Falstart

Kompletny falstart roku! Dziesięć dni w Garmisch spędzone na podawaniu syropów, afrykańskich antybiotyków, smarowaniu nosów, stóp i małżowin usznych. Wydawać by się mogło, że dzieci powyłaziły z tych choróbsk chociaż to raczej jak przepychanie się przez jakiś ciasny tunel więc nie będę jeszcze klaskać w dłonie. Kasia ma dzisiaj zastrzyk MTX więc teoretycznie obniżona odporność na następne kilka dni, w piątek Remicade więc obniżona odporność na następne dwa tygodnie a tu wirusów wszędzie pod dostatkiem i jeszcze do tego słyszę z Polski, że N1H1 powraca – a to ta świnia (w połączniu z błędem lekarza), która chciała wykończyć nasze dziecko trzy lata temu! Kasia wciąż kaszle i ma malutki katar ale mówi (czy też może udaje), że czuje się znakomicie, ma dobry apetyt (tu już chyba nie udaje) i chce na narty! Jasiek katar ma, ale jak to z nim trudno wyczuć czy to jeszcze wirus czy alergia. Jeden migdał bezboleśnie powiększony, do tego dwie górne jedynki mu wypadły i wygląda jak siódme dziecko stróża! Jeśli to katar alergiczny to dieta bezmleczna pana czarodzieja osteopaty nie działa a jak dodam, że dziecko klęczy na kolanach przez lodówką w Tengelman żeby mu kupić twaróg to mam ochotę pieprznąć tę całą dietę w cholerę. Jeszcze został nam tydzień do końca próby ale jak nic się nie zmieni to robimy twarogową imprezę…i szukamy innego lekarza. Kiedy już myślałam, że wyszliśmy z choróbsk, zachorowałam ja. Gardło, ból stawów i tak się męczę od trzech dni ale coś tak czuję, że skończy się na antybiotykach co mam zamiar dzisiaj sprawdzić dzwoniąc po lekarza. Dwa tygodnie (oprócz jednego dnia na nartach z Chrisem) nie byłam na świeżym powietrzu inaczej niż z samochodu do sklepu, ze sklepu do apteki, z apteki do domu. Jestem bardzo niezadowolona, wkurzona i nieszczęśliwa! Jedyna dobra wiadomość dla mnie a zła dla miliona turystów, którzy przyjechali do GaPa jest to, że pogoda jest fatalna i nic cudownego nas nie ominęło. Warunki narciarskie beznadziejne, co drugi dzień deszcz, dzikie tłumy i plus siedem! Kasia była na swojej próbnej lekcji snowboardu i po czterech godzinach taplania się w gównianym śniegu zdecydowała, że…bardzo jej się podoba i będzie jeździć na snowboardzie. Zadowolona nie jestem ale cóż…marzenia dzieci trzeba wspierać i mocno udawać że się cieszymy razem z nią. W tym wypadku, mocno udawać! Na szczęście sprzęt mamy za darmo w ramach szkółki narciarskiej, bardzo dobry oddział urazowy blisko i obiecane, że snowboard tylko w środy, w szkole a w weekend narty.

Z innych nieszczęść to choroba babci i śmierć taty mojej bliskiej przyjaciółki. Tata zmarł nagle. Dobrze go znaliśmy. Bardzo wesoły, pomocny i mądry człowiek…a jeszcze w poniedziałek piliśmy jego pyszną nalewkę…Babcia ma grypę, zapobiegawczo podali jej anybiotyki ale męczy się strasznie kaszlem i wiadomo, że w takim wieku każdy wirusek groźny jest. Mama się nią dobrze opiekuje i mam nadzieję, że szybko z tego wyjdzie. Mojej przyjaciółce życzę dużo siły a nam wszystkim jakiegoś minus dziesięć żeby te wszystkie wirusy zamroziło.

Z mniejszych do-dupków to przegraliśmy walkę o rozwaloną półkę nad zlewem. Oni twierdzą, że nasza wina, my, że ich wina ale ponieważ jest kilka kruczków prawnych, na których się oparli i ponieważ klient to absolutnie NIE jest pan w Niemczech, półki naprawionej nie mamy! Ale mam nadzieję, że „what goes around, comes around” albo w mojej bardzo wolnej interpretacji przyjdzie kryska na Matyska, Herr Smitta, Frau Mueller i paru innych to się nie przejmuję. Piniondze to nie wszystko, nie? Aleeeee wszystko bez piniendzy to wiadomo, że ch…Dostaliśmy „plan” naprawy nie takiej aż pokrzywionej Katarzynowej szczęki. Plan trzyletni opiewa na…siedem tysięcy Euro. I jak tu nie pić? Ale jak tu pić jak gardło boli?

Chris wiadomości o pracy też nie ma i jak zwykle nie wiadomo co robić, co myśleć co i czy w ogóle planować cokolwiek. A tego nienawidzę najbardziej – nie mieć planu!

Tak więc poproszę szanowny rok co by zrobił kilka kroków do tyłu, zastanowił nad tym co robi i co zamierza, naprawił błędy i rozpoczął się na nowo. I to już!

A tu paski siedzą…paski

Do siego!

No i po świętach…no i udało mi się nie żałować całego tego wyjazdu do Starokrzepic a było blisko. Z mamą nie usiadłam nawet na chwilkę a lakoniczne rozmowy dotyczyły miski, garnka, ilości pieprzu w kapuście i cukru w kompocie z suszu. Na swoje dzieci tylko warczałam, żeby do łóżka albo z łóżka bo pościelić trzeba żeby zrobić miejsce żeby przesunąć stół żeby zjeść szybko śniadanie bo zaraz trzeba posprzątać i szybko nakryć do obiadu żeby szybko zjeść bo należy pozmywać żeby kawę można było zrobić co by ją duszkiem wypić żeby miejsce na kolację zrobić a następnie uporządkować żeby miejsce na materace zrobić w celu pójścia spać (czym szybciej to przeczytacie tym bardziej realistyczne). Uff…Ze swoją atomową rodziną spędziłam dwadzieścia minut na ekspresowym spacerze nad rzeką. Wiem, że nie wszyscy lubią i potrafią ale ja naprawdę bardzo lubię i potrafię spędzać czas tylko we czwórkę… Z moją Gosią spotkałam się przy jakiejś marnej kawie, z drugą Gosią – w ogóle się nie pogadałam. Całe Krzepice nie odwiedzone i nawet włosy nie ufarbowane bo czasu nie było. Za to przy wigilijnych stole usiadło nas trzynaścioro, podzieliliśmy się opłatkiem i wirusami i rozpakowaliśmy milion prezentów. Najadłam się babcinej kapusty wigilijnej, której nigdy nie byłam w stanie podrobić, w półśnie poszłam na pasterkę pooglądać nowe pań płaszcze (sama kupiłam na tę okazję nowy), futra z norek i buty kozaczki. No i te wirusy właśnie wyprowadziły mnie zupełnie ze świątecznego nastroju. Tak jak Jaśka kaszel, gorączka i ból gardła jest do opanowania, z Kasią jest zawsze gorzej. Nie dość, że jej system odpornościowy działa tylko w pięćdziesięciu procentach i każda infekcja ciągnie się dłużej, często wymaga cięższych leków, może (infekcja albo antybiotyki) powodować nawrót uśpionego Crohna to jeszcze uniemożliwia podanie następnej dawki Remicade. Oczywiście nie wspomnę faktu, że chore dziecko nie może iść na swoje ukochane narty ani spotkać się z przyjaciółmi ale to zdaje się nie być aż tak istotne. Było więc niebezpiecznie bo Kasia miała gorączkę (z zalecenia lekarza mamy natychmiast stawić się w szpitalu jeśli gorączka jest wyższa niż 38 w dwóch tygodniach po podaniu Remicade) i taki nieciekawy, nieodrywający się kaszel. Zanim jednak dotoczyliśmy się do Garmisch, gorączka ustąpiła, po podaniu hektolitrów syropu i afrykańskiego antybiotyku, który nie raz już uratował nas, kaszel się odrywa, dziecku wróciły kolory i humor. Dzisiaj pierwszy są u swoich kolegów a jutro z mieszanymi uczuciami jedziemy na pierwsze narty. Tak więc wszystko skończyło się pomyślnie i święta uważam za udane!

 

Wczoraj Chris składał mi życzenia z okazji naszej czternastej rocznicy ślubu i życzył żeby ten następny rok był lepszy od tego, niezbyt dobrego. Tak mnie zaskoczył bo moje zdanie na temat mijającego roku jest inne ale może i rzeczywiście nie było kolorowo. Pożegnaliśmy kilku członków naszej rodziny i członków rodziny naszych przyjaciół, ciężkie choroby kilku osób z bliskiego otoczenia, moja zmasakrowana noga, Chrisa sytuacja w pracy a raczej brak sytuacji, ogromny stres z tym związany no i przerwa w spokoju Crohnowym, dość nieprzyjemny pobyt w szpitalu i niezbyt wyczekiwana diagnoza, nowy, wyjątkowo agresywny lek, strach i obawy. No i zaczęliśmy dyskusję na temat jak to ja nie postrzegam tego roku aż tak źle bo i noga moja się „naprawiła”, chodzić mogę, na nartach i na rowerze mogę, psa z głową w dół w jodze zrobię to o co chodzi? Pracy Chris nie dostał ale też z żadnej go nie wyrzucili, na chleb, wino i karnety mamy a za oknem Alpy. Kasia i owszem nacierpiała się bidulka i serce mi się ściska kiedy myślę o tym przez co musi i będzie musiała przechodzieć ale nie mam takiej mocy żeby zeskrobać z niej tę chorobę – nic oprócz tego co robimy, zrobić nie mogę. Nie ma przerzutów, rośnie, je i jak na razie wyniki są super! Bywało gorzej i nie ma się co oszukiwać, zdarzy się tak, że gorzej będzie znowu. Ale za każdym paskudnym razem, zrobimy wszystko co w ludzkiej mocy żeby było lepiej. Czyli, że co? Ostrożny optymizm? Niech i tak będzie! Ja porównałam to do mojego nowego nadaparatu. Ma on taką opcję robienia zdjęć w nieperfekcyjnych warunkach, że złe światło, obiekty się poruszają, mają na sobie nieodpowiednie kolory, tło nie takie jak trzeba, śmieci na dywanie, pryszcz na nosie i generalnie do kitu. A tu nadaparat robi zdjęcie a na zdjęciu piękni ludzie, bez blurów i szejków, na tle ciepłych kolorów, uśmiechnięci z białymi zębami, gładką skórą, większymi piersiami i bardziej płaskim brzuchem. I tak właśnie postanowiłam widzieć życie…dzięki ci Sony DX100 za inspirację!

Życzę Wam kochani w nowym roku takiego nadaparatu z możliwością ustawienia go na tryb ładniejszego, szczęśliwszego widzenia świata, w pięknych kolorach, w cudownym świetle i na dobrym tle!

swieta

 

Nieświątecznie…

Przed końcem roku takie mnie myślenie o starzeniu się wzięło…Jakie oznaki starzenia widzicie u siebie? No wiadomo, że zmarszczki, że siwe włosy nawet w tych miejscach, o których nie wiedziałam, że mogą występować. Wiadomo, że kłopoty z pamięcią, zwapnienie stawu biodrowego, problemy z oczami, nietrzymaniem moczu, lekki niedosłuch i spadek libido. Ale jak się naprawdę czujecie? Tak w środku…

Ze zdrowiem na szczęście nie mam większych problemów. Jestem nawet przekonana, że czuję się dużo lepiej niż jakieś sześć lat temu kiedy to kręgosłup dokuczał mi strasznie z powodu pozycji wpółzgiętej zbieraczki podłogowej, migreny od nieustającego, wysokiego natężenia hałasu w domu, niewyspania i odwodnienia z powodu braku czasu na wypicie szklanki wody. Wieczne wirusy przynoszone przez dzieci i mające łatwy dostęp do odwodnionej i pozbawionej świeżego powietrza mnie. Na szczęście te czasy już minęły i niech nas czasami Bóg nie pobłogosławi kolejnym dzieciątkiem bo się wypiszę z kościoła! Poodwiedzałam ginekologów, kardiologów, okulistów i innych i wydaje się, że serce mam, widzę dobrze, słyszę tak jak się należy – wybiórczo i że pożyję jeszcze trochę. Zmarszczki mi właściwie nie przeszkadzają chociaż bywają dni, że naciągam skórę za uszy, zaklejam taśmą klejącą i cieszę się „od ucha do ucha.” Włosy siwe można zakryć…albo spódnicą albo czapką… Spadek libida zawdzięczam drącej się w niebogłosy podczas stosunku sąsiadce zza ściany. Słuchowiska, z wyjątkiem Jezioran oczywiście, nie są w moim przypadku nawet wstępem do gry wstępnej… I nie można się przenieść do innego, wydawać by się mogło oddalonego, pomieszczenia bo w całym domu słychać odgłosy alpejskiej miłości (Jeff zaświadczy, że prawdę mówię!).

Jeśli chodzi o zdrowie psychiczne to oprócz istniejących już defektów, z którymi walczyć nie ma sensu, nic nowego związanego ze starością się nie pojawiło. Pamięć i owszem, zawodzi czasem ale Chris już dawno porównywał mój mózg i ruch myśli to skrzyżowania Jerozolimskich z Marszałkowską w piątek po siedemnastej przy chwilowej awarii sygnalizacji. Nic się w tej kwestii nie zmieniło, no może oprócz tego, że dawniej jakoś tak łatwiej było panować nad myślami…no bo jak można efektywnie, wczuwając się w każdą sytuację słuchać i przeżywać Turnała i słuchać jak to Kasia „bardzo musiała puścić bąka na matematyce, chciała wyjść ale się nie udało bo pisała test.” Jak? Się pytam! Albo czytać moje ulubione wyniki badań psycholingwistycznych przy wtórze tych dziesięciu bardzo głośnych i niezmiernie fałszywych dźwięków, które zna Jasiek na swoim saksofonie! Moja więc diagnoza jest następująca, tracę pamięć z powodu nadmiaru niekorzystnych bodźców i niemożliwości skupienia się na optymalnej ilości pięciu czynności wykonywanych naraz. Reasumując moja psychika wciąż w formie – lepszej lub gorszej – nie mnie oceniać ale w jakiejś tam formie.

Cóż się w takim razie zmieniło? A tu was może zaskoczę – a mianowicie odwaga! Od kilku lat zauważyłam, że coraz mniej tej cnoty we mnie – generalnie ze wszystkimi cnotami słabo jakoś ale odwaga najbardziej kuleje. Nie narzekam na jeden rodzaj odwagi – odwaga do tego, żeby się przyznać, że źle zrobiłam (pod warunkiem, że uważam, że źle zrobiłam), odwaga do tego, żeby przeprosić, żeby powiedzieć prawdę…chociaż z tą odwagą w mówieniu prawdy to trochę bardziej skomplikowane. Zastanowić by się można czy woli się być odważnym i powiedzieć to co się myśli czy jednak woli się zostać w przyjaźni z rozmówcą, nie mieć nieprzespanych nocy, wyrzutów sumienia i agresywnych wyładowań na przypadkowych ludziach. Staram się bardzo żeby myśleć pozytywnie ale odwagi mi brak żeby oczami wyobraźni widzieć kichającą Kasię dzisiaj, zdrową jutro. Zazwyczaj widzę ją w szpitalu pod kroplówką – boję się myśleć że to może być tylko kichnięcie. Odwagi mi brak żeby walczyć o swoje, o nasze. Brak mi odwagi żeby wrócić do pisania wierszy – bo to trzeba się emocjonalnie rozebrać do naga a kto wie co tam pod tą bielizną! Ale największy wypływ odwagi widzę gdzie indziej. Właśnie zabrakło mi odwagi żeby ogolić głowę…dlaczego? Przecież włosy odrosną, przecież zima i albo w czapce albo w kasku chodzę, przecież już wiele razy goliłam głowę na łyso. Stchórzyłam i nie ogoliłam! Jesienią pojechałam rowerem dwie godziny po górkę, potem jazda z górki ale można było wybrać ulicą albo lasem. W lesie mokro i błoto, wybrałam ulicę jak taka łajza bo zabrakło mi odwagi żeby pojechać lasem bo mogę się wywalić, poślizgnąć (nie zabić bo to nie aż taka górka) kolano zedrzeć…i minęła mnie fajna przygoda i super uczucie „po”. Dzisiaj po raz kolejny spanikowałam przed trudniejszą trasą narciarską. Jestem na siebie zła i czuję się fatalnie z takim tchórzem obok…nie jestem super narciarzem ale umiem jeździć i daję radę na każdej trasie. Brak odwagi jednak zabija całą przyjemność…coraz częściej. No bo jak się boję trasy czarnej to ta kurde czerwona nie jest wcale o wiele łatwiejsza, też się powinnam bać, no ale skoro boję się ścianki czerwonej to pewnie powinnam zostać na niebieskich stokach chociaż i tam nie wiadomo co się może wydarzyć. Łazi za mną jedno wielkie, kudłate i włochate tchórzysko, przyczepiło się do nogi i odpaść nie chce. Nie wiem jak walczyć z potworem i obawiam się, że mogę nie mieć siły. A kiedyś tak nie było…I to jest mój jedyny jak na razie znak starzenia się – wyciek odwagi.

Z okazji świąt życzę sobie nacieku tej odwagi a Wam kochani nacieku tego, co wam aktualnie wycieka…zdrowia, szczęścia, pieniędzy, faceta, rodziny, spokoju i czasu dla siebie, do wyboru, do koloru! Poza tym, pięknych, rozsądnie białych, w gronie przyjaciół i rodziny, spokojnych i zdrowych Świąt Bożego Narodzenia.

Jedno z moich ulubionych zdjęć. Jasiek i Kasia – rok 2004!

i znów o Amerykanach będzie…

Wczoraj przeczytałam komentarz prezesa związku właścicieli broni palnej w Stanach. A mianowicie pan pisze, że tej tragedii można byłoby uniknąć gdyby nauczyciele i pracownicy szkół mieli prawo do posiadania broni na terenie szkoły! Prawie zwymiotowałam! Nie mieści mi się w mojej pustej a zatem całkiem pojemniej głowie, że ktoś mógłby mieć taką opinię…mało tego, to prezes organizacji ludzkiej, której to ludzcy członkowie podzielają tę opinię! Nie rozumiem też, że w Stanach jest tylu normalnych ludzi a oni jacyś tacy cisi są…Ja mam rozwiązanie dla całej tej Ameryki – powinniście się kochani podzielić na tych normalnych i na tych co pod każdą poduszką mają broń a dzieci w ogródku w dziękczynne popołudnie strzelają do celu z takiej prawdziwie wyglądającej broni (nie wymyśliłam tego – to zdjęcie świąteczne mojej koleżanki). Powinniście się podzielić krajem na pół, postawić mur i spać spokojnie nie bojąc się, że jakiś idiota zabierze z szafeczki pistolecik i zastrzeli twoje dziecko w szkole! Rzygać mi się chce…

A od naszego dyrektora szkoły dostaliśmy email, że podczas gdy jedni rodzice opowiedzą swoim dzieciom o tej strasznej tragedii, inni zdecydują o tym nic nie mówić. I dlatego właśnie w szkole temat tej tragedii nie będzie poruszany a „jeśli jakieś dziecko będzie chciało o tym porozmawiać może się zwrócić osobiście do dyrektora szkoły.” Za Smoleniem chyba powtórzę: „pijany sen chorego idioty.” Tylko, że w tym wypadku to nawet nie jest śmieszne…

Jest mi tak smutno, jestem tak zdegustowana i taka zawiedziona ludzkością…brak słów po prostu!

Ale żyć trzeba dalej niestety… Kasia miała kolejny wlew Remicade w piątek. Znów nam się udało, bez żadnych reakcji alergicznych, żadnego omdlewania, krwotoku, podwyższonego ciśnienia…słowem, miodzio! Czekamy jeszcze tydzień czy dwa i obserwujemy z zaciśniętymi kciukami! Chris dostał też dwa wyniki badań – jeden sprzed dwóch tygodni a drugi z piątku. Nie myślałam sobie, że ten lek aż taki cudowny – wszystkie wyniki, które dwa tygodnie temu były pod kreską, teraz są w normie i to w bardzo dobrej normie, w ciągu dwóch tygodni Kasia przytyła kilo…z drugiej strony straszne trochę jak silny ten lek musi być, że tak szybko  i dobrze działa. Skupmy się jednak na tym, że to taki dobry lek i że Kasi po nim lepiej. Tak lepiej, że sobotę na ścianie wspinaczkowej spędziła dwie godziny a dziś z tymi obolałymi nogami przejeździła pół dnia na nartach. Jest dobrze i tego się trzymam!

Na nartach pojeździłam, zrobiłam polską wigilijkę dla Jaśka klasy a w sobotę zrobiliśmy polsko-amerykańską świąteczną imprezkę w naszym domu. W klasie Jaśka było super, dzieciaki bardzo ciekawe, zadawały mnóstwo pytań, powtarzały z przejęciem „pierogi”, „barszcz” i „zupa grzybowa” a najbardziej podobało mi się jak dzieliły się opłatkiem, wyrywając sobie najmniejszy nawet kawałeczek i powtarzały w przeróżnych odmianach fonetycznych „wesołych świąt.” Następnie zrobiliśmy moją uproszczoną wersję kutii – smakowało dzieciom bardzo a z kutią to chyba tylko mak miało to coś wspólnego. Bardzo fajny dzień!

W sobotę zaprosiłam moich amerykańskich i polskich przyjaciół…razem! Jestem ciekawa jak inni to odebrali ale ja uważam, że było super. Moi Polacy mówią albo po polsku albo po niemiecku, angielski jest trzecim językiem, mało używanym i trochę zardzewiałym. Moi Amerykanie oprócz angielskiego mówią po hiszpańsku i francusku, po niemiecku – słabo…ale jak się wypiło i najadło to i się pogadało! Bardzo fajnych mam znajomych i przyjaciół. Dziękuję wam kochani!

Narty z moimi znajomymi Amerykankami trochę mniej mi się podobały. Za dużo gadania, herbatek, przystanków i coś czego Amerykanie mają za dużo a my Polacy za mało – wiary w siebie! Podczas dziesięciominutowej podróży gondolą dowiedziałam się, że kompletnie nie posiadam wiedzy na temat teorii jazdy na nartach (okazuje się, że takowa istnieje) i poczułam się jak początkujący narciarz. Ileż to one kilometrów przejechały na tych nartach, jacy to instruktorzy je uczyli, jaki to sprzęt, jakie to techniki…Przez dziesięć minut zmniejszyłam się o jakieś pięć centymetrów. Tylko to pierwszego zjazdu…Oj, ta bezpodstawna wiara w siebie…Żeby tak trochę jej przeszczepić…

Zdjęcie trochę niewyraźnie ale ze mną – jedyne. Dzięki Magda! Świąteczna ja – bluzka cekinkowa z H&Mu (Gosia Ligęza będzie mieć ubaw), paznokcie raz w roku malowane i nieodłączne czerwone wino i…Wesołych Świąt, a co?

DSC00889

Koniec świata i narty

O końcu świata dowiedziałam się kilka dni temu. Strasznie się tym przejęłam. Tyle przygotowań do świąt, pół piwnicy prezentów, nowe narty dla Jasia, buty dla Kasi, plany i terminy…Wszystko szlag trafił! Zastanowiłabym się dwa razy zanim umówiłam się na wizyty kontrolne u kardiologa i ginekologa…dzień zmarnowany, dwa dni zmarnowane na wyszukiwaniu wakacji na następny rok, okna umyłam nie wiadomo po co, tyle godzin na siłowni – totalnie bez sensu. Nawet te piętnaście minut spędzone wczoraj na poprawianiu brwi – zmarnowane…i jaki ból!

Nie żałuję natomiast weekendu na nartach. Bardzo się bałam jak zachowa się moja, wciąż jeszcze sztywna i mało współpracująca noga. Do buta się zmieściła a to już duży sukces bo wciąż jest trochę grubsza niż prawa. Wszystkie zapięcia w bucie na maksa i jedziemy. I okazało się, że jak ją dobrze pozapinać i odciąć dopływ krwi, się jedzie…W piątek warunki były bardzo trudne, wiatr, śnieg i huśtało wyciągiem, że sama lekko się bałam. Jasiek spanikowany i zestresowany ale jakoś daliśmy radę! W drodze do domu noga aż pulsowała z bólu ale po godzinie przeszło. Nie poddałam się! Wczoraj warunki już dużo lepsze, nogę zignorowałam i jeździliśmy 3 godziny non stop. Stopa odpuściła ale za to koleżka kolano się odezwał…bolało jak jasna cholera ale jak poprzednio – po godzinie przestało. Dzisiaj niespodziewanie też pojechaliśmy na narty. Noga chyba trochę zmęczona bo buta zapinałam luźniej niż prawego a i tak ledwo dopięłam. Pogoda przepiękna, słońce, minut 17 i skrzypiący śnieg…noga się poddała i ani Achilles ani kolano dziś się nie odważyło. Tak więc, jak to mówią…rozchodzić trzeba i już!

Było cudownie! Dzieciaki były w siódmym niebie. Jasiek wczoraj spotkał trzech friendsów i przejeździł z nimi jak wariat…wariat w znaczeniu Jaśkowym oczywiście bo do nartowego wariata Jaśkowi daleko ale czym szybsi jego koledzy, tym szybszy jest Jasiek. Kasia spotkała koleżankę z klasy i też się wyjeździła za wszystkie czasy. Dzieciaki jeżdżą coraz lepiej, coraz pewniej i coraz lepiej technicznie. Jeżdżą też coraz szybciej i Kasi już nie doganiam a jak Jasiek jest z szybkimi kolegami to też nie mam szans. Śnieg super, ludzi tyle ile trzeba i wszyscy to nasi prywatni Amerykanie. Było więc swojsko i przyjemnie! Wiem, wiem…przesadzam może ale chyba jestem uzależniona od nart! To jedno z najcudowniejszych uczuć tak sobie jechać i słyszeć śnieg pod nartami…Cieszę się, że dzieciaki też połknęły bakcyla i uwielbiają jeździć na nartach. Kasi glutki z nosa były kompletnie zamarznięte a ta z czerwonymi policzkami błaga żeby zrobić jeszcze jedną rundkę. Jasiek na nowych nartach próbuje sztuczki, na jednej narcie, tyłem i na rękach, na uszach i jest taki podekscytowany i szczęśliwy! I właśnie o to mi chodziło żeby dzieci miały jakąś pasję, żeby ta pasja była połączona z wysiłkiem fizycznym i żebyśmy mogli to robić we czwórkę. Na razie się udaje chociaż coraz częściej Kasia zabiera komórkę i „spotkamy się na dole mamo”.

Mam też nadzieję, że Kasi Crohn przestraszył się mrozu i nowych leków bo Kaśka ma wreszcie zaróżowione policzki, wcina wyraźnie więcej niż zwykle (i to bez sterydów!) i ma sporo energii jak na nastolatkę, która według lekarzy potrzebuje tyle snu co niemowlę. Cyniczne poczucie humoru dopisuje i żarty na poziomie Monty Python na porządku dziennym więc chyba nie jest źle. W piątek następny wlew Remicade. Mam nadzieję, że jeśli po pierwszym wlewie nie było reakcji alergicznych to po drugim też nie będzie. Tym razem z Kasią jedzie Chris, Kasia zgodziła się na samotne oglądanie filmy przez godzinę więc Chris skoczy na swoje ulubione sushi, pozwolono jej tym razem zjeść śniadanie więc o pokarm dziecko błagać nie będzie, ma dwa wypożyczone filmy i ma być git! Mam nadzieję, że ten lek to strzał w dziesiątkę i że teraz będzie już lepiej. Oczywiście żebym nie była zbyt spokojna, zauważyłam lekko zaczerwienione oko u Kasi. Pewnie, że powodów może być przynajmniej dziesięć ale ja znalazłam ten jeden związany z Crohnem. Posiedziałam w Internecie pół godziny i…zaczęłam się znów martwić. Oko zakropione i trzymamy kciuki…

Z frontu świątecznego…wszystko przygotowane, domek pięknie wystrojony, pierniki w połowie zjedzone a prezenty w piwnicy czekają na zapakowanie do samochodu i na podróż do Starokrzepic. W środę robię polską wigilię w klasie Jasia a w sobotę imprezę bożonarodzeniową polsko-amerykańsko-brytyjską u mnie w domu. Nasze garmischowe polonijne jasełka przełożyliśmy w tym roku na sobotę po świętach i poimprezujemy po naszym powrocie do domu. Święta w tym roku zapowiadają się szybko i trochę nerwowo ale mam nadzieję, że chociaż kilka godzin spędzimy w miłej i świątecznej atmosferze.

A wracając do końca świata na poważnie tym razem…czyż każdy z nas nie przeżył swojego własnego końca świata? Ci z nas, którzy stracili kogoś bliskiego – czy dla nich nie skończył się świat? Ci, którzy dowiedzieli się, że najbliższa im osoba to skurczybyk, czyż im się nie skończył się świat? A ci z nas, którzy dowiedzieli się, że ktoś kogo kochają nad życie jest śmiertelnie lub nieuleczalnie chory…świat zawalił się  w jednej chwili. Więc niech się wypchają z tym lipnym końcem świata.

narty_

Co w szkole słychać…

O ile u Kasi różnica między negatywnymi a pozytywnymi doświadczeniami w szkole jest raczej mała – amplituda głównie płaska – o tyle u Jasia albo jest super albo do dupy! Pisałam wprawdzie o Kasi niezrównoważonej metodycznie pani od niemieckiego ale tak naprawdę to półprofesjonalizm i brak części mózgu tej pani dotknął bardziej mnie niż moje dziecko. Totalnie na luzie przebrnęła przez pierwszy kwartał roku szkolnego z samymi A, bez nadmiernego wysiłku bo kto by się tam przejmował tablicą Mendelejewa i że się nie zgadza liczba jakiś atomów czy czegoś tam w równaniach chemicznych czy jakichś tam „freak’n chemistry stuff.” Albo rodzaje tropizmów u roślin światłolubnych czy też rozpoznawanie stanów amerykańskich po kształcie, po skrótach literowych i po symbolach na ćwierćdolarówkach (tutaj byłam pod wielkim wrażeniem). Pierdoły jakieś! Na wywiadówce wszyscy mówili, że Kasia zdolna, że nie ma problemów, że potencjał jest tylko chęci mogłyby być większe. I choć po metodyce jestem to po wyczerpaniu sposobów na pozytywne wzmocnienia dochodzę czasem do wniosku, że sposób jednego z nauczycieli w liceum – dopinanie do oddawanych klasówek ze słabymi ocenami podań o pracę w McDonaldzie – nie wydaje mi się zbyt okrutny. Czas zabrać dziecko do McDonalda i to nie na frytki!

Pani od Jaśka młoda jest, pełna pomysłów, energii, miła sympatyczna z ogromną wiedzą metodyczną, którą wdraża na każdym kroku. Wpadła na pomysł, żeby wywiadówki (u nas to zawsze nie całą klasą a rozmowa rodzica z nauczycielem) były prowadzone przez dzieci. Sceptycznie do tego podeszłam ale w długi, kręty centkowany jęzor się ugryzłam. I byłam zachwycona! Każde dziecko miało przygotowany folder z zestawieniami testów, wyników z czytania, pisania i matematyki. Była i tabelka ze swoimi własnymi oczekiwaniami i oceną dziecka czy udało mu się je osiągnąć czy nie, co musi jeszcze poprawić a z czego powinien być dumny. Zastanawiam się jak by się to odbyło gdyby Jasiek miał jakieś problemy z nauką lub z zachowaniem…nie wiem. W Jasia przypadku wyszło wspaniale! Jasiek był pewny siebie, dobrze przygotowany, nie chichrał się, nie wstydził, powiedział co miał powiedzieć, podziękował za przybycie i git! I to był Jasiek dumny, ukontentowany, szczęśliwy, spełniony, rad i podbudowany a potem nastąpił „dzień śmierci”…

Przedstawienie kilku aktów. Akt I, który rozegrał się podczas przerwy obiadowej na placu zabaw i Akt II, również na placu zabaw ale po szkole. W Akcie I występuje pięciu aktorów a w Akcie II tylko czworo. Tajemniczo niewystępujący w Akcie II chłopiec, którego nazwijmy G (jeszcze mnie wyguglują i będzie afera), w Akcie I wymyślił Sex Club do którego członkostwa namawiał pozostałą czwórkę bohaterów. Bohater o symbolu J (tak, to Jasiek) miał się bronić przed członkostwem w takim niecnym klubie ale G popchnął go i nakazał należeć. W Akcie II czworo pozytywnych bohaterów rozmawiało o głupocie klubu i rozmowa nieoczekiwanie zeszła na seks. Bohaterowie (z których dwóch to synowie medyków) mieli mówić jakieś niestworzone rzeczy o tym, że kobieta i mężczyzna muszą uprawiać seks żeby powstało dziecko oraz takie dyrdymały jak fakt, że dziecko wychodzi przez pochwę. Niemniej jednak wszyscy bohaterowie byli lekko zdegustowani własnymi słowami i postanowili kontynuować zabawę w turlanie się z błotnistej górki! W trakcie Aktu II pojawia się tajemnicza osoba, która w tym akcie nie wypowiada żadnego słowa, przysłuchuje się tylko uważnie rozmowie, za to Akt III należy tylko do niej. W monologu kobieta (udało się ustalić na podstawie używanych przez świadków zaimków osobowych) ostrymi słowami wyraża obawę o bezpieczeństwo swoich dzieci w tak zdemoralizowanym środowisku, oskarża niefrasobliwych rodziców tych dzieci o sianie zgorszenia i herezji (bo przecież każdy wie o powszechnych niepokalanych poczęciach wśród wierzących a o przypadkach odnajdywania dzieci w kapuście czy też wizytach ptaków różnorodnych w przypadku ateistów) pada słowo molestowanie i wszystko to gładko przechodzi w Akt IV kiedy to czwórka znanych wam już bohaterów staje przez dyrekcją placówki i wychowawcą swoim. W tym dramatycznym akcie bohaterowie zostają osaczeni krzyżowym ogniem pytań na temat czy, kiedy, kto, co i dlaczego. W połowie tego aktu pada litera G i bohater ten zostaje sprowadzony. Wtedy pada najtrudniejsze pytanie „kto wpadł na pomysł klubu?” Zapada cisza przerywana szlochem i szybkimi oddechami i kiedy wisi nad nimi groźba piwnic pełnych tortur, bohater J mówi, że słyszał o seks klubie od swojej siostry K. No to poszło…następny akty były krótkie acz intensywne…Rozmowa wychowawcy z mamą bohatera J (jak już nie możecie się połapać, chodzi o mnie teraz), niedowierzanie i obietnica rozmowy. Akt następny w domu J, płacz i przyznanie się to kłamstwa w sprawie siostry. J przyznaje się, że wymyślił to bo nikt nic nie mówił a on bał się powiedzieć prawdę bo G stał obok niego.

Następnego dnia rano, po nieprzespanej nocy i niezjedzonym śniadaniu J umierając ze strachu mówi o wszystkim wychowawcy i kierownictwu placówki. Wychowawca pociesza i gratuluje odwagi a oglądający zbyt wiele seriali kryminalnych kierownik nakazuje J nie rozmawiać z kolegami w obawie o przepływ informacji. On sam będzie przesłuchiwał wszystkich pojedynczo (co oczywiście powinno się było wydarzyć wcześniej ale kogoś poniosła wojskowa fantazja). Akt ostatni odbywa się w gabinecie kierownika. Występujący to mama bohatera J i sam kierownik. On z przymrużonymi oczami mówi, że przesłuchał wszystkich jeszcze raz i wyszło na to, że J kłamie bo inni bohaterowie nie zgłosili obecności G podczas rozmowy (szkoda, że nie sprecyzowane zostało czy podczas rozmowy w Akcie I czy w Akcie II). A co mama bohatera J zrobi z tym oszustem to już jej sprawa, nie jego! Kurtyna powoli opada…

O kurwa mać jak się wściekłam! Żaden Colombo czy detektyw Monk z Bożej łaski nie będzie mi dziecka kłamcą nazywał! Porozmawiałam z dwoma innymi rodzicami i okazało się, że jeden w czasie przesłuchania nie powiedział nic bo płakał cały czas a jedna koleżanka nie była przesłuchiwana bo według dyrektora „w ogóle nie powinna się tam znaleźć.” A Jasiek został takim koziołkiem ofiarnym bo rzeczywiście skłamał mówiąc o Kasi, jąkał się i nie ma ojca pułkownika. A wszystko to po to żeby zatuszować nieudolność radzenia sobie z taką sytuacją (mamy przecież pedagoga szkolnego od tego), fakt, że dali się chyba za bardzo wkręcić przez jakąś walniętą idiotkę, że rozdmuchali sytuację trochę za bardzo i przede wszystkim, podsłuchana przez moherowego szpiona rozmowa odbyła się po szkole i nie powinno ich to nic obchodzić co się wtedy dzieje i o czym rozmawiają dzieci. No jeszcze jeden malutki niuansik – kompletnie niewinna, bardzo poprawna i prawdziwa rozmowa bardzo grzecznych, mądrych i szanujących siebie i innych dzieci o rozmnażaniu człowieka.

Przyszłam do domu, Jasiek się wyryczał, wygadał, totalnie nie wiedział, czy dyrektor pytał o Akt pierwszy czy drugi, wszystko mu się pomieszało, nienawidzi szkoły, wymiotować mu się chce i „zapomniał jak być szczęśliwym”.  Chlapnęłam sobie butelkę wina i wywaliłam taki email do dyrektora, że pewnie mu buty spadły jak przeczytał. Wytrzeźwiałam, przeczytałam jeszcze raz, nie zmieniłam nic oprócz paru przecinków. Chris przyszedł i wyjątkowo nie zmienił nic i wysłaliśmy. Rano o 7.00 piękny email od dyrektora, że przeprasza, że rzeczywiście nie jest ani psychologiem sądowym ani detektywem, dzieci nikogo nie zgwałciły i następnym razem może rzeczywiście należy zacząć od półmózgowych moherowych idiotek z corocznie i tylko dzięki bożej łasce pojawiającym się dziecięciem. Poprosił o rozmowę ze mną i obiecał porozmawiać z Jasiem o tym jak tu naprawić jego niechęć do szkoły i odbudować poczucie bezpieczeństwa. Grzecznie odmówiłam rozmowy twierdząc, że nie mamy już o czym gadać, równie grzecznie poprosiłam żeby zostawić Jasia w spokoju, że będzie czuł się bezpieczny jak się go nie będzie podsłuchiwać, przesłuchiwać i traktować jak kryminalistę.

A to zdjęcie Jasia z prowadzonej przez siebie wywiadówkiwywiadowka

Crohnowy update!

Wczoraj rano wchodzę do pokoju dzieci a Kasia: „Mamo, śniło mi się, że muszę sobie sama zrobić kolonoskopię!” I co na to powiedzieć? To straszne, że nie śnią jej się imprezy klasowe, narty czy w najgorszym wypadku rodzice.

W sprawie Kasi siedzimy jak na szpilkach. Czekamy na ostatnie kilka badań, krew, wydolność płuc i rezonans magnetyczny i jak te badania będę zrobione a jeszcze jak wyniki będą dobre, wtedy Kasia dostaje pierwszy wlew Remicadu. Remicade to stosunkowo nowy (Amerykanie wprowadzili go na rynek dopiero 10 lat temu) preparat biologiczny, który mimo, że jest lekiem immunosupresyjnym, nie działa na cały układ odpornościowy ale tylko na miejsca gdzie występuje stan zapalny. Z nieznanego mi powodu działanie tego leku jest dużo bardziej skuteczne kiedy lek połączony jest ze zwykłym immunosupresantem jakim jak Methotraxate. Tak więc Kasia będzie miała podawane dwa przez pierwszy rok. Remicade podawany jest w przypadku cięższych przypadków Crohna albo kiedy inne leki nie przynoszą efektu. U Kasi z poważnością choroby nie jestem taka całkiem pewna bo zewnętrznych objawów nie ma żadnych ale wyniki badań wyraźnie pokazują, że zapalenie jest i to niemałe. Dobre wiadomość jest taka, że nie rozprzestrzenia się na inne części jelita. Wydaje się, że najnowsza tendencja do podawania tego leku jest taka, żeby podawać go jak najwcześniej co ma zapobiec późniejszym powikłaniom i nawrotom choroby. O reakcjach alergicznych i skutkach ubocznych naczytałam się tyle, że właściwie to już je widzę u Kasi, która leku jeszcze nie dostała. Wszystko dotyczące tego leku przeraża mnie wielce ale chyba najbardziej fakt, że Kasia może mieć tak dużą reakcję alergiczną, że nie będzie mogła skorzystać z Remicade. Wtedy trochę trudno przewidzieć co dalej…

Na szczęście u większości pacjentów pediatrycznych Remicade jest dobrze przyjmowany, bez większych reakcji alergicznych (przecież nie mówię o jakichś błahych omdleniach, problemach z oddychaniem, przyśpieszonej pracy serca czy wysypce na całym ciele) i wszystkie mamy są zgodne, że to lek-cud! Na forum Crohnowym poznałam wiele mam, których dzieci dostają Remicade, babki te są niesamowitym wsparciem i podporą. Bez nich nie dałabym rady! Wiem, że forum są po to żeby się wspierać i pomagać sobie ale to moje jest naprawdę wyjątkowe! Byłam już na kilku innych i wszyscy zawsze są wspierający ale to jest bardzo międzynarodowe forum, mają ogromne zaplecze informacyjne, kilka osób prowadzi blogi, w których opisują dzień po dniu podczas nowych kuracji. Jest chłopak, który jako pierwszy pacjent z Crohnem na świecie miał przeszczepione nieswoje komórki macierzyste i od dwóch lat nie ma objawów! Jest nadzieja! Ale jest też siostra chłopaka, który zmarł na raka po podawaniu Remicade – trudno się czyta ale i ją trzeba pocieszyć…

Właśnie ten bardzo rzadki, nieuleczalny nowotwór systemu limfatycznego to najgorszy skutek uboczny podawania Remicade. Na szczęście dla mnie (nie dla mam chłopców) z jakiegoś powodu, nowotwór ten dotyka tylko i wyłącznie chłopców i podczas gdy zagrożenie zachorowaniem na tego właśnie raka dla każdego z nas wynosi 0.21% to dla pacjentów biorących Remicade wynosi 0.31%. Nie jest źle biorąc pod uwagę, że według statystyk amerykańskich z 2008 (czyli, że mam wrażenie, że jak coś to teraz jest jeszcze gorzej) każda z nas ma aż 12.9% niesamowitej szansy zachorować na przesympatycznego raka piersi.

Kasia poznała tam też dwójkę dzieci w jej wieku, z Crohnem, na tych samych lekach. Namówiłam ją na napisanie do nich maila i wydaje się, że przynajmniej z jednym z nich, dwunastoletnim narciarzem z Idaho, jest w stałym kontakcie. Bardzo się cieszę, że ma kontakt z kimś kto ją rozumie i wie przez co przechodzi. Przeczytałam kilka maili od tego chłopaka i od Kasi (nie grzebię w jej mailach…maile dostaje na moją skrzynkę) i bardzo podoba mi się jak szybko Kasia się otworzyła, jak oboje piszą, że mamy doprowadzają ich do szału pytaniami czy wszystko w porządku, o tym jak bardzo nienawidzą słowa „Crohn” ale też jak fajnie jest na nartach, które są najlepsze, jakie buty najwygodniejsze i jakie kijki najkijkowe! Już umówili się na maila podczas i zaraz po pierwszej dawce Remicade żeby on mógł Kasię na duchu podtrzymać! Bardzo fajnie!

Ale żeby nie było tak całkiem kolorowo to cała rodzina ma jakiś wirusik jesienny i wszystkich nas bolą gardła, mamy dreszcze i generalnie w gównianych humorach! Kasia oczywiście ma do tego gorączkę, wprawdzie tylko do 37.7 ale jakby nie patrzeć to nie 36.6. Zaczęła trochę kaszleć dzisiaj rano a jutro rano test na wydolność płuc. Bosko, po prostu!

Ale żebyście sobie czasem nie pomyśleli, że i to można jakoś przeżyć to jeszcze do tego Chrisa nie będzie do czwartku, mnie boli moje zszyte ścięgno i nowość…kolano mnie też boli bo znowu pograłam w koszykówkę i coś mi przeskoczyło (jak mnie nie dopadną te straszne statystyki nowotworowe to z pewnością skończę na wózku) a w środę mamy szkolny Bieg Po Indyka (2 kilosy biegu po lesie) – chyba się zgłoszę do trzymania chorągiewek.

Ale są też dwie dobre wiadomości. We czwartek rano jedziemy na moje ulubione amerykańskie święto Dziękczynienia do Eweliny i Scotta, Kasia spotyka się i nocuje u swojej przyjaciółki w Heidelbergu a my z Eweliną jedziemy na coroczne babskie zakupy! A druga wiadomość to taka, że ósmego grudnia Austria otwiera stoki i jedziemy na nasze pierwsze narty w tym roku! Swoją drogą leniwi Niemcy mogli by się lepiej postarać bo Zugspitze o jakieś 1000 metrów wyżej a o nartach ani słychu ani dychu! I tylko niech mi się nikt nie rozchoruje bo zamorduję!

 

To nic, że gardło boli i 37.7…polizać brudny patyk koniecznie trzeba!lizaczek

Wam też się należy…

Nie miałam ochoty pisać bo potrzebuję odpocząć po tym cholernym szpitalu ale widzę, że nie dacie mi odpocząć…Oczywiście żartuje! Jest mi niezmiernie miło i przyjemnie, że tyle osób pyta o Kasię i interesuje się jej zdrowiem. Mamy tylu fajnych znajomych i przyjaciół…Kocham was wszystkich bardzo i rozpoczynam doniesienia z pierwszej linii działań bojowych!

Jak ktoś się pyta jak tam Kasi wyniki to nie wiem co powiedzieć czy mam powiedzieć, że ok czy że nie za bardzo. Jak zwykle mieliśmy nadzieję na lepsze wyniki ale też jak zwykle baliśmy się gorszych wyników.

Sytuacja jest następująca…po badaniach endoskopowych wiemy, że Crohn nie rozprzestrzenił się w grubym jelicie (są tylko małe „kropki” ale nie wiem co to oznacza) i to bardzo dobra wiadomość. Nie rozprzestrzenił się też w żołądku, przełyku, jamie ustnej ani odbycie! To też bardzo dobra wiadomość. Jeśli chodzi o jelito cienkie – nie wiadomo bo tabletki z kamerką nie zrobili i bardzo dobrze bo okazało się, już po, że tabletka najprawdopodobniej zatrzymałaby się w jelicie i ratunkiem byłaby tylko operacja. Żeby sprawdzić jelito cienkie musimy zrobić rezonans magnetyczny więc czekamy na telefon z terminem na rezonans. W miejscu gdzie Crohn się rozpoczął (połączenie cienkiego z grubym jelitem) niestety Crohn się rozwinął i jelito nie wygląda zbyt dobrze. Na razie nie ma większego zagrożenia ale pani profesor postanowiła zmienić leki na bardziej agresywne. Przez pierwszy rok nowy lek będzie połączony z MTXem żeby zmaksymalizować remisję a po roku wyprowadzimy MTX. To oczywiście pod warunkiem, że nowy lek przyjmie się dobrze i Kasia nie będzie miała żadnej reakcji alergicznej. Nowy lek nazywa się Remicade ale proszę, nie szukajcie informacji bo naczytacie się wielu strasznych informacji i zaczniecie nam współczuć a my potrzebujemy wsparcia niewiedzących i niedoinformowanych raczej niż współczucia oczytanych. Remicade będzie Kasi podawany podczas trzygodzinnych kroplówek w szpitalu w Monachium. Na początku co dwa tygodnie a potem coraz rzadziej aż do ośmiotygodniowych przerw.

Jestem na forum (chyba na trzech jestem), na którym jest mnóstwo dzieci biorących ten sam lek. Rodzice piszą, że lek, jeśli nie ma się na niego alergii, jest znakomity. Działa szybko i na długo a te doniesienia o nowotworze nie są tak zupełnie prawdziwe (jestem pewna, że i tak przeczytacie). Na dwa miliony biorących Remicade są tylko (AŻ!!!) 24 przypadki zachorowań na raka i w 100% są to chłopcy! Jeśli ma pomóc, nie mamy innego wyjścia jak tylko zaryzykować…Co robić? Dyskutować z najlepszym specjalistą w Europie?

Kasia w szpitalu była jak zwykle bardzo dzielna. Chociaż tym razem przepłakała większość czasu. Na początku było mi bardzo smutno ale teraz, z perspektywy czasu, myślę, że to było bardzo terapeutyczne. Kasia wreszcie powiedziała jak bardzo nienawidzi swojej choroby, jak bardzo czuje się inna, samotna. Myśli, że nie ma przyjaciół a jak ich ma to na pewno wszystkich ich straci. Nakrzyczała na mnie, że rozmawiałam o jej chorobie z mamą jej kolegi. Raz mnie nienawidzi, raz przytula i mówił, że mnie kocha…Może wszystko wywaliła, może tego właśnie było jej potrzeba…nie wiem. Dzisiaj odpisała na dwa maile od dwójki dzieci z Crohnem ze Stanów. Chyba się otwiera…

 

Kasia i jej przyjaciółka na spacerku jesiennym

DSC00363

Należy mi się…

Oto ja – człowiek, któremu wydaje się, że wszystko jakoś da się wywalczyć, że o niesprawiedliwość trzeba się bić, nie można się poddawać choćby nawet w szkole wywieszano czarną listę, na której wiszę tylko ja. Zawsze wydaje mi się, że jak się pyta, dopytuje, łazi i marudzi to w końcu będzie dane choćby nawet z tego powodu, że inni mają już ciebie dojść. Ja, która zawsze się śpieszy, robi sto rzeczy na raz, ma mnóstwo pomysłów na ulepszenie wszystkiego w bardzo szybkim tempie. Jestem niecierpliwa, nie lubię tracić czasu, nie umiem nic nie robić, nie umiem odpoczywać, cieszyć się chwilą, w której nie trzeba biegać z piórkiem w dupie, sprzątać, można posiedzieć z dzieckiem wygodnie i pooglądać telewizję no i ja, która nienawidzi sprzeciwów i zrobi wszystko żeby postawić na swoim bo, zacytuję Glorię z mojego ulubionego serialu Modern Family, I have all the answers!

I oto ja w zderzeniu ze szpitalem w Monachium! Nie kochani, nie narzekam bo to bardzo dobry szpital i pewnie z tego powodu mają tylu pacjentów, nie narzekam bo to również szpital uniwersytecki czyli, że wielu mnie otaczających się tutaj uczy, nie narzekam bo Kasia nie umiera mi na rękach i nic nie zagraża jej życiu w tym momencie, nie narzekam również bo mamy bardzo dobre ubezpieczenie – mamy pokój tylko dla nas, super łazienkę i w tej chwili stoi przy Kasi ordynator anestezjologii a kolonoskopię robi ordynator gastroenterologii. Nie narzekam ale… Wczoraj kazali nam się zjawić o 10.45. Byliśmy o 10.44 i co? W pokoju znalazłyśmy się o 16.00 a pierwszą szklaneczkę ohydztwa podali Kasi o 17.00. Musiała wypić dwie wczoraj, wypiła trochę za szybko więc męczyła się strasznie, ból brzucha, straszne osłabienie, chciała spać a nie mogła bo trzeba było pić żeby się oczyścić bo rano kolonoskopia przecież. Podają jej płyny w kroplówce więc dziecku nie chce się pić więc pije mało więc się nie oczyszcza. No więc mówię, że może nie podawać jej aż 3 butelek płynów i tłumaczę dlaczego. Pielęgniarka na to (wczoraj o 20.00), że zapyta lekarza i do dzisiaj do 13.30 nie zapytała. Podawali jej płyny, kazali wypić jeszcze jedną szklankę, po czym Kasia zwymiotowała, po czym ja to zgłosiłam, po czym NIC się nie zdarzyło. Kazali jej nie pić dwie godziny przed kolonoskopią więc zgodnie z porannymi zapowiedziami przestała pić o 8.00 a przyszli po nią o…wspomnianej wcześniej 13.30! Jak tu nie dokopać?

W Niemczech panuje też taka zasada, że każdy człowiek, nawet chory, zestresowany, mający tylko dwanaście lat jest w stanie przyjąć na klatę wszystko. Tak więc Kasia dowiedziała się, że podczas kolonoskopii może zostać zniszczone jakieś naczynie, może nastąpić niebezpieczne a nawet śmiertelne krwawienie do wewnątrz, może zostać naruszona jakaś powłoka w jelitach, co zakończy się operacją, podczas narkozy będzie intubowana w razie potrzeby, wiadomo przecież, że mogą nastąpić komplikacje, jakieś cross alergiczne reakcje, wstrząsy anafilaktyczne, drgawki, może mieć problemy z wybudzeniem się. Tabletka z kamerką może się zaklinować gdzieś i wtedy konieczna jest operacja…ot takie detale…Przygotowanie na samej sali też trochę inne niż w GaPa – poprosiłam o „głupiego Jasia” bo Kasi się nie należy bo jest już dorosła (każdy kto skończył 6 lat jest już tutaj dorosły) a i tak Kasia płakała cały czas i była przerażona! W GaPa najpierw podają zaczarowany, biały płyn do łapki a potem montują diody na piersi, tlen do nosa, przekręcają na bok i zapinają pasem. Tutaj kolejność trochę inna…odwrotnie inna! Była bardzo wystraszona, dawno jej takiej nie widziałam. Zostawiłam ją tam jak już zamknęła oczy i czekam teraz…

Ostatnio ktoś mi powiedział, że jestem szczęściarą…bo nie narzekam na pieniądze (nie znaczy że powinnam ale nie widzę sensu – niczego to nie zmieni), bo dobrze wyglądam, bo dzieci grzeczne, dobrze się uczą, nie rozwodzimy się z Chrisem, mam przyjaciół, mamy swoje mieszkanie, wysprzątane i pachnące, praca jakaś się kroi, ktoś wypowiedział się pozytywnie o moim pisaniu…Tak, jestem szczęściarą pod każdym z tych względów i pewnie pod wielu innymi ale do jasnej cholery, należy mi się, nie?

Na koniec pozdrawiam bardzo ciepło Kasię z Poznania – ty kochana wiesz dobrze co przeżywam i tak ja jestem zawsze z tobą kiedyś jesteś w szpitalu tak ty jesteś cały czas ze mną tutaj!

New York state of mind

Wchodzę do samochodu a Chris: „No opowiadaj, jak było?” No to opowiadam…

Było bardzo pozytywnie…Jeśli chodzi o orgazm wzrokowy to trudno jest mi dogodzić – mieszkam w końcu w Garmisch. Ale było blisko i to dwa razy w ciągu jednego tygodnia…rzadko się zdarza…Audialny orgazm i owszem, jeden i to bardzo porządny. Ale od początku.

Na lotnisku amerykańskim cicho i spokojnie, kulturalnie i w atmosferze najwyższego odprężenia. Z trzęsącymi się rękami pełnymi paszportów, wojskowych legitymacji, zapieczętowanych kopert i zdjęć rentgenowskich podchodzę do okienka i jąkam się, że ja tutaj w sprawie karty zielonej czy jakiego tam koloru kartę mi dacie a pan na to, żeby za nim pójść do ciemnicy jakiejś. W ciemnicy czekałam pięć minut na pana, który kazał coś podpisać, miło się uśmiechnął i pożegnał! No i mam kartę zieloną i jestem w połowie drogi żeby zostać prawowitą obywatelką Stanów Zjednoczonych. Och, jak fajnie będzie…

Dwa całe dni spędziłyśmy w Nowym Jorku i rzeczywiście jest coś w tym co mówią o tym mieście, że każdy się w nim zakochuje. Coś jest w tym mieście, może to, że nie ma niskich budynków, że wszystko jest bardzo wysoko, podniesione, trochę unoszące się nad ziemią. Przy takim ogromie ludzi i samochodów, Nowy Jork wydawał mi się taki przestronny i jakiś „wywietrzony”. No i ten kolor…totalnie jesiennie w kolorach ceglanych, ciepłych brązach i beżach. Z jesiennymi, kolorowymi drzewami i w świetle ciepłego słoneczka Nowy Jork wyglądał cudownie!

Odwiedziliśmy pomnik poświęcony ofiarom 9/11. To w sumie nie pomnik a park z budującym się muzeum i dwoma pomnikami w miejscu gdzie stały wieże. Podobał mi się symbolizm tego miejsca. To dwie wielkie dziury, jakby kratery do których spływa woda a pośrodku jeszcze jeden mniejszy dół, gdzie spływająca woda spływała jeszcze niżej…znikała…Wokół tablice z nazwiskami a wśród nich kilka takich: „imię i nazwisko oraz jej nienarodzone dziecko.” Poruszające.

Orgazm słuchowy przeżyłam na Broadwayu. Już kilka razy od przyjazdu obudziłam się w nocy z wywracającym bebechy głosem w moim niedospanym łbie. „Defying gravity” – sztandarowy hit musicalu Wicked, słyszałam wiele razy w różnym wykonaniu ale to co się działo w gardle tej kobietki przechodzi ludzkie pojęcie. Scenografia, stroje i aktorstwo – czad ale to może dlatego, że nie byłam w teatrze strasznie dawno ale głosy…uwielbiamy muzykę i słuchamy różnych różności ale takiego czegoś moje uszy nie słyszały jeszcze nigdy.

No i zakupy…totalnie inny świat konsumencki. Pewnie po kilku miesiącach by się przejadło ale byłam pod wrażeniem. Mój iPod Touch lekko niedomaga, w Monachium kazali mi wypełniać jakieś papierki, wysłać chory sprzęt i może się naprawi a może nie a może dostanę nowy ale pod stu pięćdziesięcioma warunkami. Wchodzę do sklepu Jabłuszkowego z niedomagającym iPodem, po dwóch minutach podchodzi do mnie iGenius (serio, tak się nazywają mądralińskie kujonki z iPadami w ręce), ja mówię, że się nie ładuje a ona na to, żeby usiąść i poczekać. Po chwili przynosi nowiutki iPodzik i życzy miłego dnia! W GAPie wszystko na kupce 25% off nad kupką jest napisane, że wszystko jeszcze 25% off, podchodzę do kasy a przemiły pan, że dzisiaj jeszcze dodatkowe 40%…czad! Wiem, że pewnie koszt wyprodukowania tej koszulki w Bangladeszu jest jeszcze z 50% niższy ale przemawia przeze mnie totalnie próżny konsument, tęskniąca za czymś innym niż H&M w Garmisch ofiara wczesnego bezmodzia. Sobie nie kupiłam nic bo jednak wierna jestem brytyjskiemu Boden ale dzieci mają ciuchy na następny rok za bardzo przyzwoite pieniądze.

No to tyle jak na pierwszy raz…

A tak żeby nie zamącić wam mózgu tym Nowym Jorkiem to z aktualności…łazimy sobie po górach w sobotę i rozmawiamy o czasownikach zwrotnych w różnych językach i o słowotwórstwie. Weźmy na przykład taki „automatisch.” Wszyscy wiedzą co to znaczy ale może jednak „automatisch” to automatyczny Tisch albo, jak wymyśliła Kasia, automat do stołów…fajna zabawa. Nie wiem jak doszliśmy do sadomasochizmu (w znaczeniu potocznych nie seksualnym) i Jasiek tak się zastanawia kto to taki i za chwilę mówi: „aaaa to taki self-sufferist, tak?”