Językowo…

FullSizeRender

rysunek pokazyjący różnicę między angielskim czasami z poważnej książki More Grammar Games, Cambridge Universit Press…

Zastanawiam się nieraz jaki wydźwięk ma dla mnie code switching, czyli naprzemienne używanie języków. Czy bardziej jest to niechlujstwo językowe, czy też pozytywna cecha charakterystyczna dwujęzyczności? Czy bardziej umiejętność wrażania myśli w dwóch, czasem trzech językach, czy nieumiejętność wyrażania w jednym? Czy jest to oznaka językowego zarozumialstwa, o czym gdzieś tam przeczytałam, czy może oznaka niepełnosprawności językowej, może lenistwa trochę, czy też może oznaka niezwykłej płynności językowej, umiejętności dobierania słowa, które najbardziej odpowiada wyrażanym emocjom, czy najbliższemu skojarzeniu?

Według niektórych językoznawców, jak Francois Grosjean na przykład, jestem dwujęzyczna. Byłam przez chwilę nawet trójjęzyczna. Grosjean nie przykłada wielkiej wagi do poziomu używanego języka, ani nie mierzy jego używalności w procentach, metrach, czy promilach. Kupuję trzy precle, wykłócam się o miejsce parkingowe, pozdrawiam sąsiada znaczy, że używam odpowiedniego obcego języka w odpowiedniej sytuacji społecznej. A ja ciągle mam z tym problem. Mam problem żeby nazywać siebie dwujęzyczną. I pewnie niesłusznie. Każde uczucie i to najgłębsze i to najczarniejsze jestem w stanie wyrazić i idiomem i wulgaryzmem walnę jak potrzeba i akademicko się wypowiem jak kto zagai. Akcentem nawet się nie zdradzę żem posiadaczką słowiańskiego aparatu fonacyjnego. Mimo to, zniżam głos i lekko się zawstydzam kiedy mówię, że jestem dwujęzyczna. Bo się wykułam czasowników nieregularnych na pamięć, bo tylko graficznie przedstawiona różnica między czasem Present Perfect i Present Perfect Continues do mnie przemówiła, bo palec do ust musiałam wkładać żeby zobaczyć gdzie się jakie głoski produkuje. Moje dzieci, w moim, w swoim również, mniemaniu są bezsprzecznie dwujęzyczne. I mimo, że mój angielski jest lepszy niż ich polski, mam poczucie, że one są bardziej dwujęzyczne niż ja. Dlaczego?

Ale ja nie o tym przecież…

Od kilka miesięcy nasza szkoła, a co za tym idzie i ja dostajemy w prezencie marokańskich uczniów. W prezencie, bo są przesympatyczni, zdolni, pracowici, skromni i prawdziwie dwujęzyczni. Albo i trójjęzyczni. Kilka miesięcy temu o Maroku wiedziałam tylko tyle, że jest. Teraz wiem więcej. Szczególnie jeśli chodzi o marokańską wielojęzyczność. Oczywiście wszystko zależy od tego w jakieś części kraju się mieszka, kim byli czy są rodzice i jaki status społeczny się do takiego ucznia przyplątał. Wszyscy moi uczniowie władają dwoma językami – arabskim i francuskim. Kilkoro z moich uczniów mówi też w języku berberyjskim, bardzo starym języku, który dopiero od niedawna został wprowadzony do szkół. Wcześniej język ten był głównie obecny w przekazach ustnych. Moi Marokańczycy nie potrafią czytać, ani pisać w języku berberyjskim, ale wymieniają go na pierwszym miejscu. Dla jednego to był pierwszy język, bo opiekowała się nim mówiąca w tym języku babcia, dla innego to język rodziny matki – prawie jak świętość. Dla innych to język ich dziadków, którzy nie chcą żeby berberyjski wgasł i zmuszają wnuczęta do posługiwania się tym językiem. Poza berberyjskim, wszyscy uczniowie z Maroka mówią w mieszkance arabsko-francuskiej. I tutaj dochodzę do sedna. Mówią w mieszkance. Snuję się za nimi po korytarzu, podsłuchuję, szpieguję w toalecie, jem kanapkę przy stoliku obok. I pytam i wypytuję i zadaję pytania. A dlaczego ten język teraz, a tamten za chwilę, ten w przerwie na papierosa, a tamten w przerwie na lunch? Pół zdania po francusku, drugie pół po arabsku, początek żartu po arabsku, koniec po francusku (sama zaczęłam słuchać ichniego jednoosobowego kabaretu, Gad Elmaleh, który przeniósł się do Stanów i opowiada o swoich językowych perypetiach). Odpowiedź jest taka sama, od wszystkich. Bo my z Maroka jesteśmy, tam wszyscy tak mówią, nic nam się nie miesza, nie czujemy, że czegoś nam brakuje. Jeśli nie potrafimy powiedzieć czegoś po arabsku, to pewnie dlatego, że potrafimy to samo powiedzieć po francusku i nie czujemy się słabsi w którymś języku, mniej płynni, mniej komfortowo…Każda odpowiedź na moje pytanie zaczyna się jednak od „a bo my z Maroka, w Maroku tak wszyscy…”. I to mi utkwiło i to mi się podoba.

Staram się jak mogę żeby stosować metodę OPOL (One Parent One Language), ML@H (Minority Language at Home), czy OFOL (One Flaszka One Language), ale nie zawsze wychodzi. Właściwie zawsze nie wychodzi. Code switching wydawał mi się zawsze porażką, pójściem na skróty, poddawaniem się. Delikatnie poprawiam, parafrazuję i tłumaczę na polski. Sama się pilnuję żeby nie wkładać słówek angielskich do polskich zdań. Nie poddaje się, walczę, ale czasem nie mam siły ani czasu walczyć, tłumaczyć, objaśniać, przytaczać dziesiątki przykładów. Czasem, szczególnie kiedy dzieci są nastolatkami i z tej racji właśnie mają wszystko w tyle, ważne jest, że chcą coś powiedzieć i usłyszeć odpowiedź. A może trzeba po marokańsku, zostawić, obserwować i podziwiać. Bo moje dzieci z „mieszanej językowo rodziny przecież są, w mieszanych rodzinach tak wszyscy…”

I tak sobie myślę, wracając do początku postu, czy to nie jest tak, że my, tacy podrabiani* dwujęzyczni czujemy się bardziej w obowiązku nie mieszać języków? Czy to nie jest tak, że ja traktuję polski i angielski jako dwa odrębne narzędzia, a moje dzieci jako jedno wielkie narzędzie, taki młot na przykład, którym są w stanie rozwalić wszystko? Czy to nie jest tak, że chcę mieć porządek językowy, bo nie czuję się tak zupełnie komfortowo w żadnym w tych języków (na przykład rozmowa o metodyce albo o chorobie mojego dziecka po polsku słabo mi idzie – wszystko na ten temat czytałam po angielsku)? Czy też może nie mam racji i angażuję niepotrzebnie moją piękną rozczochraną? Pomocy!

* czujecie, że to „podrabiane” to tylko taki amatorski środek stylistyczny, nie? Nie obraziłam nikogo, co?

sprawa panamska…

DSC03544

Zebranie aż się odbyło na ten temat. Osobne na ten i tylko ten temat. Niespełna trzydziestoletnia dziewuszka postury Calineczki, z trzęsącymi się od kofeiny dłońmi, podająca się od kilka tygodni za moją szefową ogłasza, że przyjeżdżają Panamczycy. W naszej szkole nikogo z Panamy jeszcze nie było, w szkole, w której pracowało nadpobudliwe Dziecię Elfów, owszem. Postanowiła więc oświecić nas w sprawie panamskiej. I ostrzec. Państwo panamskie miało nam wysłać na naukę angielskiego połowę wielce elitarnej, szkoły katolickiej. Z tej okazji dostaliśmy pół godziny cennych wskazówek. Mieliśmy piersią własną chronić główne źródło dochodu szkoły – Saudyjczyków – bo ci, według katolickiej grupy panamskiej, mają być tutaj w celach tylko i wyłącznie terrorystycznych. Mieliśmy metodycznie omijać dyskusje o religii, różnicach w światopoglądach, poligamii i roli kobiet, czy raczej jej braku, w życiu religijnym, czy w życiu w ogóle… Wspólnym tematem, którego również mieliśmy nie poruszać jest homoseksualizm – obie religie zgodne są co do tego, że albo takowe nie istnieje, albo jest grzechem śmiertelnym. Saudyjczycy mieli mieć w głębokim tyle siostry zakonne, które miały się pojawić jako opiekunki grupy panamskiej. Mieliśmy ich w grupy nie łączyć, gadać ze sobą i tak nie będą. Panamskie, rozpuszczone modlitwą, dzieciory miały nikogo nie słuchać, nie robić zadania domowego i pluć na nauczycieli. Nie ma co skarżyć siostrom na dzieciory, bo siostry miały sobie z nimi nie radzić. Dzieci będą wybredne, nie będą jadły amerykańskiego jedzenia, będzie im zimno, nudno, będą chciały zmienić nauczyciela, książkę, szkołę i Dziecię Elfów ze stołka zrzucić. Mamy przygotować się na ciężkie cztery tygodnie, przeżyć je z jako taką godnością i wyjść choćby z pół-twarzą.

To się przygotowałam. Stoliki w grupy – azjatycką, arabską i południowoamerykańską poustawiałam. Lekcję o dobrodziejstwach jogi wywaliłam z książki. Dżon, który w książce miał iść ze Stiwem do kina został wymieniony na Suzi. Nie ma co ryzykować. W razie problemów z dyscypliną mieliśmy opracowany plan ewakuacji budynku i telefony awaryjne, przesunęłam nawet moje biurko bliżej drzwi…tak na wszelki.

W poniedziałek stawiłam się w pracy ubrana skromnie i niewyzywająco. Dostałam dwie grupy. Zaglądam cichaczem do klasy. Stoliki się pomieszały. Uczniowie z Chin, z Arabii Saudyjskiej, Maroka i świeżość panamska stoją przy wielkiej mapie i paluchami po niej dziabią. Panama nas zaskoczyła. Przysłała mi przestraszone dwunastolatki, takie krótkie jakieś, opalone na beż, pulchniutkie, do całowania. Takie moje Jaśki. Po kilku dniach okazało się, że są też ciekawi innych religii, innych kultur i wszystkiego innego są ciekawi… Za każdym razem jak mewa zadrze się za oknem, wszyscy biegną do okna i zwijają się ze śmiechu. „Pani, pani…a Maria i Diego są w sobie zakochani!! Pokażę pani”. Na zdjęciu Maria i Diego idą z autobusu jakieś cztery metry od siebie. W jednym kadrze się zmieścili więc są, rzecz jasna, zakochani. „Pani, pani…a Alejandro ma chłopaka. Oni są gejami” i leży krasnal na podłodze i nóżkami ze śmiechu kopie. Alejandro ze wstydu zaciąga czapkę na oczy. Nad nim stoją Saud i Mohammed i kiwają ze zrozumieniem głowami. W kącie siostra Ester siedzi i rozmawia z jednym z najbardziej religijnych Saudyjczyków o…czasie Present Perfect. W zazwyczaj pustym koszyczku na telefony komórkowe pod drzwiami, same panamskie ajfony szóstki, od czasu do czasu dzwoniące Dżastinem Biberem (Saudyjczykom muszę wydzierać siłą i grozić więzieniem). Rozrabiają oczywiście, ale dwunastoletnia przedmłodzież po to jest, żeby rozrabiać. Jak rozrabiają za bardzo, wystarczy wspomnieć najświętsze istnienie siostry Ester i od razu wszystkim przechodzi.

Na pierwszych zajęciach zapoznaję uczniów z zasadami szkoły, moich zajęć i takie tam. Nauczona doświadczeniem saudyjskim, ostrzegam, że jeśli ktoś wyjdzie „do ubikacji” na dłużej niż dziesięć minut, wpisuję nieobecność. Przejęły się panamskie skrzaty. Któregoś dnia, Jose wyszedł za potrzebą. Nie liczyłam na jak długo. Jestem od uczenia, nie od liczenia. Wchodzi wystraszony Jose, podchodzi do mnie i mówi: „pani…przepraszam, że tak długo byłem w ubikacji, ale wie pani…no…tego…kupę robiłem…już nie będę…”. Gracias Jose. Może jednak zrób. To niezdrowo tak kupy nie robić…

Kolorado…ponumerowane…

DSC07473

Sześć godzin w samolocie i prawie tyle samo na lotniskach, pół metra śniegu i minus piętnaście. Miasteczko Monument w Kolorado. Dwa tysiące sto dwadzieścia sześć metrów nad poziomem morza. To tak jakbym była na szczycie Kramer w Garmisch, na który wchodziłam z jęzorem po pas. I mieszkam na Kramer i oddycham. Przyznaję, że z trudem. I śpię i gotuję i jem na szczycie Kramer. Fajne uczucie.

O stanie Kolorado wiedziałam niewiele i niewiele się zmieniło, niestety. Na mapie wygląda trochę nienaturalnie. To jeden z trzech stanów, które nie mają naturalnych granic. Granice wyznaczają dane geograficzne. Dużą część stanu zajmują Góry Skaliste. My wylądowaliśmy w przedpokoju do gór. Przebrać się w buty do wspinaczki, nałożyć krem przeciwsłoneczny, wziąć aparat i w góry. Dziwne uczucie te góry. Przyzwyczajona do umieszczonego w dolinie Garmisch, wyobrażałam sobie, że tak wysokie góry jak w Kolorado odbiorą mi oddech na chwilę. Nie odebrały. Nie, że nie piękne, bo piękne, ale patrząc na amerykański Mont Blanc z wysokość amerykańskiego Zugspitze wrażenie jest inne. Oddech też inny. Krótki. Pierwszego dnia nowego roku, jak wspólnie ustalona kilka lat temu tradycja nakazuje, wybraliśmy się w góry. Piękne słońce, minus piętnaście, a my na wysokości dwóch tysięcy siedmiuset metrów. Wchodząc godzinę pod górę zatrzymaliśmy się kilkanaście razy. My z poziomu morza na wschodzie i nasi przyjaciele z poziomu morza na zachodzie kraju. Nie dawaliśmy rady. Ale jaki zaciesz na koniec.

Zaskoczyła mnie przestrzeń. Nigdy w życiu nie widziałam ( no niewiele widziałam w porównaniu z niektórymi) takiej przestrzeni. Ciągnące się w nieskończoność ziemie, pola, łąki, jakaś góra z odrąbanym wierzchołkiem po drodze, a za nią ciąg dalszy przestrzeni. Z drugiej strony góry, równe, bez alpejskich „wystrzałowych” wierzchołków, znikające gdzieś w chmurach, czy we mgle, czy nie wiem w czym, ale całkiem niekończące się. No to się wzięłam i zakochałam w tych przestrzeniach i bata nie ma, muszę wrócić latem do wersji zielonej.

Jak się mieszkało na bajecznej Bawarii, na wakacje jeździło za miedzę do Włoch i przeprowadziło do nadmorskich, przesłodkich mieścinek, trudno człowieka czymś za serce złapać. Denver próbowało dwa dni i nie złapało. Może dlatego, że Denver obserwowałam spod czapki i szalika w mocno minusowej temperaturze, może dlatego, że ciągnęliśmy za sobą siódemkę skostniałych, marudzących dzieci. Do gustu mi nie przypadło. Ale nie ma co się moim gustem sugerować, trzeba samemu zobaczyć.

Ludzi w Kolorado sześćset pięćdziesiąt tysięcy. I wszyscy przyjaźni. I gościnni, ochoczy do rozmowy, gotowi pomóc, weseli i spontaniczni. Fakt, że marihuana jest legalna w Kolorado może mieć coś z tą wszechstanową wesołością wspólnego, ale jeśli tak, to niech żyje zielarstwo! Strach w kolejce stanąć, bo się całego życia człowiek w pięć minut pozbędzie. Kocham takich ludzi!

Było nas trzy rodziny. Sześcioro dorosłych, sześcioro dzieci – czworo normalnych i dwie nastolatki. Na szczęście wielki dom. Nikt nikomu w drogę nie wchodzi, pod prysznic nie zagląda, poduszek nie podkrada. Zmywarka zmywa dwa razy dziennie. Pralka też. Dwie paczki pięciojajecznego makaronu krajanki, wiadro zupy pomidorowej, pięć paczek ruskich, dwie cebule i mamy dzień polski. Worek ryżu, koszyk awokado, pięć puszek fasoli i mamy dzień meksykański, bo przyjaciele z San Diego. Dwanaście puchowych kurtek, dwanaście par zimowych buciorów pod drzwiami. Rękawic nie liczę. Po dwudziestu odpadam. Sześć lampek wina wieczorem i sześć, dymiących kawą, kubków rano. Dwie ręce, jedno pianino i profesjonalne koncerty szopenowskie dwa razy dziennie. Gitara, ukulele i zupełnie nieprofesjonalnie rozśpiewana reszta towarzystwa. Na przywitanie nowego roku mieliśmy gości. Tak, żeby smutno nam nie było. Szesnaście osób, które jeszcze dwa lata temu wspólnie jeździło na nartach, chodziło po górach, jadło Germknoedeln z sosem waniliowym popijając Hellesem jakimś. Szesnaście osób, które dwa lata temu zostawiło góry, narty, przyjaciół i rozjechało się po całych Stanach. I tak w szesnastkę odliczyliśmy (w sześciu językach) ostatnie sekundy starego i przywitaliśmy Nowy Rok. I tylko jedno chodzi mi po głowie. Ciekawe z kim i gdzie za rok…

DSC07504

 

DSC07469

 

DSC07481

 

IMG_5424

 

DSC07489

 

IMG_5448

 

DSC07533

 

FullSizeRender

 

IMG_1920

 

DSC07508

 

IMG_5465

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Lecim…

DSC07456

 

W świąteczny poranek, kiedy wszystkie amerykańskie dzieci rozpakowują prezenty, ja pakuję. Szczoteczki do zębów, walonki, i uszanek sztuk cztery. Pies dwa razy przeżegnany, wysłany na służbę. Lecimy do Kolorado. Na dwa razy. Jakby poskładać te dwa loty i dodać czekanie na lotniskach, doleciałabym do Warszawy i jeszcze na Żoliborz bym się dotłukła. Autobusem. Z przesiadką. Ale nic, nie przeżyję kolejnych czteroosobowych świąt. Wątroba nie ta.

Lotnisko w Providence jest bardzo swojskie! Wygląda tak, jakby mieszkańcy Rhode Island wybudowali je dla siebie. Obsługa zna się z kościoła, z plaży, ze sklepu spożywczego. Pasażerów jak na lekarstwo. A jak są, to swoi. To i pogadać można, postać przy schodach, odwiedzić koleżankę w okienku innych linii lotniczych, pobawić się z psem policyjnym. A niech się tylko pasażer zjawi. Czerwony dywan, honory, pokłony i dozgonna wdzięczność. Przejście przez kontrolę bezpieczeństwa to jak gra wstępna. Lekkie rozbieranko bez pośpiechu, bez nacisku. Lekkie dotykanko, nieszybko, subtelnie, w niebieskich, gumowych rękawiczkach.

A co tam pani wiezie w tym dziwnie zapakowanym pudełku?

(Dzieci kilka godzin wcześniej: „Mamo, tylko nie mów po polsku na lotnisku, że masz tam BOMBKĘ ze wzorkiem łowickim, aresztują nas.”)

A nic takiego, proszę pana, szklany prezent dla przyjaciółki.

A to się przyjaciółka ucieszy, to wesołych pani i pani przyjaciółce życzymy.

Samolot się zgubił gdzieś w waszyngtońskiej mgle i się spóźnił. Całe trzy godziny. Ale jakież to były miłe trzy godziny. Spacery po pustym lotnisku, pozdrowienia i życzenia wesołych świąt z każdego kąta, wizyty w pustych i lśniących toaletach, trzy dobre kawy i drugie śniadanie. Jajecznica miód-malina. W Waszyngtonie luksusów jakby mniej. Na obiad wypiłam przepyszne piwo ze świątecznymi przyprawami, kupiłam dwie gazety i udaję, że czytam. A okiem ciekawskim obserwuję. Amerykanie gromadzą się przy stacjach ładowanie telefonów. I co ciekawe jest, zostawiają swoje urządzenia na stoliczkach i pilnują ich stojąc wokół. I rozmawiają. Tak normalnie, jak ludzie. Jak ludzie bez telefonów. Niektórzy w piżamach. I w kapciach góralskich. Niektórzy gotowi na stok, w butach snowboardowych. Jedna mama zapomniała Chodakowską rano zrobić i z dziećmi pajacyki ćwiczy. W przejściu. Niektórzy w czapkach Mikołaja, kostiumach elfów, czy sukienkach sowieckich śnieżynek. Wszyscy uśmiechnięci, składają sobie życzenia, ustępują miejsca, podnoszą upuszczone bagaże. Lotniska to jedno z moich ulubionych miejsc, a w święta jeszcze bardziej…

Nadchodzi czas pakowania się na pokład samolotu. A tutaj zagwozdka jakaś. Pasażerowie podzieleni na tajemnicze grupy. My – grupa numer cztery. Myślę sobie, że pewnikiem Amerykanie przeszli szkolenie Lufthansy w temacie szybszego pakowania pasażerów na pokład. Podzielili ludzi na grupy, od końca samolotu żeby się nie przepychać i sprawnie zasiadać. Każdy na karcie pokładowej, wielkimi cyframi, ma napisane do jakiej grupy należy. Osobne kolejeczki dla każdej grupy. Pięknie. Logicznie. Po niemiecku. Pudło. Okazuje się bowiem, że nie wiadomo skąd te grupy, bo nie według miejsca usiadku. Tak więc przeciskać się trzeba, nawiązać bliski i nie zawsze przyjemny kontakt fizyczny z pasażerami. Ktoś przebąknął, że trzeba było dodatkowo dopłacić żeby wcześniej wejść na pokład. No nie mogę w to uwierzyć. Kto chciałby zapłacić za to żeby wejść wcześniej do samolotu mimo, że samolot wcześnie nie odleci i mimo, że ma się wyznaczone miejsce. Bujdy chyba. A jeśli to prawda, to wiem dlaczego my byliśmy w grupie czwartej.

Ale to nie popsuło mi lot. Brak słuchawek popsuł. Siedziała przede mną jakaś nawalona redbulem matka z sześciolatką. Miała ze sobą wydrukowaną Brytannikę w formie pytań i przez cały lot przepytywała swoje dziecko z tej Brytanniki. Głośno. Za głośno. A jaki stan zaczyna się na A, ma trzy sylaby, najmniejszy przyrost naturalny, kuraka w godle i sąsiaduje ze stanem na Ce? Sześciolatka zgodnie ze swoimi zainteresowaniami odpowiada „jednorożec”! Na każde pytanie. Próbuję czytać. Czytam właśnie artykuł o powodach nadmiernego zbierania się tkanki tłuszczowej na brzuchu. W artykule piszą, że przyczyną jest stres, szczególnie jeśli chodzi o tłuszcz żeński. A ja tu siedzę i bez mojej zgody stresuję się durnej baby gadaniem i czuję wręcz jak, z każda minutą, tłuszcz się namnaża. A lot czterogodzinny. Nie wytoczę się. Na drogę powrotną kupię słuchawki.

A w Kolorado czekał na nas śnieg, minus piętnaście, kominek, pierniki i dobre towarzystwo…

Do Siego…

DSC07351

Wszystkim, którzy tutaj zaglądają i zastają peerelowskie pustki, przekazuję świąteczne obiecanki cacanki, że w Nowym Roku będzie lepiej. Słownik synonimów na pamięć wciągnę, interpunkcji się nauczę i pożyję może trochę ciekawiej żeby pisać było o czym. Taki mój plan…

A z okazji świąt i nadchodzącego świeżutkiego, czyściuchnego, i nieskalanego jeszcze wydarzeniami roku życzę każdemu tego, czego mu potrzeba. Potrzeba zdrowia komu, życzę zdrowia zatem, lekarzy z powołania i leków za bezcen. Kto marzy o miłości wielkiej, niech mu się zdarzy, niech przyjdzie, przyleci, przypłynie i na zawsze zostanie. Dzieci kto chce, sprawnego układu rozrodczego. Kto podróżować ma ochotę, długiego urlopu i wygranej w totka. Komu świętego spokoju potrzeba, temu życzę najświętszego…

Wesołych Świąt!

Aniukowe

I zagramy wam, może nie bardzo świątecznie, ale muzycznie to my za zawsze jakoś kulawo…

Kalendarz po polsku

Dzisiaj językowo…

Zauważyłam to już u innych dwujęzycznych dzieci, które z polskim dają sobie świetnie radę, mówią płynnie, znają gramatykę i słownictwa mają co niemiara. Dochodzimy do miesięcy i schody…Coś jest w tych polskich miesiącach, że trudno do głowy wchodzą. Próbowałam na różne sposoby, a efekty raczej marne! Przy okazji obiadu jakiegoś czy śniadania, Kasia, niczym Pomysłowy Dobromir, wykrzyknęła, że wie skąd „listopad” ma swoją nazwę. No i zaczęła wymyślać swoje własne etymologiczne historyjki do nazw miesięcy. Pomyślałam, że może to pomoże im zapamiętać nazwy miesięcy. No i tak powstało kolejne zadanie domowe. Janek ma jeszcze problem (czy może powinnam powiedzieć JUŻ ma problem) z dniami tygodnia, więc po tym jak pomógł Kasi w miesiącach, miał za zadanie zastanowić się skąd pochodzą nazwy dni tygodnia. Janek – chłopak nieskomplikowany jest i wyszło tak:

 

DSC07242

Kasi miesiące wyszły tak:

DSC07241

DSC07240

Do czego się przyzwyczaiłam…

DSC06816

Wpis ten powstał w ramach październikowego projektu klubowego… 

Pewnie przyzwyczajenie to nie jest kwestia wyboru czy decyzji – się przyzwyczaję i już – ale obrałam właśnie taką taktykę w sprawach przyzwyczajania się do rzeczy, których zmienić nie mogę. Przyzwyczajam się i już! Pamiętam jak czternaście lat temu, po przeprowadzce do Niemiec, dostawałam szału, że nie mogłam jak wszyscy normalni ludzie, w niedzielę, po mszy, wpaść do Tesco i spędzić tam reszty dnia. Wszystko zamknięte. To się przyzwyczaiłam i robiłam zakupy w sobotę, a w niedzielę szłam na spacer z dziećmi. Do tego, że mimo jako takiej znajomości niemieckiego, nie rozumiem ani słowa w narzeczu bawarskim, też się szybko przyzwyczaiłam. Uśmiech, kiwanie głową, wiarygodne „ja, ja…” i ignorowanie konsekwencji wynikających z niezrozumianej rozmowy. I jak się już do wszystkiego w Niemczech przyzwyczaiłam, przenieśliśmy się do Stanów.

Nie napiszę o przyzwyczajaniu się do śmieciowego, szybkiego jedzenia, styropianowego chleba, zbyt gazowanej wody, opasłych dzieci przed telewizorem i jeżdżenia samochodem do sąsiadki po drugiej stronie ulicy. Pewnie mieszkam w jakiejś lepszej Ameryce, bo mogę rowerem do sklepu, zdrowe i powolne jedzenie znajduję bez problemu, chleb upieczony w prawdziwej piekarni mogę dostać na co dzień, większość moich znajomych uprawia sport bardziej intensywnie niż ja (sprawę ułatwia im fakt, że nic nie uprawiam) a pozaszkolne zajęcia sportowe dla dzieci przerosły moje wszelkie oczekiwania. Taka Polska na przykład, musiałaby się sporo uczyć.

W ciągu ostatniego roku (i czternastu poprzednich mieszkając w małej Ameryce w Niemczech) przyzwyczaiłam się do kilku innych rzeczy…

Przyzwyczaiłam się do nadwiedzy amerykańskiej. Na początku byłam zdumiona, że nieustannie przebywam w towarzystwie wykształconych erudytów, którzy, jak z rękawa sypią szerokim obeznaniem na każdy temat. Z czasem okazywało się, że ktoś, kto dawał mi rady w temacie choroby Crohna mojego dziecka, jest jedynie kuzynem brata koleżanki z klasy, która zmarła w wieku dziewięćdziesięciu pięciu lat na Crohna zapewne, bo nie ze starości przecie. Sprzedający mi narty młodzieniec zachwala opisowo możliwości skrętu nart na różnych podłożach śnieżnych, a spytany, bezwstydnie przyznaje, że na nartach jeździ dwa razy w roku od jakichś trzech lat, w porywach, od czterech. Znajoma daje mi rady w temacie utrzymania dyscypliny w klasie, a przy kawie opowiada ochoczo o grupie wsparcia, do której uczęszcza. Grupa wsparcia dla rodziców z problemami utrzymania dyscypliny w wychowaniu dzieci. Przyzwyczaiłam się, dzielę każdą wypowiedź na pół i potakuję i się uśmiecham.

Przyzwyczaiłam się do amerykańskiej nadinterpretacji pozytywnego wzmacniania dzieci, nagradzania za oddychanie, przebieranie nogami w celu przemieszczania się czy reagowanie na własne imię. Nagrody za chodzenie do szkoły, za minimalny wysiłek umysłowy czy fizyczny, puchar za prawidłowe zapięcie butów narciarskich, wyróżnienie za zjedzone warzywa, laur za wyszorowane zęby i trofeum za zadanie domowe. Dla zbalansowania podkreślam błędy czerwonym długopisem, uświadamiam, że zęby nie moje i nie mnie boleć będzie jak się zepsują, że nauka to przywilej i że dopóki pod moim dachem są, pokój ma być posprzątany, zadanie domowe odrobione, a na nartach, na rowerze, w piłkę czy na łódce to dla zdrowia. Nie mojego wszakże.

Przyzwyczaiłam się też do pozornej chęci zawieranie bliższej znajomości. Jak powiesz Polakowi, że musimy się koniecznie zdzwonić, to szanse są spore, że w weekend spotkamy się na grillu. Amerykańskie „we HAVE to get together SOON” (że niby musimy się wkrótce spotkać) oznacza tylko tyle, że nie jesteś zupełnie obojętny rozmówcy, że może i on chciałby się spotkać, ale nie uczyni żadnego kroku w tę stronę, żadnego wysiłku, żadnego starania. I szanse, że spotkacie się w tym stuleciu są raczej marne. No chyba, że ma interes. Więc w zależności jak bardzo mi się chce spotkać z osobnikiem, albo nalegam na podanie przybliżonego roku spotkania, albo nie…

Przyzwyczaiłam się też do miłej obsługi w miejscach niemiłego przebywania. W bankach, urzędach, poczekalniach, kolejkach. To przyszło mi najtrudniej. Wychowana w rzeczywistości chłodno niemieckiej, czy też pasywno-agresywnej polskiej, nie mogłam sobie wyobrazić innych reakcji ludzi siedzących w małych, ciasnych pomieszczeniach, na niewygodnych, tanich krzesłach, przy zbyt niskich okienkach, otoczonych niezliczoną ilością szeleszczącego papieru i bombardowanych niezliczonymi pytaniami niedoinformowanych petentów. Jakaż inna może być reakcja niż irytacja czy rozdrażnienie? Nie wyobrażałam sobie, że można inaczej. Z niepokojem wchodziłam na pocztę bojąc się, że przypadkiem przekroczę żółty pas dyskrecji i Frau Wolf z okienka zmrozi mnie wzrokiem, czy też nie będę znała kodu pocztowego miasteczka na Wyspach Owczych i pani Krystyna wpadnie w uzasadniony szał. Ostatnio spędziłam kilka godzin w wydziale komunikacji. Wielu się ze mną zgodzi, że to jedno z najbardziej niebezpiecznych, po ZUSie, miejsc urzędowych. Pomyślałam, że to ostatnia szansa dla urzędników amerykańskich żeby pokazać mi, że są ludźmi z krwi, kości i zwojów nerwowych. I nie udało się. Nie pokazali. Poczułam się taka przyzwyczajona, taka zrelaksowana, straciłam czujność i zadzwoniłam do polskiego konsulatu. Błąd, żeby tak po miłej wizycie w amerykańskich urzędzie dzwonić do, jakby nie było, naszego urzędu. W dwa zdania mnie do pionu postawiono. Będzie się kiedyś do czego przyzwyczajać!

 

 

Wczoraj o rzeczach, do których nie może się przyzwyczaić pisała Gosia z Irlandii, jutro poczytajcie co Kaczkę w kuper uwiera. Zapraszamy!

Jesienny projekt dedykujemy akcji „AUTOSTOPEM DLA HOSPICJUM” – Przemek Skokowski wyruszył autostopem z Gdańska na Antarktydę, by zebrać 100 tys. zł. na Fundusz Dzieci Osieroconych oraz na rzecz dzieci z Domowego Hospicjum dla dzieci im. ks. E. Dutkiewicza SAC w Gdańsku. Na chwilę obecną brakuje 32 tys. Jeśli podoba Ci się nasz projekt, bardzo prosimy o wsparcie akcji dowolną kwotą.

Więcej info: https://www.siepomaga.pl/r/autostopemdlahospicjum

 

Kto szczęśliwy jest…

DSC07057

Totalnie subiektywny wpis, generalizujący i niesprawiedliwie oceniający, stereotypowy do granic możliwości. Wszystkie postaci są prawdziwe, sytuacje opisywane się zdarzyły, a doświadczenia osobiste i autentyczne… wolnoć Anko na swoim blogu…

Czy lepszy jest wiecznie marudzący i narzekający Polak, czy szczęśliwy Amerykanin z przerośniętym ego? Zależy gdzie. W łóżku pewnie ten drugi, szczególnie jeśli przerośnięty. W banku, na poczcie i w urzędach wszelakich tym najbardziej ten drugi. Mało mnie obchodzi, że Polakowi, czy Polce za ladą, czy biurkiem w małżeństwie się nie układa, na wakacje nie starcza, czy teściowa się właśnie wprowadziła. Kocham amerykańskie powierzchowne szczęście w miejscach użyteczności publicznej. Gęby roześmiane od ucha do ucha, pozdrowienia wykrzykiwane od drzwi, subtelny i nieszczery komplement pod adresem kiczowatej torebki, czy denerwującego ich w głębi ucha akcentu. Uwielbiam szczerze brzmiącą chęć pomocy, altruistyczne, wydawać by się mogło, porady i z głębi duszy wyrażaną nadzieję na kolejne spotkanie. Nawet na pogotowiu. Całej Europie by się przydał taki amerykański kursik obsługi klienta. Ja nie o tym…

Ci Amerykanie, o których wyżej zabierają to syntetyczne zadowolenie zza biurek i taszczą ze sobą na przerwę na lunch, na spotkanie z ludźmi, których nazywają swoimi przyjaciółmi, do knajpy na szczere, babskie spotkania, na pogaduchy sąsiedzkie. Nawet nasi bliscy znajomi w, wydawać by się mogło, szczerych rozmowach, twierdzą, że osiągnęli najwyższy poziom szczęścia. Kochają swoją pracę, mimo, że ją właśnie stracili, uwielbiają swojego szefa, mimo, że wszyscy wiemy, że na każdym szefie można choćby jednego psa powiesić. Są zdrowi, mimo, że walczą z nowotworem, a amerykańska opieka medyczna jeszcze im ze dwa dołoży zanim odejdą w spokoju. Mają najmądrzejsze dzieci, z najlepszymi wynikami w szkole, odbierające w każdą sobotę plastikowe puchary za udział i zwycięstwo ma się rozumieć, w pięciu sportach na raz. Byli na najlepszych w życiu wakacjach (co roku najlepszych w życiu ma się rozumieć) mimo, że lało przez cały tydzień i wszystkie muzea były zamknięte. Spędzili najcudowniejsze i niezwykle wartościowe sześć godzin w samochodzie z dwójką małych dzieci. I komu taka ściema? Dobrze wiem, że sześć godzin w samochodzie z unieruchomionymi maluchami to koszmar najgorszy. No chyba, że się dzieci zahipnotyzuje techniką albo nakarmi aviomarinem. Megalomańskie zachwyty nad swoimi osiągnięciami, czy to na siłowni, na basenie, czy przy garach. Nigdy żadnej porażki, żadnej obsuwy, zmęczenia, poddania się, tymczasowej zlewki. Niby to taka strategia radzenia sobie, że skupianie się tylko na pozytywach pomaga przetrwać słabsze chwile. Nie jestem tego taka pewna. Statystyki dotyczące zażywania leków antydepresyjnych oraz ilości i różnorodności terapii pomagających przetrwać kolejny dzień nie potwierdzają teorii o narodowych hurraoptymizmie. Wolę przyjaciółkę, co mi się w słuchawkę, czy w email wyryczy, że życie ją czasem przerasta, pieniędzy i ochoty na wszystko brak, dzieci z klasy do klasy nie przechodzą i cycki sflaczały.

Siedziałam któregoś dnia w nieskazitelnie czystym i udekorowanym przedwcześnie jesiennie, spłaconym w dniu zakupu domu, przy równo palącym się kominku, z lampką dobrego wina. Słuchałam przez kilka godzin o szczęściu, osiągnięciach w pracy i w rozwoju osobistym, o duchowej harmonii, urozmaiconej diecie, świetlanej przyszłości dzieci i znaczeniu życia w szczerości, wiarygodności i w prawdzie z samym sobą… I przypomniał mi się pewien, bardzo podobny wieczór w skromnym mieszkaniu w Garmisch, kiedy to z powodu przedłużonej rozmowy połamane zostało dziecięce krzesełko żeby dołożyć do kominka, przy butelce domowej pigwówki marudząc, narzekając i pocieszając się nawzajem. Gospodarzami, szczerzy, autentyczni, nieudawani Polacy. I wtedy wróciłam do domu o wiele szczęśliwsza…I tak wolę…

 

 

Cape Cod

DSC07139

 

The other day I was writing a short blog post in English, sort of an introduction to my photo story from yet another New England day trip. It went more or less like this: “So it happened…I fell in love with New England, warming up to the whole country too. Maybe it’s not such a bad idea to stay here for a while…” Then the Oregon shooting happened last night. The beaches got a little bit less appealing, the people a bit less friendly, cozy towns less quaint, less safe… I work at the university campus. It could just as easily have been my students, my colleagues, my kids… anyway, with that cautionary comment aside and tainting my opinion of this country, I have a new favorite place – Cape Cod…

Przedwczoraj napisałam taki oto wstępik do sfotografowanej, kolejnej wycieczki po Nowej Anglii: “Zakochałam się w Nowej Anglii, coraz bliżej mi sercem do całego kraju. Łazi mi po głowie, że może by tu zostać na chwilę jeszcze…” A potem strzelanina na uczelni w Oregon… I plaże się zrobiły jakoś mniej piękne, ludzie mniej przyjaźni, przytulne, kolonialne miasteczka mniej przytulne, mniej bezpieczne… Pracuję na uczelni. To mogli być moi uczniowie, moi współpracownicy, w przyszłości moje dzieci…No cóż, na bok ostrzeżenia i niepochlebne opinie o kraju, w którym mieszkam…moje nowe ulubione – Cape Cod…

DSC07132

DSC07176

DSC07116

DSC07165

DSC07118

IMG_4878

DSC07161

DSC07129

DSC07157

DSC07125

DSC07175

DSC07133

DSC07178

DSC07138

DSC07180

DSC07141

DSC07163

DSC07057

DSC07134

DSC07185

DSC07184

I finally bought a Patriots t-shirt! Such a New Englander :-)!

I wreszcie kupiłam koszulkę Patriotów (naszej lokalnej drużyny futbolu amerykańskiego).

FullSizeRender

Jak ja kocham lato tutaj…

IMG_4508

Lato w Alpach rozpoczynało się na początku czerwca i kończyło również na początku czerwca. Ledwo człowiek zdążył ze schowków, pawlaczy i piwnic poprzynosić krótkie gatki i czapki z daszkiem, a już zaczynało padać. Krem przeciwsłoneczny opłacało się kupować tylko na spółkę z trzema wielodzietnymi rodzinami. Ci bardziej cierpliwy, albo bez środków, którzy spędzali lato w górach, zostali od czasu do czasu znienacka zaskoczeni jednym słonecznym półdniem. Ale zanim wygrzebali się spod koców i znaleźli okulary słoneczne mające ochronić przyzwyczajone do szarości i półmroku oczy, słońce zachodziło i mgła zasnuwała dolinę. Szczęśliwie, położenie Garmisch pozwalało zmarzniętym, przykurczonym ciałom ogrzać się po trzech godzinach jazdy na południe pod włoskim, nieprzerwanie słonecznym niebem. Taki hyc za miedzę! Choćby na kilka godzin, na kilka promieni. I tylko tak dało się przeżyć alpejskie lato.

Lato w Rhode Island jest nie do przebicia! Jak się zaczęło, skończyć się nie może. Deszcz, żeby czasem zbytnio nie pomieszać nikomu szyków, pada w nocy. Cicho, przelotnie i nie rzucając się nikomu ani w oczy, ani w uszy. Słońce do obrzydzenia wstaje codziennie rano, o tej samej porze i zachodzi posłusznie za tym samym dachem o porze jak najbardziej odpowiedniej. Nie trzeba się zastanawiać nad planami „a co jak będzie padać” na weekend. Nie będzie. Będzie pięknie, ciepło i słonecznie. Nie trzeba się zastanawiać, czy czasem nie będzie dzieciom chłodno o siódmej rano na przystanku autobusowym do szkoły. Nie będzie. Kiedyś w radio ogłosili, że może zdarzyć się burza w ciągu dnia. Publika się widać na tę wiadomość oburzyła, przesłała zażalenie i burzy nie było. Na wszelki wypadek kupiłam parasol. Od czerwca leży w samochodzie, jeszcze z ceną. Witamina D wyłazi wszystkim uszami, dzieci z przerośniętymi błonami pławnymi, wypasione rosnącymi na łeb na szyję pomidorami z ogródka. Na kremy ochronne mam abonament, a dzieci i tak jakby trochę przysmażone. Duża wilgotności powietrza spowodowała zmianę stanu skupienia moich włosów. Są znacznie bardziej skupione. Włosy jak na studniówce, po wałkach i piankach. I uwielbiam, bo wstaję, biorę prysznic i są jak wiatrem czesane.

Nie lubię w Stanach tego, że wszystko jest ponaglane, skrócone, w pośpiechu, czy w proszku. Szybki lunch, krótka wiadomość, pośpieszna rozmowa telefoniczna, pięciominutowa wizyta sąsiadki, kawa na stojąco, jajka w kartoniku. Ale latem wszystko zwalnia trochę. Duszne powietrze wydaje się spowalniać wskazówki zegarów. A to jeden z drugim zatrzyma się na chwilę, porozmawia nieco dłużej, piwo wolniej wypije, motyla poobserwuje. Na plaży już w ogóle czas jakby płynął inaczej. Nikt się nie śpieszy, nie spogląda na zegarek. Nikomu nie przeszkadza, że piasek w majtkach i w kanapce. Nikt się nie żali, że parasol porwany przez wiatr o mało nie wbił się w opalające się ciało sąsiadki, że mewa ukradła przekąskę, a haczyk łowiącego ryby amatora wbił się w piętę dziecka. Uwielbiam też dojrzałe, egzotyczne owoce, najpyszniejszą na świecie kukurydzę i moją ulubioną zupę z tutejszych małży. Wszystko powoli z lampką białego, schłodzonego wina.

Z psem lato jest jeszcze bardziej ciekawe. Codziennie chodzę do parku, gdzie wolno, bez smyczy biegają psy, w porywach do dwudziestu sztuk. Mój pies szuka zajęcy i innych poruszających się z szybkością światła zwierząt, a ja szukam psa. W krzakach, w bagnisku, pod mostami. I uczę się, że nie muszę, że pies przychodzi do mnie za każdym razem.. Ale z psim szukaniem jest tak, że jak tak szuka to w końcu coś znajdzie. W naszym ogródku mieszka skunks Teodor. Widzieliśmy go już kilka razy, on nas też, ale szanujemy swoją przestrzeń osobistą i koegzystujemy. Mój pies nie poszanował przestrzeni Teodora i dostał w twarz. Tak więc piękną letnią noc spędziliśmy na polewaniu psa sosem pomidorowym. Sześć puszek pomidorów. A potem jeszcze cztery razy szamponem o zapachu migdałów i wanilii. Teodor nie dał się wykurzyć z ogródka, ale pies trzyma się od niego z daleka.

Wieczorne ogniska z pieczeniem pianek, cotygodniowe koncerty w parku, jedzenie z objazdowych samochodów, rower i sałatka z ogródka na lunch, odgłos latarni morskiej i maleńkie łódki kołyszące się na brzegu naszej miejskiej przystani. Takie lato uwielbiam…

Tak jak w Garmisch nie mogłam się doczekać zimy, tak dzisiejszy widok kilku liści na trawniku zasmucił mnie bardzo. Do następnego lata jeszcze tyle czasu…

FullSizeRender

A tak czasami kończą się letnie wieczory. To czarne to pachnąca migdałami i wanilią Izzy.