Ela w swoim sprawozdaniu ze spotkania w Katowicach pisała, między innymi, o niskim prestiżu języka polskiego. O tym jak musimy o niego dbać, sprawić żeby nasze dzieci nie tylko umiały się nim posługiwać, ale kochały go i były dumne z tego, że mówią po polsku i są Polakami – tego tak dosłownie Ela nie napisała, ale jestem pewna, że się ze mną zgodzi. Faustyna u siebie zacytowała uczestniczkę dyskusji językowych w Paryżu: „Język, którego się nie kocha, umiera.” Pozytywnie nastawiona do życia Ela zmieniła to na „Język, który kochamy, żyje.” Sylaba dopisała piękny komentarz pod Elą…naprawdę cudowne mam te językowe koleżanki! Jest problem, jest sprawa – nie pierniczymy się, tylko do roboty! To ja też chciałabym dorzucić swoje dwa grosze w temacie poprawy prestiżu języka i propagowaniu dobrego obrazu języka i kraju.
Nie będzie o moich dzieciach, bo się nimi nachwaliłam już niemało. I nie będzie o tym, jak to ja się mocno staram zareklamować polską mowę i polską kulturę. Jak to molestowałam mailami pana z wydawnictwa Muchomor i w końcu przysłał mi ostatni w Polsce egzemplarz Pocztu Królów Polskich. Nie będzie o nieustannie propagującym język polski i Polskę Chrisku moim. I nie będzie też o tym jak co roku robię wigilię polską w naszej szkole, że opłatek nielegalnie (bo do kościoła nie chodzę) sprowadzam z północy Niemiec żeby amerykańskie dzieci nakarmić. Jak walczę żeby klasa Jasia wymawiała perfekcyjne Ś a nie SZ w „Wesołych Świąt”. I nie o tym jak w naszej kilkurodzinnej Polonii walczę o jasełka po polsku. W ogóle nie ma żadnej, w tym o czym napiszę, mojej zasługi. Nic a nic…Samo się zrobiło!
Będzie o tym jak szesnaście lat temu w Toruniu spotkałam grupę młodych zapaleńców, którzy przylecieli ze Stanów uczyć języka polskiego. Przez pierwszy miesiąc uczyli się języka i życia w naszym kraju. Jedynym moim wkładem była lekcja przekleństw w języku polskim – musieliśmy ich tego nauczyć żeby wiedzieli o czym młodzież szczebiocze, a nasza nauczycielka polskiego była zbyt dobrze wychowana żeby przeklinać na głos i studiować ortografię przekleństw – ja nie! Przyjechali, pouczyli rok w różnych liceach w Polsce, pożyli sobie Polską i pojechali. Nie dalej niż wczoraj na fejsbuku widzę jak dwóch panów „rozmawia” sobie w komentarzach pod jakimś zdjęciem…po polsku! Cudownie! A raczej „zajebiście” bo to właśnie słowo upodobali sobie bardzo! Poczułam, że coś tam zostało z tej naszej Polski, jakiś kawałek gdzieś im w sercu siedzi. Miło…
Siedzimy sobie na trawie na amerykańskich dożynkach, słyszę język polski, zagaduję i rozwija się bardzo ciekawa rozmowa. Do rozmowy włącza się mój amerykański przyjaciel i moim rozmówczyniom szczęka opada na trawnik. O moim przyjacielu z Bostonu pisałam już rok temu, kiedy to ostatni raz zamieniłam z nim kilka zdań po polsku, przed tamtym spotkaniem widziałam się z nim trzynaście lat temu w Warszawie. Nie ma chłop styczności z językiem polskim a jednak…jego polski jest cudowny! Się stara, podsłuchuje, powtarza, przeczyta to i owo, interesuje się sprawami naszego kraju, kulturą i muzyką polską. Jego ośmioletni syn nie tylko umie kilka słów po polsku, ale jak mogliście zauważyć na zdjęciach ze Stanów, na mecz baseballowy poszedł w koszulce z orłem! I to jest budowanie dobrego obrazu naszego kraju, sympatii do języka i do kultury.
A kobietki z trawnika? Siedzi sobie przesympatyczna pani w wieku pośrednim i rozmawia z trzyletnią dziewczynką po polsku. Widzę, że dziewczynka dwujęzyczna, bo babcia uczy ją jak się co nazywa, że trawka, że źdźbło, że dynia. Przytulam się do nich i zaczynamy przemiłą rozmowę. Pani z Krakowa, mieszka w Stanach od trzydziestu ośmiu lat. Mąż Amerykanin, dwójka dzieci i trzyletnia wnuczka. Oczywiście (chociaż nie zawsze oczywiste), jej polski bez skazy, mówi, że dzieci pięknie mówią po polsku, a teraz ona uczy wnuczkę. W piękny sposób i ona i jej siedząca obok siostra wypowiadały się o Polsce, o Polakach i tak sobie myślę, że właśnie dlatego, że mają takie podejście, w ich rodzinie język, a przede wszystkim polskość nie zaginie! I to nie był jakiś heroiczny patriotyzm z powstaniami i obozami w tle. Po prostu, fajnie jest! I tyle!
I na koniec mój prywatny szczękoopad. Na lotnisku w Londynie po raz pięćdziesiąty kontrolują nasz paszport i piękny Włoch o imieniu Paolo wita mnie po polsku! Może mama Polka? Nie! Okazało się, że podróżuje często do Polski i kocha nasz kraj. I nie dlatego, że się na rynku w Krakowie można uchlać i zdemolować kawiarenki. W Krakowie nie był, ani w Warszawie. Za to w Gorzowie Wielkopolskim. „Bo ja jestem fan Stal Gorzów!” I wszystko jasne!
Kolejny językowy wpis będzie o emocjach, bo emocji mam w cholerę ostatnio!

































