Gender na nartach

IMG_4169

Worek na głowie…jaki to gender?

Jedyny do tej pory gender jaki znałam to gender gramatyczny. Ostatnio jednak w polskich mediach rozpętała się dyskusja na temat płci społecznej, kulturowej i pewnie jeszcze z pięciu innych, nowo odkrytych rodzajów płci…Czytam i słucham i muszę przyznać, że nie bardzo rozumiem o co chodzi…No chyba, że właśnie o to chodzi, żeby nie było wiadomo o co chodzi, a szumu narobić…taka nasza narodowa specjalność!

Jestem za równością płciową i za każdą inną również. Nie mam nic przeciwko różowym spodenkom i kobietach na platformach wiertniczych, ale sikać na stojąco nie będę, a z Chrisa piersi żaden, nawet najbardziej głodny, noworodek się nie naje.

Janek po urodzeniu wprowadził się do najbardziej różowego pokoju w górnej Bawarii, latem raczkował w kostiumie kąpielowym siostry, ozdobionym obficie falbankami i skaczącymi przez fale Arielkami. Wcinał babeczki z różową posypką, wystrojony w skrzydła wróżki i z błyszczącą brokatem koroną na głowie! Jednak w sklepach i księgarniach pierwszą rzeczą, do której wyciągnął rączki był samochód lub książka o samochodach. Pierwszym jego słowem było głośne „AUTOOOOOOOOO”!

Temat dżendru powrócił do mnie wczoraj na nartach…Przez ostatnie kilka tygodni moimi podopiecznymi na nartach była grupa przesłodkich amerykańskich trzecioklasistek. Najbardziej księżniczkowe z księżniczek, wróżkowe z wróżek, z przeszywającym szczęściem i radością wzrokiem, z nieznikającym z ust szerokim uśmiechem, szczebioczące i chichoczące bez końca. Zastanawiałam się nad uszyciem jakichś filtrów ochronnych na bębenki słuchowe. Wysoki sopran na cztery pyszczki budził mnie po nocach…Jednak po trzecich zajęciach mój aparat słuchowy się dostosował i bez dziwnych grymasów twarzy wsłuchiwałam się w przekaz szczebiotu. A treść była zawsze pogodna, pełna tęczowych grzyw galopujących jednorożców, truskawkowych pomadek do ust, blond włosów Taylor Swift, rymowanek, gier „w łapki” i piosenek na głosy! Każda przejażdżka wyciągiem to koncert piosenki wczesnonastolatkowej, głośno, wesoło i koniecznie z choreografią…Choreografia, mimo, że mocno ograniczona z racji butów, nart, przymusu trzymania się kijków czy barierek na wyciągu, była zawsze obecna. Delikatne wiercenie zadkiem, kiwanie głową czy, niebezpieczne dla przejeżdżających, machanie kijkami w rytm śpiewanej na głos piosenki… Do tego zawsze należy jeździć w parach, ze swoją BFFą (Best Friend Forever), ma się rozumieć. I nie ma znaczenia czy zjeżdżamy z czarnej trasy – tutaj zawsze można pługiem z piskiem przeszywającym na wskroś, ale obok siebie, dotykając się chociażby metką przy rękawicy – czy jedziemy przez las, gdzie drzewa stają na drodze wielkiej przyjaźni. I cudownie było…różowo, malinowo, w koronkach, falbankach i piosnką na ustach…

Do wczoraj…

Z powodu przeszeregowań instruktorów, dostałam trzech młodych mężczyzn, klasa piąta podstawówki! Umiejętności stabilizacyjne na nartach nieco mniejsze niż moich księżniczek, za to ego rozbuchane do granic możliwości, a ocena własnych możliwości daleko mijająca się z rzeczywistością. Nie wiedziałam, czy puścić ich przodem i ze zgrozą obserwować, że każdą, nawet czarną górkę można „BOMB IT!!” (że na krechę) z rozpiętymi kurtami, śniegiem w zębach i czasem nawet bez nart, które odpadły po drodze…Czy może prowadzić ich pięknymi skrętami…trzema, bo po trzech, kiedy się odwracam nie ma ani jednego pana. Jeden w lesie, drugi na pionowej ścianie na jednej narcie, trzeci amerykańskim odpowiednikiem Stocha chce być! Na wyciągu nie lepiej…co będzie jak ściągnę nartę? Czy kijkiem dotknę tego drzewa? Co jak się przewieszę przez barierkę kiedy ta będzie miała się otworzyć? Albo…Siedzimy sobie we czwórkę na wyciągu, chłopcy zaczynają się zastanawiać co byłoby gdyby wyciąg się zatrzymał i gdybyśmy musieli zostać tutaj na noc. Moje wróżki od razu zrobiłyby imprezę piżamową, zaśpiewałyby piosenkę i nią przywołałyby falbaniaste jednorożce, które by nas uratowały i zaniosły na wzgórze różowości. Chłopcy zadali mi takie pytanie: „Kogo zjemy najpierw?” Oddałam się na ochotnika! „Od czego zaczniecie, chłopaki?” – zapytałam odważnie. „Od dłoni!” – wydarł się jeden…”zauważyliśmy, że ma pani pomalowane paznokcie, dobrze się będzie nimi pluło!” i wszyscy trzej ryczą ze śmiechu!

Girls just want to have fun, a panowie wiecznie głodni…życia…!

JA…

photo 3

Trzecia część konkursu Finka z Kominka…Tematem jestem JA! Te dwa, to chyba właśnie JA…Jeśli wam się podoba, proszę o głosy tutaj! Trzeba zjechać na sam dół strony i wybrać Aniukowe, ma się rozumieć…

—–

ja, przyjemny dla oczu

zlepek mało znaczących atomów

jestem w rzeczywistości

mariażem

miłości i nienawiści

ty, nieskończość dobroci,

wielokrotność wdzięku i pożądania

jesteś właścicielem

wszystkich błękitnych przedmiotów na świecie

        ja, nieodkryty pierwiastek

przygnębienia

i niezdrowego przywiązania do łez

ty…mój twórca…

—–

10.16… a ja ciągle przytomna

śpię z oczami szeroko

i nie mogę czekać już bardziej niż tutaj,

na cichym brzegu dnia powszedniego

okiem cyklopa widzę tłumy ludzi

obelżywie gestykulujących opiniami

i choć wiem, że za kilka barw życia

zapomnę o nich zupełnie,

to dziś zależy mi na ich pamięci

i czekam….

…czekam na 10.17

Szczęki za nerkę…

IMG_3298

Na czarnym rynku organów do przeszczepu pojawi się niebawem nieźle funkcjonująca, niekopana nerka z moim nazwiskiem na metce! Takim sposobem zapłacimy za równe zęby dziecka numer jeden. Chris zostawia swoją na zęby dziecka numer dwa…taka nietypowa forma budowania, trudnej wszakże, więzi ojciec – syn!

Wczoraj założono dziecku aparat na zęby…rytuał zakładania trwał prawie dwie godziny. W tym czasie zmieniała się obsługa szczękowa chyba z pięć razy. Każda piękna pani miała inne zadanie – rozumiem, że w taki sposób walczy się z bezrobociem z Niemczech. Jest pani od śliny wycierania, od podawania kubka z wodą do płukania, jedna hostessa z gamą kolorów gumek na aparat, inna od pokazywania jak czyścić aparat, jeszcze inna od zapisywania niemieckich szeptów Hauptortodonty. Aż nie wiem czy nie będę musiała dokroić trochę z drugiej nerki za tę obsługę…

Po drodze wstąpiłyśmy do fryzjera żeby dopełnić Totalnej Metamorfozy na dziecku i podciąć końcówki…Jedziemy do domu, Kasia przegląda się w lusterku, szczerzy metalową szczękę i przerzuca włosy z boku na bok. I buzia jej się nie zamyka– teraz z dwóch powodów, bo przez ten aparat też ma problem z domknięciem ust. Od dłuższego czasu nurtuje mnie pytanie o sprawy sercowe dziecka mojego, postanawiam więc wykorzystać sprytnie sytuacje i dowiedzieć się o szczegóły.

Ja: Ciekawe jak się ludzie z aparatami na zębach całują?

Kasia: Normalnie…

Przeraziłam się…słowa ”normalnie” i „całowanie” są za trochę blisko siebie…ale nic, brnę…

Ja: No ale ja nie mówię o takim buziaku przyjacielskim. Zastanawiam się jak się całują tak porządnie. Czy im ten aparat nie przeszkadza?

Kasia: Mam większe zmartwienia, mamo… Zastanawiam się raczej jak będę wymiotować? Przecież te wymiociny zostaną w aparacie…

Nie dać się zbić z tropu…tylko się nie dać…

Ja: A co jest bardziej prawdopodobne w ciągu następnego roku, że będziesz się całować, czy że będziesz wymiotować?

Kasia: Oczywiście, że wymiotować…hashtag forever alone (że niby sama będzie na zawsze)!

Może i wkrótce bez nerki, ale z trochę bardziej spokojną głową…mówi, że będzie rzygać!

Poszła pochwa do lekarza…

Zainspirowała mnie pochwa Kaczki, dostałam też pisemną zgodę od dziecka mojego płci żeńskiej, że mogę pisać o jej pierwszej, i tylko w roli obserwatora, wizycie u ginekologa. Zanim o wizycie…

Znam taką jedną, której praca pielęgniarki polegała na oswajaniu kobiet z ginekologiem. Taki przedsionek ginekologiczny, gdzie się mówi, że ginekolog to nie zboczeniec, że nie nosi plastikowego fartucha poplamionego krwią, że te narzędzia nie służą do usuwania trzeciego migdała poprzez kanał rodny i że w każdym momencie, w którym pacjentka poczuje, że przekracza się jej granicę intymności (ooo jak ja się turlam po dywanie…) może wyjść i pójść, na przykład do laryngologa. Szczególnie jeśli w sprawie trzeciego migdała. Taki etat był. Nie, nie w Niemczech, ani też w żadnym kraju, w którym występuje publiczna opieka społeczna. Każde normalne państwo nie wydałoby pieniędzy na etat dla pani tłumaczącej, że fryzjer zajmuje się włosami, dentysta zębami, a ginekolog pochwami. To był przykład ze Stanów oczywiście. Ale czego się spodziewać po kraju, gdzie dzieci karmione piersią dusi się szmatami uwieszonymi u szyi matki w celu nie przekraczania granicy intymności (teraz też się turlam, ale w odwrotnym kierunku) matki karmicielki i  unikania demoralizacji społeczeństwa. Sama miałam nieprzyjemność bycia upomnianą i poproszoną o zasłonięcie dwóch centymetrów kwadratowych czegoś, co można zobaczyć w każdej gazecie, w każdym sklepie spożywczym. Odszczekałam się w polskim stylu!

Nie ma to jak wyemancypowani Niemcy…Kompletnie nagie ciało niezupełnie atrakcyjnego Niemca nie jest przeszkodą do wyjścia na balkon z balustradą na wysokości kolan. I to nie, że wyskoczył, opamiętał się, że goluśki i susem do środka…Stoi, rozmawia przez telefon, drapie się tu i ówdzie, a wszystko to na oczach moich dzieci bujających się w hamaku i zajadających truskawki! Ale wróćmy do pochew! Trzydziesty któryś tydzień ciąży, wyglądam jak…kobieta w trzydziestym którymś tygodniu ciąży…pani doktor stwierdziła używając zakończenia kończyny górnej, że Janek wychodzi…Z uśmiechem powiadomiła mnie, że dotyka właśnie jego główki. Wyszła za drzwi, zamachała ręką i wróciła z dwoma lekarzami szczebiocząc, że ma tu coś ciekawego, taką główkę prawie dyndającą na zewnątrz. Panowie się przedstawili grzecznie i poczęli Jaśkową głowę w kanale rodnym głaskać. Czy Frau Helga może jeszcze na grupę B, z trzeciego roku ginekologii zamachać? Na Mittagessen poszli? To kanapka do łapy i niech gonią tutaj, główki w kanale podotykać. Przecież nic co ludzkie…Albo…po porodzie przychodzi pani na oględziny. Mówi tylko po niemiecku, ale obiecuje, że będzie upraszczać. I mam głęboką nadzieję, że to, co powiedziała wynikało z użycia strategii upraszczania języka w celu przekazania informacji. Mięśnie Kegla są? No, przed ciążą były. Ćwiczyć trzeba! To proszę sobie wyobrazić, że „zbiera pani pestki wiśni (przysięgam, że powiedziała Kirschkerne) pochwą ze stołu”…Właśnie co wydaliłam z siebie cztero i pół kilowe dziecię i kiedy wyobraziłam sobie, że mam jakiś nadludzki szpagat na stole robić i zasysać pochwą rozsypane pewnie jeszcze po całym stole pestki, to mnie w dołku ścisnęło! Mimikę twarzy mam dość wyrazistą, więc pani zaproponowała inną wizualizację…mięśniami pochwy kazała „połykać” szklane kulki – znała słowo „marbles” po angielsku i sprytnie użyła! A że to z epoki przed Wieloma Twarzami Greya, to obraz nieprzyjemnie wrył się w pamięć na zawsze…

Poszłam do mojej niemieckiej ginekolożki na przegląd. Pomyślałam, że czas najwyższy zabrać trzynastolatkę. Argumentów miałam wiele i na początku wszystkie były za. Oczy Kaśki już anatomicznie są duże, ale podczas wizyty przybierały niewyobrażalne wręcz rozmiary. Podczas mojego badania pani doktor pokazywała Kasi różne narzędzia, które następnie wypróbowywała na mnie samej. Ja sama uśmiechałam się jak tylko najsztuczniej mogłam…Ooo, jaki piękny lakier do paznokci ma pani – zwróciła uwagę na moje paznokcie ginekolożka i przejechała palcem po lakierze. Tym samym palcem co wiadomo… No taki właśnie jak ja lubię…a tutaj skąd taki siniak? I gładzi mnie po udzie dociskając niebieskiego siniora uczciwie zarobionego na nartach. Coś ze mnie wyjęła, pod mikroskop włożyła i mówi, że piękne jest i „czy chcesz zobaczyć Kasiu?”. Kasia rusza ustami w moim kierunku: „możemy już iść do domu?” Kiedy wyszłyśmy z gabinetu, skwitowała: „jakieś trzy lata za wcześnie, mamo! Złamałaś mi dzieciństwo!”

 

 

Bij, zabij…

P1080360

Znów Polskę poruszyła historia pobitego Kacperka…Tydzień temu Piotruś, miesiąc temu Natalka, jutro Patryczek, a za miesiąc Mateuszek…Gdzieś pomiędzy skatowanym Wojtusiem a rzucaną o ścianę Anielką zaczęłam się zastanawiać…

No bo, że Paulinkę skatował pijany osiemnastoletni konkubent sześćdziesięcioletniej alkoholiczki i to jeszcze w Wólce Pijackiej pod Kielcami, to co się dziwić? Że jak w tefałenie pokazują grupkę współkatujących pozostałych członków rodziny,  głuchych sąsiadów, niewidomych nauczycieli oraz nieczułych pracowników społecznych, to scenografia takiej pogawędki raczej nie z chronionego osiedla na Żoliborzu. Wiadomo, patologia…Z drugiej strony, każdy przecież wie, że dzieci są tłuczone także w dwupoziomowych apartamentach i w domkach w stylu góralskim. Ale czy na pewno każdy i czy na pewno wie? Widzieliście kiedyś dziennikarzy Uwagi pod domem ordynatora oddziału chirurgii, otoczonych gromadką zadbanych pań sąsiadek, mówiących nieskazitelną polszczyzną o negatywnym wpływie kar cielesnych na rozwój psychiczny dziecka? Ja nie! Może społeczeństwo jak widzi, tak odbiera…a odbiera taki przekaz, że skoro się nie mówi w Faktach o dzieciach pranych przez rodziców nauczycieli, pisarzy czy dziennikarzy sportowych, to albo takowych nie ma, a to, co społeczeństwo widzi i słyszy, bo nie oszukujmy się –  społeczeństwo widzi i słyszy WSZYSTKO, to omamy wzrokowe spowodowane nadmiarem sushi i chilijskiego wina, albo postrzegają to jako jakieś niezdrowe, ale jednak kurde może zdrowe skoro sąsiad psycholog i sąsiadka dentystka też biją, przyzwolenie społeczne…Kiedy zaczęłam się głośno zastanawiać na imprezach, na spotkaniach rodzinnych i innych publicznych zgromadzeniach, włosy dęba mi stanęły… Pani lekarka przesłodka, pan profesor nauk niezwykłych, pani o „wrażliwości motyla”…wszyscy biją i wszyscy zarzekają się, że kochają swoje dzieci zupełnie inaczej i znacznie bardziej niż jakiś wielokrotnie notowany Włodzimierz B. z bytomskiej dzielnicy Bobrek! Ale jakie argumenty? Że bezstresowe wychowanie szkodzi, że klaps to nie bicie, że przez pieluchę dziecko nawet nie czuje, no i moje ulubione – że przecież ich bito i wyszli na ludzi…

A teraz o mnie…

Ja, jako prawie bierny sąsiad…

…prawie, bo zadzwoniłam na policję! To były moje wakacje przed rozpoczęciem pracy jako nauczycielka angielskiego w liceum. Na ślicznym Żoliborzu, z okna naszego pięknego mieszkania widziałam codziennie jak kobieta bije swoje dwie nastoletnie córki. Dziewczyny siedziały często na parapecie i czytały książki, mama podchodziła i biła je po głowie, ciągnęła za włosy, czy waliła po twarzy…Zadzwoniłam na policję. Dwa razy. Po kilku dniach okna pokoju dziewczynek zostały zasłonięte ciemnymi żaluzjami i już nigdy nic nie widziałam. Zrobiłam coś jeszcze? Nie! I nic nie powiedziałam oprawczyni i nie zemściłam się srodze na niej kiedy pierwszego września okazało się, że to moja koleżanka z pracy, nauczycielka biologii i zastępca dyrektora szkoły!

Ja, jako oprawca…

Uderzyłam dziecko raz (nie piszę „tylko” celowo). W afekcie. Bo mnie zdenerwował. Nie opanowałam się. Nie wiedziałam co jeszcze mogę zrobić żeby odzyskać kontrolę. Bo byłam bezsilna. Albo…bo matką jego jestem w końcu, do jasnej cholery! A matki słuchać trzeba! Nawet nie pamiętam o co poszło…chyba Jasiek grzebał przy jakimś sprzęcie domowym. Pamiętam, że klęczałam naprzeciw dwu czy trzylatka i powtarzałam żeby tego nie robił. A „niegrzeczny” dwu czy trzylatek właśnie TO robił. Dałam mu klapsa w grubą, przesiąkniętą moczem pieluchę. Pewnie go nie bolało nawet. Pielucha gruba i przecież nie uderzyłam z całej siły. Wtedy dopiero gówniarza by bolało. A ów gówniarz zamachnął się i z otwartej dwu czy trzyletniej grubiutkiej rączki przywalił mi w twarz!

Dwujęzyczna magia

DSC03509

Pogoda świąteczna sportom zimowym nie sprzyja! Jak już rozwaliliśmy sobie narty na kamiorach, pozbieraliśmy przebiśniegi po lesie i pozjeżdżaliśmy na sankach po zieleniejącej się już prawie trawie, trzeba było coś z resztą świąt zrobić. Mikołaja rozkminiliśmy kilka lat temu, inne stworzenia mniej czy bardziej boskie nigdy nie miały siły przebicia w naszym domu, a tu święta i magii potrzeba i czarów się zachciewa… Padło na Gandalfa i szajkę elfów oraz na starego znajomka – Harrego! Więc dzisiaj kochani, Harry Potter i Władca Pierścieni oraz zawarty w filmach aspekt dwujęzyczności!

Harrego Pottera cała nasza trójka zna na pamięć! Chris twierdzi, że jak będzie chciał zobaczyć praktyki oparte na wierzeniach w siły wyższe i zło w najróżniejszej postaci, CNN sobie włączy! Kasia swego czasu miała zeszyt ze wszystkimi zaklęciami i przepytywały się z koleżanką z tych zaklęć na stopnie! Teraz siedzą z Jasiem przed telewizorem i podpowiadają Harremu, na wypadek gdyby zapomniał swojej roli…No i padło pytanie z ust przesiąkniętej już dwujęzycznością córki, czy Harry jest dwujęzyczny. No wychodzi, że jest. I to taki czystej krwi dwujęzyczny…zasięgnął języka węży w wieku kilku miesięcy jak mi się zdaje. I to jaki zdolny dwujęzyczny?! Przy bardzo niewielkim wkładzie językowym, bo węże mało rozmowne są przecież, bez babć, dziadków, wężowych książek i sobotnich szkółek gadzich, Harry konwersował z wężyskami jak się patrzy. I tyle przeszkód w tej dwujęzyczności…znajomość tego języka nie była atutem młodego czarodzieja, językiem posługiwała się ogromna mniejszość (oksymoron?) istot żywych i tych trochę mniej żywych, no i społeczne poparcie dla języka węży też nie wróżyło sukcesu językowego! A tu jednak mówił…czyli, że można i tak…

Po Harrym przyszedł czas na Władcę Pierścieni.

Zanim o szajce pierścienia będzie, muszę się do czegoś przyznać…Każda dwujęzyczna mama (w ogóle każda mama) czasami gubi gdzieś tę ogromną walizkę wypełnioną kupą cierpliwości. No nie wiem…wyjdzie na spacer, przewiesi przez ramę roweru i zapomni, wlezie do banku, baba ją zagada i po walizce… no zdarza się. A bez cierpliwości złe rzeczy dzieją się z taką matką…ciemność na serce i rozum zapada, a usta zdają się tylko nikczemne słowa wypowiadać. I tak zamiast pozytywnego wzmocnienia wystrojonego w „pączuszki”, „cukiereczki” i inne wyroby cukiernicze, z ust matki dwujęzycznych dzieci czasami i takie coś wychodzi: „Dziecko, mów do mnie po polsku, do cholery jasnej!”. Proszę kamieniami w moją stronę nie rzucać!

Wracając do tematu…

Władcę Pierścieni oglądaliśmy, nie czytając wcześniej książek, po raz pierwszy. Bardzo nam się podoba! Mam kilka zastrzeżeń co do długość filmu i natężenia scen batalistycznych, ale cała reszta jest super! A że od razu muszę się w kimś zakochać w każdym filmie, to się zakochałam w Aragornie i na nim też cała moja uwaga się skupiła. A tu niespodzianka… Aragorn jest dwujęzyczny! I złotousty Legolas i inne elfy również…Kasia od razu się zainteresowała i dowiedziała się, że ten tolkienowski język elfów ma swoją gramatykę i są ludzie (i elfy oczywiście) którzy „nauczyli się” istniejącego tylko w książkach języka. Niesamowite…a kysz sarkazmie przebrzydły! Kasia, wraz z przyjaciółką, postanowiły się tegoż języka nauczyć, bo mówienia do siebie po polsko-słowacku nie jest już cool! O postępach będę donosić!

Jest taka scena w filmie kiedy to Elfrond (Elf dyrektor) rozmawia ze swoją córka, piękną Liv Tylor w przebraniu elfinki Arwen. Mieszają języki, raz po ludzku, raz w języku elfów. Kasia wsłuchana w tę rozmowę w dwóch językach zauważa, że po tym jak ojciec odzywa się do Arwen w języku elfów, ta odpowiada po ludzku…na to oburzona Kaśka rzuca do panienki: „Mów do taty po elfiemu, do cholery jasnej!”

Cieszyć się? Nie cieszyć?

Moneta, telefon i szklanka…

(Fidrygauka kazali)

Moneta, telefon, szklanka…szklanka – sranka, wymyślila Fidrygauka…

…o monetach kilka słów mogę, głównie dlatego, że mnie wkurzają, a wkurzają mnie bo nie umiem ich policzyć. Na co dzień posługujemy się dwoma walutami, a to dla mojej antymatematycznej mózgownicy o jakieś dwie waluty za dużo! Monet mam wiecznie za dużo i mimo, że portfel jest wielkości mniejszej walizki i przegródek w nim od cholery, monety różnych walut bardzo do siebie ciągnie. Raz w tygodniu przywracam porządek moralny w portfelu i oddzielam euro od dolarów, ale chwila nieuwagi i spragnione swojego towarzystwa monety najpierw potajemnie, a koło środy już zupełnie jawnie i bezwstydnie współżyją ze sobą w dwóch różnych przegródkach. Rozpusta! No i ten najgłupszy na świecie amerykański system monetarny. Nie dość, że dolara liczymy w ćwiartkach, to jeszcze tak emocjonalnie podchodzi się do monet, że postanowiono nadać im imiona.

…o telefonach zdanie czy dwa też sklecę…Właściwie to o jednym…o moim, ślicznym, nowiutkim ajfonie, w kolorze wielkanocnego kurczaczka z przesłodkim, niebieskim futeralikiem w równiutkie otworki…zdrobnień mi zabraknie, taki piękny jest! Steve-niech mu ziemia lekką będzie – Jobs wymyślił przełomowy telefon dla ludzi z wczesnymi oznakami Alzheimera. Wczesne objawy choroby to problemy z pamięcią i otępienie – mam oba! Ajfon przypomina mi o wszystkim…o spotkaniu, o smsie, o emailu, żeby odebrać, żeby napisać, żeby życzenia złożyć, odebrać dziecko piętnaście minut wcześniej ze szkoły i nie spóźnić się do dentysty! Wszystko ze sobą jest tak połączone, że kiedy dostaję maila ze szkoły oznajmującego, że na piątek ma się stawić dwanaście babeczek mojej roboty, data wpisuje się sama do wszystkich kalendarzy, we wszystkich sprzętach elektronicznych w domu naszym i wszystkie te sprzęty przypominają mi co sześć godzin, żebym mąki i jaj nie zapomniała kupić! Ludzi zdrowych na umyśle pewnie to przeraża – ja jestem wdzięczna! Pomimo tego, że mam jednego męża i tylko dwoje dzieci, czasem trudno ich wszystkich ogarnąć. Na wypadek gdybym zapomniała jak wyglądają bliscy mi i często dzwoniący do mnie ludzie, ajfon pokazuje mi ich zdjęcia na wyświetlaczu, od czasu do czasu zmieniając te zdjęcia co oczywiście, ma na celu sprawdzanie moich słabnących umiejętności poznawczych…poznam ich, czy już nie? Ale ze mną nie jest tak łatwo kochany panie, świętej pamięci, Stevenie…zagwozdkę mam! Do mojej karty SIM mam kod, którego oczywiście nie pamiętam. Ale, że głupia nie jestem, to sobie go zapisałam! Zapisałam…w telefonie! Miesiąc temu ląduję na zagramanicznym lotnisku, włączam telefon, który pyta mnie uprzejmie o kod do karty. Kod w kopercie w domu, dom na południu Niemiec, mąż z dziećmi na północy…Dzwonię z telefonu koleżanki do Chrisa i pytam pokornie czy może przez ramię nie spojrzał na tę kopertę z kodem do karty, com ją otwierała dwa miesiące temu…okazało się, że spojrzał i jak każdy numer telefonu, numer konta, rejestrację wyprzedzanego samochodu, temperaturę powietrza w dniu swoich czterdziestych urodzin i budżet Żoliborza na 2001 rok, zapamiętał również i ten numer! Ale, ale…nie ma stałego połączenia z Internetem ten mój mąż…wybieram ajfon!

…ale o szklance co? Chyba, że w kategoriach akcesoriów kobiecych. Uważam, że każda damska dłoń wygląda znacznie atrakcyjniej ze szklanką w parze. Szklankę należy dobrać do rozmiaru dłoni, długości palców i koloru lakieru do paznokci. U nas króluje bardziej szykowna odmiana szklanki, a mianowicie lampka do wina. Najbardziej pasująca do mojej dłoni lampka, to ta wielka lampica do czerwonego wina z Ikei. Ta sama lampka, która rozbija się w drobny mak przy naciśnięciu jej brzegu zbyt spierzchłymi ustami i której umycie grozi amputacją kilku palców. Nic to, w dłoni prezentuje się jak należy, szczególnie kiedy wypełniona jest po brzegi dobrym trunkiem!

No i to tyle w temacie szklanki i towarzyszy…do kitu ten temat, Fidrygauko! Jak wygram to obiecuję wszystkim znacznie lepszy temat!

A to ja ze „szklanką” i ze sztucznymi piersiami z Intimissimi. Jeśli nie tekst, to może chociaż to pornograficzne zdjęcie zainspiruje was do głosowania! Gdyby komuś się podobało, to bardzo proszę o głos, do Fidrygauki,  tutaj albo tutaj.

DSC03485

Wesołych Świąt i do siego…

DSC03744

Ostatnio mój małomówny mąż się wypowiedział! Podczas kolejnego rzutu mojej przedświątecznej wścieklizny się wypowiedział. Rzut był, jak zwykle, krótki acz intensywny i jak zwykle, w ocenie małżonka, o byle co… Śmiem się nie zgodzić z zaobrączkowanym mym ponieważ w mojej ocenie ważne jest czy, próbując na siłę utrzymać tradycję, pójdziemy do niemieckiego kościoła, gdzie niczego nie zrozumiemy, czy może do amerykańskiego protestanckiego (z tym, że nie jesteśmy Protestantami) czy też do amerykańskiego katolickiego, gdzie wszystko zrozumiem i ze złość pewnie i tak wyjdę! Ważne jest też skąd kapustę wigilijną wytrzasnę, bo samej mi się nie chce robić, a rodzina się wypięła. No i najważniejsze…czy biały obrus i Bolesławiec czy czerwony obrus i biała zastawa…I Chris się wypowiedział w następujący sposób: przytulił mocno i powiedział, że czas świąteczny to jeden z najbardziej stresujących i wkurwiogennych okresów i wszystkie, nawet te najbardziej kochające się małżeństwa, zakochane pary i ustabilizowane rodziny przechodzą jakiś wariacki test i że niestety nie wszystkie wychodzą z tego obronną ręką. I że jeszcze kilka dni i będę święta i wszystko się uspokoi…jak Bóg da i jak się nie pozabijamy!

Tak więc życzę wam wszystkim kochani wyjścia z tych przedświątecznych przygotowań w jednym kawałku, z uśmiechem, ze spokojem i spędzić te kilka dni z ludźmi, z którymi macie ochotę spędzić ten czas, robiąc to, na co macie ochotę. Życzę żeby było świątecznie, przyjemnie i żeby nikt nie miał wyrzutów sumienia, że coś robi, na co nie ma ochoty lub właśnie czegoś nie robi akurat! Tego wam wszystkim życzę na nadchodzące święta!

Jak pomyślę o odchodzącym już roku, to dwa słowa przychodzą mi do głowy, czekanie i przyjaźnie…W tym roku poznałam mnóstwo ciekawych ludzi, wielu z nich dzięki temu blogowi właśnie i jestem niesamowicie wdzięczna za to, że Internet, jakimkolwiek odczłowieczonym medium jest, pozwolił poznać tyle niezwykle ciekawych osób. Z niektórymi z nich udało mi się porozmawiać, podotykać i wypić coś nawet… Jestem bardzo wdzięczna za wszystkich nowych znajomych i tych całkiem już starych przyjaciół, za nocne rozmowy i poranne pogaduchy, za słowa otuchy i za kopy w dupę kiedy było potrzeba.

Czekanie doprowadza mnie do szału…a w tym roku czekałam na wiele…Miało nas już w Garmisch nie być, czekaliśmy (i wciąż ciekamy) na naszą malowaną przyszłość, wiecznie czekam na telefon, na wiadomość, na dobre słowo…Czekam na wakacje, na święta, na narty, na kolejne wakacje, na każdy następny dzień…czekam…

W nadchodzącym roku życzę sobie doczekania się wreszcie wszystkiego na co czekam…i tyle… A wy kochani, życzcie sobie, co tylko chcecie, a jak lajkniecie mnie na fejsbuku to wam się spełni!

Wesołych Świąt i wszystkiego dobrego w Nowym Roku! Do zobaczenia w 2014!

Droga redakcjo…i Candy Cane w przypadkach…

Jeszcze jedno pisemne zadanie domowe, tym razem tylko dla Kasi. Napisałam list do niej, list typu „droga redakcjo…” (z błędem jak się przyjrzeć dokładnie) i poprosiłam o poradę w sprawie dzieci dwujęzycznych. Co zrobić, żeby mówiły po polsku? Oto co dziecko napisało…Co wy na to? Bardzo przepraszam za kiepską jakość…wyblakło czy jak…

 

Screen Shot 2013-12-17 at 4.56.57 PM

Screen Shot 2013-12-17 at 4.57.15 PM

 

A na koniec świątecznie, z cyklu „Z ust dwujęzycznego dziecka” ostatni występ Jasia. Zmuszam te biedne dzieci do mówienia po polsku i Janek naprawdę się stara, aż trochę do przesady…Wiecie co to Candy Canes? Takie laski cukierkowe, zazwyczaj bardzo patriotyczne (biało-czerwone), które pochłaniamy kilogramami w świąteczny czas! Janek tak pięknie odmienił Candy Cane prosząc o pozwolenie konsumpcji: „Mamo, czy mogę jednego kendjego kejna?” Wszystko się zgadza, nie?

Depresja świąteczna!

image

Świątecznie się robi w naszym domu. Bombki się po podłodze poniewierają, anielskie włosy w zupie, przepalone lampki, kłócimy się o byle co i wydzieram się iście adwentowo na dzieci moje niewinne. Święta idą! Pierniki zrobiłam! Te wszystkie piękne, uśmiechnięte panie na ekranach medialnych rolujące bez wysiłku ciasto na pierniki, otoczone uśmiechniętymi dziewczynkami z niebieskimi oczyskami i długimi blond włosami…okazuje się, że dyrdymały jakieś! Pierników robić nienawidzę! A niech mi medal Matki Polki Bohaterki odbiorą…trudno! Gniotłam to ciasto z taką nienawiścią i złością, że widocznie musiałam przenieść wszystkie moje negatywne emocje na zlepek mąki, jaj, cukru i przypraw! Wyszły twarde i niesmaczne! Taki odwet Piernikowego Chłopka na beznadziejnej kucharce! Choinki też już są. Dzieci swoją psychodeliczną choinkę ubrały już kilka dni temu. Świeci się wszystkimi sztucznie wygenerowanymi kolorami jakie tylko są możliwe i mam nadzieję, że nie będzie żadnych gości z epilepsją bo nie ręczę za ten festiwal świateł…Moja choinka a także Hauptchoinka* naszego domu jest dziewiczo biała i niezwykle uspokaja po przelotnym pobycie w pokoju dzieci. Chrisowi, jako sekularnemu humaniście, choinka nie przysługuje! Pierogi zamrożone, opłatki doszły i paznokcie pomalowane! Niech się święci!

Siedzimy przy kolacji. Kasia osowiała, z włosem na twarz spuszczonym, siedzi podkulona z kolanami przy brodzie. Siedzi i wyraźnie smuci się na jakiś temat. Matka siedzi tak samo tyle, że z jednym kolanem bo dwa, z racji przyrostu wagi, się nie mieszczą i gada jak najęta na jakiś świąteczny łamany przez noworoczny temat. Podczas pobierania powietrza przez matkę, dziecku udaje się wtrącić.

„*Depresję mam!”

„ A jak się objawia ta rzekoma depresja?” pytam

„Jestem smutna, nic mi się nie chce robić, wstać mi się nie chce, mam myśli samobójcze” (dodam tylko, że gdybyście znali moje dziecko, zrozumiecie dlaczego spokojnie podniosłam lampkę wina do ust zamiast dzwonić do specjalisty)

„ A masz jakiś pomysł dlaczego tak się czujesz?”

„To depresja świąteczna”

„…..”

„Bo ja się tak cieszyłam na święta już październiku, a teraz nie mam siły się cieszyć”

„Jak myślisz co możesz z tym zrobić?”

No i tutaj znajomość książki „Jak mówić do dzieci żeby słuchały…” odbiła się rykoszetem. A tak dobrze mi szło…(zauważcie wszystkie pytania – żywcem z książki).

Dziecko wstało.

„O Boże, ludzie, żadnego z was pożytku! Sama siebie zdiagnozowałam, opisałam a teraz mam sama jeszcze terapię przeprowadzić? To już teraz mam być swoim własnym psychologiem do cholery jasnej*!”

I dziecko wyszło z pokoju…

Wesołych przygotowań wszystkim życzę!

*Hauptchoinka – wiadomo, że chodzi o główną, ale żywcem zerżnięte od kaczej Hauptcioteczki. Jak ma za złe, to niech w pysk da!

* u dwujęzycznych dzieci przekleństwo jest postrzegane nieco inaczej – osobista hipoteza to jest i proszę kamieniem nie rzucać!