Zakazy AA!

Aniukowa Ameryka (nazywana dalej AA) – powierzchnia 2 kilometrów kwadratowych po północnej stronie rzeki Loisach w mieście Garmisch-Partenkirchen zamieszkała przez sto amerykańskich rodzin. Na terenie AA znajdują się urząd porządku publicznego, urząd pocztowy, placówka edukacji zbiorowej, mały pokój z dużą ilością książek zwany biblioteką, trzy krótkie rzędu sztucznego jedzenia zwane sklepem spożywczym. Znajduje się tam jeszcze kilka innych miejsc ale z powodu wagi strategicznej tych miejsc, z imienia wymieniać nie będę.

Ano w tej AA jest wiele rzeczy, których robić nie wolno…nie wolno nie wpisać się na szkolną listę wolontariuszy chociaż przychodzi się do szkoły dostarczyć zapomniany lunch, nie wolno mieć na oczach okularów słonecznych przejeżdżając przez bramę wjazdową do AA, nie wolno zawracać na parkingu szkoły a należy jechać pół kilometra żeby zakręcić na miniaturowym skrzyżowaniu, nie wolno wiedzieć skąd biorą się dzieci (Co w szkole słychać), nie wolno wysyłać Jajek Niespodzianek pocztą i nie wolno bez kasku jeździć rowerem, którym to pojazdem i tak nie wolno jeździć szybciej niż 10 km na godzinę. Nie moje małpy, nie mój cyrk. Generalnie się naginam bom po jodze dość giętka i mało rzeczy jest mnie w stanie złamać ale rozszerzalność oczu mych na co co widzę i słyszę ma swoje granice…

W tym tygodniu nasze dzieci miały Terra Novę. To jakby matura – egzamin trwający cały tydzień, każdego dnia inny przedmiot, dwie do czterech godzin pisania. Inaczej niż do matury, nasze dzieci nie przygotowują się do Terra Novy. Chodzi o to, żeby sprawdzić co tak naprawdę umieją i jak się mają w porównaniu z całym krajem (chociaż wiem, że Terra Nova nie obowiązuje w całym kraju więc sensowność tego testu śmiem kwestionować). Tydzień przed testami, rodzice dostają wytyczne żeby szczególnie zająć się dziećmi w tygodni Terra Novy, żeby je nakarmić wieczorem zdrowym obiadem, nie podawać za dużo cukru na śniadanie, żeby poszły spać przed północą i żeby codziennie spędziły kilka chwil na świeżym powietrzu – aż strach się bać, że dla niektórych rodzin to może być szczególne traktowanie dzieci. Jeszcze napisali, żeby dzieci wspierać, uspokajać i pozytywnie wzmacniać. No i teraz nie szkodzi, że Kasi dostała się bura za to, że powiedziała „na zdrowie” koledze, który kichnął – bo nie można rozmawiać w trakcie testu i za to, że trzymała nogi na tych patykach łączących nogi od krzesła – bo nogi mają być na podłodze at all times. Zignorowałam też fakt, że sam dyrektor zainteresował się Kasi stukaniem palcami o stół i zapytał czy to nie jest aby jakaś forma komunikacji z innymi uczniami. To nic, że dostała ochrzan, że stanowi zagrożenie dla samej siebie (nie wiedzieć czemu targa się na swoje życie – pewnie jakieś problemy w domu i to należy zbadać) kiedy nie założyła okularów ochronnych przy rzucaniu monety podczas eksperymentu matematycznego na temat prawdopodobieństwa. I wreszcie to prawie, zupełnie nic, że mnie się dostało po uszach za to, że jadąc z moją grupą trzecioklasistów gondolą zapytałam jak im poszło, powiedzieli, że mieli problem z jednym pytaniem, powiedzieli o co chodzi, przeanalizowaliśmy i ustaliliśmy dobrą odpowiedź. Dostało mi się, że zmusiłam dzieci do rozmowy na temat napisanego testu a tego im kategorycznie zabroniono. Wprawdzie dźgałam ich kijkiem narciarskim po żebrach żeby puścili farbę no ale żeby od razu zmuszanie – powiedziałam…nikt się nie uśmiechnął?

No i jak wiadomo w AA nie rozmawia się o ludziach z innym kolorem skóry. Siedzę sobie na narciarskim piwku z dziewczyną, która niedawno przyjechała do GaPa, ma dziecko w klasie Jasia ale nie zna jeszcze imion wszystkich dzieci. Opowiada, że coś jedna dziewczynka zrobiła czy powiedziała…No taka co siedzi obok Jurka – nie wiem kto siedzi koło Jurka. Była na przedstawieniu na zielonym golfie – nie zauważyłam kto jak był ubrany. Noo… jej mama niedawno urodziła córeczkę – od ciężarnych trzymam się z daleka żeby się nie zarazić. Mieszka w budynku 708 – ??? Jej rodzice jeżdżą srebrną Hondą – połowa AA jeździ srebrnymi Hondami. O innych dziewczynkach powiedziało by się , że ma rude, kręcone włosy, że jest najwyższa w klasie, że ma wielkie niebieskie oczy, że mówi z brytyjskim akcentem ale ponieważ dziewczynka była Amerykanką afrykańskiego pochodzenia i miała z tego powodu ciemną skórę, rozmowa trwała dziesięć minut za długo.

Nie jestem za tym, żeby jedna mamy do drugiej mówiła że nagrodę z plastyki dostał wredny kościsty rudzielec, pewnie Żydówka albo głupia jakaś Ruska, z dużym nosem i wyłupiastymi oczami ale czy wszystko musi być nomem omen białe lub czarne? Mamy przecież tyle odcieni szarości…:-)!

 

A to ja w ciemnym lesie

ania_na_nartach

Wszyscy mamy źle w głowach…

…a myślałam, że tylko ja ale na szczęście okazuje się, że inni (głównie jednak inne) też. A zaczęło się pięknie. Z okazji, egzotycznego dla moich Amerykanek, Dnia Kobiet wybrałyśmy się na narty. Jak to zwykle z nimi bywa z dwuosobowej załogi zrobiła się w ciągu kilku kliknięć na Facebooku dziesięcioosobowa głośna wycieczka z pięknym, białym uzębieniem, kolorowymi kurtkami i nieodłączną butelką wody mineralnej w ręce. Na najwyższy szczyt Niemiec drogi prowadzą dwie, jedna to diabelski wyciąg, który pokonuje 2000 metrów w osiem minut. Drugi to ślimakowy pociąg, który wlecze się niecałe 2000 (zatrzymuje się niżej) czterdzieści pięć minut pod górkę i to niemal przez cały czas w skale więc klaustrofobicznie ciemno, ciepło i niewygodnie. Zaparkowałyśmy tuż pod diabelskim wyciągiem wyśmiewając mijanych mięczaków, którzy leźli na dworzec żeby spędzić czterdzieści pięć minut w ciemnościach egipskich z milionem innych mięczaków. Dobra…stoimy w kolejce, humory dopisują, pakujemy się do wagonu wyciągu, pan zamiast zamykać drzwi, przygląda się lince na której wisi wyciąg, w którym stoi trzydzieści osób, które będą pokonywać 2000 metrów w osiem minut. No i nagle pan mówi, że lina jest kaputt i że nie pojedziemy dzisiaj. Na pociąg trzeba. Dziwna sytuacja…w innym kraju, już nie wspomnę w jakim, podniósłby się raban, że jak to, że zapłacili, że niech ich wszystkich taki a taki chuj strzeli, że do kierownika pójdą i zdymisjonują ministra wyciągów…a tutaj posłuszni Niemcy, dziesięć Amerykanek, jedna Słowaczka, dwie Brytyjki, jedna Polka, Kanadyjka i Francuska wyszły w ciszy i spokoju z wagonu i powlekły się na wyśmiany wcześniej pociąg. Na dworcu okazało się, że bramka sprawdzająca bilety też jest kaputt i sprawdzali nam karnety ręcznie. Kiedy weszliśmy tą trzydziestką na peron, okazało się, że pociąg właśnie odjechał a następny będzie za pół godziny. Szybka narada, że pół godziny + 45 minut + następne 45 minut na dół + pół godziny na obowiązkowe Prosecco z okazji Dnia Kobiet i zostaje nam godzina na nartach bo wszyscy muszą się stawić o 14.30 po dzieci. No kiepsko to wygląda więc postanawiamy jechać z powrotem do Garmisch, na nasze stoki. Więc znowu leziemy z tymi nartami, kijkami, kaskami do zaparkowanych daleko samochodów, pakujemy się i jedziemy. Wypakowujemy się w Garmisch, leziemy do wyciągu z dalekiego parkingu bo przecież przyjechaliśmy już późno i nie ma miejsca blisko. Już prawie nikt z nikim nie rozmawia, jest gorąco i ciężko. W końcu jesteśmy w gondoli i jedziemy ale tylko przez chwilę bo wyciąg zwalnia i staje…kaputt? Widzę lekkie przerażenie w oczach mojej współgondolowej i hasło: „kurde, nie umrzemy od razu, za nisko jest.” Wreszcie gondola rusza i jedziemy. Dojechałyśmy, poszusowałyśmy, jeszcze na dwóch innych wyciągach przeżyłyśmy sekundy grozy i dobrze, że mamy gogle na całych twarzach bo miny nam nie raz zrzedły…Usiadłyśmy na kawkę i jakoś nikt nawet nie miał ochoty na Prosecco…cisza, dwie cisze aż tu nagle któraś zaczęła, że dobrze może, że nie wsiadłyśmy do tego Zugspitzowego wyciągu bo być może nas by tu nie było. I poszło…okazało się, że wszystkie tak samo jak ja mamy nawalone na punkcie umierania. I ciekawe, że nie boimy się śmierci, nie spluwamy trzy razy przez ramię i nie stukamy w niemalowane a rozmowa nasza byłaby dla podsłuchującego nielegalnie trochę makabryczna. No bo przecież nie powiedziała mężowi, że chyba jednak zmieniła zdanie i nie chce kupować tego domu w Teksasie, napisała list do mamy i zapisała go gdzieś, gdzie tylko ona wie, jutro urodziny syna i taki prezent, zamówiła z Boden ubrania za sto dolców i nie powiedziała mężowi…a z drugiej strony ten nagłówek w Stars&Stripes (wojskowa gazeta nasza), że zginęły robiąc to, co kochały. Jakiś kopczyk pewnie by nam zbudowali na Zugpspitzu, może pomniczek mały…my wykute z marmuru z nartami w ręce. Dzieci wjeżdżałyby na górę ze świeczkami i z małymi bukiecikami kwiatków. Spotykaliby się w rocznice i jeździli na nartach żeby nas uczcić. Zaczęłyśmy się zastanawiać czy to zdrowe czy nie…to jak mówimy o śmierci, jak oswajamy ją mocnymi słowami, żartując, przerysowując trochę, wyolbrzymiając? Czy igramy z losem czy po prostu mocno stoimy na ziemi i mamy świadomość, że wszystko się może zdarzyć? Nie wiem ale kamień spadł mi z serca, że nie jestem jedyną wariatką!

 

Ale widoki jakie…

 

gorki

Z okazji Dnia Kobiet…

tulipy

Z okazji Dnia Kobiet kochane kobiety życzę wam słońca i czystej toalety, pustego parkingu i wyprzedaży, uczciwych urzędów i dobrych lekarzy.

Rano świeżej bułki życzę i w kubeczku kawy a gdy dzieci już wyjdą, humoru poprawy, żeby gdy wrócą szemrane te dranie był deser, grzybowa i drugie dlań danie.

Wieczorem zaś życzę spokoju świętego, krochmalu w pościeli i wina dobrego.

A nocka spoczynkiem niech was swym ukoi, zmniejszy niech uda, obwód piersi zdwoi. By rankiem kłopoty odeszły już w cień by witać z uśmiechem kolejny nasz dzień!

 

Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Kobiet życzy Anka Rymowanka!

Nagroda!

Screen_Shot_20130305_at_8.35.47_PM

 

Z przyjemnością zawiadamiam, że zostałam nominowana do nagrody Liebster. Nagroda powstała w celu promowania małych i nieznanych blogów (poniżej 200 obserwujących). Wygląda to jak łańcuszek szczęścia i jakkolwiek to brzmi, jestem bardzo zadowolona i wzruszona, że komuś innemu niż rodzinie i mocno przekupionym znajomym podoba się mój blog. Nominowała mnie przesympatyczna Aneta, której blog o dwujęzyczności jest bardzo profesjonalny ale również ciepły i rodzinny. Dziękuję ci bardzo! Napisała tak: Nominuję Aniukowe Pisadło za fascynującą osobowość Ani i jej lekkie pióro. Jej cudownie obsesyjna skłonność do zamartwiania się przypomina mi czasem moją własną 🙂

Oto jak to działa:

  • po otrzymaniu nominacji odkrywamy 11 przypadkowych acz interesujących faktów o swojej osobie,
  • odpowiadamy na 11 pytań od osoby, która nas nominowała,
  • nominujemy kolejne 11 blogów z poniżej 200 „followersów” (oprócz blogu, który nas nominował),
  • zadajemy im 11 pytań.

Oto jedenaście faktów o mnie – mało interesujące no ale co robić…

1. Nie umiem pływać i nie lubię wody.

2. Mimo, że jestem wegetarianką, jem jedną kiełbasę rocznie – na grillu w Starokrzepicach.

3. Nie bardzo znam się na kolorach, często Chris doradza mi kolorystycznie w sprawach ubraniowych.

4. Kiedy mam doła, pierwszą moją myślą jest zmiana fryzury.

5. Uwielbiam ładne i często zbyt drogie kapcie.

6. Zdecydowanie wolę prysznic od kąpieli – skóra mi się marszczy…fuj!

7. Najpiękniejsze egoistyczne uczucie na świecie to stać na wierzchołku pustego stoku o ósmej trzydzieści rano.

8. Do prania dolewam zbyt dużo płynu do płukania i zamiast perfumami pachnę głównie Downy.

9. Kiedyś upiekłam karpatkę i całą zeżarłam sama w ciągu kilku godzin. Caluteńką!

10. Uwielbiam jogę ale wciąż nie mam wystarczająco dużo czasu żeby ćwiczyć codziennie.

11. Kiedyś pisałam wiersze bo byłam ciągle nieszczęśliwie zakochana a teraz nie piszę…cieszyć się?

Opowiedzi na pytania Anety:

1. Czy oprócz pisania bloga, masz jakąś pasję? Może trudno to nazwać pasją ale uwielbiam czytać, myśleć i mówić o językach w każdej ilości i z każdego punktu widzenia. Ubóstwiam też jeździć na nartach i rowerze.

2. O czym marzyłaś będąc dzieckiem? Od zawsze chciałam być nauczycielką. W szkołę bawiłam się licznymi buteleczkami z kroplami mojej babci i większą butelką z płynem do mycia naczyń, która odgrywała rolę nauczycielki. No i trochę się udało – jestem butelką z płynem do mycia naczyń…

3. Czy lubisz latać? Nie, nie lubię. Bardzo boli mnie głowa w powietrzu.

4. Jakimi kolorami się otaczasz? Kiedy już Chris pomoże mi wybrać kolory do ubrania czy do domu to raczej jakieś spokojne niebieskości, kojące zielenie i senne róże…zazwyczaj…

5. Co oznacza dla Ciebie słowo „polskość”? Bardzo trudne pytanie. Długo myślałam nad tym ale jedyne co mi przychodzi do głowy to fakt, że jestem dumna z tego, że jestem Polką, że nie mam czego się wstydzić, nie mam żadnych kompleksów i że mówię po polsku głośnio i wyraźnie na wszystkich ulicach świata.

6. Czy uważasz się za osobę dwujęzyczną? Trudno powiedzieć…z definicji wynika, że raczej tak ale nie postawiłabym znaku równości między moim polskim i angielskim. O tym mogłabym godzinami…

7. Czy w byciu matką naśladujesz swoją mamę? Nie naśladuję nikogo, nie dlatego, że uważam, że inni źle wychowują dzieci ale dlatego, że jestem przekorna i całe moje jestestwo nieustannie domaga się popełniania swoich własnych błędów i ignorowania starszych i mądrzejszych :-).

8. Co zawsze poprawia Ci humor i dlaczego? Powtarzam się ale to narty w piękny dzień lub rower i słuchawki na uszach z dobrą muzyką są niezastąpionym poprawiaczem humoru. Dobry kabaret „na dwójce” też nie jest zły.

9. Jak dużo czasu dziennie zajmuje Ci zamartwianie się o swoje dzieci? Dobre! Jakieś dwadzieścia pięć, sześć godzin dziennie :-).

10. Z jakiego miasta/rejonu w Polsce pochodzisz i jak Twoje miejsce urodzenia Cię ukształtowało? Jestem spod Częstochowy, z małej miejscowości – Starokrzepice. Dorastałam w małym gospodarstwie z krowami, prosiakami, kurami i kaczkami. Wiem jak kosić trawę kosą, przegrabiać siano i wyrywać buraki i wiem jak to jest jak nie można iść na dyskotekę bo trzeba zrzucać zboże z wozu, wiem jakie to głupie uczucie jak jakiś „małorolny” kolega z klasy zobaczy cię umorusaną na wozie pełnym ziemniaków jadącą przez wieś. Nie było czasu na politykę, stan wojenny, strajk i peweks…i jak to na mnie wpłynęło? Myślę sobie, że nieźle chyba…

11. Czy lubisz miejsce, w którym obecnie mieszkasz i dlaczego? Ja uwielbiam Garmisch za spokój, za niemiecki porządek, za bezpieczeństwo, za miłych ludzi, za spokojnych kierowców ale przede wszystkim za to co jest za oknem!

Jeśli chodzi o nominowane przeze mnie do Liebster Award…nie czytam tak wielu blogów, ile bym chciała. Czytam Dwujęzyczność  Anety i Koza i Kozak pod palmą Sylvii i bardzo często tam zaglądam. Czytam też Dzieci dwujęzyczne Faustyny i również mi się podoba ale wszystkie trzy do nagrody były już nominowane. Czytam jeszcze dwa inne i te dwa nominuję:

1. Żona Domowa

2. Szepty w Metrze

Oba blogi nagradzam za ciekawe spojrzenie na rzeczywistość i za fajny styl pisania!

 

A oto moje pytania:

1. Dlaczego zaczęłaś pisać blog?

2. Jaką rolę pełni blog w twoim życiu?

3. Czy uważasz, że blogowanie zastępuje nam coś czy kogoś w życiu?

4. Czy jesteś szczęśliwa?

5. Dlaczego, według ciebie, tylu ludzi narzeka na życie?

6. Twój sposób na relaks?

7. Ulubiony film?

8. Jakiej muzyki słuchasz?

9. Czy interesujesz się polityką? Dlaczego? Dlaczego nie?

10. Pieniądze szczęścia nie dają. Prawda czy nie?

11. Gdybyś mogła wynieść trzy rzeczy (ludzie są już bezpieczni) z palącego się twojego domu, co by to było?

Życzę miłego na pytania odpowiadania i dalszego blogów nominowania.

PMSowe myślidła…

Mam jutro okres więc mogę sobie pozwolić…i żeby nie było, kocham Chrisa mojego jak siebie samego i nie opuszczę go aż do śmierci – najprawdopodobniej mojej jednak! Dzieci w sumie też jakoś znoszę bo w końcu serce z kamienia nie jest…

Więc można by powiedzieć, że podjęłam decyzję o tym, że zostanę matką wychowującą dzieci ponieważ jak każdy z nas naczytałam się (i to nie jest błąd gramatyczny!), że długotrwałe karmienie piersią przynosi niezastąpione korzyści dla dziecka, że kontakt z matką zapewnia mu pełny i najwyższej jakości rozwój i poczucie bezpieczeństwa, szeroko pojęta opieka nad dzieckiem, od skrzypiec w wieku dziesięciu miesięcy do gotowania rosołu z kury bez kury (bo my wegetarianie) stwarza dziecku niezastąpione możliwości rozwoju umysłowego i społecznego oraz brak problemów gastrycznych. Nie wspomnę już o korzyściach dla matki, szybki powrót do, i tak nie całkiem perfekcyjnej,  figury sprzed ciąży, zadowolenie z dobrzej wykonanego obowiązku macierzyńskiego, wysoka samoocena i uczucie wyższości nad wszystkimi wyrodnymi matczyskami, które poszły do pracy zaraz po wyjściu dziecka z kanału rodnego! Otóż, nie tak całkiem…dzieckiem powitym się zajęłam bo trochę hormony a trochę nie było komu się nim zająć a potem tak jakoś zostało…

To ja wrzeszczę na dzieci, że napluły do umywalki i uczę je odpowiedzialności poprzez przymusowe prace łazienkowe, to ja włażę do ich pokoju po piętnaście razy żeby w końcu przestaly gadać. To ja, po tym jak Chris je wywlecze z łóżka przypominam, że właśnie dlatego na nich wczoraj wrzeszczałam żeby poszli spać bo wiedziałam, że będą niewysypani. To ja piszę cotygodniowe wredne maile do codziennie niekompetentnych nauczycieli i wytykam palcami braki w edukacji moich dzieci – nie powiem, Chris je sprawdza i zazwyczaj poprawia jeśli chodzi o poprawność polityczną…inaczej już dawno by nas tutaj nie było. To ja stoję z transparentami przed szkołą, że zamiast bake sales (czyli sprzedaży dwóch szklanek cukru w jednym ciastku) możemy zrobić sandwich sale, to ja walczę z organizatorami szkoły narciarskiej żeby zrobić zawody na prawdziwiej górze a nie przy grillach i chipsach. To ja układam menu na cały tydzień żeby i białka i węglowodanów i witamin było po równo a potem latam od Aldi do Lidl żeby zaoszczędzić i nic nie kupić, wściec się porządnie i w końcu pojechać do Rewe i kupić wszystko za dwa razy tyle…To ja gotuję zdrowe ale oczywiście zwykle niesmaczne obiady. To ja na stoku wysłuchuję od Jasia, że mam jednego syna i chyba nie chcę żeby umarł śmiercią tragiczną w miękkim puchu śnieżnym…po czym on zjeżdża, po czym jest przeszczęśliwy, po czym przychodzi następny stok i od nowa, że mam jedynego syna i tak w kółko….To ja kupuję,  podsuwam książki o dorastaniu, biustonoszach i pierwszych miłościach. To ja szukam kontaktu, którego nie mogę znaleźć, to ja się na głos martwię, że dzieci mają katar, że nie mają butów na zimę, że nie wypowiadają polskich głosek, że nie pieką ciasta, że chlapią wodą w łazience, że nie rosną, że rosną za szybko…A co dostaję w zamian? Zabrało mi gorzkiego kakao, zdejmuję dresy, oznajmiam głośno, że lecę do sklepu, biegnę, przybiegam a Jasiek…”oooo, byłaś gdzieś? Nie zauważyłem!.” A teraz taki obrazek…dwadzieścia po piątej, słychać przekręcany klucz, nieeee, nie naszych drzwiach, na dole na klatce i nagle poruszenie, może to tata, mamo, czy to tata? Nie wiem, zaraz się okaże…Z wywieszonymi jęzorami czekają pod drzwiami. TATA! „Tato, wiesz co? Ms Raily powiedziała to i tamto, a Benny zrobił to, dostałem A+ z dyktanda, a jedziemy na wycieczkę a w ogóle to kocham cię najbardziej na świecie bo ty wszystko wiesz, najlepiej wszystko robisz i jesteś moim najlepszym kumplem.” Jak się któraś z was zastanawia, to niech się przestanie i niech idzie odpocząć do pracy do siedemnastej a potem niech się zrelaksuje i klucz w drzwiach przekręci…

Z poważaniem,

Przemawiający przeze mnie Zespół Napięcia Przedmiesiączkowego

Siedzimy, nic się nie dzieje…nuda…

 

Siedzimy, nic się nie dzieje…nuda…

Moje Grainauowe nauczanie dobiega końca, jeszcze tylko dwa tygodnie i pożegnam rolników…ze smutkiem i pewnie z łezką w oku. W dalszym ciągu uczy mi się bardzo dobrze, w dalszym ciągu chłopcy zmotywowani z małymi poniedziałkowymi wyjątkami kiedy to bez maski gazowej – strach bo od oparów wczorajszego alkoholu aż się w głowie kręci. Dostałam nawet przepis na drinka: litr piwa + pół litra coli + ein klein bisschen likieru wiśniowego…nocka pod muszlą gotowa! Z Rosjanami porozumiewam się już problemu i aż tak się rozkokosili, że zaczynają poprawiać mój bezbłędny przecież rosyjski.  Z każdej lekcji przynoszę do domu jakąś ciekawą historyjkę i zabawiam moją rodzinę przy stole o tym jak zamiast wyszukać w słowniku niemieckiego znaczenia, postanowiłam narysować stringi na tablicy. Próbował ktoś? A ktoś, kto nie umie rysować próbował? Wszyscy zgodnie powiedzieli, że to ptak! Albo…pracuję z jedną stroną stolika a druga strona coś tak szepcze i słyszę „whore” (że niby źle prowadząca się niewiasta), posyłam oczami piorunka, tamte oczy szeroko otwarte ze zdziwienia, odwracam się i znów słyszę „whore”. Podchodzę do jegomościa z językiem ciała karzącej matki (dłonie oparte czy raczej zatopione w biodrach, broda bliżej klatki piersiowej i oczy zwężone) i pytam gdzie słyszał takie słowo, on na to, że w szkole. Słucham? A wystraszony Jonas podaje przykład użycia w zdaniu: „Do you want coffee whore tea?” Będzie mi ich bardzo brakowało…ale poza tym nic się nie dzieje, siedzimy…nudy…

Mieliśmy dwa turnusy gości…tylko dwa turnusy a szkoda nie skorzystać z okazji. Naprzywozili nam prezentów, polskich gazet, Nurofenu Forte, mnóstwo polskiej muzyki i wór plotek! Jak zwykle było super, narty, rakiety śnieżne, wycieczki i spacerki! A wieczorkiem nowo odkryta, pyszna Żurawinówka Lubelska i pogaduchy. Dostałam nową płytę T.Love, po pierwszym przesłuchaniu tak sobie ale już po trzecim nuciłam Orwell Or Not Well i tak jest do dzisiaj. Wydawało mi się, że trudno zrobić coś lepszego niż Wychowanie ale okazuje się, że można. Jest kilka kawałków, które nawet muzycznemu wybredzie (istnieje rzeczownik od ‘wybredny’?) się podobały. Dostałam też wspaniałą, cudowną, ciekawą, niepowtarzalną i podnoszącą na duchu płytkę Bakshish…moje pochlebstwa oczywiście nie mają nic wspólnego z tym, że w zespole gra brat mojej przyjaciółki. Wcale nie zależy mi żeby odniósł sukces…w ogóle mnie to nie obchodzi…Jest jeszcze Bednarek z reggaeowym wykonaniem Grechuty. Bardzo mi się podoba. Dowiedziałam się też o naszym nowym narodowym hymnie „Ona tańczy dla mnie!” A następnie pokazano mi wykonanie z PRAWDZIWYMI instrumentami tego samego utworu przez znanego wszystkim językowcom z Forfitera, Cezika! Polecam!

Ale tak w ogóle to siedzimy, nic się nie dzieje…nuda…

Jeździmy na nartach ile wlezie i tak sobie myślę, że chyba tego by mi najbardziej brakowało gdybym musiała się wynieść z Garmisch. Na jeżdżenie na nartach „off piste” czyli w głębokim śniegu chyba, namawiano mnie już dawno ale dupa ze mnie straszna i nie bardzo lubię łamać kończyny czy zrywać ścięgna, raz czy dwa ok, ale nie więcej. Więc pukałam się w głowę na widok wariatów włażących pod górę z nartami na plecach żeby potem z radością szaleńców zjeżdżać po nietkniętym śniegu. Do czasu…kiedy to mój syn potrzebował wsparcia duchowego i jak się okazało bardziej fizycznego też. Jestem pomocnikiem, totalnie niepomocnym, instruktora w naszej szkółce szkolnej. No i ten wpadł na pomysł żeby wytarzać się w śniegu po pas a następnie wjechać do lasu, między blisko siebie posadzone drzewa. Wszystkie dzieci oprócz Jasia wpadły w euforię, Jaś w panikę! Trudno namawiać dziecko żeby coś zrobiło, skoro się samej nie ma odwagi. Wyszperałam więc trochę odwagi z bocznej kieszeni kurtki i pojechaliśmy. I niespodzianka! Było super! Oczywiście wyglądam jak taki gruby szczeniak owczarka górskiego uczący się chodzić ale zjechałam, a potem jeszcze raz i jeszcze raz…Między drzewami i po muldach już nie było tak fajnie ale dałam radę – tym razem bez powtórek! Od dzisiaj szukam mięciutkiego, głębokiego śniegu i będę ćwiczyć. No to tyle bo nie ma o czym pisać, siedzimy, nic się nie dzieje…nuda…

Do czasu…

Chrisek

Zwei Wochen Tot part II

Zacznę od zdrowia, który jest codziennym tematem w naszym domu jako, że wiecznie któreś chore, po chorobie lub tuż przed…Wczoraj ze stertą wyników badań krwi i badań alergologicznych odwiedziliśmy gwiazdę bawarskiej laryngologii. Poskrobał się po siwej łysinie i powiedział, że Janek to trudny przypadek. Trochę powiększone migdały, trochę płynu w uszach i trochę alergia na kurz. Mieszanka wybuchowa. Nic strasznego ale też nie bardzo można ignorować. Dał jakieś leki, spreje i powiedział, że nie wyklucza podcięcia migdałów. Mamy wrócić za trzy tygodnie. Jadę do domu ze szczęśliwym Jasiem, który twierdzi, że uwielbia narkozę i bardzo chciałby mieć operację i tak sobie życzę…Życzę sobie żeby można było każdego raz w życiu pod narkozę na kilka dni, powycinać migdały, wyssać płyn z uszu, naprawić popsute i wyprostować pokrzywione zęby, wyskrobać Crohna, usunąć wszystkie wyrostki na wszelki wypadek, płaskostopie uwypuklić, zająć się niebezpiecznymi zmianami na skórze, niektórym usunąć nadmierne owłosienie karku, innym zagospodarować klatkę piersiową, wstrzyknąć trochę pigmentu, zrobić permanentny makijaż, uczesać i wybudzić! Ja wiem, że nikt nie powiedział, że będzie łatwo no ale bez jaj…

Nie wszyscy znacie historię po tytułem: Zwei Wochen Tot więc przypomnę po krótce. Dziesięć lat temu poszłam z dwuletnią Kasią do jedynego w GaPa sklepu zoologicznego po pokarm dla naszego żółwia. Pani pyta gdzie mieszka żółw, ja ręką nakreślam wielkość żółwiowego mieszkania, pani za głowę się łapie i krzyczy, że Zwei Wochen Tot. Ja jej na to, że „nie bo już żyje drei Monaten und nicht tot. Pani na to machnęła grubą ręką i nasypując mi pokarm do papierowej torby mruczy pod nosem, że Zwei Wochen i zupełnie będzie Tot! Kilka dni później idziemy po gęsto uczęszczanej przez emerytów uliczce, Kaśka w różowych okularach słonecznych pokazując paluchem na słabiej wyglądających osobników drze się: Zwei Wochen Tot! Proroczka jakaś!

Dzisieć lat później wracam do ciągle jeszcze jedynego w GaPa sklepu zoologicznego po następcę Roberta – rybki bojownika, który to był zmarł kilka tygodni temu. Kiedy przekroczyłam próg sklepu wspomnienia powróciły…Sklepem trudno nazwać to pomieszczenie wypełnione klatkami z królikami, myszami, jaszczurkami, wężami (węże w terrariach, nie w klatkach na szczęście). Wszystko tak ciasno obok siebie, pod nogami, ma się wrażenie, że królik wyciągnie łapkę i zeżre sąsiadkę mysz a wężykowi wystarczy delikatny bodziec żeby chapsnąć moją nogę. Pokarm wszelkiego rodzaju w wielkich workach i mogłabym przysiąc, że się porusza. A za ladą…ta sama pani. Lęk mnie przejął wielki i jąkam się po niemiecku, że szukamy malutkiej Kampffischki, że poprzednik ist Tot a temu małemu chłopcu (wypycham Jasia do przodu) serce krwawi, tak bardzo tęskni za Robertem. Pani zadaje to samo pytanie co dziesięć lat temu, a gdzie to zwierzę będzie mieszkało – może mój wygląd coś zdradza, nie wiem? Drżącymi dłońmi zakreślam w powietrzu kontury naszego maleńkiego akwarium, ze strachu powiększyłam je w myślach krztynkę – jakieś dwa lity… Kobieta wpadła w chwilowy bezdech a potem pyta: Wohnen Sie in einer Toilette (czy pani w kibelku pomieszkuje?). Zamarłam na moment ale że dziesięć lat w Niemczech nauczyło mnie wiele a przede wszystkim nauczyło mnie niemieckiego więc z uśmiechem i błędami w końcówkach powiedziałam, że wprawdzie nie w ubikacji ale tylko w nieco większym mieszkaniu. Kobieta poszurała trepkami po brudną siatkę do łapania rybek i mrucząc coś pod nosem złapała nam nowego Roberta, który ma na imię Montgomery. Ale ponieważ wychowana jestem w nieustającym, katolickim poczuciu winy, natychmiast po powrocie do domu zamówiłam dwa większe akwaria dla naszych bojowników. Kasia zalogowała się na forum dla hodowców bojowników i dowiedzieliśmy się, że to prawie jak delfiny są, inteligentne i można wytresować nawet. Będziem cyrk otwierać!

Darowanemu koniowi…

Kilka dni temu Kasia przyniosła z niemieckiego przysłowie o koniu i o niezaglądaniu w zęby. No i tak od słowa do słowa zrobił się wieczór polskich przysłów. I tak gadałam, gadałam, przykłady dawałam ale i tak myślałam sobie, że pewnie nie zapamięta ani jednego przysłowia.

Nie jestem stukniętą matką co za nauczycielami biega, że nie uczą, że są niesprawiedliwi, że za mało wymagają, że wymagają tego, czego dzieci się nie uczyły…Ok, trochę jestem…ale oczywiście robię to wszystko dla dobra dziecka i z wielkiego poczucia sprawiedliwości, przecież. Nie muszę pisać, że moje dziecko jest najmądrzejsze, najbardziej inteligentne, bystre i błyskotliwe ale panna K ma jedną przypadłość – generalnie wszystko ma głęboko w odbycie i poczucie winy jest jej obce. Przecież to nie jest niczyja, a co dopiero Kasi wina, że sześć razy sześć nie jest czterdzieści dwa. No i tłukę to do tej młodej głowy , że trzeba odpowiedzialnym być, że nauka jest ważna, że trzeba się trochę przyłożyć, że sam talent nie wystarczy. Maluję czarną dość przyszłość, zabraniam iPadów, z koleżankami wypadów, zachęcam opisując jasną przyszłości uczących się jednostek i tak marudzę, biadolę , jęczę i stękam. A dzisiaj usłyszałam od dziecka: „darowanemu koniowi nie patrzy się w zęby.” Że niby koń to Kasia. No i tak sobie cały dzień chodzę po rożnych czynnościach i myślę o tym „darowanym” szczególnie. A wy?

A to nasze eksperymenty ze słońcem i zasłoną.

kasia7

T.Love w Austrii

Co rano Nokia budzi mnie o tej samej porze swoim ohydnym sygnałem, którego zmienić nie potrafię. Kiedy otwieram oczy prawie słyszę w moim mózgu ten słynny dźwięk budzącego się do pracy Maca. Przez niedomknięte drzwi widzę stróżkę światła z kuchni znaczy, że Chris pije kawę i dezinformuje się przy wiadomościach CNN. Bardzo powoli zwlekam się z łóżka i przekraczam magiczny próg sypialni, w której jeszcze ciągle panuje wczoraj, jest spokojnie, bezpiecznie i światło po oczach nie wali. Jak tylko noga przekroczy próg to jakby przejście do innego wymiaru…Zaprogramowano mnie żeby pójść do łazienki, siła halogenów i zimnej wody otwiera mi oczy – muszę przyznać, że wraz ze wzrostem ilości skóry na i nad powiekami jest to coraz trudniejsze. Strzałeczka programatora przeskakuje na kuchnię i co dzień moje ręce wykonują te same ruchy, kawa dla mnie, sok dla dzieci, nogą zamknę lodówkę, językiem posmaruje chleb masłem, jedną ręką nasypuje płatki, drugą zamykam lunch boxy. W tym czasie Chris za łachy wyciąga dzieci z łóżek i sadza przy stole więc kiedy ja przynoszę śniadanie do stołu, dwa kudłate łby jeżą na stole i nie ma gdzie postawić miski z płatkami. Następny program to zająć się sobą w dni pracujące albo zająć się sobą w dni niepracujące. Różnica tylko czasowa bo jak nie pracujące to równie dobrze mogłabym za przykładem moich znakomitych amerykańskich koleżanek jechać do szkoły w UGGsach i spodniach od pidżamy. Bycie Polką jednak zobowiązuje więc i lekki makijaż i spodnie jakieś ewentualnie…Po odwiezieniu dzieci do szkoły strzałeczka programatora przeskakuje na kolejny programy w zależności czy to poniedziałek czy środa ale programy dniowe są identyczne i wykonywane tak samo mechanicznie. Tydzień Świstaka poproszę!

No właśnie, bo czasami atakuje nas weekend…Otwieram oczy i za kija nie mogę sobie przypomnieć jaki dzisiaj dzień, dlaczego nie obudziła mnie Nokia, jaki mój następny program, dlaczego światło w kuchni nie pcha się szparą do sypialni. No i dotarło do mnie, że to weekend (wcześniejszy bo amerykańscy nauczyciele muszą uzupełnić „dzienniki”) i że nie bardzo wiem co mam robić jak nie mam strzałeczki przesuwającej się po programach.

Nakłamałam Chrisowi zaraz z rana, że bardzo się cieszę, że mamy wolne, że nie mamy planów, że cały dzień przed nami i że możemy robić wszystko, co tylko nam do głowy przyjdzie. Ale w mojej niespokojnej i porządku łaknącej głowie już kłębią się myśli co by tu zaprogramować dla całej rodziny. Może na narty? Ale gdzie? Tu za dużo ludzi, tam za mało śniegu. Trzeba zrobić zestawienie…Ale może pozałatwiać niezałatwione sprawy, pocztę, bank, zakupy…Samochód brudny, w piwnicy bałagan, ciasteczka by się przydały. Ok, mam! Chris, ty skoczysz po chleb, kup precelki na drogę do Austrii, dzieci – szybko śniadanie i ubierać się na narty. Po nartach, ja piekę ciasteczka, Chris załatwia sprawy, następnie spontanicznie Chris gra z dziećmi w jakąś grę planszową, ja w niespodziewanym przypływie weny będę pisać blog, następnie wymyślimy coś na kolację (odruchowo zrobimy przygotowane już i zamrożone pierogi) i spędzimy romantyczny wieczór od dwudziestej pierwszej do dziesiątej dwadzieścia bo na rano mam cały program zaplanowany…Jednak mieszkanie w bardzo poukładanym kraju robi swoje.

I jak tak otworzyłam te oczęta to od razu przyszedł mi do głowy wers z T.Love „takie zwykłe masz ciało takie szare, takie nudne są dni bo takie same” więc puściałam na ful, a stąd już tylko krok do Chrisa ulubionej piosenki T.Love „Polish Boyfriend”. Posłuchaliśmy kilka razy obu wersji językowej, dzieciaki obśmiały wymowę angielską i teraz taka scenka…siedzimy na wyciągu w alpejskim miasteczku w Austrii, śnieg wali w gęby nasze, wokół cała Holandia na ferie przyjechała a Chris na krzesełku za mną drze się na całe gardło (nie umiejące śpiewać gardło): „I am a Polish boyfriend, yes yes yes, I am”. Spontan dnia!

A na koniec, z życie szkoły…jeszcze echa Jaśkowej seks afery nie przebrzmiały do końca a już prawie byłam wzywana do szkoły po raz drugi. Tym razem w sprawie córki ale wciąż w tych samych okolicach anatomicznych. A mianowicie, Kasia powiedziała swoim dwóm kolegom, którzy nie mają sióstr (i nie mogą tego sprawdzić), że osobniki płci żeńskiej nie produkują gazów jelitowych aż do osiągnięcia pełnego rozwoju płciowego. Udało ich się zatrzymać w drodze do pani od biologii. Nie ma to jak chore na Crohna dziecko w domu!

Łoj…

Może i Majowie machnęli się z tym końcem świata ale żeby tak jakoś lekko było z okazji niewystąpienia Armagedonu, to nie powiem. Z kim nie pogadasz, co nie przeczytasz, wszystkim ciężko, źle i trudno…Moje dzieci wreszcie zdrowe ale tylko czekam na jakiś kaszel w nocy, powiększone migdały, odgłos wymiotów z łazienki, złamanej ręki czy wydłubanego oka. Wszyscy wokół chorzy więc i człowiek jakieś wyostrzone ma zmysły na wszelkie choróbska. Dzisiaj rano leżę jeszcze w łóżku i słyszę jak któreś skacze na jednej nodze i stęka przy tym. Ok, myślę sobie, Jasiek naderwał wczoraj na nartach jakieś ścięgno (w lipcu naderwał coś w pachwinie i nie chodził przez dwa dni), poniedziałek, ósma rano, do szkoły nie idą bo amerykańskie święto, emaila nie trzeba pisać, mam Voltaren i Traumeel, ile tego dać? No jakieś po trzy, nie, cztery tabletki co dwie godziny. Zadzwonię do Oli-lekarko-przyjaciółki zapytam który najlepszy ortopeda, zadzwonię jeszcze przed dziewiątą to będziemy mieć wizytę przed południem. Trzeba odwołać narty w środę bo pewnie nie da rady. Kurde, a może to nie ścięgno tylko przepuklina pachwinowa, wujek ma to pewnie Jasiek też…gdzie lepiej operację w Garmisch czy w Murnau…podnoszę się, Jasiek w drzwiach z podwiązaną wczorajszymi rajstopami nogą. Nie panikuję, czekam na Jasia…”chciałem zobaczyć jak się poruszają ludzie bez jednej nogi!” Jedyne pocieszenie, że jak coś się rzeczywiście stanie, będę logistycznie przygotowana! Jasiek ostatnio bardzo mało je więc oczywiście pewnie ma Crohna…nie, nie mam fioła na punkcie Crohna. Przecież każdy, kto nie zje całej pizzy, trzech kromek z twarogiem, albo miski kuskusa (czy może kuskusu) z czarną fasolą musi mieć Crohna, nie? Tak wiec opukiwanie Jaśka jelit dwa razy dziennie (dzieci z Crohnem często mają powietrze w jelitach i przez to czują się „pełne”), naloty łazienkowe podczas Jaśkowego robienia kupy w celu wykrycia zapachu kwasu i oglądanie majtasów w myśl crohnowego hasła „nigdy nie ufaj bąkowi.” Postawiłam na nogi całą rodzinę amerykańską i kazałam szukać miejsca, gdzie można wykonać, jak się okazuje nieistniejące jeszcze, badanie krwi wykrywające Crohna. Dzisiaj na śniadanie zjadł bułkę z twarogiem i szczypiorem (tak, olaliśmy osteopatę), Actimel i płatki no i trochę się uspokoiłam. Na wszelki wypadek jednak zrobiłam też badanie krwi przy okazji badań alergologicznych i czekam na wyniki.

 

Oczywiście to są pierdoły i dopóki nie staną się rzeczywistymi problemami, nawet to paniczne tworzenie czarnych scenariuszy mi nie przeszkadza. Niestety wokół mnie mnóstwo prawdziwych problemów, nieszczęść i trudnych dni, tygodni, miesięcy…Chciało by się pomóc ale czasami nie wiadomo jak a czasami po prostu się nie da. Można pogadać, zupę podać, powiedzieć, że ciężka choroba to nie wyrok, że po śmierci bliskiej osoby przyjdzie ukojenie i spokój, że brak perspektyw na przyszłość to też jakaś perspektywa, że wszystko z czasem staje się łatwiejsze i to wszystko prawda jest tylko że im wszystkim nie prawd teraz trzeba.

Jak pies wyłażący z wody, otrzepuję się mocno i piszę dalej…

Jeśli to prawda, że podczas procesu uczenia się języków i w efekcie, używania tych języków mózg ludzki wykazuje większą aktywności to mój mózg z pewnością cierpi na książkowy przykład nadpobudliwości psychoruchowej. Wioska Grainau, trzymiesięczne seminarium dla rolników z Bawarii, ośmiu mężczyzn w wieku od osiemnastu do dwudziestu czterech lat, jedna przerysowana Bawarka i na środku klasy ja! Poziom angielskiego zilustruje rozmowa: „How long have you been learning English?” Nic! Myślę sobie, że przegięłam z Present Perfectem Continuousem na dodatek. „How long did you learn English?” (które to pytanie jest bardziej prawdopodobne bo na stówę nie uczą się już żadnego języka). Nic! Burza mózgu…słowo „start” jest uniwersalne, jak źle wymówię „when” będzie podobne do niemieckiego „wann” (kiedy). No to pytam: „Whan you start English?” Coś się zaczęło dziać, szepty, stękania i pada odpowiedź: „yesterday!” I co teraz? Mój skrupulatnie przygotowany plan lekcji na następne dziewięćdziesiąt minut z krótkim artykułem na temat technologii hodowli drobiu i świń w Unii Europejskiej może się nie przydać. Tak więc pozostaje odmiana czasownika „mieć” i „być”, dziesięć rzeczowników i jakoś zleciała pierwsza lekcja. Kolejne lekcje były już znacznie lepiej przygotowane, było miło, przyjemnie, chłopcy chętni do nauki, z takim fajnym luźnym ale nie rozluzowanym podejściem do mnie i do angielskiego, bez żadnych oczekiwań ale szybko stawiający sobie wysoką poprzeczkę. Jestem pod wrażeniem chęci i nastawienia. Poczucie humoru na poziomie gospodarskim ale ponieważ sama na czterech hektarach się wychowałam, niejednej świni w koryto zaglądałam i niejedną krowę z łąki zganiałam, mamy ze sobą wiele wspólnego. Intelektualnie gorzej…poza kilkoma wyjątkami, pytani o hobby chłopcy odpowiadali, że jeżdżenie traktorem i picie piwa. Odpowiedzi różniły się tylko nazwami ulubionych browarów. Kiedy po tygodniu robiliśmy pytania w Pr.Simple w parach, pytali siebie kiedy ten drugi karmi świnie, ile paszy (fodder po ang. – moje nowe słowo) daje i ile pali jego ciągnik. Te wyjątki, o których wspomniałam to dwoje bawarskich rolników i dwóch przedstawicieli elity Akademii Rolniczej w Moskwie. Gjena i Aleksjej to studenci weterynarii, którzy zostali wybrani z najlepszych studentów akademii i w nagrodę przyjechali do Grainau integrować się z bawarskimi rolnikami i budować pozytywne relacje mające na celu poszerzenie horyzontów i budowanie nadziei na przyszłą współpracę! Niestety Gjena i Aleksjej nie mówią po angielsku, po niemiecku też nie za bardzo więc zostaje mi rosyjski i polski. Jednakowoż język rosyjski nieużywany staje się w moim wykonaniu jakimś dziwnym stworem językowym. W sytuacjach językowo podbramkowych mój mózg reaguje w ten sposób, że za wszelką cenę chce przekazać wiadomość rozmówcy i wychodzą takie cudeńka jak zruszczone „zgadywac” (z dźwięcznym „c” na końcu) zamiast rosyjskie „dagadywac” czy „mooontag” (koniecznie z wydłużonym rosyjskim o i z akcentem na drugiej sylabie) zamiast „panjedielnik.” Po dniu na nartach spędzonym z dwoma cudownymi Słowaczkami, złapałam się na tym, że zastanawiałam się jak „poljełka” po polsku żeby dzieci na zupę zawołać. Na lekcji Rosjanie chcą żeby im przetłumaczyć zdanie „I wear shoes every day.” Dla mnie oczywiste, że buty to „topanki”, chłopcy wielkie oczy, że nie rozumieją, może dlatego, że topanki to buty ale po słowacku, nie po rosyjsku. Jest też dużo mojego skakania, wydawania onomatopeicznych dźwięków, turlania się po podłodze, jednym słowem – kalambury to nasza ulubiona gra. Nawiasem mówiąc, kalambury to „krakadil” po rosyjsku! Nie wiadomo kiedy się przyda!

Kasia i Jasiekwariaty