I tak powinno być

I takie weekendy lubię. W sobotę z dwoma polskimi pół-rodzinami (połówki się nie stawiły tego dnia) pojechaliśmy na Eckbauer. To była moja pierwsza wycieczka w góry po moim wypadku z nogą. Oczywiście wycieczka wyglądała tak, że wjechaliśmy wyciągiem na szczyt, wspięliśmy się 10 minut pod górkę i zrobiliśmy piknik. Nawet te krótkie 10 minut były dla mnie za długie i zbyt pod górkę. To wszystko co mówią i piszą o Achillesie jest jednak prawdą…dochodzenie do siebie trwa bardzo, bardzo długo. Piknik był przedni, na przemian gorące słońce kiedy to wszyscy się rozbierali do bielizny i zachmurne słońce kiedy to zakładaliśmy bluzy na poparzone ramiona. Ile lat trzeba żeby się nauczyć, że pogoda w górach to nie przelewki i że się zmienia w ciągu pięciu minut? Niektórym potrzeba wielu…

Jedzonko pyszniutkie, jak zwykle zresztą, i butelka schodzonego Prosecco! Bosko! Dzieciaki miały minimalną ilość sprzętu sportowego w postaci frisbee więc pobiegały po „chwalonych łąkach umajonych, górach, dolinach zielonych”. My pogadaliśmy, popodziwialiśmy widoki i wypławiliśmy się w samopochwałach swojego cudownego życia w Garmisch…jednak nie ma to jak samowystarczalność w poprawianiu sobie humoru.

Bardzo tęskniłam za górami, za moimi rozwalającymi się butami do łażenia po górach, za piknikami i za tym widokiem…piękne niebieskie niebo, po którym a to jakieś orłopodobne ptaszyska latają a to jakiś paralotniarz śmignie albo szybowiec przeszybuje. A w tle pokryte jeszcze śniegiem piękne Alpy, których szczyty każda para naszych oczu, nawet dzieci, zna na pamięć. Jeszcze minie kilka tygodni zanim będę mogła tak naprawdę chodzić po górach, ale i tak było super!

W niedzielę wybraliśmy się do Włoch chociaż Włochy to chyba trochę za wiele powiedziane. Miasteczko, w którym wszyscy mówią po niemiecku, domki takie trochę bawarskie, w restauracjach częściej piwo niż Prosecco i wino no i góry takie trochę jak nasze, za to powietrze kompletnie włoskie, duszne, włoskie ciepełko. Trafiliśmy na targ w Merano i na otwarte sklepy więc z Kasią spędziłyśmy godzinkę i kilka Euro w Zarze a na targu zaopatrzyliśmy się w oliwę z oliwek, kilo oliwek z czosnkiem i wędzoną mozzarellę! Zjedliśmy pizzę, połaziliśmy po mieście i wróciliśmy do domu. Ale nie to było najciekawsze w tej podróży…

Chris nienawidzi autostrad a najbardziej na świecie chyba nienawidzi przejścia granicznego Brennero (nie, jeszcze bardziej nienawidzi jechać gdziekolwiek na północ od Częstochowy). Wymyślił więc ze pojedziemy przez bardzo znany austriacki ośrodek narciarski Soelden a stamtąd do Merano. GPS nie powiedziało nam, że przełęcz przez góry jest na wysokości 2,500 n.p.m! Przełęcz jest otwarta tylko 4 miesiące w roku z powodu śniegu oczywiście, którego czasem jest aż 8 metrów. Droga pod górę to dwanaście zakrętów tzw. hairpin po angielszczyźnie (a to słowo to twór słowacko-polski na potrzebę chwili) czyli, że wsuwki do włosów i to pod górę jakby tę wsuwkę postawić prawie pionowo. Do tego uliczka w wielu jej częściach była jak tunel w śniegu, dwa razy wyższym od naszego, nie całkiem karłowatego samochodu. Stoki wciąż pokryte grubą warstwą śniegu i nagle dwóch wariatów narciarzy wspina się z nartami na plecach pod górę. Następnie, jestem pewna, że uśmiechem od ucha do ucha, ciach na dół i znów narty na plecy i tak w kółko! Tacy ludzie zawsze sprawiają, że uśmiecham się do siebie. Niegroźni wariaci! Ale żeby nie było tak cudownie to nie wzięłam żadnej tabletki więc czułam każdy zakręcik w moim żołądku i myślałam, że wyzionę ducha. Dopiero super świeżutkie powietrze na 2,500 metrach (ja w klapkach!!) pomogło. Wieczorem w domu sprawdzam sobie FB a tam moja wysportowana koleżanka Ewa na zdjęciach na innej takiej przełęczy miedzy Włochami a Szwajcarią, jeszcze wyżej bo 2,700 z jedną maleńką różnicą, na tych zdjęciach Ewa jest na rowerze, na którym sama wjechała na taką wysokość. I tu dopiero szczęka opada!

W poniedziałek zrobiliśmy sobie spontanicznego polskiego grilla u Wieczorków i jak zwykle, kiedy się spotkamy jest głośno, czasem wesoło, czasem smutno, czasem nerw komuś puści, ktoś inny go złapie, ale zawsze jest swojsko i jak już pisałam kiedyś, bezpiecznie i „u siebie”.

I tak nam minął weekend i tak powinny mijać i inne…

P1040875

P1040879

P1040894

 

 

 

Dzień Matki

Tak się czasami zastanawiam czy w ogóle lubię te wszystkie dni kobiet, matek, ojców i dzieci…Mam takie uczucie, że w Dniu Matki powinnam czuć, że rodzina i świat docenia moją matkowość, że jakoś będą w stanie mi pokazać i udowodnić, że beze mnie zginą, umrą, zagłodzą się na śmierć, że jestem niezastąpiona i że naprawdę wiedzą, doceniają i szanują to co dla nich robię. Ale cokolwiek by zrobili, powiedzieli, podarowali, nie są w stanie…nie wiem, wynagrodzić to nie jest dobre słowo bo ja nie oczekuję nagrody od nikogo…może nakarmić moje poczucie wartość. Bo taki dzień to jak ten Sylwester, że wypadałoby się dobrze bawić i potańczyć do drugiej w nocy a tu czasami jest po prostu normalnie. A może jest tak, że mieszkając w małej Ameryce, gdzie każdy człowiek ma swoje święto i tego dnia całuje się go po piętach, jestem już trochę zdegustowana tymi dniami wolontariusza, trenera piłki nożnej, zastępcy sekretarki i żon niebieskookich operatorów ciężkiego sprzętu zbrojnego.

Ale żeby nie było, że jestem takim strasznym malkontentem to tak jak mało mnie interesują dni obowiązkowego uznania, składanie życzeń i dawania prezentów, uwielbiam takie niespodziewane dni matki, które szczerze, rzeczywiście i spontanicznie leją mi litrami miód na serce. Muszę przyznać, że jest takich dni całkiem sporo kiedy siedzę i patrzę na tych dwoje mniejszych i myślę sobie, że chyba nie spieprzyłam za wiele.

Wszystkim mamom życzę takich niespodziankowych Dni Matki kiedy to jak obuchem w łeb dostajecie wielkim czekoladowym buziakiem od wciąż jeszcze brudzącego się siedmiolatka albo napadnie was znienacka przytulaniec i wyznanie miłości od lekko aspołecznej jedenastolatki.

A tak to się zaczęło…

mama_fama

Ślepek

Doszły mnie słuchy, że Grześ nie jest zadowolony z tego, co mu się wyrwało. A ja jestem zazdrosna, że to nie z moich złotych ust wyrwało się takie cudeńko.

Na komunii Hani siedzimy sobie zrelaksowani winem przy stole, rozmawiamy na typowe komunijne tematy jak szeroko rozumiana ekonomia, energia cieplna, górnictwo, sposoby wydobycia węgla, ktoś wspomina jak to było dawniej kiedy konie ciągnęły wózki z węglem w kopalniach i Grzesiowi przypomniała się znana wszystkim pozycja z literatury polskiej i wyjechał ze…”Ślepkiem z Pokładu Idy”! Grzesiu kochany, może z powodu niedowładu okulistycznego Łyska a dzięki twojej trafności nazewnictwa, należałoby skorygować ten a może i inne tytuły znanych polskich dzieł! Bomba! Ślepek już na zawsze zostanie z nami!

Oprócz językowych i górniczych tematów rozmów, komunia Hani udała się bardzo! Przed wyjściem do kościoła poślizgnęłam się i coś mi w nodze strzeliło. Lekko spanikowałam, że to ponowne uszkodzenie ścięgna i zamiast do pięknego buta na obcasie, wsadziłam nogę do mojego buta-wielgacha  i tak pokuśtykałam. Z mszy niewiele skorzystaliśmy, jak to my ale Hania wyglądała pięknie, była radosna i zadowolona mimo piekielnego zimna tego dnia. Po mszy poszliśmy na pyszny obiadek a potem do Magdy na kawkę i ciasto. Fajnie jest się spotkać od czasu do czasu w miłym gronie i pogadać po polsku. Ja bardzo lubię i cenię te nasze spotkania, dają mi one takie poczucie spokoju i bezpieczeństwa, że „moi” ludzie są obok i mimo, że mamy mnóstwo ważnych, innych, smutnych, tragicznych spraw na głowie, zawsze potrafimy się pośmiać i po prostu pobyć ze sobą. Dzięki dziewczyny!

Poza tymi zbyt rzadkimi spotkaniami, życie toczy się jak zwykle, szybko i mocno i nie ma na nic czasu. Koniec roku szkolnego to czas kiedy wszyscy są niezwykle płodni jeśli chodzi o zagospodarowanie i tak gęstej czasoprzestrzeni naszej i dzieci. Ja sama wpadłam na pomysł zorganizowania przedurodzinowych imprez dla dzieci. Dzieci mają urodziny w lipcu i nigdy nie obchodzą ich tutaj w Garmisch. W Starokrzepicach, trzeba przyznać, nie mają kolegów w swoim wieku. Szczególnie Kasia jest poszkodowana jako najstarsza w rodzinie i wśród dzieci znajomych. W tym roku więc w ostatnim tygodniu roku szkolnego robimy imprezki. Jestem na etapie wyszukiwania jakichś fajnych zaproszeń w intrenecie…a potem to już będzie z górki :-)!

Jasiek zakończył sezon t-ballowy sobotnią spektakularną wygraną z jakąś półprofesjonalną niemiecką drużyną z Monachium. Za dwa tygodnie ma egzamin na żółty pas w Judo – jest przygotowany więc nie będzie problemu. Gorzej widzę egzamin Kasi, która nie chodzi na treningi bo albo teatr, albo ręka boli, test z historii, rozwalone kolano…Jestem ciekawa jakim to sportem zajmie się Kasiura od września bo widzę, że Judo jej nie podchodzi za bardzo. Jasiek zainteresował się szermierką a ponieważ Chris miał kiedyś epizod trenerski w szermierce więc chłopaki już zbierają sprzęt i będą trenować. Ciekawe…

Tydzień temu do naszej szkoły zawitał taki fajny objazdowy obóz teatralny. Przyjechały dwie wariatki z ADHD, w poniedziałek zrobiły przesłuchania, wybrały ekipę a w piątek wieczorem odbyło się przedstawienie. Byłam pewna, że będzie tak na „odczep się”, byle jak, po łebkach a okazało się, że wyszło lepiej niż ktokolwiek się spodziewał. Przedstawiali Czerwonego Kapturka ale wersja taka trochę współczesna, rozpisana na sześćdziesiąt osób więc więcej niż pół szkoły brało w tym udział. Wszystko było dopięte na ostatni guzik. Logistyka opanowana do perfekcji. Wilka grała jedna z tych aktorek więc miały „swojego człowieka” na scenie prawie cały czas, moja Sylvia Słowaczka akompaniowała na pianinie, były piosenki, taniec, kilka przebierań.  Stroje były tak zaprojektowane że pasowały na dzieci w różnym wieku w różnych szkołach. Kasia razem z grupą dziesięciu dziewczyn grała cienie, płomienie, bluszcz i jakieś tam inne trzpiotowate zwierzęta – cztery przebiórki i ani jednej wpadki. W piątek wieczorem szczęka mi opadła jak można w ciągu tygodnia zorganizować takie duże przestawienie z dziećmi od 5-ciu do 14-stu lat. Chylę czoła tym dwóm dziewczynom. Super sprawa!

No i jeszcze nie będę pracować w sierpniu bo się pozmieniało. Mam propozycję żeby po prostu przyjąć tę pracę „na zawsze” ale się zastanawiam…jest wiele do stracenia i muszę się poważnie zastanowić. Spędzamy więc sierpień w Garmisch łażąc, mam nadzieję z moją nogą, po górach i opalając się na basenie. Mamy już kilka wproszeń więc zajmę się jeszcze gośćmi i gdzieś między tym wszystkim odpoczniemy z Chrisem trochę. Taką mam nadzieję…

A to kilka zdjątek z imprezy komunijnej i z Kasi występu

kasia

hania_2

hania

Frankfurt

Nie, to nie jest żadna prowokacja…ale było mi bardzo miło kiedy dwójka z wąskiego grona czytelników upomniała się o czytadło. Piszę, tak jak chodzę ostatnio, powoli i kulawo…Przepraszam.

Z frontu Achillesowego…wielki but oddany w dobre ręce i kule też powoli pokrywają się kurzem. Stoją w pogotowiu i przypominają, że to jeszcze nie koniec ale prawie ich już nie używam. Kuśtykam strasznie ale sama, bez podpórek i pomocników. Chodzę na siłownię i na fizjoterapię. Na siłowni najciekawsza jest bieżnia, po której chodzę sobie do przodu i do tyłu. Wyglądam strasznie niemrawo i wdzięku w tych chodzeniu żadnego ale daję radę! Po schodach potrafię wejść nogami na przemian (z jednym biodrem troszkę bardziej) ale zejść już niestety nie potrafię i nad tym pracuję. Na razie bez żadnych spektakularnych sukcesów. Wczoraj po raz pierwszy umyłam podłogi w całym mieszkaniu co zajęło mi pół dnia ale udało się! Jest czysto po mojemu!

Dwa tygodnie temu wybraliśmy się z małżonkiem do Frankfurtu w celu rozpoczęcia procesu naturalizacji amerykańskiej mojej osoby. Kompletnie nie wiedzieliśmy czego się  spodziewać więc Chris przez pół drogi zarzucał mnie różnymi pytaniami począwszy od podatków, od których się legalnie migam po scenki, w którym mam się bronić przed naszyciem mi szkarłatnej litery na moją niewinną, wątłą pierś. Chris, okazuje się, wyobraźnię ma chyba zbyt wybujałą i na pewno przecenił zdolności szpiegowskie urzędu imigracyjnego.

Wielki but ortopedyczny na nodze i dwie kule skróciły czas oczekiwania o jakieś…5 minut bo osób w kolejce po tytułem „po wszystko inne oprócz wizy turystycznej” było sztuk dwie. Konsulatu we Frankfurcie z krakowskim czy ambasadą w Warszawie lepiej nie porównywać bo kiepsko nasze wypadają. Ochrona wariacka, jak wszędzie ale to mi w ogóle nie przeszkadzało. Bez paska w spodniach i bez kul da się przejść dwa metry a buta nie kazali ściągać więc git. Wszystko trwało 90 minut, poczekalnia przestronna, kawa, woda, przekąski, ubikacje, ksero, automat pocztowy na znaczki, gazetki i mnóstwo czekających ludzi, których z największą przyjemnością poobserwowałam i powymyślałam im historie. Odwiedziliśmy cztery okienka, trzy z pracownikami urzędu imigracyjnego (tylko sprawdzali dokumenty…trzy razy) a ostatnie okienko z panem konsulem, w obecności którego złożyliśmy jakąś przysięgę z ręką na sercu i oddałam odciski wszystkich moich palców. Pogadaliśmy o nartach w Garmisch o tym, że nie mamy żadnych planów jeśli chodzi o wyjazd do Stanów, o tym jaki piękny Wrocław jest (???), ile mamy dzieci i w jakim wieku i przystojny konsulik poinformował nas jak będzie wyglądał mój przylot i rozmowa na lotnisku w Stanach. Z tego co mówi, to tylko formalność bo to on decyduje a w sumie już zdecydował, że wizę imigracyjną dostałam. Tam wbiją mi jakąś piecząteczkę i jestem good to go! Jeśli zdecyduję się na obywatelstwo, muszę odwiedzić Department of Homeland Security będąc w Stanach i powinni mi wyznaczyć datę egzaminu na Amerykanina w przeciągu pół roku. Wszystko okaże się na miejscu ma się rozumieć ale wydaje się, że pójdzie gładko. No i zdecydowaliśmy, że lecimy do Stanów we dwie – Kasia i ja! Mamy już kupione bilety i wylatujemy drugiego października! Już obczaiłyśmy co chcemy zobaczyć i kupujemy bilety na Broadway więc będziemy się włóczyć po Nowym Jorku…raczej tulić się do siebie z wielkimi, wystraszonymi oczami bo po dziesięcioletnim mieszkaniu z owcami i krowami, nawet moja Częstochowa mnie przeraża! Na szczęście mamy Val i Mairin, Chrisa siostrę i siostrzenicę, więc może nas znajdą na jakimś nowojorskim komisariacie zapłakane, głodne i zziębnięte jak się zgubimy!

Korzystając z pobytu we Frankfurcie, odwiedziliśmy Wiesbaden i tamtejszą bazę wojskową, gdzie być może kiedyś zamieszkamy. Baza mnie przeraziła. Okazuje się, że jeśli chodzi o bazy to po Garmisch jest tylko gorzej. Jakaś taka stara, zaniedbana, pełno podejrzanych osobników, szkoły w miarę ale obwarowane jakimś drutem kolczastym i obstawione ochroną z każdej strony. Na szczęście nam nie wolno mieszkać w takim getcie więc pojechaliśmy pooglądać miasteczko Wiesbaden no i tutaj niespodzianka! Przepiękna architektura, pełno zieleni, małe, przypominające stary Żoliborz, uliczki, ludzie na rowerach, jakoś tak miło i przyjemnie. Bardzo mi się podobało! Po szkole trzeba będzie dzieciom oczy spirytusem przemywać i kazać gapić się na piękno!

Frankfurt w ogóle mnie nie zachwycił. Nic szczególnego…Spotkaliśmy się z naszym starym, warszawskim znajomym z Australii i jego żoną na kolacji w centrum miasta. O godzinie dwudziestej byłam najstarszą kobietą na rynku. Sami młodzi i bardzo młodzi ludzie, w garniturach i pięknych ołówkowych spódnicach, szczupli, zdrowi i wysportowani, uśmiechnięci i tacy podskakujący wesoło. A tu ja panie dzieju,  ubrana w len od stóp do głów co w Garmisch uchodzi już za „coś się tak wystroiła? Impreza jakaś czy co?” a tam wyglądałam jak jakiś bezdomny. I jeszcze o kulach i w tym bucie. W Garmisch to nawet wypada mieć jakiś stabilizator kolana, gips na ręce, but ortopedyczny a już w najgorszym wypadku jakąś opaskę czy bandaż chociaż. A tam? Wszyscy się na mnie gapili podskakując żwawo na swoich zdrowych, młodych nóżkach! Wypiliśmy piwko, powspominaliśmy stare warszawskie czasy (a’propos, Chris Sexton pozdrawia wszystkich znajomków z Warszawki) i pojechaliśmy do domu.

I najmilszy moment wycieczki…na styku Baden-Wuerttemberg i Bawarii jest taki region, który nazywa się Allgaeu, cudownie zielone, ciągnące się daleko łąki pokryte pagórkami, liściastymi drzewami (u nas głównie igiełki), małymi gospodarstwami a w oddali ogromne, pokryte jeszcze śniegiem Alpy! Widok nie z tej ziemi! Fajnie się wraca do domu!

 

Wyciągi powoli otwierają. Pierwsza wycieczka na Kreutzeck (beze mnie ma się rozumieć).

blog_7

 

blog_3

Najprawiają góry przed sezonem!

blog_1

Najprawiają góry przed sezonem!

Piątkowo-balkonowe pisanie

Chyba już o tym kiedyś pisałam ale uwielbiam piątki! Piątek ma w sobie taką obietnicę inności weekendowej i, jeśli się ma plany na weekend, obietnicę ich zmaterializowania się a jeśli nie, to obietnicę niewiadomocorobienia! Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że na tą drugą opcję czekam znacznie mniej radośnie! Piątek wydaje się dłuższy niż inne dni, w piątek oglądamy z dziećmi film wieczorem, w piątek można później pójść spać (dla mnie to oznacza 22.15 zamiast 22.00) i w piątek jest jeszcze cały weekend przed nami. Dzisiejszy piątek potwierdza tylko moje nadzieje i oczekiwania! Pogoda, moja ulubione – sweterkowa – jakieś + 18 stopni, cudowny alpejski wiaterek i czadziaste chmury. Chrisek wziął kilka godzin urlopu i pojechał z Jasiem poćwiczyć T-ballowe rzuty, Kasia jest w parku linowym ze swoim szkolnym klubem sportowym a ja mam Aperol Spritz, po którym pójdę na moją ulubioną fizjoterapię a potem idziemy na pizzę! Nie jest źle!

Wczesny ranek spędziłam na siłowni. Ewa Siłownianka posadziła mnie na taki bardzo skomputeryzowany rower treningowy, trochę na leżąco i kazała pedałować. Nie jest łatwo pedałować kiedy staw skokowy zgina się tylko do 15 stopni, powiedziałabym nawet, że jest to niemożliwe. Tak więc światełka na wyświetlaczu migały jak szalone i pojawiał się napis GO FASTER! GO FASTER! Ignorować? Obrazić się? Obraziłam się! Fizjoterapeutka ponaciągała mi stopę we wszystkie strony i przez chwilkę chodziło mi się super! Po kilku minutach noga sztywnieje i znów nie mogę chodzić…bardzo się cieszę, że pora Possecowa i Aperolowa bo nie dałabym rady! Jest jednak światełko w tunelu…W sobotę zdecydowałam, że już nadszedł czas żeby zacząć chodzić, no więc wstałam, zdjęłam but i poszłam, pokręcona, z jednym biodrem trochę bardziej ale poszłam! Z sofy do stołu poszłam! Dzisiaj chodzę już po całym domu bez buta i bez kul ale za to baaardzo wolno. Przykład? Marzenka zadzwoniła do mnie, że jedzie do mnie i jest pod mostem (jakieś 5 minut ode mnie), odłożyłam słuchawkę i poczłapałam pod drzwi żeby jej otworzyć, podeszłam, oparłam się o ścianę i Marzenka zadzwoniła! Żal dupę ściska!

 

Poprzedni weekend spędziliśmy w Monachium. Ewelina opiekowała się mną jak tylko mogła a kobieta może i to bardzo! Pyszne jedzonko, ciasto, herbatka i nawet wózek inwalidzki skołowała dziewczyna i pojechaliśmy do ogrodu botanicznego. W ogrodach pięknie…tulipany już na wykończeniu ale wciąż czarują kolorami i kształtami. Piękne wiosenne krzewy pachnące niesamowicie, żaby hałasujące w jeziorku i Ogród Alpejki pełen jakichś zielonków, karłowatych kwiatów i mchów ! A co robi Kasia? Liczy ludzi na wózkach inwalidzkich i robi zestawienie „kto ma gorzej niż mama”.

 

Poza tym brakuje mi Danielle! Jestem trochę zła, że dałam się wpuścić w taką przyjaźń, o której wiedziałam, że za chwilkę się skończy! Wiedziałam przecież, że tak się kończą wszystkie znajomości z żołnierzonami. One są do tego przyzwyczajone i mam wrażenie (mam też nadzieję, że się mylę) że nie przeżywają rozstań. Po tym jak moja pierwsza garmischowa „przyjaciółka” dała mi do zrozumienia, że nie ma czegoś takiego jak przyjaźń w army community udało mi się przez osiem lat nie zaprzyjaźniać. Nawet więcej, mieć je wszystko głęboko w zadku! Jednakowoż, od czasu do czasu zjawia się ktoś wyjątkowy i po prostu zakochujesz się…w kobiecie. A raczej w człowieku, mądrym, dobrym i niezwykłym człowieku. Mnie trafiły się trzy takie kobiety naraz! Niestety dwóch już nie ma i pewnie nigdy się z nimi nie zobaczę. Warto było się angażować? Pewnie za kilka miesięcy powiem, że tak  ale na razie jest mi smutno i cierpię odrobinę. Po szkole rozmawiam tylko z moją męską przyjaciółką – Mattem ale nie wiem jak długo będzie w stanie wytrzymać pogaduchy o zbyt małych piersiach i przed menstruacyjnym zespole biadoleń…na razie znosi to dzielnie! Reszta traktuje mnie z lekkim pobłażaniem, kiwając z wyrozumiałością głową i uśmiechając się znacząco więc olewam to całe towarzystwo i postanawiam się nie angażować na przyszłość. Postawa aspołeczna przyjęta!

A to zdjątka z ogrodu botanicznego (ja i Ola mamy najlepiej).

 

blog

 

blog_2

O Boże…

W naszej szkole drzwi do wszystkich klas są otwarte a rodzice mile widziani…nie, to nie jest początek wypracowania o szkole marzeń – u nas tak jest naprawdę! Kuśtykam sobie więc wczoraj po korytarzu naszej szkoły i podsłuchuję co się dzieje w klasach. Nagle wpadła na mnie nauczycielka trzeciej klasy, która wybiegła z klasy powstrzymując śmiech. Opowiada, że rozmawiali w klasie o nauce (że science) i jej znaczeniu w życiu, nagle jeden ateistyczny chłopczyk mówi, że on wierzy w naukę a nie w Boga. Nauczycielka wstrzymała oddech bo wie, że w takie dyskusje nie ma co się pakować w takiej społeczności (kilka wyznań w jednym pokoju a każde wyznanie dość ortodoksyjnie podchodzące do siebie J) i to na lekcji przyrody. Nie zdążyła zawiesić dyskusji a następny koleś mówi: ”Proszę pani, czy z tym Bogiem to nie jest tak jak z Mikołajem, wszyscy wiedzą, że nie istnieje ale trzeba w niego wierzyć na wszelki wypadek?” Shanda przyznała, że musiała wyjść z klasy pozbierać myśli i zastanowić się co z tym fantem zrobić. W jednym zdaniu zawarte dwie prawdy (czy dwa mity jak kto woli), które są tak dalekie a zarazem tak bliskie, proste a zarazem głębokie i dla ośmiolatka i dla filozofa! Oczywiście zdaję sobie sprawę, że zdanie mogło być podsłyszane czy podpowiedziane przez dorosłego ale żeby zapamiętać, trzeba było zrozumieć to pewnie i pomyśleć trochę nad zdaniem. Dla mnie bomba!

We wtorek minęły cztery tygodnie od operacji. Rehabilitant mówi, że na początku czerwca będę chodzić bez kul, w normalnych butach…trudno mi w to uwierzyć bo stopa choć dużo silniejsza wciąż jeszcze zupełnie sztywna. Martwi mnie ten brak elastyczności a początek czerwca już tuż, tuż. Mój rehabilitant Matthias, cudowny Bawarczyk zakochany w Irlandii, robi wszystko żeby mnie podtrzymać na duchu. Pokazuje mi co noga „umiała” robić dwa tygodnie temu a co potrafi teraz. W jego ustach brzmi to jak jakaś niesamowite osiągnięcie a dla mnie to zaledwie kilka stopni a to już dwa tygodnie rehabilitacji! Podczas rehabilitacji jest w stanie zgiąć stopę do tzw. poziomu zero czyli do takiego kąta, pod którym stoi stopa na podłodze w postawie wyprostowanej. Fajnie, ale po rehabilitacji noga wraca do buta i kiedy wracam do domu i sama próbuję ją tak zgiąć to po pierwsze boli jak cholera a po drugie po prostu się nie da – sztywna franca jedna! Bardzo chcę wierzyć w to co mówi Matthias ale jakoś nie wyobrażam sobie skakania po skałkach w sierpniu. A…i mówi, że w zawodach rowerowych (zawody w rozumieniu naszym amerykańskim czyli wszyscy w za małych kaskach, w jeansach, po płaskim do następnej knajpy na lunch) mogę wystartować pod koniec maja…chyba się ochlał tego irlandzkiego piwska!

W weekend wybieramy się do Monachium, odwiedzić Ewelinę. Trochę nie logicznie bo to u nas jest pięknie wiosną i to oni powinni tu przyjechać ale ja już muszę się ruszyć z tego mieszkania bo zwariuję! Zmienię otoczenie, Ewelina zrobi pyszne jedzonko, wymyślimy jakieś atrakcje na niedzielę dla dzieci i może mi trochę się humor poprawi. Poza tym u nas wyciągi zamknięte, śniegu jeszcze pełno i nie ma gdzie po górach łazić…to o moich a nie o mnie oczywiście!

Pogoda kochani cudowna…wiosna w pełni a nawet lato bo u nas 23 stopnie i wiaterek jakiś taki tropikalny…Dzieciaki w krótkich gaciach do szkoły pobiegły. Balkon w kwiatach, przyniosłam poduchy, dywaniki i dziś pewnie inauguracja balkonowych kolacyjek. Pięknie…żeby jeszcze ta noga i kule nie przesłaniały wiosennej radości!

A na koniec wracam do kościoła…właśnie się dowiedziałam z TVNu, od księdza, że jestem nielegalną chrzestną matką bo żyję w konkubinacie i nie jestem dobrym przykładem katoliczki dla moich pięciu chrześniaków…Chłopaki, sory! A wy kochani rodzice możecie mnie wymienić na jakąś w bożym związku, godną, biegającą na roraty matkę chrzestną inną. Nie obrażę się!

A to jedno z moich ulubionych zdjęć. Dokładnie rok temu, wycieczka rowerowa ze Swiersami.

 

rok_temu

Akceptacja i czwórka plus (albo akceptacja czwórki plus)

Bohater homerowskiej Iliady był ponoć najprzystojniejszym i najodważniejszym wojownikiem tego eposu. Nie doczytałam czy był zaradny i sprytny życiowo ale tego właśnie piękny Achilles uczy Annę bez Achillesowego ścięgna! Oprócz tego, że wreszcie doszłam chyba do piątego etapu żałoby – akceptacji (patrz: Madness) to jeszcze po drodze nauczyłam się jak być zaradnym, efektywnym człowiekiem i jak nie marnować czasu podczas przejścia z punku A do punku B. Tak więc przechodzę obok swojej torebki, w której znajduje się Ibuprofen, zastanawiam się czy akurat nie boli mnie głowa, dochodzę  do wniosku, że i owszem no więc wkładam niepowlekaną tabletkę do ust (ręce, gdyby ktoś zapomniał, mam zajęte kulami) i kuśtykam do kuchni, żeby popić! Tabletka rozpuszcza się i zbiera mi się na wymioty ale nie muszę już iść do pokoju żeby zabrać mój balkonik, żeby balkonikiem przetransportować wodę w pobliże torebki albo tabletkę w pobliże wody. Zaoszczędziłam! Sprytne, nie? Albo, rano, jeszcze w piżamie jestem w łazience bo szukam Jasia zgubionej podkoszulki, znajduję koszulkę ale zaraz…skoro jestem w łazience to i piżamkę swoją zostawię nawet jeśli to oznacza, że w pokoju u dzieci, do którego się wybieram ze znalezioną koszulką, zobaczą mnie przez niezafirankowane okno robotnicy budujący coś po drugiej stronie płotu. Dygresja…stojąc taka goła myślę sobie, że ci robotnicy to pewnie Polacy bo słyszałam jakieś k…i h… to przynajmniej swoi na mnie patrzą ale potem pomyślałam, że pewnie oni myślą, że jakie to te Niemki głupie, stare, brzydkie, gołe, o kulach, z płaską klatą, przy dzieciach…zboczeńce jakieś! Ale nie musiałam się wracać do łazienki! Sprytne! I jeszcze „ogolę się wieczorem, śniadanie jadam na kolacje, tylko wstaję i wychodzę” (Bareja, Co Mi Zrobisz Jak Mnie Złapiesz, polecam scenę na dworcu: http://filmpolski.pl/fp/index.php/12694 )

 

W piątek wywiadówka była. Do Jaśka iść nie musiałam bo pani napisała w liście do nas, że Jasiek taki cudowny, wspaniały i w ogóle, „że można go sklonować wielokrotnie i zaludnić całą Amerykę Jaśkami.” Poszliśmy do Kasi bo…ma jedną 4+, z matematyki! Ja wiem, zaraz będzie, że jestem stuknięta, to tylko czwórka plus, że za dużo wymagam i na pewno w przyszłości z powodu mojej potrzeby kontroli wszystkiego i wszystkich, Kasia będzie brała narkotyki, zajdzie w ciążę w gimnazjum i trafi to sekty. Ale muszę wytłumaczyć…Kasia to bardzo inteligenta bestia, bardzo złożona emocjonalnie, wydaje się być bardzo dojrzała i pogodzona ze sobą – jak nie-nastolatka! Ma piekielnie dojrzałe poczucie humoru, ironią i sarkazmem dorównuje Wojewódzkiemu i do niedawna obawiałam się że posiada osobowość dyssocjalną (na szczęście pojawiają się coraz częstsze napady empatii w kierunki homo sapiensów). Uwielbiam na nią patrzeć, rozmawiać z nią, oglądać z nią Modern Family, czytać o niezwykłych chorobach (nowe hobby Kasi) i oglądać filmy o zwierzętach, na których ona naprawdę się wzrusza. Ma niesamowitą pamięć do dat i szczegółów, na które inni nie zwracają uwagi. Natomiast jeśli chodzi o rzeczy, na które większość ludzi zwraca uwagę (na przykład że pierwiastek z 9 to nie jest 5) Kasia podchodzi to nich niezwykle luźno…Nic nie jest w stanie ją poruszyć. Cała klasa idzie na skargę do dyrekcji bo klasówka była za trudno – Kasia twierdzi, że zobaczy co dostanie, jak F (czyli pałę) to była trudna, a jak dostanie A czy B to była łatwa. Logiczne, nie? A że nie dostała jeszcze nigdy pały więc chyba wszystko jest łatwe, „nie, mamo?”

 

No więc poszliśmy na wywiadówkę zobaczyć co jej  dwie panie  z matematyki mają do powiedzenia. Jaka jest ich diagnoza? Przecież ona bez problemu i pewnie bez jakiegokolwiek wysiłku może mieć A (a propos Kasi komentarzy, lekko wkurzona mówię jej niemetodycznie, że mogłaby mieć piątkę „z palcem z dupie” a ona spokojnie, bez zastanowienia, że nie, bo byłoby niewygodnie i musiałaby siedzieć z nogą podwiniętą pod tyłek a tak im siedzieć nie wolno bo się za bardzo obciąża staw kolanowy). Usiedliśmy więc z Chrisem, ja już cała oblana potem, po przeciwnej stronie dwie panie, „główna” pani zaczyna poważnie, że spotkaliśmy się tutaj w sprawie Kasi czwórki plus i…wszyscy wybuchliśmy śmiechem. Ich zdaniem Kasia jest świetna z matematyki, teoretycznie może mieć A bez problemu ale po prostu nie chce mieć piątki i już. Za dużo skupionej uwagi na niej? Taki buntuniek malutki? Proteścik tyci? Chęć bycia inną (50% klasy ma same piątki)? Pokazanie mamie, że nie może mieć nad nią kontroli? Pani dyrektor wymyśliła taką torturę dla dzieci z samymi piątkami, a mianowicie na półrocze i na koniec roku każde dziecko ze Straight Asami dostaje dyplom uznania na scenie od swojego rodzica, który go całuje i ściska, staje obok niego i robi im się sztuczne zdjęcia! Kasia uważa, że umarłaby gdyby miała stać na scenie i miałby ją całować jakiś własny ojciec lub własna matka! Może dlatego? A z drugiej strony jak dostała nagrodę za drugie miejsce w zawodach narciarskich to była bardzo dumna na tej scenie i wszyscy mogli ją całować…Że może dobrych ocen się od niej oczekuje a narty to dla nas zabawa? Nie wiem…ciekawa sprawa…Panie nauczycielki kazały się nie przejmować i zostawić ją w spokoju z tymi czwórkami plus a pani dyrektor na rozdaniu dyplomów powiedziała, że dzieci z AB Honor Roll (czyli jedna lub dwie czwórki) nie są mniej mądre tylko być może potrzebują więcej czasu, samodyscypliny i ambicji. Czy Kasia zajarzyła aluzję? Nie zwróciła uwagi przecież ale, że trzeci guzik od góry był lekko luźny to wie!

 

A na koniec, Jasiek przez pierwszym meczem Tee Ballowym (czy też T-Ballowym, Jeff – help!)

 

jasio

Jajka, jajka…i po jajkach…

danielme

 

Plastikowe jajka i porcelanowe króliki pochowane, dwa pyszne mazurki autorstwa Magdy w biodrach, żonkile i tulipany w koszu na śmieci, świąteczny śnieg stopniał a ja wciąż na sofie albo o kulach kuśtykam powoli z wielkim butem na lewej stopie.

 

Ścięgno moje i Achillesa ma się świetnie w swojej skróconej formie. Nie wyobrażam sobie, że za kilka tygodni wrócę do chodzenia…na razie marnie to widzę. Za nic w świecie nie chce się stopa zgiąć i nie jestem w stanie położyć jej na podłodze choćby nawet na palcach. Cała moja, nie lada, waga spoczywa więc na ramionach i dłoniach a z kulami nie rozstaję się ani na chwilkę. Mam już dwa małe odciski na dłoniach a to pewnie dopiero początek. Są też dobre wieści…szwy zdjęte i dzięki Oli nie bolało ani trochę, rana pięknie się goi, opuchlizna zniknęła a jutro pierwsza rehabilitacja i mam nadzieję, że tam dowiem się jak długo jeszcze potrwa ta moja mordęga.

 

Święta i ferie minęły bardzo spokojnie i przyjemnie. Żadnego szału ale też nie było najgorzej biorąc pod uwagę ohydną pogodę i moją niemobilność. Świąteczną niedzielę spędziliśmy z Sylvią i jej rodziną a w poniedziałek zrobiliśmy sobie polską imprezkę składkową. Zgadzam się z Marzenką, że te nasze polskie imprezki są fantastyczne. Nikt nie siedzi przy stole, każdy ma coś do dokończenia w kuchni, każdy się stara żeby było i smacznie i pięknie, każdy pomaga nakrywać i sprzątać ze stołu. Po pierwszym daniu zrobiliśmy sobie wieczór gier a raczej jednej, bardzo ciekawej gry. Grali i dorośli i dzieci, wszyscy świetnie się bawili a niektórzy pokazali, że dla wygranej mogą zrobić wszystko łącznie ze zjedzeniem jajka na twardo…w skorupce! We wtorek przyjechała mama i zaczęły się Michałki, deserki, pierogi i bigosy. Koniec jedzenia zbliża się jednak nieubłaganie bo mama wyjeżdża w piątek. Co robić?

Koniec tygodnia był dość intensywny emocjonalnie…W sobotę żegnałyśmy moją amerykańską przyjaciółkę Danielle, która na stałe wyjeżdża do Stanów. Poszłyśmy na kolację, znalazłyśmy restaurację z pianinem, poprosiłyśmy obsługę i Sylvia pięknie zagrała ulubiony utwór Danielle – Sonatę Księżycową Beethovena. Ta przeryczała całą sonatę a my z nią…powspominałyśmy trochę, opróżniłyśmy couple of butelki (ja ciągle nie jestem pewna czy parę to to samo co „a couple of” bo mi się zdaje, że u nas to zawsze więcej niż dwie) wina a potem pożegnanie…miałam nie płakać, nie udało się. Czasem wydaje mi się, że jestem już za dorosła na nowe przyjaźnie, że już chyba nikt nie jest w stanie mnie niczego nauczyć, nic mnie nie zdziwi, nic nie zszokuje, nic nie otworzy szeroko oczu. Na wszystkie pytania i dylematy, odpowiedzi mam w sobie albo mogę je znaleźć sama. A tu się okazuje się, że po świecie ciągle pałętają się wspaniali ludzi, z którymi warto się zaprzyjaźnić, którzy mają coś ważnego do powiedzenia i na których szczere słowo można zawsze liczyć. Jeśli chodzi o przyjaciół i ludzi otaczających nas, to z jednym wyjątkiem, idzie nam wspaniale. Szkoda tylko, że nie można tych wszystkich cudownych ludzi zatrzymać wokół siebie na zawsze…

 

Piątek zaczął się leniwie i wydawało się, że tak się właśnie skończy aż tu nagle zadzwonił zachrypnięty nauczyciel angielskiego z Marshall Center…szukał zastępstwa! To ci, którzy dwa lata temu pozwolili mi pouczyć kilka godzin, mnie się baaardzo spodobało a oni od tej pory nie odezwali się ani razu. Prawie zaczęłam piszczeć ze szczęście do tej słuchawki i w ciągu 45 minut (bo tyle zostało do początku zajęć) zdążyłam (w bucie i o kulach) przygotować 30 minut zajęć dla każdej z dwóch grup (pozostałe 30 minut miałam zaplanowane przez ich nauczyciela), zjeść śniadanie, ubrać się, dostać lekkiej biegunki, wygrzebać z przepastnych przestrzeni mojej torebki dwa ostatnie Neuroxany, znowu dostać lekkiej biegunki i dojść o kulach na trzecie piętro budynku szkoły! Uff! Zajęcia były cudowne, miałam wypieki przez cały czas, wspaniali ludzie z różnych części świata, chętni do rozmowy, do współpracy, ciekawi siebie i mnie…Dzień wcześniej wszyscy byli w obozie koncentracyjnym w Dachau i zajęcia rozpoczęliśmy od ich refleksji na ten temat. Dla mnie to było niesamowite doświadczenie usłyszeć co mają do powiedzenia weteran wojny w Bośni, oficer służb specjalnych z Grecji, dwie młode członkinie parlamentu Gruzji, jakiś ważny pan z Iraku, ważny pan z Turcji, ważna pani ze Słowenii i strasznie ważny pan z Maroka. Naprawdę, jestem przeszczęśliwa, że mogłam z nimi spędzić dwie godziny i jeszcze być może nauczyłam ich jak robić przerwy oddechowe i jak rozkładać intonację w krótkich przemówieniach (przeczytałam krótki rozdział na ten temat podczas biegunki). No i pani szefowa szkoły powiedziała, że jest wysoce prawdopodobne, że się im wkrótce przydam. Dodała też, że wyglądam na bardzo szczęśliwą za tym biurkiem jak „a child on Christmas day.” No chyba…

Jak to Jasiu modlić się zaczął i inne przygotowania do świąt…

pitu

Jak wszyscy wiecie naszej rodzinie do kościoła pod stromą górkę, dzieci z niepobłogosławionego związku, ojciec sekularny humanista, matka zagubiona wychowanka kościoła katolickiego. Jednymi z naszym bliższych przyjaciół jest pastor protestancki i jego żona – moja cudowna przyjaciółka Danielle. Chodzimy do „ich” kościoła dwa razy w roku (przez ich samych nazywani jesteśmy Chreasters i to pół-zdrajcy bo nie w „swoim” kościele) żeby uczynić te święta bardziej uroczystymi, żeby utrzymać tradycję i bo mi się tak po prostu podoba…Dzieci wiedzą tyle samo na temat hinduizmu ile wiedzą na temat katolicyzmu. W domu się nie modlimy, nie straszymy grzechami i nie nagradzamy bramami nieba. Źle robię? Dobrze? Nie wiem. Nie interesuje mnie co myślą inni i nie mam zamiaru nic robić wbrew sobie.

Jednak religia pozostała obecna w naszym domu choćby w języku. Tak więc jak coś się stanie, Matka Święta wzywana jest na pomoc, „Booooooże” pojawia się równie często jak „Jeeeeezuuuu”. No i podczas którejś wieczerzy Jasiek strasznie się ekscytował baseballem, który miał się zdarzyć następnego dnia. Powiedziałam, że ma padać deszcz a wtedy nici z treningu. Powiedziałam też, „ty się tylko módl żeby jutro nie padało.” No i zaczęło się…co to modlitwa? A jak to się robi? A czy to działa? W jakim języku? I najlepsze…czy jak się pomodli w dwóch językach to modlitwa bardziej podziała? Rozmowa toczyła się bardzo długo, starałam się trzymać się z daleka od mojego religijnego wychowania ale też nie zrażać, nie wyśmiewać i nie zniechęcać do wiary NIE do kościoła. Były momenty straszne jak wtedy kiedy próbowałam mu wytłumaczyć mój „pomysł” na zmarłych otaczających nas zawsze i wszędzie…ci, którzy znają Jasia mogą sobie łatwo wyobrazić wielkie, wystraszone oczy i wypowiedziane przez łzy „czy to znaczy, że dziadek Gienek jest w tym pokoju?” Były też śmieszne momenty kiedy Jasiek zapytał czy mogłabym jeszcze raz powiedzieć ten „wierszyk” o Ojcu Naszym w Niebie. Jestem pewna, że wielu z czytających stwierdzi, że straszność i śmieszność tych sytuacji można by było odwrócić…no cóż…moja, subiektywna opinia jest właśnie taka… Ale najbardziej cieszę się ogólnie z tej rozmowy, że się odbyła, że dzieci zadawały mnóstwo pytań, na niektóre nie miałam odpowiedzi i wtedy „a co TY myślisz?” bardzo pomagało. Bardzo ważna i interesująca rozmowa z dwojgiem bardzo mądrych dzieci! Jestem z nich bardzo dumna! Mam nadzieję, że to co robimy pomoże moim dzieciom być dobrymi ludźmi…ale która z nas nie ma takiej nadziei…

 

Z frontu Achillesowego…dzisiaj moja Ola zdjęła mi szwy, z zaskoczenia, szybko i zupełnie bezboleśnie! Nie bolało zupełnie NIC a tak się denerwowałam…potem lampka wielkanocnego winka i święta oficjalnie rozpoczęte.

 

Wesołych Świąt!

 

PS. Trochę się denerwuję, że taka „publiczna” teraz jestem. Tak więc nic o tym nie piszę i udaję, że to mój stary prywatny bloguś. Bardzo chciałabym dodać jakieś zdjęcie ale nie umiem…ktoś pomoże może?

Madness

Wiecie, że w psychologii istnieje pojęcie pięciu etapów żałoby (zaprzeczenie, gniew, targowanie się, depresja, akceptacja). Na polskich stronach internetowych te etapy istnieją prawie tylko w połączeniu ze śmiercią. W amerykańskim szerokorozumianym doradztwie psychologicznym pięć etapów żałoby może dotyczyć zarówno śmierci jak i ciężkich przypadków losowych takich jak wypadek czy strata pracy. Do takich teoretycznie należy też zerwane ścięgno Achillesa. Moje ścięgno! Zaprzeczenie przyszło w pierwszej sekundzie: „Niemożliwe! Przecież Anusi to się nie zdarza!” Potem przyszedł GNIEW, potem targowanie się, że „gdybym nie została na boisku, gdybym nie wypiła lampki Prosecco, a może przestanę przeklinać i okaże się, że to nie zarwane” itd., itd. Później pojawił sie GNIEW, później depresja, płacz, smutek i bezsilność a później znów GNIEW! Chris twierdzi, że dla Polek powinno się zmienić te pięć etapów żałoby, głównie na…GNIEW!

 

Jestem zła na wszystko, na wszystkich, na nogę bo boli i jest spuchnięta, na wiszącą mi nad tą chorą nogą zakrzepicę, na moje fioletowe kule, na prezent od Chrisa – balkonik (i to nie ten ukwiecony), na bałagan w domu, na zastrzyki z heparyny, nawet na pogodę, że za ładna a ja muszę siedzieć w domu. Nie zdawałam sobie sprawy, że tak obsesyjnie lubię mieć kontrolę nad wszystkim, a przede wszystkim, nad własnym ciałem, w następnej kolejności nad domem, nad dziećmi, nad Chrisem…a tu dupa blada! Jestem na łasce i niełasce Chrisa i dzieci, tego co mi ugotują, jak nakryją do stołu, jakie serwetki dobiorą do talerzy (nota bene moich nowych, pięknych talerzy z Bolesławca) i na łasce i niełasce moich mięśni, tych które jeszcze działają. Ale przede wszystkim jestem zła na siebie! Kiedy jestem bardzo zajęta, uczę, przygotowuję zajęcia, narty, dzieci, dom to wydaje mi się, że wystarczyłoby mi kilka dni na sofie żeby zrobić rzeczy, na które normalnie nie mam czasu. No i los dał mi aż 6 tygodni siedzenia na sofie i doprowadza mnie do szału fakt, że NIC z tym czasem nie robię! Niesamowite są rozmowy moje z moim własnym, gryzącym mnie sumieniem. Jestem bardzo przekonująca w wymyślaniu powodów, dla których właśnie ten moment nie jest dobry do zrobienia czegoś sensownego. Rozczulam się nad sobą strasznie i obarczam moje sumienie winą, że się źle czuję bo przecież jestem chora, biedna i mam prawo nie robić nic! Jestem mistrzem świata w odwacaniu kota ogonem i kołowaniu mojego sumienia i poczucia winy!

 

Poza tym, że jestem niesamowicie zajęta sobą, egoistycznie mówię i myślę tylko i wyłącznie o sobie to u nas jako tako…

 

Podczas gdy ja byłam w szpitalu, mieliśmy małą Crohnową załamkę. Panna Katarzyna od kilku dobrych już tygodni toczy jakiś cholerny wirus górnych dróg oddechowych. Pyszczadło miała trochę blade więc zrobiliśmy badanie krwi no i wyniki nie były zadowalające. Szczególnie CRP było niepokojąco wysokie. Szybko więc do dr. M. do szpitala, tam USG, które wykazało pogrubienie ścian jelita. Jedna nocka nieprzespana w oczekiwaniu na wyniki badań no i wielki kamior z niewyspanego serca spadł głośno, rano następnego dnia. Wyniki były duuużo lepsze niż kilka dni wcześniej. Wydaje się, że to długotrwający wirus i dwa tygodnie bez leków na Crohna zrobiły swoje (lekki nie są podawane kiedy dziecko ma gorączkę i/lub poważną infekcję). Za dwa tygodnie następne USG i badania krwi ale panna K. wygląda zdrowo i mam nadzieję, że też będzie dobrze.

 

Pan Jan oczywiście nie mógł pozostać zdrowy w tej chorej atmosferze i pobolewa go ucho od czasu do czasu. I tutaj loteryjka, albo przejdzie bo z jego alergią coraz lepiej albo się rozwinie w jakieś dziadostwo. Pół szkoły chore na anginę więc jestem zwarta i gotowa…Tylko Chisek trzyma się mocno i niczemu się nie poddaje…nawet mojemu wrednemu humorowi! Codziennie pyszny obiad, wino i świece na stole…nawet jeśli serwetki nie pasują do obrusa a szklane świeczniki trochę woskiem upaćkane!