W sprawie prestiżu języka polskiego i Polski…teraz ja!

Screen Shot 2013-10-17 at 4.06.14 PM

Ela w swoim sprawozdaniu ze spotkania w Katowicach pisała, między innymi, o niskim prestiżu języka polskiego. O tym jak musimy o niego dbać, sprawić żeby nasze dzieci nie tylko umiały się nim posługiwać, ale kochały go i były dumne z tego, że mówią po polsku i są Polakami – tego tak dosłownie Ela nie napisała, ale jestem pewna, że się ze mną zgodzi. Faustyna u siebie zacytowała uczestniczkę dyskusji językowych w Paryżu: „Język, którego się nie kocha, umiera.” Pozytywnie nastawiona do życia Ela zmieniła to na „Język, który kochamy, żyje.” Sylaba dopisała piękny komentarz pod Elą…naprawdę cudowne mam te językowe koleżanki! Jest problem, jest sprawa – nie pierniczymy się, tylko do roboty! To ja też chciałabym dorzucić swoje dwa grosze w temacie poprawy prestiżu języka i propagowaniu dobrego obrazu języka i kraju.

Nie będzie o moich dzieciach, bo się nimi nachwaliłam już niemało. I nie będzie o tym, jak to ja się mocno staram zareklamować polską mowę i polską kulturę. Jak to molestowałam mailami pana z wydawnictwa Muchomor i w końcu przysłał mi ostatni w Polsce egzemplarz Pocztu Królów Polskich. Nie będzie o nieustannie propagującym język polski i Polskę Chrisku moim. I nie będzie też o tym jak co roku robię wigilię polską w naszej szkole, że opłatek nielegalnie (bo do kościoła nie chodzę) sprowadzam z północy Niemiec żeby amerykańskie dzieci nakarmić. Jak walczę żeby klasa Jasia wymawiała perfekcyjne Ś a nie SZ w „Wesołych Świąt”. I nie o tym jak w naszej kilkurodzinnej Polonii walczę o jasełka po polsku. W ogóle nie ma żadnej, w tym o czym napiszę, mojej zasługi. Nic a nic…Samo się zrobiło!

Będzie o tym jak szesnaście lat temu w Toruniu spotkałam grupę młodych zapaleńców, którzy przylecieli ze Stanów uczyć języka polskiego. Przez pierwszy miesiąc uczyli się języka i życia w naszym kraju. Jedynym moim wkładem była lekcja przekleństw w języku polskim – musieliśmy ich tego nauczyć żeby wiedzieli o czym młodzież szczebiocze, a nasza nauczycielka polskiego była zbyt dobrze wychowana żeby przeklinać na głos i studiować ortografię przekleństw – ja nie! Przyjechali, pouczyli rok w różnych liceach w Polsce, pożyli sobie Polską i pojechali. Nie dalej niż wczoraj na fejsbuku widzę jak dwóch panów „rozmawia” sobie w komentarzach pod jakimś zdjęciem…po polsku! Cudownie! A raczej „zajebiście” bo to właśnie słowo upodobali sobie bardzo! Poczułam, że coś tam zostało z tej naszej Polski, jakiś kawałek gdzieś im w sercu siedzi. Miło…

Siedzimy sobie na trawie na amerykańskich dożynkach, słyszę język polski, zagaduję i rozwija się bardzo ciekawa rozmowa. Do rozmowy włącza się mój amerykański przyjaciel i moim rozmówczyniom szczęka opada na trawnik. O moim przyjacielu z Bostonu pisałam już rok temu, kiedy to ostatni raz zamieniłam z nim kilka zdań po polsku, przed tamtym spotkaniem widziałam się z nim trzynaście lat temu w Warszawie. Nie ma chłop styczności z językiem polskim a jednak…jego polski jest cudowny! Się stara, podsłuchuje, powtarza, przeczyta to i owo, interesuje się sprawami naszego kraju, kulturą i muzyką polską. Jego ośmioletni syn nie tylko umie kilka słów po polsku, ale jak mogliście zauważyć na zdjęciach ze Stanów, na mecz baseballowy poszedł w koszulce z orłem! I to jest budowanie dobrego obrazu naszego kraju, sympatii do języka i do kultury.

A kobietki z trawnika? Siedzi sobie przesympatyczna pani w wieku pośrednim i rozmawia z trzyletnią dziewczynką po polsku. Widzę, że dziewczynka dwujęzyczna, bo babcia uczy ją jak się co nazywa, że trawka, że źdźbło, że dynia. Przytulam się do nich i zaczynamy przemiłą rozmowę. Pani z Krakowa, mieszka w Stanach od trzydziestu ośmiu lat. Mąż Amerykanin, dwójka dzieci i trzyletnia wnuczka. Oczywiście (chociaż nie zawsze oczywiste), jej polski bez skazy, mówi, że dzieci pięknie mówią po polsku, a teraz ona uczy wnuczkę. W piękny sposób i ona i jej siedząca obok siostra wypowiadały się o Polsce, o Polakach i tak sobie myślę, że właśnie dlatego, że mają takie podejście, w ich rodzinie język, a przede wszystkim polskość nie zaginie! I to nie był jakiś heroiczny patriotyzm z powstaniami i obozami w tle. Po prostu, fajnie jest! I tyle!

I na koniec mój prywatny szczękoopad. Na lotnisku w Londynie po raz pięćdziesiąty kontrolują nasz paszport i piękny Włoch o imieniu Paolo wita mnie po polsku! Może mama Polka? Nie! Okazało się, że podróżuje często do Polski i kocha nasz kraj. I nie dlatego, że się na rynku w Krakowie można uchlać i zdemolować kawiarenki. W Krakowie nie był, ani w Warszawie. Za to w Gorzowie Wielkopolskim. „Bo ja jestem fan Stal Gorzów!” I wszystko jasne!

Kolejny językowy wpis będzie o emocjach, bo emocji mam w cholerę ostatnio!

Ameryka – część trzecia i ostatnia

DSC03275

Będzie o stereotypach wykreowanych przeze mnie czyli o obiektywizmie mowy nie ma. Za te stereotypy mogą mnie rozstrzelać, a w najlepszym razie pójdę siedzieć, ale zaryzykuję,  bo się nałaziłam trochę dzisiaj to i posiedzieć mogę…

Najlepiej tworzy się stereotypy kiedy ma się sporo stereotypogennego materiału. A najlepiej taki materiał spotkać w dużych skupiskach zróżnicowanego społeczeństwa. A takie miejsce to lotnisko, a w moim przypadku trzy bo i Monachium, Londyn i Waszyngton. Moje ulubione zajęcie na lotniskach, dworcach, na ławce w mieście to obserwowanie ludzi. Jak chodzą, co mówią, w jakim języku mówią, jak są ubrani i czy się trzymają za ręce. Uwielbiam dedukować skąd są, gdzie i po co jadą i jaka jest ich historia. No i stąd tylko krok do uogólnień i generalizacji. Jadziem zatem…

Uwielbiam lotnisko w Monachium. Wszystko jest czyste, poukładane, nie zdążysz pomyśleć o półpełnym pęcherzu, a tu trzy toalety – do wyboru, do koloru.  Zgubić chciałby się człowiek, zapodziać się jak należy, ale skąd? Wszystko tak oznaczone, że nawet mało rozgarnięty Niemiec (no bo taka ich przypadłość już) się odnajdzie w mig i na czas się do samolotu stawi. Jednak serca brak…Wracając ze Stanów, Janek zawieruszył się gdzieś między kontrolą paszportów a halą odbioru bagażu, bo zobaczył tatę swego za szybą. Zboczył z drogi i podbiegł do szyby. Raban się zrobił bo niezaprogramowany po niemiecku Jaś zszedł z wyznaczonego strzałkami szlaku. Musiałam uspokoić funkcjonariuszy, zapewnić, że dziewięciolatki na ogół nie mają terrorystycznych zamiarów. I od razu poczułam się jak w domu! W Waszyngtonie za to po pysku walą otwartością, ochoczymi powitaniami i nie zawsze wysokich lotów, ale z serca chyba, uwagami. Pan sprawdzający nasze bilety był tak miły, uczynny i chętny do pomocy, że zdawało mi się, że mnie podrywa…płonne nadzieje, bo podrywał i mnie i moje dziecko i pięciu innych podróżnych.

Mówią, że Ameryka to miejsce wielu narodowości, wielu grup etnicznych i wielu języków. Śmiem twierdzić, że lotnisko w Londynie bije na głowę każdą, choćby najbardziej heterogeniczną ulicę w Nowym Jorku. A że wystaliśmy się w kolejkach jak nigdy w życiu, obejrzałam sobie wszystkich. Wesołą drużynę narodową kickboxingu z Czech, gdzie wszyscy wszystkich klepali po tyłkach, śmiali się i żartowali z innych stojących w kolejce. Wystraszeni życiem Rosjanie i patrzący w ziemię Niemcy – żeby tylko nie daj Boże nie uskutecznić jakiegoś kontaktu wzrokowego. Głośni Amerykanie w kowbojskich kapeluszach i plastikowych klapkach i wielożonne rodziny arabskie, które nie zwracają uwagi na nikogo oprócz siebie i na niczyje dzieci oprócz swoich. Kolejka w zygzak, więc kilka razy mijam wzrokowo przyjemnie wyglądającą dziewczynę. Przyglądam się i zauważam chustkę z Podhala wokół jej szyi. Nasza! I w tym momencie Janek ciągnący walizkę delikatnie zaczepia o jej walizkę. Z uśmiechem odwracam głowę chcąc przeprosić „naszą” i kto wie, może się zaprzyjaźnić, a tu napotykam wzrok mordercy i, przez szczękościsk, „nasza” cedzi: „careful”. A niech ją ta podhalańska chustka udusi!

Najciekawsza i najbardziej stereotypogenna obserwacja zdarzyła mi się na lotnisku w Waszyngtonie. Wyszliśmy z samolotu i do kontroli paszportowej. I dwie kolejki. Jedna dla swoich, druga dla reszty. My z okazji mojej zielonej karty jesteśmy apgrejdowani do kolejki autochtonów. Ale jakaś długa ta kolejka! Dłuższa niż kolejka zestresowanych podróżnych trzymających w spoconych dłoniach paszporty z wizami wystanymi w swoich krajach po nocy. Ale jakoś ciemniej w tej kolejce wizowej. Ciaśniej. Okazuje się, że „nasza” kolejka była znacznie krótsza, ale Amerykanie mają wyraźny problem z przekraczaniem swojej przestrzeni prywatnej i stoją jeden od drugiego tak daleko, że wizowych z dziesięciu by się zmieściło. A wizowi jak owieczki czarne ściśnięte i wystraszone. Od razu przypomniała mi się Sprawiedliwość Owiec, Leoni Swann i zaczęłam zastanawiać się, który to Melmoth Wędrowiec, Oletto, a która wystraszona to Panna Maple. Z zadumy wyrwał mnie uprzejmy głos pana kierującego ruchem autochtonów i… już byłam w Ameryce!

A jak na tym tle wypadłam ja i moje mieszane dziecko?  Jeśli ktoś mnie widział i obserwował na którymś z tych trzech lotnisk, poproszę o garść szczerych stereotypów.

Ameryka – część druga (medialny atak na rząd)

DSC03213

Powodów mojego wyjazdu do Stanów było kilka. Jako posiadaczka zielonej karty przyszłej obywatelki Stanów Zjednoczonych jestem zobowiązana do corocznego przekraczania granicy. Słuszność tego przedsięwzięcia jest, co najmniej, wątpliwa biorąc pod uwagę fakt, że teoretycznie mieszkamy na terenie Stanów Zjednoczonych. Niemniej jednak Chris podejrzewający nieścisłości w przepisach i kompletny brak logiki w amerykańskich strukturach wojskowych, nakazał jechać. Na lotnisku w Stanach przyjęli mnie jak swojego. Popatrzyli w szczere, słowiańskie oko, sprawdzili czy pilnikiem nie usunęłam linii papilarnych sprzed roku i powiedzieli, że witają. Na wszelki wypadek zabrałam ze sobą zabezpieczenie w postaci syna mojego jedynego, pełnoprawnego obywatela Stanów Zjednoczonych dzierżącego w dłoni dokument swej amerykańskiej tożsamości. Janka, ma się rozumieć, powitali z honorami. Powiedzieli, dla odmiany, że witają w DOMU! Janek był kolejnym powodem wyjazdu do Stanów. Baliśmy się, że jeszcze kilka lat i Jasiek zacznie chodzić do kościoła, hodować krowy i pić piwo. Ojczyznę trzeba dziecku wreszcie pokazać. Tylko dlaczego oczami matki Europejki? Matka jak nie wie, to zmyśli, nie dopowie, przejdzie obojętnie obok ważnego pomnika, nie dosłyszy pytania, nie doczyta opisu, a na koniec zgubi się i gapiąc się na mapę ominie szerokim łukiem Biały Dom. Ciekawe jest to z jaką łatwością Chris powierzył swojego syna – niewykształconego jeszcze Amerykanina – w moje niemrawe, europejskie łapy. Ufa mi czy co? Zaufanie, zaufaniem ale ubezpieczyć się trzeba. Więc zapewnił nam Chris przyjaciół, którzy zrobili wszystko żeby pokazać nam atrakcje stolycy, doedukować, uczulić na piękno, powagę i znaczenie historyczne atrakcji. Załatwił piękną pogodę i wydrukował wszystkie potrzebne mapy z zaznaczonymi na turkusowo trasami spacerowymi. Ale, że Chris człowiekiem jest i popełnia błędy, nie pomyślał o tym, żeby osobiście zająć się grupą Republikanów, którzy w odpływie zdrowego rozsądku pozamykali wszelkie atrakcje, którymi byliśmy zainteresowani. Tak więc muzea widzieliśmy tylko dwa. Dobrze, że na lotnisku muzea miały otwarty sklep, to człowiek zobaczył czego nie widział. Skalnego Lincolna nie udało nam się zobaczyć, bo na schodkach był napis, że sorry, ale rząd się nie dogadał i oglądania nie będzie. Dwa autobusy weteranów siłą wtargnęły na teren Pomnika II Wojny Światowej wraz z tłumami dziennikarzy przekazujących skołowanemu społeczeństwu konsekwencje nieprzemyślanych wyborów. Nam się nie udało…byliśmy za młodzi żeby udawać weteranów.

Janek ze spuszczoną głową szedł wzdłuż słynnego mallu wyzywając Republikanów od głupków i idiotów (ma dość zawężony słownik w tym temacie – nadrobimy!). Jakieś dwie łąki przed budynkiem kongresu stała sobie objazdowa stacja telewizyjna czekająca na rozgoryczonych przechodniów, którzy chcieli podzielić się swoimi opiniami na temat. Janek zobaczył stację na kółkach i postanowił, że powie co mu na wątrobie leży. Jak powiedział, tak zrobił. Powiedział, że wprawdzie jest Amerykaninem, ale to jego pierwsza wizyta w ojczyźnie, że mieszka w Niemczech i bardzo chciał przyjechać tutaj i zobaczyć Waszyngton i że jest zły na rząd i smutny, że wszystko jest zamknięte i nic nie może zobaczyć. Tak powiedział. Rozdygotana matka zrobiła z tego wszystkiego dwusekundowy filmik z nogami pana kamerzysty w roli głównej. Mam nadzieję, że głos opinii publicznej do pijących herbatę Republikanów dotarł i że pójdą po rozum do głowy. Jak nie, trzeba będzie wsiąść w samolot, polecieć do Waszyngtonu i znów im nagadać. Wszystko, cholera na mojej głowie, nawet Ameryka!

 

DSC03200

DSC03201

DSC03214

Ameryka – część pierwsza

DSC03275

Siedzę sobie w skąpanym w jesiennym słońcu parku w centrum małego miasteczka pod Waszyngtonem i myślę sobie, że dałabym radę. Że gdyby mi Chris rozkazem rządowym przez nosem zamachał, bym się z balkonu nie rzuciła. Gdyby za chlebem, za hamburgerami i frytkami trzeba było za ocean, pojechałabym. Gdybym musiała spać pod prześcieradłem zamiast kołdry, przekręcać klamkę zamiast ją naciskać, mówić do dzieci „ręka” zamiast „czerwone” przy przechodzeniu przez ulicę, nawadniać się bez opamiętania i nigdy w życiu nie otworzyć okna na oścież, nie popadłabym w depresję. Ale nie dobrowolnie. Dobrowolnie nie wybrałabym Stanów. Nie, że mi się nie podoba. Nie jestem też antyamerykańska i żadna ze mnie wielka polska patriotka, która „do kraju tego co kruszynę chleba…” tylko i wyłącznie. Najlepsze określenie to, że to nie moja bajka ta cała Ameryka. Mam uczucie, że to nie moje, że nie pasuję do Ameryki i ona do mnie nie pasuje. I nie musi. Ani ja jej, ani ona mnie łaski nie robi.

Na szczęście takie wyjazdy, jak i życie w ogóle,  składają się z krótkich, przyjemnych chwil, kilku miłych słów, drobnych, przypadkowych zdarzeń czy wyczekiwanych spotkań. I taki też był nasz wyjazd do Stanów, zlepek ciepłych rozmów, przejażdżek metrem, pewnej przesympatycznej rozmowy telefonicznej, chwil spędzonych w cudownym towarzystwie i czystej przyjemności z prostego bycia. Ale przede wszystkim przeniesienie starej przyjaźni na wyższy poziom. Na najwyższy poziom przyjemności płynącej z bycia razem, z rozmów o sprawach ważnych i tych zupełnie błahych. Przyjaźń, która pozwala mi uwierzyć, że się da, że nie wszystko trzeba powierzchownie przebąblować. Że to coś więcej niż kartka świąteczna, lajk na Fejsbuku, czy coroczne zdjęcie dzieci i psa.

Image

DSC03278

DSC03259

DSC03256

DSC03232

DSC03228

DSC03224

DSC03221

DSC03216

DSC03202

DSC03193

DSC03187

DSC03168

DSC03165

DSC03140

DSC03145

 

Historia o tym…

IMG_2936

…jak się dzieciom we wszystko wierzy, a się w nie zbyt mało wiary pokłada.

Staram się usilnie żeby dzieci codziennie przebywały na świeżym powietrzu. Zdanie to może się stać niezłą pułapką, bo Kasia uznała, że przecież spędza czas na świeżym powietrzu czytając książkę na hamaku na balkonie. Trzeba sprecyzować. Staram się by spędzały czas na świeżym powietrzu ruszając kończynami, najlepiej wszystkimi czterema, nie stojąc przy tym w miejscu (w sumie na hamaku można nogami pofikać i ręką kartkę w książce przewrócić). Więc włóczę towarzystwo po górach, ścieżynach, wokół jezior i przez krzaki każdego niemal dnia. Włóczenie ciężkim zajęciem jest i od włóczenia zachorowałam. Siarczyście mnie wirus zaatakował i nie miałam siły na powłóki górskie. Ale dzieci ruszać się przecież muszą, a jedyna górka z atrakcją w postaci kaczek na jeziorze, na która mogą wybrać się sami już się znudziła. A wywiozłabym ich gdzieś w cholerę i niech sami wrócą…pomyślałam i aż usłyszałam piłeczkę uderzającą w moją głowę – jak u Pomysłowego Dobromira. Świetny pomysł! Ale jak ich zawiozę, będą znać drogę…oślepię dzieci! I nie myśląc wiele – czyli jak zwykle – powiedziałam o pomyśle dzieciom. HUUURRRAAAA! Nakarmiłam najlepszym co miałam, w końcu mógł to być ich ostatni posiłek w życiu. Zaopatrzyłam w komórkę chytrze pomijając szczegół, że w górach trudno o zasięg, zawiązałam opaski na oczu par dwie, zapewniłam o dozgonnej miłości i wywiozłam w las. Pojeździłam najpierw milionem uliczek wokół naszego domu co by zupełnie straciły orientację oraz chęć na pożywienie przez najbliższe godziny, a dopiero potem ruszyłam w górski las. Mazda z napędem na jedynie dwa koła nie nadaje się na górskie wspinaczki po drogach wyłącznie dla ciężkiego sprzętu górsko-budowlanego, czołgów i czterokopytnych zwierząt hodowlanych. Jednakowoż się udało! Podekscytowane dzieci wysiadły, zdjęły opaski i….”aaa to my wiemy gdzie jesteśmy!” Dobra, to świetnie, nic wam nie podpowiadam i się żegnam. Ledwo wsiadłam do samochodu i zobaczyłam w lusterku machające mi na pożegnanie dzieci, już dopadły mnie wyrzuty sumienia. Nie muszę przedstawiać obrazów, które zalały mi wyobraźnię…wściekłe psy, szalejące rogate bydło, polujący na dzieci mordujący dorośli, inne dzieci wyrzucone przez rodziców strzelające z łuku, walczące o każdy szałas w lesie, o każdą wychudzoną wiewiórkę na grilla…Dojechałam do domu, wyciągnęłam komórkę, położyłam na stole, usiadłam obok i czekam…

 

Telefon od Kasi. Że są już koło Tengelmanna (spożywczak niemiecki). Świetnie, mówię, to macie pięć minut do domu. Kasia tłumaczy, że nie koło „naszego” Tengelmanna, tylko tego w centrum miasta. Jakim cudem one się tam znalazły? To jakieś dwa kilometry w zupełnie innym kierunku. Kasia mówi, że wiesz mamo jaka ja jestem gapa, pomyliłam ścieżki w lesie i z lasu weszliśmy w jakąś nieznaną ulicę, która doprowadziła nas do centrum. Przeprasza, że taka łajza z niej i pyta czy nie mogłabym po nich przyjechać, bo są już zmęczeni i Jasiek się boi. Kurde, czyli, że miałam rację martwiąc się. Jeszcze nie są gotowi na takie wypady we dwójkę. Przecież mogło im się coś stać, nogę mógł któryś złamać, komórkę zgubić mogli, ktoś mógłby ich zaczepić. Jestem nieodpowiedzialna. Będzie o mnie w Faktach i Uwadze na bank! Wybiegam z domu, wsiadam w samochód, wyjeżdżam z bramy i mijam turlające się ze śmiechu na chodniku dzieciory moje własne! 

Mamy Pottera!

P1020171 - Version 2

Kasia współcierpiących sąsiadów w pokojach szpitalnych miała wielu. Był kilkutygodniowy, ciężko chory chłopczyk z zespołem Downa, którego mama zostawiła w szpitalu, bo i tak nie było dla niego ratunku, zostawiając przy łóżeczku swoje zdjęcia ze zdrowym bratem bliźniakiem. Nie mnie oceniać…chociaż co tam, niech ją ogień piekielny strawi! Była kulturowo interesująca muzułmańska mama, która musiała się strasznie napracować ściągając z twarzy i okręcając się na powrót szmatkami za każdym razem, kiedy otwierały się drzwi do pokoju. Podziwiałyśmy spryt i szybkość jej ruchów. Było też kaszlące dziecko, które dopiero po mojej dziesiątej interwencji zostało usunięte z pokoju, bo zagrażało mojemu dziecku, pozbawionemu prawie zupełnie białych krwinek. Mama się na mnie obraziła! Była też kilkunastoletnia dziewczyna, z którą Kasia, o dziwo, nawiązała kontakt…bardzo luźny, ale zawsze kontakt. Dziewczyna wyskoczyła z pierwszego piętra swojego domu, otrzepała ziemię z nocnej koszulki, znalazła pod doniczką schowany na wszelki wypadek klucz do domu, otworzyła drzwi, poszła do swojego pokoju i zasnęła spokojnie w swoim łóżku. Obudziła się rano ze złamaną nogą!

I to był tylko wstęp drogi czytelniku. Nie bez kozery jednak wspomniałam o szpitalnych łóżkach. Łóżko to wątek przenikający do kolejnej części mojej historii…i nie tylko łóżko zresztą…

Nasze dziecko numer dwa czasami przychodzi do naszego łóżka. Powodów jest kilka. Ma koszmary senne, niespowodowane oglądaniem telewizji, a makabrycznymi opowieściami siostry z pierwszego piętra o tym, o czym to się teraz rozmawia wśród pryszczatej młodzieży. Wtedy się Jasia przytula, w zależności od kondycji fizycznej matki (Chris ma zawsze wymówkę, że bez okularów nie widzi) zabiera się delikwenta do swojego łóżka, lub dopycha do naszego legowiska. Czasem ma katar i trudno mu oddychać. To się jakimś olejkiem eterycznym zleje poduszkę i śpi. Czasem podchodzi bezszelestnie i cichutko szepcze do ucha: „chyba będę wymiotował”. Wtedy niezależnie od kondycji fizycznej pcham nieprzytomnego do ubikacji, on wymiotuje, a ja przysypiam na miękkim dywaniku. Włosów nie trzeba mu podtrzymywać – ma krótkie. Ale kilka nocy temu przyszło nowe. Obudził mnie stojący w drzwiach Jan. Stoi i nic. Pytam co się dzieje. Jaś na to, że „musi iść do biura, na chwilkę”. Chris się ocknął, bo jak do biura, to tylko on przecież ma prawo. Potrzebę natychmiastowego pójścia do biura wyraził jeszcze ze dwa razy i dodał, że „potrzebuje jeszcze trochę czasu…kilka minut”. Oczy otwarte, twarz poważna. Ja znalazłszy się w nietypowej sytuacji, zadaję głupie pytanie typu: „Jasiu, boli cię coś?” „Chcesz siku?” „Położysz się obok mamy?”. Nic nie mówi, ale się kładzie po czym zaczyna przeliterowywać jakieś wyrazy. Jestem zbyt zdenerwowana żeby układać wyrazy w całość…zaczynam się zastanawiać co zjadł (ostatnio było o trujących grzybach w wiadomościach), jakie leki dałam mu na katar i co robił wieczorem…Dedukcja jest kluczem do wszystkiego. Jadł niewątpliwie pryskane pomidory i ogórki, soczewicę hodowaną przy autostradzie i ryż z łamiących prawa człowieka krajów azjatyckich. Czyli jak zwykle…Leki – same zdrowe! Wyciąg z południowoafrykańskiej pelargonii i krople rosy ze wschodniobawarskiej brzozy. Był z Chrisem na siłowni, opowiadał, że rzucali piłką lekarską. A może się rzucali. Pytam Chrisa czy ta piłka lekarska nie uderzyła go głowę? Nawet w ciemności widzę, że Chris puka się w czoło. A może odwodnił się jakoś ekstremalnie przy tym rzucaniu? Puk, puk. Nagle Jasiek zaczyna mówić w zupełnie niezrozumiałym bełkocie. W bełkocie pojawiają się pauzy przypominające kropki, opadająca intonacja sugerująca zadawane pytania i powtarzający się wzór bełkotów. „Sounds like a language” sugeruję Chrisowi, że to może jakiś system komunikacyjny. Może w tajemnicy uczy Jasia jakiegoś narzecza naszej Loisach. „It must be Parseltongue”, że nic innego, tylko w mowie węży przemawia! No i wszystko jasne…mamy Pottera! Jaśka Pottera!

Kiedy wężousty Jasiek uspokoił się nieco, zadałam po raz kolejny pytanie awaryjne. „Janek, może siku?” Tym razem Jasiek zareagował pozytywnie i powędrował ze ślepym tatą do ubikacji. Ja byłam zbyt zajęta obmyślaniem jego dalszej ścieżki edukacyjnej. Trzeba się wywiedzieć o czesne w Hogwardzie, jakąś dobrą różdżkę na ebayu wylicytować i znaleźć jakiś słup na dworcu, w który trzeba się z impetem wpierniczyć. Wraca Jaś, gramoli się do naszego łóżka i pyta: „A co ja tu właściwie robię?”

Prześwietlenie personalne

Screen Shot 2013-09-19 at 12.44.16 PM

Niezgodnie ze wszelkimi zaleceniami pediatrów, dietetyków i psychologów i wręcz zupełnie pod prąd inicjatywy ruchowej pierwszej damy Ameryki, nasi sportowi kołcze, instruktorzy i ich pomagierzy, a raczej ich niewątpliwie wielokrotnie już przełożeni, postanowili uczynić sporty wszelakie zajęciem ekskluzywnym. Tylko wybrane jednostki dostępują łaski kopnięcia piłki, wytarzania się w błocie i okładania sińców i guzów workami z lodem. Tylko wybrane rodzicielki mają zaszczyt prania śmierdzących skarpet, ubłoconych gaci i wygrzebywania ziemi z małżowin usznych.  Biorąc pod uwagę nasz niski status społeczny, wybór elit piłkarskich musiał nastąpić metodą podwójnie ślepą – Janek się dostał! Reszta amerykańskich dzieci będzie zmuszona usiąść przed telewizorem z nogami do góry i z ustami pełnymi sztucznych barwników i glutaminianu sodu. Powód? Background check zwany dalej prześwietleniem personalnym, bo tłumaczenie jakie znalazłam – badania osobopoznawcze – nie podoba mi się.

Wielokrotnie przełożeni w chwilowej bezmyślności doszli do wniosku, że robione co dwa lata przez każdego kołcza prześwietlenia personalne nie są wystarczające aby zapewnić dzieciom bezpieczeństwo. Postanowili wszystkie dowody prześwietleń zniszczyć i zacząć wszystko od nowa tyle tylko, że bardziej drobiazgowo i z większą starannością. I tu problemem nie jest znana wszystkim przeszłość kryminalna, alkoholizm, napady agresji i tendencje do zachowań pseudoseksualnych żony pastora. Problem leży w braku prześwietlaczy, braku czasu na prześwietlanie i braku możliwości dostępu do odpowiednich jednostek i władz, które mogłyby o szaleństwie żony pastora zaświadczyć. No bo żona przez ostatnie pięć lat mieszkała w sześciu krajach, w których są inne procedury, istnieje jakaś śmieszna ochrona danych, no i mówi się w innym języku. I skąd taki podrzędny prześwietlacz ma znać te języki jak one nawet nie z tej samej półkuli są? A jak już mu się uda to musi te wszystkie papierki przetłumaczyć, zweryfikować czy są zgodne z prawdą – przecież nikomu nie można ufać – i poddać wojskowej hierarchii służbowej. Czyli papierki odwiedzą cztery piętra, dziewięć pokoi, poleżą na dwunastu biurkach i zostaną podpisane i odpowiednio ostemplowane pięćdziesiąt razy. No i pół roku w plecy. W piłkę nożną utuczone, z wyjałowionym od telewizora mózgiem dzieci będę grały w zaspach śniegu. Ale amerykańscy kandydaci na kołczów to pikuś! Gorzej z obcymi. Obcych u nas od groma, a nawet z Gromu kilku jest…Jam również obca! Od ośmiu lat, co dwa lata odwiedzam Sąd Rejonowy w Częstochowie i proszę o dokument o niekaralności. Dobrze, że panie w okienku się zmieniają, bo gdyby tak któraś skojarzyła fakty, że chcę o niekaralności w Polsce, ale mieszkam w Niemczech, ale chcę ten dokument w Stanach przestawić, właściwie nie w Stanach tylko w Niemczech, ale w bazie wojskowej amerykańskiej, ale nie w sprawie militarnej jakiejś broń Boże, tylko do szkoły, tak, do szkoły amerykańskiej, w Niemczech, nie, nie wojskowej szkoły, podstawowej, po co?, ano bo na nartach chciałabym z dziećmi pojeździć w środy…Gdyby któraś panienka te wypowiedzi przeanalizowała, niewątpliwie trafiłabym do jakiegoś tajemniczego ośrodka. No to w Polsce niekarana jestem. W Niemczech również jakimś cudem udało mi się nikogo nie zabić, nie zgwałcić i nie okraść. I papierek na to mam. I w końcu amerykańska policja wojskowa też się nade mną lituje i z takimi trzema dokumentami oraz ze stertą własnoręcznie wypisanych papierów idę do kołcza kołczów i mówię, że chciałabym uczyć dzieci na nartach jeździć, wykopywać ich z zasp, zapinać zamarznięte buty narciarskie, wyciągać sople z dziurek w nosie i podciągać gacie (oczywiście pamiętając o tym żeby moja goła ręka nie dotknęła jakiejkolwiek gołej części dziecka) po wizycie w ubikacji. A jaki z tego grosik dla Ani? ANIGROSZ! Praca na rzecz podupadłego fizycznie społeczeństwa! Nie narzekam jednak i bardzo lubię! Tej zimy jednak będę na czarno i nielegalnie, całkiem przypadkowo pojawiała się gdzieś w pobliżu moich byłych grup udając drzewo lub wyciąg krzesełkowy. Nie pozwolili mi! Bom bardziej obca niż rok temu! Za tydzień lecę do Stanów, może podpisy będę zbierać pod petycją. Nie oddam tak łatwo tej pracy – ciężkiej, bez wynagrodzenia, w trudnych warunkach, przynoszącej niewielką satysfakcję, a tylko pretensje rodziców, że dziecku frytek na stoku nie pozwoliłam kupić. Takiej fuchy nie odpuszczę!

A w wiadomościach o gościu, którego wywalili z Marynarki, był notowany na policji za napady z bronią i miewał niekontrolowane napady agresji. Prześwietlenie personalne musiał mieć, przepustkę do pilnie chronionego budynku dostał, legalnie wlazł i zabił dwanaście osób.

Kapitalny Capital!

capital logo

 

Jasiek się zawziął i pomimo tego, że nie czyta go zbyt wiele osób, postanowił się nie poddawać. Dzisiaj kolejne wydanie jego gazetki Capital (nie lubi jak się to nazywa blogiem :-)). Gdybym była Sylabą lub innymi mieszkającymi na Florydzie, w Londynie czy Nowym Jorku, koniecznie bym przeczytała! Zapraszam serdecznie!

 

Capitalny! 

Dwujęzyczne pisanie

Na Zebraniach Rodzinnych ustaliliśmy, że oprócz tego, że mówimy po polsku, mordujemy się z czytaniem po polsku, popiszemy trochę. Pomysł oczywiście nie spodobał się młodzieży, ale po perswazjach ocierających się o przemoc fizyczną i szantaż emocjonalny, dzieci z entuzjazmem (!!!) zgodziły się na mój pomysł. Po kilkuminutowych negocjacjach, ustalone zostało, że będą układać zdania z wyrazami (wiadomo- wyrazy na różnych poziomach, w miarę potrzeby i zgodnie z panującym w tym dniu ogólnym nastawieniem do nauki), a w porywach pisać jakieś krótkie opowiadania.

Pisanie budzi we mnie mieszane uczucia. Podczas gdy rozmowa jest środkiem komunikacji (mówię tylko o naszym przypadku) i odpowiedzią na jakąś konkretną potrzebę lub wyrażeniem samej tej potrzeby, o ile czytanie, szczególnie dla oporniejszych to również zaspakajanie potrzeb (bo trzeba się dowiedzieć z smsa, o której mam być w domu i jaki chleb kupić), tak pisanie może być łatwo ominięte. Po co odpisywać mamie na smsa, wolę zadzwonić? Nawet jeśli odpisuje się koledze na FB, to wszystko, i informacje i emocje, można przekazać emotikonami. Potrzeby pisania brak. A potrzeba to największa siła pchająca nas wszystkich do nauki, poznawania i zagłębiania się w język. Z drugiej zaś strony, jak już zaczną pisać to okazuję się, że są w tym całkiem nieźli. Męczą się dużo mniej niż przy czytaniu, a Kasia pokazuje swoje osobowość i wyjątkowe poczucie humoru! Wręcz niebywałe jest to, że nie mają problemów z ortografią. Dar jakiś z nieba czy co? Więc kwestię ó czy u, ch czy h mamy z głowy. Kasia nie ma żadnych problemów z ę, ą, z którymi boryka się mnóstwo dzieci dwujęzycznych. Tak więc pisanie to deser dla nich, ale, żeby nie było, to nie deser po który się chodzi i prosi na kolanach. Jak jest, zjem, ale żeby tam od razu po repetę iść, to raczej nie. Czy pisanie może poprawić czytanie? Czy skoro lubią pisać bardziej niż czytać po polsku (po ang. jest inaczej), to pisać? Oto próbki pisania z tego tygodnia.

Jasiek miał napisać zdania z pięcioma czasownikami (nie na zdjęciu) w trzeciej formie czasu przeszłego, liczby pojedynczej (chyba najczęściej używana forma oprócz pierwszej) i z pięcioma rzeczownikami. Oto jego zdania. Pierwsze, proste, ale całkiem całkiem…

DSC03105

Kasia miała takie samo zadanie, ale trudniejsze wyrazy i dłuższe zdania. Oto popis jej poczucia humoru i wyobraźni.

Przykłady zdań:

wymiotując – Wymiotując Janek-Baranek (tak czasami nazywamy Jasia) chciał nam wytłumaczyć gdzie jest jego córka.

(Kasia zapomniała g – nie wiem czy przez przypadek, czy nie wiedziała, że musi być)

chcąc nie chcąc – Chcąc nie chcąc panienka musiała kupić świeczki na grób swojej krowy.

dziąsło – Krowę Małgorzatę bardzo bolało dziąsło z prawej strony.

kiełbasa – Kiedy panienka wróciła do polski, pierwsze co musiała zrobić to zjeść kiełbasę.

zbierając – Zbierając grzyby, swyszeliśmy głośne wrzaski małp.

(to z angielskiego, że w czyta się jak ł)

A to historyjka:

DSC03106

Przyjazna Słowenia

numer 4

O odcieniach przyjaźni pisałam trochę tu i trochę tutaj. Wydawać by się mogło, że jeśli chodzi o moje podwórko, wyczerpałam temat. Mam wielu przyjaciół*, bliższych, dalszych, z dzieciństwa, z podwórka, z Internetu (i nie ma co ironizować!), starych przyjaciół, z bardzo bliskiej przeszłość przyjaciół, których znam na wylot i których znam tylko częściowo. Za każdym razem kiedy poznaję kogoś nowego wydaje mi się, że to już ostatni. To niemoralne tak poznawać fajnych ludzi na każdym kroku. Iluż tych cudownych osób łazi po tym padole i dlaczego wciąż podłażą mi pod nogi? Mam wręcz nieprzyzwoite szczęście jeśli chodzi o dobrych, mądrych i wartościowych ludzi! Małą część Ameryki Północnej, Polskę oraz ościenne kraje wyjałowiłam już z fajnych ludzi, więc przyszedł czas na podbój nieznanych nam dotąd stron, takich jak Słowenia na przykład.

W Słowenii byliśmy raptem cztery dni, a kandydaci na przyjaciół i tak nas znaleźli. Poznałam dwie wspaniałe kobiety i ich rodziny – bo za każdą wspaniałą kobietą stoi nie mniej wspaniała rodzina! Obie fizycznie i duchowo piękne, mądre, dobre i z wielką torbą bardzo mi bliskich wartości życiowych. I chyba co najbardziej pociąga mnie w ludziach, pełne pasji, ochoty do pracy, życia i czynienia świata (czy malutkiego światka wokół siebie) lepszym. Jedna dama to Węgierka, która duchowo wyrzekła się swojego kraju (na pewno nie bez bólu) i przeniosła się z amerykańskim mężem i mieszanym synem do Słowenii. Kupiła trzydzieści hektarów pola, wyremontowała zabytkowy dom i opowiadając o swoich marzeniach i planach ma łzy w oczach i wypieki na policzkach. Druga bohaterka to właścicielka czteroosobowej polskiej rodziny, która przyjechała do Słowenii specjalnie po to żeby spotkać się ze mną. Sam w sobie gest wart lekkiego zakłucia w dołku. Ujęła mnie wszystkim co przytachała ze sobą, dziećmi, mężem, wiedzą, mądrością stuletniej kobiety i entuzjazmem lekko odurzonej nastolatki. Od jednej przytaszczyłam kosz swojskich pomidorów, słodkiej kukurydzy, ogórków i śliwek. Od drugiej obolałą głowę pełną pomysłów i przemyśleń i pół butelki domowego likierku!

Nie ma co się łudzić, że w niedalekiej przyszłości przestanę się zachwycać ludźmi. Za dwa tygodnie lecę do Waszyngtonu i coś podejrzewam, że znów się przyjacielsko zakocham!

A Słowenia piękniejsza niż sobie wyobrażałam. Podobają mi się góry, jeziora i ludzie mi się podobają najbardziej. Otwarci, bez naburmuszeń, bez pro czy anty, bez biadolenia czy wywyższania się. Zwyczajnie i pięknie zwyczajni!

No i jako językowiec nie podaruję sobie uwagi na temat języka. To jedyny znany mi język (nie, nie osobiście znany!) oprócz arabskiego chyba, który oprócz liczby pojedynczej i mnogiej ma jeszcze liczbę podwójną. Na przykład: zobaczymy (my – dwie dziewczynki) – Midve bova videli! „Midve” – po prostu uwielbiam!

* jeśli kogoś nazwałam nieopatrznie moim przyjacielem, a ten sobie tego nie życzy, serdecznie przepraszam. Już dawno doszłam do wniosku, że nazywam przyjaciółmi prawdopodobnie więcej osób niż one powiedziałyby to samo o mnie (coś nie brzmi to poprawnie po polsku, nie?). Nic nie szkodzi. Mnie nie przeszkadza, a jak owym przeszkadza, niech dadzą znać, wypisze się ich.

numer 2

numer 6

numer 3

numer 5

numer 1