myślą”, że skoro one nikogo nie widzą, to nikt ich też nie widzi…Ale później zrobiło mi się ich żal…Wydawało mi się, że czują się trochę oszukane. Stoją spokojnie pomiędzy tymi sztachetami, ani piórko nie drgnie, a tu jakaś łapa podnosi je i wrzuca do ciemnego kosza. Wyciągałam więc je delikatnie z tej sztachetowej iluzji, a te natychmiast dołączały do grupy biegających w popłochu innych kurcząt, potykając się o siebie i wrzeszcząc przeraźliwie (jeszcze nie Ecie Pecie!). To zrobiło mi się ich ponownie żal…I tak wiadomo, że skończą w wielkim koszu wiklinowym a następnie w kurniku…a następnie w rosole, ale to już później. Niechże mają poczucie, że zrobiły wszystko co w ich mocy żeby się uchronić, że przez moment miały poczucie, że nikt ich nie widzi, że są bezpieczne, zamiast biegać, rozpaczliwie podskakiwać i piszczeć wniebogłosy. Wołałam więc brata i zbieraliśmy je jak popadnie, byle szybko, byle skrócić ich cierpienie. Po co taki stres? Mięso nie będzie smaczne…

Uwaga! A teraz nastąpi płynne przejście do tematu numer dwa…

Kurczęta w klatce były…ja spod Śląska jestem (opolskiego wprawdzie)… po śląsku „klatka” to „klotka” a jak klotka, to tylko Ciotka Klotka…Pamiętacie na pewno taki program Tik Tak. W tym programie oprócz pana Tik Taka i Zająca Poziomki, pojawiała się również Ciotka Klotka…Czytam sobie zakręcony temat Moe, myślę ciężko, próbuję jakoś do rzeczywistości zbliżyć, za każdym razem jednak, kiedy zamykam oczy (żeby się mocniej skoncentrować, ma się rozumieć) widzę Ciotkę Klotkę w kolorowej spódnicy, z parasolem w dłoni, latającą na tle bliżej niesprecyzowanego miasta…jak mocno się skupię to słyszę nawet jak wrzeszczy: „ecie, pecie…”. Ciotkę Klotkę spotkałam swego czasu w windzie, w jakimś hotelu w Warszawie…niesympatyczna pani! Niech sobie leci w cholerę…

Fitness fashion…

DSC04108

Mówią, że już po zimie. Mówią o wiosennych pastelach, krótkich spódnicach i o sezonie plażowym… Ja wciąż owłosione nogi zamykam w butach narciarskich, bożonarodzeniowe pierniki na biodrach w narciarskie spodnie wciskam i coraz częściej się pokazujące siwe włosy pod czapką skrzętnie skrywam. A tu się zaraz przyjdzie rozebrać z tych kożuchów, czapek i dwunastu warstw, które aktualnie służą jako wymówka, że niby pod tymi bluzami i swetrami to tap madl…

Jednym słowem należy się za siebie zabrać…Nie żebym nic nie robiła…Chodakowska morduje mnie już od kilku miesięcy, ale z powodu mojej słabej silnej woli, efekty są raczej marne. Zaczęłam biegać…Kiedy Kasia była mała i kazali jej biegać, mówiła, że nie może, bo jej się policzki trzęsą. Jak ja bym chciała żeby mi się tylko policzki trzęsły przy bieganiu… Bardzo mnie te moje, poruszające się swobodnie części ciała rozpraszają przy bieganiu. Do tej pory biegałam po ciemku, sama mniej widzę i innych biegaczy nie rozpraszam. Ale coraz widniej się robi i biegać nie ma kiedy…

Na siłownie chodzę…tylko wczesnym rankiem i tylko na chwilę, bo nie lubię jak inni dyszą i stękają. Ja nie stękam, co pewnie oznacza, że nie popycham swojego ciała do granic możliwości, ale jestem przeciwna wszelkim formom znęcania się, w tym znęcaniu się nad sobą. I nie dyszę, bo mi sucho w ustach później…

Postanowiłam chodzić na salę gimnastyczną z Chrisem i dziećmi…zabawa połączona z wysiłkiem fizycznym oraz zacieśnianie więzi rodzinnych wydaje się być bardzo zdrową kombinacją. Gramy w raquetball (jak ktoś zna tłumaczenia na polski, poproszę, nie znalazłam) – taka skoczna piłeczka odbijająca się od wszystkiego – i w koszykówkę gramy. Raquetball mnie nie eksajtuje. W goglach ochronnych nie jest mi do twarzy, ale koszykówka i owszem. Tak mnie eksajtuje, że podczas drugiego meczu skręciłam kostkę, kostkę w mojej felernej, pozszywanej i całkowicie do wymiary stopie. Chris się zatroskał i postanowił działać.

Mąż mój, musicie wiedzieć, jest nieuleczalnie chory na pomaganie innym bez wcześniejszej konsultacji z zainteresowanymi….Wysyłam go po jedyny brakujący składnik do zapiekanki. Niech będzie, że kalafior. Idzie, kalafiora akurat w sklepie nie ma, przynosi trzy jabłka (trzy żeby odpowiadały masie kalafiora) i ma nadzieję, że się wkomponują w ziemniaki i sos grzybowy…Po operacji na felernej nodze, wracam do domu z nadzieją, że wkrótce zacznę chodzić o własnych siłach, że teraz to tylko może być już lepiej, po cichu oczekuję bukietu kwiatów i dobrej kolacji, a w prezencie dostaję balkonik do chodzenia z tacką i siatką na zakupy!

Pewnego dnia z poczty odebrałam parę najbardziej ohydnych butów jakie kiedykolwiek widziałam. Białe Nike, za kostkę, z granatowym najkowskim fiśkiem na boku i z jakimś nieatrakcyjnym okienkiem po piętą…rozmiar 40, bo taki noszę, ale białe buty do koszykówki w rozmiarze 40 wyglądają…no to prostu wyglądają, z każdego kąta wyglądają, z każdej strony, nie ważne jak mocno przymruży się oczy, one wciąż SĄ! Nie mogłam w nich grać, bo odwracały moją uwagę od piłki i kosza. Kupiłam pisaki i kazałam dzieciom pomalować buty…Pomalowały! Efekt na zdjęciu. Nie pomogło! Już kilka razy miałam je w torbie, już schodziłam po schodach, już otwierałam samochód…no nie mogę się kurna przemóc…I weź tu się człowieku za siebie…gdzie się nie obejrzysz, jakaś zawalidroga!

Jedyna nadzieja, że lato będzie chłodne i bikini kolejny rok poleży w szafie…

Zwycięstwo!

Moe ze Smoczkiem po Łapkach i ja zdobyłyśmy pierwsze miejsce w lutowej zabawie (i właśnie tak należy traktować ten konkurs) u Fidrygauki. I powtórzę to, co pisałam moim anglojęzycznym przyjaciołom na Fejsbuku, że mimo, iż to nie była walka o jakąś prestiżową nagrodę literacką, jestem szczęśliwa. Satysfakcjonujące mnie gratyfikacje oknami się nie pchają i każda taka miła nagroda jak ta, sprawia mi wiele przyjemności…Dziękuję wszystkim, którzy przeczytali i zagłosowali…W nagrodę, mogę podać temat na następną wprawkę. I taki mi do głowy przyszedł:

Czego moje oczy nie widzą, tego po prostu nie ma.