sztuka w spożywczaku
Jeśli raz spacerowało się po niemieckich górach, już zawsze oczekiwać się będzie piwa i Kaesespaetzli pod koniec wędrówki. Jeśli stałaś w niemieckiej kolejce, nie będziesz uważała ryrania torbą, ręką, czy inną częścią ciała po tyłku za próbę gwałtu. Wiesz też, że frische Luft walące z otwartego okna po zatokach jest nieocenione nawet podczas najtęższych mrozów i ręka ci zadrży zanim wyrzucisz plastikową butelkę do zwykłego kosza na śmieci. Jest jeszcze jedna krztyna niemieckości, który we mnie została, uległa zwapnieniu, obrosła w mech i nie przyuważyłam.
Naszym ulubionym spożywczakiem w uesa jest Trader Joe’s. Jest wizualnie oku miły, ma mnóstwo produktów ekologicznych, wegańskich, lokalnych i w dobrej cenie. Ma miłą obsługę, w większości ręcznie napisane (i ozdobione) metki i najtańsze jakie widziałam w Stanach kwiaty, które nie więdną po dwóch dniach. A kwiaty to podstawa, bo długo miałam florystyczną depresję, po tym jak w Aldi kwiaty kosztowały 1.99, a tu pół wypłaty plus podatek. A i jeszcze właścicielem Trader Joe’s jest Aldi właśnie. Wprawdzie Nord, a ja z Sued jestem, ale chrzanić ex lokalny patriotyzm, nabijam niemieckiej rodzinie Albrecht kieszeń i jest git.
Przy kasach trochę inaczej. Podaje się wózek z zakupami pani kasjerce, ona sama wykłada, zwinnie skanuje i odkłada na bok do pakowania. Pakuję sobie sama. W śliczne, ekologiczne torby, w pandy, nenufary Moneta i w siatkę ku czci Krystyny – słynnej foki z helskiego fokarium. Jestem super zorganizowana. Ciężkie mleka migdałowe, wody różane i ziemniaki z wolnego wybiegu rozkładam na spód pięciu różnych toreb. Następnie ryż różnego koloru skóry i ziarna, których nazw nie potrafię wymówić. Rozdzielam sojowe kiełbaski, sery z mleka z nerkowców, anty-mięso z pierwszego tłoczenia i sałatkę jajeczną z bobu z dodatkiem liścia jemioły. Stresuje mnie trochę prędkość odkładania przez kasjerkę produktów, więc i ja przyśpieszam. I hops lokalne, nadgniłe już nieco pomidory lądują szybciutko na kolbach kukurydzy z pola za miedzą, późne truskawki niepryskane, śliwkopodobne i chleb z mąki niebielonej z ziarnami typu „ancient”. Na finiszu podkręcam tempo i chipsy z siemienia lnianego lądują na wierzchu torby i wręcz wyrywam pani z ręki zeskanowane wiechcie pietruszki i kolendry. I gotowe. Mogę zapłacić. Pani wielkimi oczyskami na mnie patrzy. A w Niemczech to się czasem nie mieszkało? – pyta. Ano mieszkało się, a co? To pewnie długo, bo jest tu jeszcze kilku klientów z Niemiec i oni wszyscy tak szybko pakują, ale pani jest najszybsza. Prawie mnie pani wyprzedziła. Co oni wam w tym kraju robią?
Nic nie robią. Patrzą groźnie, czasami stukają długimi paznokciami o ladę, czasami przesuwają zakupy na koniec, koniuszek lady. A nuż coś spadnie i nauczka będzie żeby następnym razem się śpieszyć. Moim niedoścignionym wzorem są mistrzynie pakowania, które podczas ładowania do toreb odwijają ogórki z folii, wyjmują wafelki z torebek, marchewki z woreczków, mleko do szklanych butelek przelewają i wywalają makulaturę do kosza w sklepie. Do tego mi jeszcze daleko…




















