W obronie telewizora

IMG_6192

Elę z Dwujęzyczności kocham bezwarunkowo za wszystko i wszystko o czym pisze uważam za bardzo wartościowe, mądre i poparte jej szeroką wiedzą i ogromnym doświadczeniem. Ela napisała bardzo ważny tekst o szkodliwości telewizora, głównie jeśli chodzi o małe dzieci. Zasugerowała też, że może ja napisałabym post o tym, że dobry telewizor nie jest zły i może się przydać, szczególnie starszym dwujęzycznym dzieciom. Niniejszym więc występuję w obronie telewizora…

Nie lubię tego krzesła przy oknie. Tam układam (właściwie to walę byle jak) pranie do prasowania. I kupa wygnieciuchów czeka na…pana od telewizora! Pan od telewizora naprawi nam telewizor i dopiero wtedy, i tylko pod takim warunkiem dzieci będą miały rękawy od t-shirtów na kant i skarpetki w kostkę uprasowane. Pierwsza i najważniejsza rola telewizora w naszym domu to odwracanie mojej uwagi od znienawidzonego prasowania. I nie mogą to być filmy mądre, dokumentalne, bo od tych filmów mam dwie blizny po poparzeniach, ale głupie seriale albo programy o tragediach osobistych, niewiernych mężach, rozwiązłych córkach i wścibskich teściowych. Mózg wyłączony, w łapie żelazko i prasuję co popadnie, kurtki przeciwdeszczowe, folię spożywczą, zadanie domowe Jasia i plecak Kasi. Chris używa telewizora w celach informacyjnych. Co rano telewizor informuje go w języku angielskim i rosyjskim czy ilość państw i ich przywódców nie zmieniła się w ciągu nocy, czy napadliśmy na coś lub kogoś i skąd się wycofujemy. Bez tych informacji mogłaby go czekać niemiła niespodzianka w pracy w postaci podwyższonego stopnia zagrożenia charakteryzującego się różnorodnymi działami wojskowymi, o których pisać mi nie wolno (musiałabym was wszystkich zastrzelić oczywiście). No ale przecież o dzieciach miało być… Zastanówmy się, jakiż to mam wkład językowy (szczególnie jeśli chodzi o słownictwo) w rozwój drugiego języka u moich dzieci? Ano głównie kuchenno-łazienko-porządkowy. Kawałek książki wieczorem i coroczne wizyty w Polsce. I tyle. A skąd mają znać takie słowa jak Minister Spraw Zagranicznych (już nie mówiąc o tym, że dobrze byłoby znać jego nazwisko i co tam ostatnio sknocił), gaz łupkowy, niepożądane działania środków antykoncepcyjnych, zaburzenia w myśleniu przestrzennym, życie godowe parzystokopytnych, czy funkcjonowanie hamulców na wojskowej jednostce pływającej? Jestem przekonana, że bardzo dobrze rozwinięte, jak na dziecko dwujęzyczne, słownictwo Kasi (a mam nadzieję, że i Janek się wkrótce podciągnie) pochodzi tylko i wyłącznie z mnóstwa programów przyrodniczych, filmów po polsku i oglądania wiadomości w telewizorze właśnie. A kiedy przechodząc obok mnie prasującej i oglądającej odmóżdżające programy usłyszą: „A ty co? K…. Mam ci przypi……w ten za… ryj?” Super! Przecież to też język i znakomita okazja do wytłumaczenia kto i w jakich sytuacjach go używa. Nie wspomnę już nawet jaka wielka przyjemność płynie z oglądania dobrych filmów i nie wiem dlaczego mielibyśmy z takiej przyjemności rezygnować. Chris i ja uwielbiamy oglądać dobre filmy i bardzo chcielibyśmy zarazić tym nasze dzieci. Nic w tym złego nie ma, nawet jeśli oglądamy je po angielsku, bo tak nam łatwiej. To fajny sposób na spędzanie deszczowego popołudnia dla kogoś, kto tak jak moja rodzina nie przepada za grami planszowymi. Pewnie, że trzeba rozsądnie korzystać z telewizora, nie za długo, nie za głupio itd.,  ale taka sama zasada obowiązuje podczas używania komputera, bajki na YouTubie, Facebook, blog, słodycze i alkohol. Może nie od razu wyrzucać telewizor, ale korzystać z niego mądrze i rozsądnie. I koniecznie z przyjemnością!

W zupełności jednak zgadzam się z Elą, że małe dziecko posadzone przed telewizorem na pół dnia, karmione kaszką w rytmie Reksia czy innego Puchatka, czy telewizor w tle dnia codziennego to katastrofa. Do szału doprowadza mnie oglądanie telewizji podczas posiłku, podczas zabawy z dzieckiem na dywanie, przy gościach, podczas czytania dziecku książeczki, czy podczas rozpakowywania prezentów świątecznych. A tak się dzieje i to w bardzo wielu domach!

Myślę sobie jeszcze, że ten telewizor należałoby potraktować jako element całości, część sposobu życia i wychowania dzieci. Bo nie widzę sensu w tym, że pozbywamy się telewizora i dvd – tak dla zasady, ale na YouTubie dziecko godzinami ogląda bajki, albo gra w „przyjazne dzieciom” gry na komputerze. Ktoś również mógłby dopatrzeć się braku sensu w tym, że podczas gdy jesteśmy tak wspaniałymi rodzicami, bo nie oglądamy telewizji, to dajemy dzieciom mięso – truciznę jak twierdzi wielu – i narażamy jego zdrowie jak również zaburzamy jego poczucie etyki. I że chociaż telewizora nie mamy w domu, szczepimy dziecko nasze świństwem narażając je niepotrzebnie na różnego rodzaju powikłania. Widzimy problem w oglądaniu telewizji, ale jakoś nie widzimy problemu w tym, że dajemy dziecku klapsa. Chwalimy się brakiem telewizora, a wydzieramy się na dziecko z byle powodu, czasem obrzucamy wyzwiskami i poniżamy. Fajnie byłoby gdyby wychowanie dzieci polegało jedynie na wyłączeniu telewizora i na podaniu pokrojonych bio marchewek na obiad. Fajnie byłoby gdyby bycie rodzicem było takie proste…

Zebranie reaktywacja

IMG_0235

Wracam do zebrań rodzinnych. Wracam z powodów tych samych, o których pisałam w odcinku pierwszym i z powodów namawiaczy zewnętrznych. Zebrania moje są próbą zgarnięcia do kupy wszystkiego co mnie gryzie i zamiast wydzierania się na dzieci dziesięć razy w tygodniu o każde z osobna wydarzenie, zbieram gryzące mnie sprawy i przedstawiam na zebraniu walnym raz na…i właśnie nie wiem jakaż to częstotliwość tych zebrań byłaby optymalna. Raz na tydzień? Raz na dwa? Raz w miesiącu? Żeby nie było sztucznie, żeby nikt mnie nie znienawidził i na wstydnej taczce z rodziny nie wywiózł. Podczas wzajemnego się łaskotania i tarzania po świeżo odkurzonym dywanie powiadamiam potomstwo, że wracamy do zebrań i zapytuję delikatnie o ich zdanie względem częstotliwości. Kasia na to, że przecież już mamy takie spotkania i to kilka razy w tygodniu! Moja mocno wysunięta do przodu szczęka opadła w dół. Jak to? Bo przecież ciągle z nami coś analizujesz, ciągle coś tłumaczysz, ciągle szukasz jakiegoś rozwiązania, ciągle nam mówisz co ci się nie podoba i jak chciałabyś żeby to wyglądało – mówi odważna Kasia, podczas gdy nieco bardziej bojaźliwy Jasiek przytula się na wypadek gdybym chciała pożreć któreś dziecko kierując się kryterium, że które bliżej, ocalone zostanie. A to pisanie menu na każdy tydzień, to też zebranie przecież, bo my chcielibyśmy makaron każdego dnia, a wy z tatą robicie nam wykład na temat zbalansowanej diety i razem musimy wymyślać potrawy, które mają wszystko co trzeba – ciągnie Kasia – i zazwyczaj nam nie smakują. Ale jak chcesz mamo, to zróbmy zebranie dzisiaj.

Spisałam więc punkty spotkania i zabrałam się za makaron z sosem pomidorowym żeby chociaż podniebienie i żołądek czuły się komfortowo, bo spotkanie ustalone zostało na „po kolacji” ale „przed lodami”. W świetle zachodzącego coraz to wcześniej jesiennego już prawie słońca, wśród bezlitośnie więdnących pelargonii, delektując się słuchowo koncertem klarnetowym Woodiego Allena zasiedliśmy do obiado-zebrania. Zastrzeżeń do dziecka numer jeden miałam pięć. Każde zdanie ostrożnie zaczęłam od: „trudno mi zrozumieć dlaczego…” albo „chciałabym żebyś postawiła się w naszej sytuacji kiedy…”. Numer jeden logicznie przedstawiło swoją wersję czasoprzestrzeni (chodziło o niepunktualność i brak kontaktu z dzieckiem podczas jego braku w domu), która, jak się okazuje jest przesunięta o jakieś pół godziny i trzy ćwierci kilometra na zachód. Mimo, że o empatię w wieku nastoletnim może być trudno, udało nam się dokopać do znikomej jej pokładów i usłyszeliśmy, że rozumie, że wie, że jej przykro i że już nie będzie. Po załatwieniu w ten sam, humanitarny sposób czterech kolejnych punktów dotyczących dziecka numer jeden, przeszliśmy do numeru dwa. Jasia przypadłość postanowiliśmy załatwić raz na zawsze domową wersją psychodramy. Przedstawienie trzech aktorów polegało na symbolicznym usunięciu z mózgu Jaśka zamartwiania się, stresu, niepokoju i utrapień różnego rodzaju. Następnie wyjęcie beztroski, swobody i spokoju z Kasi mózgu i wciśnięciu tych wielce pomocnych cech do mózgu Jasia. Zamiast gadania, że Jasieńku kochany, nie możesz się tak przejmować, że ołówek się złamał, but się nie dopina, a ogórki z kanapki wyślizgują się ciągle, wszyscy się dobrze bawiliśmy, a Jaś poklepał się po zszytej kilkoma niewidzialnymi szwami czaszce i powiedział, że teraz to już na pewno będzie lepiej. Po przedstawieniu przeszliśmy do ostatniego punktu zebrania – języka polskiego. Dzieci zostały pochwalone za dzienniczek wakacyjny, jeszcze raz wyraziłam zadowolenie z Kasi opowieści o niemiecko-polskim tłumaczeniu (w komentarzach do dzienniczka) i zapytałam jak możemy sprawić, żeby mówili więcej i lepiej po polsku. Mam im czytać po polsku, mamy zapraszać gości z Polski, mam im pozwalać na oglądanie telewizji po polsku i oboje kategorycznie zażądali, że mam im przypominać i upominać ich żeby mówili po polsku, kiedy im się zapomina i mówią do mnie po angielsku. Powiedzialam, że takie ciągłe upominanie może ich zniechęcić, ale oboje twierdzili, że chcą i już!

Spotkanie przebiegło w miłej atmosferze, terapeutyczny program artystyczny okazał się strzałem w dziesiątkę czy nawet w trzynastkę nastolatki i wydaje mi się, że rozmowa na temat języka polskiego jeśli nawet nie będzie miała wpływu na poprawę ich fizycznego języka polskiego, to na pewno poprawi nastawienie i emocje w tej kwestii. A o to mi przecież chodzi!

Siła władzy

DSC02711

 

Najeżam się na nauczyciela w szkole. W domu układam sobie opieprz delikwenta taki, że go w podłogę wciśnie, idę do szkoły i z opieprzu nici. Bo mi taki belfer jeden z drugim powie coś, czego nie doczytałam, nie dowidziałam i już mi jakoś tak głupio i z przygniatającego opieprzu robi się miła rozmowa o pogodzie. Staram się o pracę. Przygotowuję się w domu, wiem co mam powiedzieć, o co zapytać. Staję przed jakimś ciałem dyrektorskim i już mi w ustach zasycha, ręce się pocą i wyrzucam z siebie kilka zdań w czasie teraźniejszym – żeby jakiegoś błędu nie zrobić, a i tak pewnie robię. Co tam dyrektorzy i nauczyciele, pani w piekarni jest dla mnie autorytetem, przed którym łamię się w pół. Kiedy wchodzę i pytam czy w tym, czy owym chlebie jest kminek (nie lubię), pani z pogardliwym parsknięciem informuje mnie, że przecież w chlebie z dziesięcioma ziarnami kminku nie ma – każdy to wie! Nie pomyślę, że wredne babsko. Pomyślę sobie, że pani mądra taka, na stanowisku chlebowym i tak wszystko wie o chlebie i już mi głupio i już się garbię przyciśnięta niewiedzą piekarniczą. Peszy mnie sama obecność takich ludzi, a ich domniemana omnipotencja budzi we mnie lęk i panikę. Nawet jeśli ich obecność jest zrobiona z tektury i gipsu. Między Olesnem a Opolem, w jakiejś ukwieconej wiosce stoi sobie taki policjant gipsowy z wyciągniętym w kierunku nadjeżdżających samochodów gipsowym sprzętem do pomiaru prędkości. Co roku mijam go z pięć razy i wiem, że za przejazdem kolejowym, za domem z pięknym ogródkiem, za zakrętem w lewo i za kościołem będzie stał durny gipsowy policjant. I co? I za każdym razem w żołądku mnie skręca i wiem, że za chwilę się wystraszę . I co? Się wystraszam! Policji boję się chyba najbardziej. Zatrzymana zostałam dwa razy w życiu. Za każdym razem było miło i sympatycznie – raz mandacik za szybką jazdę, a raz upomnionko za przykucnięcie zamiast pełnego zatrzymania się przed znakiem stopu. Żadnej traumy, żadnych złych doświadczeń, a i tak widok policjanta sprawia, że głupieję…dosłownie.

Stoję kilka dni temu na skrzyżowaniu, na światłach, skręcam w lewo. Z tej ulicy, w której lewą część mam skręcić, skręca policyjny pojazd oznakowany w moją właśnie ulicę. Zauważam pojazd, sztywnieję po całości, oczy się wybałuszają, oddech i bicie serca przyśpieszają, a myśli szaleją. „Kierunkowskaz mam, skręcić mogę, nie ma jednokierunkowej. Świateł w Niemczech nie trzeba, ale jakby co – mam. Wczoraj zrobili mi zdjęcie, bo przekroczyłam prędkość, no ale przecież nie mogą wiedzieć ci, z tego samochodu, że ja, to ja. Dzieci pasami zapięte? Nie ma dzieci w samochodzie. Ja pasy mam. Żeby tylko komórka do mnie nie podeszła i do ręki się nie włożyła. Ubezpieczenie opłacone? Za cały rok z góry. Ok, chyba nic na mnie nie mają.” Samochód skręca i przejeżdża obok mnie. Facet przez dwie szyby pewnie poczuł moją panikę, bo spojrzał na mnie z zaciekawieniem. I nagle mi się przypomniało! „Matko święta, kasku nie mam!”

 

Dzienniczek z Polski

P1060858

Oto jak moje dzieci opisywały swoje wakacje w Polsce. Ostatnie trzy dni jakoś nam umknęły, a i Kasia trochę pod koniec się wyluzowała pisarsko. Dla językowo zainteresowanych, pisałam to, co mówiły mi dzieci. U Kasi słowo w słowo. Z Jaśkiem było tak, że kiedy mówił po polsku pisałam to co mówi, ale często nie znał słowa i pytał mnie. Pytał o słowo, ale też o całą wypowiedź, na przykład: „Mamo, jak powiedzieć I was happy to see the chickens?” Część jego wypowiedzi, głównie słownictwo jest z moja pomocą, ale starałam się jak najmniej zmieniać. Wydaje mi się, że mimo, że język dzieci jest dość prostu i nie mają jakiegoś wyszukanego słownictwa, nie jest źle. Jak uważacie?

7 lipca, niedziela 2013

Kasia: Po bardzo długiej podroży dostaliśmy pyszną zupę pomidorową!

Jasia: Bardzo, bardzo dużo komarów!

8 lipca, poniedziałek

Kasia: Pojechaliśmy do cioci Małgosi i jedliśmy smaczne lody i bawiliśmy się z dzieciakami w chowanego! Mama i ja byłyśmy u fryzjera. Mama w nowej fryzurze wygląda jak jurorka z polskiego XFactor, a moja lepiej niż wcześniej.

Jasiek: Z babcią poszliśmy na dwa spacerki. Jeden na truskawki a drugi nad rzekę.

9 lipca, wtorek

Kasia: Dzisiaj byliśmy w Krzepicach na zakupach a potem pojechaliśmy na imprezkę do Sylwii. Poszliśmy też na cmentarz zapalić świeczki na grobach dziadków.

Jasiek: Na cmentarzu była stara studnia. Wyciągałem wodę w wiadrze do podlewania kwiatków.

10 lipca, środa

Jasiek: przyjechaliśmy do Kudowy Zdrój. Podobał mi się ogród muzyczny w parku zdrojowym. W ogóle Kudowa jest piękna.

Kasia: Długo jechaliśmy samochodem do Kudowy, ale wstąpiliśmy do Decathlonu, a tam było bardzo dużo rozmaitych rzeczy.

11 lipca, czwartek

Kasia: Pojechaliśmy do Czech do Miasta Skalnego. Te skały były intrygujące. I zjedliśmy Trydelniki – słodkie, czeskie chlebki.

Jasiek: Pojechaliśmy do parku i te skały wyglądały bardzo dziwnie. Jedne były w kształcie twarzy Indianina, a inna w kształcie mostu, słoni, widelca.

12 lipca, piątek

Kasia: Byliśmy w Kaplicy czaszek. Były tam przerażające czaszki, kości rąk i nóg i zobaczyliśmy różnicę miedzy czaszką Polaka, Mongoła i Tatara. Byliśmy również w skansenie i zrobiłam kilka zdjęć.

Jasiek: Poszliśmy do Kaplicy Czaszek gdzie było bardzo dużo przerażających kości. Najbardziej przerażające było że było ich tak dużo. W skansenie podobała mi się drewniany wiatrak. Zaliczyliśmy też dość łatwą ścieżkę zdrowia w parku w Kudowie.

13 lipca, sobota

Kasia: Jechaliśmy z Kudowy do Starokrzepic. Byliśmy w galerii handlowej i cieszyłam się bo było dużo sklepów. Widzieliśmy również finalistkę z XFactora. Kupiłam sobie buty i obudowę na mój iPod Touch.

Jasiek: Byliśmy w centrum handlowym i odwiedziliśmy mój ulubiony sklep – Decathlon. W domu mój kuzyn Mateusz i ja bawiliśmy się na trampolinie.

14 lipca, niedziela

Jasiek: Bawiliśmy się na trampolinie i graliśmy w piłkę. I wypuściliśmy psa i bawiliśmy się z nim.

Kasia: Nic nie robiliśmy!

15 lipca, poniedziałek

Jasiek: Bawiliśmy się z psem i pojechaliśmy do kina. Poszliśmy też na spacer. Postanowiliśmy pójść dalej bez wiedzy rodziców-szukali nas rowerem i odtąd nie możemy chodzić sami na ulicę sami.

Kasia: Byliśmy w kinie i chodziliśmy po galerii. Zjadłam lody o smaku białej czekolady, byliśmy w Empiku i kupiliśmy książki Martyny Wojciechowskiej.

17 lipca, środa

Jasiek: Zostaliśmy w domu i się bawiliśmy z Mateuszem. Zrobiliśmy tor przeszkód na placu zabaw i rzucaliśmy się balonami z wodą.

Kasia: Zostaliśmy cały dzień w Starokrzepicach. Było nudno, ale znaleźliśmy własne sposoby na zabawę. Aha, i mama pozwoliła mi prowadzić samochód. Fajnie było ale trochę się bałam.

18 lipca, czwartek

Jasiek: Byliśmy na targu i kupiliśmy kurczęta, a kiedy tam byliśmy, widzieliśmy bardzo dużo innych ptaków, warzyw i ubrań. Chcieliśmy kupić kaczki, ale wszystkie były duże więc kupiliśmy kurczęta. Moje kurczęta mają na imię Piotr i Russell, Mateusza kurczak ma na imię Baxter. Byliśmy też w zoo w Opolu i widzieliśmy bardzo dużo zwierząt, ale trochę było nudno bo byliśmy w tym zoo chyba ze sto razy.

Kasia: Rano pojechaliśmy na targ i kupiliśmy kurczęta. Moje dwa kurczęta mają na imię Carmelita i Teodor. Po obiedzie pojechaliśmy do zoo. Fajnie było obserwować małpki i foki. Zrobiłam dużo zdjęć.

19 lipca, piątek

Kasia: Rano opiekowaliśmy się kurczętami, zrobiliśmy im zagrodę, dawaliśmy pić i jeść. Chudy, czarny kurczaczek to jest Carmielita a taki, który wygląda jak wiewiórka w paski, to Teodor. Potem pojechaliśmy do Krakowa żeby odwieźć Mateusza i odwiedzić rodzinę.

Jasiek: Bawiliśmy się z kurczętami i Piotrek zasnął na moich kolanach. Potem pojechaliśmy do Krakowa. U Mateusza graliśmy na jego Play Station, zjedliśmy kolację i poszliśmy spać. Chciałem spać w moim śpiworze ale mama powiedziała, że nie mogę.

20 lipca, sobota

Kasia: Pojechaliśmy do Ojcowa. Zwiedziliśmy park, zamki, jaskinie. Podobała mi się jaskinia, w której schował się pan Łokietek. Obiad zjedliśmy w restauracji, w której mieli przepyszne pierogi ruskie i zupę pomidorową. Wieczorem zrobiliśmy ognisko w ogródku i piekliśmy chlebki bo nie jemy kiełbasy.

Jasiek: Cała sobotę chodziliśmy w Ojcowie. Kilka z tych skał wyglądało bardzo ciekawie na przykład Maczuga Herkulesa. Dużo chodziliśmy po górkach aż zaczęły mnie boleć nogi chociaż nie byłem wcale zmęczony. Kiedy wróciliśmy do domu, graliśmy w badmintona i puszczaliśmy bańki mydlane.

21 lipca, niedziela

Kasia: Mam 13 lat! Obudziliśmy się u wujka Marka w Krakowie, a po śniadaniu pojechaliśmy do babci. Droga do babci była dość krótka, a jak wróciliśmy, miałam imprezę. Dostałam dużo fajnych prezentów na przykład torbę na basen i naszyjnik z literą K od babci. Mama ciągle pytała jak się czuję jak 13 –stolatka, ale czuję się tak samo. Mam katar i kaszel ale to chyba nie ma nic wspólnego z tym, że mam 13 lat.

Jasiek: Musieliśmy się pożegnać z Mateuszem i jego rodziną i przyjechaliśmy do Starokrzepic. Ucieszyłem się na widok na kurcząt. Wszystkie były zdrowe i trochę większe. Kasia miała urodziny i dostała prezenty od wszystkich.

22 lipca, poniedziałek

Kasia: Imprez ciąg dalszy. Było dużo dzieci, ale tylko jedna dziewczyna była w mniej więcej w moim wieku. Pokazaliśmy im kurczęta ale to chyba nie był dobry pomysł bo Baxter ma skaleczoną nóżkę a Russell stoi i śpi. Mam nadzieję, że wyzdrowieją. Mamy nauczkę żeby nie bawić się za dużo z nimi. Zrobiliśmy też nowy film o dwóch dziewczynkach, które poszły na pole i zabił je troll. Film wyszedł nam dobrze.

Jasiek: Było bardzo dużo dzieci u nas na Kasi urodzinach. Kręciliśmy film na łące i w lesie i wyszedł bardzo fajnie. Ja grałem trolla i miałem wszystkich zabić. Wszystkie dzieci bawiły się kurczętami i myślę, że to nie był dobry pomysł bo kiedy wszyscy poszli, jeden kurczak był chory a drugi był kulawy. Babcia Marysia boi się, że kurczęta umrą.

23 lipca, wtorek

Jasiek: Kurczęta żyją! To był najfajniejszy dzień wakacji w Polsce. Pojechaliśmy na kajaki. Było super fajnie! Ja płynąłem z Michałem – mojej mamy kuzynki synem. Czasami było trudno ponieważ było wiele dziwnych korzeni i drzew. Czasami było trochę łatwiej bo rzeka była szeroka i pusta. Podczas przerw pływałem sobie w rzece. Wydaje mi się, że my mieliśmy najlepszą drużynę, byliśmy najsilniejsi i Michał studiuje sport i umie dobrze prowadzić kajak. Moja mama i Kasia ciągle wpływały w korzenie lub w drzewa i nie mogły wypłynąć. Nawet jeśli to był mój pierwszy raz na kajakach, bardzo mi się podobało i załapałem to bardzo szybko!

Kasia: Byliśmy na kajakach. Bardzo mi się podobało i to był mój pierwszy raz. Na początku było trudno bo nie wiedziałam co robić, ale później było już łatwiej. Płynęliśmy 12 kilometrów i trasa była czasami wąska a czasami szeroka, czasami było płytko, czasami głęboko, czasami była kręta czasami całkiem prosta. Byłam z mamą w kajaku i nie mogłyśmy się dogadać i zawsze ja miałam rację a ona nie, chociaż mama myślała, że to ona ma rację. Na tej trasie były różne korzenie i krzaki, w które to przeszkody zawsze wpadałyśmy i nie mogłyśmy wypłynąć. Podczas naszych przystanków Jasiek i ja pływaliśmy w rzece w ubraniach!

24 lipca, środa

Kasia: Bardzo bolały mnie ręce po kajakach. Pojechaliśmy z mamy kuzynką do Częstochowy. Sylwia pokazała nam miejsce swojej pracy – szkołę specjalną. Było tam dużo różnych interesujących rzeczy, które pomagają w nauce i rehabilitacji i stymulacji chorych dzieci. Byliśmy w Biedronce w myśl polskiej reklamy „My Polacy tak mamy, po plaży do Biedronki” i kupiliśmy rzeczy na obiad. Po obiedzie wyruszyliśmy do kina. Kupiliśmy bilety i poszliśmy na zakupy do Empiku i różnych innych sklepów. Następnie poszliśmy do kina, a po kinie na pizzę. Wróciliśmy do mieszkania Sylwii i graliśmy w karty.

Jasiek: Dziwnie było mi bo w ogóle nie bolały mnie ręce po kajakach. I właśnie wtedy kiedy skończyłem o tym myśleć, musieliśmy iść do mojej matki chrzestnej Sylwii. Musieliśmy jechać do Częstochowy do jej mieszkania i tam pożegnaliśmy się z mamą. Kiedy weszliśmy do jej mieszkania, położyliśmy nasze rzeczy w pokoju, w którym mieliśmy zostać. Poszliśmy do kina zobaczyć jaki film chcemy zobaczyć i wybraliśmy „Uniwersytet Potworny”. Musieliśmy bardzo długo chodzić po mieście żeby czekać na rozpoczęcie filmu. Film nie był najfajniejszy, ale był ok. Po filmie poszliśmy do restauracji, w której byliśmy rok temu i tam zjedliśmy pizzę. Kiedy skończyliśmy jeść, wróciliśmy do mieszkania i graliśmy w karty. Potem poszliśmy spać. Zasnąłem na podłodze w śpiworze ale obudziłem się na łóżku.

25 lipca, czwartek

Jasiek: Kiedy obudziliśmy się, pojechaliśmy do centrum handlowego autobusem. W galerii spotkaliśmy mamę a ja kupiłem prezenty dla Tommiego i dla taty. Wróciliśmy do Starokrzepic gdzie dowiedziałem się, że moja gra wreszcie się załadowała – po czterech dniach i trzech nocach!

Kasia: Miałam sen, że Jasiek spał u Sylwii w wannie ale tak naprawdę spaliśmy razem na wielkim łóżku. Skoro nie mogliśmy pójść do Planetarium (było zamknięte), pojechaliśmy do centrum handlowego i tam spotkaliśmy się z mamą. Zrobiliśmy zakupy i wróciliśmy do domu. Mama kupiła nam fajną książkę z mapami.

27 lipca, sobota

Kasia: Kupiliśmy po śniadaniu miętówki w Krzepicach (mama mówi, że to talarki miętowe) i jak wracaliśmy wstąpiliśmy do cioci Małgosi i przypadkowo zostaliśmy tam dłużej niż chcieliśmy. Kiedy wróciliśmy był już w domu wujek Jacek, ciocia Gosia, Emilka i Michaś – to moje najbliższe kuzynostwo. Michaś jest słodki i przypomina mi Jasia kiedy był w jego wieku. Po kolacji pojechaliśmy na festyn w Krzepicach. Koło Gospodyń Wiejskich ze Starokrzepic miało budkę z goframi i pierogami. Zjadłam 6 pierogów ruskich. Na festynie były też różne atrakcje i mnóstwo jedzenia. Było jakieś religijne przedstawienie i taka pani śpiewała, ale zbyt głośno. Zauważyliśmy z Jasiem pana, który oglądał przedstawienie, ale kiedy śpiewali piosenki entuzjastycznie machał rękami i kręcił tyłkiem.

Jasiek: Rano pojechaliśmy do cioci Małgosi i bawiliśmy się dziećmi. Bardzo długo tam zostaliśmy, dopóki powiedziałem mamie, że musimy już jechać bo wujek Jacek z rodziną już przyjechał. Kiedy przyjechaliśmy do domu, oni już tam byli. Jacek, Kasia i ja oraz moja kuzynka Emi i mój kuzyn Michaś pojechaliśmy na festyn, gdzie Kasia zjadła 6 pierogów. Wcześniej rano Kasia narysowała plakat zachęcający do kupna tych pierogów. Bo babcia je robiła i jej klub je sprzedawał. Ja zjadłem watę cukrową.

28 lipca, niedziela

Kasia: Pojechaliśmy do Warszawy. Odwiedziliśmy naszych znajomych i mojego kolegę Karola, a potem poszliśmy do Centrum Nauki Kopernik. Przez 5 godzin oglądaliśmy ich super interesujące wystawy. Moje ulubiona rzecz to Mind Ball gdzie siłą fal mózgowych przepychasz piłeczkę do bramki – raz wygrałam, dwa razy przegrałam bo za dużo myślałam. Mieszkaliśmy w fajnym hotelu, w którym była klimatyzacja co było baaaaaardzo ważne bo było czterdzieści stopni na zewnątrz. Nasz pokój był bardzo luksusowy i można było słuchać telewizji w łazience.

Jasiek: Pojechaliśmy do Warszawy i podróż była długa, po drodze kupiliśmy miętówki, które były bardzo dobre. Te miętówki po 15 minutach już zniknęły z pudełka bo ja zjadłem połowę a dziewczyny drugą połowę. Kiedy przyjechaliśmy do hotelu, nasz pokój był najfajniejszym pokojem hotelowym w moim życiu. Potem pojechaliśmy do domu Karolka gdzie graliśmy w Monopol. Później pojechaliśmy z Karolkiem i jego rodzicami do Centrum Nauki Kopernik czyli takie muzeum gdzie można wszystko dotykać i były rzeczy do zrobienia. Gdyby ktoś szukał informacji o tym centrum w tym dzienniczku, to to nie jest najlepsze miejsce – nie pamiętam już wielu rzeczy! Ale najbardziej podobało mi się nauka rozpalania ognia. Wtedy właśnie zdecydowałam, że chciałbym mieć krzesiwo!

29 lipca, poniedziałek

Kasia: Rano pojechaliśmy klimatyzowanym autobusem do metra, metrem do Karola a potem od Karola nieklimatyzowanym autobusem do Łazienek. W tym autobusie nieszczęśliwie usiedliśmy z tyłu obok silnika – nie było fajnie! W Łazienkach mieliśmy woreczki z różnymi orzechami i karmiliśmy wiewiórki, nornice, myszy i ptaki. Fajnie było ponieważ te zwierzęta były tak oswojone, że podchodziły do nas i zabierały jedzenie z ręki. Karmiliśmy też takie małe ptaszki, które siadały nam na dłoniach i jadły okruszki ciastkowe. Pojechaliśmy na obiad do centrum handlowego bo tam była klimatyzacja. Zjedliśmy obiad i poszliśmy do Empiku, do sklepu sportowego i do sklepu zoologicznego. W tym sklepie bardzo mi się spodobała jeden mały kameleon i płaszczki.

Jasiek: Dzisiaj poszliśmy do takiego parku, który nazywa się Łazienki. Karol dał nam orzeszki dla różnych zwierząt w parku i je karmiliśmy. Później pod koniec parku były takie malutkie ptaszki, które siadały na ręce i jadły okruszki. I raz udało mi się, że aż dwa ptaszki wylądowały na mojej ręce. W autobusie tam i z powrotem było bardzo duszno i gorąco aż pot mi kapał z głowy i było tak gorąco aż mi się chciało zemdleć. Potem pojechaliśmy do Karolka gdzie graliśmy w Monopol, potem mama przyszła i powiedziała, że musimy jechać do hotelu.

30 lipca, wtorek

Jasiek: Kupiłem sobie krzesiwo, ale przed tym wydarzeniem opowiem o Planetarium i stadionie piłkarskim. Rano poszliśmy do Planetarium gdzie widać całe niebo i kosmos na suficie a pan o tym opowiada. Oglądaliśmy również całą galaktykę i jeszcze kilka innych. Potem pan pokazał nam film, który nie był aż tak interesujący jak inne rzeczy. Poszliśmy też na stadion narodowy gdzie widziałem krzesła, ale nie weszliśmy do środka bo nie mieliśmy czasu. W drodze do Starokrzepic weszliśmy do Decathlonu gdzie kupiłem krzesiwo. Wieczorem wróciliśmy do Starokrzepic a tam niespodzianka – urodził się mały kotek! Kiedy pooglądałem kotka, wypróbowałem moje krzesiwo i było super!

Kasia: Mamy małego kotka. Jest śliczny! Mama i mały kotek śpią w krzakach, nie wiem czy nie będzie im za zimno.

31 lipca, środa

Jasiek: Bardzo długo robiliśmy z wujkiem klatkę dla naszych kurcząt. Pojechaliśmy do sklepu po gwoździe i po siatkę. Wujek pozwolił mi ciąć drewno i wbijać gwiździe młotkiem. Kiedy skończyliśmy robić całe, babcia powiedziała nam, że jest za duże ale to właśnie takie chciała babcia….ach ta babcia. Teraz kurczęta mają super fajną klatkę i z niej nie uciekają…chociaż Piotrek czasem zwiewa. Nie wiem jak on to robi bo nie widziałem żadnej dziurki. Poszliśmy na łąkę i każdy z nas zrobił ognisko!

1 sierpnia, czwartek

Jasiek: Dzisiaj bawiliśmy się balonami wodnymi. Rzucaliśmy się nimi. Dostałem tylko dwa razy w każdej grze bo ciągle się chowałem i uciekałem od balonów. W nikogo też nie rzuciłem bo nie chciałem ryzykować podejścia bliżej wiaderka.

Fajnie się czyta i ogląda Kasi zdjęcia. Jak ciastko do kawy! Zapraszam na Kasia Foto Blog

Językowe (i nie tylko) wspomnienia z wakacji

Przed wakacjami i w ich trakcie pisałam, a jeszcze więcej mówiłam o tym, że dzieci piszą pamiętniki z wakacji, a Kasia robi dziennik fotograficzny. Pamiętniki z wakacji miały za swój główny cel ćwiczenie języka polskiego. Początkowo, jak sami przeczytacie, wypowiedzi były krótkie i pobieżne. Dzieci niechętnie mówiły mi co pisać (ja pisałam, oni mówili – tylko pod takim warunkiem się zgodzili), nie chciało im się po prostu i wydawało im się to trochę sztuczne, wymuszone. Po jakimś czasie jednak, wypowiedzi stawały się dłuższe i bardziej rozbudowane. Można powiedzieć, że to dzięki temu, że ich polski stawał się coraz lepszy. Pewnie tak, ale wydaje mi się, że zaczęło ich to bawić. Przypominanie sobie co się działo tego dnia, a czasem i dwa dni temu. To trochę jak przeżywanie tego dnia na nowo. Pisały, czy raczej dyktowały mi osobno więc czasem, informacje powtarzają się, ale i tak są ciekawe jeśli macie czas i ochotę je czytać.

Zanim jednak opublikuję ich pamiętniki, zapraszam na Kasi pamiętnik fotograficzny, a zanim zobaczycie zdjęcia, śmieszna anegdota w wykonaniu autorki tychże fotografii.

Dzieciaki spędziły dwa dni ze swoją ciocią w mieście świętym – Częstochowie. To coroczna atrakcja wakacyjna, którą oboje uwielbiają! Atrakcji w Częstochowie niespodziewanie wiele, a jedną z nich jest przejazd tramwajem (który Jasiek i tak nazywa S-Bahnem). Sieć linii tramwajowych w Częstochowie nie zachwyca…linia jest jedna! Ale za to co w tramwaju?! Muniek Staszczyk z T.Love z Częstochowy jest, a że bohaterów narodowych, sławnych pisarzy czy naukowców nie mamy zbyt wielu, Muńka zaszczyt taki kopnął, że zapowiada kolejne przystanki tramwajowe. Jak pan Staszczyk mówi to chyba każdy logopeda w Polsce wie, więc pewnie stąd to nieporozumienie. Przecież nie stąd, że dzieci do kościoła nie chodzą, na świętych się nie znają. I nie stąd, że rodzice bardzo liberalni i tematów tabu w domu nie ma. No więc dzieci moje w tramwaju jadą, integrują się ze społeczeństwem, chłoną język polski, pot i zaduch, a tu nagle Muniek obwieszcza, że następny przystanek – Aleja Najświętszej Marii Panny. Na to Kasia: „Co? Aleja Najświętszej Marihuany?”

Jeśli nie jesteście przerażeni naszą zdemoralizowaną rodziną, zapraszam na Kasi Photo Blog z tegorocznych wakacji w Polsce – same nagie zdjęcia kurcząt w bardzo nieprzyzwoitych pozach!

Gdyby się nie otworzyło, to może tak:

http://flickr.com/gp/31198290@N08/yw45NA/

Spodnie u kardiologa

DSC01949

Podczas wizyty w opisywanym w Powakacyjnych Zmianach sklepie, w którym zaatakowały mnie odwrotnie poruszające się ruchome schody, kupiłam sobie na wyprzedaży spodnie. Charakterystyczna wyprzedażowa, wielka, czerwona metka przyciągnęła mój wzrok i chwilę później spacerowałam z parą czarnych spodni za jedyne 10 Euro! I tyle…

Wydawać by się mogło, że w dzisiejszych czasach pracodawcy nie przejmują się zbytnio stanem zdrowia swoich pracowników. Jednakowoż, Chrisa przyszły i, daj Boże, doszły pracodawca jest wręcz obsesyjnie zainteresowany stanem zdrowia całej naszej rodziny. Od czterech miesięcy zbiera skrzętnie wszelakie badania naszej krwi, poranne mocze, wieczorne kały, prześwietlenia lewego płuca i prawej nerki. Sprawdzają czy aby nie jesteśmy zarażeni jakimś bawarskim wirusem piwno-kiełbasianym i czy aby na pewno Chrisa negatywne dioptrie nie są pozytywnymi. Wstępnie zażądano EKG serca od wszystkich członków rodziny powyżej pięćdziesiątego roku życia. Ale, albo statystycznie im nie pasowało, bo wyszło, że u nas tylko Chris, albo doszli do wniosku, że polskiemu sercu lata liczyć należy podwójnie, bo nakazali zrobić EKG również sercu memu. Z powodów obciążeń genetycznych, kardiolog nie jest mi obcy. Co dwa lata odwiedzam wypasiony gabinet sztucznie opalonego dr. Feder i co dwa lata naprzykrzam się swoim wciąż zdrowym sercem i ciężko zarobionymi, nie byle jakimi pieniędzmi. Doktor Piórko musi mieć jednak nadmiar ciężko zarobionych, nie swoich pieniędzy, bo traktuje mnie jak wrzód na dupie. Znów ta idiotka co nie chce niespodziewanie umrzeć w wieku trzydziestu dziewięciu lat jak jej tata. I znów kurde zdrowa! Poprosiłam, żeby coś tam napisał po angielsku, w którym to języku mówi znakomicie zaznaczając przy tym wyższość British English nad ozorem amerykańskim. No i wydało się po co jest mi to EKG potrzebne. Ileż to było śmiechu, szyderstwa, zadawania tego samego pytania w pięciu znanych dr. Piórkowi językach, ironii i drwin z tego, że rząd amerykański troszczy się o zdrowie nie tylko swoich pracowników, ale również ich rodzin i żywego dobytku. Dla mnie samej to również zagadka, ale będąc częścią rządu amerykańskiego przez jakiś już czas, przyzwyczaiłam się do niepraktycznych nakazów, niedorzecznych decyzji i absurdalnych rozkazów. Drażni mnie natomiast nieprofesjonalne zachowanie doktora Piórka, a raczej doktora Oskubanego z Najbardziej Przyległego do Kupra Najbardziej Sponiewieranej Gęsi Domowej Piórzyska! I taka nabuzowana, strzelając po drodze focha i rzucając jakimś niewybrednym epitetem, w stylu „danke”, wyszłam przeklinając w myślach dr. Piórka i całą jego gęsią świtę. Wyniosła i z poczuciem godności, że nie dałam się sprowokować (głównie dlatego, że mój niemiecki nie jest wystarczająco dobry żeby kogoś zmieszać z błotem) wyszłam z wypasionego gabinetu żeby przejść przed dwie ulice, wstąpić do piekarni, przejść, zatrzymując się przy nowościach kosmetycznych, po lokalnej galerii handlowej, zjechać zatłoczoną winą (pełną niezwykle rozbawionych ludzi) na parking i przyjechać do domu. Jak dobrze było wejść do domu, do swoich…dzieci czekały na mnie z „i jak było?”, z opakowaniami po jogurcie na stole, rozlanym sokiem w kuchni i z głodnymi dziobami czekającymi  na pyszne, świeże, wystane w długiej kolejce pieczywo. No i jeszcze z uwagą spostrzegawczej Kasi: „Byłaś w tych spodniach mamo? Bo wisi ci metka na tyłku!”.

Czas na chude lata…

IMG_2935

Mogłabym zaryzykować pesymistyczne stwierdzenie, że niewiele w życiu mi wychodzi. A czym bardziej coś mi nie wychodzi, tym bardziej chcę żeby mi wychodziło. Wtedy, rzecz jasna, dziadostwo nadal nie wychodzi. No i czym dłużej szarpię się z tym czy owym dziadostwem, no cóż…tym bardziej bolą ręce od tej szarpaniny! Od poszukiwania długoterminowej, dobrze by było żeby, płatnej i przynoszącej satysfakcję pracy, nie tylko ręce bolą – już cała cierpię. Od patrzenia w lustro na marne próby wyrzeźbienia jakiejkolwiek sylwetki, oczy me krwawią. Ręce bolą od wieloletnich prób utrzymania przy życiu wisterii na moim balkonie, a mózg od prób zapamiętania polskiej nazwy – słodlin i glicynia.

Kilka lat temu doszłam do, prawdopodobnie, mylnego wniosku, że swoistym „być albo nie być” gospodyni domowej jest ciastko drożdżowe. Udane ciasto drożdżowe, ma się rozumieć. Przez wiele lat bolały mnie nadgarstki od wyrabiania ciasta, a resztę rodziny żołądki od przymusowego kosztowania moich wypieków…tych raczej z kategorii „nie być”. Co rusz ktoś o dobrym sercu i mający na względzie moją samoocenę, dostarczał mi magiczny przepis, który „nie może się nie udać”. Okazywało się, że i juści, może…Widocznie jednak św. Sabina (patronka gospodyń domowych) uznała, że czas podwyższyć mój status społeczny wśród piekących ciasta. Z charakterystycznym dla mnie entuzjazmem kuchennym, aczkolwiek w skupieniu wielkim– bo każdy wie, że z wypiekami żartów nie ma – ciasto piętnaście minut w dłoniach miętosiłam, dwie godziny cierpliwie odczekałam, wymiętosiłam jeszcze odrobinę i na czas z piekarnika wyjęłam. Ciasto drożdżowe, mili państwo, z malinami i białą czekoladą wyszło mi znakomicie! Wyrośnięte jak na sterydach i przepyszne! Udała mi się jeszcze jedna rzecz – chociaż na tym polu sukcesów mam wiele – zjadłam całą drożdżówkę sama!

Ten, kto mieszka w Niemczech, a do tego w nieopamiętaniu jakimś wybrał Deutsche Telekom na swojego operatora telekomunikacyjnego, wie, że to bardzo specyficzna firma z nietypowym podejściem do klienta. Mam wrażenie, że obsługujący klientów są specjalnie szkoleni w kierunku odsyłania klientów z kwitkiem, a czasem i bez owego kwitka. Przez wiele lat moje rozmowy z wybitnie negatywną obsługą klienta DT, przebiegały mniej więcej tak:

A: Dzień dobry, nie moglibyście mi państwo w czymś pomóc?

DT: Nie, nie moglibyśmy. A w czym?

A: Noooo, Internet nie działa

DT: Nie wiem dlaczego, ale nawet gdybym wiedział, nie mógłbym pani pomóc.

A: A może wie pan kto może pomóc?

DT: Nie wiem.

A: A czy mógłby pan mi jeszcze doradzić w temacie taryf i połączeń międzynarodowych?

DT: Nie, ja nie mogę.

A: A jest ktoś, kto mógłby.

DT: Nie, nie ma i nie wydaje mi się żeby kiedykolwiek był.

A: A może ja się niejasno wyrażam (bo po niemiecku). Czy jest może ktoś, kto mógłby ze mną po angielsku

DT: Nie, nie wyraża się pani niejasno i nikogo takiego nie ma. Czy mogę pani jeszcze w czymś niepomóc?

A: Nie, dziękuję.

DT: A ja nie dziękuję, nie życzę miłego dnia i do niewidzenia! Aha, dostanie pani rachunek za poradę – 10 Euro. Proszę uiścić.

W końcu nerwy moje nie wytrzymały, pomalowałam usta czerwoną szminą – dla odstraszenia, założyłam sztuczny biust za 160 złotych z Intimissini, sukienkę w kwiaty i poszłam do punktu informacyjnego DT…teraz kiedy to piszę, się zastanawiam do kogóż to chciałam się upodobnić…Wpadłam i od drzwi, że Internet nie działa. Chcę nowy. Dzisiaj. Pan poklikał, powiedział, że jakieś dwie skrzynki nie działają, ja na to, że chcę nowe. Dzisiaj. Zniknął za firanką i wrócił ze skrzynkami. Chcę rozmawiać z Polską za darmo, ze Stanami też i płacić niższy abonament. OK, mówi pan, a Australia może też być za darmo? Ma pani tam kogoś? Nie mam, ale znajdę sobie kogoś, może być! Aha i nie będę płacić 10 Euro za poradę. Ok, już anuluję wysyłanie rachunku! Wychodząc potknęłam się o szklany stolik, nie widziałam go, bo cały czas miałam okulary przeciwsłoneczne. Internet jest i działa, a z Polakami i Amerykanami za darmo gaworzyć będę.

Tak sobie pesymistycznie myślę, że wyczerpałam limit pomyślności i fortunnych wydarzeń na dłuższy czas. Teraz czeka mnie siedem chudych lat!

Davide Cali and Serge Bloch creations

Dzisiaj wyjątkowo po angielsku. Obie książki, o których piszę mam po angielsku, poza uważam, że moi anglojęzyczni znajomi powini je przeczytać więc dziś trochę dla nich. Książka “I can’t wait” jest przetłumaczona na język polski – “A ja czekam” – gorąco polecam! A poza tym, piszę na poziomie gimnazjalisty, więc więc większość z was zrozumie!

I don’t remember who recommended “The Enemy – A Book About Peace” to me, but after researching the authors of that book, I found an amazing book by the same two authors – “I Can’t Wait”.

Screen Shot 2013-08-11 at 5.27.41 PM

The Swiss-born, French-speaking author of award winning children’s books, Davide Cali has put in a very few words the sense and the meaning of life, the past and the future, the happiness and the sadness of human existence. “I Can’t Wait” is an innovative, intriguing and wonderful book for all readers and all thinkers. In short this is a book to read, to think about and to talk with your kids about. It is also a book to look at and look and look…Serge Bloch – an outstanding illustrator did an incredible job adding life and color to Cali’s words. The black and white drawings are simple and clear but one thing that Bloch added to his drawings – a red thread – made the drawings meaningful and telling. In one picture, the red thread is a bow in a mother’s hair, in another, it is an umbilical cord, a telephone line or a good bye wave. It symbolizes a bond between two people, happiness, anger and death. One of the best books I have ever seen!

Screen Shot 2013-08-11 at 5.28.47 PM

You can enjoy the same Bloch-Cali duo, the same simplicity, the same multilevel approach, the same depth in their other book “The Enemy”. It is, as promised by the authors, a book about peace. It shows two soldiers standing, sleeping, being hungry, angry and sad. It shows two soldiers hating each other and plotting each other’s death until they get to know each other’s foxholes. They both have families, loved ones waiting for them, they both hate the war and want it to be over. Every military child should read this book but not only…every child should read this book and every parent should read this book. It is not only about real war, it is about the hatred, antagonism and hostility that we see and experience in civilian life. And maybe it is just enough to check out the perspective from the other person’s foxhole.

 

Powakacyjne zmiany

P1060858

Jesteśmy w domu! Polskie wakacje zakończone, a przed nami kilka tygodni wakacji w domu. Cztery tygodnie w Polsce spędziliśmy ciekawie i intensywnie. Dzieci zwiedziły Adrspach – zaczarowane miasto skalne w Czechach, zadumały się głęboko nad kostnymi pozostałościami po mieszkańcach Kudowy Zdrój w Kaplicy Czaszek, szczękając zębami zwiedziły Grotę Łokietka (i przy okazji dowiedziały się, kto to król Łokieć), przeszły przez Bramę Krakowską w Ojcowie i podziwiały Maczugę Herkulesa. Pływały kajakami i taplały się w brunatnej wodzie Małej Panwi. Na krzepickim targu kupiliśmy pięć kurcząt za dwadzieścia złotych polskich, dzieci zbudowały im klatkę, karmiły, poiły i uczyły manier przez kolejne trzy tygodnie. Sprawdziliśmy co się zmieniło na naszym ukochanym Żoliborzu, policzyliśmy nowe knajpki i place zabaw. Przekręciliśmy każde pokrętło i przycisnęliśmy każdy przycisk w Centrum Nauki Kopernik w Warszawie. Obejrzeliśmy niebo nad Warszawą w Planetarium, pokarmiliśmy ptaki i wiewiórki w Łazienkach i z moją wyraźną niechęcią zwiedziliśmy Stadion Narodowy.

Przeżyliśmy również dość trudną tym razem podróż do domu. Pod Wrocławiem wpadliśmy w sam środek okropnej burzy. Wiatr rzucał samochodem po całej ulicy. Zrobiło mi się niedobrze ze strachu i chlipiąc cichutko żeby nie obudzić dzieci, wpatrywałam się w dwa nikłe światełka samochodu przede mną i jakoś się udało, ale wesoło nie było. Przetrwaliśmy również trzy niemieckie korki, które różnią się od innych korków tym, że są zazwyczaj bez powodu. Dojeżdża się do ogona korkowego, stoi się przez godzinę, zaczyna się powoli ruszać, potem coraz szybciej i nagle jedzie się normalnie. Śladów wypadku, zwężenia drogi, robót drogowych brak…bezzasadny korek niemiecki po prostu.

Przyjeżdżam do domu oczekując ukojenia, spokoju i powrotu do jako takiej stabilizacji. A tu zmiany panie, zmiany…Pomijam zmiany w pozycji świeczników na stole, zmiany w stanie czystości niektórych zakątków domowych, zmianę pościeli na świeżą i zmianę stanu ukwiecenia balkonowego – żeby nie było wątpliwości z bogatego ukwiecenia w raczej marny. Zmiany zaszły również w samym pozostawionym samopas małżonku, który oświadczył w sypialni kiedy światła już zgasły i spać pora przyszła, że „honey, I think I’m vegan!” W wolnym tłumaczeniu oznacza to, że cokolwiek w pocie czoła, aczkolwiek z miłością i wiarą w dobrodziejstwo różnorodnej diety lacto-ovo-pesco wegetariańskiej przygotuję a będzie to coś zawierało jakiekolwiek ilości nabiału, jajek czy nagle znienawidzonej ryby, będzie to coś mile podziękowane i niezjedzone. Po jedenastogodzinnej podróży daleka byłam od wyrozumiałości i dyplomacji więc wyszeptałam Chrisowi na całe gardło, że może nawet listki z moich balkonowych pelargonii zjadać, ale my nie rezygnujemy z serów, mleka, jajek i ryby. Przymusowy kompromis został jednak osiągnięty w postaci jednego jajka tygodniowo, dwóch porcji sera i żadnej indoktrynacji dzieci.

Zmiany domowe mogę ogarnąć, ale jak mi się otoczenie bez pytania zmienia, to mam problem…głównie z równowagą. Rano wybrałam się z Katarzyną na zakupy nabiałowe ponieważ małżonek naiwnie myślał, że co z oczu to i z pamięci smakowej i nabiału nie zakupił. Przy okazji deficytu mleka, wylazł też deficyt bielizny damskiej. Wchodzimy więc do sklepu, w którym znajdują się schody ruchome, wiadomo, jedne w górę, drugie w dół. Zbliżam się do schodów, dzwoni Jasiek. Rozmawiam i idę. Wchodzę na schody, coś nie tak, nogi mi się poplątały, nie poddaję się, walczę, dalej się przewracam na boki i depczę sobie sama po palcach. Zaglądam na Kasię, a ta już zwija się ze śmiechu. Okazało się, że zmienili kierunki schodów, te co były w górę, teraz są w dół i odwrotnie. I weź tu człowieku z radością wracaj do domu…