Reisefieber

Dziś krótko. Reisefieber rozlazła się po całym domu i już chyba wszyscy chcą żebym wyjechała i, mam nadzieję, żebym wróciła bo wytrzymać ze mną trudno! Wszystko spakowane, przegadane z Chrisem pięćset razy, baterie telefonów przeładowane, numery wymienione z całym światem, scenariusze rozmów z immigration oficerami powtórzone! Nie mam żadnych oczekiwań jeśli chodzi o Nowy Jork, pamiętam go jako za duże dla mnie miasto (a wtedy byłam z Warszawy a nie z lasu, jak teraz), zbyt duże tłumy, mnóstwo pobudzających pobudzaczy i stymulujących do granic możliwości stymulatorów ! Wtedy uspokoiłam się trochę w Central Parku, takiej oazie miejskiego spokoju, i mam nadzieję, że jak zacznę wariować, to mnie tam zabiorą. Motyle mam w brzuchu na myśl o Broadway i przedstawieniu Wicked! Kilka godzin w innej rzeczywistości…na to czekam bardzo. Zakupy? Muszę przyznać, że na to też czekam. A wszystko to w towarzystwie młodej damy, z którą mam wrażenie mam coraz mniejszy kontakt, jestem coraz mniej ważna dla niej, mniej zabawna i mniej atrakcyjna…I w tej kwestii oczekiwania mam wielkie! Zrobię wszystko żeby to poprawić…

Niestety po przyjeździe czeka nas wizyta w szpitalu. Wyniki badań Kasi nie są zadowalające. Klinika w Monachium proponuje endoskopie (z obu stron) i tabletkę z kamerką. Byliśmy u naszego zaprzyjaźnionego lekarza, który zna Kasię najlepiej na świecie i nas uspokoił, że nie jest źle, to być może opóźniona reakcja na zmianę leku z tabletki na strzykawę, może pozostałości po wirusie gównianym a może Crohn ale jeśli tak to i tak łaskawy bo odzywa się bardzo delikatnie i cichutko. Jeśli to Crohn, złapiemy dziada w drodze do dalszych części jelit i łebek mu ukręcimy! Ale na samą myśl o szpitalu w Monachium mam tak czyste jelita, że sama mogę mieć kolonoskopię choćby dzisiaj. Na szczęście Kasia czuje się dobrze więc ogólny stan pacjentki jest bardzo dobry. No i dziękuję losowi za dr. Morharta, z którego ust nawet najgorsze wiadomości brzmią dużo lepiej a za nimi zawsze wielka dawka nadziei i dobrych wibracji! Niesamowity człowiek! Kasia, najdzielniejsze dziecko świata, przyjęła wiadomości ze spokojem. Czekamy jeszcze na jedne badania, jeśli będą super, będziemy negocjować potrzebę endoskopii ale jeśli Kasi nastawienie pozostanie takie spokojne, może tak ma być i trzeba po prostu to zrobić! Perspektywa szpitala przyćmiewa trochę światła Nowego Yorku, tym bardziej muszę się starać żeby Kasia dobrze się bawiła i żeby zapomniała o tym, co ją czeka.

A na wolne chwile (wiem, to taki archaizm) mam dla was coś super fajnego. Zaczęło się od rozmowy po szkole z moimi amerykańskimi mamami o Thanksgiving, gotowaniu, pieczeniu i dostałam od nich przepis z takiej, jednej cudownej strony…i jak wlazłam tam po szkole, tak zostałam do wieczora. Pinterest to taka internetowa tablica korkowa, którą tworzysz sobie sama i przyczepiasz wszystko co ci się podoba. Oczywiście jest mnóstwo półnagich facetów, Justinów Biberów, paznokci i cieni do powiek ALE…Znalazłam super fajne pomysły na dekoracje świąteczne, totalnie odjazdowe pomysły na zabawy i imprezki dla dzieci…może trochę za późno na zabawy z Kasią ale kto wie…Dużo przydatnych rzeczy do nauki angielskiego, fajne przepisy, cytaty, książki i mnóstwo innych fajnych rzeczy. Zapraszam: http://pinterest.com

A to jeszcze jedno z ostatnich zdjątek naszym starym, popsutym aparatem bo w Stanach czeka na mnie nowiutki, śliczny, robiący najpiękniejsze zdjęcia na świecie aparacik.

blog_pic

Takie tam…

Obawiam się, że sprawa dotyczy tylko mnie. Wszyscy Amerykanie, których znam są niesamowicie dyplomatyczni do tego stopnia, że ich dyplomacja polega na się nieodzywaniu lub w piasek głowę chowaniu. Z Niemcami werbalne stosunki utrzymuję rzadko z powodu nieumiejętności mojej porozumiewania się. Z Polakami różnie…werbalne stosunki mam, dyplomatyczni nie za bardzo jesteśmy chociaż coraz bardziej zbliżamy się do biernej dyplomacji amerykańskich braci. Na prawdę w twarz reagujemy zazwyczaj agresywnie lub obrażamy się na mówiącego, nadymamy usta, zabieramy zabawki i wychodzimy ze związku. Oczywiście prawda pojęciem względnym jest…raczej mówię o opinii mówiącego, jego spostrzeżeniach, uczuciach i odbiorze słów i zachowań doń mówionego (czy to jest w ogóle poprawne gramatycznie?). Na szczęście wśród moich znajomych Polaków nie wyczuwam takich słownych podkopałek, fałszywych komplementów czy uwag takich dwuznacznych ale najważniejsze jest to, że wśród Polaków jest łatwo rozpoznać poziom intelektualny rozmówcy i na tej podstawie dobrać poziom żartów, uwag, obserwacji, opisu swojego stanu i opinii na różne tematy. U moich garmischowych Amerykanów jest problem…bo większość z nich pozuje na mądrych, wykształconych, inteligentnych, kompetentnych i wyjątkowo właściwych na swoje stanowisko po czym okazuje się, że trochę nie za bardzo i mimo, że naucza literatury amerykańskiej, jest po trzech latach psychologii, nie uważa, że poezja warta jest wprowadzania w siódmej klasie i że bez sensu jest czytanie klasyki – przecież można film zobaczyć.  A jej marzenia to pójść w końcu na studia i studiować literaturę właśnie. Ja nie mówię, żeby wszyscy Szekspira czytali bo wiem, że dla niektórych nie jest do przejścia ale żeby dzieciom nie pokazać, że ludzie pisali o ustach, kwiatach, włosach a nie tylko o lataniu po lesie z łukiem i zabijaniu innych…Albo…

 

Wczoraj zimno jak sto diabłów, mokro a Jasiek ma piłkę. Pytam trenera czy mają bo deszcz pada, metr świeżutkiego śniegu na Zugspitze i 6 stopni. A on na to: „Co ty Ania, przecież z Polski jesteś…twardy naród.” I co mam na to powiedzieć? Jasiek nie chciał iść i napisałam maila do szefa świetlicy poszkolnej, że go nie będzie bo dla niego jest za zimno i za mokro a ja to popieram (Marzenka powiedziała, że niepotrzebnie się tłumaczę i pewnie ma rację). Na to kompetentny i profesjonalny pan L. pisze: „A ile tu już mieszkasz w Garmisch, Ania?” Już miałam odpisać po prostu „jedenaście” ale się otrząsnęłam i napisałam, że długo ale to nie zmienia mojego zdania, że pozaszkolne zajęcia mają być przyjemnością a nie dowodem na to, że ciało ośmiolatka jest w stanie wytrzymać takie wariactwo. Na to pan, który zarabia kupę kasy, ma zapłacone mieszkanie w GaPa, lata za darmo do Stanów co dwa lata z całą rodziną i opiekuje się moimi dziećmi po szkole nazywając siebie pedagogiem: „żebym nie zapomniał odwołać nart jak będzie świeży śnieg i piękne słońce.” No i wszystko jasne…i co tu takiemu odpisać? A on pewnie dumny, że taki dowcipny. Napisałam: „OK”

 

Albo…pani od niemieckiego (tak, tak ciąg dalszy), która jest też ESL teacher i ponoć uczy się japońskiego. Jej niemiecki wprawdzie jest jej natywnym językiem ale skoro skończyła ESL to wydawać by się mogło, że miała jakąś gramatykę kontrastywną i skoro się uczy japońskiego to wydaje się, że zna procesy nauczania i może je „przenieść” na nauczanie niemieckiego. No niekoniecznie się okazuje. Po walce z poprzedniego tygodnia pani W. jest bardzo miła, zaprosiła mnie i Sylvię do klasy, pogadałyśmy o metodyce, o wpływie ekstremalnych emocji na zapamiętywanie w uczeniu języka…bardzo ciekawy temat. Pochwaliła się co tam na lekcji robi, jakie to mądre dzieci mamy i brzmiała bardzo profesjonalnie i jakby wiedziała o co chodzi kiedy mówiłyśmy jej, że dziecko posługujące się językiem, w którym nie ma przypadków nie jest w stanie węchem wyczuć czy to Dativ czy Akkusativ, że Kasia i Meggie łapią bo mają siedem przypadków w swoim języku ale reszta nie za bardzo…wielkie AAAAHHHHHAAAA i myślę sobie, będzie lepiej.

 

Dzisiaj pomagałam w Jasia klasie i wpada do mnie z wielką radością pani W, że ma listę wystopniowanych przymiotników, które Kasia ma się nauczyć na wtorek (Kasia jest chora w domu) no i z małym chichotem mówi, że wśród nich jest JEDEN przysłówek i że to jest zagadka dla dzieci. Mój niemiecki jest naprawdę beznadziejny ale Policealna Szkoła Administracji Publicznej mimo, że bardzo się opierałam, nauczyła mnie trochę gramatyki niemieckiej. Oho, znalazłam „schnell” ale mówię jej, że to może być i przysłówkiem i przymiotnikiem. Ona na to, że nie, a ja się pytam czy może być schnell Hund. Ono może i że: „Ania, you are great! Thanks a lot! I haven’t THOUGHT of this.” Pytam w takim razie a jak będzie po niemiecku „read well” a ona na to, że lesen gut czyli, że Gut też może być tym i tym. Ooo a tutaj sobie jeszcze stoi shoen no i okazuje się, że było ich troje tych przysłówków. Ja wiem, że ona wiedziała bo przecież głupia nie jest ale tę tabelkę pisała z dziećmi przez 45 minut i nic? I stoję tak na korytarzu z tą panią W i przechodzą dwie nauczycielki i z takim śmiechem, że ha ha: „Oj Ania, znowu męczysz nauczycieli.” Marzena mówi, że w poniedziałek będą w szkole rozwieszone moje zdjęcia tako tarcza do strzałek. Może… ale czy ja nie mam racji? Nie powinnam się odzywać? Nie zauważać? Pić jeszcze więcej? Klaskać pośladkami ze szczęścia że nauczyciele uczą, lekarze leczą a kierownicy świetlicy kierują?

 

Ale mam też i super pozytywne doświadczenia…od wtorku pomagałam w Jasia klasie. Kiedy jego pani brała dziecko na jakieś reading fluency testy, ja zajmowałam się dziećmi. Było super! Dzieciaki, czasami rozbrykane ale to w końcu żywe istoty, przesympatyczne, wesołe, chętne do pracy. Robiliśmy warsztaty pisania, robiliśmy Drzwi do Serca, Drzwi do Strachu, Drzwi do Marzeń i stamtąd dzieciaki w „wyciągały” pomysły na opisywanie tzw „small moments”. Świetnie zadania, pomysły, super fajne wypracowania, miła atmosfera, niesamowicie zorganizowana pani i przez te dwie godziny dziennie czułam się jak ryba w wodzie. Jak ja bym chciała wrócić do szkoły…

 

Poza tym dzieci chore, Kasia od wczoraj a Jaśka zgarnęłam ze szkoły po telefonie pielęgniarki, że się źle czuje. Dostały Nurofen, wypożyczyłam film Chimpanzee  i zaraz będziemy oglądać. Pomyślicie, że zwariowałam ale cieszę się że Kasia jest chora bo w środę dzwonili z Monachium, że wyniki krwi pokazują jakąś infekcję i trzeba czekać na wyniki badań kału czy to nie Crohn. Wydaje się jednak, że to podwyższone CRP to infekcja górnych dróg TYLKO! Mam nadzieję! A pogoda nie sprzyja chorobom, piękne słońce i ciepło, tylko ośnieżone góry straszą zimą. Tak więc Chris i ja w góry a dzieci pod kocyk!

A to my tydzień temu w Erhwald!P1050997

Wieści z terapii

Na gówniany tydzień składa się zbiór małych i dużych, ważnych i mniej ważnych niepowodzeń, czyjaś uwaga albo nieuwaga, czyjś wredny komentarz albo takiegoż brak, a to się butelka oleju z oliwek strzaskała w kuchni na podłodze a to niechcący wsadziłam słoik z jogurtem do zamrażarki a to mi dziecko powiedziało, że z każdym dniem mój angielski jest gorszy a zaraz potem dodało, żeby się nie martwić, to ze starości…A to Kasi nauczycielka niemieckiego doprowadziła mnie do takiej migreny, że rzygałam jak kot pół nocy. I człowiek by się tak wymościł w tym gównie, wyśmierdział do porządku, wypaprał po pachy i zostałby człowiek w tym gównianym nieszczęściu na wieki. Ale oczywiście, bo pech człowieka nie odstępuje nawet na chwilę, pojawia się jakieś światełko w tunelu, jakaś radosna chwila, moment zadowolenia, sympatyczna osoba powie coś miłego i co z tym, do cholery zrobić? Trzeba by było jakoś zareagować, wypadałoby zareagować pozytywnie, stanąć na wysokości zadania i się uśmiechnąć czy pobyć chwilę szczęśliwym czy już totalny odjazd…przypomnieć sobie takie nieznane uczucie spełnienia…kurde, tyle roboty a tak spokojnie było…

Po nieprzespanej nocy (mojej i Kasi), migrenie dochodzącej do dziesięciu w skali Beauforta, ubrana na czarno, pod kolor humoru, poszłam rano do pani od niemieckiego…miałam 7 minut! Nauczona przez Chrisa dyplomacji (ha ha ha) zamiast powiedzieć jej co o niej myślę, zadawałam pytania, na początku każdego zdania dodawałam „what do you think about…” „this is how I (ja, pewnie nie mająca racji, głupia, brzydka, stara i z Polski) see it…”, „would you consider…”. Gdybym była Jacobem ze Zmierzchu to zmieniłabym się w dwa wilki naraz ale… zadzownił dzwonek, do klasy weszła przerażona Kasia, której obiecałam, że nie zrobię jej obory więc grzecznie się uśmiechnęłam i wyszłam. Piętnaście minut później dostaję email od pani, że mam rację i zrobi wszystko o czym mówiłam tylko, że okazuje się, że to wszystko było JEJ pomysłem nie moim i już dawno miała zamiar zrobić to, co ja zaproponowałam. A pies jej mordę lizał, że się tak wyrażę…chodzi o to, że dzieciaki mają lżej i jest prawdopodobieństwo (małe ale jest) że się czegoś nauczą. Matki Amerykanki podziękowały mi wylewnie i powiedziały mi, że mam Polish courage i że one by tak nie potrafiły. Poczułam się dumnie jak wtedy kiedy w liceum stanęłam w obronie kolegi Marcina i wygarnęłam pani od biologii, wszyscy mnie po plecach klepali i dziękowali a ja do końca liceum miałam przerąbane z biologii. Pewnie mam przerąbane u pani z niemieckiego (i niech tylko spróbuje się czepiać mojego dziecka to zaszantażuje bo pisze maile w czasie lekcji) ale Kasia jest ze mnie dumna a ja mam poczucie spełnionego obowiązku stawania w obronie słabszych.

To był czwartek a w piątek moja słowacka przyjaciółka wyciągnęła mnie na Zugspitze się powspinać. Może znacie to uczucie, że coś wydaje się blisko, łatwo i nie tak pod górkę? Ciekawe, że to zazwyczaj jest mylne uczucie, nie? Trudno wytłumaczyć tym, którzy na Zugspitze latem nie byli ale wspinaczka na taką ściankę przy której chodzi się trzymając metalowej liny, żadnych ścieżek, mnóstwo małych, ruchomych kamieni, które powodują mini lawiny przy każdym kroku. Podczas wspinaczki minęłyśmy trzy przestrzegające turystów znaki, które same się sturlały z tymi kamieniami. W końcu dotarłyśmy na szczyt, nie mam lęku wysokości ale nigdy w życiu tak się bałam stojąc nad prawie trzytysięcznym urwiskiem trzymając się liny na wysokości kolan! Dobra, zjadłyśmy mandarynkę na spółkę i teraz trzeba zejść…mojej kochanej przyjaciółce przypomniało się nagle, że miała operację kolana niedawno i ma trudności ze schodzeniem w dół. Pomógł nam jakiś zarośnięty alpinista i pokazywał gdzie stawiać nogę…uczucie cudowne, najcudowniejsze kiedy patrzyłyśmy na to wszystko z duuuużego dołu. Moja noga nie dała mi spać w nocy ale taki ból to sama przyjemności.

Dzisiaj przyjeżdża Chris i mamy polskie ognisko. Kasia po zastrzyku czuła się dzisiaj dobrze i nawet wyciągnęłam ją na spacer w góry, słaba ale nie wymiotuje…do przodu! Jutro pogoda ma być piękna więc wybieramy się do Austrii w góry! Od poniedziałku do czwartku jako wolontariusz będę prowadzić zajęcia z pisania w trzeciej klasie, tylko godzinka ale jaka radość moja…I jak tu się nie wkurzyć na tyle dobrego…a niech to gęś kopnie…

Lubię to zdjęcie bardzo…Kasi słońce świeci a za nią taki widokP1050693

i bez kopa jakoś leci…

Kopa się nie doczekałam ale za to dostałam kilka mądrych maili, które dały mi do myślenia a że od myślenia, od zmiany pogody i od wina głowa boli więc nie dość, że mam deprechę to jeszcze zaczynam być uzależniona od Nurofenu! Szlag by to wszystko trafił…Ale nie mam już siły gadać o tym jak mi źle, moje pokłady użalania się nad sobą, marudzenia, analizowania i męczybułstwa powoli się wyczerpują. Może to oznacza, że jak się wszystko wyczerpie to będzie lepiej…albo, że czas do psychiatry! Zamiast do specjalisty w sprawie mojej depresji, poszłam do fryzjera. Miała być szalona zmiana ale wyszło jak zwykle – chłopiec z Zaczarowanego Ołówka. Zabrałam się też za aktualizowanie mojego przewodnika dla przyjeżdżających rodzin amerykańskich i to, muszę powiedzieć, sprawia mi minimalną przyjemności. Na jak długo? Nie wiem, zobaczymy…Dobra…basta moi mili…

Dzieci już od tygodnia chodzą do szkoły i wszystko wraca do zwariowanej normy. Jeszcze nie mają żadnych zajęć pozalekcyjnych ale to kwestia tygodnia czy dwóch i znów założę sweterek „na serek”, papieros do łapy, łapę na otwarte okno i niecenzurowane słowa na skrzyżowaniach (to moje wyobrażenie kierowcy taksówki gdyby ktoś miał inne). Kasia będzie bardziej aktywna w społeczności niemieckiej więc czekamy jeszcze kilka tygodni na wypoczętego nauczyciela klarnetu i judo. Z Amerykanami ma tylko wyluzowaną do granic możliwości gitarę. Janka kalendarz dla odróżnienia zapełniony po brzegi, nie wiem czy go widywać będę…Dwa razy w tygodniu piłka nożna, judo i instrument! Instrument zmienia się z dnia na dzień ale jakie skoki? Z perkusji przeskoczył na gitarę ale tylko na chwilkę bo musiałby dzielić się z Kasi fioletową i niemęską gitarą! Po gitarze klarnet ale nie mamy nauczyciela więc nagle wpadł na pomysł ukulele ale to tylko na chwilkę bo potem przyszła kolej na saksofon! W końcu Jesse (człowiek-orkiestra i nauczyciel dzieci) powiedział, że na pierwszych zajęciach przyniesie wszystkie instrumenty, na których potrafi grać i Jasiek może sobie wybrać. Znając Jasia i jego niezdecydowanie to nie wiem czy pół roku lekcji wystarczy żeby się zdecydował. Ale dziecku wolną rękę trzeba dać i pozwolić popróbować, nie?

Nowe twarze w naszym ciele pedagogicznym napełniają optymizmem i nadzieją na lepsze jutro a nawet i pojutrze. Jasiek ma nową nauczycielkę, młoda, pozytywnie zakręcona, bardzo profesjonalna, uwielbia góry, przyrodę, powietrze…Niby nic niezwykłego ale jak popatrzeć na inne to jednak…Codziennie połowa lekcji prowadzona była na boisku – książki i kartki fruwały po placu zabaw ale dzieci szczęśliwe, bez cieni pod oczami z alpejskim powietrzem w płucach. Nowy dyrektor szkoły też super fajny, w moim wieku, tata dwóch malców, wegetarianin, sportowiec i do tego wygląda na to, że się zna na tym co robi. Z dziećmi ma bardzo dobry kontakt, je z nimi lunch przy stolikach, gra w piłkę, siedzi po turecku i czyta książkę i udaje dzwonek na przerwę podczas jego awarii. Pielęgniarkę i nauczycielkę takiego tajemniczo brzmiącego przedmiotu – Zdrowie – też mamy nową, też w moim wieku (to akurat nie pomaga mi w mojej depresji), przeczytała wszystkie dokumenty medyczne dzieci (wreszcie ktoś!), doczytała czego nie wiedziała o Crohnie, nie będzie biegać z karabinem maszynowym zmuszając wszystkich do szczepień przeciwko grypie, walczy o częstsze przerwy dla dzieci z gimnazjum (do tej pory od 8.00 do 14.30 mają tylko JEDNĄ przerwę na lunch) i jest miła, zainteresowana i gotowa do działania!

W następnym tygodniu przechodzę na tryb słomianej wdowy, Chrisek na Łotwę a ja mniej wina (ktoś trzeźwy musi być) więcej cierpliwości, słuchanie opowieści szkolnych, myślenie i odpowiadanie na pytania w systemie stereo i oglądanie wieczorem wszystkich możliwych komedii romantycznych jakie wyprodukowano od Chrisa ostatniego wyjazdu. Dobrego tygodnia życzę sobie i wam wszystkim!

A tak wyglądam po fryzjerze:

zdjece_2

hłe, hłe…tak wyglądam:

zdjecie_1

Na pół gwizdka

Kiedy się ma zdiagnozowaną przez siebie depresję to nikt na ciebie nie zwraca uwagi. Można się zapić na śmierć, utonąć we łzach własnych ale jak się nie ma papierka od lekarza, współczucia ani widu ani słychu. A pseudodepresja i przeziębienie kobiece to dopiero powód do nie użalania się nad sobą i do wybicia sobie z głowy jakiekolwiek pomocy. Przeziębienie kobiece wiadomo co, prawda? W odróżnieniu od przeziębienia męskiego (nasopharyngitis masculinum) kiedy to jednostka czuje się tak źle, że do pracy absolutnie się nie nadaje, taki osobnik kładzie się w ciemności, przykrywa kocami, prosi o różne rzeczy jak wodę, leki, herbatkę różaną z sokiem malinowych i odrobiną miodu, żeby cicho było, żeby dzieci sprzedać, postawić bańki i stopy pomasować gęsim smalcem. Te symptomy znam z opowieści bo mój prywatny chory zamyka się w pokoju na 24 godziny i pije sok grejpfrutowy (nota bene bez względu na rodzaj choroby) i tyle ale i tak przebieg choroby jest znacznie cięższy niż jak się mniema łagodniejszy wirus „femininum”. W tym przypadku pacjentce wolno zaledwie wspomnieć, że ma dreszcze, że ją wszystko boli i że ma gorączkę. Pozwala się pacjentce w niektórych przypadkach wypić w biegu herbatę (już bez soku i miodu bo czasu nie ma), połknąć zabójczy Gripex, który pozwoli pacjentce dobiec w podskokach i z uśmiechem do wieczora. W nielicznych, cięższych przypadkach, można pacjentkę szybko przytulić, wypowiedzieć słowa zrozumienia (nie użalając się nad nią zbytnio) lub pocałować w czoło zatrzaskując za sobą drzwi w drodze do pracy.

No więc na lekach i na pół gwizdka przeżyłam ten tydzień. Nie mam siły żeby umyć włosy rano bo każde schylenie się to jakby ktoś walił mi młotkiem w czoło więc zakładam cekinowy beret i wprowadzam modową konsternację: „Co, już czapki?” Nie noszę spódnic bo nogę zdołałam ogolić jedną z tego samego powodu co wyżej. Nie ma co nakładać makijażu bo spłynie wraz ze śluzem wydobywającym się intensywnie z nosa i łzami płynącymi z zaczerwienionych oczu. Wargi popękane więc szkoda na nie kłaść drogi błyszczyk, wazelina i wio! Do tego cekinowego beretu czarna kurtka sportowa bo najcieplejsza. Dzieci w szkole odwodnione bo pomyliłam soki w lunchowych pudełkach i Kasia po jabłkowym miałaby biegunkę a Jaś czerwone policzki po pomarańczowym. Makaron na lunch niedogotowany bo osłabione ręce upuściły i zbiły minutnik. Po odkurzeniu mieszkania musiałam się przebrać bo byłam zupełnie mokra, zapomniałam listy na zakupy więc wróciłam prawie jak Chris z zakupów – zamiast marchwi, podpaski! Ok, zaczyna działać Gripex to polecę do szkoły pomóc na lekcjach. Tutaj trzy godziny w miarę normalności za to ze skręcającymi bólami brzucha po Gripexie a potem spadek formy czyli…do roboty. Ugotować zupę dzieciom – żeby tylko dodać jajko do pomidorowej tak, żeby farfocli nie było widać. Prasowanie i para, z żelazka, która powinna udrożnić drogi oddechowe…pobożne życzenie. Po dzieci a potem zaczynam zmianę na taksówce, Janka na piłkę, zagapiłam się i zawiozłam go do kolegi, Kasia do H&M na zakupy przedwycieczkowe…bardzo trudno jest się powstrzymać od uduszenia niezdecydowanej nastolatki jak się ma 38 stopni gorączki, zatkany noc a tu Justin Biber drze się jak wściekły i sztuczne oświetlenie sprawia, że wyglądam jak bohaterowie Zmierzchu. No nic, majty i skarpety kupione, nawet nie przeszkadza mi, że beznadziejny kolor i że za duże. Jaśka z piłki odebrać, pół godziny za późno bo szukałam mojego samochodu na parkingu (serio!), który jest w pomocnym kolorze czarnym i nie pipa jak nacisnę pilota. Obiad, ziemniaki niedogotowane ale to nic, zrobię puree, może nikt nie zauważy. Do ziemniaków…zgodnie z zasadami na pół gwizdka – ogórek kiszony! Dzieci ucieszone, że nie ma ryby ani sałatki! Chris zmywa więc szansa, że jedna rzecz będzie zrobiona porządnie dzisiaj a ja mam sprawdzić czy się Jasiek nauczył wstępu do Konstytucji amerykańskiej…ma on „melodię” i układ słów w linijkach jak modlitwa więc żebym się tylko nie przeżegnała na końcu.

I tutaj muszę przerwać i opowiedzieć o moich powtarzających się w szkole totalnie obciachowych wpadkach. Wiecie, na religii a potem za czasów krzyży w klasach modliliśmy się na początku dnia. Więc stanie na baczność i ruchy kończynami górnymi kojarzą mi się tylko z tym. W naszej szkole amerykańskiej na początku każdego dnia, dzieci wstają i z ręką na sercu recytują Pledge of Allegiance (Ślubowanie Wierności czy jakoś tak) do flagi i do ojczyzny. Wiele razy mówiłam to z nimi bo akurat zostałam chwilkę dłużej w szkole. Wiecie ile razy przeżegnałam się na końcu? Obora, że hej!

Na koniec Kasia prosi, żeby ją przepytać z biologii, przysypiam przy fascynującej opowieści o mitochondrii. Budzi mnie słodki pocałunek Chrisa (który w tym tygodniu ma dyżur i biega do pracy w nocy żeby wysłać gazetkę), że mam dwieście maili do odpisania, zeskanować indeks bo walczę z uczelniami o formalne wypisy ocen, przygotować lekcję na jutro, zadzwonić do pięciu osób, wypić lampkę wina (obowiązkowo!) no i na koniec upiec miętowe ciasteczka na wycieczkę Kasi. Ot i już!

Ale jest lepiej! Mam nadzieję, że od poniedziałku będę zdrowa i przestanę się już wreszcie wygłupiać i opuszczać się w swoich obowiązkach kury domowej. Amen.

A to jedno z ulubionych moich zdjęć…dobre kilka lat temu

JCO_photo20

Kopa poproszę…

Potrzebuję kopa w dupę, zastrzyku energii ale nade wszystko potrzebuję taczki, wozu drabiniastego czy ciężarówki wypchanej motywacją. Jeśli ktoś posiada to proszę prosto na autostradę A4, na Drezno, Monachium i do Garmisch wysłać. Jestem odmotywowana od wszystkiego co tylko wydaje się interesujące, które może przypadkiem przynieść korzyści zdrowotne lub nawet otrzeć się o cud i przynieść efekt w postaci wymarzonej pracy nauczyciela. Zaczęłam chodzić na siłownię, efekty widać jak na dłoni i co? Przestało mi się chcieć. Dlaczego? Nie mam pojęcia! Noga się prawie wygoiła, mogę chodzić po górach i jeździć na rowerze, ba, nawet Chris pozwala mi się rozkoszować jego rakietą rowerową. I co? Byłam dwa razy. Odeszła nauczycielka od angielskiego z jednej takiej szkoły i wypadało by się zgłosić. Co robię ja? NIC! Przeczytałam bardzo interesujące dwa rozdziały Psychologii w Akwizycji Języka…niesamowite co tam piszą ale po co czytać dalej? Nie chce mi się! Mam nowiutką książkę kucharską Italian Vegetarian – bomba, to co lubimy najbardziej. I co? Zjadłam woreczek kapusty kiszonej kupionej w Lidlu! Przez ostatnie kilka lat przeczytałam hobbistycznie kilka dobrych książek psychologicznych i pseudo psychologicznych, w których mowa jak się tu dowartościować (bo że brak motywacji ma związek z niską samooceną to wiadomo) jak tu znaleźć u siebie tą iskierkę chęci, jak tu się zmotywować i do zmiany życia i do jakich pierdół jak zmiana pościeli, jak by wziąć sprawy w swoje ręce itd. I nawet mi się nie chce przypomnieć sobie co tam pisali…Poproszę w takim razie o kopa porządnego, wygarnięcie mi tego i owego, naubliżanie mi (werbalna agresja to silny bodziec jak by nie było) i przemówienie do rozumu…Dawać! Biorę na tę wątłą klatę w nowym bush-upie!

Tak mi teraz przyszło do głowy, że może cała moja energia została spożytkowana na skończenie mojego rocznego rozliczenia PTA…kto wie? Zajęło mi to kilka dni bo się pomyliłam z dwieście razy ale zrobione. Wszystko poskładane, podpisane i oddane Mattowi mojemu wybawcy, w którym się platonicznie zakochałam z tej wdzięczności! Na moje nieszczęście spotkałam naszego szefa PTA, pół nagiego bo na basenie, który zaproponował mi jakąś robotę w PTA. Nie było gdzie uciekać bo z jednej strony goły Amerykanin a z drugiej basen a ja pływać nie umiem więc: „No pewnie Eric, jak tylko będziecie potrzebować pomocy (czytaj zawsze) to oczywiście będę do dyspozycji.” Brawo za asertywność!

A jeśli jeszcze jakieś śladowe ilości żywotności pozostały po akcji z PTA to wykończyły się w trakcie przygotowań do długo oczekiwanej, aczkolwiek niewspółmiernie do tego oczekiwania krótkiej wizyty mojej siostry z wyboru Gosi. Mam nadzieję, że im się podobało bo starałam się bardzo, firanki wykrochmalone, świeże kwiaty na stole, kolorystycznie dobrane ręczniki (do osobowości oczywiście J) i mnóstwo górskich atrakcji. Pogoda nam dopisała i moje marzenie o przejściu takiej jednej, wyjątkowej trasy z Gosią się spełniło. Mam jeszcze jedno, żeby tę trasę przejechać zimą na nartach z Gosią, w piękny, mroźny poranek…ach…zobaczymy…

Poza tym dzieci są wreszcie szczęśliwe bo wszyscy ich przyjaciele i znajomi ściągnęli do domu z wakacji więc przeżywamy niekończące się playdaty i sleepovery. W różnych dziecięcych konfiguracjach połaziliśmy po górach, byliśmy na basenie, na ściance do wspinaczki, dzisiaj zrobiliśmy sobie maraton Glee, jutro znowu w góry a od soboty rozpoczynamy tygodniowe odliczanie do początku roku szkolnego. A potem to już Boże Narodzenie, narty, Wielkanoc i znowu wakacje…Tylko czy siły jakieś na to wszystko znajdę?

A to Gosia i ja w moich pięknych górach!gosia_i_ja

Good Day

Nic wielkiego się nie zadziało, nikt mi kwiatów nie przyniósł, propozycji pracy nie dostałam, nikt mnie komplementami na temat mojej inteligencji nie zarzucił…a jednak…dzień był dobry!

 

Wczoraj miałam przesilenie wakacyjne. Naprawdę staram się nie marudzić, nie narzekać i nie szukać dziury w całym ale przychodzi taki dzień kiedy krojąc pomidory ręka sama przekręca nóż w palcach do pozycji „do mordowania”, kiedy przy każdorazowym mrugnięciu powiekami widzisz swoje dzieci w dybach czy klęczących na grochu z rączkami przywiązanymi do jakiejś belki, kiedy trudno jest utrzymać język za zębami szczególnie jeśli się ma wysuniętą szczękę i język ociekający jadem z łatwością wydostaje się na wielką zewnątrz…Kiedy to słodki głosik córeczki analizujący płeć brzoskwini (aaaa tak, brzoskwinie mają płeć się okazuje) albo cichutki szepcik synka, który prosi żeby mu pomóc w remontowaniu wymyślonej łodzi podwodnej przeszywają na wylot mój już i tak mało gęsty mózg i bolą…och jak bolą…Ale ponieważ wydało się na świat te dwie męczybuły i resztki przyzwoitości w człowieku jeszcze się gdzieś tlą, to się odpowiada z najbardziej udawanym zaciekawieniem jakie można z siebie wykrzesać, zadając pytania dodatkowe (żeby dziecko wiedziało, że jesteś zainteresowana), mówiąc „powinieneś być z siebie dumny” (bo „jestem z ciebie dumna” już nie pedagogiczne jest) parafrazując jego, nawet nieco przydługą, wypowiedź, żeby dziecko wiedziało, że można spojrzeć na problem płci brzoskwini z innej perspektywy i wybijając z głowy kupno silnika do statku na Ebayu mówiąc, że „ach jaka ja byłabym szczęśliwa gdybym mogła ci kupić taki silnik” bo według psychologów teraz tak się wybija durne pomysły. Ale że się wydało na świat niezbyt głupie męczybuły to i się usłyszy, że „mamo, nie da się już być bardziej skrytocynicznym?” Kiedy pod koniec dnia okazało się, że pomimo zapewnień człowieka przeprowadzającego nasze mrożonki ze starej lodówki do nowej, że paluszki rybne są, po wstawieniu ziemniaków okazało się, że nie ma, nie wytrzymałam, wsiadłam do samochodu i poinformowałam Chrisa przez telefon, że jadę w cholerę dopóki mi benzyny starczy. I wtedy sprawdziłam ile mamy…no i niewiele było więc pojechałam po paluszki rybne, wróciłam i zagroziłam, że jak mi nie pomogą to zatankuję i nie wrócę.

 

Okazuje się, że przebywanie z dziećmi przez 5 tygodni 24 godziny na dobę jest jednak szkodliwe dla zdrowia. To jak takie szczęśliwe szczeniaczki, które cały czas chcą być przy tobie, lizać cię, obsikiwać nogi, podgryzać pięty, podszczekują kiedy zrobisz jakiś ruch, skaczą na ciebie bez powodu, i jak nie szczeniaczki zadają mnóstwo pytań, są zawsze ciekawe twojej opinii, chcą wiedzieć o czym myślisz, co pijesz, co masz w buzi, jak widać przez twoje okulary słoneczne, czy rzeczywiście twoje spocone pachy pachną tak jak spocone pachy taty i czy jak się włoży źdźbło trawy do buta to będzie niewygodnie.

 

Chris chyba już przeczuwał, że niedługo to nawet Neuroxan nie pomoże i wziął sobie 4 godziny urlopu dzisiaj i zabrał dzieci na basen. A ja odprężona zabrałam się za ostatnie w tym roku, i zrobię wszystko żeby to było ostatnie w moim życiu, rozliczenie miesięczne a potem roczne naszego PTA. Po czterech godzinach cyferki w Excelu robiły ze mną co chciały i zakończyłam swoje dwuroczne panowanie mankiem w wysokości 61 dolarów! Wiem, że gdybym upadła na głowę i spędziła następne 4 godziny, to znajdę te cholerne pieniądze ale nie ma mowy, nie dam rachunkowości tej satysfakcji. Wygrzebałam za to, że jestem ubezpieczona na 100 dolców, poza tym to organizacja pozarządowa a ja jestem wolontariuszem więc mam to gdzieś i nie szukam. Jeszcze tylko przekażę to wszystko mojemu nic nie podejrzewającemu następcy i koniec!

 

Wieczorem moja słowacka przyjaciółka wyciągnęła mnie na spacer. Cudowny pomysł, nagadałyśmy się za wszystkie czasy i zrobiłyśmy kilka dobrych kilometrów. Wróciłyśmy do mnie a na balkonie cuda…po jednej stronie balkonu na czystym niebie piękny księżyc w pełni a po drugiej stronie czarne niebo i burza za górami. Coś niesamowitego…czyli, że good day!

A to jeszcze zdjątka z wakacji w PL, dzieci w Zębie!

 

staro_1

staro_2

Góry Stodołowe

Zazwyczaj po przeciwwymiotnej tabletce, którą biorę przed podróżą do domu, w Starokrzepicach, koło piątej rano nic nie jest mnie w stanie wyprowadzić mnie z równowagi, nic nie jest mnie w stanie wkurzyć a tym bardziej rozśmieszyć. Żyję wtedy w dziesięciogodzinnym półśnie i się nauczyli żeby mnie w takim stanie zostawiać. Okazuje się jednak, że własny mąż, w dodatku kierowca przebija wszelkie dawki leków. Zatrzymaliśmy się gdzieś na wysokość Wrocławia i widzę przede mną jakieś pagórki więc głośno się zastanawiam jakie to góry. Chris na to po polsko-angielsku: ”To pewnie są STODOŁOWE Mountains!” Tak więc kochani, mamy nowe, krótkie bo pagórki były dwa pasmo górskie pod Wrocławiem!

No więc jesteśmy w domu! Pierwsze kilka dni to sprzątanie, rozpakowywanie, pranie i zachwycanie się nową lodówką i nową łazienką. Łazienka już prawie dopieszczona, z pięknymi brązowymi koszami i figurką Buddy tuż obok ubikacji więc i wypróżnienia wszelkiego rodzaju jakieś takie uduchowione i oko znudzone siedzeniem nacieszyć można. Lodówka piękna, czarna, błyszcząca ale przede wszystkim większa. Wreszcie dzieci nie muszą wybierać „lodów tygodnia”. Możemy zaszaleć i kupić dwa opakowania lodów i jeszcze miejsce jest na szpinak! Szał po prostu!

Florystyczny szok przeżyłam kiedy wyszłam na balkon. Jeszcze nigdy balkon nie był tak piękny, kwiaty kwitną jak zwariowane, zioła bujne, zielone i pachnące, glicynia osiedliła się na dobre na balkonie i pnie się jak szalona. Od dzisiaj Chris zajmuje się balkonem! Kilka ostatnich wieczorów przesiedzieliśmy do późna wśród tych kwiatów, ziół i świeczek i było cudownie…ani jednego komara, ani jednej muchy…

Jeszcze nie zdążyłam zebrać myśli i przeanalizować pobytu w Polsce więc trochę nieuczesane myśli…Na pewno wreszcie czułam się potrzebna kiedy mama była w szpitalu i później po jej powrocie. Pewnie dlatego, że nie pracuję i dzieci, z racji wieku i dzięki Bogu większej samodzielność, też mnie mniej potrzebują, czułam się doceniona szczególnie przez tych, którzy beze mnie dosłownie by nie przeżyli…Pies, koty, kury…chociaż jedna kura i tak była zeszła mimo, że się nią opiekowałam. Mama czuje się coraz lepiej i niech tak zostanie. Czyli, że Starokrzepice home – odfajkowane pozytywnie!

Pozytywnie należałoby ocenić również stan mojego Achillesa a to dzięki rehabilitantce Madzi, do której biegałam ile tylko się dało. Magda, jeszcze raz, dzięki. Dzięki jej zabiegom blizna jest znacznie mniej rzucająca się w oczy, nie mam żadnej już opuchlizny i stan mojej nogi jest generalnie lepszy.

Niestety nie mogę tego powiedzieć jeśli chodzi o kategorię „przyjaciele i znajomi”. Z kilku powodów…Po pierwsze, z racji mojej roli pani na zawodziańskich włościach i skróconego pobytu w Polsce, nie miałam czasu i możliwości spotkać się ze wszystkimi, z którymi chciałam się spotkać i którzy chcieli się spotkać ze mną. Szkoda bo zawsze miło pogadać i posłuchać, pośmiać się a czasem i popłakać. Nie odwiedziłam Table Mountains w tym roku a lubię i to bardzo, nie pojechałam zobaczyć Żoliborza i nowego mieszkania Uli, nie pojechałam na spływ kajakowy z Pidzikami i nie odwiedziłam sopockich przyjaciół moich. Ale cóż…czasami tak się zdarza jak się zdarza i nie można nic na to poradzić…Poza tym jest mi smutno i przykro, że wielu znajomych i przyjaciół, z którymi rozmawiałam i o których słyszałam ma kłopoty…a to zdrowotne, a to finansowe a to rodzinne czy partnerskie…Smutne to bardzo bo te ostatnie to jedyne gdzie czynnikiem rozpieprzającym jest człowiek i jedyne, na które teoretycznie mamy wpływ, teoretycznie można naprawić. Wiem ze swojego doświadczenia, że to jest bardzo trudne a czasem wydaje się niemożliwe ale TEORETYCZNIE do zrobienie, nie? To mnie smuci najbardziej, że nie potrafimy być szczerzy wobec siebie, rozmawiać ze sobą, szanować się…Czasu brak? Czy może chęci? A może motywacji? Albo umiejętności rozmowy na przykład? Pewnie wszystkiego po trochu…

Jako przeciwwagę do tych smuteczków muszę wspomnieć o wizycie naszej jedynej, u Jacka i Gosi w Nowym Targu. Rodzina się rozrosła i zdynamizowała się bardzo od ostatniej wizyty a to za sprawą mojego chrześniaka. Michaś porusza się z prędkością światła, torami nieprzewidywalnymi więc wszyscy dookoła mają wyostrzony wzrok, uszy postawione na baczność i mięśnie nóg i rąk zawsze gotowe do nagłych skoków, biegu i łapania w locie delikwenta lub przedmiotów przez niego rzucanych. Mam nadzieję, że wszystkim (nie tylko Miśkowi) to na zdrowie wyjdzie. W Nowym Targu zjedliśmy górę najlepszych na świecie lodów (mówię to ja – nielubiąca lodów), pojechaliśmy do Zęba (czy Zębu) – najwyżej położonej wioski w Polsce gdzie znaleźliśmy stado prześlicznych owiec. Nasze owce nie łażą samopas i nie można się z nimi tak spoufalić a zębowskie i owszem, pogadaliśmy z bacą, zrobiliśmy zdjęcia a Jasia koszulka stała się nawet kolorowym deserkiem dla jednej z nich. Nie mogłam się powstrzymać i widziałam Pannę Maple, Chmurkę, Wrzosowatą, Otella i innych bohaterów Sprawiedliwości Owiec. Super! Poszliśmy też do wąwozu Homole – super fajna wycieczka dla dzieci…żeby tylko jeszcze nie straszyli atrakcjami typu kłady po 50 złotych za 5 minut czy trampolina po 8 złotych za 3 minuty i nie wkładali do ust gofrów posypanych  oscypkami podanych na skórach baranich w wyszywanych ręcznie kierpcach…tragedia! Przepłynęliśmy też przełomem Dunajca i to się dzieciom bardzo podobało. Jasiowi najbardziej bo niezwykle małomówny flisak pozwolił mu „poprowadzić łódź” i powymachiwać tym ważnym kijkiem.

I jeszcze jedno fajne…choćby nie wiem co, kawa jest o 11.00 i ciasto musi być. Nie jakieś z kremem dziadostwo…drożdżówka musi być!

KASZPIROWSKA

Nie mam prawdziwej pracy i czasem brakuje na jakąś koszulkę z Noa Noa ale chyba mam pomysł na biznes. Będę leczyć bioprądami! Bioprądy są wypróbowane, mocne i skuteczne! Nie ma komputera, który by się oparł moim wyjątkowym zdolnością bioterapeutycznym…z taką różnicą, że na komputery prądy działają odwrotnie dodatnio. W domu zawsze jest antykaszpirowski Chris i natychmiast przychodzi na pomoc zemdlonym komputerom, drukarkom i połączeniom internetowym. W Starokrzepicach nie ma takiego ktosia i dlatego właśnie na blogu nie pojawia się nic nowego.

Poza tym gotujemy się w upale, przyjmujemy gości, jeździmy w gości, wyprawiamy urodziny, sprzątamy, gotujemy i opiekujemy się mamą, która zaniemogła nam trochę i wylądowała w szpitalu. Na szczęście to najprawdopodobniej nic poważnego i mama wraca za tydzień (oczywiście nie wiem kiedy ten tekst dostanie się na mój blog bo dalej promieniuję przecież). Do tej pory to ja rządzę w starokrzepickim domu i amen!

Dzieci wysłałam na trzydniowy obóz przetrwania (to Sylwia może mieć problemy z przetrwaniem) do Częstochowy i świetnie się bawią. A ja opiekuję się Robertem – nową rybką Jasia, czterema kurami, psem Oskarem, trzema kotami, z których jeden jest malutki i ma tendencję do bawienia się w chowanego. Zrywam ogórki z grządek, jeżdżę na rowerze po chleb, zaganiam kury do kurnika i zamykam szopki, stodoły i furtki! I dobrze jest!

Portugalia

Mam nadzieję, że wszyscy już pooglądali nasze zdjęcia z Portugalii i że już wszyscy po cichutku planują lato 2013 w Albufeira…A kto jest największym wariatem-planowaczem? A ja i Scott! Dzisiaj z tymże jegomościem szukaliśmy już miejscówek na nasze wspólne wakacje w czerwcu 2013! Idioci? Może ale mieliśmy radochę…

O Portugalii nie wiedziałam nic i nie wiedziałam czego się spodziewać. Język totalnie zwariowany, nie podobny do niczego co znam…wiadomo, że grupa romańska języków indoeuropejskich ale jak posłuchać o historii Portugalii (z ust wszystkowiedzącego Chrisa) to ziemia należała na początku do Celtów, do plemion germańskich, do Rzymian i Arabów…to wszystko sprawia, że w języku słychać wszystko co tylko sobie można wyobrazić. Każde z nas słyszało coś innego…kiedy słucha się portugalskiego mówionego szybko, ma się wrażenie (trójka z naszej czwórki bo Jasiek był zajęty szukaniem koszulki ze swoim ulubionym piłkarzem – Jaoa Pereira) że to język jak najbardziej słowiański. Jakby popatrzeć na pisownie, gramatykę i syntaks to wygląda jak hiszpański ale słychać i niemiecki i francuski…Jeśli jakiś Portugalczyk mówi bardzo dobrze po angielsku to brzmi zupełnie jak Irlandczyk (daliśmy się nabrać chyba ze trzy razy) a z drugiej strony zauważyliśmy, że Portugalczycy rozumieją Hiszpanów bez większych problemów. Fajna sytuacja…jedziemy „przewozem” z lotniska do hotelu a na przednim siedzeniu usadowił  się młody Amerykanin (Jeff, he reminded me so much of you…not as handsome though), który mówił trochę po hiszpańsku. Przez godzinę prowadził rozmowę z kierowcą zmieniając jedynie jedną hiszpańską samogłoskę na bardziej twardy jej odpowiednik portugalski. Nie rozumiejąc żadnego języka wysilałam każdy milimetr mojego mózgu żeby cokolwiek zrozumieć…żmudna praca ale niezwykle satysfakcjonująca. Nie było źle…pewnie, że socjolingwistycznie można było się domyśleć, no bo o czym może rozmawiać dwóch facetów jak nie o piłce, o dziewczynach i o odmianie czasownika „mieć”.

Portugalczycy zaskoczyli nas niezwykle przyjaznym stosunkiem do turystów i nie chodziło o to, że na nas zarabiają…jestem pewna, że kierowało nimi czyste poczucie niesienia pomocy. Jak dla mnie i jak na razie, najmilsi ludzie Europy. Czego nie można powiedzieć o przybyłych w podejrzanie dużej liczbie, napuchniętych od kompleksów, niesympatycznych,  malkontentów, rasistów, męskich szowinistów i klepanych po głowie (a w chwilach przypływu miłości małżeńskiej) klepanych po pupie kur domowych z naszego cudownego kraju. Kochani, od pamiętnego, dla mnie przynajmniej, wpisu na starym blogu, staram się nie komentować zachowań Polaków ale nie ma wyjścia…muszę! Szlag mnie trafia kiedy słyszę w jaki sposób Polacy komentują wszystko i wszystkich, jak nazywają ‘po imieniu” każde zachowanie, kolor skóry…ba, kolor sukienki, długość włosów i wielkość tyłka! Szlag mnie trafił jak na meczu nie kryjąca się ze swoim bardzo wysokim wykształceniem, statusem społecznym i obyciem w świecie prosi czarnoskórego Portugalczyka o niezasłanianie ekranu hasłem: „hej czekolada, move!” Przechodząca obok mnie leżącej topless (a miałam nadzieję, że nikt nie zauważy, że nie jestem słaboowłosionym facetem) na plaży para z nadwagą, papierosami w ustach i śląskim akcentem: „żeby to chociaż miała co pokazać” a za chwilę „a tamta co tak cyce wywaliła?” albo facet pływa w basenie, do którego skacze (bo może przecież, basen publiczny) mały Duńczyk i panu woda na twarz prysnęła. Więc pan do chłopca: „ty huju jeden będziesz mi tu skakał jak ja pływam.” Na przemian wymiotować i płakać mi się chciało…albo sposób w jaki mężowi odnosili się do żon…Wszystkie zupy były za słone a spódniczki za krótkie i „z czego kurwa się śmiejesz?” i „no weź się kurwa zajmij dzieckiem.” Najpierw bardzo chciałam się „zaprzyjaźnić” z tymi wszystkimi Polakami ale po dwóch dniach nawet nie przypominałam dzieciom żeby mówiły po polsku…Szok! Kochani, idźmy w świat i pokazujmy się z jak najlepszej strony bo wstyd…

Poza tymi przygodami…było super! Plaże w Portugalii są naprawdę piękne i bardzo czyste, wybrzeże cudowne z pięknymi skałami, jaskiniami, tajemniczymi przejściami dostępnymi tylko podczas odpływu, piaseczek już bardzo przypominający nasz bałtycki, woda, ponoć wyjątkowo w tym roku, trochę zimna. Dzieciom nie przeszkadzało, siedziały i tak non stop a mnie tym bardziej bo nie wchodziłam. Roślinność niska ale za to bardzo zielona. Wszędzie pełno drzew obwieszonych pomarańczami i cytrynami, głównie białe zabudowania z małymi oknami i chyba rzadziej niż w głębi lądu przyozdobionymi płytkami ceramicznymi.

Kasia spełniła marzenie życia i spędziła godzinę w basenie z delfinami. Była taka szczęśliwa, że nawet nic nie mówiła co jest niezwykłe w jej przypadku. Płynęła ciągnięta przez dwa delfiny, przytulała je, całowała i aż unosiła się nad ziemię ze szczęścia. Janek zrezygnował z delfinów bo trzeba dobrze pływać a on jeszcze nie czuje się pewnie w wodzie. Wybrał zamiast tego wycieczkę katamaranem. Pojechaliśmy wszyscy…ja po dwóch amerykańskich Aviomarinach i z tyłkiem ściśniętym przez trzy godziny. Muszę jednak przyznać, że coś w tym jest…jestem sobie w stanie wyobrazić, że niektórzy mogą nawet czerpać przyjemność z wielogodzinnych wycieczek morskich. Cierpiałam strasznie ale byłam dzielna dla dobra ogółu…

Urodziny moje spędziliśmy na plaży znalezionej przypadkiem (Chris się zgubił albo jak kto woli udawał, że się zgubił) takiej na 50 osób z totalnie odlotowymi jaskiniami i schowkami, pełnymi krabów i innymi zwierząt, których nazw nie znam. Skończyłam 38 lat…ciekawe jak ten czas mija, nie? Jak popatrzeć na dzieci to wydaje się, że pędzi jak szalony ale jak popatrzeć na siebie to tego w ogóle nie czuję… albo żyję w kompletnym zaprzeczeniu. W sumie 38 lat to nie jest dużo a tyle jeszcze przede mną skoro się zadeklarowało, że się będzie żyć 100 lat! Wiem, że to brzmi jak cliche ale ja naprawdę nie czuję się starsza czy poważniejsza…Pewnie, że noga boli, hertzklekoty są, pamięć zawodzi i wina już tyle wypić się nie da ALE jest tyle fajnych rzeczy, które przychodzą z wiekiem że przynajmniej jeśli chodzi o mnie to bilans strat i zysków wychodzi na zero albo nawet na plus! Niech żyją starzejący się!

A ze spraw bardziej przyziemnych to pakowanko do Polski trwa, plany na pobyt są, oprócz mojego brata nie odwiedzam nikogo ale zapraszam serdecznie w imieniu mamy i swoim do Starokrzepic albo w sierpniu do Garmisch! Wyjeżdżamy w piątek i jesteśmy, krócej niż zwykle, do 25-go lipca. Mam nadzieję, że internetu w Starokrzepicach nie popsuję jak rok temu i będę mogła pisać od czasu do czasu.

Udanych wakacji życzę kochani!