Ameryka – część druga (medialny atak na rząd)

DSC03213

Powodów mojego wyjazdu do Stanów było kilka. Jako posiadaczka zielonej karty przyszłej obywatelki Stanów Zjednoczonych jestem zobowiązana do corocznego przekraczania granicy. Słuszność tego przedsięwzięcia jest, co najmniej, wątpliwa biorąc pod uwagę fakt, że teoretycznie mieszkamy na terenie Stanów Zjednoczonych. Niemniej jednak Chris podejrzewający nieścisłości w przepisach i kompletny brak logiki w amerykańskich strukturach wojskowych, nakazał jechać. Na lotnisku w Stanach przyjęli mnie jak swojego. Popatrzyli w szczere, słowiańskie oko, sprawdzili czy pilnikiem nie usunęłam linii papilarnych sprzed roku i powiedzieli, że witają. Na wszelki wypadek zabrałam ze sobą zabezpieczenie w postaci syna mojego jedynego, pełnoprawnego obywatela Stanów Zjednoczonych dzierżącego w dłoni dokument swej amerykańskiej tożsamości. Janka, ma się rozumieć, powitali z honorami. Powiedzieli, dla odmiany, że witają w DOMU! Janek był kolejnym powodem wyjazdu do Stanów. Baliśmy się, że jeszcze kilka lat i Jasiek zacznie chodzić do kościoła, hodować krowy i pić piwo. Ojczyznę trzeba dziecku wreszcie pokazać. Tylko dlaczego oczami matki Europejki? Matka jak nie wie, to zmyśli, nie dopowie, przejdzie obojętnie obok ważnego pomnika, nie dosłyszy pytania, nie doczyta opisu, a na koniec zgubi się i gapiąc się na mapę ominie szerokim łukiem Biały Dom. Ciekawe jest to z jaką łatwością Chris powierzył swojego syna – niewykształconego jeszcze Amerykanina – w moje niemrawe, europejskie łapy. Ufa mi czy co? Zaufanie, zaufaniem ale ubezpieczyć się trzeba. Więc zapewnił nam Chris przyjaciół, którzy zrobili wszystko żeby pokazać nam atrakcje stolycy, doedukować, uczulić na piękno, powagę i znaczenie historyczne atrakcji. Załatwił piękną pogodę i wydrukował wszystkie potrzebne mapy z zaznaczonymi na turkusowo trasami spacerowymi. Ale, że Chris człowiekiem jest i popełnia błędy, nie pomyślał o tym, żeby osobiście zająć się grupą Republikanów, którzy w odpływie zdrowego rozsądku pozamykali wszelkie atrakcje, którymi byliśmy zainteresowani. Tak więc muzea widzieliśmy tylko dwa. Dobrze, że na lotnisku muzea miały otwarty sklep, to człowiek zobaczył czego nie widział. Skalnego Lincolna nie udało nam się zobaczyć, bo na schodkach był napis, że sorry, ale rząd się nie dogadał i oglądania nie będzie. Dwa autobusy weteranów siłą wtargnęły na teren Pomnika II Wojny Światowej wraz z tłumami dziennikarzy przekazujących skołowanemu społeczeństwu konsekwencje nieprzemyślanych wyborów. Nam się nie udało…byliśmy za młodzi żeby udawać weteranów.

Janek ze spuszczoną głową szedł wzdłuż słynnego mallu wyzywając Republikanów od głupków i idiotów (ma dość zawężony słownik w tym temacie – nadrobimy!). Jakieś dwie łąki przed budynkiem kongresu stała sobie objazdowa stacja telewizyjna czekająca na rozgoryczonych przechodniów, którzy chcieli podzielić się swoimi opiniami na temat. Janek zobaczył stację na kółkach i postanowił, że powie co mu na wątrobie leży. Jak powiedział, tak zrobił. Powiedział, że wprawdzie jest Amerykaninem, ale to jego pierwsza wizyta w ojczyźnie, że mieszka w Niemczech i bardzo chciał przyjechać tutaj i zobaczyć Waszyngton i że jest zły na rząd i smutny, że wszystko jest zamknięte i nic nie może zobaczyć. Tak powiedział. Rozdygotana matka zrobiła z tego wszystkiego dwusekundowy filmik z nogami pana kamerzysty w roli głównej. Mam nadzieję, że głos opinii publicznej do pijących herbatę Republikanów dotarł i że pójdą po rozum do głowy. Jak nie, trzeba będzie wsiąść w samolot, polecieć do Waszyngtonu i znów im nagadać. Wszystko, cholera na mojej głowie, nawet Ameryka!

 

DSC03200

DSC03201

DSC03214

Ameryka – część pierwsza

DSC03275

Siedzę sobie w skąpanym w jesiennym słońcu parku w centrum małego miasteczka pod Waszyngtonem i myślę sobie, że dałabym radę. Że gdyby mi Chris rozkazem rządowym przez nosem zamachał, bym się z balkonu nie rzuciła. Gdyby za chlebem, za hamburgerami i frytkami trzeba było za ocean, pojechałabym. Gdybym musiała spać pod prześcieradłem zamiast kołdry, przekręcać klamkę zamiast ją naciskać, mówić do dzieci „ręka” zamiast „czerwone” przy przechodzeniu przez ulicę, nawadniać się bez opamiętania i nigdy w życiu nie otworzyć okna na oścież, nie popadłabym w depresję. Ale nie dobrowolnie. Dobrowolnie nie wybrałabym Stanów. Nie, że mi się nie podoba. Nie jestem też antyamerykańska i żadna ze mnie wielka polska patriotka, która „do kraju tego co kruszynę chleba…” tylko i wyłącznie. Najlepsze określenie to, że to nie moja bajka ta cała Ameryka. Mam uczucie, że to nie moje, że nie pasuję do Ameryki i ona do mnie nie pasuje. I nie musi. Ani ja jej, ani ona mnie łaski nie robi.

Na szczęście takie wyjazdy, jak i życie w ogóle,  składają się z krótkich, przyjemnych chwil, kilku miłych słów, drobnych, przypadkowych zdarzeń czy wyczekiwanych spotkań. I taki też był nasz wyjazd do Stanów, zlepek ciepłych rozmów, przejażdżek metrem, pewnej przesympatycznej rozmowy telefonicznej, chwil spędzonych w cudownym towarzystwie i czystej przyjemności z prostego bycia. Ale przede wszystkim przeniesienie starej przyjaźni na wyższy poziom. Na najwyższy poziom przyjemności płynącej z bycia razem, z rozmów o sprawach ważnych i tych zupełnie błahych. Przyjaźń, która pozwala mi uwierzyć, że się da, że nie wszystko trzeba powierzchownie przebąblować. Że to coś więcej niż kartka świąteczna, lajk na Fejsbuku, czy coroczne zdjęcie dzieci i psa.

Image

DSC03278

DSC03259

DSC03256

DSC03232

DSC03228

DSC03224

DSC03221

DSC03216

DSC03202

DSC03193

DSC03187

DSC03168

DSC03165

DSC03140

DSC03145

 

Historia o tym…

IMG_2936

…jak się dzieciom we wszystko wierzy, a się w nie zbyt mało wiary pokłada.

Staram się usilnie żeby dzieci codziennie przebywały na świeżym powietrzu. Zdanie to może się stać niezłą pułapką, bo Kasia uznała, że przecież spędza czas na świeżym powietrzu czytając książkę na hamaku na balkonie. Trzeba sprecyzować. Staram się by spędzały czas na świeżym powietrzu ruszając kończynami, najlepiej wszystkimi czterema, nie stojąc przy tym w miejscu (w sumie na hamaku można nogami pofikać i ręką kartkę w książce przewrócić). Więc włóczę towarzystwo po górach, ścieżynach, wokół jezior i przez krzaki każdego niemal dnia. Włóczenie ciężkim zajęciem jest i od włóczenia zachorowałam. Siarczyście mnie wirus zaatakował i nie miałam siły na powłóki górskie. Ale dzieci ruszać się przecież muszą, a jedyna górka z atrakcją w postaci kaczek na jeziorze, na która mogą wybrać się sami już się znudziła. A wywiozłabym ich gdzieś w cholerę i niech sami wrócą…pomyślałam i aż usłyszałam piłeczkę uderzającą w moją głowę – jak u Pomysłowego Dobromira. Świetny pomysł! Ale jak ich zawiozę, będą znać drogę…oślepię dzieci! I nie myśląc wiele – czyli jak zwykle – powiedziałam o pomyśle dzieciom. HUUURRRAAAA! Nakarmiłam najlepszym co miałam, w końcu mógł to być ich ostatni posiłek w życiu. Zaopatrzyłam w komórkę chytrze pomijając szczegół, że w górach trudno o zasięg, zawiązałam opaski na oczu par dwie, zapewniłam o dozgonnej miłości i wywiozłam w las. Pojeździłam najpierw milionem uliczek wokół naszego domu co by zupełnie straciły orientację oraz chęć na pożywienie przez najbliższe godziny, a dopiero potem ruszyłam w górski las. Mazda z napędem na jedynie dwa koła nie nadaje się na górskie wspinaczki po drogach wyłącznie dla ciężkiego sprzętu górsko-budowlanego, czołgów i czterokopytnych zwierząt hodowlanych. Jednakowoż się udało! Podekscytowane dzieci wysiadły, zdjęły opaski i….”aaa to my wiemy gdzie jesteśmy!” Dobra, to świetnie, nic wam nie podpowiadam i się żegnam. Ledwo wsiadłam do samochodu i zobaczyłam w lusterku machające mi na pożegnanie dzieci, już dopadły mnie wyrzuty sumienia. Nie muszę przedstawiać obrazów, które zalały mi wyobraźnię…wściekłe psy, szalejące rogate bydło, polujący na dzieci mordujący dorośli, inne dzieci wyrzucone przez rodziców strzelające z łuku, walczące o każdy szałas w lesie, o każdą wychudzoną wiewiórkę na grilla…Dojechałam do domu, wyciągnęłam komórkę, położyłam na stole, usiadłam obok i czekam…

 

Telefon od Kasi. Że są już koło Tengelmanna (spożywczak niemiecki). Świetnie, mówię, to macie pięć minut do domu. Kasia tłumaczy, że nie koło „naszego” Tengelmanna, tylko tego w centrum miasta. Jakim cudem one się tam znalazły? To jakieś dwa kilometry w zupełnie innym kierunku. Kasia mówi, że wiesz mamo jaka ja jestem gapa, pomyliłam ścieżki w lesie i z lasu weszliśmy w jakąś nieznaną ulicę, która doprowadziła nas do centrum. Przeprasza, że taka łajza z niej i pyta czy nie mogłabym po nich przyjechać, bo są już zmęczeni i Jasiek się boi. Kurde, czyli, że miałam rację martwiąc się. Jeszcze nie są gotowi na takie wypady we dwójkę. Przecież mogło im się coś stać, nogę mógł któryś złamać, komórkę zgubić mogli, ktoś mógłby ich zaczepić. Jestem nieodpowiedzialna. Będzie o mnie w Faktach i Uwadze na bank! Wybiegam z domu, wsiadam w samochód, wyjeżdżam z bramy i mijam turlające się ze śmiechu na chodniku dzieciory moje własne! 

Mamy Pottera!

P1020171 - Version 2

Kasia współcierpiących sąsiadów w pokojach szpitalnych miała wielu. Był kilkutygodniowy, ciężko chory chłopczyk z zespołem Downa, którego mama zostawiła w szpitalu, bo i tak nie było dla niego ratunku, zostawiając przy łóżeczku swoje zdjęcia ze zdrowym bratem bliźniakiem. Nie mnie oceniać…chociaż co tam, niech ją ogień piekielny strawi! Była kulturowo interesująca muzułmańska mama, która musiała się strasznie napracować ściągając z twarzy i okręcając się na powrót szmatkami za każdym razem, kiedy otwierały się drzwi do pokoju. Podziwiałyśmy spryt i szybkość jej ruchów. Było też kaszlące dziecko, które dopiero po mojej dziesiątej interwencji zostało usunięte z pokoju, bo zagrażało mojemu dziecku, pozbawionemu prawie zupełnie białych krwinek. Mama się na mnie obraziła! Była też kilkunastoletnia dziewczyna, z którą Kasia, o dziwo, nawiązała kontakt…bardzo luźny, ale zawsze kontakt. Dziewczyna wyskoczyła z pierwszego piętra swojego domu, otrzepała ziemię z nocnej koszulki, znalazła pod doniczką schowany na wszelki wypadek klucz do domu, otworzyła drzwi, poszła do swojego pokoju i zasnęła spokojnie w swoim łóżku. Obudziła się rano ze złamaną nogą!

I to był tylko wstęp drogi czytelniku. Nie bez kozery jednak wspomniałam o szpitalnych łóżkach. Łóżko to wątek przenikający do kolejnej części mojej historii…i nie tylko łóżko zresztą…

Nasze dziecko numer dwa czasami przychodzi do naszego łóżka. Powodów jest kilka. Ma koszmary senne, niespowodowane oglądaniem telewizji, a makabrycznymi opowieściami siostry z pierwszego piętra o tym, o czym to się teraz rozmawia wśród pryszczatej młodzieży. Wtedy się Jasia przytula, w zależności od kondycji fizycznej matki (Chris ma zawsze wymówkę, że bez okularów nie widzi) zabiera się delikwenta do swojego łóżka, lub dopycha do naszego legowiska. Czasem ma katar i trudno mu oddychać. To się jakimś olejkiem eterycznym zleje poduszkę i śpi. Czasem podchodzi bezszelestnie i cichutko szepcze do ucha: „chyba będę wymiotował”. Wtedy niezależnie od kondycji fizycznej pcham nieprzytomnego do ubikacji, on wymiotuje, a ja przysypiam na miękkim dywaniku. Włosów nie trzeba mu podtrzymywać – ma krótkie. Ale kilka nocy temu przyszło nowe. Obudził mnie stojący w drzwiach Jan. Stoi i nic. Pytam co się dzieje. Jaś na to, że „musi iść do biura, na chwilkę”. Chris się ocknął, bo jak do biura, to tylko on przecież ma prawo. Potrzebę natychmiastowego pójścia do biura wyraził jeszcze ze dwa razy i dodał, że „potrzebuje jeszcze trochę czasu…kilka minut”. Oczy otwarte, twarz poważna. Ja znalazłszy się w nietypowej sytuacji, zadaję głupie pytanie typu: „Jasiu, boli cię coś?” „Chcesz siku?” „Położysz się obok mamy?”. Nic nie mówi, ale się kładzie po czym zaczyna przeliterowywać jakieś wyrazy. Jestem zbyt zdenerwowana żeby układać wyrazy w całość…zaczynam się zastanawiać co zjadł (ostatnio było o trujących grzybach w wiadomościach), jakie leki dałam mu na katar i co robił wieczorem…Dedukcja jest kluczem do wszystkiego. Jadł niewątpliwie pryskane pomidory i ogórki, soczewicę hodowaną przy autostradzie i ryż z łamiących prawa człowieka krajów azjatyckich. Czyli jak zwykle…Leki – same zdrowe! Wyciąg z południowoafrykańskiej pelargonii i krople rosy ze wschodniobawarskiej brzozy. Był z Chrisem na siłowni, opowiadał, że rzucali piłką lekarską. A może się rzucali. Pytam Chrisa czy ta piłka lekarska nie uderzyła go głowę? Nawet w ciemności widzę, że Chris puka się w czoło. A może odwodnił się jakoś ekstremalnie przy tym rzucaniu? Puk, puk. Nagle Jasiek zaczyna mówić w zupełnie niezrozumiałym bełkocie. W bełkocie pojawiają się pauzy przypominające kropki, opadająca intonacja sugerująca zadawane pytania i powtarzający się wzór bełkotów. „Sounds like a language” sugeruję Chrisowi, że to może jakiś system komunikacyjny. Może w tajemnicy uczy Jasia jakiegoś narzecza naszej Loisach. „It must be Parseltongue”, że nic innego, tylko w mowie węży przemawia! No i wszystko jasne…mamy Pottera! Jaśka Pottera!

Kiedy wężousty Jasiek uspokoił się nieco, zadałam po raz kolejny pytanie awaryjne. „Janek, może siku?” Tym razem Jasiek zareagował pozytywnie i powędrował ze ślepym tatą do ubikacji. Ja byłam zbyt zajęta obmyślaniem jego dalszej ścieżki edukacyjnej. Trzeba się wywiedzieć o czesne w Hogwardzie, jakąś dobrą różdżkę na ebayu wylicytować i znaleźć jakiś słup na dworcu, w który trzeba się z impetem wpierniczyć. Wraca Jaś, gramoli się do naszego łóżka i pyta: „A co ja tu właściwie robię?”

Prześwietlenie personalne

Screen Shot 2013-09-19 at 12.44.16 PM

Niezgodnie ze wszelkimi zaleceniami pediatrów, dietetyków i psychologów i wręcz zupełnie pod prąd inicjatywy ruchowej pierwszej damy Ameryki, nasi sportowi kołcze, instruktorzy i ich pomagierzy, a raczej ich niewątpliwie wielokrotnie już przełożeni, postanowili uczynić sporty wszelakie zajęciem ekskluzywnym. Tylko wybrane jednostki dostępują łaski kopnięcia piłki, wytarzania się w błocie i okładania sińców i guzów workami z lodem. Tylko wybrane rodzicielki mają zaszczyt prania śmierdzących skarpet, ubłoconych gaci i wygrzebywania ziemi z małżowin usznych.  Biorąc pod uwagę nasz niski status społeczny, wybór elit piłkarskich musiał nastąpić metodą podwójnie ślepą – Janek się dostał! Reszta amerykańskich dzieci będzie zmuszona usiąść przed telewizorem z nogami do góry i z ustami pełnymi sztucznych barwników i glutaminianu sodu. Powód? Background check zwany dalej prześwietleniem personalnym, bo tłumaczenie jakie znalazłam – badania osobopoznawcze – nie podoba mi się.

Wielokrotnie przełożeni w chwilowej bezmyślności doszli do wniosku, że robione co dwa lata przez każdego kołcza prześwietlenia personalne nie są wystarczające aby zapewnić dzieciom bezpieczeństwo. Postanowili wszystkie dowody prześwietleń zniszczyć i zacząć wszystko od nowa tyle tylko, że bardziej drobiazgowo i z większą starannością. I tu problemem nie jest znana wszystkim przeszłość kryminalna, alkoholizm, napady agresji i tendencje do zachowań pseudoseksualnych żony pastora. Problem leży w braku prześwietlaczy, braku czasu na prześwietlanie i braku możliwości dostępu do odpowiednich jednostek i władz, które mogłyby o szaleństwie żony pastora zaświadczyć. No bo żona przez ostatnie pięć lat mieszkała w sześciu krajach, w których są inne procedury, istnieje jakaś śmieszna ochrona danych, no i mówi się w innym języku. I skąd taki podrzędny prześwietlacz ma znać te języki jak one nawet nie z tej samej półkuli są? A jak już mu się uda to musi te wszystkie papierki przetłumaczyć, zweryfikować czy są zgodne z prawdą – przecież nikomu nie można ufać – i poddać wojskowej hierarchii służbowej. Czyli papierki odwiedzą cztery piętra, dziewięć pokoi, poleżą na dwunastu biurkach i zostaną podpisane i odpowiednio ostemplowane pięćdziesiąt razy. No i pół roku w plecy. W piłkę nożną utuczone, z wyjałowionym od telewizora mózgiem dzieci będę grały w zaspach śniegu. Ale amerykańscy kandydaci na kołczów to pikuś! Gorzej z obcymi. Obcych u nas od groma, a nawet z Gromu kilku jest…Jam również obca! Od ośmiu lat, co dwa lata odwiedzam Sąd Rejonowy w Częstochowie i proszę o dokument o niekaralności. Dobrze, że panie w okienku się zmieniają, bo gdyby tak któraś skojarzyła fakty, że chcę o niekaralności w Polsce, ale mieszkam w Niemczech, ale chcę ten dokument w Stanach przestawić, właściwie nie w Stanach tylko w Niemczech, ale w bazie wojskowej amerykańskiej, ale nie w sprawie militarnej jakiejś broń Boże, tylko do szkoły, tak, do szkoły amerykańskiej, w Niemczech, nie, nie wojskowej szkoły, podstawowej, po co?, ano bo na nartach chciałabym z dziećmi pojeździć w środy…Gdyby któraś panienka te wypowiedzi przeanalizowała, niewątpliwie trafiłabym do jakiegoś tajemniczego ośrodka. No to w Polsce niekarana jestem. W Niemczech również jakimś cudem udało mi się nikogo nie zabić, nie zgwałcić i nie okraść. I papierek na to mam. I w końcu amerykańska policja wojskowa też się nade mną lituje i z takimi trzema dokumentami oraz ze stertą własnoręcznie wypisanych papierów idę do kołcza kołczów i mówię, że chciałabym uczyć dzieci na nartach jeździć, wykopywać ich z zasp, zapinać zamarznięte buty narciarskie, wyciągać sople z dziurek w nosie i podciągać gacie (oczywiście pamiętając o tym żeby moja goła ręka nie dotknęła jakiejkolwiek gołej części dziecka) po wizycie w ubikacji. A jaki z tego grosik dla Ani? ANIGROSZ! Praca na rzecz podupadłego fizycznie społeczeństwa! Nie narzekam jednak i bardzo lubię! Tej zimy jednak będę na czarno i nielegalnie, całkiem przypadkowo pojawiała się gdzieś w pobliżu moich byłych grup udając drzewo lub wyciąg krzesełkowy. Nie pozwolili mi! Bom bardziej obca niż rok temu! Za tydzień lecę do Stanów, może podpisy będę zbierać pod petycją. Nie oddam tak łatwo tej pracy – ciężkiej, bez wynagrodzenia, w trudnych warunkach, przynoszącej niewielką satysfakcję, a tylko pretensje rodziców, że dziecku frytek na stoku nie pozwoliłam kupić. Takiej fuchy nie odpuszczę!

A w wiadomościach o gościu, którego wywalili z Marynarki, był notowany na policji za napady z bronią i miewał niekontrolowane napady agresji. Prześwietlenie personalne musiał mieć, przepustkę do pilnie chronionego budynku dostał, legalnie wlazł i zabił dwanaście osób.

Kapitalny Capital!

capital logo

 

Jasiek się zawziął i pomimo tego, że nie czyta go zbyt wiele osób, postanowił się nie poddawać. Dzisiaj kolejne wydanie jego gazetki Capital (nie lubi jak się to nazywa blogiem :-)). Gdybym była Sylabą lub innymi mieszkającymi na Florydzie, w Londynie czy Nowym Jorku, koniecznie bym przeczytała! Zapraszam serdecznie!

 

Capitalny! 

Przyjazna Słowenia

numer 4

O odcieniach przyjaźni pisałam trochę tu i trochę tutaj. Wydawać by się mogło, że jeśli chodzi o moje podwórko, wyczerpałam temat. Mam wielu przyjaciół*, bliższych, dalszych, z dzieciństwa, z podwórka, z Internetu (i nie ma co ironizować!), starych przyjaciół, z bardzo bliskiej przeszłość przyjaciół, których znam na wylot i których znam tylko częściowo. Za każdym razem kiedy poznaję kogoś nowego wydaje mi się, że to już ostatni. To niemoralne tak poznawać fajnych ludzi na każdym kroku. Iluż tych cudownych osób łazi po tym padole i dlaczego wciąż podłażą mi pod nogi? Mam wręcz nieprzyzwoite szczęście jeśli chodzi o dobrych, mądrych i wartościowych ludzi! Małą część Ameryki Północnej, Polskę oraz ościenne kraje wyjałowiłam już z fajnych ludzi, więc przyszedł czas na podbój nieznanych nam dotąd stron, takich jak Słowenia na przykład.

W Słowenii byliśmy raptem cztery dni, a kandydaci na przyjaciół i tak nas znaleźli. Poznałam dwie wspaniałe kobiety i ich rodziny – bo za każdą wspaniałą kobietą stoi nie mniej wspaniała rodzina! Obie fizycznie i duchowo piękne, mądre, dobre i z wielką torbą bardzo mi bliskich wartości życiowych. I chyba co najbardziej pociąga mnie w ludziach, pełne pasji, ochoty do pracy, życia i czynienia świata (czy malutkiego światka wokół siebie) lepszym. Jedna dama to Węgierka, która duchowo wyrzekła się swojego kraju (na pewno nie bez bólu) i przeniosła się z amerykańskim mężem i mieszanym synem do Słowenii. Kupiła trzydzieści hektarów pola, wyremontowała zabytkowy dom i opowiadając o swoich marzeniach i planach ma łzy w oczach i wypieki na policzkach. Druga bohaterka to właścicielka czteroosobowej polskiej rodziny, która przyjechała do Słowenii specjalnie po to żeby spotkać się ze mną. Sam w sobie gest wart lekkiego zakłucia w dołku. Ujęła mnie wszystkim co przytachała ze sobą, dziećmi, mężem, wiedzą, mądrością stuletniej kobiety i entuzjazmem lekko odurzonej nastolatki. Od jednej przytaszczyłam kosz swojskich pomidorów, słodkiej kukurydzy, ogórków i śliwek. Od drugiej obolałą głowę pełną pomysłów i przemyśleń i pół butelki domowego likierku!

Nie ma co się łudzić, że w niedalekiej przyszłości przestanę się zachwycać ludźmi. Za dwa tygodnie lecę do Waszyngtonu i coś podejrzewam, że znów się przyjacielsko zakocham!

A Słowenia piękniejsza niż sobie wyobrażałam. Podobają mi się góry, jeziora i ludzie mi się podobają najbardziej. Otwarci, bez naburmuszeń, bez pro czy anty, bez biadolenia czy wywyższania się. Zwyczajnie i pięknie zwyczajni!

No i jako językowiec nie podaruję sobie uwagi na temat języka. To jedyny znany mi język (nie, nie osobiście znany!) oprócz arabskiego chyba, który oprócz liczby pojedynczej i mnogiej ma jeszcze liczbę podwójną. Na przykład: zobaczymy (my – dwie dziewczynki) – Midve bova videli! „Midve” – po prostu uwielbiam!

* jeśli kogoś nazwałam nieopatrznie moim przyjacielem, a ten sobie tego nie życzy, serdecznie przepraszam. Już dawno doszłam do wniosku, że nazywam przyjaciółmi prawdopodobnie więcej osób niż one powiedziałyby to samo o mnie (coś nie brzmi to poprawnie po polsku, nie?). Nic nie szkodzi. Mnie nie przeszkadza, a jak owym przeszkadza, niech dadzą znać, wypisze się ich.

numer 2

numer 6

numer 3

numer 5

numer 1

W obronie telewizora

IMG_6192

Elę z Dwujęzyczności kocham bezwarunkowo za wszystko i wszystko o czym pisze uważam za bardzo wartościowe, mądre i poparte jej szeroką wiedzą i ogromnym doświadczeniem. Ela napisała bardzo ważny tekst o szkodliwości telewizora, głównie jeśli chodzi o małe dzieci. Zasugerowała też, że może ja napisałabym post o tym, że dobry telewizor nie jest zły i może się przydać, szczególnie starszym dwujęzycznym dzieciom. Niniejszym więc występuję w obronie telewizora…

Nie lubię tego krzesła przy oknie. Tam układam (właściwie to walę byle jak) pranie do prasowania. I kupa wygnieciuchów czeka na…pana od telewizora! Pan od telewizora naprawi nam telewizor i dopiero wtedy, i tylko pod takim warunkiem dzieci będą miały rękawy od t-shirtów na kant i skarpetki w kostkę uprasowane. Pierwsza i najważniejsza rola telewizora w naszym domu to odwracanie mojej uwagi od znienawidzonego prasowania. I nie mogą to być filmy mądre, dokumentalne, bo od tych filmów mam dwie blizny po poparzeniach, ale głupie seriale albo programy o tragediach osobistych, niewiernych mężach, rozwiązłych córkach i wścibskich teściowych. Mózg wyłączony, w łapie żelazko i prasuję co popadnie, kurtki przeciwdeszczowe, folię spożywczą, zadanie domowe Jasia i plecak Kasi. Chris używa telewizora w celach informacyjnych. Co rano telewizor informuje go w języku angielskim i rosyjskim czy ilość państw i ich przywódców nie zmieniła się w ciągu nocy, czy napadliśmy na coś lub kogoś i skąd się wycofujemy. Bez tych informacji mogłaby go czekać niemiła niespodzianka w pracy w postaci podwyższonego stopnia zagrożenia charakteryzującego się różnorodnymi działami wojskowymi, o których pisać mi nie wolno (musiałabym was wszystkich zastrzelić oczywiście). No ale przecież o dzieciach miało być… Zastanówmy się, jakiż to mam wkład językowy (szczególnie jeśli chodzi o słownictwo) w rozwój drugiego języka u moich dzieci? Ano głównie kuchenno-łazienko-porządkowy. Kawałek książki wieczorem i coroczne wizyty w Polsce. I tyle. A skąd mają znać takie słowa jak Minister Spraw Zagranicznych (już nie mówiąc o tym, że dobrze byłoby znać jego nazwisko i co tam ostatnio sknocił), gaz łupkowy, niepożądane działania środków antykoncepcyjnych, zaburzenia w myśleniu przestrzennym, życie godowe parzystokopytnych, czy funkcjonowanie hamulców na wojskowej jednostce pływającej? Jestem przekonana, że bardzo dobrze rozwinięte, jak na dziecko dwujęzyczne, słownictwo Kasi (a mam nadzieję, że i Janek się wkrótce podciągnie) pochodzi tylko i wyłącznie z mnóstwa programów przyrodniczych, filmów po polsku i oglądania wiadomości w telewizorze właśnie. A kiedy przechodząc obok mnie prasującej i oglądającej odmóżdżające programy usłyszą: „A ty co? K…. Mam ci przypi……w ten za… ryj?” Super! Przecież to też język i znakomita okazja do wytłumaczenia kto i w jakich sytuacjach go używa. Nie wspomnę już nawet jaka wielka przyjemność płynie z oglądania dobrych filmów i nie wiem dlaczego mielibyśmy z takiej przyjemności rezygnować. Chris i ja uwielbiamy oglądać dobre filmy i bardzo chcielibyśmy zarazić tym nasze dzieci. Nic w tym złego nie ma, nawet jeśli oglądamy je po angielsku, bo tak nam łatwiej. To fajny sposób na spędzanie deszczowego popołudnia dla kogoś, kto tak jak moja rodzina nie przepada za grami planszowymi. Pewnie, że trzeba rozsądnie korzystać z telewizora, nie za długo, nie za głupio itd.,  ale taka sama zasada obowiązuje podczas używania komputera, bajki na YouTubie, Facebook, blog, słodycze i alkohol. Może nie od razu wyrzucać telewizor, ale korzystać z niego mądrze i rozsądnie. I koniecznie z przyjemnością!

W zupełności jednak zgadzam się z Elą, że małe dziecko posadzone przed telewizorem na pół dnia, karmione kaszką w rytmie Reksia czy innego Puchatka, czy telewizor w tle dnia codziennego to katastrofa. Do szału doprowadza mnie oglądanie telewizji podczas posiłku, podczas zabawy z dzieckiem na dywanie, przy gościach, podczas czytania dziecku książeczki, czy podczas rozpakowywania prezentów świątecznych. A tak się dzieje i to w bardzo wielu domach!

Myślę sobie jeszcze, że ten telewizor należałoby potraktować jako element całości, część sposobu życia i wychowania dzieci. Bo nie widzę sensu w tym, że pozbywamy się telewizora i dvd – tak dla zasady, ale na YouTubie dziecko godzinami ogląda bajki, albo gra w „przyjazne dzieciom” gry na komputerze. Ktoś również mógłby dopatrzeć się braku sensu w tym, że podczas gdy jesteśmy tak wspaniałymi rodzicami, bo nie oglądamy telewizji, to dajemy dzieciom mięso – truciznę jak twierdzi wielu – i narażamy jego zdrowie jak również zaburzamy jego poczucie etyki. I że chociaż telewizora nie mamy w domu, szczepimy dziecko nasze świństwem narażając je niepotrzebnie na różnego rodzaju powikłania. Widzimy problem w oglądaniu telewizji, ale jakoś nie widzimy problemu w tym, że dajemy dziecku klapsa. Chwalimy się brakiem telewizora, a wydzieramy się na dziecko z byle powodu, czasem obrzucamy wyzwiskami i poniżamy. Fajnie byłoby gdyby wychowanie dzieci polegało jedynie na wyłączeniu telewizora i na podaniu pokrojonych bio marchewek na obiad. Fajnie byłoby gdyby bycie rodzicem było takie proste…

Zebranie reaktywacja

IMG_0235

Wracam do zebrań rodzinnych. Wracam z powodów tych samych, o których pisałam w odcinku pierwszym i z powodów namawiaczy zewnętrznych. Zebrania moje są próbą zgarnięcia do kupy wszystkiego co mnie gryzie i zamiast wydzierania się na dzieci dziesięć razy w tygodniu o każde z osobna wydarzenie, zbieram gryzące mnie sprawy i przedstawiam na zebraniu walnym raz na…i właśnie nie wiem jakaż to częstotliwość tych zebrań byłaby optymalna. Raz na tydzień? Raz na dwa? Raz w miesiącu? Żeby nie było sztucznie, żeby nikt mnie nie znienawidził i na wstydnej taczce z rodziny nie wywiózł. Podczas wzajemnego się łaskotania i tarzania po świeżo odkurzonym dywanie powiadamiam potomstwo, że wracamy do zebrań i zapytuję delikatnie o ich zdanie względem częstotliwości. Kasia na to, że przecież już mamy takie spotkania i to kilka razy w tygodniu! Moja mocno wysunięta do przodu szczęka opadła w dół. Jak to? Bo przecież ciągle z nami coś analizujesz, ciągle coś tłumaczysz, ciągle szukasz jakiegoś rozwiązania, ciągle nam mówisz co ci się nie podoba i jak chciałabyś żeby to wyglądało – mówi odważna Kasia, podczas gdy nieco bardziej bojaźliwy Jasiek przytula się na wypadek gdybym chciała pożreć któreś dziecko kierując się kryterium, że które bliżej, ocalone zostanie. A to pisanie menu na każdy tydzień, to też zebranie przecież, bo my chcielibyśmy makaron każdego dnia, a wy z tatą robicie nam wykład na temat zbalansowanej diety i razem musimy wymyślać potrawy, które mają wszystko co trzeba – ciągnie Kasia – i zazwyczaj nam nie smakują. Ale jak chcesz mamo, to zróbmy zebranie dzisiaj.

Spisałam więc punkty spotkania i zabrałam się za makaron z sosem pomidorowym żeby chociaż podniebienie i żołądek czuły się komfortowo, bo spotkanie ustalone zostało na „po kolacji” ale „przed lodami”. W świetle zachodzącego coraz to wcześniej jesiennego już prawie słońca, wśród bezlitośnie więdnących pelargonii, delektując się słuchowo koncertem klarnetowym Woodiego Allena zasiedliśmy do obiado-zebrania. Zastrzeżeń do dziecka numer jeden miałam pięć. Każde zdanie ostrożnie zaczęłam od: „trudno mi zrozumieć dlaczego…” albo „chciałabym żebyś postawiła się w naszej sytuacji kiedy…”. Numer jeden logicznie przedstawiło swoją wersję czasoprzestrzeni (chodziło o niepunktualność i brak kontaktu z dzieckiem podczas jego braku w domu), która, jak się okazuje jest przesunięta o jakieś pół godziny i trzy ćwierci kilometra na zachód. Mimo, że o empatię w wieku nastoletnim może być trudno, udało nam się dokopać do znikomej jej pokładów i usłyszeliśmy, że rozumie, że wie, że jej przykro i że już nie będzie. Po załatwieniu w ten sam, humanitarny sposób czterech kolejnych punktów dotyczących dziecka numer jeden, przeszliśmy do numeru dwa. Jasia przypadłość postanowiliśmy załatwić raz na zawsze domową wersją psychodramy. Przedstawienie trzech aktorów polegało na symbolicznym usunięciu z mózgu Jaśka zamartwiania się, stresu, niepokoju i utrapień różnego rodzaju. Następnie wyjęcie beztroski, swobody i spokoju z Kasi mózgu i wciśnięciu tych wielce pomocnych cech do mózgu Jasia. Zamiast gadania, że Jasieńku kochany, nie możesz się tak przejmować, że ołówek się złamał, but się nie dopina, a ogórki z kanapki wyślizgują się ciągle, wszyscy się dobrze bawiliśmy, a Jaś poklepał się po zszytej kilkoma niewidzialnymi szwami czaszce i powiedział, że teraz to już na pewno będzie lepiej. Po przedstawieniu przeszliśmy do ostatniego punktu zebrania – języka polskiego. Dzieci zostały pochwalone za dzienniczek wakacyjny, jeszcze raz wyraziłam zadowolenie z Kasi opowieści o niemiecko-polskim tłumaczeniu (w komentarzach do dzienniczka) i zapytałam jak możemy sprawić, żeby mówili więcej i lepiej po polsku. Mam im czytać po polsku, mamy zapraszać gości z Polski, mam im pozwalać na oglądanie telewizji po polsku i oboje kategorycznie zażądali, że mam im przypominać i upominać ich żeby mówili po polsku, kiedy im się zapomina i mówią do mnie po angielsku. Powiedzialam, że takie ciągłe upominanie może ich zniechęcić, ale oboje twierdzili, że chcą i już!

Spotkanie przebiegło w miłej atmosferze, terapeutyczny program artystyczny okazał się strzałem w dziesiątkę czy nawet w trzynastkę nastolatki i wydaje mi się, że rozmowa na temat języka polskiego jeśli nawet nie będzie miała wpływu na poprawę ich fizycznego języka polskiego, to na pewno poprawi nastawienie i emocje w tej kwestii. A o to mi przecież chodzi!

Siła władzy

DSC02711

 

Najeżam się na nauczyciela w szkole. W domu układam sobie opieprz delikwenta taki, że go w podłogę wciśnie, idę do szkoły i z opieprzu nici. Bo mi taki belfer jeden z drugim powie coś, czego nie doczytałam, nie dowidziałam i już mi jakoś tak głupio i z przygniatającego opieprzu robi się miła rozmowa o pogodzie. Staram się o pracę. Przygotowuję się w domu, wiem co mam powiedzieć, o co zapytać. Staję przed jakimś ciałem dyrektorskim i już mi w ustach zasycha, ręce się pocą i wyrzucam z siebie kilka zdań w czasie teraźniejszym – żeby jakiegoś błędu nie zrobić, a i tak pewnie robię. Co tam dyrektorzy i nauczyciele, pani w piekarni jest dla mnie autorytetem, przed którym łamię się w pół. Kiedy wchodzę i pytam czy w tym, czy owym chlebie jest kminek (nie lubię), pani z pogardliwym parsknięciem informuje mnie, że przecież w chlebie z dziesięcioma ziarnami kminku nie ma – każdy to wie! Nie pomyślę, że wredne babsko. Pomyślę sobie, że pani mądra taka, na stanowisku chlebowym i tak wszystko wie o chlebie i już mi głupio i już się garbię przyciśnięta niewiedzą piekarniczą. Peszy mnie sama obecność takich ludzi, a ich domniemana omnipotencja budzi we mnie lęk i panikę. Nawet jeśli ich obecność jest zrobiona z tektury i gipsu. Między Olesnem a Opolem, w jakiejś ukwieconej wiosce stoi sobie taki policjant gipsowy z wyciągniętym w kierunku nadjeżdżających samochodów gipsowym sprzętem do pomiaru prędkości. Co roku mijam go z pięć razy i wiem, że za przejazdem kolejowym, za domem z pięknym ogródkiem, za zakrętem w lewo i za kościołem będzie stał durny gipsowy policjant. I co? I za każdym razem w żołądku mnie skręca i wiem, że za chwilę się wystraszę . I co? Się wystraszam! Policji boję się chyba najbardziej. Zatrzymana zostałam dwa razy w życiu. Za każdym razem było miło i sympatycznie – raz mandacik za szybką jazdę, a raz upomnionko za przykucnięcie zamiast pełnego zatrzymania się przed znakiem stopu. Żadnej traumy, żadnych złych doświadczeń, a i tak widok policjanta sprawia, że głupieję…dosłownie.

Stoję kilka dni temu na skrzyżowaniu, na światłach, skręcam w lewo. Z tej ulicy, w której lewą część mam skręcić, skręca policyjny pojazd oznakowany w moją właśnie ulicę. Zauważam pojazd, sztywnieję po całości, oczy się wybałuszają, oddech i bicie serca przyśpieszają, a myśli szaleją. „Kierunkowskaz mam, skręcić mogę, nie ma jednokierunkowej. Świateł w Niemczech nie trzeba, ale jakby co – mam. Wczoraj zrobili mi zdjęcie, bo przekroczyłam prędkość, no ale przecież nie mogą wiedzieć ci, z tego samochodu, że ja, to ja. Dzieci pasami zapięte? Nie ma dzieci w samochodzie. Ja pasy mam. Żeby tylko komórka do mnie nie podeszła i do ręki się nie włożyła. Ubezpieczenie opłacone? Za cały rok z góry. Ok, chyba nic na mnie nie mają.” Samochód skręca i przejeżdża obok mnie. Facet przez dwie szyby pewnie poczuł moją panikę, bo spojrzał na mnie z zaciekawieniem. I nagle mi się przypomniało! „Matko święta, kasku nie mam!”