I jeszcze raz „rok temu”…

DSC06001

Nie wiem, czy to niemieckie powiedzenie, czy tylko w Niemczech usłyszane, że nowe miejsce można nazwać domem jak się przemieszkało w nim wszystkie pory roku. No i nadejszła ta wiekopomna chwila i dla mnie. Przemieszkałam. Odchodzące lato, piękną, ognistą jesień, najzimniejszą z zimnych zimę, spóźnialską wiosnę i znów lato, piękne, gorące, z piaskiem we włosach, solą z oceanu na skórze i najpiękniejszą opalenizną w życiu. Rok temu dzisiaj właśnie dojechaliśmy do Rhode Island. Rok temu wysiedliśmy z samochodu do takiego widoku. Zapach ryb, zielska pływającego tuż pod powierzchnią wody. Odgłos lekkich fal chlapiących o pomosty, które niebezpiecznie kołysały się pod moimi stopami. Duszny i ciężki wiatr przynosił z okolicy nowe zapachy. Zapach słonej wody zmieszany ze smażonym krabem z pobliskiej restauracji. Krzyki mew mieszały się z cichą gitarą siedzącego na pomoście muzyka-wędrowcy. I po roku jest tak samo. Krzyki mew mieszają się ze smażonymi krabami, a wędrowny muzyk cuchnie rybami…Rozpoczynamy kolejny rok w Rhode Island. Najprawdopodobniej ostatni po tej stronie oceanu. Sama jestem ciekawa mojego wpisu za rok. O czym będzie i skąd? Nie mogę się doczekać.

Na razie jednak, wspomnienia. Dzisiaj zapraszam na nasz pierwszy rok w Stanach w obiektywie. Różnym obiektywie. I ustawki z dobrym aparatem i szybkie zdjęcia telefonem. I jak to ze zdjęciami – złodziejami dusz – za każdym stoi historia, emocje i…fotograf.

IMG_2064

Pierwsze zdjęcie po wyjściu z samochodu w East Greenwich, Rhode Island. To trochę jak z pierwszymi zdjęciami imigrantów na Ellis Island. Za sto lat to zdjęcie wisiało będzie na ścianie w pokoju moich prawnuków. 

DSC05566

Nasz historyczny dom, o którym tutaj. Czasem nienawidzę, czasem uwielbiam, ale na pewno nigdy nie zapomnę.

DSC05465

DSC05463

Pierwszy dzień szkoły. Nowy kraj, nowa szkoła, nowe twarze. Nie zazdrościłam dzieciom. Na początku Jankowi nie było łatwo, ale dał radę. Kaśka poszła jak po swoje…bez buta!

IMG_4153

Tak wyglądają plaże we wrześniu. Pięknie i pusto. Siedzę i pieję ze szczęścia. Za każdym razem. Ocean ma coś w sobie, czego nic innego w sobie nie ma…

IMG_2551

IMG_2547

Cała Nowa Anglia się tym chwali. Najpiękniejsza jesień w Stanach. Się zgadzam. I nie mogę doczekać się kolejnej. 

DSC05630

Potrzebowałam gór, spaceru z zadyszką, widoku, przestrzeni… Znaleźliśmy. Nie Alpy, ale oczy i dusza nakarmione. Nie do syta, ale nie burczy.

DSC05778

Macierzyńska dygresja…Ponieważ na początku mają tylko siebie, zaprzyjaźnili się. Nastolatka ze stworzeniem młodszym, i do tego bratem jeszcze – nie do pomyślenia w innych okolicznościach. 

DSCF9067

IMG_4585

Mam pracę. Cudowną. Podoba mi się wszystko i podobać się nie przestaje. Wstaję o 5.30 (ok, po trzech budzikach, o 5.45) i jestem w domu o 17.00, dzieci o chlebie i wodzie, psu nawet chleba pożałowali, wodę chlipie. Ale pracy nie oddam. Nikomu. Za nic w świecie!

IMG_3081

Pierwsze Boże Narodzenie w Stanach. Bez rodziny, bez przyjaciół, bez śniegu…Nigdy więcej!

DSC06012

W Stanach trochę śniegu oznacza paraliż narodowy! Miasto duchów z zakazem wychodzenia, wyjeżdżania, głębszego oddychania zimnym powietrzem. To również oznacza całodzienne siedzenie przed telewizorem, pod kocem, z malinową herbatą i domowej roboty ciastkami. Może być!

IMG_3418

Narty! Szczęście ponad wszystko! Może trochę za daleko, za drogo, za nisko, ale, przede wszystkim, za zimo! Maaatko, jak zimno!!!

IMG_3551

Nasz pierwszy pies. Chyba wtedy zakochałam na umór w idei czworonogiego towarzysza domowego. Musieliśmy oddać Laney po trzech tygodniach – pogryzła dwunogich towarzyszy. Myślałam, że pęknie mi serce.

DSC06319

Na wiosnę czekaliśmy długo. Za długo. Z wiosną przyszedł nowy rower, nowe miejsca, nowe ścieżki. A także kontuzja ramienia i kilka granatowych guzów na nogach. Guzy znikają, amputację ramienia odłożono na później, a ja głupia dalej bez kasku.

DSC06798

Ogródek jakby na złość wynagradza moje ogródka ignorowanie a to pomidorem, a to ziołem wonnym, a to najpiękniejszymi na świecie piwoniami. 

IMG_3599

Dzieci wzięły się za sport. Nowy, dziwny. Lacrosse. W kasku i ochraniaczach i siatką jakby na motyle. Pięć razy w tygodniu po dwie godziny. Nie ma zlituj! 

IMG_3989

Trochę niespodziewanie odwiedziła mnie mama. Przesadziła pomidory w bardziej nasłonecznione miejsce, wyprasowała prześcieradła z gumką, zrobiła kluski śląskie, zupę pomidorową i pojechała do domu. Kiedy opowiadam jej teraz przez telefon o zgubionej skarpecie, mama pyta: „a w tej szufladzie na górze sprawdziłaś?”. Uwielbiam, że zna mój dom, ulicę i wie gdzie zgubione skarpety mogą się poniewierać.

IMG_4508

IMG_4500

Znaleźliśmy plażę, na której nie ma ludzi…o siódmej rano. Moje ukochane śniadania na plaży. Cisza, pustki, kawa i ciasto drożdżowe. Chcę każdy taki weekend do końca życia!

IMG_4201

Koniec roku szkolnego. Przeżyli. Nabrali pewności siebie (w końcu w kraju najbardziej pewnych siebie jesteśmy) i wtopili się w społeczeństwo. Dokładnie w moje czterdzieste pierwsze urodziny  odebrałam ze szkoły świeżo upieczonego gimnazjalistę i uczennicę drugiej klasy liceum. Na ciacho poszliśmy!

IMG_4272

DSC06874

Długo wyczekiwana, przez dzieci szczególnie, wizyta przyjaciół z Garmisch. Z wielu powodów to była bardzo ważna wizyta, ale przede wszystkim pokazaliśmy dzieciom, a dzieci nam, że przyjaźń nie znika, nie wietrzeje i że jak się bardzo czegoś chce, to się da!

IMG_4155

Nie poddaję się. Walczę. Polski podaję łyżkami, z posypką i z polewą czekoladową. Żeby tylko połknęli. Czasami oblizują się i cmokają z zachwytu, a czasami krztuszą się i kaszlą. Nie popuszczam. Jeszcze nie.

IMG_4538

Narty w piwnicy, buty do wspinaczki po górach za małe więc się za żeglarstwo zabrał. Opalony, podtopiony razy kilka, z wysypką na tyłku od mokrych majtek, ale przeszczęśliwy! Mam żeglarza w domu. Ja, ta co pływać nie umie. 

IMG_4582

IMG_4567

Od kliku tygodni mamy psa. Rozważna i romantyczna panna Izabella (Izzy). Dostojna sześciolatka. Lubi się wylegiwać w ogródku, z piwkiem ma się rozumieć, uwielbia ludzi, psy i koty. Te ostatnie głównie jeść. Nie lubi deszczu i brudnych łap. Już ją uwielbiamy, a będzie jeszcze gorzej!

 

Z historyczną wizytą w Plymouth

DSC06994

W poniedziałek sprawdzili przybrzeżne wody i doszli do wniosku, że dobre są i zeszli na ląd i zobaczyli pola kukurydzy i małe strumienie i zdecydowali, że miejsce to będzie dobre na siedlisko. Wydawało się, że to było najlepsze miejsce jakie mogli znaleźć, a sytuacja w jakiej się znaleźli zmusiła ich do zaakceptowania takiej decyzji […] 15 grudnia rzucili kotwicę przy owym miejscu […]”*. I tak oto brytyjscy osadnicy znaleźli się w na ziemi amerykańskiej, w Plymouth, w 1620 roku.

Pojechaliśmy zobaczyć. Skansen, replika wioski brytyjskich osadników, nie powalił nas, ale pewnie dlatego, że co w Stanach najstarsze, w Europie ledwie na początku historycznej menopauzy. Fajne było to, że można było na osadniczym krześle usiąść, poduchy z osadniczego łóżka przetrzepać, patykiem w rozpalonym ognisku pogrzebać i z ludźmi z epoki porozmawiać. A w role osadników aktorzy weszli bardzo rzetelnie. Nie dali się zwieść pytaniom turystów o pochodzenie podejrzanie nie amerykańskiego akcentu i o gaże aktorskie. Po krótkiej rozmowie przy palenisku, czy przy płocie, zabierali się za pielenie grządek, dojenie kóz i cerowanie skarpet.

 

DSC07017

 

DSC07024

 

 

 

DSC07020

 

 

Ciekawszą częścią skansenu była rekonstrukcja wioski indiańskiej plemienia Wampanoag. Plemię to zamieszkiwało tereny Nowej Anglii. Na początku stosunki z przybyłymi Anglikami układały się poprawnie. Po pewnym czasie jednak się Indianie połapali, że Anglicy chcą ich z ziemi wykopać i zaczęli się awanturować. No i tak się awanturowali, że o mało ich wszystkich nie wybito. Zwiali na pobliskie wyspy. Mnie najbardziej podobało się to, że panowie-opowiadacze w skansenie nie byli aktorami. To potomkowie Indian z plemienia Wampanoag, dla których strojenie się w skórzane majtki, malowanie twarzy i opowiadanie o historii plemienia to nie tylko sposób na życie, ale również część ich historii i kultury. Opowiadają o sobie, o swojej historii, o przodkach, o rodzinie. Jeden z nich pochwalił się, że za rok otwarta zostanie pierwsza szkoła podstawowa dla dzieci z plemienia Wampanoag. Był tak cudownie skromny i dumny jednocześnie opowiadając o tym, że jego dzieci będą uczyły się języka, kultury i historii plemienia. Super było go posłuchać. Uwielbiam takie perełki.

 

DSC07006

DSC07009

DSC07013

DSC07015

Zanim zapodam jeszcze jedną, zgoła inną, perełkę w temacie osadników, słowo o autorze cytatów. Cytat na początku wpisu to moje kompletnie liberalne tłumaczenie fragmentu, lekko nudnego, dzieła Williama Bradforda „Of Plymouth Plantation”. Pan Bradford przybył z innymi osadnikami na sławnym statku Mayflower i postawił sobie za punkt honoru żeby opisać każde wydarzenie z pierwszych dwudziestu lat podboju Ameryki. Skrupulatnie i ze szczegółami. Teraz, po wizycie w Plymouth, przeczytałam fragmenty dziennika z wielką przyjemnością, ale na studiach miałam odciski na powiekach od czytania.

Ów Bradford opisał pewne wstydliwe dla osadników zdarzenie. A mianowicie „[…] był sobie młodzieniec imieniem Thomas Granger. Był on pachołkiem szlachetnego jegomościa z Duxbury, miał 16 czy też 17 lat. […] Tego roku młodzieńca przyłapano i oskarżono o sodomię z kobyłą, krową, dwiema kozami, pięcioma owcami, dwoma cielakami i z jednym indykiem. […] Thomas został przyłapany podczas sprośnych wyczynów z kobyłą”. Rozpoczęto dochodzenie, przyprowadzono świadków i ofiary, ale z opisu Bradforda dowiadujemy się, że biednemu młodzieńcowi nie było łatwo rozpoznać ofiary. Szczególnie owce wydawały się wyjątkowo do siebie podobne. Zboczeńca postawiono przed sądem i „stracony został 8 września 1642 roku”. Zanim go jednak stracono „kobyła, krowa i inne mniej dostojne zwierzęta zostały stracone na oczach młodzieńca […]”.

W skansenie po ogródkach przechadzały się owce, kury, kozy i inne mniejsze zwierzęta. Kobyłki ani krów nie było. Tak na wszelki…

*Bardzo „wolny” przekład w całości mojego autorstwa.

Źródło: Fragmenty Of Plymouth Plantation by William Bradford z The Norton Anthology of American Literature.

 

 

Rok temu…

IMG_0665

Rok temu, dzisiaj właśnie, ostatni raz widziałam moje Alpy. Ostatni raz spojrzałam na mój ukochany Alpspitze, który przez trzynaście poprzednich lat zachwycał mnie swoją okazałością i surowym pięknem. Każdego ranka. W każdej ze swoich odsłon. Najpiękniejszy wydawał mi się po kilku (a czasem i kilkunastu) dniach nieobecności, za chmurami, za deszczem, za śnieżycami. Wtedy wyglądał na bardziej dostojny, nieosiągalny i majestatyczny. A przejrzystość powietrza sprawiała, że widać było każdą szczelinę, każde zagłębienie. Ostatni raz widziałam całe pasmo moich Alp w bocznym lusterku samochodu mojej przyjaciółki, która odwoziła nas na lotnisko.

Niemcy, Garmisch, to nawet nie mój dom. Nawet dobrze nie mówię po niemiecku. Nie mam zbyt wielu niemieckich znajomych no i jeszcze ciągle gdzieś tam z kącików przymózgowej przestrzeni historycznej dobiegają ciche, acz słyszalne, odgłosy wojenne. A mimo to, tam chciałabym wrócić, żyć, zestarzeć się i zgasnąć. To jest moje ukochane miejsce na ziemi i tam chcę…

DSC04882

Tęsknię za tyloma rzeczami. Tęsknię za tym nieuchwytnym, nie do opisania uczuciem bycia w środku Europy, bycia częścią wielu krajów na raz, nienależenia do żadnego i należenia do każdego z nich. Tęsknię do poczucia bycia częścią lekko zwariowanego, ale chyba pozytywnego melanżu. Ten świat znam i rozumiem. Tęsknię za byciem „u siebie”.

Tęsknię za niemieckim porządkiem. Za niemiecką powściągliwością, szczerymi, nieszczęśliwymi i niezadowolonymi twarzami. Tęsknię za wolniejszym życiem. Za niedzielą z zamkniętymi sklepami. Za weekendami z rodziną zamiast na boisku szkolnym. Tęsknię za znajomymi gębami. Nie gębami przyjaciół, za którymi tęsknię niewypowiedzianie bardzo, ale za tymi z ulicy. Za panem z apteki, który wiedział po co przychodzę i od drzwi witał mnie łamaną angielszczyzną. Za panią z ekologicznej piekarni, która, nie wiadomo dlaczego, uważała, że skoro nie mówię w lokalnej gwarze, chleb mi się nie należy. A jeśli już, to wczorajszy. I ten z kminkiem, którego nie lubię. Tęsknię za jedynym bezdomnym w Garmisch, który przypadkiem był moim sąsiadem i zawsze pogadaliśmy o polityce, o której ja nie mam zielonego pojęcia. Pewnie dlatego tyle gadaliśmy. Za Grekami z warzywniaka, którzy dorzucali marchewkę do moich zakupów i wiadomo jak to się dla nich skończyło. Za lekko zniewieściałym, niepokojąco wyglądającym panem z H&Mu, który rano rozwieszał bluzeczki z falbankami, a wieczorami, jak bezduszny rzeźnik, dzielił kotletami w Tengelmannie.

IMG_0991

Tęsknię za pustymi ścieżkami górskimi o siódmej rano, o dziewiątej i dwunastej też pustymi, za ławką pod drzewem, za paśnikami dla saren. Za tymi dziwnymi basenikami z drewna z brudną wodą co to ma wyleczyć z każdej choroby. Za piwem na mecie każdej wycieczki górskiej. Tęsknię za kryształkami soli pod palcami, które zawsze usuwałam z precli, bo mi precle były za słone. Za biało-niebieskimi serwetkami przy talerzu Spaetzli. Tęsknię za moją damką, którą pewien młody człowiek wyłowił dla mnie ze śmietnika, dorobił holenderską kierownicę, siedzenie od mercedesa i na której w sukienkach i w apaszkach paradowałam po mieście. Tęsknię za moim balkonem, który był kwintesencją relaksu, oazą spokoju i lekiem na wszelkie zło. Tęsknię za alpejskim powietrzem. Tym co włazi do mózgu przez nos i usta i odświeża i oczyszcza i przewietrza zatęchłe myśli. Tęsknię za stokami. Za nartami. Za nartami tęsknię najbardziej. Za tym bliskim do błogostanu uczuciem kiedy stoi się na brzegu stoku, dokoła nieskończenie piękna biel, cisza i krystaliczny, zgrzytliwy i srebrzysty dźwięk śniegu. Albo cisza padającego śniegu kiedy tak się stoi i czeka na ten pierwszy ruch, na pierwszy zjazd…

IMG_0623

Obiecuję sobie, że jeszcze tylko rok, jeszcze tylko dwanaście miesięcy i muszę wrócić. Może na wakacje, może na dłużej, może na zawsze…nie wiem, ale muszę pooddychać, posmakować, dotknąć. Muszę do domu…

Tylko piach…

DSC06928

To zdjęcia zrobione było w 2000 roku gdzieś na żoliborskim placu zabaw. Moje dziecko panicznie bało się piasku. Zabrałam ją stamtąd w góry, strzegłam przed piaskownicami jak oka w głowie, ale przed przeznaczeniem nie można uciec.

Ilość piasku w naszym obejściu przewyższa wszystkie inne ilości. Ilość piasku przerasta ilość węży (na kilogramy przeliczam), komarów, wiewiórek, krówek z polskiego sklepu, kurzu pod meblami i ilość wina nawet. Ilość piasku przekracza dozwolone normy pozaplażowe i choć Beata Kozidrak już dawno przestrzegała, że „tylko piach, suchy piach”, zbagatelizowaliśmy. No to mamy.

Mamy trzy rodzaje piasku:

  1. Piasek Żółtasek – najlepiej wychodzi na zdjęciach, znakomicie nadaje się do złuszczania martwego naskórka. Po jednokrotnym prysznicu z użyciem mydła, zmywa się w stu procentach (bez mydła skuteczność kąpieli maleje o kilkanaście procent). Nawet w dziadowskich, amerykańskich pralkach, piasek spiera się z ubrań i bębna nie zatyka. W małych ilościach, przenoszonych w niedomytych błonach pławnych kończyn górnych, nadaje się do spożycia w sałatkach i sosach – idealnie imituje sól.
  1. Piasek Symulant – nie wychodzi na zdjęciach, bo nikt mu zdjęć nie robi. Gruboziarnisty, ordynarny i wyjątkowo prostacki piasek z kupy kamiorów nazwej plażą. Piasek najczęściej przenoszony jest w spodenkach kąpielowych i w zakamarkach anatomicznych. Dłuższe spodenki z siatkową wkładką nieuważnych gołowąsów oraz przestrzeń międzypośladkowa znakomicie nadają się do transportu. Dłuższe obcowanie naskórka z tymże piaskiem powoduje bolesne otarcia, zaczerwienienia i podrażnienia skóry oraz solenne obietnice omijania plaży z daleka. Do spożycia się nie nadaje, w pralce robi dużo hałasu i skraca żywotność suszarki do ubrań.
  1. Piasek Salt and Pepper – niewyobrażalnie drobny jasnożółty piasek z dodatkiem czarnym jak węgiel kryształków. Tak na oko, w proporcjach trzy do dziesięciu. Z plaży przynoszony jest w uszach, włosach i pod powiekami. Z włosów, nawet dwa razy mytych, przedostaje się na poduszki, z poduszek do układu oddechowego użytkowników poduszek. Wszyscy zatem zejdziemy na odmę płucną. Na skórze zostaje na zawsze chyba, bo po dwóch tygodniach znajduję jeszcze czarne kryształki w różnych zgięciach i zaułkach. Można go spokojnie, acz z niedomycia przecież, nie złośliwie, dosypać do każdego pożywienia – nikt się nie zorientuje. Z majtek się nie spiera więc radzi się białych na plażę nie nosić.

W ostatnim tygodniu podwoiła mi się w domu liczba dzieci. Dwójka dojechała z Kolorado gdzie piasek do piaskownicy kupuje się w sklepie. Naszym piaskiem zachwycone. Wszystkimi trzema rodzajami. Moje dzieci się zaraziły zachwytem. Piasek, w ilościach nadmiernych, przynoszony był z plaży w ręcznikach, w książkach, w muszelkach, klapkach, majtkach i kapeluszach. Albo po prostu, bez kontrabandy, w wiaderkach i pudełkach po kanapkach. Obserwowałam chłopców na plaży. Do wody. Z wody. Tarzać się w piasku. Do wody gdzie fale wlewają wodę, z piaskiem ma się rozumieć, do majtek. Z wody. Biegiem (czyli z „rozpryskiwaniem” piasku po swoich plecach i twarzach leżących) na ręcznik. Zakopać się w ciepłym piasku, bo zimno. Zjeść coś. Napić się. Do wody. Z wody. Tarzać się w piasku itd. (ja naprawdę nie mam nic do facetów, ale czy ten obrazek nie daje do myślenia?). I takie właśnie dzieci w panierce, pakują się do samochodu i do zagrody się pchają.

Z powodu posiadania jednego stanowiska myjącego, trójkę uwalonych piaskiem, czekających na swoją kolej, trzeba było jakoś zatrzymać w ogródku. Stałam więc przy drzwiach z wężem ogrodowych i odpędzałam od drzwi. Do dnia kiedy zaczęli się tarzać w skoszonej, acz niezgrabionej, trawie.

Całej czwórki nie ma już cztery dni, pojechały szkodę robić w Kolorado, a ja dopiero dzisiaj skończyłam wynosić worki z piaskiem z domu i z samochodu. W pościeli, w szufladzie ze sztućcami, w grach planszowych, w kominku… Ilość piasku w naszym domu przewyższa inne ilości, oprócz jednej. Ilości radochy!

Bobby is back again!

DSC06916

Jest noc. Ciemna noc, choć między złowieszczo wyglądającymi chmurami, ukazuje się od czasu do czasu świetliste oblicze księżyca w pełni. Gdzieś między bujającymi się na niespokojnych falach zatoki żaglówkami, a zatopionej w głębokim śnie, jeszcze niedawno tętniącej wieczornym życiem, ulicy, bez większej wyobraźni nazwanej Główną, jest ogród. Zaczarowany. Ogród tonący w dosadnie soczystej zieleni drzew, krzewów i krztuszący się niemal odurzającą mieszkanką zapachów kwiatów i ziół. Strzeliste, przekwitłe już dawno, krzewy bzu spowite w miłosnym uścisku z zachłannie oplatającym je bluszczem…nigdy tego cholerstwa nie potrafię wyplątać, a trujące ci to dziadostwo jak jasny gwint i swędzi mnie skóra potem przez miesiąc… Kropelki rosy na dawno nie przycinanej trawie błyszczą jak maleńkie diamenty odbijając światło księżyca…no nie ma kto trawy skosić. Jak ja się nie wezmę, to już nikt tego nie zrobi… Na środku ogrodu otoczona zielenią, ukryta przed ciekawskimi oczami ulicznych gapiów, mała polanka, do której prowadzą stare, kamienne schodki obrośnięte dookoła mchem. Polanka otulona malinowym chruśniakiem, splątanymi dziko gałęziami glicynii i krzakami bukszpanu. Z góry opiekuńczo otacza ją rozłożystymi gałęziami morwa biała, której spadające bladoróżowe owoce układają się jak puzzle na ciemnozielonej trawie…a jak nie pograbię i tak poleży kilka dni w ciepełku i wilgoci, to daje pierwsza klasa… Oprócz spadających owoców morwy i dochodzącego z oddali odgłosu latarni morskiej, ogród zatopiony jest w ciszy. Jakby spał. Oddycha powoli, równomiernie. Nawet mieszkający w krzakach stary skunks szanuje tę ciszę, przechodzi się bezszelestnie, od czasu do czasu, wzdłuż płotu, jakby był na warcie nocnej, jakby to on był odpowiedzialny za spokój w pogrążonym w ciszy nocnej ogrodzie…co rusz mnie skurczybyk wystraszy, ale walczyć nie będę, wiadomo dlaczego… Do równomiernego oddechu śpiącego ogrodu dołącza jeszcze jeden oddech. Spokojny, miarowy oddech zatopionej w głębokim śnie kobiety. Biała lniana, ozdobiona koronkami koszula spowija jej powabne, kobiece kształty…ha, Chodakowska, a koszulę widziałam w TJ Maxx tydzień temu… Jej długie, ciemne włosy spadają na odkryte ramiona, dłonie, jak do modlitwy, złożone przy twarzy dodają jej dziecięcego uroku. Kobieta śpi na wojskowej pryczy…mój sentyment do wojska spotęgował jeszcze obejrzany wczoraj American Sniper… Beżowy materiał zamocowany na drewnianym, solidnym szkielecie, napina się lekko pod ciężarem jej ciała…ale nie za bardzo się napina…Złożone dłonie służą jej za poduszkę, a ciepły, letni wiatr za koc. W jednej chwili nad śpiącą kobietą pojawia się tajemnicza postać. Odziana w czerń postać staje tuż nad nią. Choć niewielkiej postury, w świetle księżyca, postać budzi przerażenie. Na głowie ma czarną, wysoką przyłbicę z zasłoną spuszczoną na twarz. Na plecach, długa, czarna peleryna falująca na wietrze. W ręce siekiera z czerwonym trzonem…kupiłam w amerykańskiej Castoramie do drzewa na ognisko i nie działa… Nienagannie naostrzone ostrze siekiery błyszczy w świetle księżyca. Postać stoi nieruchoma choć wydaje się, że gotowa jest do ataku. Nagle zrywa się silniejszy wiatr. Peleryna unosi się i odkrywa klapki japonki…no nie wiem skąd te klapki…oddech postaci staje się szybszy i głębszy. Postać powoli, z namaszczeniem wręcz, podnosi rękę, w której znajduje się narzędzie nieuniknionej zbrodni. Drugą ręką powoli unosi do przyłbicy i odsłania zasłonę… Bobby!.. Zachrypniętym, zatrważającym głosem odzywa się następująco: „Cześć Sąsiadko!”

Budzę się z krzykiem w oblanej porannym słońcem sypialni. Na łóżku, bez lnianej koszuli. Zasłony lekko falują przy otwartym oknie. No tak, wszystko jasne, Bobby się mści za ostatni wpis! Mam przerąbane! Siekierą!

Niech się święci…

DSC06764

A niech sobie mówią, że amerykański Dzień Niepodległości jest kiczowaty, że w każdym klombie flaga, a na każdej klamce chorągiewka. Niech drwią, że wszystko co ma choć kawałek płaskiej powierzchni musi mieć naklejone gwiazdki, że tego dnia obowiązuje tylko granatowy, czerwony i biały. Niech mówią, że komercja i lichota. Mnie nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie, bardzo mi się podoba i chętnie biorę udział. Podoba mi się, że święto oczywiste i dla wszystkich. I ten co prawa swego, odwiecznego do posiadania broni nie odpuści za żadne skarby i ten, co pachnące jeszcze świeżyzną prawo do poślubienia kogo mu się podoba dostał, w łapę chorągiewkę bierze i na miasto! I fajnie, że święto wesołe, nie wywołujące zbyt wielu kontrowersji, nikogo nie obraża, protestów nie generuje. Tak to można świętować!

To było nasz pierwszy Dzień Niepodległości na niepodległej nikomu ziemi amerykańskiej. Spędziliśmy ten dzień w najlepszym towarzystwie jakie mogliśmy sobie wymarzyć – ukochanych przyjaciół z Garmisch – na plaży, wśród flag amerykańskich powbijanych w piasek i na pikniku podziwiając sztuczne ognie. I ubraliśmy się we flagi i zimne ognie mieliśmy i rozkładane, turystyczne krzesła i wino i marchewki…i bawiliśmy się przednio!

 

DSC06772

DSC06767

DSC06781

Bobby is back!

DSC05376

East Greenwich to piękne, małe miasteczko. Złego słowa nie powiem (dla znających obcy język – tutaj). Ale nawet w pięknych, małych miasteczkach są okolice szemrane. Takie miejsca gdzie wieczorami oblane botoksem, z antydepresyjnym uśmiechem matki przyprowadzają swoich spadkobierców i ostrzegają ich, że w przypadku źle podjętych decyzji życiowych, takich jak mało satysfakcjonująca, bez kokosów posada rządowa, żona z Europy środkowej, w porywach nawet wschodniej, z dyplomem idiotycznego w zaistniałych okolicznościach kierunku i dwójką nie zdolnych jeszcze do pracy dzieci, tutaj skończysz, synu. Synu, bo córkę się odpicuje i wyda za kogoś z zagranicy – z Massachusetts znaczy się. I w takim miejscu szemranym mieszkamy właśnie my! I nasi sąsiedzi. Z jednej strony doktoryzowany z Moby Dicka (jak to udźwignął, nie wiem) filolog z żoną Dunką, dwójką małych Wikingów i niedołężnym owczarkiem niemieckim albinosem o słodkim imieniu Emma. Z drugiej zaś strony…

Druga strona to towarzystwo przez los pokrzywdzone, moralnie poczochrane i społecznie odkopnięte na bok. Są dwie bezgłośne, samotne matki z niepełnosprawnymi dziećmi, które, każdego dnia, całują je na pożegnanie do szkoły, po czym siadają z telefonami na schodach i palą papierosy do ich powrotu. Jest kasjerka ze spożywczego, która codziennie przeprasza mnie za krzyki swojego niepełnosprawnego umysłowo syna. Są dwie starsze panie, do których dwa razy w tygodniu przyjeżdża pogotowie żeby ratować im życie, po czym obie siadają na schodach, piją coś niezdrowego z papierowych toreb i grzebią w klombach kwiatów. Jest jeszcze grupa niezidentyfikowanych kobiet i dzieci. Mieszkamy tutaj prawie dziesięć miesięcy i jeszcze nie wyczaiłam które dziecko należy do której kobiety, a który kot duszony na smyczy do którego dziecka. Wszystkie matki drą się na wszystkie dzieci, wszystkie dzieci płaczą ze strachu przed drącymi się matkami, a wszystkie koty wychudzone, lękliwe i na bezdechu. I jest jeszcze Bobby – sobowtór Cegiełki z Tolka Banana! Snujący się po ulicy indywidualista na trzeźwo, awanturnik po wódce. Przed flaszką, pobawi się z dziećmi, nakarmi koty zdechłym ptakiem, gwóźdź przybije, kwiatek podleje. Po flaszce, czy też jej wielokrotności, robi awantury, rzuca w koty garnkami, w dzieci mięsem, na baby pomstuje, z chłopami chce się bić. Bobby nie mieszka w domu. Mieszka w drewutni. Oznajmił to kiedyś towarzysząc mi przez chwilę w pieleniu ogródka. Nie lubi tłumu, hałasu (!!!) i biegających dzieci. On i jego dama (nikt nie wie, czy ona naprawdę istnieje, nikt jej nie widział) potrzebują spokoju. Od czasu do czasu jego drewutnia zamienia się w dom rozrywki, do którego mnie i męża serdecznie zaprasza. Obiecuje dobrą muzę (Enrique Iglesias rządzi!), świetne towarzystwo (on, jego dama i kolesie z West Greenwich) i wóda ma się rozumieć. No jakoś nie było okazji.

Pewnego dnia po drugiej stronie ulicy atmosfera iście uroczysta. Kobiety, dzieci i koty w doskonałych humorach, podśpiewując pod nosem wynoszą krzesła, materace, dywany i inne chamozie z drewutni na chodnik. Weselą się, podskakują acz pracują z mozołem pustosząc dobytek Bobbiego. Pod wieczór przyjeżdża mała ciężarówka i zabiera wszystko. Następnego dnia, pocztą pantoflową, dowiaduję się, że Bobby próbował popełnić samobójstwo. Życia nie udźwignął. Ktoś mu serce złamał, flaszkę zwędził, nie wiadomo, ale nie dał rady. Sprawdziwszy uprzednio rozkład jazdy pociągów przywiązał się do torów, paskiem od spodni i na całe gardło wydzierał się żeby go nie ratować pod żadnym pozorem, że chce skończyć ze sobą i że z torów za nic w świecie nie zejdzie. Zjechali się ratownicy i bez pośpiechu, bo pociągi miały akurat czterogodzinną przerwę, zaproponowali desperatowi zejście z torów. W obliczu niespodziewanej pomocy i skupieniu uwagi na sobie, Bobby przystał na propozycję ochoczo i żwawo do placówki się udał. Nasze towarzystwo myślało, że Bobby z placówki nie wróci. Majątek z drewutni roztrwonili i nieruchomość zajęli.

Aż tu pewnego razu, ze snu budzi mnie znajomy, zachrypnięty głos. Głos przeklina i złorzeczy, ostrzega, że powybija wszystkich, za kłaki wytarga, zęby wybije, że dom mu ukradli, kołdry wyprzedali, wódkę wypili. Wyglądam przez okno, a na podwórku panika – kobiety biegają po trawniku zbierają rozproszone dzieci, kocami nakrywają, dzieci w pośpiechu zapierające się łapkami koty na smyczy za sobą ciągną, poduszki przez okna drewutni lecą…Bobby is back!

Ogień…

Version 2

W przeddzień moich czterdziestych pierwszych urodzin wylądowałam na pogotowiu. I nie, nie będę kozakować i mówić, że się nie wystraszyłam. Nagłe pogorszenie się stanu zdrowia, przeraża, nie ma co chojrakować. Ale oprócz oczywistej nadziei na pomoc, do amerykańskiego pogotowia gnała mnie też czysta ciekawość. Amerykańską izbę przyjęć na pogotowiu mam obcykaną ze starego „E.R” i nieco nowszego „Grey’s Anatomy”. Byłam przygotowana na pociętych piłami łańcuchowymi, z nożami w plecach, z wirusem czarnej ospy w poczekalni, na uczciwych, nieomylnych i seksownych lekarzy, na szybkie zwroty akcji, niespodziewane wątki i spektakularny happy end. No nie całkiem tak, ale się działo.

Wczesny wieczór. W jasnej i obszernej poczekalni pogotowia czytający książkę człowiek o kulach, John i słaniająca się na nogach ja. Po krótkiej rozmowie, przesympatyczna pani numer jeden uznała, że na OIOM się jeszcze nie kwalifikuję. Być może nie powinnam była ufać jej ocenie, gdyż na identyfikatorze nie doszukałam się niczego związanego z medycyną. Owa pani wysłała mnie do pani numer dwa, wielce empatycznej pani, która od razu wyczuła moją foto- i fonofobię, zgasiła światło i ściszyła głos. Mogło być całkiem miło gdyby nie zaczęła pytać o numery, numery wszystkiego co jej przyszło do głowy. Myślenie (szczególnie w okolicach matematycznych) podczas bólu głowy nie wychodzi mi najlepiej. Tak źle, że nie pamiętałam swojej daty urodzenia. Kazali czekać. Z mojego niemieckiego doświadczenia wiem, że trzy osoby w poczekalni to jakieś dziewięć godzin czekania. Przygotowuję się na śmierć na plastikowym krześle. Wchodzi pielęgniarka i uprzejmie zaprasza czytelnika o kulach. John siedzi naprzeciw mnie. Wytatuowany sześćdziesięciolatek w skąpej podkoszulce mruczy coś do siebie. Dobrze mu ze zmęczonych bólem oczu patrzy. Łączę się z nim w cierpieniu, bo mam wrażenie, że przyszliśmy tutaj z podobnym problemem. Oboje jesteśmy bladzi, słaniamy się na nogach, pocieramy zdrętwiałą lewą rękę i dotykamy rozrywanej bólem głowy. John odbiera telefon i z ciężkim tutejszym akcentem nawija: „No tak, siedzę tutaj, kurwa mać, od piętnastu pieprzonych minut i nic. Mają wszystko w dupie. Miałem zawał w domu, a teraz chyba mam drugi. A pieprzyć to wszystko.” Przestaję pocierać moje ramię. Nie chcę mieć zawału z Johnem. Tym bardziej drugiego.

Widocznie wyglądam gorzej niż John, bo kolejna pani pielęgniarka zabiera mnie. John się wścieka. Zabierają mnie do przyjemnego, ciemnego pokoiku. Jest cicho, miło i przytulnie. Robią pomiary, zaglądają w otwory, stukają w stawy, przynoszą sprzęt ostry i podają leki. Mówią, że pogadam z lekarzem jak tylko poziom bólu (w skali od 1 do 10) spadnie przynajmniej do ośmiu. Na razie jest jakieś dwa tysiące trzysta! Nic nie pomaga. Potrzebują zgody ustnej, wyrażonej donośnym „YES” na podanie silnego leku. Mówią, że silniejszy od morfiny. Ostrzegają, że mogą wystąpić lekkie omamy wzrokowe, obniżenie sprawności intelektualnej (obiecują, że to tymczasowe), otępienie, nudności, wymioty i ból żołądka. Ponieważ wszystko to już mam, zgadzam się bez namysłu. Pierwszorzędna decyzja! Minutę po podaniu leku nie tylko głowa przestał mnie boleć, przestałam ją w ogóle mieć. Oderwała się od ciała i dyndała nade mną. Zasłony falowały w rytm niesłyszalnej muzyki, myśli odpływały gdzieś w stronę żółtawej ściany, a swój własny głos słyszałam gdzieś z kąta pokoju. Niezwykłe uczucie! Pani doktor, która mylnie mniema, że moja sprawność intelektualna została nienaruszona, opowiada co mi się przydarzyło i jak to naprawią. Wraz z zasłonkami falują teraz włosy pięknej pani doktor. Ordynuje ona jeszcze jeden lek i informuje, że niektóre pacjentki czują jakby ogień. Ale gdzie ten ogień? Widzę, że znacząco dotyka dolnej części brzucha. Pęcherz? Nie – odpowiada wciąż falująca pani doktor – ogień w pochwie. Noooo, ognia w pochwie jeszcze nie miałam. Pytam, czy pacjentki się skarżą, czy są zadowolone. Różnie. Powoli lek dostaje się do mojego krwioobiegu i nagle jest! Ogień w pochwie! Wszystko przestało mi nagle falować i głowa wróciła na swoje miejsce. Po ugaszeniu ognia, wypisaniu papierków i recept, dostaję prikaz żeby, w razie powtórki incydentu, zgłosić się do lekarza rodzinnego. Pytam, czy mogę jednak do nich. Po ogień, czy po falujące zasłonki? – pyta pielęgniarka. Zdecydowanie po falujące, ale ogniem nie pogardzę! Uwielbiam nasz szpital!

P.S. A z papierków pani doktor wynika, że pożyję jeszcze trochę.

Kawę piję sama…

DSC06791

(żeby się wkupić do Stanów, mama zrobiła flagę z pomponów)

Zdaje się, że jakaś blogerka na obczyźnie napisała kiedyś, że z tymi wizytami z Polski to jest tak, że przez pierwsze piętnaście minut cieszymy się, że przyjechali, a potem już każdy dzień i każda godzina zbliża do ich wyjazdu. A po wyjeździe potrzeba kilka tygodni żeby dojść do siebie. Jest cicho, pusto i smutno i chce ci się spakować i gnać za nimi…

W strugach nowojorskiego deszczu, prześlizgując się między burzowymi piorunami trzyosobowa delegacja z Polski wzbiła się wczoraj w granatowe niebo zabierając ze sobą syrop klonowy, pianki na ognisko (marshmallows), ponad trzy tysiące zdjęć, mnóstwo wrażeń i ciekawych obserwacji na tematy wszelakie.

Nie ma co ukrywać, Ameryka przestała zachwycać Europejczyków jak to bywało dawniej. Przestała być marzeniem, mrzonką. Są lepsze miejsce do zwiedzenia, oglądania, czy do życia. Ale niewątpliwie Ameryka to bardzo ciekawy i piękny kraj, a przede wszystkim inny. Inny niż Starokrzepice, Bytom, czy Kraków nawet, a dla mojej rodziny wszystko co inne, jest warte zobaczenia, powąchania, dotknięcia i koniecznie uwiecznienia na zdjęciach. O tym co im się nie podobało, pisałam tutaj. Wszystko inne było obkiwane głowami, że fajne, ciekawe, ładne i się podoba. I piasek na plażach przyjemnie drobny i Boston zachwycający. Nowy Jork niezwykły, Statua Wolności wielka i Central Park zielony. Wodospad Niagara mokry, a wieża w Toronto wysoka. Kierowcy kulturalnie wyprzedzający, nawet ci wyprzedzający z prawej, a toalety publiczne czyste i, co ważniejsze, obecne. Podobała się rodzinna atmosfera na meczu bejsbolowym, rozdrabniacz do resztek w kuchennym zlewie i brak graffiti na każdym budynku. Podobał się pęd dzieci i zaangażowanie rodziców do pozaszkolnych zajęć sportowych, wielkie boiska w każdej wiosce, codzienne treningi i weekendowe mecze (osobiście – nie przepadam). Podobało się, że wszyscy są uprzejmi, mili i pomocni, a wyglądając na permanentnie zagubionych, wydzierających sobie z rąk mapy i przekrzykujących Siri w telefonie, potrzebowaliśmy mnóstwa pomocy, wskazówek i instrukcji. Ja – wielokrotnie powtarzanych.

Mnie podobały się wspólne śniadania o dziewiątej rano i polskie radio grające przez większość dnia. Smakowała Pigwówka, zrobiona przez mamę sałatka warzywna i ciasto z rabarbarem. Cieszą oko nowe grządki w ogródku i nowy, śliczny Bolesławiec. Na stole wyszyty przez mamę obrus, a w pokoju dzieci zrobiona przez nią z pomponów flaga amerykańska. I od rana do wieczora język polski. Ostatniego dnia usłyszałam jak Chris pyta Jasia: „Jaś, jesteś gotowy na mecz? Masz wszystko?”, Jaś na to: „Już czas? Jestem gotowy, tato!” I wszystko to PO POLSKU. Miód na serce.

Dostałam właśnie wiadomość, że wylądowali w Krakowie. A ja kawę piję sama…

Boston dobry na wszystko…

DSC06705

Jest niewiele rzeczy w Stanach, które się moim gościom Polakom nie podobają (o tym co się podoba, następnym razem). Okrągłe klamki przywołują wspomnienia starych klamek w wielkomiejskich blokowiskach, a trujące ziela w moim ogródku no cóż, przywołują głównie swędzenie odnóży. Jest jednak jedna wielce nieprzyjemna sprawa, która się ani moim, ani kilku setkom innych podróżnych nie spodobała. A mianowicie bezczelne, niekulturalne i obraźliwe traktowanie obywateli nie-amerykańskich po ich nierozważnym postawieniu nieproszonej, zdrętwiałej po wielogodzinnym locie stopy na ziemi amerykańskiej. Władze amerykańskie w nędznej formie urzędu imigracyjnego robiące selekcję naturalną na lotnisku znów udowodniły, że dobrze nie jest. Tylko wyspani, wypoczęci, wysportowani i bez tarzających się ze zmęczenia po podłodze dzieci są w stanie czekać dwie (serio!!!!) godziny w kolejce do kontroli paszportowej. Dwie godziny, trzy samoloty ludzi z obcymi paszportami i dwa okienka. W okienkach dowartościowująca się upokarzaniem innych gadzina! Nie ma żadnego poszanowania ani zrozumienia dla ludzi starszych, na wózkach, nie mówiących po angielsku, czy też po prostu dla…KLIENTA! Tak jak nauczyciel powinien szanować swoich uczniów, bo dzięki nim ma pracę, lekarz pacjentów, a fryzjer zarośniętych, tak szuja zza szyby powinna, choćby w minimalnym stopniu, szanować tych, dzięki którym mają pracę. I tyle!

Na wyjątkowo słusznie zranione poczucie godności nałożyłam plasterek. Plasterek nazywa się Boston i zawsze działa. Na prawie wszystko. Dziś zrobiliśmy sobie Boston Day i wszyscy są miastem zachwyceni. Ja, po raz kolejny, przekonuję się, że Boston to moje ukochane miejsce w Stanach. Uwielbiam i Polacy moi również! I żaden szkaradny urzędnik imigracyjny nam tego nie popsuje!

 

Version 2

DSC06648

DSC06654

DSC06653

DSC06661

DSC06670

DSC06663

DSC06682

DSC06686

DSC06693

DSC06691

DSC06694

DSC06712

DSC06699

DSC06695

DSC06704