Z rodziną tylko na kajaki…

DSC02649

Jasiek i Kasia na kajaki pojechali z „babci Marysi siostry córki córki synem i z siostry córki syna dziećmi” – i przysięgam na złamany paznokieć, że te koneksje rodzinne są prawdziwe. Dość długo zajęło mi ich tłumaczenie tym bardziej, że „babci Marysi siostry córki syna dzieci” w ogóle nie były moim dzieciom znane i że te dzieci to wcale nie dzieci a dorosła już panna i dorosłość doganiający młody człowiek. „Babci Marysi siostry córki córki syn” znany jest moim dzieciom, ale widywany zbyt rzadko i z pamięci uciekający. Do młodej grupy pasjonatów sportów wodnych dołączyły również Babci Marysi Siostry Córki Córka i Babci Marysi Drugiej Siostry Córki Córka oraz Babci Marysi Córki Córka czyli ja! I taką oto rodzinną gromadą wsiedliśmy do czterech kajaków i w dół rzeki Mała Panew popłynęliśmy.

Janek płynął ze studentem AWFu, świeżo po letnim obozie sportów wodnych, Kasia z mającą wysokie mniemanie o swoich umiejętnościach kajakarskich, przekonaną o swej tężyźnie fizycznej i wrodzonym talencie sportowym, przepełnioną optymizmem, energią i wigorem (pobudzoną mocną kawą i przekarmioną reklamowanymi bio complexami) mną! Wigoru i energii starczyło mi na pierwsze dwa machnięcia wiosłem. Poziom optymizmu i wiary w siebie malał proporcjonalnie do rosnącego dobrego nastroju pozostałych uczestników wycieczki obserwujących nasze poczynania. Jakże się oni zanosili od śmiechu kiedy raz po raz wypływałyśmy z Kasią z przybrzeżnych krzaków i spod zwalonych do rzeczki drzew oblepione liśćmi, z gałęziami we włosach i komarami między zębami. Same już z Kasią zaczęłyśmy obstawiać ileż to kilometrów nadrobiłyśmy płynąc po rzece gęstym zygzakiem, od brzegu do brzegu a czasem i pod prąd. Naszą trasę można by porównać do gry komputerowej, w której dostaje się punkty pokonując różne przeszkody. Na bank zdobyłybyśmy najwyższy poziom w grze takowej! Przekonanie o sportowym talencie okazało się kompletnie niczym nie poparte, tężyzny fizycznej mi brak chyba, że słowo „tężyzna” kojarzy wam się ze słowem „tęgi” – synonimicznym ze słowem „pokaźnej tuszy” czy „rozrośnięty”, a umiejętności kajakarskie nabyte podczas jedynego w moim życiu obozu harcerskiego nie zdołały się uaktywnić tego dnia.

Okazało się również, że w prowadzeniu kajaka przydatna jest umiejętność rozróżniania kierunków i to tylko tych dwóch – prawego i lewego. Jakoś tak nieszczęśliwie tej konkretnej umiejętności nie posiadam. Potwierdzić to może Chris i jego bezgraniczna miłość do nawigacji samochodowej, która zastąpiła mnie z przekręcaną do kierunku jazdy mapą i mnie mówiącą Chrisowi gdzie ma skręcić (nota bene jestem pewna, że GPS uratował dziesiątki małżeństw przed rozwodem). Kasia, dla ułatwienia, nazwała „w prawo” – czerwone, a „w lewo” – zielone i było, że „dwa razy czerwone mamo…ok, teraz zielone”. Niewielką przeszkodą był fakt, że wiosło było z obu stron w kolorze pomarańczowym.

Dzień Kajakabył  jednym z radośniejszych dni ostatnich lat – dawno tak się nie uśmiałam z siebie i z innych….ale częściej z siebie. Wycieczka udała się pod każdym względem – udane obcowanie z moimi dziećmi, z dalszą rodziną i z przyrodą. Janek był tak dumny z siebie i z tego, że płynął ze swoim starszym kuzynem, że nie był w stanie wydusić z siebie ani jednego słowa przez cztery godziny. Dzieci pływały w ubraniach w brunatnej, pełnej gałęzi, ryb i innych żyjątek rzece i taplały się w przybrzeżnym błocie. Mamy już plany na następne wakacje, zbierzemy większą ekipę a ja poćwiczę kierunki!

Przemyślanki mamy Anki…

IMG_3616

… na temat wakacyjnego języka polskiego moich dzieci.

Zbliżając się do Starokrzepic, nakazałam wyłączyć dzieciom sprzęty elektroniczne, na których, nota bene, słuchały Grzegorza Kasdepki i pouczyłam je o ważności naszego pobytu w Polsce jeśli chodzi o rozwój ich języka. Nie mogę ich zmusić żeby do siebie mówili po polsku, ale poprosiłam żeby mieli na uwadze obecność osób niemówiących po angielsku, żeby korzystali z każdej sytuacji do rozmowy, żeby czytali reklamy podczas jazdy samochodem  – w naszym kraju ten środek przekazu języka polskiego jest bardzo rozwinięty – i żeby generalnie mówili ile się da. I tyle. Reszta miała się zadziać. A oto moje przemyślenia i obserwacje językowe:

…pierwszy raz dzieci odezwały się do siebie po polsku dnia czwartego – kłócąc się oczywiście, co jeszcze bardziej mnie ucieszyło bo w emocjach najczęściej mówi się w sobie bliższym języku. A dzieciory wyzywały się przy śniadaniu po polsku. I od tej pory, nie zawsze i zależy o czym, ale muszę przyznać, że mówią do siebie po polsku częściej niż w domu.

…Jaśka odwiedził kuzyn Mateusz. Język polski Mateusza, głównie dlatego, że jest Polakiem, jest, w mojej ocenie, na wysokim poziomie. Ma rozbudowane słownictwo, układa ładne, długie zdania i w porównaniu do niemowy Jaśka, Mateusz gada jak najęty. Na początku Jaśkowi było trudno znaleźć słowa do rozmów ze swoim rówieśnikiem. Próbował różnych strategii unikowych. Mateusz gada i gada o szkole i pyta Jasia jak u nich wygląda to czy owo. A Jaś na to, że „normalnie” albo „tak jak u was” czyli jakaś niepełna informacja i zdawkowe opisy. Parafrazował też zdania Mateusza odpowiadając na jego pytania. Albo używał uniku niewiedzy:

Mateusz: Jasiek, jak myślisz jakiego koloru jest mózg?

Jasiek (oczywiście, że wie): A ty wiesz?

M: Wiem

J: To powiedz

M: Ty pierwszy powiedz, ja ciebie zapytałem

J: a to jakaś gra jest?

M: nie, ale powiedz, wiesz?

Wtrąciłam się wyjątkowo i zapytałam czy Jasiek wie, tylko nie wie jak to jest po polsku. Powiedział, że tak. Powiedziałam mu wtedy, że jak czegoś nie wie, musi zapytać. Ani Kasia ani Jaś nigdy nie poprosili mnie o pomoc w przetłumaczeniu. Nie wtrącają też słów po angielsku do polskich zdań, co często słyszę u małych dzieci – myślę, że to taka świadomość odrębności dwóch języków u starszych dzieci i takie może poczucie porażki kiedy się nie zna słowa…nie wiem ale na pewno wy wiecie i mi pomożecie.

…po kilku dniach Jasiek coraz częściej używał dłuższych i bardziej skomplikowanych zdań mimo, że zasób słów jest u Jasia znacznie słabszy niż u polskich chłopców w jego wieku, używał słów, które zna do opisu stanu rzeczy czy sytuacji, których nazw nie znał. Fajnie, nie?

…książki wieczorową porą czytane były przez innych niż ja Polaków – a to wujek Tomek, a to babcia Irenka a to ciocia Ela. Fajnie bo dzieci słyszą inny głos, inny sposób czytania. W księgarni Matras spędziłam dwie godziny. Są tam super książki, piękne i ciekawe, nowe i te całkiem znane, z pięknymi rysunkami i w zachęcających okładkach. Dokupiliśmy kilka nowych pozycji i czytamy, opisywać będziemy później.

…jeszcze jedna fajna rzecz. Zaraz po przyjeździe do Polski kupiłam sobie poleconą płytę Dawida Podsiadło. Słuchałam jej w samochodzie a Kasia na to, że chciałaby jego jedną piosenkę (po polsku) mieć w swojej ekskluzywnej kolekcji muzycznej. Bardzo mnie to ucieszyło!

…i podsłuchujemy wszystkich wszędzie. Kasia jest zachwycona, że rozumie każde słowo ludzi w kolejce, w aptece, na basenie. Analizuje niesłyszane przez siebie wcześniej wyrażenia, formy językowe, dziwnie zbudowane zdania. Szczególnie interesuje się rozmowami nastolatków i ich językiem głównie krytykując młodzież za nadużywanie angielskich słówek w języku polskim. Dwa słowa, „mega” i „masakra” wzbudzają w Kasi szczególną niechęć.

To takie nasze „na gorąco” przemyślenia językowe…

Na straganie w dzień pielgrzymkowy

IMG_2936

Pewnego deszczowego przedobiadu zabrakło w domu jajka, makaronu czy innej bułki tartej. Między nogi wepchnęłam starą bordową damkę, machnęłam ręką na kompletnie niewyjściowy strój w formie fiołkowych dresów z zielonkawych napisem na lewej nogawce, żółtej kurtki przeciwdeszczowej oraz różowych kroksów dwa numery za dużych. W takim stroju podwórkowym wyjechałam na wieś. Zziajana, podjeżdżam pod górkę kościoła naszego miejscowego, a tu z dala do uszu moich dobiegają znajome dźwięki pielgrzymkowej pieśni. Wyjaśnić muszę, że nasza wieś szczęśliwie znajduje się na szlaku pielgrzymkowym na Górę częstochowską Jasną….szczęśliwie dla pielgrzymów tam idących, ma się rozumieć. Usłyszawszy pielgrzymkową piosnkę, przycisnęłam na pedały damki bordowej i do sklepu spożywczego dotarłam na bezdechu i z rozwianym włosem. Wyjaśnić tutaj muszę, że mimo, iż do pielgrzymów pretensji nie mam, że w dość osobliwy sposób demonstrują swoje przywiązanie do kościoła, że blokują wszystkie (dwie) dojazdowe drogi do Częstochowy, że nabijają kabzę wątpliwie moralnego klasztoru częstochowskiego i że się strasznie w mieście szarogęszą…pretensji nie mam. Ale jak pięćdziesiąt utykających, spoconych i mocno skoncentrowanych na sobie pielgrzymów wpadnie do pokoiku z półkami wypełnionymi towarem, zwanego inaczej sklepem spożywczym i stanie w kolejce przede mną, to już pretensje mam. Głównie jednak do siebie, że dałam się im wyprzedzić. I dlatego właśnie na te pedały bordowej damki przycisnęłam.

Jakże się rozczarowałam brakiem swojej przewidywalności i wiary w nadprzyrodzone możliwości przemieszczania się niektórych pielgrzymów, kiedy to na schodach sklepowych zobaczyłam przybyłe jako saport uczestniczki pielgrzymki. Rozmawiały one żywo z Bogusławem O. Wyjaśnić tutaj należy, że Bogusław O. należy do prężnie działającego w mojej wsi zespołu prewencyjnego, mającego swoją siedzibę na schodach sklepu spożywczego. Działacze tej grupy zajmują się profilaktyką odwadniania się organizmu.  Zapobiegawczo dostarczają organizmowi duże ilości płynów uniemożliwiając w ten sposób niebezpieczne wysuszenie swoich wnętrzności, w szczególności zaś wątroby. Mocno nawodniony Bogusław O. soczyście dyskutował z dwoma, wyżej wymienionymi paniami o Bogu. Głównie na temat jego nieistnienia i że k…. on ma to wszystko w d…. i że h… (liczba mnoga) nie księża i że tylko „naga prawda” nas wyzwoli! Zdziwiłam się w nieco, że mimo intensywnego nawadniania, Bogusławowi O. zostały jeszcze szczątki wątpliwego, z tego co pamiętam, poczucia humoru, bo wiadomo, że słowo „naga” nie wystąpiło tutaj jako synonim „bez upiększeń” czy „nieudawany”. W końcu Bogusław O. znajdował się w obecności płci zmęczonej, uduchowionej, skrajnie nim niezainteresowanej ale jakby nie było, płci pięknej. Więc i o nagości należało wspomnieć – a nuż zadziała…

Wpadłam do sklepu i biegnąc prosto do kasy złapałam bułkę tartą, makaron i jajka. Udało się! Jestem trzecia! Za mną jakaś młoda para, których twarzy dla dobra mojej wyobraźni wolałabym nie pamiętać. Rozmowa:

– co jutro robimy?

– nie wiem

– może na basen?

– nieeee bo wszyscy mnie tam znają i będą chcieli ze mną gadać, pić, sama wiesz…

– no to co?

– może nad jezioro, będziemy tam sami…

– eeeee…

– bo ja chciałbym być z tobą sam żeby cię podotykać

– znowu?????

Zapłaciłam i wychodzę. W drzwiach stoją dwie uczestniczki pielgrzymki, młodsza wyraźnie poruszona rozmową z Bogusławem O. Starsza otacza ją ramieniem i pociesza: „nie martw się, ON będzie osądzony!” Wychodzę i wskakuję szybko na bordową damkę bo piosnka pielgrzymkowa pobrzmiewa coraz głośniej. Bogusław O. odrywa się od rozmowy z innymi członkami grupy prewencyjnej i drze się w moją stronę: „Aaaaaaniaaaaa, a ty, jak zawsze PIĘKNA!”

Odtąd jeżdżę do sklepu codziennie, a nuż mnie znów coś miłego spotka!

 

 

Się nie uda…

 

DSC02152

Tak jak wspomniałam, internet w Starokrzepicach reglamentowany jest w sposób nader tajemniczy. Nie dość, że częściej go nie ma niż jest, to nieszczęśliwie jest dostępny tylko dla kilku stron. I tutaj Fejsbuk i mój bank wygrały konkurs popularności. Sytuacja bankowa podczas pobytu w Polsce jest niezwykle ważna biorąc pod uwagę moje szerokie plany zakupowe więc wdzięczna jestem, że Wszechmogący Internet właśnie tę stronę wybrał sobie na faworytkę. Fejsbuk też jest mi potrzebny żeby nie stracić kontaktu ze światem, który preferuje ten sposób kontaktowania się z innymi. Plany miałam, że popiszę na blogu, podzielę się przemyśleniami…nie uda się! Popisać mogę przyszłościowo, na sierpień ale publikować nie będę bo się strona moja nie otwiera, a ja nie tylko opublikować chciałabym ale poczytać i poodpisywać na ewentualne i zawsze mile widziane komentarze. Tak więc pisać będę do szuflady, a publikować w sierpniu. I tym oto optymistycznym akcentem, żegnam się z wami i przypomnę się w sierpniu!

Świadectwa wakacyjne

IMG_0237

Minęły już trzy tygodnie od zakończenia roku szkolnego a ja nie pochwaliłam się świadectwami dzieci moich. Świadectwa moich dzieci są różne. Jasiek deklaruje, że rok szkolny minął mu pod znakiem oświecenia jego własnej twórczości pisarskiej. Pod koniec roku szkolnego, Janek miał swój tomik poezji – całkiem niezły trzeba przyznać – i rozpoczął pisanie gazetki Capital, którą szczęśliwcy czytający w języku obcym mogą znaleźć tutaj. Kasi zeznania względem roku minionego są mniej optymistyczne. Może być dlatego, że nauczyciele w naszej „middle school” nie starają się dorównać nawet nazwie szkoły – nie są nawet średni…są do kitu! Każdy jeden! A może dlatego, że przechodzi przez trudny okres niedołęstwa nastoletniego i…trudno nawet dokończyć to zdanie…i wszystko jasne! Stając twarzą w twarz z faktem, że nie wrócą już nigdy do tej szkoły, dzieci posumowały szkołę pozytywnie, że mała, że sami znajomi, wszyscy o wszystkich wszystko wiedzą i że łatwo dostać same piątki! Za łatwo…Być może będą musiały odszczekać te szydercze wypowiedzi bo wygląda na to, że przeprowadzka do kraju wiecznego lodu przeciąga się nieco! Świadectwa moich dzieci tracą na optymizmie kiedy zaczynamy mówić o przyjaźniach…Co roku pięćdziesiąt procent przyjaciół bliższych i dalszych – ale wszyscy są bliscy bo klasy małe – wymienia się na grupę przyszłych przyjaciół, którzy za dwa, trzy lata również staną się byłymi przyjaciółmi. Ten rok jest trudniejszy niż poprzednie bo wszyscy bliscy przyjaciele znikają jeden po drugim. Na razie widzę spokój, akceptację i pogodzenie się z faktem, ale wiem, że to nie potrwa długo…szykuję się na długie godziny tłumaczenia, pocieszania i przytulania.

Minęły już trzy tygodnie wakacji…Pierwszy tydzień – pogoda iście wakacyjna! Każdy dzień spędziliśmy na basenie. Na śniadanie jedliśmy mrożone płatki śniadaniowe, na lunch zupę pomidorową z kostkami lodu, a na kolację lodowe risotto z kawałkami mrożonych warzyw. Spaliśmy nago bez kołder! Tydzień drugi – pogoda właściwa dla letniego Garmisch! Lało cały tydzień przy temperaturach raczej marcowych. Każdy dzień był podzielony na pół, pół na pływanie kryte, pół na oglądanie filmów. Janek przepłynął swój pierwszy kilometr, obejrzeliśmy Forresta Gumpa i Chłopca w Pasiastej Piżamie. Wymieniliśmy też zmarłe kwiatki na balkonie na nowe. Tydzień trzeci – pogoda wymarzona! Dwadzieścia cztery stopnie i czyste, klarowne powietrze. W tym tygodniu pokonaliśmy dobrych kilkadziesiąt kilometrów i wiele z tych kilometrów pod górę. Kasia pokonała czarną trasę w parku linowych. Jasiek skończył w piątek dziewięć lat. Spędził ten dzień ze swoimi trzema przyjaciółmi – dwóch z nich prawdopodobnie nigdy nie zobaczy. Spędził ten dzień robiąc to, co Jaś lubi najbardziej – wspinając się na szczyt kolejnej góry! Kasia spędziła trzy dni ze swoją przyjaciółką, którą poznała kiedy miały trzynaście miesięcy i do siódmego roku życia były nierozłączne. Do tego czasu utrzymują kontakt LISTOWNY (wiecie…papier, długopis) i kiedy się widzą to jakby skończyły rozmowę dwie minuty temu i kontynuują dalej.

Minęły już trzy tygodnie i czas do Polski…wszystko spakowane i gotowe. W planie mamy kajaki, wizytę starych żoliborskich śmieci, zwiedzanie Gór Stołowych i zakup ptactwa domowego. Dwoje kacząt i taka sama liczba kurcząt. Imiona wybrane i drobiowa strona na Instagramie założona. Ptactwo ma być wychowane na wolne, niezjadliwe jednostki zwierzęce, niezależne, walczące o niepodległość kulinarną, które szczęśliwie dożyje…znając niewegetariańską część naszej rodziny, pewnie tylko naszego wyjazdu!

Jako, że internet w Starokrzepicach jak reglamentowany w sposób dość tajemniczy, nie wiem kiedy się pojawię i w jakim stanie psychicznym. Mam plan żeby doładować Językowo bo Grosjean już nieźle mnie sponiewierał intelektualnie….

Miłych wakacji życzę wszystkim!

Pojechalim do miasta

IMG_3301

Jedna z moich ulubionych blogiń opisała ostatnio swój wypad to miasta…Pomyślałam, a co? My też w miasto pojechalim to i pisać będziem! Wprawdzie okoliczności inne i towarzystwo całkiem nie miejskie ale przynajmniej swoim środkiem transportu się wybraliśmy.

Kiedy w Garmisch pada deszcz, a wszystkie ręczniki i włosy, nawet po kilkakrotnym ich umyciu, walą chlorem z naszego i ze wszystkich ościennych basenów, czas wyruszyć w miasto. Normalnie do miasta nie jeździmy z kilku powodów, ale główny to konieczność opuszczenia Garmisch! Kto zdrowy na umyśle chciałby rezygnować z tego piękna go otaczającego i pojechać postać trochę w korkach, nawdychać się spalin i obkupić się w najprawdopodobniej niepotrzebne frolki-lolki? Mam jednak podejrzenie, że pracownicy biura promocji Monachium przekupili Pana od Pogody, który to zesłał na Garmisch pięć dni deszczu i tym sposobem zmusił mieszkańców do wyjazdu. Co osiem tygodni Chris zabiera Kasię do szpitala do Monachium, a ja w domu, z telefonem w ręku czekam na dobre, i tylko dobre, wieści. Jeździ Chris bo mniej panikuje i Kasia przy nim jest znacznie spokojniejsza, ale też dlatego, że lepiej ode mnie parkuje przy krawężniku.

W piątek do Monachium pojechaliśmy pełnym składem. Najmniej była zadowolona sama przyczynodawczyni wyjazdu do miasta, która nie zgodziła się na przebywanie w sali szpitalnej całej rodziny bo „będzie jak w tych głupich amerykańskich filmach, że cała rodzina siedzi przy łóżku umierającego”. Czarny humor dziecka numer jeden kwitowałam wyjątkowo spontaniczną i nieszczególnie przemyślaną miną i zdecydowaliśmy, że będziemy się zamieniać. Janek i Chris poszli na poranny spacer po wielkim mieście, a ja umościłam dziecko na wygodnym (to nie cyniczna uwaga) łóżku szpitalnym, przypięli do niej trzy kable i jedną kroplówkę, podłączyłam laptopa spuchniętego od filmowych nowości i przyszli panowie. Jasiek wie o chorobie siostry i mówiłam mu wiele razy jak wyglądają te wlewy, ale pewnie jedyne co zapamiętał, to moje pytanie po każdorazowym przyjeździe Kasi ze szpitala: „Który film podobał ci się najbardziej?” Postanowiliśmy więc, że pierwszy film obejrzą razem. Janek szpitalem był przerażony! Kaśka w niebieskiej pościeli, z wystającymi kabelkami, wokół łóżka monitory, w łóżku obok taki sam nieszczęśnik, na piętrze niżej, które mijaliśmy wchodząc po schodach, podpierając się kroplówkami spacerowały dzieci w czapkach i z podkrążonymi oczami. Przed budynkiem bawiły się dwie zabandażowane dziewczynki z chirurgii twarzy i szczęki i ciągle rozlegał się płacz jakiegoś kłutego w pokoju obok malucha. Wieczorem zapytał mnie, czy Kasię boli…bo nie chce siostry pytać, żeby nie było jej przykro. Na szczęście Kasię nic nie boli…

Podczas gdy Jaś coraz szerzej otwierał oczy na rzeczywistość szpitalną, ja poszłam zobaczyć jak wygląda miejski świat! Oj, jak stymulująco…ile kolorów, zapachów i zobaczysk różnego rodzaju. Okazuje się, że ubrania w sklepach i na ludziach nie muszą być z materiału sofshellowego, przepuszczającego powietrze i odprowadzającego wilgoć, dodatkowo umożliwiającego swobodne poruszanie się, mającego stuletnią gwarancję, uniwersalny kolor czarny, szary lub beżowy i kosztować dwie przeciętne pensje. Okazuje się, że buty mogą być koloru fuksji i na dodatek z kokardką, albo jak kto zaszaleć ma ochotę, z kwiatkiem tarzającym się po chodniku. Można nosić bardzo niewygodną torebkę, która na ramieniu nie chcę się ostać, a jak ją w dłoni trzymać, to się o asfalt gorący ociera. Można nosić wysokie obcasy, stos splątanych chust pod szyją, trzy naszyjniki różnej długości, dwieście bransoletek, prowadzić przed sobą wózek z sześciomiesięcznych mężczyzną w marynarce i krawacie, palić papierosa i rozmawiać przez diamentową komórkę. Przysiadłam sobie zażerając aksamitną brzoskwinię i tak się przyglądam i dostosowuję się. Aż tu mnie poczęstował ulotką reklamową nastolatek z nagim torsem zapraszając do jakiejś czarnej jamy, z której wydobywały się decybele straszne i powalający zapach perfum. Oddaliłam się pośpiesznie. Uspokoiłam się nieco na targu z francuskimi serami, włoskimi makaronami i…rzekomo polskimi ogórkami. Ogórek domowej roboty – było napisane i pani podała mi zawinięty w papierek ogórek. Pomlaskałam, grzecznie się skrzywiłam i kupiłam oliwki…rzekomo greckie.

Zamieniłam się z chłopakami i obejrzałam z Kasią edukacyjny film „Juno”– na wypadek gdyby chciała zajść w ciążę w najbliższej przyszłości. I znów się zamieniłam z Chrisem zabierając tym razem Janka na przygodę w mieście. A w nagrodę za dobrze przyjętą truciznę do krwioobiegu, po pięciu godzinach, zabraliśmy też i Kasię na miejski spacer. Janek miasta nie lubi, zainteresowałam się pijakami w parku i sklepem Apple, gdzie wybrał dwa modele laptopów, które potrzebne mu są od zaraz (jeden do pisania swojego bloga, a drugi na Mount Everest). Kasię miasto ciekawi, ona obserwuje, komentuje ubiór i zachowanie ludzi, wącha każde perfumy w sklepie, dotyka każdego sweterka, spróbuje każdego sushi z ulicy i ogórka pseudo-kiszonego w papierku.

Do domu przywieźliśmy dwa sweterki z Zary i bochen francuskiego chleba, przy zakupie którego udało mi się z Francuzem zamienić kilka słów po…włosku! Języki mi się pomyliły! Prawdopodobnie z powodu nieznajomości obu. Chleb, popijając czerwonym winem, zjedliśmy z wdzięcznością, dziękując Najwyższemu, że Kasi znów się udało, a do miasta znów za osiem tygodni pojedziem!

Z miłości do śmierci

Screen Shot 2013-06-30 at 10.45.24 AM

Dzisiaj kontrowersyjnie! Kilka lat temu na rynku polskim pojawiło się kilka pozycji szwedzkiej pisarki i pedagog, które od razu wzbudziły mieszane uczucia w sercach rodziców. Każde z nas na tematy trudne rozmawia z dziećmi – taką mam nadzieję… ale żeby tak od razu na czynniki pierwsze rozbierać najbardziej intymne sfery życia? Pernilla Stalfelt opisuje życie bez filtrów, bez tematów tabu i bez zbędnego, według mnie, przekonania, że dzieci nie dadzą rady zrozumieć tego, czy owego tematu. Na Małą Książkę o Kupie w naszym domu było już trochę za późno – zainteresowanie fekaliami zniknęło bezpowrotnie…mam nadzieję. Zakupiłam natomiast Małą Książkę o Miłość i Małą książkę o Śmierci. Z książki o miłości dowiadujemy się o miłości do rodziców, do psa, do Boga, o miłości kobiety do mężczyzny czy kobiety do kobiety. Tekst jest prosty, z poczuciem humoru ale nie głupawy pod warunkiem, że czytamy go z dziećmi. Rysunki, również autorstwa pani Stalfelt są bardzo wyraziste i jednoznaczne, jak na przykład rysunek przedstawiający miłość fizyczną, z którego to rysunku moje dzieci zapamiętały zbyt zarośnięte łono kobiety. Z książki o śmierci dowiadujemy się co się dzieje z ciałem po śmierci, jak można powspominać zmarłego i czy można dostać kartkę pocztową od zmarłej cioci Krysi. Słyszałam krytykę, że książka ta nie traktuje śmierci poważnie. Gdyby ją tylko przeczytać i odłożyć na półkę, można by zgodzić się z tą opinią. Moim zdaniem chodzi o to, żeby te książki zapoczątkowały poważne i może czasem mniej poważne rozmowy z dzieckiem. Tak jak nie uchronimy się od miłości, nie uchronimy ani siebie ani dzieci od śmierci…czasem może być strasznie, smutno, przerażająco a czasem śmiesznie…ja jestem za!

 

P.S. Ela z Dwujęzyczności dodała jeszcze kilka innych książeczek bez filtrów. O, tutaj zapraszam!

Screen Shot 2013-06-30 at 10.44.55 AM

Nauczycielem chcę być!

 

DSC02153

We wtorek byłam w pracy! Dla większości ludzi to nic nadzwyczajnego, dla wielu to monotonny obowiązek, a dla jeszcze innych mordęga przeplatana kryminalnymi myślami. Dla mnie to największa nagroda, najpiękniejszy dzień, maksymalne szczęście!  Mam wprawdzie prywatne lekcje, pomagam ochotniczo, ale i ochoczo, w szkole. Nauczyłam angielskiego sporą gromadkę dzieci, brazylijską panią psycholog, trzy stada nieletnich rolników, grupę niezwykle opierających się bawarskich emerytek i każde z tych zadań przynosi mi ogromną satysfakcję. Jednak z wiekiem nie tylko mi się wydaje ale mam pewność, że potrafię więcej, że stać mnie na coś bardziej znaczącego, że jestem gotowa podjąć ryzyko długotrwałej satysfakcji z nauczania. Od dawna jestem gotowa na codzienne zadowolenie z dobrze wykonanej pracy, na przewlekłą obserwację sukcesów moich uczniów i na niekończące się swoje ukontentowanie. Skąd wiem, że tak właśnie będzie? Mimo swojej dość niskiej samooceny, wysokiej samokrytyki i świadomości, że Polakowi, kobiecie i siedzącej w domu przez dwanaście lat matce (albo wszystkich na raz) nie wypada obnosić się z takimi wyznaniami, wiem, że w te klocki jestem naprawdę dobra! Jestem bardzo dobrym nauczycielem! Niestety okazji żeby to udowodnić mam niewiele! Specyficzne miejsce, niekorzystny czas i nienachalny sposób bycia sprawiają, że kiedy zdarza mi się taki wtorek jak zeszły wtorek, czuję się nagrodzona, zauważona, doceniona…ten jeden dzień, te osiem godzi. A inni mają to na co dzień.

We wtorkowy wieczór opowiadałam mojej przyjaciółce o moich uczniach. Każdy z nich jest wyjątkowy, każdy ma inne językowe niedobory, każdy inne potrzeby, każdy jest innym typem ucznia, innym człowiekiem, a ja doskonale wiem co zrobić żeby dobrze się czuli ze swoją znajomością języka, żeby dobrze się czuli w grupie i wiem jak im pomóc żeby nauczyli się dokładnie tego, czego potrzebują. I z tej radość, że wiem i z tego smutku, że nie mogę tego wykorzystać przeryczałam pół nocy…

Mówią, że góry oczyszczają, że przynoszą ukojenie, spokój, że natura leczy, pozwala umysłowi odpocząć i duszy skupić się na czymś innym. Wzięłam więc dziś plecak i polazłam w góry, wysoko poszłam i bardzo sama. Było ciężko bo kondycja jakoś osłabła, było zimno, błotniście i ślisko. Było bardzo pusto – żywej duszy nie spotkałam przez godzinę i cicho było. Jeszcze nigdy nie było tak cicho. Słyszałam pulsującą krew w moim mózgu, a bicie niewysportowanego serca wystraszyło wszystkie jaszczurki i węże. Miałam nadzieję, że doznam jakiegoś olśnienia albo ukojenia myśli, że spłynie na mnie spokój i równowaga. Że złapię dystans i docenię nagle to, co mam, że oświeci mnie jak ważna jest moja dotychczasowa rola w życiu, że dotrze do mnie waga hierarchii, na czele której stoją dzieci, rodzina, zdrowie, dom a dopiero potem kariera zawodowa. Bezsprzecznie, góry proponują dystans do świata i do siebie, oferują inny punkt widzenia, inne spojrzenie na to, co nas otacza…ale tylko oferują. Trzeba być gotowym i otwartym żeby to przyjąć…mnie się dzisiaj nie udało. Udawało się już wiele razy i jestem pewna, że jeszcze się uda, ale nie dzisiaj.

 

 

Niech żyje Dr. Seuss!

Screen Shot 2013-06-26 at 5.39.07 PM

Chyba nikogo nie trzeba przekonywać do książek Dr. Seussa. To znakomite czytadła! Absurdalnie śmiesznie, wielopoziomowe – i dla dzieci i dla dorosłych, znakomicie nadają się do nauki czytania i wymowy po angielsku, można je czytać w kółko i wciąż śmieszą i bawią. Mamy kilka innych kolekcji książkowych ale Sandra Boynton i Dr Seuss zajmują najwięcej centymetrów kwadratowych naszej półki z książkami. Trochę sceptycznie podeszłam do polskiej wersji „Green Eggs and Ham” ale tylko do momentu, kiedy zobaczyłam kto ją tłumaczył. Tłumaczenie Stanisława Barańczaka jest wspaniałe! Kto zna te książki wie, że te książki są prawie niemożliwe do przetłumaczenia. A panu Barańczakowi się udało. Polecam wszystkim, dużym i małym! Ja łyżkami mogłabym jeść! Z tego co wiem, jest jeszcze pięć innych książek Dr Seussa przetłumaczonych na język polski. Pewnie zakupię je wszystkie!

Do tego tytułu podchodzę też trochę sentymentalnie. Pewnego dnia wyguglowałam „Dr. Seuss po polsku” i trafiłam na blog Anety i tak poznałam wszystkie wspaniałe, dwujęzyczne, internetowe mamy!