Niech się święci…

DSC06764

A niech sobie mówią, że amerykański Dzień Niepodległości jest kiczowaty, że w każdym klombie flaga, a na każdej klamce chorągiewka. Niech drwią, że wszystko co ma choć kawałek płaskiej powierzchni musi mieć naklejone gwiazdki, że tego dnia obowiązuje tylko granatowy, czerwony i biały. Niech mówią, że komercja i lichota. Mnie nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie, bardzo mi się podoba i chętnie biorę udział. Podoba mi się, że święto oczywiste i dla wszystkich. I ten co prawa swego, odwiecznego do posiadania broni nie odpuści za żadne skarby i ten, co pachnące jeszcze świeżyzną prawo do poślubienia kogo mu się podoba dostał, w łapę chorągiewkę bierze i na miasto! I fajnie, że święto wesołe, nie wywołujące zbyt wielu kontrowersji, nikogo nie obraża, protestów nie generuje. Tak to można świętować!

To było nasz pierwszy Dzień Niepodległości na niepodległej nikomu ziemi amerykańskiej. Spędziliśmy ten dzień w najlepszym towarzystwie jakie mogliśmy sobie wymarzyć – ukochanych przyjaciół z Garmisch – na plaży, wśród flag amerykańskich powbijanych w piasek i na pikniku podziwiając sztuczne ognie. I ubraliśmy się we flagi i zimne ognie mieliśmy i rozkładane, turystyczne krzesła i wino i marchewki…i bawiliśmy się przednio!

 

DSC06772

DSC06767

DSC06781

Bobby is back!

DSC05376

East Greenwich to piękne, małe miasteczko. Złego słowa nie powiem (dla znających obcy język – tutaj). Ale nawet w pięknych, małych miasteczkach są okolice szemrane. Takie miejsca gdzie wieczorami oblane botoksem, z antydepresyjnym uśmiechem matki przyprowadzają swoich spadkobierców i ostrzegają ich, że w przypadku źle podjętych decyzji życiowych, takich jak mało satysfakcjonująca, bez kokosów posada rządowa, żona z Europy środkowej, w porywach nawet wschodniej, z dyplomem idiotycznego w zaistniałych okolicznościach kierunku i dwójką nie zdolnych jeszcze do pracy dzieci, tutaj skończysz, synu. Synu, bo córkę się odpicuje i wyda za kogoś z zagranicy – z Massachusetts znaczy się. I w takim miejscu szemranym mieszkamy właśnie my! I nasi sąsiedzi. Z jednej strony doktoryzowany z Moby Dicka (jak to udźwignął, nie wiem) filolog z żoną Dunką, dwójką małych Wikingów i niedołężnym owczarkiem niemieckim albinosem o słodkim imieniu Emma. Z drugiej zaś strony…

Druga strona to towarzystwo przez los pokrzywdzone, moralnie poczochrane i społecznie odkopnięte na bok. Są dwie bezgłośne, samotne matki z niepełnosprawnymi dziećmi, które, każdego dnia, całują je na pożegnanie do szkoły, po czym siadają z telefonami na schodach i palą papierosy do ich powrotu. Jest kasjerka ze spożywczego, która codziennie przeprasza mnie za krzyki swojego niepełnosprawnego umysłowo syna. Są dwie starsze panie, do których dwa razy w tygodniu przyjeżdża pogotowie żeby ratować im życie, po czym obie siadają na schodach, piją coś niezdrowego z papierowych toreb i grzebią w klombach kwiatów. Jest jeszcze grupa niezidentyfikowanych kobiet i dzieci. Mieszkamy tutaj prawie dziesięć miesięcy i jeszcze nie wyczaiłam które dziecko należy do której kobiety, a który kot duszony na smyczy do którego dziecka. Wszystkie matki drą się na wszystkie dzieci, wszystkie dzieci płaczą ze strachu przed drącymi się matkami, a wszystkie koty wychudzone, lękliwe i na bezdechu. I jest jeszcze Bobby – sobowtór Cegiełki z Tolka Banana! Snujący się po ulicy indywidualista na trzeźwo, awanturnik po wódce. Przed flaszką, pobawi się z dziećmi, nakarmi koty zdechłym ptakiem, gwóźdź przybije, kwiatek podleje. Po flaszce, czy też jej wielokrotności, robi awantury, rzuca w koty garnkami, w dzieci mięsem, na baby pomstuje, z chłopami chce się bić. Bobby nie mieszka w domu. Mieszka w drewutni. Oznajmił to kiedyś towarzysząc mi przez chwilę w pieleniu ogródka. Nie lubi tłumu, hałasu (!!!) i biegających dzieci. On i jego dama (nikt nie wie, czy ona naprawdę istnieje, nikt jej nie widział) potrzebują spokoju. Od czasu do czasu jego drewutnia zamienia się w dom rozrywki, do którego mnie i męża serdecznie zaprasza. Obiecuje dobrą muzę (Enrique Iglesias rządzi!), świetne towarzystwo (on, jego dama i kolesie z West Greenwich) i wóda ma się rozumieć. No jakoś nie było okazji.

Pewnego dnia po drugiej stronie ulicy atmosfera iście uroczysta. Kobiety, dzieci i koty w doskonałych humorach, podśpiewując pod nosem wynoszą krzesła, materace, dywany i inne chamozie z drewutni na chodnik. Weselą się, podskakują acz pracują z mozołem pustosząc dobytek Bobbiego. Pod wieczór przyjeżdża mała ciężarówka i zabiera wszystko. Następnego dnia, pocztą pantoflową, dowiaduję się, że Bobby próbował popełnić samobójstwo. Życia nie udźwignął. Ktoś mu serce złamał, flaszkę zwędził, nie wiadomo, ale nie dał rady. Sprawdziwszy uprzednio rozkład jazdy pociągów przywiązał się do torów, paskiem od spodni i na całe gardło wydzierał się żeby go nie ratować pod żadnym pozorem, że chce skończyć ze sobą i że z torów za nic w świecie nie zejdzie. Zjechali się ratownicy i bez pośpiechu, bo pociągi miały akurat czterogodzinną przerwę, zaproponowali desperatowi zejście z torów. W obliczu niespodziewanej pomocy i skupieniu uwagi na sobie, Bobby przystał na propozycję ochoczo i żwawo do placówki się udał. Nasze towarzystwo myślało, że Bobby z placówki nie wróci. Majątek z drewutni roztrwonili i nieruchomość zajęli.

Aż tu pewnego razu, ze snu budzi mnie znajomy, zachrypnięty głos. Głos przeklina i złorzeczy, ostrzega, że powybija wszystkich, za kłaki wytarga, zęby wybije, że dom mu ukradli, kołdry wyprzedali, wódkę wypili. Wyglądam przez okno, a na podwórku panika – kobiety biegają po trawniku zbierają rozproszone dzieci, kocami nakrywają, dzieci w pośpiechu zapierające się łapkami koty na smyczy za sobą ciągną, poduszki przez okna drewutni lecą…Bobby is back!

Klubowy film…

IMG_3679

Klub Polki na Obczyźnie to grupa fantastycznych, ciekawych i rozsianych po całym świecie blogerek, żeby nie powiedzieć – blogiń i jednego, rodzynka blogera! Oto my na zdjęciach, w różnych odsłonach i w każdym zakątku świata! Proszę zatrzymać na 0.50 i podziwiać!! I jeszcze kilka zdjęć z tejże właśnie sesji zdjęciowej (Moni, dziękuję)! Miłego oglądania!

Filmik tutaj

DSC06230

DSC06249

DSC06195

DSC06246

DSC06202

Ogień…

Version 2

W przeddzień moich czterdziestych pierwszych urodzin wylądowałam na pogotowiu. I nie, nie będę kozakować i mówić, że się nie wystraszyłam. Nagłe pogorszenie się stanu zdrowia, przeraża, nie ma co chojrakować. Ale oprócz oczywistej nadziei na pomoc, do amerykańskiego pogotowia gnała mnie też czysta ciekawość. Amerykańską izbę przyjęć na pogotowiu mam obcykaną ze starego „E.R” i nieco nowszego „Grey’s Anatomy”. Byłam przygotowana na pociętych piłami łańcuchowymi, z nożami w plecach, z wirusem czarnej ospy w poczekalni, na uczciwych, nieomylnych i seksownych lekarzy, na szybkie zwroty akcji, niespodziewane wątki i spektakularny happy end. No nie całkiem tak, ale się działo.

Wczesny wieczór. W jasnej i obszernej poczekalni pogotowia czytający książkę człowiek o kulach, John i słaniająca się na nogach ja. Po krótkiej rozmowie, przesympatyczna pani numer jeden uznała, że na OIOM się jeszcze nie kwalifikuję. Być może nie powinnam była ufać jej ocenie, gdyż na identyfikatorze nie doszukałam się niczego związanego z medycyną. Owa pani wysłała mnie do pani numer dwa, wielce empatycznej pani, która od razu wyczuła moją foto- i fonofobię, zgasiła światło i ściszyła głos. Mogło być całkiem miło gdyby nie zaczęła pytać o numery, numery wszystkiego co jej przyszło do głowy. Myślenie (szczególnie w okolicach matematycznych) podczas bólu głowy nie wychodzi mi najlepiej. Tak źle, że nie pamiętałam swojej daty urodzenia. Kazali czekać. Z mojego niemieckiego doświadczenia wiem, że trzy osoby w poczekalni to jakieś dziewięć godzin czekania. Przygotowuję się na śmierć na plastikowym krześle. Wchodzi pielęgniarka i uprzejmie zaprasza czytelnika o kulach. John siedzi naprzeciw mnie. Wytatuowany sześćdziesięciolatek w skąpej podkoszulce mruczy coś do siebie. Dobrze mu ze zmęczonych bólem oczu patrzy. Łączę się z nim w cierpieniu, bo mam wrażenie, że przyszliśmy tutaj z podobnym problemem. Oboje jesteśmy bladzi, słaniamy się na nogach, pocieramy zdrętwiałą lewą rękę i dotykamy rozrywanej bólem głowy. John odbiera telefon i z ciężkim tutejszym akcentem nawija: „No tak, siedzę tutaj, kurwa mać, od piętnastu pieprzonych minut i nic. Mają wszystko w dupie. Miałem zawał w domu, a teraz chyba mam drugi. A pieprzyć to wszystko.” Przestaję pocierać moje ramię. Nie chcę mieć zawału z Johnem. Tym bardziej drugiego.

Widocznie wyglądam gorzej niż John, bo kolejna pani pielęgniarka zabiera mnie. John się wścieka. Zabierają mnie do przyjemnego, ciemnego pokoiku. Jest cicho, miło i przytulnie. Robią pomiary, zaglądają w otwory, stukają w stawy, przynoszą sprzęt ostry i podają leki. Mówią, że pogadam z lekarzem jak tylko poziom bólu (w skali od 1 do 10) spadnie przynajmniej do ośmiu. Na razie jest jakieś dwa tysiące trzysta! Nic nie pomaga. Potrzebują zgody ustnej, wyrażonej donośnym „YES” na podanie silnego leku. Mówią, że silniejszy od morfiny. Ostrzegają, że mogą wystąpić lekkie omamy wzrokowe, obniżenie sprawności intelektualnej (obiecują, że to tymczasowe), otępienie, nudności, wymioty i ból żołądka. Ponieważ wszystko to już mam, zgadzam się bez namysłu. Pierwszorzędna decyzja! Minutę po podaniu leku nie tylko głowa przestał mnie boleć, przestałam ją w ogóle mieć. Oderwała się od ciała i dyndała nade mną. Zasłony falowały w rytm niesłyszalnej muzyki, myśli odpływały gdzieś w stronę żółtawej ściany, a swój własny głos słyszałam gdzieś z kąta pokoju. Niezwykłe uczucie! Pani doktor, która mylnie mniema, że moja sprawność intelektualna została nienaruszona, opowiada co mi się przydarzyło i jak to naprawią. Wraz z zasłonkami falują teraz włosy pięknej pani doktor. Ordynuje ona jeszcze jeden lek i informuje, że niektóre pacjentki czują jakby ogień. Ale gdzie ten ogień? Widzę, że znacząco dotyka dolnej części brzucha. Pęcherz? Nie – odpowiada wciąż falująca pani doktor – ogień w pochwie. Noooo, ognia w pochwie jeszcze nie miałam. Pytam, czy pacjentki się skarżą, czy są zadowolone. Różnie. Powoli lek dostaje się do mojego krwioobiegu i nagle jest! Ogień w pochwie! Wszystko przestało mi nagle falować i głowa wróciła na swoje miejsce. Po ugaszeniu ognia, wypisaniu papierków i recept, dostaję prikaz żeby, w razie powtórki incydentu, zgłosić się do lekarza rodzinnego. Pytam, czy mogę jednak do nich. Po ogień, czy po falujące zasłonki? – pyta pielęgniarka. Zdecydowanie po falujące, ale ogniem nie pogardzę! Uwielbiam nasz szpital!

P.S. A z papierków pani doktor wynika, że pożyję jeszcze trochę.

List

DSC06806

Nie, nie jestem Bogiem dla moich dzieci. Bynajmniej. Zresztą, w nawias mnie dała. To lekcja polskiego. Kasia czyta książkę „Oskar i Pani Róża” po polsku. Po pierwszym rozdziale miała za zadanie napisać list do Boga. Ale jak tu pisać do Boga, którego obecność jest w naszym domu nieustannie kwestionowana, poddawana dyskusjom i domorosłym padaniom naukowym? A dowód na istnienie matki jest. Namacalny, ruchomy i czasem donośny.

Pieczone ziemniaki, czarna fasola i kukurydza zaiste w piekarniku były, pachniały rozmarynem i miętą z własnego ogródka.

Urodziny tuż-tuż , a kilka dni temu, dostałam cudowny prezent, a mianowicie dodatkowy rok życia. Coś mi się w mózgu zwoje przepaliły i od kilku miesięcy opowiadam wszystkim o tym, że za chwilkę skończę 42 lata. Byłam o tym święcie przekonana. Rodzina mnie matematycznie oświeciła, że 2015 minus 1974 to 41, a nie 42! I bonusem mam dodatkowy rok do zagospodarowania. A że wyglądam na 35? A jakże by inaczej!

Wczoraj na plaży próbowałyśmy (na własną rękę, bez gugowania na początek) uściślić definicję nagości publicznej (public nudity), która to jest zabroniona na prawie wszystkich plażach w Rhode Island. Kasia była oburzona, że skoro mężczyźni mogą być topless, to dlaczego kobietom nie wypada. Dziecko me ma ostatnio bardzo „czarno-białe” podejście do równości płci. Po wyguglowaniu, okazało się, że wcale nie jest takie jasne co oznacza wyrażenie „nagość publiczna” i przy bardziej liberalnej interpretacji można uznać, że uniknięcie znienawidzonych przeze mnie białych śladów po paskach od bikini, poprzez pozbycie się góry od tegoż bikini, jest możliwe i niekaralne. Pozostaje plażowe przyzwolenie społeczne. W czasie spaceru plażą wyczaiłam toplessową niewiastę. I chodzi sobie wokół kocyka i ramionami w niejasnym celu wymachuje i kremy nakłada rozmaite. Tak mnie ucieszył ten widok iście z Europy, że na skuśkę po parzącym piachu do naszego obozu biegnę żeby do wyzwolonej niewiasty niezwłocznie dołączyć. Mijam leżącego pana. Z wrażenia aż przystanęłam. Krok do tyłu i znów mijam. Mijam i topless i, alleluja, bottomless pana leżącego na amerykańskiej, ba, stanowej nawet plaży! Jest jeszcze nadzieja dla tego kraju!

I nienawidzę „Anka”

I odpisze niedługo!

Mama

 

Plażowanie bez zezwolenia

DSC06367

Siedzę sobie na pustej plaży amerykańskiej, słońce delikatnie ogrzewa moje post-Chodakowskie krągłości (z naciskiej na krągłości raczej), żadnego skwaru, przyjemne dwadzieścia trzy stopnie i cudowny powiew wiatru z Bóg wie jakich dal oceanu. Jestem sama. Cisza i spokój. Mewy coś tam mruczą, ale nie słucham. Tuż obok mnie mordują swój obiad zostawiając porozrzucane odnóża obiadu, ale nie patrzę. Zupełnie przypadkowo oczywiście zapomniałam zabrać ze sobą książkę z przepisami drogowymi w Rhode Island, którą to powinnam znać na pamięć, a nie znam i zupełnie przypadkowo zabrałam ze sobą tomik poezji Szymborskiej, która jakkolwiek cudowna, w zdaniu egzaminu na prawo jazdy mi nie pomoże. Szum morza skutecznie koi moje myśli, a skrzypiący między palcami piasek działa zbawiennie i na skórę i na umysł. Nagle łup! Wyrzut sumienia po nerkach, żeby nie zostawiać śladu, mnie wali. Drewniane schody do piwnicy ciągle nie pomalowane. Farba w drewutni czeka. Ale pędzla nie mam. Wymówka jest, odpędzam wyrzut. Za chwilę łup w drugą nerkę. Krok Czwarty z Pięciu Kroków Do Pięknego Trawnika miałam wykonać. Wczoraj minął termin. Ale worek Czwartego Kroku koniecznie przed deszczem trzeba wysiać, a dziś ani jednej chmurki. Uśmiecham się do oddalającego się wyrzutu. Ale tuż zza rogu przedziera się przez zasieki wymówek formacja wyrzutów lżejszego kalibru. Prasowanie (żelazko i deska są!), obiad (gazu nie odcięli, lodówki nie ukradli), odkurzanie, pielenie ogródka, mycie samochodu i przedpołudniowa inspekcja pomidorów typu „koralik”. I po plażowaniu! Pokręciłam się trochę na ręczniku, ale za ciepło się nagle zrobiło, wiatr za chodny, piasek między palcami przeszkadza i ocean za głośno szumi. Zebrałam manatki i do domu pojechałam. Co z tego, że jestem kurą domową, nie mam stałej pracy, że w domu siedzę przecież i niewątpliwie nie robię nic? Co z tego, że dzieci w spodniach na kant, wyprzytulane do obrzydzenia, z żołądkami pełnymi domowych obiadków z warzyw z ekologicznych upraw? Że dom posprzątany, okna umyte i prześcieradła, nawet te z gumką, w kostkę poukładane. Nie ma zmiłuj! Nie zasłużyliście koleżanko na odpoczynek. Pozwolenia na odpoczynek brak. Bo od czego mam odpoczywać? Od siedzenia w domu?

Czy jestem spełnioną matką? Nie wiem. Czy jestem lepsza od tysięcy takich Aleksandr z Newsweeka, które pracują i wychowują trójkę dzieci? Nie sądzę. Czy moje dzieci są emocjonalnie bardziej dopieszczone, wychowane na porządniejszych ludzi, znają więcej języków, są bardziej wysportowane niż dzieci Aleksandry? Nie jestem pewna. Czy mam poczucie, że odwaliłam kawał dobrej roboty? Nie za bardzo. A czy jestem sfrustrowana jak Aleksandra? Owszem! Czym innym jestem sfrustrowana, ale natężenie to samo. Znów musiałam zdecydować, czy ważniejsza jestem ja, to co chcę robić, to co daje mi satysfakcję, pieniądze i sprawia ogromną radość, czy ważniejszy jest rozwój fizyczny i intelektualny moich dzieci. No i zdecydowałam jak zawsze właściwie. A ja bym tak czasem chciała jak Aleksandra padać na pysk o północy, nie mieć czasu pisać kartek świątecznych, ani prasować skarpetek frotowych. Chciałabym nie zdążyć na wywiadówkę choć raz i nie zauważyć, że dziecko poszło do szkoły w kaloszach w słoneczny dzień. Chciałabym czasem nie mieć czasu zapytać o stopnie z matematyki i zignorować urodziny pani od angielskiego. Chciałabym po tygodniowej harówce usiąść na plaży i wiedzieć, że każda minuta spokoju i ciszy jest w pełni zasłużona.

Kawę piję sama…

DSC06791

(żeby się wkupić do Stanów, mama zrobiła flagę z pomponów)

Zdaje się, że jakaś blogerka na obczyźnie napisała kiedyś, że z tymi wizytami z Polski to jest tak, że przez pierwsze piętnaście minut cieszymy się, że przyjechali, a potem już każdy dzień i każda godzina zbliża do ich wyjazdu. A po wyjeździe potrzeba kilka tygodni żeby dojść do siebie. Jest cicho, pusto i smutno i chce ci się spakować i gnać za nimi…

W strugach nowojorskiego deszczu, prześlizgując się między burzowymi piorunami trzyosobowa delegacja z Polski wzbiła się wczoraj w granatowe niebo zabierając ze sobą syrop klonowy, pianki na ognisko (marshmallows), ponad trzy tysiące zdjęć, mnóstwo wrażeń i ciekawych obserwacji na tematy wszelakie.

Nie ma co ukrywać, Ameryka przestała zachwycać Europejczyków jak to bywało dawniej. Przestała być marzeniem, mrzonką. Są lepsze miejsce do zwiedzenia, oglądania, czy do życia. Ale niewątpliwie Ameryka to bardzo ciekawy i piękny kraj, a przede wszystkim inny. Inny niż Starokrzepice, Bytom, czy Kraków nawet, a dla mojej rodziny wszystko co inne, jest warte zobaczenia, powąchania, dotknięcia i koniecznie uwiecznienia na zdjęciach. O tym co im się nie podobało, pisałam tutaj. Wszystko inne było obkiwane głowami, że fajne, ciekawe, ładne i się podoba. I piasek na plażach przyjemnie drobny i Boston zachwycający. Nowy Jork niezwykły, Statua Wolności wielka i Central Park zielony. Wodospad Niagara mokry, a wieża w Toronto wysoka. Kierowcy kulturalnie wyprzedzający, nawet ci wyprzedzający z prawej, a toalety publiczne czyste i, co ważniejsze, obecne. Podobała się rodzinna atmosfera na meczu bejsbolowym, rozdrabniacz do resztek w kuchennym zlewie i brak graffiti na każdym budynku. Podobał się pęd dzieci i zaangażowanie rodziców do pozaszkolnych zajęć sportowych, wielkie boiska w każdej wiosce, codzienne treningi i weekendowe mecze (osobiście – nie przepadam). Podobało się, że wszyscy są uprzejmi, mili i pomocni, a wyglądając na permanentnie zagubionych, wydzierających sobie z rąk mapy i przekrzykujących Siri w telefonie, potrzebowaliśmy mnóstwa pomocy, wskazówek i instrukcji. Ja – wielokrotnie powtarzanych.

Mnie podobały się wspólne śniadania o dziewiątej rano i polskie radio grające przez większość dnia. Smakowała Pigwówka, zrobiona przez mamę sałatka warzywna i ciasto z rabarbarem. Cieszą oko nowe grządki w ogródku i nowy, śliczny Bolesławiec. Na stole wyszyty przez mamę obrus, a w pokoju dzieci zrobiona przez nią z pomponów flaga amerykańska. I od rana do wieczora język polski. Ostatniego dnia usłyszałam jak Chris pyta Jasia: „Jaś, jesteś gotowy na mecz? Masz wszystko?”, Jaś na to: „Już czas? Jestem gotowy, tato!” I wszystko to PO POLSKU. Miód na serce.

Dostałam właśnie wiadomość, że wylądowali w Krakowie. A ja kawę piję sama…

Matki w Dzień Matki…

Version 3

Mama Ania

Staram się jak mogę, ale nie zawsze mi wychodzi. Na przykład wtedy, kiedy po niespecjalnie przyjemnym spacerze ulicami Żoliborza, wciągałam wózek po schodach naszego bloku i dziecko z wózka na schody się wyślizgnęło. Szczęściem zima była i czaszka dziecka opatulona w kaptury i czapki została nietknięta. Mało co mnie nie zamknęli za próbę podpalenia półrocznego, uwieszonego na biodrze i chudej piersi mej Jasia, którego musiałam odstawić na chwilę i zatkać smoczkiem żeby zająć się milionem innych, niecierpiących zwłoki, a wymagających moich kończyn górnych, spraw. Odstawienie nastąpiło na płytę grzewczą kuchenki. Był jeszcze brak soli w masie solnej co zakończyło się długim moczeniem głowy wyjącej wniebogłosy małej Kasi. Tak mi właśnie nie wychodzi czasami.

Ostatni niewypał zdarzył się niedawno. Podczas wakacji dzieci muszą same pokonać trasę Denver – Boston. Samolotem. Kiedy latamy, dzieci wbijają zęby, paznokcie i głowy w sąsiadujące z nimi moje ciało. No nie z radości przecież. Postanawiam więc wyjść lękom dzieci naprzeciw i zagaduję.

 

Mama Ania – kochani, chciałam porozmawiać o waszej podróży w lipcu. Wiem, że pierwszy lot tylko we dwójkę może być trochę straszny.

Kasia – mamo, w samolocie będę też inni ludzie. I pewnie pilot też będzie.

No tak, Kasia często próbuje przykryć swoje lęki i niepewności sarkazmem.

M.A. – Słusznie…Wiem jednak, że perspektywa latania, szczególnie bez rodziców, może wydawać się nieprzyjemna. Będziecie sami. Musicie się wspierać.

Kasia – będzie dobrze, mamo…

Jestem pewna, że to tylko złudny spokój. W środku umierają ze strachu. Trzeba strach wywlec i mu dokopać.

M.A. – pewnie, że będzie dobrze. Ja chciałabym porozmawiać o takim przypadku gdyby czasami coś poszło nie tak.

Kasia – mamo!!!

M.A. – chodzi mi Kasiu o to, że gdyby na przykład były turbulencje, lub jakieś stukanie czy pukanie podczas startu, lotu czy lądowania…

Kasia – maaamooo!!

M.A. – o takich rzeczach trzeba rozmawiać. Takie rzeczy się zdarzają. Chciałabym was prosić żebyście nie panikowali.

Kasia – ale my nie panikujemy!

M.A. – to super i niech tak zostanie. Ludzie często panikują kiedy tracą kontrolę nad czymś. Musicie pamiętać, że wy nie macie nad niczym kontroli kiedy jesteście w samolocie.

Kasia – teraz to panikuję!

(spanikowana nagle) M.A. – nie, nie to chciałam powiedzieć. Piloci to bardzo mądrzy ludzie, wyszkoleni i odpowiedzialni (rozmowa nieszczęśliwie odbywała się kilka tygodni po wypadku, czy raczej upadku, niemieckiego samolotu w Alpach francuskich więc uwaga o odpowiedzialnych pilotach nie była na miejscu), a według statystyk podróżowanie samolotem jest znacznie bezpieczniejsze od podróżowania samochodem na przykład.

Kasia – ale?

M.A – w sumie nie ma „ale” …chodzi mi o to, żebyście w razie draki zachowywali się spokojnie, nie panikowali, bo i tak na nic nie macie wpływu. Ale oczywiście nic się nie stanie. Tylko pozwól Kasiu żeby cię Janek trzymał za rękę, ok?

I widzę i czuję, że coraz gorzej mi idzie, że tracę grunt pod nogami. Chciałam dobrze, chciałam uspokoić przecież. Chciałam pokazać strach, wytłumaczyć skąd się bierze i przygotować dzieci do stawienia mu czoła. Raczej mi nie wyszło. I widzę coraz większe i coraz bardziej przestraszone oczy milczącego Janka i kiwającą w totalnej dezaprobacie głowę Kasi. Janek nadal milczy.

Kasia – a pociągiem się da?

 

Mama Irena

Jej jakoś wychodzi. Lekko i naturalnie jakby się nie starała za wiele. Pewnie, że poślizgnęła się nie raz i nie dwa jak każda z nas. Tak się poślizgnęła, że chciałam uciec z domu w wieku pięciu lat z torebką z Sindbadem pełną jajek (o tym dawno tutaj). Nie uciekłam. Ani raz. Wiem natomiast, że zawsze mogę uciec DO domu. I to jest fajne!

Ostatni Dzień Matki spędziłam wspólnie z mamą dwanaście lat temu nad jeziorem, w słonecznej Italii. Dawno. Zeby to powtórzyć musiała nieźle się postarać. Musiała wystarać o wizę, a wszyscy wiedzą, że łatwo nie jest. Musiała wysiedzieć w bezruchu dziesięć godzin w samolocie, a wiadomo, że jej trudno w jednym miejscu wysiedzieć. Musiała dostać wiązkę impertynencji od niedowartościowanego jełopa (nie, nie przeszło mi jeszcze). Musiała wykonać te wszystkie fizyczne i emocjonalne akrobacje żeby spędzić Dzień Matki ze swoim dzieckiem. No i spędziła. Rankiem poobcowała z amerykańską florą ustawiając leniwe piwonie do niemożliwego pionu oraz z amerykańską fauną próbując złapać kontakt wzrokowy z wygrzewającym się w słońcu na wężowisku gadem niejadowitym. W południe pozachwycała się mnogością i różnorodnością karteczek, igiełek, koralików i wełenek w sklepie dla hobbistów rękodzielników, zjadła z dzieckiem swoim lancz i wypiła dwie kawy. Następnie, na własne życzenie, zrobiła kluski śląskie z sosem pieczarkowym i z dodatkiem buraczków czerwonych. Wieczorem dała się zaprosić na lody z dzieckiem i wnukami. W końcu nie wiadomo ile lat przyjdzie jej czekać na kolejne lody i takie towarzystwo w Dzień Matki!

 

IMG_2256 2

Przypieczony Jasiek, 2004

MVC-020F

Zaklejona Kasia, 2001

IMG_4169

I jeszcze jedna moja wpadka – plastikowa torba na głowie – pewna śmierć

Boston dobry na wszystko…

DSC06705

Jest niewiele rzeczy w Stanach, które się moim gościom Polakom nie podobają (o tym co się podoba, następnym razem). Okrągłe klamki przywołują wspomnienia starych klamek w wielkomiejskich blokowiskach, a trujące ziela w moim ogródku no cóż, przywołują głównie swędzenie odnóży. Jest jednak jedna wielce nieprzyjemna sprawa, która się ani moim, ani kilku setkom innych podróżnych nie spodobała. A mianowicie bezczelne, niekulturalne i obraźliwe traktowanie obywateli nie-amerykańskich po ich nierozważnym postawieniu nieproszonej, zdrętwiałej po wielogodzinnym locie stopy na ziemi amerykańskiej. Władze amerykańskie w nędznej formie urzędu imigracyjnego robiące selekcję naturalną na lotnisku znów udowodniły, że dobrze nie jest. Tylko wyspani, wypoczęci, wysportowani i bez tarzających się ze zmęczenia po podłodze dzieci są w stanie czekać dwie (serio!!!!) godziny w kolejce do kontroli paszportowej. Dwie godziny, trzy samoloty ludzi z obcymi paszportami i dwa okienka. W okienkach dowartościowująca się upokarzaniem innych gadzina! Nie ma żadnego poszanowania ani zrozumienia dla ludzi starszych, na wózkach, nie mówiących po angielsku, czy też po prostu dla…KLIENTA! Tak jak nauczyciel powinien szanować swoich uczniów, bo dzięki nim ma pracę, lekarz pacjentów, a fryzjer zarośniętych, tak szuja zza szyby powinna, choćby w minimalnym stopniu, szanować tych, dzięki którym mają pracę. I tyle!

Na wyjątkowo słusznie zranione poczucie godności nałożyłam plasterek. Plasterek nazywa się Boston i zawsze działa. Na prawie wszystko. Dziś zrobiliśmy sobie Boston Day i wszyscy są miastem zachwyceni. Ja, po raz kolejny, przekonuję się, że Boston to moje ukochane miejsce w Stanach. Uwielbiam i Polacy moi również! I żaden szkaradny urzędnik imigracyjny nam tego nie popsuje!

 

Version 2

DSC06648

DSC06654

DSC06653

DSC06661

DSC06670

DSC06663

DSC06682

DSC06686

DSC06693

DSC06691

DSC06694

DSC06712

DSC06699

DSC06695

DSC06704

Royal Wash z „wkładką”…

P1060375

(zdjęcie ma się nijak do treści, ale to jedno z miliona moich ulubionych)

Znacie na pewno wszyscy taką trochę oklepaną scenę z filmów, w której to niczego nie podejrzewająca osoba, śpiewając sobie pod nosem piosenkę wesołą, otwiera drzwi samochodu i wsiada. Mruczy do siebie grzebiąc w swojej damskiej torebce, przekręca kluczyki w stacyjne i nagle zza pleców słyszy: „Nie odwracaj się. Jedź!”. To mi się tak dzisiaj zdarzyło. Ale od początku…

Jutro przyjeżdża mama. Okna umyte, węże ogrodowe wyduszone, plan wizyty rozpisany i wydrukowany w trzech egzemplarzach, trawa skoszona i kwiaty bzu własnoręcznie rozwinięte żeby były na mamy przyjazd. Zostało tylko z dzieci brud zeskrobać i samochód umyć. Kiedy mieszkaliśmy w Niemczech, samochód porządnie sprzątałam raz w roku, na wakacjach w Polsce. Zazwyczaj domowo, za pomocą mojego brata. Miałam zabrać się za mycie i odkurzanie sama, ale jakaś wróżka podrzuciła mi darmowy bilecik do myjni samochodowej o wytwornej nazwie New England Car Wash. No to pojechałam. Podjechałam i jestem dziewiąta w kolejce. Za godzinę mam odebrać dziecko ze szkoły. W życiu nie dam rady. Nie potrafię jednak wyjechać z kolejki. Nie wykręcę. Po chwili jestem już szósta. Wróżka przyniosła Royal Wash czyli po królewsku, ful wypas. Umyją samochód, wytrą na sucho, woskiem natrą, odkurzą w środku i umyją okna. Mojemu bratu zajmuje to cały dzień z przerwą na obiad. Patrzę, czwarta jestem. Co widzę? Podjeżdża samochód pod myjnię, kierowca oddaje kluczyki dwóm panom z Ameryki Południowej, którzy w ciągu 60 sekund (sprawdziłam na trzech samochodach przede mną) odkurzają samochód! Cały! Łącznie z bagażnikiem. Następnie samochód wjeżdża do myjni. Totalnie bezdotykowej. Nie wydaje mi się żeby cokolwiek oprócz kilku kropel wody dotknęło samochodu. Następnie samochód wyjeżdża i wtedy napada na niego banda młodych dżentelmenów ze ściereczkami i spryskiwaczami. Panowie, z Ameryki Południowej oczywiście, poruszają odnóżami z niebywałą szybkością i sprawnością, po czym zostawiają kluczyki z stacyjce i bez słowa przechodzą do innego samochodu. Ja to wszystko obserwuję siedząc sobie na ławce. Obok mnie elegancka, starsza pani z Florydy. Jest wstrząśnięta marną jakością wykonanej pracy i ogólnym bylejactwem. Pyta, czy mam podobne zdanie. Staram się jak mogę nie krytykować więc odpowiadam, że rzeczywiście wydaje się, że w tak krótkim czasie trudno dokładnie odkurzyć samochód, ale to mój pierwszy raz w amerykańskiej myjni i nie chciałabym tak od razu oceniać. Może odkurzacz jest zaczarowany albo niewidzialne skrzaty pomagają. Zobaczę jak wsiądę. Pani nie łyka żartu i zdenerwowana mówi, że i tak będzie musiała odkurzyć w domu, że woli Florydę i że do widzenia. Banda wycierających mój samochód przeniosła się na samochód obok. Mój gotowy. Mrucząc po nosem piosenkę jakąś, wsiadam do samochodu, szukam przez chwilę telefonu w torebce damskiej, znajduję kluczyki na siedzeniu obok, wkładam do stacyjki, przekręcam. Zaglądam do lusterka i widzę. Widzę przerażoną twarz młodzieńca z Ameryki Południowej w czapce z daszkiem, szmatką w jednej i spryskiwaczem w drugiej ręce. „Are you taking me home?”* zapytał ostrożnie z pięknym południowym akcentem. Przylepieni do czystej szyby stoją jego koledzy i umierają ze śmiechu. A ja ze wstydu!

Przyjechałam do domu, zrobiłam inspekcję i wyciągnęłam swój odkurzacz. Jednak elegancka, starsza pani z Florydy miała rację!

*nie całkiem dokładnie tłumaczenie, ale brzmiało jakby powiedział: „Zabieracie mnie do domu, dobra kobieto?”